[T][Z] SKARB

Incepcja, Arthur/Eames, HighSchool!AU

Postprzez Elisheva » 27 maja 2013, o 13:04

Będzie krótko, przepraszam. Nie mam wcale pomysłu, co by tutaj napisać, ale COŚ muszę.
Veldrin dobrze napisała, pozwolę sobie zacytować -
Jak to jest, że mimo braku scen erotycznych i bardzo znikomej ilości jakichkolwiek podtekstów, tak bardzo lubię to opowiadanie?

Takie samo pytanie mogę zadać sobie. Pomimo tego, że akcja ciągnie się jak tysiące kabli po mojej podłodze, czytam z ogromnym zainteresowaniem. No dobra, w międzyczasie czekam też na jakikolwiek zwrot akcji we wzajemnych relacjach chłopaków.
W opis fotografii ogromnie się wczułam, próbowałam ujrzeć go oczami wyobraźni i poczuć te emocje. Nawet mi się to udało, gdyż rzeczywiście został bardzo szczegółowo przedstawiony.
Scena pod prysznicami była świetna, zastanawiam się też, czy Eames rzeczywiście ujrzał Arthura NAGO pod tym prysznicem xD Ale wszystko na to wskazuje. W zasadzie męskie prysznice zazwyczaj nie mają żadnych osłon/zasłon, jedynie ścianki działowe pomiędzy kolejnymi stanowiskami. Tak więc Eames MUSIAŁ ujrzeć Arthura w całej okazałości :D Jego reakcja była nadzwyczaj dojrzała.. żadnego jąkania, pisków i sapania :D Brawa za samokontrolę i opanowanie.
Tak.
Pozdrawiam i życzę weny, a sobie jak najrychlejszego delektowania się kolejnym rozdziałem. :P
Obrazek
Elisheva Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 497
Dołączył(a): 10 lut 2012, o 11:34

Postprzez Nadia vel Ariana » 27 maja 2013, o 14:19

Hmm... zacznę dziwnie, ale jakoś mi się nie wydaje, by Eames widział Arthura nago xD Przypomina mi się tutaj taka scena z Glee, gdy Kurt rozmawia z Samem, gdy Sam jest pod prysznicem i nic niestety nie widzi :P, bo mają tam takie właśnie specjalne ścianki mniej więcej od pasa w dół.

O właśnie:

Arthur wyprostował się powoli i ostrożnie zerknął na nauczyciela, który stał na uboczu za wysoką do piersi ścianką działową, odgradzającą prysznice od reszty szatni.


Chociaż skoro Eames mógł się zagapić wyżej, to i tak nie odmawiam mu dojrzałości, rzecz jasna ;) ...:

— Tak, proszę pana? — zapytał bez tchu, zaciekawiony i lekko zniecierpliwiony, kiedy Eames nie odezwał się przez dłuższą chwilę i jedynie przeszywał go wzrokiem na wylot.


A tak wracając już do tematu, to coraz bardziej mi smutno, że zostały już tylko dwie części do końca "Skarba" :( To chyba najładniejszy, a przy tym najbardziej "normalny", najprawdziwszy (chociaż co ja tam wiem? więc może najbardziej poruszający) slash, jak w ogóle kiedykolwiek czytałam.

Żałuję, że nie mogę zobaczyć tej wystawy na własne oczy, tak jak pewnie będę żałowała przedstawienia (i kostiumów! Arthura zwłaszcza ofc :) rozbawiło mnie, że był "zbyt umięśniony", by się teraz w niego wcisnąć).
Z kolei Eames namawiający Arthura na Julliard jest jak dla mnie okej - no bo przynajmniej gdy Arthur skończy szkołę, Eames wiedziałby, gdzie jest. A teraz pewnie musi sobie łamać głowę nad tym, o jaką to "rodzinną tradycję" chodziło i co sam właściwie ma ze sobą teraz robić.

Mimo wszystko Arthur wracający do siebie i swojego "rytmu" jest w sumie ważniejszy. Należy mu się te kilka okrążeni, zanim jeszcze skończy szkołę, bo potem to już chyba tylko dookoła domu, co? :(

Podoba mi się też w tej części fakt, że sytuacja już się w jakimś stopniu uspokoiła i Eames jest właśnie znów taki dojrzały, pomocny i eamesowy :)
Szkoda tylko, że innych wątków jest tak mało, bo Robert i Ari są świetni, i chciałabym wiedzieć trochę więcej co u nich, Yusufa, Cobbów i w ogóle. Wiem, że wprowadzam trochę taki nostalgiczny nastrój, ale szkoda mi się będzie z "Petem" żegnać. Musze go chyba zawczasu wydrukować i oprawić, na wszelki wypadek, i wozić ze sobą ;)

Jak zwykle świetna robota!, pozdrawiam, Ariana
Nadia vel Ariana Offline


 
Posty: 16
Dołączył(a): 29 maja 2012, o 16:33

Postprzez B.Prus » 27 maja 2013, o 15:09

Jejku, jak ja uwielbiam to opowiadanie. Serio, jestem kompletnie zakochana. Dzięki Tobie, tłumaczko, zostałam kompletnie wkręcona w ten fandom i praktycznie nie mogę czytać nic innego, mało tego nie mogę już nawet oglądać niczego w czym nie gra Gordon-Levitt. A gdyby tego było jeszcze mało, ja nawet biegam! i to nie tak, że przebiegłam się dwa razy, stwierdziłam, że zaraz wypluje płuca i dałam se spokój, ale naprawdę codziennie (albo co drugi dzień, jak nie mam jak) wkładam buty, słuchawki i robię truchcikiem kółeczka wokół domu i nie ma, że pada, zimno, czy jestem zmęczona - Arturowi nie przeszkadzał nawet grad, więc ja też muszę być silna i jak na razie zupełnie zaskakująco jestem :)
Ale dosyć o mnie,
Rozdział była absolutnie wspaniały, jak każdy wcześniej. Strasznie mi się podobał, scena pod prysznicem - genialna, Artur powinien chyba podziękować Ari, za spełnienie jego fantazji. A że też Eames tak szybko poleciał pod prysznic, czyżby szukał wymówki, by zobaczyć swojego Hamleta w pełnej krasie? (kto by mu się dziwił)...
to ważne, żebyś… żebyś zawsze potrafił wrócić do tego, na czym ci zależy, nieważne, jak bardzo bolał upadek.
a to nie musi odnosić się tylko do biegania, prawda? może to znaczy, że Eames chce, by Artur nie poddawał się w temacie także innych "upadków"...

Dziękuję serdecznie za translatorski trud :)

PS. Jako, że komentarz piszę już od piątku (jak tylko rozdział się pojawił, połknęłam go w całości nie zważając, że spóźnię się na spotkanie ze znajomymi), a potem przeczytałam jeszcze raz, tak na spokojnie, by móc rozkoszować się wszystkimi scenami na nowo i jestem pewna, że zanim nowy rozdział się pojawi przeczytam ten jeszcze kilka razy, ale do meritum. Chciałam powiedzieć, że właśnie obejrzałam film "Zły dotyk" (Mysterious Skin) z JG-L w roli głównej i jestem zupełnie rozbita i do głowy przychodzą mi różne myśli, między innymi takie, że zachowanie Eamesa (mówię o tym rozdziale, który dział się w jego domu) to coś więcej niż tylko łamanie zasad, że nauczyciel nie powinien z uczniem. Że niby Artur ma 18 lat, że między nimi jest tylko 7 lat różnicy i Artur jest bardzo dojrzały, ale jednak to relacja nauczyciel - uczeń i Eames (nie zależnie od tego, jak bardzo był pijany i jak bardzo jest zakochany) nie powinien do czegoś takiego dopuścić.
Choć z drugiej strony, tamta scena była przecież zupełnie niesamowita i Eames to przecież tylko zakochany człowiek, który usłyszał wcześniej, że to jednak nie jest jednostronne... i kto by się nie rzucił na takiego Artura (ja na pewno nie umiałbym się powstrzymać na jego miejscu) i przecież on nigdy nie patrzył na Artura jak na dziecko... Dobra, kończę te dziwne rozważania. Piszę to wszystko, bo wciąż jestem w szoku po filmie...
Pozdrawiam serdecznie
B.Prus Offline


 
Posty: 9
Dołączył(a): 9 lut 2013, o 16:39

Postprzez Evolution » 27 maja 2013, o 16:42

Zmusiłam się do napisania tego komentarza, kiedy przeczytałam Twój dopisek, że dziękujesz tym, którzy jedynie przeczytali poprzedni rozdział, za poświęcony czas. Wtedy zapaliła mi się taka czerwona lampka i zaczęłam się zastanawiać, jak to jest, że to Ty ciężko harujesz nad przetłumaczeniem każdego kolejnego rozdziału, poświęcasz na to długie godziny, ja jedynie siedzę na dupie i raz w miesiącu czytam całkowicie pochłonięta i odcięta od świata i ostatecznie to Ty dziękujesz mi.?! No więc postanowiłam dać chociaż trochę od siebie, żeby przynajmniej w pewnym stopniu wyrazić mój całkowity zachwyt tym opowiadaniem i wdzięczność do Ciebie. :)

Rozdział dziewiąty.? No i kiedy to tak zleciało.? Naprawdę nie chcę się jeszcze żegnać ze "Skarbem", czuję się... w pewnym stopniu przywiązana do tych bohaterów, ale z drugiej strony już nie mogę się doczekać zakończenia, po prostu czuję niezwykle silną potrzebę przeczytania o tym, że wszystko się jednak naprawi, że w chwili, kiedy Arthur skończy szkołę, wszystkie obiekcje Eamesa znikną i będą żyli długo i szczęśliwie.

Boże, ta potrzeba bijąca od chłopaków aby wszystko wróciło do tego, jak było kiedyś, była totalnie przytłaczająca, ten ich niemy krzyk o to, co utracili, to dodawało całemu rozdziałowi takiej dodatkowej nuty goryczy. No i Arthur wrócił do biegania !!! :seksi: Brakowało mi tego ostatnio. Dobrze, że Eames przemówił mu do rozumu. :D Scena z prysznicem była niesamowita, ale mi również nie wydaje się, aby Eames widział Arthura w pełnej okazałości. Ot, takie wrażenie po prostu. Co nie zmienia faktu, że samo to, że Eames przybiegł tam pod byle pretekstem i nie-wiadomo-jak-długo podziwiał plecy Arthura ociekające wodą jest totalnie niesamowite. :D Aaa, i Ariadne i jej wybuch paniki przed maturą ( nie będę przytaczać, skoro uprzedziła mnie już Veldrin ;) ) - totalnie genialny.

Jestem tak samo jak poprzedniczki całkowicie oczarowana opisem zdjęcia Arthura z wystawy. Emocje są w nim tak wyraźne, wszystko jest tak plastycznie przedstawione, że nie miałam żadnego problemu z wyobrażeniem go sobie, wręcz przeciwnie, obraz sam pojawiał mi się przed oczami.

Odwrócił się i poprowadził przyjaciół w stronę innych (paskudnych) dzieł, stworzonych przez resztę szkolnych artystów, starannie unikając ostatniego zerknięcia na zdjęcie kwiatu, który wbrew wszelkim szansom na powodzenie torował sobie drogę między zwałami śniegu.


To ostatnie zdanie pozostawiło po sobie jakieś takie wrażenie, że od teraz już wszystko będzie dobrze, nadzieję na przyszłość.

Wiem, że będę szalenie oryginalna, ale ja również chciałabym się pochwalić, że biegam. ^^ A raczej chciałabym pokazać autorce, jak bardzo wpływa na mnie to opowiadanie i mnie inspiruje. Donnie, to jest naprawdę tylko i wyłącznie Twoja zasługa, że kiedy miałam 3 dni wolne, zerwałam się o 7:00 z łóżka i biegałam kółka wokół boiska. Tak, tak, dokładnie, to były tylko 3 dni, ale jestem z siebie totalnie dumna, jako że wytrzymałam całe 35 minut właściwie z miejsca. Ot, taki mój niewielki wkład w kontynuowanie tego wspaniałego sportu na wzór Arthura. :lol2:

Serdecznie dziękuję za tłumaczenie, naprawdę, nie wydaje mi się możliwe, aby ten tekst był na wyższym poziomie niż w tym momencie, a całość czyta się z niezwykłą przyjemnością. :D

Pozdrawiam. ;)
.
Evolution Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 25
Dołączył(a): 16 lut 2012, o 17:00
Lokalizacja: Gdańsk

Postprzez Donnie » 15 cze 2013, o 14:51

Bardzo dziękuję za wysyp komentarzy i cieszę się, że tym razem ujawinił się ktoś czytający po cichu :)
Aevenien ślę buziaki za sprawną i punktualną betę, poza tym gorąco ściskam moją jedyną na świecie Joëlle za pomoc przy francuskim, nawet jeśli nie zrozumie, co tu napisałam.
Zapraszam na przedostatni rozdział!



Rozdział dziesiąty


Maj był jednym wielkim pasmem wysiłku i horrendalnej tremy. Mieszanka ta nadszarpnęła opanowanie Arthura do tego stopnia, że zaczął dopuszczać po jednej emocjonalnej reakcji na dany bodziec, by — cytując Ariadne, która próbowała wyjaśnić tajemnicę jego spokoju Robertowi — ograniczyć ryzyko zaszkodzenia swojej biednej, obciążonej ponad miarę wymuszonym stoizmem psychice. Zdaniem Arthura podobne zachowanie wciąż uchodziło za jak najbardziej normalne, niezależnie od krytycznych pochrząkiwań Fischera, brzmiących jak „zaprzeczanie oczywistemu” lub „niezdrowe wypieranie ze świadomości”.
Dobrnął do końca egzaminów maturalnych ze zwykłą, niezmąconą pewnością siebie. Potrafił nawet kontrolować się na tyle, że skutecznie tłumił kiełkującą panikę za każdym razem, kiedy ktoś wspominał o coraz szybciej mijającym czasie dzielącym ich od rozdania świadectw dojrzałości. Nie poddawał się również szarpiącemu za serce przerażeniu, gdy przypominał sobie, co oznacza ta chwila w kwestii szans na zobaczenie Eamesa kiedykolwiek jeszcze po ukończeniu szkoły. Ale gdy na czternaście dni przed premierowym i zarazem jedynym przedstawieniem powrócili do rytmu dwóch prób tygodniowo, Arthur wyglądał od wewnątrz jak wrak człowieka.
Ledwo radził sobie z boleśnie ciasnym węzłem w żołądku, nieodłącznym towarzyszem bombardujących go zewsząd wyczekujących spojrzeń — irytująca uwaga, która skupiła się na nim za sprawą fotografii Ariadne, w porównaniu z tym była zaledwie drobiazgiem — niemniej zdołał wypracować sobie metodę ignorowania niepokojących sygnałów przy pomocy wciśniętych do uszu słuchawek iPoda i powtarzanej w duchu mantry zainteresowanie otoczenia naprawdę mi schlebia. NAPRAWDĘ. Oba te rozwiązania były pomysłem Roba, więc Arthur wybaczył mu niemal całkowicie jego udział w katastrofie z wystawą, ale nagle okazało się, że musi odsunąć na bok wszelkie strategie radzenia sobie z ludźmi i skupić się wyłącznie na byciu księciem Danii. Co, niestety, w niewyjaśniony sposób w ogóle mu nie wychodziło.
Uczestniczył w próbach dwa razy w tygodniu, podwójnie torturowany pięknem i dystansem Eamesa, który wydawał się tak bliski, a jednocześnie okrutnie nieosiągalny. Jednak najgorsze, absolutnie najgorsze ze wszystkiego było to, że traktował Arthura dokładnie tak samo jak resztę grupy (nawet wtedy, gdy na próbach pojawiali się łowcy talentów, nawet wtedy, gdy ze skupieniem śledził każde wypowiadane przez Arthura słowo, nawet wtedy, gdy stał z nim oko w oko, ubranym w pełny kostium Hamleta, nawet wtedy, gdy skąpani w świetle scenicznego jupitera wydawali się jedynymi ludźmi na świecie) i kiedy zwoływał ich wszystkich w krąg, by zakomunikować z pół smutnym, pół rozbawionym uśmiechem, jak bardzo jest z nich dumny i ile razem osiągnęli, i jak będzie za nimi tęsknił, gdy już rozjadą się po świecie, patrzył Arthurowi w oczy nie dłużej niż każdemu spoglądającemu na niego z uwielbieniem członkowi zespołu, i Arthur czuł, że znaczy dla niego tyle co nic.
Ostatniego dnia maja Arthur stał otoczony doprowadzonym do perfekcji wystrojem swojej pierwszej sceny, rozglądając się wokół z nowym zachwytem i podziwiając wspaniałość kostiumów, rekwizytów, świateł i w ogóle wszystkiego, co połączone razem dawało oszałamiający efekt.
Głęboka czerwień kurtyny wydawała się nagle wibrować w kontraście z czernią, brązem i szarością dekoracji, wyfroterowane pieczołowicie deski sceny lśniły blaskiem, nie tylko po to, by się dobrze prezentować, ale i dla podkreślenia majestatu miejsca. Wnętrze szkolnego teatru bez wątpienia wyglądało pięknie, wypadało jednak mieć nadzieję, iż każdy bez wyjątku widz zgodzi się ze stwierdzeniem, że nowe, inspirujące, zbudowane z duchem czasu skrzydło artystyczne będzie doskonałym uzupełnieniem dla wieku i tradycji starego audytorium.
Rozległy się ciche tony muzyki, sygnał dla Hamleta. Arthur ruszył w stronę swojej pozycji wyjściowej, biernie chłonąc subtelny, choć wyraźnie wyczuwalny tragizm, którym tchnęły wybrane przez Eamesa i specjalistów od dźwięku utwory, towarzyszące początkowi i końcowi przedstawienia oraz krótkiej przerwie w połowie. Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, jego stopy nie znalazły oparcia na znajomym drewnianym podłożu. Stracił równowagę i poleciał do przodu, boleśnie uderzając kolanem o deski, udało mu się jednak podtrzymać na obu dłoniach i zamortyzować w ten sposób część upadku.
— Arthur!
Głos Eamesa aż zadzwonił mu w uszach, więc czym prędzej odepchnął się rękami od podłogi, próbując wstać i zapewnić wszystkich, że nic się nie stało. Niestety, podeszwy butów zaskrzypiały na wypolerowanej powierzchni sceny, a Arthur przewrócił się ponownie, dla odmiany na tyłek.
— Proszę pana! Deski są…
Eames pośliznął się, zachwiał i rąbnął na twarz tuż przed nosem biednego Hamleta z absolutnie — co każdy był potem gotów poświadczyć nawet pod groźbą śmierci — męskim okrzykiem przestrachu, na co Arthur, mimo całego swojego opanowania i umiejętności natychmiastowego znalezienia się w każdej sytuacji, o mało nie posikał się ze śmiechu.
— Aua — jęknął Eames żałośnie prosto w podłogę, zaraz jednak uniósł głowę i spojrzał na swoich zaniepokojonych aktorów z uspokajającą i dość ironiczną miną.
— …śliskie — dokończył Arthur. — Cała scena jest śliska. Pomyślałem, że lepiej będzie pana uprzedzić.
Poleżał tak jeszcze przez dłuższą chwilę i patrzył na wypełniający mu pole widzenia nieco wymuszony, ale dziwnie czuły uśmiech Eamesa. Trząsł się z tłumionego chichotu pod swoją perfekcyjnie skrojoną marynarką, dopóki głos rozsądku nie nakazał mu wstać z podłogi przy pomocy Roberta, a potem, wraz z Eamesem, pozwolić odprowadzić się w mniej niebezpieczny kąt. Natychmiast zostali zasypani pełnymi skruchy przeprosinami ze strony podzespołu odpowiedzialnego za stan sceny. Niestety, mimo gorączkowych zabiegów winowajców wokół podejrzanie lśniących punktów, wypolerowane deski wciąż stanowiły zagrożenie w co najmniej pięciu różnych miejscach i przez resztę próby każdy członek obsady plus kilku pechowców z obsługi technicznej weszło w bliski i dość gwałtowny kontakt z podłożem.
Eames był zachwycony.
— Dobra, kochani — zaśmiał się maniacko i zatarł ręce. — Ze względu na niecodzienny stosunek ilości prób do liczby przedstawień w naszej skromniutkiej sztuce próbowałem do tej pory ignorować stare, dobre teatralne przesądy. Jednak muszę wam powiedzieć, że po dzisiejszym spotkaniu powrócę do nich z radością: udało nam się bowiem totalnie skopać najważniejszą ze wszystkich próbę generalną. Arthur śmiał się w kułak za każdym razem, kiedy ktoś zaliczał deski, i nie, nie próbuj nawet robić niewinnej miny, ty mały sadysto, wszyscy dobrze słyszeliśmy, jak rżysz. Co najmniej połowa z was jąkała się przy swoim tekście ze strachu, że zaraz walnie o glebę. Maurice zahaczył szatą o kawałek dekoracji. Światła i muzyka spóźniły się na zasunięcie kurtyny. Słowem: było po prostu fantastycznie.
Obdarzył zgromadzonych olśniewającym uśmiechem. Arthur również się rozpromienił , zauważywszy popłoch wypisany na twarzach kilku osób, niemających pojęcia o tradycji, do której nawiązywał Eames.
— A teraz, po obowiązkowo fatalnej próbie generalnej, możemy śmiało powiedzieć, że jutro wieczorem nasi widzowie mogą spodziewać się tylko i wyłącznie genialnego przedstawienia. I z tymi oto słowami, mój najdroższy, cudowny zespole, zwalniam was do domów po ostatnim spotkaniu przed prawdziwym występem. — Jego usta na moment przybrały dziwnie słodko-gorzki wyraz, ale zaraz zamarkował szybki ukłon i wyprostował się z nowym uśmiechem. — Byliście wspaniali, ludzie. Życzę wam miłego wieczoru, wypocznijcie dobrze, nie panikujcie i zjawcie się jutro punktualnie na premierę.
Arthura zakłuło w środku tak ostro, że łzy napłynęły mu do oczu i musiał opuścić podbródek na pierś, kiedy Eames przeszedł obok niego, zapewne chcąc wyjaśnić kwestię niesprawnych jupiterów z chłopakami od oświetlenia. Fala żalu nie opuściła go nawet wtedy, gdy pozbył się kostiumu i na powrót przebrał w jeansy i koszulkę, a potem czekał na Ariadne, która nadal wyplątywała się z niezliczonych warstw szyfonu za osłoną jednego z bardziej rozłożystych elementów scenografii. Gapił się ponuro w podłogę, walcząc ze wzbierającym w nim smutkiem, kiedy Eames znów go wyminął, tym razem w towarzystwie rozradowanego dyrektora Caine’a.
— Głowa do góry, Arthurze — pocieszył go Eames życzliwie. — Już prawie po wszystkim. Jeszcze tylko ten ostatni wieczór i znów będziesz wolnym człowiekiem.
Uśmiech Arthura był tak sztywny, że o mało nie przypłacił go skurczem w policzkach.
— Tak, proszę pana. Nie mogę się wręcz doczekać.
Wmówił sobie, że dobroduszny śmiech Caine’a i jego żartobliwy komentarz o nastolatkach z nadmiarem wolnego czasu neutralizował przelotne skrzywienie kącika ust Eamesa i zimne, rozczarowane milczenie Ari, kiedy po próbie podwoziła Arthura do domu. Bo właśnie tak wyglądała reakcja obojga na jego lekceważącą, ukrytą pod płaszczykiem pozornej grzeczności odzywkę.
— To nie było miłe, Arthurze — odezwała się wreszcie, gdy wysiadał przed swoim mieszkaniem. — Przecież dobrze wiesz, co on tak naprawdę myśli i czuje. Chciał być tylko… przyjazny.
Ciche, podobne do tykania zegarka pulsowanie pod czaszką Arthura zamieniło się nagle w ogłuszające dudnienie i odruchowo podniósł głos, chcąc je przekrzyczeć.
— Nie obchodzi mnie, co on czuje. Nigdy go nie prosiłem, żeby był dla mnie przyjazny, nigdy nie prosiłem go o nic!
— Owszem, prosiłeś. — Usta Ariadne wyglądały jak cienka, biała linia na gwałtownie zarumienionej i przygnębionej twarzy. — Nie możesz teraz nienawidzić go za to, że nie chciał dać ci tego, czego obaj pragnęliście. Bo jak mógłby, skoro miał związane ręce już od samego początku? — Przechyliła się nad siedzeniem pasażera i zatrzasnęła drzwiczki, uśmiechając się do niego ponad opuszczoną do połowy szybą. — Arthur, to nie jego wina, że wasz czas właśnie się kończy. I na serio, jeśli pomyślisz o tym naprawdę, to tak jest lepiej dla was obu. On mówił prawdę. Jeszcze trochę i będziesz wolny.
Patrzył na nią przez długą chwilę. W końcu skinął głową i odszedł w stronę domu, zadając sobie pytanie, od kiedy poczucie wolności zaczęło kojarzyć mu się z pustką.

+++

Czerwiec przywitał go żarem.
Pierwszego dnia tego miesiąca — i zarazem ostatniego jako książę Danii — Arthur obudził się z głową przyklejoną do poduszki, spocony od snów pustoszących mu serce, duszę i libido od momentu, kiedy zamknął oczy, aż po sekundę, w której je znów otworzył. Po wewnętrznej stronie powiek wciąż majaczyło mu widmo uśmiechu Eamesa i jego pociemniałego spojrzenia.
Początek uroczystej gali przewidziano na wczesne popołudnie, tak by przybyli goście zdążyli przed spektaklem napatrzeć się do woli na wykwity uczniowskiej kreatywności, zachęcające do (oby hojnego) wypełnienia książeczek czekowych. Arthur obiecał, że stawi się jako moralne wsparcie dla Ariadne, stremowanej nie tylko tłumem odwiedzającym wystawę, ale i, jak to określiła, krytycznym spojrzeniem potencjalnych inwestorów w sam środek jej duszy. Potem zaś musiał pędzić z powrotem do domu po panią Moore i rodziców, a następnie powtórzyć całą przeklętą drogę do szkoły, by na czas wśliznąć się w książęcą (choć zapewne do tej pory mocno przepoconą) skórę Hamleta.
Kiedy układał sobie zawczasu rozkład tego dnia, wszystko wyglądało jak znakomity plan, niestety teraz, gdy tylko godziny dzieliły go od momentu, który coraz bardziej przypominał mu opadający miecz Damoklesa, jego zestresowane serce waliło o żebra tak desperacko, jakby zamierzało wydostać się na zewnątrz.
Rozważał, czy nie wyrwać się na chwilę na mały trening, ale niezależnie od pokusy, jaką niosło ze sobą oczyszczające umysł działanie bieżni, był pewien, że dodatkowa podróż na trasie dom – szkoła mogłaby ostatecznie sparaliżować jego wolę działania.
Woda, dla odróżnienia, wydawała się szeptać do niego kojąco, obiecywać ulgę i przywoływać złotymi błyskami słońca na niespokojnej powierzchni, jakby zmąconej przez prawdziwe rybki. Arthur zanurzył się powoli w basenie i kolejny raz zastanowił, czemu nie może go spakować i zabrać ze sobą, gdy przyjdzie mu stąd wyjechać.
Pływał bez pośpiechu, dla odprężenia, gładko i równomiernie poruszając się od jednej krawędzi basenu do drugiej, z twarzą poddaną chłodnej pieszczocie fal, łaskotany w policzki bąbelkami wydychanego powietrza i uśmiechnięty pod taflą wody. Napięcie opuszczało go wraz z każdym wyrzutem ramion.
Po jakimś czasie zatrzymał się w połowie rundy. Kołysał się swobodnie na powierzchni i cieszył różową poświatą promieni słońca, padających na zamknięte powieki. Kompletnie pogodzony z całym światem, gładził jałowo dłońmi i stopami unoszącą go wodę, dopóki okrzyk matki nie przypomniał mu, że czas się szykować do wyjścia. Otworzył oczy i stwierdził, że wszystko wygląda jaśniej i ostrzej niż przedtem. A potem porzucił całe zdenerwowanie i pozwolił sobie po prostu istnieć.
Uśmiechnął się. Wiedział, że jest gotowy.

+++

Pani Moore zachwycała się wystawą wręcz nieprzyzwoicie, co z pewnością byłoby o wiele bardziej irytujące, gdyby nie pewna mała niezręczność ze strony Ricka. Zamiast podziwiać w milczeniu główny eksponat Ariadne, poinformował głośno Arthura, że wygląda na zdjęciu, jakby cierpiał na obstrukcję. Młoda artystka, która oczywiście wszystko usłyszała, rzuciła się bronić swego dzieła niczym lwica jedynego lwiątka, puszczając mimo uszu gęste tłumaczenia Ricka. Arthur, ubawiony sytuacją (i wysiłkami matki, próbującej pośredniczyć między oburzeniem Ari a deklaracjami męża, że to wszystko tylko żart, oraz natarczywymi prośbami pani Moore o własną kopię fotografii, niewątpliwie w celu przyozdobienia nią drzwi lodówki), skorzystał z ogólnego zamieszania i wymknął się dyskretnie na zewnątrz.
Goście, o wiele liczniejsi i znaczniejsi, niż ośmielał się zakładać dyrektor Caine wraz z radą szkoły, byli dosłownie wszędzie. Arthur torował sobie ścieżkę przez tłum w stronę teatru, a po drodze złowił okiem paru znanych polityków, biznesmenów, dziennikarzy i nawet jednego emerytowanego aktora. Wyczuwał aurę zadowolenia, bijącą od grona pedagogicznego i zaangażowanych w organizację gali uczniów, których starania wyniosły i tak już znakomitą reputację Dysona na nowe szczyty.
Atmosfera całości sprawiała na Arthurze nieco surrealistyczne wrażenie, tak więc zamiast zareagować na widok Eamesa standardowym skurczem lękliwego uwielbienia, przywitał go skąpym uśmiechem, gdy prawie wpadli na siebie tuż pod drzwiami auli.
— Co za cholerny dom wariatów. — Eames wyszczerzył zęby, a Arthur zachichotał, zauważywszy jego lekko sfatygowany wygląd.
— Nie sposób zorganizować imprezy, której celem jest osobiste przemówienie do mas, bez ich zaproszenia — wytknął kąśliwie.
Eames rzucił mu ponure spojrzenie, co nie wypadło jednak zbyt autentycznie.
— Widzę, że u ciebie pełny luz, Arthurze. To podejrzane. Tylko mi nie mów, że to jakaś wyrafinowana metoda radzenia sobie ze stresem, która nawali w chwili, kiedy wyjdziesz na scenę i zaniemówisz w połowie tekstu?
Arthur posłał mu paskudny uśmiech.
— A może ja jednak jestem robotem?
Szaroniebieskie oczy Eamesa zwęziły się groźnie, a górna warga uniosła lekko, odsłaniając zęby.
— Weź ty się lepiej ugryź w język — warknął cicho.
— Hmm, bardzo oryginalny zwrot. Taki wariant połamania karku! jeszcze nigdy nie obił mi się o uszy.
Eames niecierpliwie zamachał ręką.
— E tam, nie potrzebujesz życzeń powodzenia. Złe fatum może nam dziś naskoczyć. Poradziliśmy sobie z chorobami, atakami wściekłości, dekoracjami o morderczych skłonnościach, katastrofami kostiumowymi i sceną o właściwościach lodowiska. Nie wydaje mi się, żeby los miał dla nas jeszcze coś w zanadrzu, no chyba że najprawdziwszy piorun postanowi strzelić w ten przeklęty budynek.
— Wciąż mogę zapomnieć cały tekst — podrzucił Arthur uprzejmie, co Eames skwitował rezolutnym mrugnięciem.
— W takim wypadku wystawię cię na pośmiewisko i przejmę twoją rolę.
— Kostium znów nie będzie pasował, a wtedy Patsy pana zabije.
Eames wydał cierpiętnicze westchnienie.
— Arthurze, bądź tak grzeczny i przestań rezonować, zgoda?
Arthur wyszczerzył się do niego, po czym razem pchnęli drzwi i weszli do chłodnego, cienistego wnętrza auli, zostawiając za sobą entuzjastyczny blask hiperaktywnego czerwcowego słońca.
Przystanęli, by przez moment podziwiać rudawą czerwień klasycznej kurtyny, która zgodnie z zapewnieniami Eamesa miała nadać nowoczesnemu charakterowi przedstawienia tradycyjnego teatralnego uroku. Ciężkie fałdy skrywały gotowe tło pierwszej sceny, perfekcyjnie zapięte na ostatni guzik i czekające na ich występ, tak jak powinno.
Arthur przełknął ślinę, kiedy Eames trącił go łokciem w przedramię. Nauczyciel uśmiechał się, nie odrywając wzroku od sceny.
— Tylko nie dostań mi teraz ataku tremy, dobrze, skarbie?
Po skórze Arthura rozeszła się fala łagodnego, dziwnie uspokajającego ciepła. Ogarnęło go rzewne szczęście, że znów słyszy to słowo, wymruczane tym samym swobodnym tonem, za którym tak bardzo tęsknił. Powtórzył gest Eamesa, również trącając go w ramię.
— Daleko mi do tremy, panie profesorze.
Przez chwilę uśmiechali się do siebie. W końcu Eames odchrząknął i wskazał w kierunku kurtyny.
— W takim razie chodźmy. Kraj czeka, Wasza Wysokość.
— Tak jak cały zespół na pana, panie reżyserze.
Eames przewrócił oczami i ponaglił Arthura lekkim pchnięciem w plecy.
— Cóż, jeśli tak, to złóż się, Makdufie1, w najlepszym znaczeniu tego cytatu. Jakżebym śmiał kazać czekać mojemu zespołowi?
Ramię w ramię zmierzali w stronę sceny, skąd dobiegały już głosy schowanych za kurtyną aktorów i techników. Nagle Arthur zatrzymał się ze zmarszczonym czołem.
— Chwileczkę… Niech potępiony będzie, kto się znuży i pierwszy krzyknie: „Stój! Nie mogę dłużej!”2 Czy pan… czy pan właśnie rzucił na nas coś w rodzaju klątwy?
Eames zaśmiał się cicho i ponownie popchnął Arthura ku scenie.
— Czyżbyś zamierzał zawołać głośno Nie mogę dłużej! w środku monologu, mój książę? — zadrwił nie do końca dobrodusznie, a Arthur najpierw zrekapitulował w myślach swoją aktualną potrzebę (czyli nazwanie Eamesa dupkiem i wycałowanie go do utraty zmysłów, najlepiej synchronicznie), a potem wzniósł oczy do nieba.
— Nie, oczywiście że nie, ale…
— W tym przypadku nie ma to żadnego znaczenia. A teraz jazda, musisz się przygotować.
Znów popędził go klepnięciem, tym razem otwartą dłonią w kark. Arthur przymknął rozedrgane powieki, czując na skórze muśnięcie palców.
Pospiesznie pokonał kilka schodków prowadzących na przygotowaną profesjonalnie scenę. Zatrzymał się metr przed kurtyną i rzucił ostatnie spojrzenie za siebie. Resztką opanowania powstrzymywał wypływający mu na usta złośliwy uśmieszek.
— Ale pan chyba wie, że nie wystawiamy Makbeta, prawda? — zapytał głosem niewiniątka.
Twarz Eamesa zastygła z przerażenia, kiedy usłyszał wypowiadany na głos tytuł sztuki3. Zaraz jednak wyrwał się z osłupienia i wykonał ruch, jakby chciał popędzić za Arthurem za kulisy, więc Arthur, wybuchnąwszy krótkim śmiechem, błyskawicznie zanurkował za kurtynę. Z walącym sercem i promienną miną zbliżył się do wyraźnie podekscytowanego Laertesa, i nagle z absolutną pewnością wiedział, że przeżyje dziś jeden z najwspanialszych wieczorów swojego młodego życia.

+++

Blask jupiterów oświetlających scenę był wystarczająco silny, by stworzyć iluzję izolacji od widowni, której obecność zdradzały jedynie docierające do niego od czasu do czasu pomruki aprobaty. Ale jeśli nawet Arthur je słyszał, jego książę pozostawał na nie głuchy. Wiedział, że matka wraz z resztą siedzi tam gdzieś w mroku, a ich ciekawe (i przypuszczalnie zachwycone) spojrzenia krzepiły go niczym przyjazne poklepywanie po odzianych w królewską marynarkę barkach.
Męczyła go obawa, że jednak zapomni swojego tekstu — albo miejsca, w którym ma stanąć, lub imion, którymi ma się zwracać do współgrających — ale gdy tylko ucichły ostatnie tony muzyki, a kurtyna z szeptem materiału rozsunęła się na boki, prezentując oczom Arthura światło i mrok jednocześnie, w jego głowie rozbrzmiał znów głos Eamesa. Echo słów nauczyciela, którymi dopingował cały zespół tuż przed rozpoczęciem przedstawienia, ożywiły umysł Arthura iskrą nadziei i niezachwianej wiary w siebie.
Ludzie twierdzą, że coś takiego jak idealna premiera po prostu nie istnieje. Że to niemożliwe. Wszystko, czym dziś dysponujemy, to ten jeden premierowy wieczór, więc powiem wam, co zawsze powtarzał mi ojciec: nie ma rzeczy niemożliwych, a tylko cholernie trudne. Właśnie dlatego kazałem wam tak ciężko harować, dlatego wyciskałem z was ostatnie poty nawet wtedy, gdy graliście bezbłędnie, bo potrzebowałem od was perfekcji, bo wiedziałem, że sami będziecie jej potrzebowali, aby osiągnąć to, do czego zmierzamy dziś wieczorem. Jesteście gotowi i niesamowicie GENIALNI.
Wymiataliście na próbach. Wiem, że macie wszystko w jednym palcu i zaraz, za chwilę, ten przeklęty teatr zawali się pod naporem waszego geniuszu, tak że goście nie będą mieli innego wyjścia niż zafundować szkole nowy. Pokażmy im więc, co są warte ich pieniądze, jasne? Wybrałem was, bo wiedziałem, że okażecie się świetni, i chociaż nie jestem pewien, czy każdy z was to zauważył — ja się NIGDY nie mylę. Dlatego: do roboty, wychodźcie na scenę i niech będę z was dumny, nie zapominajcie jednak, żeby przede wszystkim mieć radość z tego, co robicie. Zobaczycie, będzie fantastycznie, i to wyłącznie za waszą sprawą. Praca z wami była dla mnie wielkim zaszczytem i przyjemnością, i bardzo wam dziękuję.

Skłonił się przed nimi, a Arthura zakłuło coś w dole brzucha, coś, co przypominało dumę i słodko-gorzką rozkosz, ale gdy tylko przemaszerował przez scenę do swojej pozycji wyjściowej, wiedział, że Eames miał rację: zagrają genialnie, bo są mu to winni; jemu, szkole i sobie samym.
Przysłuchiwał się recytacji innych, idealnej i jakby ostrzejszej niż kiedykolwiek, i czuł przebiegające po skórze dreszcze bolesnego zachwytu i radosnej euforii.
To ich wieczór. I osiągną dziś coś pozornie niemożliwego.
Odwrócił się lekko w stronę światła, zaczerpnął głęboko tchu i oddał swój głos Hamletowi.

+++

Przerwa była, z braku trafniejszych określeń, torturą.
Eames kręcił się między nimi, szybki i nieuchwytny jak błyskawica, wlewając nowe życie w swoją nagle sparaliżowaną z przerażenia, przypominającą gromadę zombie trupę. Rozdawał uśmiechy, sypał słowami zachęty niczym confetti, poklepywał po ramionach i ściskał drżące ręce. Od jego głosu biło ciepło, życzliwość i spokój, aż wreszcie znów poczuli się pewni swojego geniuszu i byli gotowi do kolejnego wyjścia na scenę.

+++

Niech czterech dowódców
Złoży Hamleta, jako bohatera,
Na wywyższeniu, niewątpliwie bowiem
Byłby był wzorem królów się okazał
Dożywszy berła; a gdy orszak ciało
Jego niosący postępować będzie,
Niechaj muzyka i salwy rozgłośnie,
Czym był, zaświadczą. Podnieście te zwłoki.
Bo nie to miejsce, lecz pobojowisko
Godne oglądać takie widowisko.
Każcie dać ognia z dział.
4

Wśród dźwięków żałobnej muzyki kwartet złożony z Jamesa, Aleca, Saheda i Michaela (na szczęście nieźle umięśnionych) ostrożnie podniósł martwego Hamleta z desek, podtrzymując go za plecy, uda, łydki i barki. Arthur, szeroko rozkrzyżowawszy ramiona w wyćwiczony, odpowiednio majestatyczny sposób, pozwolił głowie opaść bezwładnie w dół, podczas gdy kurtyna powolutku pełzła ku nim z obu stron, i nagle, z szokującą gwałtownością, było po wszystkim.
Arthur wysunął się z rąk kolegów i wstał. Trzęsąc się i chwiejąc, z niedowierzaniem przyłożył obie dłonie do ust i nosa, by zapanować nad nierównym oddechem. Dopiero uśmiech Ariadne — prześlicznej, promiennej i podążającej już do swojego miejsca w szeregu aktorów — pozwolił mu przełknąć falę paraliżującego przerażenia. Obsada grupkami wychodziła przed kurtynę, dopóki nie nadszedł czas na solowe ukłony odtwórców głównych ról.
Arthur, oczywiście, miał zrobić to jako ostatni, więc przepuszczał innych, oniemiały i oszołomiony burzą niesłabnących oklasków, dobiegających z sali. Aktorzy jeden po drugim znikali za kurtyną, aż wreszcie został sam w ciemności kulis. Rozjaśniał ją jedynie pasek światła, które wpadało tu przez szczelinę między ciężkimi połami czerwonego aksamitu.
Postąpił bliżej i nasłuchiwał, czekając na swoją kolej. Drgnął lekko, kiedy niespodziewanie wyczuł przy swoim boku czyjąś cichą obecność.
Eames stał obok niego z dłońmi wsuniętymi głęboko w kieszenie spodni. Jego marynarka musiała zapodziać się gdzieś w trakcie przedstawienia, bo miał teraz na sobie samą gołębioszarą koszulę z podwiniętymi do łokci rękawami, i Arthur zmusił się do odwrócenia wzroku, żeby tylko nie rzucić się na niego, nie położyć mu głowy na barku i nie szukać pocieszenia w jego objęciach, tu, za zaciągniętą kurtyną, w tym dziwnym zawieszeniu między jawą a snem, gdzie świat mógłby zwolnić bieg i pozostawić Arthura w ramionach Eamesa.
Usłyszał, jak nauczyciel powoli wciąga powietrze do płuc, raz, drugi, i wreszcie odzywa się cicho.
— Byłeś… jesteś wspaniały i…
Arthur obrócił głowę i spojrzał mu w oczy. Obaj stali w miejscu, do którego docierała tylko część skąpego światła, pozostawiając ich w mrocznym półcieniu. Eames wydawał się dziwnie groźny tam, gdzie ciemność rozmazywała zarys jego sylwetki, i patrzył na Arthura ze stalowym uporem, lecz w jego głosie pobrzmiewało coś miękkiego i nieskończenie smutnego.
— …spróbuj zawsze o tym pamiętać, dobrze?
Arthur otworzył zaschnięte usta, chociaż nie miał pojęcia, co odpowiedzieć, ale ciężka i gorąca dłoń Eamesa była już na jego plecach i popychała go w stronę światła, i nagle znalazł się w pełnym blasku na środku sceny, ogłuszony aplauzem widowni i życzliwymi (niemniej strasznie żenującymi) wiwatami, mrugał prosto w rozżarzone ślepia jupiterów i próbował się uśmiechać.
Ukłonił się nisko i zaraz obwinił ten gwałtowny ruch za gorące pieczenie w oczach. Wyprostował się i uniósł obie ręce, zachęcając widzów do jeszcze głośniejszych braw, które miały wywołać Eamesa zza kulis. A gdy wrzawa na sali przybrała na sile i rozległy się okrzyki wzywające reżysera, pojawił się w końcu, w swojej odnalezionej cudem, lekko pomiętej marynarce, z czarującym uśmiechem dla wszystkich. Był tak doskonale opanowany, że Arthur zaczął mieć wątpliwości, czy spragniony, łamiący się głos, który usłyszał z jego ust parę chwil wcześniej za kurtyną, po prostu mu się nie przyśnił. Dopiero gdy poczuł na swoim ramieniu rękę nauczyciela, gdzieś w połowie jego skierowanych do widowni gorących (i otwierających kieszenie) podziękowań, udało mu się powrócić do rzeczywistości. Dotyk dłoni Eamesa przyniósł ulgę tak gwałtowną, że Arthur przez chwilę obawiał się, iż straci przytomność.
Pozwolił oprowadzić się po sali i przedstawić potencjalnym sponsorom, próbując olśniewać ich dowcipem i kulturalnym zachowaniem, ale jednocześnie zaprezentować się jako osoba szczerze skromna, którą de facto był (i naturalnie ukrywać fakt, że czuje się traktowany niczym nagrodzony pudel na wystawie psów). Usiłował zgodnie kiwać głową nad co trzecim słowem dyrektora Caine’a, które brzmiało jak podkreślenie wagi finansowego wsparcia szkoły. A potem świat zaczął kręcić się Arthurowi przed oczami; dźwięki, kształty, barwy i ludzie zlali się w jedno i…
Dłoń Eamesa, pewna i stabilna, kolejny raz ścisnęła go za bark.
— Bardzo mi przykro — uśmiechnął się nauczyciel w ten specjalny sposób, który nie pozostawiał otoczeniu innego wyjścia niż odpowiedzenie mu tym samym — ale wydaje mi się, że matka Arthura rozgląda się za nim od jakiegoś czasu. Nie miała do tej pory okazji pochwalić osobiście swojego syna, obiecałem jej więc, że go znajdę i zaprowadzę prosto do niej.
Poklepał Arthura po ramieniu i pokierował nim przez tłum jak dziecko z przepaską na oczach, żegnając ewentualnych fundatorów kolejnym niezbyt wiarygodnym, niemniej czarującym uśmiechem.
Arthur odetchnął z ulgą i spojrzał z wdzięcznością na swojego wybawcę, który właśnie w dość znacznym tempie wyprowadzał ich obu z głównego zamieszania na środku sali w stronę spokojnego kąta na uboczu.
— Dziękuję — westchnął z radością i jednoczesnym zmęczeniem, szykując się do dłuższej rozmowy z Eamesem, ten jednak zdjął rękę z jego ramienia i cofnął się o krok z grzecznym skinieniem głowy.
— Nie ma za co — odparł gładko, po czym odwrócił się i przepadł w tłumie.
Skonfudowany Arthur przez chwilę mrugał w zdumieniu, ale zanim zdołał ruszyć się z miejsca, drobne, ale silne ramiona objęły go od tyłu, niemal dusząc w uścisku, a w uszach zawibrował pełen zachwytu okrzyk pani Moore. Stojąca obok niej matka Arthura patrzyła na niego z cichą czułością podejrzanie wilgotnymi oczami, podczas gdy sąsiadka zasypywała go lawiną pochwał i wyrazów uwielbienia. Nie minęło dużo czasu, a Arthur był zbyt zajęty przyjmowaniem i oddawaniem uścisków, by zrobić coś więcej poza obracaniem w myślach słowa wspaniały i czekaniem, aż rzeczywistość znów sprowadzi go na ziemię.

+++

Zjedli uroczystą, późną kolację w ulubionej restauracji Arthura z czasów dzieciństwa. Uwielbiał kiedyś zawieszone nad witrynami z deserem ozdobne, świecące na błękitno i różowo kandelabry, których blask odbijał się przepysznie w wystawionych smakołykach, nie miał jednak serca wyznać matce, że zdążył już wyrosnąć z tej fascynacji albo że dawno temu nauczył się przyrządzać o wiele lepsze kurczę w parmezanie, i to jednym paluszkiem lewej ręki. Ogólnie jednak kolacja była udana.
Przesiedział jej większość z uśmiechem na twarzy, osłabiony z ulgi i otępiały z niewyjaśnionego rozczarowania i żalu. Pani Moore miała łzy w oczach, kiedy opowiadała o swoich wrażeniach ze sceny śmierci Hamleta, wychwalając Arthura jako najlepszego aktora, jakiego w życiu oglądała (jakżeby inaczej). Jej pełne fascynacji oddanie skłaniało go do nieustannego śmiechu, choć przez chwilę, pod wpływem częstych uścisków matki, coś zakłuło go dziwnie pod powiekami. Jednak gdy wreszcie padł na łóżko twarzą w dół, półprzytomny ze zmęczenia, czuł już tylko dogłębną wdzięczność, że ma wszystko za sobą. I chociaż serce rwało go tak, jakby lada moment miało pęknąć na dwoje, wiedział, że nie zamieniłby tego wieczoru na nic w świecie.
Śniły mu się cienie, miękko szepczące mu do ucha pełne uczucia słowa, i pasmo światła, od którego nie mógł się uwolnić, a kiedy się obudził, było już późno i pozostało mu tylko wstać, ubrać się i żałować, że nie znalazł odwagi, by im odpowiedzieć.

+++

Przez większość dnia pomagał Ariadne pozbyć się paniki, która nie licowała z jej elegancką suknią (krzyczącą Zobacz, jak ładnie wyglądam, ale NIE DOTYKAJ — no, może troszeczkę) kupioną przez odurzonego sukcesem córki ojca. Kilka tygodni temu dla żartu przymierzyła w sklepie tę utrzymaną w średniowiecznym stylu kreację i oboje z Arthurem stwierdzili z zaskoczeniem, jak bardzo jej w niej do twarzy (przy takiej cenie by wypadało). O nabyciu jej nie było wtedy mowy, ale gdy tylko Ben zobaczył Ari na próbie kostiumowej (tylko przelotnie, bo Eames upierał się przy zachowaniu szczegółów przedstawienia w tajemnicy, nawet przed przyjaciółmi i rodziną), zgodził się na zakup nieco mniej teatralnej wersji stroju Ofelii tak gorliwie, że Arthur musiał zasymulować atak kaszlu, by ukryć swoje niestosownie głośne rozbawienie.
Spędził kilka wesołych, choć wyczerpujących godzin na wylegiwaniu się na łóżku Ariadne i podziwianiu jej z perspektywy do góry nogami, z głową zwisającą z materaca i szumem krwi w uszach. Zaśmiewał się nad jej próbami z różnymi wersjami fryzur (naturalnie zdecydowała się ostatecznie na tę odrzuconą przez siebie na samym początku) oraz makijażu, dopóki wreszcie nie osiągnęła zadowalających rezultatów.
Opuścił ją w sam raz na czas, żeby zdążyła zaznać uspokajającej kąpieli i innych zabiegów wyciszających przed „prawdziwą” sesją upiększania, całując ją na pożegnanie w policzek z szeptem, że oszołomi swoim wyglądem każdego, kto tylko na nią spojrzy, z wyjątkiem Yusufa, który oczywiście znajdzie się w stanie wykraczającym daleko poza banalne osłupienie i przez cały wieczór będzie gapił się na nią zahipnotyzowanym wzrokiem trzynastolatki na koncercie Justina Biebera.
Za ostatnią uwagę zarobił prztyczka w ucho, zdecydował jednak, że zrewanżuje się jedynie przelotnym całusem w czoło.
— Na pewno nie idziesz na bal? — zapytała i z premedytacją wydęła usta w wyrazie wielkiego rozczarowania, a Arthur roześmiał się, patrząc na jej przesadnie wymalowane rzęsy, które natychmiast się skleiły, kiedy spróbowała zatrzepotać nimi błagalnie.
Przez sekundę wyobrażał sobie, jak stoi w pobliżu parkietu, na przemian oblany chorym blaskiem stroboskopów i skrywany przez cienie, niezręczny w swoim smokingu i samotny mimo towarzystwa świeżo zainteresowanych nim chłopaków i dziewczyn, próbując nie wlepiać oczu w ubranego w niewątpliwie świetny garnitur Eamesa, który stoi z boku i śmieje się wraz z resztą nauczycieli, niedostępny i niemożliwie, niewiarygodnie, niewyobrażalnie piękny
— Nie. Dzięki, ale to nie dla mnie. — Uśmiechnął się i wzruszył ramionami. — Poza tym łatwiej ci będzie przyssać się do Yusufa, jeśli nie będę czujnie śledzić każdego twojego ruchu i zapewne na próżno straszyć śmiercią za naruszenie twojej zagrożonej cnoty i… aua!
Odskoczył w tył na jednej nodze, trzymając się za piszczel, trafioną celnym kopniakiem Ariadne. Wyszczerzył się, kiedy wypchnęła go za próg z wiązką niezbyt przekonujących wyzwisk na uśmiechniętych ustach, obiecała jednak, że przed wyjściem zrobi sobie zdjęcie, żeby mógł podziwiać ją w pełnej krasie, i natychmiast wyśle mu sms-a, jeśli ktoś pojawi się na balu w naprawdę okropnym stroju albo zachowa się skandalicznie.
Drogę do domu pokonał sprężystym krokiem.
Naturalnie miał plany na wieczór i chociaż nie mogły one mierzyć się z marzeniami, które wciąż krążyły mu po głowie, zamierzał zrealizować je w najprzyjemniejszy z możliwych sposobów.
W końcu nie pozostało mu już dużo czasu do spędzenia w towarzystwie pani Moore, zanim będzie musiał odejść, porwany falą odpływu w dorosłe życie. Oboje postanowili, że dziś urządzą sobie wielką ucztę, obejrzą tyle Powrotu króla, ile zdołają (pani Moore czytała trylogię Władcy pierścieni, ale długo broniła się przed zapoznaniem z jej ekranizacją, w końcu niedawno skapitulowała i zgodziła się na zobaczenie filmu, lecz tylko i wyłącznie w wersji rozszerzonej, utrzymując, że jest winna Tolkienowi przynajmniej tyle), a w trakcie seansu będą pochłaniać wysokokaloryczne desery w bardzo nierozsądnych ilościach.
Energicznie zadzwonił do jej drzwi, skąd miał ją odebrać, skłonił się przed nią nisko, zakreślając dłonią dworski zawijas, zarobił za swoje starania drugie już dziś pacnięcie w ucho, po czym oboje, roześmiani, złapali autobus do supermarketu.

+++

Godzinę później wciąż nie mogli się zdecydować co do głównego dania, udało im się jednak zredukować liczbę wchodzących w rachubę deserów do ośmiu. Arthur powoli tracił chęci do zrobienia czegoś więcej poza telefonicznym zamówieniem pizzy, a potem nafaszerowaniem się lodami, tiramisu, ciastem orzechowym lub sernikiem z czekoladą (jeszcze nie doszli do porozumienia w kwestii wypieków) w ilościach równych masie swojego ciała. W pewnej chwili, obróciwszy się w stronę sklepowych półek, znalazł się twarzą w twarz z czymś, co mogło być jedynie wywołaną przez głód halucynacją, ubraną w jeansy i wyposażoną w koszyk pełen gotowych hinduskich dań, która ze zdumieniem wypowiedziała głośno jego imię.
— Arthur…? Ty tutaj?
Arthur dał sobie sekundę czasu na pożarcie wzrokiem lekko rozchełstanej postaci Eamesa, jego znoszonej koszulki, widocznej pod rozpiętą, obramowaną owczym futrem jeansową kurtką, kiełków zarostu i włosów rozwichrzonych w ten specjalny sposób, jaki osiągnąć można tylko w wolny od stresu dzień, który w żartach obiecywali sobie zrobić, gdy wreszcie skończy się ten cholerny cyrk. Całość tego, co widział, sprawiła, że ślina gwałtownie napłynęła mu do ust. Uśmiechnął się, powoli i ciepło, tak jak chciał to zrobić już wczoraj, za kurtyną, kiedy Eames odezwał się do niego słowami, które Arthur wciąż nosił na swojej skórze, w swoim sercu.
— Hej, Eames — powiedział po prostu.
Eames z wyraźnym zdziwieniem patrzył na równie swobodny strój Arthura, mrugając i oblizując usta.
— Czy ty nie powinieneś… Dlaczego nie jesteś na balu, Arthur? Praktycznie każda nastolatka w tym mieście poinformowała mnie, że właśnie tam trzeba koniecznie być dziś wieczorem.
Arthur uniósł brew, skrzyżował ramiona na piersi i uśmiechnął się półgębkiem do pani Moore, która stała nieruchomo obok i bez najmniejszego skrępowania mierzyła Eamesa zaciekawionym wzrokiem.
— Hmm, najwłaściwszą odpowiedzią na to pytanie będzie chyba to, że nie jestem nastolatką. — Arthur najpierw zachichotał na widok osłupiałej miny Eamesa, zaraz jednak zdecydował się złożyć dodatkowe wyjaśnienie: — Poza tym jestem już dziś z kimś umówiony.
Z niemałą przyjemnością odnotował, że oczy Eamesa otworzyły się szeroko, kiedy pani Moore przysunęła się do ramienia Arthura i kokieteryjnie zatrzepotała rzęsami w sposób, który zapewne zafundowałby mu koszmary, gdyby nie rekompensata w postaci zszokowanego wyrazu twarzy nauczyciela.
— Chyba nie wspominałem panu jeszcze o mojej sąsiadce — powiedział. — Eames, to pani Moore. Pani Moore, to pan Eames, mój nauczyciel angielskiego. Właśnie jego geniuszowi zawdzięczamy wczorajsze przedstawienie i…
— O, tak! — przerwała Arthurowi, cała zachwycona, i wyciągnęła ręce w stronę Eamesa, łapiąc go za ramię z westchnieniem szczęścia. — Widziałam pana po spektaklu. Zachowywał się pan o wiele za skromnie jak na taki sukces. Uważam, że dokonał pan czegoś wspaniałego, choćby tylko obsadzając mojego drogiego chłopca w głównej roli.
Eames oddał jej uścisk dłoni i uśmiechnął się, szeroko i przyjaźnie. Arthur musiał przywołać całą ulatniającą się siłę woli, by nie przypaść do niego jednym drapieżnym skokiem.
— Zaczynam rozumieć, dlaczego Arthur woli spędzić wieczór z panią, zamiast mieszać się z wystrojonym tłumem w Dysonie.
Zaśmiała się filuternie, po czym odsunęła lekko od Arthura i ze zdecydowanie zadowoloną miną założyła mu krótki kosmyk włosów za ucho.
— No cóż, próbowałam go namówić, żeby poszedł na bal, ale twierdził, że przez ten cały stres z pakowaniem ma tak mało czasu, że woli zainwestować go w bawienie starej, zwariowanej damy, a nie w deptanie ludziom po stopach na parkiecie, więc jak miałam go przekonać? Zwłaszcza kiedy zaoferował się wziąć na siebie gotowanie.
Arthur i Eames odezwali się jednocześnie.
— Hej, nigdy nie nazwałem pani starą, zwariowaną damą!
— Stres z pakowaniem?
Pani Moore uśmiechnęła się słodko do Arthura, postanowiła jednak skupić się tylko na pytaniu Eamesa.
— Tak — potwierdziła z dumą. — Mój kochany chłopiec przeprowadza się do Francji. Za trzy tygodnie z kawałkiem, prawda, Arthurze?
Arthur zaczerpnął tchu do odpowiedzi, ale słowa zamarły mu na ustach, gdy usłyszał ochrypły głos Eamesa.
— Wyjeżdżasz do Francji?
Sprawiał wrażenie zdziwionego, prawie przestraszonego, i Arthur najeżył się odruchowo.
— Oui- pourquoi, ca ne te dérange pas j'espere?5
Mówił płynnie po francusku i dobrze wiedział, że dzięki latom nauki i zamiłowaniu matki do perfekcyjnej wymowy, jego akcent jest nienaganny. Sztuczny uśmiech, który przywołał na twarz, o mało nie przyprawił go o skurcz mięśni. Eames, wciąż zszokowany, patrzył na niego nieruchomym wzrokiem.
— Non, pas du tout, je… je suis juste surpris, je… et le lycée alors?6
Arthur wzruszył nonszalancko ramionami. Czuł, jak zesztywniałe pod maską tej wymuszonej obojętności plecy odzywają się bólem.
— C'est une tradition familiale en quelques sortes- mes parents se sont rencontrés a Paris, ils y etaient allés afin de mieux se connaitre séparément et au final ils ont chacun trouvé l'autre. Apres que mon pere soit mort, ma mere m'a ouvert un compte d'épargne afin que je puisse y aller aussi- pour mieux me connaitre, trouver ce que je voulais faire de ma vie. 7
— Et- tu pars dans trois semaines, c'est ca?8 — Ton Eamesa był dziwnie spięty, ale może tylko się tak Arthurowi wydawało. Może było to jedynie wynikiem jego intonacji połączonej z francuską wymową.
Skinął głową, i w tym momencie pani Moore nie wytrzymała.
— Och, jesteście obaj cudowni! — wykrzyknęła. — Jakbym oglądała Amelię!
Arthur parsknął cicho. Zerknął z rozbawieniem na Eamesa, zaraz jednak spoważniał, zauważywszy jego nieprzystępne spojrzenie i zachmurzoną, pełną zmęczenia minę, jakby miał za sobą parę bezsennych nocy.
— Tak, to z pewnością brzmi cudownie. — Eames przeszedł z powrotem na ich rodzimy język i uśmiechnął się sucho. — Proszę mu przypomnieć, żeby przysyłał pani dużo zdjęć. Paryż to naprawdę godne uwagi miasto, na pewno spodobają się pani jego widoki.
Mówił do pani Moore, więc Arthur nie był w stanie powiedzieć, czy kierował swoje słowa w pewien sposób również do niego. Miał wrażenie, że między nim a Eamesem opadła nagle jakaś zasłona, która pochłonęła całe ciepło i światło. Zadygotał, nie wiedząc, jak poradzić sobie z gwałtownym poczuciem straty.
— No dobrze, nie chcę odwlekać dłużej waszych planów kulinarnych. Znając poziom wszystkich osiągnięć Arthura, na pewno przyrządzi coś bardzo smacznego. Życzę miłego wieczoru. Arthurze… — zawahał się i wreszcie spojrzał na niego otwarcie, oczami lśniącymi i przenikliwymi jak promień lasera, co kontrastowało tak silnie z jego grzecznym tonem i miną, że Arthur aż przełknął ślinę. — Do jutra.
Pożegnał oboje skinieniem głowy, uśmiechnął się formalnie i odszedł w stronę działu z artykułami gospodarstwa domowego, sztywny i lekko przygarbiony.
— Do jutra — powtórzył Arthur słabo, nie spuszczając wzroku z oddalającej się sylwetki.
Pani Moore, zachwycona, szturchnęła go łokciem w żebra.
— To już tak niedługo, prawda, kochanie? Jesteś już prawie wolny. Założę się, że nie możesz doczekać się jutra.
Arthur oderwał wreszcie oczy od odległego rogu, za którym zniknął Eames, i z uśmiechem ścisnął panią Moore za plecy. Zmarszczył czoło i przybrał surową minę.
— Chyba nie spodziewa się pani, że wybiorę się po świadectwo dojrzałości bez przejedzenia się sernikiem i obejrzenia Froda wspinającego się na Górę Przeznaczenia? Może pani śmiało porzucić tę myśl!
I ze śmiechem zaciągnął ją z powrotem do regałów z deserami, przysięgając sobie, że nic nie zepsuje mu tego ostatniego wieczoru z ukochaną sąsiadką. Niech rozpieszcza go dziś bez przeszkód, niczym autentyczna babcia.
Później, gdy patrzył na przesuwające się na ekranie napisy końcowe i bijącą brawo panią Moore, pozwolił sobie wreszcie na mały, smutny uśmiech i przyznał się wreszcie przed samym sobą, jak bardzo boli go ściśnięte gardło.
Bo przecież to i tak już koniec.


Koniec rozdziału dziesiątego


1 Cytat z piątego aktu, sceny ósmej Makbeta Williama Szekspira w tłumaczeniu Józefa Paszkowskiego. Tymi słowami Makbet zachęcał Makdufa do ataku.
2 Dalszy ciąg fragment piątego aktu, sceny ósmej Makbeta, bezpośrednia kontynuacja cytatu powyżej.
3 Eames reaguje w ten sposób, ponieważ Makbet jest uważany przez przesądnych aktorów za sztukę przeklętą, której nazwy nie powinno wypowiadać się głośno w teatrze.
4 Kończący Hamleta fragment aktu piątego, sceny drugiej, w tłumaczeniu Józefa Paszkowskiego.
5 Tak, a czemu pytasz, mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza?
6 Nie, ani trochę, ja tylko… jestem po prostu zaskoczony. A co z nauką?
7 To rodzaj naszej rodzinnej tradycji, moi rodzice poznali się w Paryżu. Każde z nich wyjechało tam, by odnaleźć się w życiu, a w zamian odnaleźli siebie nawzajem. Po śmierci ojca matka otworzyła mi specjalne konto, żebym kiedyś też mógł sfinansować sobie taki wyjazd, który pozwoli mi poznać siebie i zdecydować, co chcę robić w przyszłości.
8 I wyjeżdżasz za trzy tygodnie, tak?
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Postprzez B.Prus » 15 cze 2013, o 16:32

Nie będę płakać, nie będę płakać, nie będę płakać...
Jejku jakie to smutne!
Rozdział wspaniały, jak zawsze. Jak ja kocham to opowiadanie, jak wiele emocji ono we mnie wywołuje. Przyrzekałam sobie, że nie zajrzę do oryginału i będę cierpliwie czekać na Twoje tłumaczenie, ale nie wiem czy dam radę. Rozdział jest absolutnie cudowny.
Od wybuchów śmiechu:
Eames pośliznął się, zachwiał i rąbnął na twarz tuż przed nosem biednego Hamleta z absolutnie — co każdy był potem gotów poświadczyć nawet pod groźbą śmierci — męskim okrzykiem przestrachu, na co Arthur, mimo całego swojego opanowania i umiejętności natychmiastowego znalezienia się w każdej sytuacji, o mało nie posikał się ze śmiechu.

Artur się prawie posikał ze śmiechu, ja się prawie popłakałam. Świetna scena :)
niezręczność ze strony Ricka. Zamiast podziwiać w milczeniu główny eksponat Ariadne, poinformował głośno Arthura, że wygląda na zdjęciu, jakby cierpiał na obstrukcję.

Do wzruszenia i smutku. Poza ostatnią sceną, która wciąż mnie ściska, także ten moment:
Eames stał obok niego z dłońmi wsuniętymi głęboko w kieszenie spodni. Jego marynarka musiała zapodziać się gdzieś w trakcie przedstawienia, bo miał teraz na sobie samą gołębioszarą koszulę z podwiniętymi do łokci rękawami, i Arthur zmusił się do odwrócenia wzroku, żeby tylko nie rzucić się na niego, nie położyć mu głowy na barku i nie szukać pocieszenia w jego objęciach, tu, za zaciągniętą kurtyną, w tym dziwnym zawieszeniu między jawą a snem, gdzie świat mógłby zwolnić bieg i pozostawić Arthura w ramionach Eamesa.


Wspaniałe jest to opowiadanie, wspaniałe jest to tłumaczenie (serio, w ogóle się nie czuje, żadnych niezgrabności - chylę czoła przed świetną robota Tobie i betom) wspaniały jest ten fandom i wspaniali są Artur i Eames. Uwielbiam ich :)
B.Prus Offline


 
Posty: 9
Dołączył(a): 9 lut 2013, o 16:39

Postprzez Nadia vel Ariana » 19 cze 2013, o 22:56

No i jestem rozdarta między wyczekiwaniem na następną (dzięki bogu bardzo długą, bo czy tylko mi ten rozdział jakoś tak zleciał?) część, a smuceniem się, że to już będzie koniec. Z tego co czytałam, LadyVader brała się za pisanie sequela jakiś czas temu, ale chyba jak dotąd nic z tego nie wyszło, co? :x

No tak czy inaczej, rozdział jak zwykle był bardzo fajny, ciepły i prawdziwy, tak samo klimatyczny i zgrabny jak zwykle - bardzo mi się podobali pani Moore, Rick (jej, podejrzewam, że reakcja mojego rodzica na podobne zdjęcie byłaby identyczna jak jego xD) i mama Arthura, są tacy kochani i wspierający. ;) Arthur też mimo całego smutku z powodu rozstawania jest tak samo szczery i grzeczny jak zwykle, i w ogóle to strasznie mu zazdroszczę tych planów na, hmmm, co on właściwie planuje, gap year? Ale Francja jest taka arthurowa :) pani Cobb pewnie by zresztą pochwaliła ten pomysł.

Opis gali też był niezwykły, chociaż trochę oderwany od mojej rzeczywistości ;). Ale to musiał być jednak dla wszystkich stres...

No, oczywiście jestem nieco rozczarowana, że nie było okazji żeby porozmawiać z Eamesem dłużej niż w sklepie (z niewyjaśnionych powodów jeansowa kurtka obszyta owczym futerkiem mnie strasznie rozczuliła, w ogóle jakoś jego postać ciągle ostatnio tak na mnie działa, dziwne xD), chociaż przedtem zrekompensowała mi to trochę scena po pokazie, przed wyjście Arthura znów na scenę. No i jeszcze wcześniej próba generalna, przypomina mi to... no, w sumie to praktycznie wszystkie przedsięwzięcia w jakich biorę udział - zawsze dzień przed wszystko jest niegotowe i każdy dostaje ataku głupawki. Arthur wariujący na widok ludzi, którzy wywracają się na śliskiej podłodze - zwłaszcza, że w tym samym czasie grał Hamleta - musiał być piękny (ja naprawdę gratuluję temu wybuchowemu Eamesowi, że sobie dawał z nim radę i wytrzymał cały rok, i jeszcze próbował go czegoś uczyć).

Pozdrawiam gorąco i czekam na następną część. Nie mogę się doczekać, kiedy przeczytam ją w całości po polsku, a potem będę mogła hurtem powtórzyć całość! :))
Nadia vel Ariana Offline


 
Posty: 16
Dołączył(a): 29 maja 2012, o 16:33

Postprzez Veldrin » 29 cze 2013, o 22:41

Ja... umm... zatkało mnie. Autentycznie i poważnie, zatkało mnie. Muszę ochłonąć, bo chyba się zaraz rozbeczę. Skomentuję jak się pozbieram, inaczej załamanie nerwowe gwarantowane.

EDIT: Ok, jestem. Wyspana, z nowym i świeżym podejściem do komentowania :)

Po pierwsze, już coraz bliżej końca i chyba ta świadomość nie pozwoliła przeczytać mi tego rozdziału wcześniej. Piętnaście dni zbierałam się w sobie, żeby tu wejść i dopiero wczoraj w nocy udało mi się przezwyciężyć mój irracjonalny lęk, przed sama nie wiem czym. Najważniejsze, że się przełamałam i przeczytałam.
W tym rozdziale czułam ogromny dystans, który panuje pomiędzy Arthurem i Eamesem. Niby przyjaźni, niby się uśmiechają i rozmawiają, ale nie ma już tego dreszczyku emocji, który zawsze mi towarzyszył przy czytaniu ich wymiany zdań i w ogóle, który towarzyszył mi zawsze. Z jednej strony to naprawdę smutne, a z drugiej cóż... przynajmniej nie uciekają na swój widok i potrafią się zachować jak dorośli mężczyźni. Ogromnie boję się ostatniego rozdziału i zastanawiam się, czy będę w stanie go w ogóle przeczytać :/
Może teraz przejdę do milszych rzeczy, które pozytywnie wpłynęły na moją zbolałą duszę :D

Eames pośliznął się, zachwiał i rąbnął na twarz tuż przed nosem biednego Hamleta z absolutnie — co każdy był potem gotów poświadczyć nawet pod groźbą śmierci — męskim okrzykiem przestrachu, na co Arthur, mimo całego swojego opanowania i umiejętności natychmiastowego znalezienia się w każdej sytuacji, o mało nie posikał się ze śmiechu.


Ten "męski okrzyk", prawie nie wyrwał z mojego gardła salwy śmiechu :)

— Dobra, kochani — zaśmiał się maniacko i zatarł ręce. — Ze względu na niecodzienny stosunek ilości prób do liczby przedstawień w naszej skromniutkiej sztuce próbowałem do tej pory ignorować stare, dobre teatralne przesądy. Jednak muszę wam powiedzieć, że po dzisiejszym spotkaniu powrócę do nich z radością: udało nam się bowiem totalnie skopać najważniejszą ze wszystkich próbę generalną. Arthur śmiał się w kułak za każdym razem, kiedy ktoś zaliczał deski, i nie, nie próbuj nawet robić niewinnej miny, ty mały sadysto, wszyscy dobrze słyszeliśmy, jak rżysz. Co najmniej połowa z was jąkała się przy swoim tekście ze strachu, że zaraz walnie o glebę. Maurice zahaczył szatą o kawałek dekoracji. Światła i muzyka spóźniły się na zasunięcie kurtyny. Słowem: było po prostu fantastycznie.


No myślałam, że padnę z powstrzymywanego śmiechu xD Tak optymistycznie nastawiony po takiej klapie. Lepiej i weselej być nie może :) No i nazwanie Arthura "małym sadystą", było wręcz słodkie i rozkoszne. Przynajmniej dla mnie :hahaha:

Arthur czasami naprawdę mógłby ugryźć się w język. Skoro już nawet Ari zwracam mu uwagę, że był nieuprzejmy, to coś w tym musi być.

— Owszem, prosiłeś. — Usta Ariadne wyglądały jak cienka, biała linia na gwałtownie zarumienionej i przygnębionej twarzy. — Nie możesz teraz nienawidzić go za to, że nie chciał dać ci tego, czego obaj pragnęliście. Bo jak mógłby, skoro miał związane ręce już od samego początku? — Przechyliła się nad siedzeniem pasażera i zatrzasnęła drzwiczki, uśmiechając się do niego ponad opuszczoną do połowy szybą. — Arthur, to nie jego wina, że wasz czas właśnie się kończy. I na serio, jeśli pomyślisz o tym naprawdę, to tak jest lepiej dla was obu. On mówił prawdę. Jeszcze trochę i będziesz wolny.


Ten cytat jest dla mnie jak jakaś mantra. Zahipnotyzował mnie i czytałam go chyba jeszcze ze cztery razy. Jest w tym tyle prawdy i autentyczności, że to aż boli. Serce ściska się na samą myśl, że przecież faktycznie Eames nic nie mógł zrobić...

To, że przedstawienie się udało, było dla mnie oczywiste. Nie mogło być inaczej, skoro Arthur - perfekcjonista w nim grał, mając za nauczyciela Eamesa. Cały nastrój tej sceny wprawiał w zadumę.

Usłyszał, jak nauczyciel powoli wciąga powietrze do płuc, raz, drugi, i wreszcie odzywa się cicho.
— Byłeś… jesteś wspaniały i…
Arthur obrócił głowę i spojrzał mu w oczy. Obaj stali w miejscu, do którego docierała tylko część skąpego światła, pozostawiając ich w mrocznym półcieniu. Eames wydawał się dziwnie groźny tam, gdzie ciemność rozmazywała zarys jego sylwetki, i patrzył na Arthura ze stalowym uporem, lecz w jego głosie pobrzmiewało coś miękkiego i nieskończenie smutnego.
— …spróbuj zawsze o tym pamiętać, dobrze?


Naprawdę ciężko nie płakać przy tym rozdziale, wiecie? Nie potrafię znaleźć słów, by opisać epickość tego tekstu i tych postaci. Ich burzliwych, choć skrywanych uczuć. To jest po prostu piękne, a zarazem tak cholernie smutne... :(

Później, gdy patrzył na przesuwające się na ekranie napisy końcowe i bijącą brawo panią Moore, pozwolił sobie wreszcie na mały, smutny uśmiech i przyznał się wreszcie przed samym sobą, jak bardzo boli go ściśnięte gardło.
Bo przecież to i tak już koniec.


Arthur wyjeżdża tak... i oczywiście Eames dowiedział się o tym... no to albo teraz, albo nigdy, chłopie. Zaklinam Cię, zrób coś! Nie pozwól mu odejść, albo odejdź razem z nim. Przecież wszyscy dobrze wiemy, że was do siebie ciągnie, a przecież teraz Arthur już nie będzie twoim uczniem, więc droga wolna... Boże, oby to skończyło się dobrze. Innego zakończenia chyba nie przeżyję.

Bo przecież to i tak już koniec.


To nie jest koniec Mój Drogi. To dopiero początek.

Pozdrawiam i ogromnie dziękuję za to opowiadanie. Przez te kilka miesięcy stało się dla mnie niemal tak ważne, jak oddychanie. To jedno z najlepszych opowiadań jakie miałam przyjemność i zaszczyt przeczytać.
Dziewczyny, jesteście niesamowite :) :*
- Chciałbym z tobą pogadać, Draco.
- To dobrze, bo gdybyś tak od razu chciał się na mnie rzucić i przelecieć pod ścianą, musiałbym stanowczo powiedzieć 'nie'. Nie jestem taki łatwy. - Draco namyślał się chwilę, taksując Harry'ego wzrokiem. - Kłamałem. Jestem łatwy. Możesz mnie przelecieć bez gadania.
Veldrin Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 535
Dołączył(a): 30 lis 2012, o 10:43
Lokalizacja: K-ce

Postprzez Andieee » 9 lip 2013, o 12:33

Rzadko komentuję, bo nie potrafię kompletnie tego robić, ale wiem, że pod tym tłumaczeniem każdy kto je przeczytał powinien zostawić chociaż słowo, więc i ja tak uczynię ;) Od pierwszego rozdziału wiedziałam, że do tego opowiadania będę jeszcze wracała i to nie raz, bo Artur i Eames zawładnęli mną całkowicie. Już wiele osób to pisało, ale ja muszę powtórzyć, że faktycznie nie często się zdarza, by w opowiadaniu, gdzie między bohaterami jest tak niewiele kontaktu fizycznego, czytelnik z niecierpliwością i fascynacją czytał między wierszami i odczuwał każdą nawet najmniejszą relację między nimi. Tak jest właśnie ze mną, bo od początku aż do tego rozdziału ekscytowałam się każdą, nawet najmniejszą interakcją między nimi i z utęsknieniem czekałam na więcej ;) Cieszę się bardzo, że podjęłaś się tłumaczenia tego ficka, bo próbowałam go przeczytać w oryginale, ale niestety moje zdolności językowe chyba jeszcze nie są na tak wysokim poziomie, bo umykało mi wszystko co najlepsze, a Ty wspaniale potrafisz to oddać w swoim tłumaczeniu. Wiem, że przede mną ostatni rozdział i nie mogę się go już doczekać a jednocześnie tak mi przykro, że trzeba się będzie rozstać z tą historią :(
Andieee Offline


 
Posty: 5
Dołączył(a): 3 paź 2011, o 19:13

Postprzez Ter » 21 lip 2013, o 00:41

.
Ostatnio edytowano 31 maja 2015, o 21:58 przez Ter, łącznie edytowano 1 raz
Ter Offline


 
Posty: 645
Dołączył(a): 1 gru 2011, o 20:23

Postprzez Donnie » 23 lip 2013, o 19:59

Kolejny raz — i ostatni w tym wątku — dziękuję za komentarze i uwagę czytelników. Ladyvader na pewno się ucieszy, że jej opowiadanie znalazło tylu fanów :)
Aev zasłużyła sobie na gorące brawa za cierpliwość do mojego stylu, punktualność i niewzruszony spokój, z jakim znosiła moje marudzenie/ponaglanie/upierdliwość. Niech Ci slasz w pairingach wynagrodzi, mackowładna istoto!
Michiru dziękuję za dodatkową parę betujących oczu w tym dłuuugaśnym rozdziale. Ufff.

I ach, Ter, Lifehouse… słucham ich namiętnie i gdyby
Pet był filmem, nie mogłabym wyobrazić sobie czegoś lepszego pod napisy końcowe od Take Me Away.
O właśnie, koniec. Po tylu miesiącach podchodów, rozkminek i cierpień młodego Wertera czas na
Spoiler: pokaż
wyznania, członkoczyny i inną męską robotę.

Przyjemnej lektury!



Rozdział jedenasty


Maturzyści ‘11 mieli szczęście. Zaledwie rok wcześniej kolor szat obowiązujący na uroczystym rozdaniu świadectw wypadał niepokojąco gdzieś pomiędzy musztardą a (jak trafnie ujął to Yusuf) rzygowinami. Tym razem odświętne stroje miały piękny, gładki odcień granatu z leciutkim połyskiem, który przywodził na myśl raczej wypełniony atramentem kałamarz niż nieszczęśliwą druhnę panny młodej. Zadowolony Arthur nie mógł powstrzymać się przed zerkaniem na swoje odbicie w szybie zaparkowanego auta.
— Już dobrze, Wasza Wysokość, wystarczy tego stroszenia piórek, o ile nie chcesz przegapić imprezy. A jeśli mój samochód zaraz zamieni się w dynię, kupujesz mi nowy, i to bez dyskusji.
Arthur uległ impulsowi i pokazał matce język. Z radością słuchał, jak się śmieje, zaskoczona jego dziecinnym zachowaniem w ten najpoważniejszy, najbardziej „dorosły” dzień życia. Podał jej ramię i poprowadził przez bramę na teren szkoły.
Ceremonia miała odbyć się na wielkim trawniku przed schodami prowadzącymi do głównego wejścia do szkoły. Pokrywało go już całe morze składanych krzeseł, przygotowanych dla maturzystów oraz licznych członków ich rodzin, dwoma skrzydłami obejmujące przystrojone podium. Jeden rząd siedzeń na samym przodzie przewidziano dla czekających na odbiór świadectw uczniów, drugi zaś dla nauczycieli, którzy kolejno mieli ściskać im dłonie po zejściu ze sceny, już jako ludziom uwolnionym od szkolnych kajdanów, spieszących, by zmieszać się z radosnym tłumem bliskich i przyjaciół.
Jako osoba „na literę W” Arthur wiedział, że musi uzbroić się w cierpliwość, zanim wstanie z krzesła i ustawi się w kolejce tuż za tymi „na T”. Uśmiechnął się szeroko do Ariadne, która, cała zadyszana i ze świadectwem w ręce, potrząsała właśnie dłońmi swoich byłych nauczycieli. Arthur zerknął w tył, na wyraźnie wzruszonego Bena i resztę rodziny Ariadne.
Rob przewracał oczami na krześle obok swojego ojca i ściskał zwinięte w ciasny rulon świadectwo. Posłał Arthurowi słaby uśmiech, po czym znów skierował spojrzenie przed siebie, skłaniając go do zrobienia tego samego. Arthur zajął się więc na powrót obserwacją przesuwającej się po scenie w wolnym, ale równym tempie procesji uczniów. Z premedytacją (i zaschniętymi ustami) nie patrzył na elegancko ubranego, promieniującego radością Eamesa, który stał w szeregu pozostałych członków grona pedagogicznego i gratulował każdemu maturzyście z osobna.
Kiedy nadszedł czas, by podnieść się z miejsca i ustawić w rządku, a potem znaleźć się na podium, Arthur stwierdził, że sytuacja sprawia wrażenie absolutnie surrealnej.
Całe jego szkolne życie, a w zasadzie cały świat od momentu ukończenia pięciu lat aż do dziś, obracał się wokół tej jednej wielkiej, przynajmniej w założeniu, chwili — a gdy już nadeszła, okazało się, że Arthur nie czuje zupełnie nic. Może tylko tak mi się wydaje, pomyślał ponuro i wykrzywił usta, postępując jeszcze jeden krok do przodu po swoje świadectwo dojrzałości. Obejrzał się i uśmiechnął szeroko do matki, żeby mogła być z niego dumna.
Możliwe, że po prostu nie chciał już dłużej znosić ciągłej obecności Eamesa i bólu pragnienia. Możliwe, że chciał zakończyć ten ostatni rok w szkole i wejść jak najszybciej w dorosłość, bo nie odnajdywał tu już niczego, czym mógłby się cieszyć. Możliwe, że sam zepsuł sobie ten moment. Ale potem pan Caine wręczył mu świadectwo, potrząsnął jego dłonią i uśmiechnął się tak ciepło, że Arthur doznał nagłego pocieszenia. Z pełną szczerością odpowiedział mu tym samym i poczuł lekki wstyd, kiedy dyrektor powiedział:
— Doskonale, mój chłopcze. Doskonale.
Skurcz narastający w gardle Arthura przybrał na sile, kiedy odwrócił się do klaszczącego radośnie tłumu. Dopingowany entuzjastycznymi okrzykami matki, obrócił czapkę tak, by chwościk znalazł się po lewej stronie1, po czym zszedł z podium w stronę zebranych pedagogów i — choć widział, jak uśmiechają się i zagadują do każdego ucznia — poczuł się dziwnie poruszony uściskami ich dłoni, ciepłymi słowami i spojrzeniami. Przyjmował gratulacje od każdego po kolei nauczyciela, aż wreszcie, roztrzęsiony, znalazł się przed Eamesem. Dotyk jego ręki był mocny i pewny, a w oczach odbijał się kolor nieba. Arthur zaczął zastanawiać się skrawkiem świadomości, czy tak w ogóle, w najmniejszym nawet stopniu, był przygotowany na ten dzień.
— Świetna robota, panie Wright — powiedział Eames z tą samą wyraźnie powstrzymywaną dumą, z jaką przedstawiał członków swojej trupy odpowiednio zauroczonym łowcom talentów.
Arthur tylko cudem opanował chęć, by zrobić krok naprzód i przytulić się do niego — tylko po to, by pożyczyć sobie trochę z jego siły i móc kontynuować — ale wtedy, zupełnie nieoczekiwanie, jeszcze zanim było po wszystkim, sparaliżował go zimny, mdlący ból poczucia straty i wiedział, że to ma być koniec, że musi odpowiedzieć coś grzecznego, puścić rękę Eamesa i iść dalej.
Jego dłoń drgnęła spazmatycznie w uchwycie nauczyciela i poczuł, jak ciepły kciuk ledwo wyczuwalnie głaszcze brzeg jego ręki, jakby dla uspokojenia. Zamrugał pospiesznie, przepędzając ostre kłucie w oczach, zapowiedź łez wdzięczności. Uścisnął palce Eamesa i cofnął rękę, tak jak powinien.
— Dziękuję, panie profesorze.
Kiedy dotarł do końca szeregu, był bliski płaczu. Zamiast jednak dać upust tej potrzebie, usiadł na swoim miejscu i przełknął zalegającą w gardle gulę, wmówiwszy sobie, że to nic takiego, że ten dzień po prostu okazał się dla niego zaskoczeniem.
Gdy tylko ceremonia dobiegła końca i zrobiono wszystkie zdjęcia, a maturzyści zbiorowo podrzucili swoje czapki tak wysoko, że nikt nie wiedział, czyja jest czyja, Arthur znalazł się u boku swoich rodziców, którzy nalegali (odrobinę żenująco), by zamienić parę słów z innymi rodzicami. Ton ich pogawędki sprawił, że Arthur, Rob i Ari skręcali się w środku jak okrutnie zawstydzone ośmiolatki — bo właśnie wtedy mieli okazję ostatni raz podziwiać swoje matki i ojców przy nawiązywaniu podobnych kontaktów międzyrodzicielskich.
Arthur wyłączył się z rozmowy i przeniósł wzrok na budynek liceum, do którego już nigdy nie będzie chodził. Poczuł, że uśmiecha się lekko, niemal z żalem, patrząc na szkołę i wyobrażając sobie z łatwością, że pozostanie niezmieniona bez niego i jego przyjaciół, dokładnie tak jak była przed nimi i jaka zawsze będzie.
Przelotne klepnięcie w ramię przez kogoś przechodzącego obok przepędziło te melancholijne myśli. Odwrócił się i stwierdził, że nieświadomie oddalił się od grupki swoich bliskich i zbliżył do budynku szkoły. Eames, z wielce rozbawioną miną, szedł przed nim tyłem z rękami w kieszeniach i nie odrywał spojrzenia od jego oczu.
— Nie oglądaj się teraz za siebie, Arthurze — zawołał cicho i potrząsnął głową z udawanym zatroskaniem. — Patrz już tylko przed siebie.
A potem uśmiechnął się, tak pięknie i promiennie w blasku słońca, że Arthura coś aż zapiekło, gorąco, boleśnie, do żywego. Wygiął wargi, by zrewanżować się w podobny sposób, ale te tylko zadrżały od uwielbienia, które wezbrało w nim niczym przypływ oceanu, ulegający przyciąganiu księżyca. Uśmiech Eamesa rozpłynął się w jednej chwili, gdy przeczucie końca zawisło ciężko między nimi, ale wtedy Arthur usłyszał głos matki wołający jego imię i chociaż obrócił się zaledwie na jedną króciuteńką sekundę, żeby jej odpowiedzieć, wiedział, że Eamesa już nie ma, że zniknął we wnętrzu szkoły. Przez chwilę — tylko na moment, tylko by to poczuć — dopuścił do głosu swoje złamane serce, które tłukło się tak boleśnie, że omal nie rozerwało go na dwoje. Zaraz jednak wziął się w garść i, uśmiechnięty, spojrzał przed siebie, pewnym krokiem podążając ku swojej przyszłości.

+++

Rozpadało się jakieś pół godziny przed północą. Arthur odgiął głowę do tyłu i stał w strugach ciepłego deszczu, z zachwytem wystawiając twarz na jego działanie, dopóki Robert nie zaciągnął go z powrotem pod dach markizy i popchnął w stronę krzeseł. Arthur zbliżył się chwiejnym krokiem do jednego z siedzeń i osunął się na nie bezwładnie. Z zadowoleniem obserwował wciąż tańczącą ekstatycznie Ariadne i krążącego wokół niej jak satelita Yusufa. Oboje patrzyli na siebie szeroko otwartymi oczami, zaśmiewali się, gadali i całowali, odurzeni natarczywym, szaleńczym rytmem muzyki.
Ben, jako człowiek mądry i przewidujący, stwierdził, że jeśli jego córka koniecznie musi zabawiać się do upadłego z okazji uwolnienia się od szkolnego reżimu, to niech najlepiej zrobi to w miejscu, gdzie będzie miał jeszcze jako taką kontrolę nad jej wybrykami. I tak oto na imprezie pojawił się wprawdzie uszlachetniony alkoholem poncz, ale wszystkie kluczyki do samochodów zostały zebrane już przy wejściu, a dorośli od czasu do czasu dyskretnie przypominali o swojej obecności szalejącej młodzieży, która tańczyła dziko pod wysuniętą na wypadek ulewy markizą do kawałków serwowanych przez wynajętego (i na szczęście naprawdę dobrego) DJ-a.
— Ach, świeżo zakochani. — Arthur uniósł szklankę i stuknął nią o szklankę Roberta, który opadł na krzesło obok.
Fischer obrzucił Arthura przesadnie powłóczystym spojrzeniem i pochylił się, żeby potrzeć policzkiem o jego szczękę.
— Powiedz tylko słowo, mój książę, a też będziemy patrzeć sobie z uwielbieniem w oczy i wymieniać namiętne pocałunki aż po blady świt…
Arthur prychnął z rozbawieniem. Robert nachylił się głębiej i przesunął swoimi ciepłymi, miękkimi wargami po jego ustach, po czym wyprostował się znów na krześle i zerknął na niego z uniesioną oczekująco brwią. W jego bezczelnym, drażniącym uśmieszku kryło się jednak coś poważnego.
— Hmm…? — mruknął Arthur pytająco, na tyle pijany, by sytuacja zbiła go z tropu.
Rob uśmiechnął się łagodnie, niemal przepraszająco, i wyciągnął rękę, lekko klepiąc Arthura po głowie.
— Hej, nie panikuj. Serio, straszne z ciebie cielę, Arthur. Chciałem właśnie ostatni raz spróbować, czy nie mam u ciebie jakichś szans. Wiem, wiem, tylko przyjaciele i tak dalej, ale wciąż jesteś tak niewiarygodnie gorący, rozumiesz?
Arthur wybuchnął krótkim, zszokowanym śmiechem, a potem, zachęcony znajomym błyskiem w oku Roberta, pociągnął spory łyk dla dodania sobie animuszu.
— Myślałem, że skreśliłeś mnie już z listy kandydatów i rozglądasz się za innymi zdobyczami? — zażartował i rozsiadł się wygodniej na krześle, usatysfakcjonowany wzruszeniem ramion i uśmieszkiem Roberta. Samozadowolenie parowało z każdej komórki jego przesiąkniętego alkoholem ciała.
— No cóż — odparł Rob przeciągle. — To prawda, że po tym, jak wzgardziłeś moimi zalotami, odnalazłem pocieszenie w ramionach innego…
— …a potem jeszcze innego…
— …i jeszcze paru innych — dokończył Robert ze znaczącym mrugnięciem, gdy Arthur wyszczerzył zęby. — Odkryłem jednak, że twoja przyjaźń jest warta o wiele więcej niż prosta przyjemność erotycznych zapasów.
Arthur znów wyciągnął szklankę w jego kierunku i Robert stuknął o nią brzegiem swojej na znak przypięczetowania ich solidnej i utrwalonej przyjaźni. Obaj wypili po dużym łyku i z łzawiącymi oczami zakrztusili się lekko od piekącej mieszanki różnych alkoholi, beztrosko dolewanych do Ponczu Dojrzałości Ariadne.
— To było tylko takie zamknięcie etapu, wiesz? Nie zostawiaj za sobą niedokończonych spraw, niewypowiedzianych słów, i tak dalej, i tak dalej, jak mówią cholerne banały. Ja po prostu chcę tylko zacząć nowy odcinek życia jako ktoś szczęśliwy, wiesz? Zrzucić z siebie ciężar, zapomnieć o żalach… No wiesz, praktycznie pójść za radą tych wszystkich psychologicznych bredni.
Kąciki ust Arthura już unosiły się do góry, zaraz jednak opadły, a twarz przybrała wyraz niepokoju.
— Tak, racja… Czekaj, czekaj, co? Byłem częścią twojego ciężaru? — wyrzucił pospiesznie.
Rob skrzywił się, a na jego i tak już zaczerwienione od alkoholu policzki wypłynął rumieniec zakłopotania.
— Nie! Nie… To znaczy, w pewnym sensie tak, bo wiesz, ciągle byłem ciekawy, czy gdybym uderzył do ciebie wcześniej, a nie wtedy, gdy wariowałeś przez swoje złamane serce, to może wszystko skończyłoby się zupełnie inaczej? Nie pomyśl sobie tylko, że mam na twoim punkcie jakąś obsesję, nie, po prostu zastanawiałem się nad tym raz czy dwa, a i to tylko dlatego, że tak dobrze się teraz między nami układa i wiesz, no, może wyszłoby z tego coś więcej…?
Arthur zamrugał, specjalnie powoli, żeby skupić się na czymś innym niż swoich roztrzęsionych z lekkiego przerażenia dłoniach, które za wszelką cenę chciały zwinąć się w pięści.
— A… pocałowanie mnie przed chwilą pomogło?
Rob uśmiechnął się, szeroko i chytrze. Na ten widok narastające w Arthurze uczucie paniki nieco osłabło.
— O tak, pomogło. Jak bardzo byś nie był gorący, drogi przyjacielu, ani ty nie jesteś dla mnie, ani ja dla ciebie. Mam rację? — Poruszył brwiami i Arthur w ostatniej chwili zapanował nad wyszczerzeniem się od ucha do ucha.
— Wydaje mi się, że masz rację — zgodził się ze sztuczną powagą.
Robert pociągnął nosem, rzucając mu słynne pogardliwe spojrzenie swojego ojca.
— Oczywiście, że mam. Ja zawsze mam rację, mój ty racjonalny panie Wright. Racja?
Arthur ponownie wyciągnął do niego rękę z ponczem. Tym razem toast wypadł tak energicznie, że napój chlusnął im na dłonie ponad brzegami szklanek.
— Racja — potwierdził zupełnie na serio.
Przez chwilę udało im się zachowywać jak przystało na dwóch dojrzałych, cieszących się swoim towarzystwem przyjaciół, zanim rozrechotali się jak idioci i zgodnie ruszyli w stronę misy z ponczem.
— Zresztą — powiedział Robert, zaśmiewając się, pijąc i tańcząc z Arthurem, dopóki świat nie zaczął wirować im przed oczami — ta chwila już się nie powtórzy, więc możemy ją śmiało wykorzystać.
A potem Arthur kręcił się z Ari w szalonych, zamaszystych obrotach, wczepiony palcami w jej palce, by nie przewrócili się razem na podłogę, i próbował ignorować wywołane słowami Roberta mdlące, ściskające wnętrzności poczucie, że coś nie jest w porządku.
Wrażenie to zostało w nim przez nieśmiertelne wolne tańce, które zwiastowały koniec imprezy, i nie opuściło go, gdy pomagał Benowi i Ariadne odprowadzać po kolei każdego gościa do taksówki albo samochodu rodziców. Uwierało go jak kamień w bucie, kiedy Ari i Ben odwozili go do domu. Nie ustępowało nawet pod wpływem pogodnej paplaniny Ariadne na tylnym siedzeniu, jej śmiechu i opowieści o wydarzeniach dnia i ogólnie o wszystkim, tak że Arthur był zmuszony pokonać opór skurczonego gardła i włączyć się do rozmowy, udając dobry humor, beztroskę i rozbawienie, aż wreszcie wysadzili go na podjeździe przed domem, gdzie mógł pomachać im na pożegnanie z (boleśnie wymuszonym) wesołym uśmiechem.
Odwrócił się, jakby chciał wejść do środka i nagle stanął, gapiąc się w przestrzeń, a deszcz niewzruszenie moczył go do suchej nitki. Spojrzał na okna apartamentu, w którym mieszkał przez tyle lat i zastanawiał się, czemu myśl o wspięciu się po schodach i otworzeniu drzwi wydaje mu się raptem tak odpychająca.
Zakręciło mu się w głowie, dręczonej bólem i dziwną pustką, kiedy obrócił się i spojrzał w skrzywioną perspektywę ciemnej, zalanej deszczem ulicy. Światła lamp nadawały jej surowego, niemal nawiedzonego przez duchy charakteru. Wiedział, po prostu wiedział każdą cząstką swojej istoty, że to nie jest miejsce, w którym powinien być.
Początkowo szedł niepewnie, bo jakaś wciąż funkcjonująca część jego mózgu nie przestawała zgłaszać obiekcji i nakazywać mu natychmiastowego powrotu do domu, do łóżka. Posuwał się naprzód ostrożnymi, pełnymi ociągania krokami, jakby w każdej chwili mógł jeszcze zmienić zdanie, dopóki nie stwierdził, że im bardziej oddala się od domu, tym mniej dręczący staje się zaciśnięty na jego wnętrznościach węzeł.
Przyspieszył więc. Obcasy jego odświętnych półbutów uderzały o chodnik w rytmie, który brzmiał jak wyzwanie, i rozbryzgiwały płytkie kałuże, tak że wkrótce skarpetki Arthura przesiąkły wodą w tym samym stopniu co reszta jego ubrań. Ale ani deszcz, ani ciemność nie stanowiły dla niego żadnej przeszkody. Przeciął skrzyżowanie wyznaczające granicę jego najbliższego sąsiedztwa i, coraz bliższy swojego celu, mimowolnie wydłużył krok, a potem, już po drugiej stronie ulicy, zaczął biec.
Pędził tak szybko, na ile pozwalały mu nogi. Potykał się i ślizgał na mokrych płytach chodnika i lśniącym od deszczu asfalcie, tracił równowagę na ostrych zakrętach i odzyskiwał ją w ostatniej sekundzie, wyrzucając ramiona na boki i młócąc nimi gwałtownie w nocnym powietrzu. Oddech palił go w płucach, po napiętej skórze przelatywały dreszcze. Ulewa i wiatr studziły jego ciało, ale pobudzony biegiem organizm transportował alkohol coraz szybciej i szybciej, aż w wirującym w głowie Arthura chaosie pozostało tylko kilka składnych myśli. Z drugiej strony, w tej chwili właśnie tylko one się liczyły.
— Eames — wyzipiał, gdy dobiegł pod jego dom, zbyt zadyszany i wyczerpany, żeby ktokolwiek mógł dosłyszeć jego słowa wyrzucane między jednym ciężkim oddechem a drugim. Nie rezygnował jednak i wołał dalej, chwiejąc się i trzęsąc na całym przemoczonym ciele. Dopiero pod samym progiem ogarnęła go nagła niepewność.
— Eames… — powtórzył jeszcze raz.
Uniósł pięść i załomotał — boleśnie — o drzwi. Krztusił się haustami powietrza, wpatrzony w ciemne okna dużego pokoju, i czekał, aż Eames otworzy mu tak jak wtedy; czekał i patrzył, a kiedy nic się nie stało, zastukał znowu, dłużej i głośniej.
Gdzieś w środku zapaliło się światło. Arthur zarejestrował blask tylko kątem oka, bo nie był w stanie oderwać wzroku od wejścia. Widział, jak słabe refleksy lampy wewnątrz domu odbijają się na szybach. Cofnął się grzecznie o krok i zakołysał na piętach, kiedy wreszcie drzwi uchyliły się powoli.
Mrok, przecięty barczystą sylwetką Eamesa. Jego zdziwiona, wstrząśnięta mina, która w żaden sposób nie odpowiadała na przejmujące błaganie w głębi umysłu Arthura.
Gwałtownie splótł ręce, żeby nie wystrzeliły same do przodu, żeby nie dotknęły.
— A… Arthur? — zapytał Eames zachrypniętym głosem, mrugając z niedowierzaniem. Po chwili jego twarz wyostrzyła się, a wzrok skupił na rozbijających się o ziemię strugach deszczu i przyklejonym do skóry ubraniu Arthura, który chwiał się i dyszał na progu. — Jezu drogi, kurwa, jesteś kompletnie przemoczony, właź do środka!
Zacisnął rękę na jego kościstym nadgarstku i jednym szarpnięciem wciągnął przez drzwi do domu. Arthur sapnął głośno z zaskoczenia, zatoczył się i wpadł na Eamesa, zaraz jednak odskoczył gwałtownie, za żadną cenę nie chcąc skamleć, błagać i czepiać się go jak rozhisteryzowana nastolatka. W dodatku mocząc go obficie przy tej okazji.
— Proszę — powiedział i zachwiał się ponownie. Wyciągnął dłoń i nakrył nią palce Eamesa, wciąż oplatające mu nadgarstek. Uparcie nie spuszczał wzroku z jego oczu, choć nadal miał kłopoty ze złapaniem tchu, a ziemia kołysła mu się pod stopami. — Proszę, proszę, pozwól mi się tylko z tobą pożegnać, z prawdziwym tobą. Ja nie… ja tak nie mogę, ja potrzebuję… zamknięcia etapu. Jakiegoś jasnego zakończenia. Proszę… daj mi tylko… pozwól…
Eames wyciągnął rękę i złapał Arthura za ramię, żeby powstrzymać go przed stopniowym i coraz bardziej niebezpiecznym przechyłem w bok, przyglądając mu się ze zmarszczonym czołem. Arthur chciał powiedzieć coś jeszcze, ale jego zęby zdecydowały, że najwyższy czas głośno zadzwonić. Eames westchnął i wypuścił go z uchwytu.
— Ociekasz wodą, Arthur. Słuchaj, przyniosę ci ręcznik, hmm? A potem zobaczymy, czy uda nam się trochę cię wytrzeźwić.
Odwrócił się w kierunku schodów, na co Arthur wydał dźwięk podejrzanie podobny do szlochu i rozpaczliwie wyciągnął za nim ręce, kurczowo zaciskając mokre palce na wciąż ciepłej od snu koszulce Eamesa.
— Nie, proszę, zostań — wydyszał. Nie rezygnował, choć Eames zdążył delikatnie uwolnić się od jego dłoni.
— Arthur — powiedział i zdecydowanie spojrzał mu w oczy zmęczonym, nieprzystępnym wzrokiem. — Trzęsiesz się i jesteś cały mokry. Dopóki temu nie zaradzimy, nie ma mowy o jakiejkolwiek rozmowie. A teraz zorganizuję coś, żeby doprowadzić cię do porządku, więc sobie usiądź i poczekaj chwilę. Wrócę za minutkę.
Popchnął Arthura w stronę salonu, a sam wbiegł szybko po schodach na piętro.
Ściany wokół Arthura drgnęły i zatoczyły koło. Spróbował zdusić budzący się w głębi piersi lęk i upokorzenie. Spojrzał w dół na ściekającą z niego wodę, która utworzyła już małą kałużę u jego stóp, i potrząsnął ostro głową, cofając się od progu, byle dalej od skórzanych krzeseł i kanapy. Złapał się oburącz słupka poręczy u podstawy schodów, opadł na najniższy stopień, oparł głowę o chłodne, solidne drewno i przygryzł język, żeby zapanować nad kolejnym szlochem.
To nie fair, zadecydował w skołowanych myślach, kiedy podłoga, ściany i sufit nie przerwały swojego oszalałego tańca, zmuszając go do przymknięcia oczu i mocniejszego przywarcia bokiem do drewnianej barierki.
Chciał tylko porozmawiać z Eamesem, powiedzieć mu, jaki był dla niego cudowny i ważny, że nie mogli się tak po prostu rozejść, póki Arthur nie napatrzy się na niego do syta i nie otworzy przed nim swojego złamanego pożegnaniem serca, póki mu nie powie, że będzie za nim tęsknił i… i…

+++

Obudził się z wrażeniem suchości w ustach i gardle, za to z niebiańsko chłodną poduszką pod obolałą głową.
Usiadł i z cichym jękiem sięgnął po leżący na stoliku nocnym paracetamol. Wrzucił tabletki do ust i popił je dużym łykiem stojącej obok w pogotowiu krystalicznie zimnej wody, niezmiernie wdzięczny osobie, która była na tyle domyślna, by…
Och.
Arthur usiadł gwałtownie i rozejrzał się dokoła szerokimi, pełnymi niedowierzania i protestu oczami.
Znajdował się w dużym łóżku pod oknem. Na zewnątrz panowała mętna, błękitnawa szarość, zwiastun rychłego świtu, która wpadała do pokoju przez zalane deszczem szyby i kładła się cieniem na jego wnętrzu, tak że nie sposób było powiedzieć, jakie barwy i kształty kryją się w półmroku.
Arthur zadrżał lekko, czując na skórze coś wilgotnego. Poruszył się pod kołdrą i stwierdził, że nie ma na sobie niczego poza wciąż mokrymi bokserkami, ciasno owiniętymi ręcznikiem. Ktoś musiał go rozebrać, zanim położył go w tym wielkim — i pustym — łóżku.
Łóżku Eamesa.
Eames rozebrał go i położył do swojego łóżka.
Arthur zerknął ponownie na stolik. Jego zegarek, telefon, klucze i portfel, suchutkie i bezpieczne, leżały w równym rządku w zasięgu dłoni.
Serce Arthura wezbrało uczuciem i omal nie pękło z wdzięczności za tyle okazanej mu (możliwe, że upokarzającej) troski. Przerzucił nogi nad brzegiem łóżka i opuścił je na podłogę, z przyjemnością stwierdzając, że nie kołysze mu się już pod stopami. Reszta świata również zaczęła zachowywać się normalnie, nic nie wirowało, nie przekrzywiało się ani nie wywijało koziołków.
Jeszcze raz obrzucił wzrokiem okryte cieniami wnętrze pokoju, po czym powolutku podszedł do otwartych drzwi po jednej stronie łóżka. Obmacał chłodną, wyłożoną kafelkami ścianę w poszukiwaniu przełącznika i zapalił światło, krzywiąc się, kiedy jego rozczochrane, nadal mocno sfatygowane odbicie zamrugało do niego z lustra. Wypłukał starannie usta i, ze zbyt głośnym echem odbijającym się od murów pustej łazienki, kilkakrotnie ochlapał się garściami wody. Odwinął ręcznik z bioder, osuszył nim twarz i energicznie wytarł włosy, dopóki nie straciły podobieństwa do nastroszonej szczotki, a potem odwrócił się i zagapił na swój garnitur i koszulę, rozwieszone starannie na grzejniku. Gorąca fala czułości ścisnęła jego pierś tak boleśnie, że łzy stanęły mu w oczach.
Zgasił światło i oparł się o futrynę drzwi. Pozostał w tej pozycji do chwili, kiedy jego wzrok przyzwyczaił się na nowo do deszczowego półmroku, wreszcie podszedł do poręczy w nogach łóżka, gdzie czekała przełożona przez nią koszulka wraz z miękkim, bawełnianym dołem od dresu.
Pospiesznie zdjął wilgotne bokserki i założył przygotowane spodnie, a potem spojrzał z zastanowieniem na ciepłe, szerokie łóżko, niepewnie kołysząc się na piętach.
Wiedział, że powinien wsunąć się w kokon pachnącej Eamesem pościeli (nie miał co do tego żadnych wątpliwości; sprawdził, zanim wstał) i spać tak długo, aż żołądek zacznie dogadywać się z głową, a serce przestanie tłuc o żebra niczym mały, wystraszony ptak o pręty klatki. Jednak od rozłożonej na materacu kołdry i wgłębienia na poduszce biło pustką tak podobną do tej w duszy Arthura, że odrętwiałymi palcami odłożył koszulkę na brzeg łóżka, zebrał się w sobie i ruszył na poszukiwanie Eamesa.
Przeszedł cichutko korytarzem i zajrzał za szereg otwartych drzwi na jego drugim końcu. Odnalazł tam kolejno drugą łazienkę, gabinet do pracy i przerażająco pustą pakamerę, nie licząc stosu opatrzonych opisanymi naklejkami kartonowych pudeł, których widok wywołał w Arthurze potworny lęk. Powoli zszedł po schodach, zaciskając drżące palce na drewnianej poręczy.
Stopnie poskrzypywały delikatnie pod jego pełnymi wahania krokami. Zatrzymał się w połowie drogi na dół i przebiegł wzrokiem po pogrążonym w szarości poranka salonie. Wodnisty blask nadawał cieniom ostrzejszych konturów, spychał je na boki i okrywał pokój niemal nieziemską poświatą, a w długiej, wpadającej przez okno smudze bladego światła, rozciągnięty na większej z dwóch skórzanych kanap, leżał Eames.
Cichutko i ostrożnie, na samiusieńkich czubkach palców, Arthur pokonał resztę schodów, bezszelestnie przeszedł przez korytarz i, wsłuchany w odgłos regularnych, głębokich oddechów Eamesa, zbliżył się i pochylił nad nim, tylko po to, by popatrzeć. Spazm chwycił go za gardło, a powstrzymywane powietrze zapiekło w płucach, kiedy chłonął wzrokiem odwróconą profilem, wciśniętą w poduszki twarz i plątaninę zwisających nad brzegiem kanapy kończyn, i przez jedną krótką chwilę nie był zdolny do niczego więcej oprócz wpatrywania się w unoszącą się i opadającą klatkę piersiową Eamesa. Nie mógł się nadziwić, ile tkliwości potrafi wzbudzić w nim widok pary czarnych spodni od dresu, czarnego podkoszulka i nagich stóp.
Westchnął cicho nad własnym niezdecydowaniem. Z drżącym sercem nachylił się nad śpiącym — na tyle nisko, że mógłby go dotknąć, gdyby się odważył — i podciągnął zsunięty koc. Okrył go nim łagodnie, czując na skórze mrowienie wywołane jego bliskością, postał jeszcze przez moment, by tylko popatrzeć, aż wreszcie wycofał się w stronę okna. Zatrzymał się przed poznaczoną śladami deszczu szybą, wbił ręce głęboko w kieszenie spodni i obserwował, jak wschodzące słońce rozpala miniaturowe ogniki w spływających po szkle kropelkach.
Stał tak wystarczająco długo, żeby bijący od okna chłód deszczu i wiatru zdążył pokryć go warstwą gęsiej skórki, wprawić w lekki dreszcz i ściągnąć brodawki piersi w twarde guziczki. Arthur zaczął właśnie łamać sobie głowę nad trudnym wyborem pomiędzy założeniem swoich wciąż mokrych ubrań i wymknięciem się na zewnątrz a dyskretnym, niezręcznym i pełnym dzikiej tęsknoty powrotem na górę do łóżka, w nadziei, że po przebudzeniu rozzłoszczony Eames nie potraktuje go jak niesfornego dzieciaka, gdy nagle coś się zmieniło.
Cisza, raptowna i dziwnie niepokojąca, wyrwała go z rozważań. W pokoju zabrakło nagle równomiernego, hipnotyzującego rytmu oddechu Eamesa i przerażony Arthur zmusił się, by stać bez ruchu, z palcami zaciskającymi się w pięści we wnętrzu kieszeni i wzrokiem skupionym na ciemnym refleksie kanapy w szybie. Starał się oddychać spokojnie i bez zmian, i w żaden sposób nie zdradzić, że widzi, jak Eames cicho opuszcza nogi na podłogę i powoli siada z szelestem opadającego koca i łagodnym jękiem sprężyn, a potem krzyżuje spojrzenie z okiennym odbiciem Arthura.
— Wiesz, to zazwyczaj robi się na odwrót — odezwał się Arthur po chwili i wyprostował sztywno plecy, uparcie wpatrując się w majaczący w szybie blady krąg twarzy Eamesa. — Kiedy nawiedzi cię nieproszony gość, to on powinien spać na kanapie, a nie ty.
Eames przesunął dłońmi po policzkach i zwiesił nisko barki, jakby z rezygnacją. Arthur przełknął ślinę.
— Oczywiście najprościej byłoby złapać wspomnianego nieproszonego gościa za ucho, wyrzucić go za drzwi i zapomnieć, że się w ogóle pojawił.
— Byłeś pijany. I w dodatku przemoczony do suchej nitki.
Arthur zesztywniał jeszcze bardziej, zszokowany, choć po jego skórze przebiegł jednocześnie przyjemny dreszcz świadomości, że Eames dokładnie wiedział, jak wyglądały wczoraj wszystkie warstwy jego ubrania.
— Tak. Byłem — odparł ostrożnie w nadziei, że wystarczająco podkreślił ostatnie słowo.
Patrzył, jak Eames ze zmęczeniem pociera grzbiet nosa. Nie zdejmował z niego poważnego, wygłodniałego spojrzenia, tak intensywnego, że przypominało niemal fizyczny dotyk. Chłonął nim każdy szczegół widocznego w szybie, lekko rozmazanego odbicia, które wydawało się w dziwny sposób bardziej przystępne od prawdziwego Eamesa.
— Przepraszam — wyrzucił nagle bez tchu, chcąc zdążyć z wytłumaczeniem, zanim Eames pomyśli sobie o nim jeszcze gorzej albo każe mu opuścić swój dom. — Naprawdę bardzo cię przepraszam, że przyszedłem tu tak późno i narobiłem ci kłopotu, ale… ja po prostu… po prostu…
Urwał i przełknął gwałtowną falę potrzeby i załamania, która złapała go za gardło i uwięziła oddech w krtani. Zamknął oczy pod ciężarem wzroku Eamesa, rozmytego na lekko zaparowanej powierzchni okna.
— Po prostu nie mogłem… nie mogłem zostawić tego bez zobaczenia się z tobą jeszcze raz, zobaczenia się naprawdę, a nie podczas rytualnego cyrku w garniturach, z wymuszonymi uśmiechami, udawaniem i niezdarnymi uściskami rąk. Ja tylko… — Odwrócił się i oblizał zaschnięte wargi. Spojrzał na Eamesa, zaciskając pięści w kieszeniach z nadzieją, że wciąż mętne światło poranka zamaskuje bijącą od niego niepewność. — Chciałem się z tobą pożegnać, prosto i zwyczajnie. Nie z facetem w garniturze, za którym nie powinienem tęsknić tak, jak będę tęsknił za tobą. Chciałem… chciałem zobaczyć ciebie, tylko ten… ten jeden ostatni raz.
Oderwał wzrok od pochylonego profilu Eamesa, jego opuszczonych powiek, skrytej w półmroku, całkowicie nieczytelnej miny. Obrócił się na pięcie, twarzą ku oknu, próbując w ten sposób odzyskać choć ułamek swojej godności, która pomoże mu utrzymać fason tak długo, dopóki stąd nie wyjdzie.
— Ten jeden ostatni raz — powtórzył Eames tak cicho, że Arthur omal nie uznał tych słów za własny bezwiedny szept.
Szeroko otwartymi oczami patrzył, jak odbicie Eamesa pociera sobie twarz szorstkim ruchem i potrząsa głową. Błysk nierównych zębów i miękkie parsknięcie śmiechem sprawiły, że zachwiał się w miejscu.
— Przyszedłeś tutaj ze świadomością, że najprawdopodobniej robisz źle i… zapewne na próżno, że twoje wysiłki pójdą na marne, i… Chryste, pojęcia nie mam, czemu miałoby mnie to zaskoczyć.
Głos Eamesa był przyjazny, niemal konwersacyjnie lekki, toczył się miękko od słowa do słowa.
— Jesteś… jesteś tak cholernie odważny, Arthurze, prawda? Wziąłeś na siebie ryzyko mojego gniewu, liczyłeś się z tym, że ucierpi na tym twoja… nie, nie duma, ty nie myślisz w takich kategoriach, ale na pewno twoje poczucie osobistego komfortu, twój szacunek do samego siebie, twoja godność… A jednak przyszedłeś, żeby zobaczyć mnie ten jeden ostatni raz, a ja… ja nie mogłem nawet…
Wydał z siebie dziwny dźwięk, coś rozdartego pomiędzy śmiechem a szlochem, i podniósł się nagle z kanapy. Przez chwilę stał, pochylony, z twarzą schowaną w dłoniach, po czym wyprostował się i energicznie przesunął ręką po włosach. Spojrzał na wpół odwróconego plecami Arthura, który skamieniał z jego imieniem na ustach.
Popatrzyli sobie w oczy.
Na moment zastygli bez ruchu, jakby wstrząśnięci bezpośrednim kontaktem wzrokowym. W końcu Eames westchnął i osunął się na poręcz kanapy, wciąż wpatrując się w Arthura intensywnie i z czymś podobnym do rezygnacji.
— Widziałem wystawę Ariadne — powiedział szorstkim tonem, a Arthur zmarszczył brwi na ten nieoczekiwany zwrot w rozmowie. Eames spuścił wzrok tak nisko, że nie sposób było odczytać wyrazu jego oczu. — Oglądałem jej prace i… chciałem…
Umilkł i zwilżył wargi językiem, wyraźnie sfrustrowany. Zaraz jednak kąciki jego ust uniosły się w niespodziewanym, słodkim prawie-uśmiechu.
— Zauważyłem cię jeszcze przed początkiem roku szkolnego. To znaczy, zobaczyłem cię w weekend przed rozpoczęciem zajęć, kiedy biegałeś wokół boiska. Siedziałem na trybunach i pracowałem nad planem lekcji, a ty mijałeś mnie za każdym okrążeniem i ani razu nie spojrzałeś w górę. Pomyślałem, Chryste, oby to tylko nie był uczeń, no i oczywiście, wchodzę do klasy, a ty, cholera, siedzisz sobie w ławce, tuż przed moim nosem, na mojej zasranej lekcji. Boże, ależ byłem rozczarowany.
Roześmiał się, ostro i urwanie, krzyżując ramiona na piersi. Arthur z powrotem odwrócił się niemal zupełnie twarzą do okna, nagle przytłoczony ciężarem nieoczekiwanej szczerości Eamesa.
— Powiedziałem sobie, że to nic wielkiego, trudno, po sprawie — ciągnął Eames. — Miałem nadzieję, że byłeś kimś z kadry, ale okazało się, że nie jesteś, więc na tym powinno się skończyć. Tylko że… Byłeś sobą, a to znaczy, że byłeś… jesteś genialny, błyskotliwy, ironiczny i dowcipny, o boże, że masz w sobie wszystko, co zwykle sprawia, że tracę głowę. A ja brnąłem dalej i tylko pogarszałem własną sytuację, podpuszczałem cię na lekcjach, wmanewrowałem w Hamleta i, do jasnej cholery, podwoziłem cię do domu jak jakiś samobiczujący się masochista… Boże, chciałem cię tylko pocałować… tak bardzo chciałem cię pocałować…
Arthur zadrżał i znowu odwrócił całkowicie twarzą do okna, usiłując wziąć się w garść. Z oddechem uwięzionym w płucach śledził wzrokiem odbicie Eamesa, który podniósł się z oparcia kanapy, przeszedł przez pokój i zatrzymał tuż za jego plecami. Skóra Arthura omal nie zaskwierczała pod wpływem jego bliskości.
Przez chwilę po prostu stali i oddychali.
— Początkowo, kiedy się wycofałem, wmawiałem sobie, że robię to dla ciebie. Myślałem, że w którymś momencie zrozumiesz, jaki ze mnie pieprzony perwers, że zauważysz, jak bardzo cię pragnę. Tyle że wcale nie robiłem tego dla ciebie, ale dla siebie… Po naszym spotkaniu w sklepie w drugi dzień świąt Mal prawie rozerwała mnie na strzępy. Powiedziała mi, jak idiotycznie się zachowywałem w stosunku do ciebie, że cię zna i podziwia, i że jeśli nie zostawię cię w spokoju, obedrze mnie ze skóry. Pomyślałem wtedy dobra, wystarczy, kończę z tym i starałem się, z całych sił starałem się być tylko twoim nauczycielem, a nie żałosną namiastką przyjaciela, którym próbowałem zostać, próbowałem być dla ciebie tylko panem profesorem Eamesem i… Coś okropnego. Nie mogłem, po prostu nie potrafiłem tego zrobić. Ale obiecałem sobie, że nigdy, przenigdy nie zdradzę się przed tobą ze swoimi uczuciami, z tym, co myślę naprawdę, a potem, tego dnia, kiedy ty…
Arthur zesztywniał, najwyraźniej widocznie, bo nagle poczuł delikatne muśnięcie ciepłej dłoni na spiętym ramieniu. Gorący oddech owiał mu skórę na karku. Ręka Eamesa ześliznęła się w dół, do wysokości pasa, i spoczęła lekko na boku Arthura.
— Musiałem powiedzieć ci nie — kontynuował Eames ochryple. — Musiałem pozwolić ci udawać, gdy zachowałeś się tak, jakbyśmy się nigdy nie całowali.
Arthur zadygotał, a silne przedramię owinęło się wokół niego, mocno przywierając do twardych, drżących mięśni na jego brzuchu. Ciepła dłoń otoczyła biodro Arthura i przycisnęła go plecami do okrytej bawełnianą koszulką piersi Eamesa. Poczuł na karku gorące wargi, układające się w wypowiadane z żalem słowa.
— Więc miałem odejść, wtedy tak samo jak teraz. Zniknąć i nigdy cię już nie zobaczyć, jak jakiś pieprzony tchórz, a ty… Ty nagle znów tu jesteś, piękny i odważny, a ja, ja zamierzałem pozwolić ci odejść. Kurwa, zrobiłem telefonem zdjęcie twojej fotografii na wystawie Ari, po kryjomu, udając, że tylko wysuwam komórkę z kieszeni. A potem, w samochodzie, zobaczyłem, że wyszło mi całe rozmazane, że udało mi się złapać ostrzej tylko pojedyncze fragmenty, twoją dolną wargę i może jeszcze zarys uda, i po prostu siedziałem za kierownicą i nie byłem zdolny do niczego poza gapieniem się na tę przeklętą fotkę, i próbowałem sobie wmówić, że dam sobie radę, że mogę wyjechać w świat, gdzie już nigdy cię nie zobaczę, jeśli tylko będę miał przy sobie to pieprzone, idiotyczne zdjęcie.
Eames oparł czoło o kark Arthura i wydał z siebie roztrzęsione westchnienie. Skrzyżował przedramiona, łapiąc Arthura za drugie biodro wystarczająco mocno, by je posiniaczyć, a Arthur poczuł kłucie pod powiekami. Usta Eamesa paliły mu skórę i drżały od przepełnionego pogardą do siebie samego szeptu.
— Tak bardzo cię przepraszam, Arthurze… Naprawdę… naprawdę próbowałem ocalić nas obu, ale w efekcie przysporzyłem nam tylko cierpienia… — Przełknął ślinę i Arthur wyczuł smutek, bijący z jego słów. — Byłem takim cholernym durniem.
Arthur szarpnął się jednym, gwałtownym ruchem, jakby chciał zmienić kierunek, brnąc przez głęboką wodę. Obrócił się w ramionach Eamesa, pochwycił go za szyję i przyciągnął blisko. Uśmiechnął się, mimo że musiał ostro przygryźć język, żeby powstrzymać potok desperackich słów, które kotłowały mu się w gardle i cisnęły na usta.
— Chodź tu, ty durniu — warknął, otoczył Eamesa ramionami i zadrżał z zachwytu, kiedy ten wtulił twarz w jego szyję. Stali, trzymając się kurczowo w objęciach, jakby w obawie przed interwencją rzeczywistości, która znów oderwie ich od siebie.
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Postprzez Donnie » 23 lip 2013, o 20:01

Przez chwilę tylko tak trwali, kołysząc się lekko. Serce Eamesa waliło pod cienkim, rozgrzanym materiałem koszulki; jego rytm odbijał się jako echo od żeber Arthura, który ostatkiem woli powstrzymywał się przed wessaniem w usta Eamesa, ale nie mógł, jeszcze nie, bo Eames wciąż szeptał przepraszająco, trząsł się w jego ramionach i przeklinał własną głupotę w każdym słowie, które wypowiadał prosto w puls na szyi Arthura.
— Byłem na tej przeklętej wystawie codziennie aż do rozdania waszych świadectw, ale już ani razu nie mogłem zdobyć się na kolejną próbę. I cały ten czas ludzie rozmawiali o tobie, jaki jesteś piękny, pełen życia, silny i onieśmielający, a ja mogłem tylko nienawidzić ich za to, że wolno im mówić na głos te wszystkie wspaniałe rzeczy o tobie, podczas gdy ja, kurwa, musiałem cię odtrącić, pozwolić ci odejść, kiedy tak naprawdę powinieneś być mój, mógłbyś być mój i…
Arthur roześmiał się bezradnie i odsunął Eamesa na długość ramienia, nie mogąc zapanować nad czułością, ogarniającą go na widok śmiertelnej obrazy w zmrużonych szaroniebieskich oczach.
— Rzeczywiście dureń z ciebie — powiedział i przycisnął język do zębów, żeby znów nie wybuchnąć śmiechem. Serce zatłukło mu się w piersi, zanosząc się gorącym triumfem, i ponownie porwał w objęcia tego pięknego mężczyznę, który, choć wyraźnie zdezorientowany, próbował spiorunować go wzrokiem. — Przecież ja zawsze byłem twój.
Eames zamrugał, przełknął ślinę i oblizał wargi. Arthur patrzył na czubek jego języka i czuł, jak oddech więźnie mu w krtani.
— Naprawdę? — zapytał Eames martwym głosem.
Arthur skinął głową. Zrobiło mu się słabo i zachwiał się lekko w jego ramionach, kiedy cała krew odpłynęła gwałtowną falą w dół. Przysunął się bliżej i musnął jego wargi swoimi.
— Już ci to powiedziałem, durniu — wymruczał prosto w napierające na niego usta, zaraz jednak wydał żenujący, podobny do skomlenia dźwięk, czując na dolnej wardze dotyk jego języka.
Nagle było tak, jakby nigdy nic ich nie rozdzieliło, i chciwe, zaborcze ręce Arthura szarpały i tarmosiły koszulkę Eamesa, żeby jak najprędzej, z desperacją dotknąć jego skóry. Eames przygarnął go mocno do siebie, jego szeroko otwarta dłoń napierała na dół pleców Arthura, podczas gdy drugą wędrował od przestrzeni między jego łopatkami aż na kark, gdzie zacisnął ją na jego włosach, ustawiając go w najlepszej pozycji do całowania, całowania bez końca, do utraty równowagi, do utraty tchu…
Arthur krzyknął cicho, kiedy jego nagie plecy zetknęły się nagle z zimną powierzchnią okna. Mimowolnie przerwał pocałunek i wygiął się do przodu, byle dalej od wilgotnego chłodu szyby, szukając ochrony w ciepłych objęciach przed sobą. Jego wyrzucone wprzód biodra zderzyły się z kroczem Eamesa. Ich podbrzusza naparły na siebie i zaczęły poruszać się we wspólnym rytmie, a Arthur zagryzł usta, czując, jak powietrze między nimi rozpala się i gęstnieje.
— Zi… zimno — usłyszał własny głos, cienki jak pisk, i Eames przysunął się bliżej, przywarł do niego jeszcze ciaśniej. Ułożył skrzyżowane przedramiona na szybie, żeby odizolować Arthura od nieprzyjemnej wilgoci na wciąż zamglonej chłodem poranka powierzchni. Arthur osunął się w jego objęcia i przytulił bokiem do zagłębienia futryny, a dla lepszej stabilności pozycji owinął ręce wokół barków Eamesa i wczepił się w nie, zaglądając mu w niemal poczerniałe oczy.
— Lepiej? — zapytał Eames zduszonym głosem. Arthur przytaknął, ale już zbierał się w sobie, żeby tylko nie zacząć błagać, nieważne, jak bardzo chciał w tym momencie być zerżnięty tu, na miejscu, oparty plecami o okno. — Nie mogę uwierzyć, że omal cię nie straciłem… — wyszeptał Eames, pocierając twarzą o szczękę Arthura. Possał ją delikatnie tam, gdzie przechodziła w szyję, a cały zasób słownictwa, jakim dysponował Arthur, został zredukowany do pojedynczych sylab. Przez kilka chwil był zdolny jedynie do powtarzania w kółko dureń, dopóki ich usta nie złączyły się na nowo i tak pozostały.
— Nigdy — wychrypiał Eames, kiedy kolejny raz oderwał się od Arthura, tylko po to, by natychmiast wytyczyć sobie wycałowaną trasę od jego szyi po obojczyk. — Jeszcze nigdy nie pragnąłem dotknąć kogoś w taki sposób, w jaki chciałem dotknąć ciebie. O kurwa, czego ja bym ci nie zrobił, skarbie… Broniłem się chyba całą wieczność, żeby o tobie nie myśleć, kiedy trzepałem sobie pod prysznicem aż do skurczu w ręce. Z jednym wyjątkiem… Z wyjątkiem tamtego dnia, gdy chciałeś, żebym do ciebie przyszedł, a ja musiałem zdobyć się na to, żeby ci odmówić. Pogratulowałem sobie potem żałosnym waleniem konia po pijanemu i wtedy, ten jeden raz, pofolgowałem swojej wyobraźni i pozwoliłem sobie pomyśleć, jak mogłoby być, gdybym skorzystał z twojego zaproszenia, przyszedł do ciebie do domu, zjadł ugotowaną przez ciebie kolację i… pieprzył twoją pięść, a potem twoje przemądrzałe, niewyparzone usta, a w tle leciałby film, który tak zachwalałeś…
Arthur zaśmiał się, cicho i sugestywnie, i przesunął palcem po zawijasach tatuażu, który wyglądał spod rozciągniętego wycięcia koszulki pod szyją Eamesa. Pochylił się i znów obrysował wyryte tuszem kontury, tym razem przy pomocy języka i zębów, łagodząc brutalne traktowanie drobnymi pocałunkami.
— O boże, dobrze wiem, jak to jest. Jedyny raz, kiedy ja poszedłem w myślach na całość, zdarzył się po naszym kryminalnym wypadzie po ten twój cały cholerny dywan. Chciałem cię tak bardzo, że po prostu musiałeś usłyszeć, jak jęczę twoję imię, gdy odjeżdżałeś spod mojego domu. — Powrócił z szyi do szczęki Eamesa, przez całą drogę nie odrywając języka od jego skóry, po czym, między jednym słowem a drugim, złożył kilka szybkich pocałunków na tych pełnych, fantastycznych ustach. Tracił dech, podczas gdy ich biodra ocierały się o siebie okrężnymi, rytmicznymi ruchami. — Miałem w sobie trzy palce, jeszcze zanim zdążyłeś skręcić za róg. Myślałem o pieprzonych motelowych łóżkach, żetonach do pokera, twoim fiucie w moim gardle, i doszedłem tak mocno, że ugryzłem się w rękę. Było mi z tym dobrze, czułem się, jakbym należał już do ciebie, a ty niczego się nie domyślałeś, i… rozzuchwaliłem się, zaprosiłem cię do siebie na kolację i… — Roześmiał się, a Eames cofnął się, żeby na niego popatrzeć, rozpalony i spowity w szare cienie świtu. — A to wszystko dlatego, że pozwoliłem sobie wreszcie spuścić się do myśli o tobie.
— Trzy palce — powtórzył Eames chrapliwie.
Arthur potwierdził skinieniem głowy i stłumił narastający w nim śmiech, kiedy Eames parsknął i znów zaczął go całować. Powiercił się w jego objęciach, wciąż nie mogąc uwierzyć, że wolno mu tu być, że może ssać bez opamiętania język Eamesa, wodzić dłońmi po jego piersi i ramionach i wydawać mu prosto w usta pomruki niezadowolenia nad irytującą obecnością jego ubrania. Stęknął, kiedy Eames gwałtownym obrotem zmienił ich pozycję i mocno przycisnął go do ściany.
— Wybacz, skarbie — wymamrotał, wygładzając leciutkimi pocałunkami zmarszczkę bólu na czole Arthura. — Ale już dłużej nie wytrzymam. Muszę cię dotknąć.
— O kurwa, nareszcie — zawarczał Arthur. Rozcapierzone, krzepkie palce Eamesa (o boże, może powinien był jednak wtedy użyć czterech) przejechały w górę i w dół po jego udach, niemiłosiernie (ale wciąż niewystarczająco) blisko miejsca, w którym pragnął poczuć je najbardziej. — Proszę… Tyle czekałem… żeby to były twoje ręce zamiast… O kurwa, dobrze, tak, proszę, błagam, Eames…
Eames, uniósłszy lekko Arthura, tak by ich erekcje mogły napierać na siebie bez przeszkód, zamarł w pół ruchu z dłonią zaciśniętą mocno na jego twardym pośladku. A potem, bez ostrzeżenia, zmiażdżył mu usta w brutalnym pocałunku.
— Zamiast czyich, Arthur? Roberta Fischera? Czyich, do diabła? — wysyczał gwałtownie.
Arthur ukąsił go w odpowiedzi w wargę i spojrzał wyzywająco, wbijając mu w żebra swoje krótko przycięte paznokcie.
— Zamiast niczyich, ty głupi dupku. Chciałem twoich rąk w miejsce własnych. Do jasnej cholery, ja jeszcze z nikim tego nie robiłem, palancie jeden, a jeśli już cię to tak interesuje, to owszem, Robert próbował się do mnie dostawiać, ale dałem mu kosza, bo wciąż myślałem o tobie.
Zamilkli na chwilę. Arthur gapił się groźnie na Eamesa, jednocześnie próbując nie rzucić się na niego z wygłodniałą desperacją. Oczy Eamesa, szaroniebieskie i pociemniałe, wpatrywały się w jego twarz z czymś zbliżonym do szoku.
— Jesteś… prawiczkiem?
Arthur zwrócił wzrok ku sufitowi.
— Tak, jestem nietkniętym, idealnie niewinnym kwiatuszkiem. Niemniej kwiatuszkiem z nieograniczonym dostępem do internetu od piętnastego roku życia, dzięki czemu w krótkim czasie mogłem sobie skompletować, i w konsekwencji z rozkoszą wykorzystywać, zawartość szuflady w szafce przy łóżku, więc jeśli teraz przyjdzie ci do głowy porzucić w popłochu plan wypieprzenia mnie do nieprzytomności, to cię zamorduję, rozumiesz?
Wargi Eamesa wygięły się w znajomym uśmieszku, który w przeszłości tysiąckrotnie sprawiał, że Arthur chciał zetrzeć mu go z twarzy pocałunkiem — więc zrobił to teraz bez wahania. Zaatakował usta Eamesa, całował je i ssał, dopóki Eames nie stracił tchu i kolejny raz nie zatoczył się z nim na ścianę.
— Chciałem tylko wyrazić — wydyszał, ocierając się kolistymi ruchami o biodra Arthura, co doprowadzało ich obu do dzikiej, rozpaczliwej euforii (a Arthura dodatkowo o wiele za blisko krawędzi jak na poczucie bezwarunkowego komfortu) — jak bardzo doceniam ten fakt, a nie kontestować status twojej dziewicznej czystości. — Wyszczerzył się i ścisnął go oburącz za pośladki tak, że gdyby nie bariera spodni, Arthur byłby już otwarty i gotowy na jego przyjęcie. — Kurczę, jestem zachwycony, ty bezczelny, sarkastyczny smarkaczu.
Arthur zajęczał i przywarł do niego, wczepił się wargami w jego usta, utorował sobie drogę do ich wnętrza — mokro, chaotycznie, niestarannie — zarzucił mu ramiona na szyję i oplótł go nimi z całej siły, z jedną dłonią zaciśniętą mocno, o wiele za mocno, na karku Eamesa.
— Eames — wyskomlał bez cienia wstydu w obliczu swoich potrzeb, a Eames zadygotał na samo brzmienie jego głosu. — Błagam, zabierz mnie na górę i zerżnij, dobrze?
Wzrok Eamesa zmętniał na chwilę, a on sam zachwiał się lekko i schylił głowę, opierając się czołem o czoło Arthura.
— Skarbie… — wybełkotał z cieniem wahania, które Arthur postanowił bezzwłocznie rozwiać przy pomocy ponownego wsunięcia mu języka do ust.
— Nie pytaj — wyszeptał gorączkowo w wargi Eamesa. — Wiesz już, że jestem pewien. Po prostu to zrób. Zabierz mnie z powrotem do tego wielkiego, pustego łóżka, w którym mnie zostawiłeś, i wypieprz.
Eames popatrzył na niego poważnie, a potem się uśmiechnął, tak powoli i lubieżnie, że Arthur omal nie pisnął, gdy próbował zrewanżować się tym samym.
— Dobrze, skarbie — wymruczał.
A potem schylił się gwałtownie, złapał kompletnie zaskoczonego Arthura wpół i bez wysiłku przerzucił go sobie przez ramię. Arthur wylądował twarzą tuż przed wypukłością jego tyłka, który poruszał się rytmicznie pod grubą bawełną spodni w takt kroków zmierzających ku schodom. Zaśmiał się krótko, zaraz jednak zaczął protestować i wyrywać się z uchwytu.
— Puść mnie, ty dupku!
— Prosiłeś, żeby zabrać cię do łóżka, najdroższy. A teraz przestań się szarpać, bo wciągnę cię na górę za włosy, metodą neadertalczyka.
Arthur zerknął na zbliżające się w odwrotnej perspektywie schody i znieruchomiał jak manekin.
— Eames — skłamał przez zaciśnięte zęby. — Zobaczysz, narzygam ci na plecy, jeśli natychmiast nie postawisz mnie na ziemi.
Eames zatrzymał się przed pierwszym stopniem, westchnął i ostrożnie zsunął go z ramienia. Arthur stanął na nogach i przybrał pozornie obojętną minę, która miała zamaskować jego triumf, ale nagle zaskrzeczał, bo Eames znów dał nurka w dół, by go podnieść, tym razem przyciśniętego tyłem do ściany, i zarzucił sobie jego udo na biodro. Arthur odruchowo skopiował ruch, oplatając Eamesa w pasie drugą nogą. Zajęczał, gdy na skutek tej pozycji wyczuł na swoim tyłku solidny kształt twardego członka. Eames cofnął się od ściany, bez kłopotu radząc sobie z ciężarem Arthura, i zwrócił ku schodom. Arthur przywarł do niego całym ciałem jak ślimak do podłoża.
— Ty podstępny draniu — szepnął mu z zadowoleniem do ucha i nachylił się po pocałunek.
Eames przystanął i bez pośpiechu zaczął badać od nowa wnętrze jego ust czubkiem języka, co przyprawiło Arthura o zawrót głowy i zmusiło do wydania żałosnego dźwięku, kiedy oderwali się od siebie.
— Taki zamierzam pozostać — mruknął Eames i powoli wszedł z Arthurem na górę.
Arthur pieszczotliwie przygryzał i pocierał nosem jego ramię wraz z każdym pokonywanym stopniem, odciągał zębami coraz bardziej sfatygowane wycięcie koszulki okrywającej ciało Eamesa i nagle z zaskoczeniem stwierdził, że znów wylądował plecami na ścianie. Otwarte drzwi sypialni były tuż tuż, o dwa kroki od nich, ale najwyraźniej wciąż za daleko, by Eames czuł się w stanie dotrzeć do nich bez kolejnej przerwy na pocałunek (a raczej ich tuzin), wsysając język Arthura do swoich ust i skubiąc jego wargi. Obie te czynności akcentował obłędnie powolnym ocieraniem podbrzusza o jego wciąż okryte materiałem pośladki.
— Chcę cię — wymruczał gardłowo i zsunął się ustami w dół, by ukąsić Arthura w obojczyk, a potem jeszcze niżej, do jego sutków. — O kurwa, jak ja cię pragnę.
Na usta Arthura cisnęło się co najmniej dziesięć dowcipnych, ironicznych i błyskotliwych odpowiedzi, ale na zewnątrz wydostały się tylko dwa słowa, za to powtarzane bez końca.
— Eames — zaskomlał, całując każdy kawałek jego ciała, który znalazł się w zasięgu. — Proszę, Eames… proszę…?
Przytrzymująca go pod udem szeroka dłoń Eamesa powędrowała do jego szczęki i objęła ją lekko. Przez jeden cichy, spokojny moment patrzyli na siebie, a potem Eames pochylił głowę i pocałował go, pewnie i głęboko, bez cienia poprzedniej zapalczywości. Prostota faktu, że jest całowany dla samej przyjemności całowania, sprowadziła na usta Arthura uśmiech, jeszcze zanim ich wargi straciły ze sobą kontakt.
— I jakże mógłbym odmówić, kiedy tak się do mnie uśmiechasz? — wypomniał mu Eames żartobliwie, choć w jego oczach zdawała się dominować śmiertelna powaga. — Za same twoje dołeczki wbiegłbym w podskokach na Mount Everest.
Arthur prychnął i zawiercił się w objęciach Eamesa, który — nareszcie — ruszył w kierunku sypialni.
— Czy to znaczy, że zaraz mnie wypuścisz? — zapytał tym samym tonem, którym pokpiwał sobie kiedyś nad wyborem stacji radiowych w jego samochodzie. Zaraz jednak zapomniał o wszelkiej drwinie na widok zapierającej dech w piersi, promiennej miny Eamesa.
— Ależ oczywiście, skarbie — zamruczał, przekraczając próg swojej sypialni.
Przeszedł jeszcze parę kroków, po czym zdecydowanym ruchem odplątał sobie nogi Arthura z pasa i dosłownie cisnął go na łóżko.
Arthur, oniemiały i bez tchu, odbił się sprężyście od materaca i znieruchomiał w jego centrum. Dopiero po chwili wydał z siebie gniewny wizg, który nie wypadł jednak zbyt przekonująco, i podciągnął się do góry. Rzucił się na Eamesa, dającego właśnie głośny upust swojemu rozbawieniu, i zaczął mocować się z nim w nogach łóżka. Przepychali się w próbach wzajemnego wytrącenia z równowagi i zwalenia przeciwnika ponad niską poręczą na pościel, ale zbyt rozproszeni swoimi ustami i ciałami, by osiągnąć cel. Nie minęło więcej niż kilka sekund, a znów się uspokoili, nie licząc aktywności języków i coraz bardziej skoordynowanego tańca bioder.
Eames pierwszy przerwał kontakt. Spojrzał na Arthura półprzymkniętymi, pociemniałymi oczami, a Arthur nie mógł się powstrzymać, żeby znów nie znaleźć się przy nim jednym skokiem i próbować dobrać mu się do ust, nie zważając na to, że jest delikatnie odpychany.
— Połóż się, Arthurze — nakazał Eames miękko, ale w jego łagodnym głosie pobrzmiewała stal, więc Arthur odsunął się od poręczy i popełznął do tyłu, znów pozbawiony tchu i tak twardy, że aż bolało. Wykonał polecenie, drżąc na całym ciele.
Patrzył w ledwo widoczne pod rozszerzonymi źrenicami szaroniebieskie tęczówki Eamesa. Eames przełknął ślinę i zrobił krok w jego stronę, Arthur powstrzymał go jednak, wyciągając stopę i przykładając mu ją płasko do splotu słonecznego. Potrząsnął odmownie głową, niemniej z ciepłem w oczach.
— Rozbieraj się — zażądał, siląc się na frywolny ton. — Zdjąłeś już dziś ze mnie ubranie, teraz moja kolej popatrzeć, jak pozbywasz się swojego.
Brwi Eamesa powędrowały w kierunku sufitu. Arthur zaczerwienił się i wypuścił powietrze przez nos w krótkim, zdesperowanym wydechu, zniecierpliwiony i lekko zażenowany.
— Chcę cię zobaczyć — wyznał cicho, po prostu, i powoli odsunął stopę od żeber Eamesa, kiedy ten spojrzał na niego gorącym wzrokiem, kontrastującym z czułością jego uśmiechu, i złapał za brzeg koszulki, żeby ściągnąć ją sobie przez głowę.
Arthurowi momentalnie zaschło w ustach. Język przykleił mu się boleśnie do podniebienia, oddech przyspieszył, a oczy wwierciły się w pierś, ramiona i brzuch Eamesa, i — och, boże drogi — jego tatuaże.
Chłonął wzrokiem czarne, rozgałęzione wzory, które pokrywały i obejmowały tors. Motywy i słowa zlały mu się w jedno, gdy wreszcie uniósł głowę, by spojrzeć Eamesowi we wpatrzone w niego wytrwale oczy, pełne żaru, dumy i pragnienia. Nie zdołał powstrzymać jęku i rozkosznego skurczu w swoim wnętrzu, radośnie świadomy, że Eames obserwujący jego reakcje jest jeszcze bardziej podniecający niż sam widok jego niewiarygodnie pięknego ciała.
Arthur wydał niski, cichy pomruk i przesunął wzrokiem w dół, na wybrzuszony przód czarnych dresów Eamesa, podobnie jak i u niego naznaczony o ton ciemniejszą plamą lepkiej wilgoci. Uniósł się i wsparł na łokciach, żeby znaleźć się choć trochę bliżej, wiedziony pragnieniem, potrzebą, czymś jeszcze silniejszym i nienazwanym, co sprawiało, że ślina napływała mu do ust na samą myśl, ale Eames już robił kolejny krok w jego kierunku. Arthur znów powstrzymał go wyciągniętą stopą.
— Zdejmij wszystko — wychrypiał i wytężył całą wolę, żeby zapanować nad uśmiechem, kiedy Eames wygiął jedną brew i zrobił cierpiętniczą minę, a potem, z głębokim rumieńcem sięgającym od klatki piersiowej aż po szczyt kości policzkowych, ostrożnie przesunął gumkę spodni nad swoją erekcją i wypuścił ją z rąk. Miękki, rozgrzany materiał ześliznął mu się z bioder i opadł z cichym szelestem na podłogę.
— Ngh — zająknął się Arthur, wlepiając zahipnotyzowane spojrzenie w powiększony, sztywny kawałek ciała, odstający pod ostrym kątem od podbrzusza Eamesa. Przysunął się bliżej — odruchowo, z desperacją — posłuszny żądzy dotknięcia, posmakowania, ale zaraz stracił równowagę i poleciał w tył, na plecy, szarpnięty za wciąż przyłożoną do piersi Eamesa stopę. Eames potrząsnął głową i odpowiedział cichym, gardłowym śmiechem na rozczarowany jęk Arthura.
— Cierpliwości, skarbie…
Wyszczerzył się do niego i uniósł jego nogę do ust, zasypując gorącymi pocałunkami wybrzuszenie kostki, a potem zwinnie wdrapał się na łóżko. Stopa Arthura przesunęła się kilkakrotnie w górę i w dół po gorącej, jedwabistej skórze jego pleców i wreszcie zatrzymała w okolicy krzyża, masując ją i badając przykurczonymi palcami. A wtedy Eames opadł na niego i naparł kutasem na nadal okrytą materiałem szczelinę między pośladkami. Zakołysał się, na co Arthur zastękał, docisnął kolana do piersi i zarzucił je na ramiona Eamesa. Trwali tak przez chwilę; Eames wpychał Arthura głębiej w materac ciężarem swojego ciała, w końcu obaj wychylili się do pocałunku i zajęczeli cicho z rozkoszy wywołanej swoją wzajemną bliskością.
— Proszę — udało się wydusić Arthurowi. Sparaliżowany i żałośnie osierocony język odmawiał mu posłuszeństwa, kiedy próbował wygiąć się w górę. Błądził dłońmi po bokach Eamesa, dopóki nie zostały unieruchomiony silnym uchwytem i zmuszony do spokojnego ułożenia rąk wzdłuż tułowia, gdzie rozpaczliwie i nadaremnie wbijały palce w prześcieradło. — Błagam, daj mi dotknąć… Boże, Eames, tak bardzo chcę cię dotknąć…
— Arthur — wyrzucił Eames przez zaciśnięte zęby, oderwawszy na moment usta od jego wyprężonej szyi. — Staram się właśnie zapanować nad pierwotnymi instynktami, które nakazują mi wcisnąć fiuta do twojego gardła. Czy mógłbyś, proszę, przestać zachowywać się jak ucieleśnienie moich wszystkich pieprzonych fantazji, a przynajmniej powstrzymać się tak długo, żebym miał szansę wytrwać i zerżnąć cię jeszcze dziś, hmm?
Arthur wygiął się w łuk i przekręcił głowę, szukając ust Eamesa. Jęknął prosto w jego rozwarte wargi i zaszamotał się w uścisku, tylko trochę, tak by ulżyć swojemu znękanemu penisowi, uwięzionemu w pożyczonych spodniach.
— Boże, tak, zrób mi to, zerżnij mnie… — powtarzał śpiewnie i na wpół świadomie pod torturą pocałunków Eamesa, które czuł na swojej piersi. Wydał okrzyk zaskoczenia, kiedy Eames nakrył ustami jego sutek i possał mocno, drażniąc językiem najwrażliwsze miejsce, dopóki jego nieskładne słowa nie zamieniły się w nieartykułowany bełkot, a on sam w błagającą, żałosną kupkę nieszczęścia, podczas gdy Eames wytrwale poruszał językiem w górę i w dół, w prawo i w lewo, bezlitosny, sprawny i genialny, tak blisko, tak kurewsko blisko, a Arthur wciąż nie mógł go dotknąć
Docisnął zarzucone na ramiona Eamesa nogi do jego żeber i przekręcił się nagłym wyrzutem ciała, próbując zrzucić go z siebie, pod siebie, odwrócić ich pozycję, zrobić cokolwiek, co zagwarantowałoby mu wolny dostęp do tego wspaniałego, śliskiego od potu ciała. Nadaremno. Wydał zduszony okrzyk zaskoczenia, kiedy Eames gwałtownie poderwał go z materaca, jedną dłonią pochwycił jego wciąż unieruchomione nadgarstki, skręcił mu je mocno za plecami i cisnął go z powrotem na łóżko. Wsunął rozcapierzone palce wolnej ręki we włosy Arthura, by go przytrzymać, brutalnie i boleśnie, i z podobnym okrucieństwem wpił się znowu w jego usta.
— Niegrzeczny jesteś — zganił go ochryple i powolusieńku zmienił pozycję, jednak nie na tyle, by uwięziony pod ciężarem jego ciała Arthur mógł wydostać się z pułapki i zrobić cokolwiek więcej niż przyglądać się bezsilnie jego poczynaniom.
Eames zahaczył palcem o gumkę spodni Arthura i zsunął ją odrobinę, zaledwie wystarczająco, by odsłonić czubek penisa, lśniący od skapującego na brzuch preejakulatu. Eames wydał niski, podobny do warkotu pomruk, od którego, co Arthur mógłby przysiąc, zaiskrzyło mu w kościach. Patrzył, jak Eames prostuje palec, a puszczona luzem gumka strzela o podbrzusze, niżej niż poprzednio, kilka centymetrów pod drżącą żołędzią. Arthur zatrząsł się i zajęczał, wystraszony niespodziewanym uderzeniem elastycznego paska, zaraz jednak omal nie zadławił się własnym językiem, bo Eames zanurkował w dół i przeprosił delikatnym pocałunkiem w tak okrutnie potraktowane miejsce.
— Jezu drogi, kurwa…! — krzyknął Arthur, roztrzęsiony i pozbawiony kontroli nad własnymi biodrami, odruchowo wyrzuconymi w górę.
Eames zlizał mu z brzucha lepką wilgoć, a potem objął ustami — o boże O BOŻE tymi swoimi ustami — wystający ze spodni wierzchołek członka i wessał go do ich wnętrza, a Arthur nagle zapomniał, jak się oddycha. Szarpnął się i wygiął w łuk pod okrutnym-śliskim-cudownym gorącem tych warg tak silnie, że dotknął czołem posłania pod sobą. Dygotał na całym ciele, zaczynał rozpadać się na kawałki i poczuł, że zaraz…
— Przestań… proszę, proszę, kurwa, Eames, stop-stop-stop!!! Skończ, błagam, bo…
Eames wypuścił go w jednej chwili i odsunął się zupełnie. Arthur opadł na materac i przycisnął nasadę obu dłoni do oczu, walcząc o oddech i panowanie nad bliskim orgazmem, jeszcze nie teraz, jeszcze za wcześnie, do cholery. W uszach miał gorączkowy szept Eamesa, początkowo zaniepokojony i łagodzący na przemian, a wreszcie pełen zrozumienia. Ciepła dłoń wkradła się pod gumkę dresów i Arthur wydał zdławiony okrzyk, kiedy stanowcze palce oplotły podstawę jego penisa i zacisnęły się mocno.
Świat przed oczami Arthura rozjarzył się jaskrawą, bolesną bielą. Końcówki nerwów wrzasnęły w proteście, ciało trzęsło się i drżało na skłębionej pościeli, nadmiernie pobudzone i niezaspokojone jednocześnie. Eames pocałował go miękkimi wargami, delikatnie i uspokajająco, i mruczał mu prosto w usta głupiutkie słowa pociechy, dopóki Arthur nie przestał dygotać i po prostu leżał, dysząc i obserwując półprzytomnym wzrokiem, jak Eames cofa się, przysiada na prześcieradle i zsuwa spodnie z jego bioder, powoli ściąga nogawki i odrzuca dres na bok, gdzieś w ginące stopniowo cienie.
Arthur wyprężył się instynktownie pod spojrzeniem Eamesa i dotykiem jego dłoni na swoim wciąż drżącym ciele. Czuł jego palce, obejmujące kość biodrową, a następnie przesuwające się w dół wzdłuż uda; słyszał szeptane cicho słowa, takie jak piękny i uparty. Wreszcie Eames położył się obok niego i przyciągnął do siebie tak, że Arthur prawie na nim leżał, z twarzą — za gorącą, rozognioną, spoconą — wtuloną w ciemne zawijasy tatuażu na jego barku. Eames głaskał go po bokach i plecach spokojnymi, długimi ruchami, a w końcu odezwał się lekko rozbawionym tonem konwersacji:
— Wiesz, skarbie, orgazm jest w zasadzie całym celem tego ćwiczenia. Nie ma potrzeby, żeby z nim walczyć.
Arthur, który nareszcie jako tako zapanował nad powodzią rozkoszy szalejącą sobie bezkarnie w jego wnętrzu, westchnął i podniósł się na kolana, ułożone po obu stronach bioder Eamesa. Obaj jęknęli, kiedy penis Arthura otarł się o tors nauczyciela.
— Czekałem — powiedział Arthur cicho i przycisnął usta do ust Eamesa, gubiąc słowa między urwanymi oddechami. — Czekałem przez jakieś dziesięć miesięcy, marząc i zastanawiając się, jaki byłby orgazm z tobą wewnątrz mnie.
Uniósł głowę i zsunął biodra w dół tak, by śliska wypukłość żołędzi Eamesa przylgnęła do szczeliny między pośladkami. Wytrzymał jego wzrok i zakołysał się lekko, wprowadzając twardy członek głębiej między półkule, dopóki nie poczuł, że główka penisa dotyka jego dziury,napiera na nią przy każdym ruchu w tył. Uda mu drżały, mimo iż Eames podtrzymywał go mocno i wychodził mu naprzeciw podrzutami bioder, posykując wśród rozpętanej na nowo, coraz bardziej bezładnej walki ich splątanych języków.
— Błagam — wydusił Arthur i wpił się ustami w spoconą, falującą ciężko pierś Eamesa. Zaczepiał zębami o wytatuowaną skórę, oblizywał i kąsał każdy jej skrawek, który miał w zasięgu, spragniony, wygłodniały, zdecydowany. Głos odmawiał mu posłuszeństwa pod naporem rosnącej ekstazy. — Proszę, Eames, ja już nie mogę czekać dłużej.
Eames wywinął się spod niego, obrócił go i bezceremonialnie rzucił plecami na materac. Pochylił się nad nim do pospiesznego, żarliwego pocałunku, mruknął „prezerwatywy” w jego rozwarte usta i wyskoczył z łóżka.
Biodra Arthura szarpnęły się w górę, jakby zrozumiały to słowo, a on sam mimowolnie wygiął ciało w łuk. Zacisnął pięści na pościeli i zagryzł wargę, dusząc jęk, po czym szybko podciągnął się na łokieć i z rozpromienioną miną obserwował krzątaninę Eamesa w łazience, jego długie, mocne i idealne uda, jego tyłek, na widok którego ślina dosłownie napływała do ust. Zajęczał ponownie, wpatrzony w Eamesa zdecydowanie drapieżnym wzrokiem.
— O kurwa, tak, bogu niech będą wielkie dzięki — mruknął pod nosem.
Podniósł się na kolana z rozanielonym, niemal pijackim uśmiechem niedowierzania i cicho zachichotał na widok porozrzucanej garderoby. Jej obecność działała dziwnie krzepiąco, niczym swoista gwarancja, że to nie sen wywołany alkoholowym odurzeniem. Chwilę później błogość osłabła i przeszła powoli w paraliżujący, mdlący szok, kiedy przypomniał sobie swój poprzedni żal po spodziewanej stracie Eamesa, która teraz wydawała się rzeczą tak odległą — śmieszną wręcz, gdy patrzyło się na niego, powracającego do sypialni z małą paczuszką prezerwatyw w ręku.
Zamachał nią wesoło i zbliżył się do łóżka z gracją polującej pantery, wpatrzony w Arthura, który przesunął się na sam skraj materaca, nagi, stęskniony i niemogący się doczekać.
— Przepraszam, ale nie znalazłem ich od razu. Ostatnio nie miałem zbyt wielu okazji ich używać… Powiedzmy, że dostały w tym roku coś w rodzaj urlopu dziekańskiego.
Zrobił znaczącą minę i rzucił opakowanie na poduszkę. Arthur uśmiechnął się z zachwytem i przysunął, by objąć Eamesa za ramiona i przyciągnąć bliżej. Obaj jęknęli cicho, gdy ich ciała zetknęły się ze sobą od ud w górę, i znów zaczęli się całować, leniwie i bez pośpiechu. Dłonie Eamesa błądziły po torsie Arthura, przeskoczyły na jego barki, a stamtąd w dół, przez plecy, zanim spoczęły na pośladkach, ścisnęły je i rozciągnęły lekko na boki.
Arthur zakrztusił się lekko, próbując złapać oddech w trakcie pocałunku. Klepnął Eamesa w potylicę za bezczelny, zadowolony uśmieszek, którym skwitował jego zduszone kwilenie, kiedy potarli się członkami. Arthur usiłował wygiąć się zarazem w tył, tak by palce Eamesa znalazły się bliżej wejścia.
— Przypomnij mi, ile ich było? — mruknął mu Eames ochryple do ucha, na co Arthur, zamroczony żądzą i podnieceniem, wydał cichy, pytający odgłos, wtulając twarz w zagłębienie między jego szyją a ramieniem.
— Ile palców, skarbie… Wtedy, gdy o mnie myślałeś. Ile?
Arthur dyszał ciężko z otwartymi ustami w gorącą, wilgotną skórę na szyi Eamesa, pod którą podskakiwała tętnica, a przed oczami kolejny raz zawirowało mu wspomnienie tamtego wieczoru, własnych gardłowych okrzyków tłumionych dociśniętym do ust przedramieniem, dziury kurczącej się spazmatycznie na samą myśl o Eamesie wbijającym się w jego ciało, orgazmu, który trwał, trwał i trwał bez końca…
— Trzy — wysapał i zebrał językiem słonawy pot Eamesa, Eamesa prawdziwego i żywego, znajdującego się tu, w jego objęciach. Przez chwilę tylko czepiał się go kurczowo, czując zawroty głowy z pragnienia i desperacji. Eames potarł pieszczotliwie twarzą o jego szczękę i kość policzkową, a potem dosięgnął ust, zlał swój oddech z urwanym oddechem Arthura, połykał jego jęki i pomruki, chwiał się i kołysał razem z nim, dopóki nie znaleźli się w bardziej stabilnej pozycji. Arthur drżał pod jego ostrożnym dotykiem, aż wreszcie Eames, cały zadyszany, popchnął go delikatnie w tył i Arthur opadł z powrotem na materac, obnażony przed jego oczami i wygłodniały do bólu. Wybełkotał coś nieskładnie, kiedy Eames, nie odrywając spojrzenia od jego oczu, odsunął się na chwilę i zaczął na oślep grzebać w szufladzie szafki przy łóżku. W końcu uśmiechnął się triumfalnie i zaprezentował Arthurowi częściowo zwiniętą, opróżnioną do połowy tubkę lubrykantu. Obaj zaśmiali się z czymś zbliżonym do ulgi.
— Dla odmiany ten specyfik — Eames wyszczerzył zęby i mrugnął szelmowsko, co natychmiast skojarzyło się Arthurowi z ich dziwnymi, potajemnymi wspólnymi powrotami do domu — spotkał się z dość częstym zastosowaniem. Zwłaszcza wieczorami po próbach.
— Bardzo mnie to cieszy — wymruczał Arthur, starając się nadać swojemu głosowi zmysłowe brzmienie, co niestety wypadło raczej jak rozpaczliwy jęk pożądania. Wyprężył się i stracił oddech, kiedy Eames wspiął się na łóżko i zawisł nisko nad jego rozciągniętym na prześcieradle ciałem, a potem nakreślił językiem mokry ślad od twardego, trzęsącego się brzucha po pierś. Na koniec niemal z dziką łapczywością ukąsił pulsujące szalonym rytmem miejsce na jego szyi, by chwilę później wpić się w jego wargi z tym samym dźwiękiem ulgi, który wyrwał się jednocześnie z ust Arthura.
Całowali się, głęboko i desperacko, przez kilka boleśnie długich minut, zanim potrzeba złapania tchu i zrobienia czegoś więcej kazała im się rozłączyć. Eames, nie przestając ocierać się o Arthura, podciągnął się na łokcie i kolana i przeczołgał w dół, w wygodniejszą pozycję między jego nogami, które Arthur bezzwłocznie zarzucił mu na plecy i, wykorzystawszy moment nieuwagi, pociągnął Eamesa na siebie. Wił się i rzucał pod nim gniewnie, kiedy Eames spróbował uwolnić się na tyle, by pokryć dłoń nawilżaczem, i śmiał się prosto w jego otwarte szeroko, kąsające, całujące i spragnione usta. Nie wiadomo kiedy, całe ich zmagania zaczęły przypominać walkę.
— Daj mi trzy. — Arthur obnażył zęby i zasyczał, kiedy Eames zdołał wreszcie odzyskać minimalną swobodę ruchów i, napierając lekko na strategiczne miejsce, zaczął zataczać wokół niego kółeczka jednym śliskim palcem. Ze śmiechem obrócił nadgarstek tak, by niby przypadkiem otrzeć się knykciami o przykurczone, drżące jądra Arthura, a potem cofnął się jeszcze dalej, zwliżył palce na nowo i złożył szybki pocałunek na jego ustach.
— Na początek możesz dostać dwa — zapowiedział kategorycznie. W jego oczach zamigotały ogniki nie do końca szczerego oporu. Powtórzył pocałunek, tym razem mokry, niestaranny i dociśnięty do skóry brzucha tuż obok sączącego się, podskakującego penisa Arthura. — Ty mały, zachłanny smarkaczu.
Arthur zmrużył oczy i spojrzał na Eamesa z udawaną surowością, jednoczesnym wyrzutem ciała próbując pociągnąć go znowu w dół. Zwarli się ustami na fali wspólnego jęku, zanim Eames odepchnął Arthura na prześcieradło i przytrzymał go mocno lewą ręką dociśniętą do jego piersi, a chwilę później silnym chwytem unieruchomił jego prawą dłoń. Splótł palce z palcami Arthura i wyciągnął ich złączone ramiona za jego głowę.
Arthur wygiął się tak, by móc zobaczyć swoją rękę w uścisku Eamesa. Gwałtownie wciągnął powietrze, kiedy poczuł delikatne ugryzienie w biodro i dokładnie w tej samej chwili palce — twarde, śliskie i solidne — zagłębiające się w jego wnętrzu.
— O… o boże… — wyrzucił ochryple, a Eames nagrodził go pociągłym liźnięciem samym czubkiem języka po twardych, wibrujących mięśniach brzucha.
Zamruczał uspokajająco, podczas gdy Arthur spinał się pod nim i prężył z zaciśniętymi powiekami, usiłując nie stanąć w płomieniach pod wpływem tego, co robił z nim Eames. Najdrobniejszy ruch bioder, ich najmniejszy półobrót przynosił eksplozję gorącej, mrocznej przyjemności, która rozlewała się po całym pulsującym, obolałym z napięcia ciele. Intensywność doznania była porażająca, choć palce Eamesa, skręcające się w nim lekko, wcale nie zdążyły jeszcze zabrnąć aż tak daleko.
Drżąc z wysiłku, uniósł głowę, ciężką od dziwnej, palącej euforii, i spojrzał w dół, zafascynowany — zahipnotyzowany — widokiem tego, że Eames wsuwa w niego jakąkolwiek część swojego ciała.
Rozjaśniający się powoli za oknem świt przeszedł wreszcie w światło dnia, przytłumione ponurą szarością ciemnych chmur. Krople deszczu wciąż bębniły o szyby i spływały leniwie po ich powierzchni. Dziwne, podobne do poskręcanej siatki cienie kładły się na skórze Eamesa i spowijały go nienaturalnym blaskiem, kiedy z pochyloną głową zasypywał drżące pod jego dotykiem ciało Arthura gradem pełnych czci pocałunków. Jego rzęsy, gęste i ciemne, przysłaniały przymknięte oczy i ocieniały policzek, którym otarł się niemal na oślep o brzuch Arthura, pieszcząc twardość jego członka wilgocią oddechu. Przesunął twarz odrobinę wyżej i skubnął zębami delikatny brzeg pępka.
— Eames — wyszeptał Arthur i ostrożnie zagłębił rozdygotane palce w jego mokrych od potu włosach.
Eames spojrzał mu w oczy ze szczerym uwielbieniem. Nie przerywając kontaktu wzrokowego, zakreślił językiem gorącą ścieżkę od kości biodrowej Arthura przez brzuch aż po klatkę piersiową. Zatrzymał się przy sutku, przywarł do niego otwartymi ustami i złożył kilka gorączkowych pocałunków dokładnie tam, gdzie rozśpiewane w uniesieniu serce Arthura tłukło się jak szalone o żebra.
— Błagam — wydyszał, skręcając się i drżąc spazmatycznie pod czułościami Eamesa.
Bezwiednie wygiął się w łuk, kiedy trzeci palec wśliznął się zwinnie do jego wnętrza. Zaszamotał się krótko na pościeli, podczas gdy jego ciało próbowało uchwycić nowe doznanie i nasycić się nim. Wszystko od pasa w dół sprawiało wrażenie jednego gigantycznego pulsowania, ogarnięte ekstazą wyzwalaną przez wilgotne wargi Eamesa, którymi wędrował po przewrażliwionym pieszczotą ciele Arthura, ledwo radzącym sobie z kolejnymi falami gorącej rozkoszy. Palce Eamesa zanurzyły się głębiej i ponownie skręciły.
— Proszę… Chcę cię mieć we mnie…
Eames uwolnił jego prawą dłoń, podciągnął się na łokciu i popatrzył na niego z ledwo skrywanym pragnieniem. Arthur zadrżał, czując się jak pijany i tak cholernie perfekcyjny pod jego pełnym zachwytu spojrzeniem. Cofnął rękę błądzącą we włosach Eamesa i objął go mocno za kark.
— Pieprz mnie — powiedział po prostu.
Przez moment wzrok Eamesa był niemal zbyt intensywny do wytrzymania. Szaroniebieskie tęczówki rozjarzyły się białym żarem, który prawie parzył skórę Arthura, zdawały się rejestrować każde drgnienie i skurcz jego ciała, którym, oprócz zirytowanego przekleństwa, zareagował na wycofane bez ostrzeżenia palce. Płuca Arthura bolały od urwanego oddechu. Patrzył, jak Eames wyciera rękę o pościel i nachyla się nad nim, żeby sięgnąć po porzuconą, jakże ważną paczuszkę. Drugą dłonią ujął go pod brodę i, dysząc mu w otwarte usta, przytrzymał w miejscu do głębokiego pocałunku.
— Chcę cię — powiedział chrapliwym szeptem i skubnął zębami górną wargę Arthura, po czym kojąco przesunął językiem po ugryzieniu. Ponownie wpił się wargami w jego usta, odbierając mu dech i skłaniając do jęku, zaraz jednak odsunął się i powtórzył: — Tak cholernie cię chcę, Arthur.
Wspiął się z powrotem na łokcie i kolana i ułożył przedramiona po obu stronach głowy Arthura. Arthur zarzucił mu nogi na plecy i oplótł go udami w pasie.
— Byłeś przedtem bardzo zdecydowany, skarbie, ale dla dobra mojego sumienia i kręgosłupa moralnego: jesteś pewien?
Arthur rozluźnił pobielałe na knykciach dłonie, które zaciskał kurczowo na pościeli w obronie przed obezwładniającymi falami przyjemności, i objął nimi twarz Eamesa. Dygocząc lekko, odgarnął mu ze skroni wilgotne kosmyki i przyciągnął do siebie, tak że niemal zetknęli się nosami.
— Stuprocentowo pewien, panie Eames — wymruczał z zadowolonym uśmieszkiem.
Eames zawarczał i pocałował go brutalnie, a potem odsunął się nieco i ze wzrokiem utkwionym w oczach Arthura rozerwał opakowanie prezerwatyw.
Arthur nie próbował nawet zapanować nad odruchem zerknięcia w dół, kiedy Eames przysiadł na piętach, by otworzyć foliową paczuszkę i naciągnąć ciasną lateksową osłonę na swojego cieknącego, zaczerwienionego i drżącego penisa. Poczuł gwałtowny napływ śliny do ust. Zawiercił się niespokojnie, oblizał wargi i wydał żałosny jęk, a Eames zachichotał, cicho i obiecująco.
— Następnym razem, skarbie. — Mrugnął do Arthura i odsunął się na chwilę w stronę wezgłowia.
Złapał jedną z poduszek i wsunął mu ją pod tyłek, jednym szarpnięciem podciągnąwszy go do góry, ku sobie. Arthur nie oderwał się od niego nawet przy tym raptownym ruchu, jego kończyny wciąż oplatały Eamesa w pasie i ściskały za żebra. Pozostał w tej pozycji, kiedy Eames opuścił się z nim z powrotem na materac. Biodra Arthura, dzięki poduszce ułożone wyżej niż poprzednio, napierały teraz silniej i pod lekko zmienionym kątem na podbrzusze Eamesa.
— Sprytnie — usiłował zadrwić Arthur, choć w jego tonie zgasł ostatni cień ironii, gdy Eames ponownie pochwycił tubkę z nawilżaczem. Zdjął roztrzęsione ręce z barków Eamesa i wygiął się odrobinę, sięgając gorliwie w dół, pomiędzy ich ciała. — Pozwól mi — poprosił zdławionym głosem, a jego biodra uniosły się odruchowo, jakby pchnięte samą tą myślą. — Boże, Eames, daj mi… daj mi to zrobić… dobrze?
Oklapł, zawiedziony, kiedy Eames wypuścił powietrze w ostrym, rozdygotanym wydechu i ponownie pokrył palce lubrykantem. Jego rozczarowanie przemieniło się jednak w jęk rozkosznego zaskoczenia — Eames obrócił tubkę do góry nogami nad wyciągniętą w oczekiwaniu, otwartą ręką Arthura i wycisnął na nią sporą porcję nawilżacza. Arthur zwinął dłoń w pięść i poczuł, jak krople śliskiego żelu wyciekają spomiędzy skurczonych i obolałych z pragnienia palców. Patrząc Eamesowi w oczy, zbliżył rękę do jego członka.
Eames stęknął, jakby z bólu, zamknął oczy i gwałtownie wciągnął powietrze, gdy palce Arthura utworzyły ciasny kanał wokół jego przyrodzenia i naparły na nie lekko. Z głębokim, podobnym do jęku westchnieniem wepchnął na powrót trzy nawilżone palce do tyłka Arthura.
Arthur krzyknął pod wpływem niespodziewanego wybuchu rozkoszy. Balansował niebezpiecznie blisko orgazmu już na sam widok penisa Eamesa, przesuwającego się tam i z powrotem między palcami z obscenicznym odgłosem tarcia lateksu o mokre, napięte wnętrze pięści. Dodatkowy bodziec w postaci natarczywych palców w jego ciele, które krzyżowały się i rozciągały go jeszcze bardziej, był już niemal nie do zniesienia. Arthur szarpnął się i krzyknął, chcąc ostrzec Eamesa i jednocześnie błagać go o więcej, ale prawie natychmiast został uciszony kolejnym brutalnym pocałunkiem.
— Arthur… — wyjęczał mu Eames prosto w usta i Arthur wyprężył się, zaklął i zawił z autentycznego bólu, kiedy Eames kolejny raz wyciągnął z niego palce i zaczął głaskać go po biodrze, szepcząc bezsensowne, uspokajające słowa. Drugą dłonią zatrzymał jego pięść, wciąż obrabiającą wołający o więcej kawałek ciała. — Arthur, skarbie, teraz…
Arthur przez chwilę zachowywał się jak oszalały. Wygiął się niekontrolowanie i owinął jeszcze ciaśniej wokół Eamesa, a potem zasypał każdy dostępny skrawek jego skóry mocnymi, desperackimi pocałunkami. Z jego ust wyrwała się cała litania nieskładnych takkurwanareszcie, na co pozbawiony tchu Eames zaśmiał się krótko i — w końcu — zabrał się do dzieła.
Arthur znieruchomiał. Dyszał ciężko pod Eamesem, czując, jak powietrze pali go w płucach. Obrócił głowę, żeby przytulić skroń do skroni Eamesa, który, wsparty na przedramionach, opuścił się w dół, ostrożnie ustawił penisa w pozycji i pchnął.
Ciało Arthura ustąpiło.
Kutas Eamesa był grubszy niż jego palce, grubszy nawet od zabawek, którymi Arthur umilał sobie niezliczone noce, zanim go poznał. Eames wsuwał się powoli do środka jak solidny, bezlitosny taran, a Arthur, kompletnie sparaliżowany, trząsł się na materacu z szeroko otwartymi ustami i wydobywającymi się z nich cichymi okrzykami.
— Boże — wybełkotał Eames rwącym się, zachrypłym głosem, kiedy wreszcie wbił się do wewnątrz na całą długość, a jego jądra, podkurczone, twarde i gorące, spoczęły między drżącymi pośladkami Arthura. Uniósł głowę i spojrzał mu zamglonym wzrokiem w twarz.
Przez moment leżeli bez tchu i patrzyli sobie w oczy. Arthur powolutku rozluźnił wczepione w kark i barki Eamesa palce i nagle, zupełnie nieoczekiwanie, wezbrała w nim pusta wesołość. Parsknął krótkim, serdecznym śmiechem, a w spojrzeniu Eamesa pojawiło się coś na kształt uwielbienia. Arthur złapał go oburącz za szyję i znów przyciągnął ku sobie, ku swoim nienasyconym wargom. Zajęczał, kiedy Eames przeniósł na niego ciężar swojego ciała.
— Czyli podoba ci się bardziej niż zawartość twojej szuflady przy łóżku, co? — zażartował, wisząc milimetr nad jego ustami, więc Arthur zlikwidował dzielącą ich odległość i ugryzł go za karę w kusząco pełną dolną wargę, po czym wessał się w nią namiętnie.
— Pieprzony zarozumialec — warknął przez pocałunek w udawanej złości. — Wiedziałem, cholera, że to powiesz.
Eames zachichotał gardłowo i znów przywarł ustami do jego ust. Żar i miażdżący nacisk jego ciała zapierały Arthurowi dech w piersi, dosłownie i w przenośni, na równi z mokrym, wygłodniałym pocałunkiem. Wreszcie zatrzęśli się we wspólnym dreszczu, obaj skoncentrowani na lekkim, równomiernym drżeniu twardego penisa w pulsującym wnętrzu Arthura.
Eames ponownie wsparł się na łokciach i spojrzał na niego z dziwnie poważną, zdecydowaną miną, a potem poruszył odrobinę biodrami, wysuwając się ledwie o centymetr czy dwa, by następnie wśliznąć się z powrotem do środka. Arthur targnął się pod nim jak ryba wyrzucona na brzeg i wcisnął wygięte w łuk plecy w materac, kiedy jego wnętrze odpowiedziało rozbłyskiem czegoś zbliżonego do bólu, ale gorętszego, jaśniejszego, lepszego. Objął ramiona Eamesa, przywarł mocniej do niego, dyszał i błagał z twarzą przyciśniętą do jego spoconej skóry.
— O kurwa, tak — zipiał prosząco. — Jeszcze więcej… tak jak teraz, tylko więcej… WIĘCEJ.
Eames zawarczał i wycofał się znowu, tym razem dalej, pozostawiając za sobą przerażającą prawie-pustkę w ciele Arthura, która drgała, kurczyła się i zapadała w sobie, bolała i była po prostu niewłaściwa, ale ten straszny moment trwał tylko chwilę, bo Eames zanurzył się w nim na nowo i na tyle mocno, by oddech uwiązł im obu w płucach.
Arthur czuł drżenie jego napiętych mięśni, wyraźną oznakę, że Eames próbuje powstrzymać się przed gwałtownością ruchów. Wypchnął więc biodra w górę, nie zważając na pieczenie i rozpaczliwie pragnąc więcej. Nie mógł uwierzyć, jaka różnica istniała między jego przekonaniem, że był na to przygotowany, a faktyczną fizycznością Eamesa — grubością i gorącem jego penisa, który ocierał się o jego wnętrzności — i że każe mu to kontynuować prośby i błagania nawet wtedy, gdy Eames poruszał się już na nim rytmicznie, w przód i w tył, tam i z powrotem, i wreszcie, wreszcie dawał mu to, czego Arthur chciał.
Wyginał się i jęczał, a płynny taniec Eamesa, jego śliska twardość, rozpalały mu końcówki nerwów, budziły w nim dziki chaos i odbierały zdolność składnego myślenia. Łapali się ustami, dławili wyrywające się z gardeł dźwięki i znów rozłączali, spleceni ze sobą we wspólnym ruchu. Eames podparł się jednym ramieniem, drugie wsunął pod plecy Arthura i uniósł go nieco, jednocześnie zwiększając tempo i siłę pchnięć. Obsceniczne, mokre klaskanie ich zderzających się ciał zagłuszyło jęki, pomruki i ciche okrzyki.
Arthur mełł w zębach przekleństwa między niestarannymi, brutalnymi pocałunkami, usiłował uczepić się śliskimi dłońmi mokrej od potu skóry Eamesa, by podciągnąć się jeszcze wyżej i przytrzymać mocniej, i tracił przyczepność za każdym ostrym, instynktownym szarpnięciem bioder. Jego członek uderzał o brzuch w takt skrętów i podrzutów ciała, co sprawiało, że Arthur, już teraz tak bardzo bliski celu, omal nie szlochał w ramionach Eamesa.
Zamruczał przeciągle w szyję Eamesa i skrzyżował łydki w dole jego pleców w próbie zachowania bliskiego kontaktu — wilgotny żar, szorujący brutalnie o skórę, był zbyt oszałamiającym doznaniem, by Arthur zrezygnował z niego bez walki. Wgryzł się gwałtowniej w jego wargi, i błagał, by Eames go dogonił, by znalazł się bliżej, tak samo blisko jak on sam, aż w końcu Eames znieruchomiał (nie przejmując się potokiem strasznych gróźb, które natychmiast posypały mu się na kark), wsparł się na drgającym z wysiłku ramieniu i zgarnął wolną ręką pozostałe poduszki wraz z kołdrą, po czym wsunął je pod głowę, plecy i biodra Arthura. Wśród śmiechów i chichotów, przerywanych pojedynczym jękiem lub prośbą, przylgnęli znów do siebie spoconymi ciałami, tym razem dużo ciaśniej i łatwiej, i nagle Arthur znalazł się naprawdę w gorących, prawie zbyt gorących objęciach Eamesa.
— No widzisz — zatriumfował Eames łagodnie, opierając się czołem o czoło dyszącego pod nim Arthura, i nie spuszczał wzroku z jego otwartych, spragnionych ust. Zakołysał się, a uwięziony między bliższymi teraz ciałami penis Arthura otarł się o złączone podbrzusza. Arthur zadrżał i wpił się w niemej dziękczynnej modlitwie w usta Eamesa. — Sam widzisz, już znacznie lepiej — wymamrotał Eames przez ich splątane języki.
— Dupek — wysyczał mu zachwycony Arthur prosto w wargi i przeciągnął paznokciami wzdłuż wytatuowanych na jego piersi konturów, na co Eames odpowiedział cichym śmiechem.
Udręczony, mokry członek Arthura pulsował i drżał między ich brzuchami, i Eames zamarł na krótki moment, a gdy Arthur spojrzał na niego ze słowami protestu cisnącymi się na usta, napotkał jego wzrok, wstrząśnięty i pełen czegoś, co wyglądało jak niedowierzanie zmieszane z pożądaniem, jak najszczersze… uwielbienie.
I przerażenie.
— Hej — wychrypiał i zdjął z piersi Eamesa rękę, którą przyciskał do tłukącego się dziko pod żebrami serca, by objąć go za podbródek. Pod palcami wyczuwał pierwsze ukłucia świeżego zarostu. — Wszystko w porządku?
Eames nachylił się nad nim i pocałował go, powoli i głęboko. Arthur zadygotał, raptownie przypominając sobie o własnym lęku, że to wszystko mogło okazać się tylko snem. Przytulił się do Eamesa jeszcze mocniej niż przedtem.
— Jak najbardziej — wymruczał Eames niewyraźnie i dobrał się do jego ust, trochę za mocno, bo Arthur poczuł ostre pieczenie na wargach. Szybki ruch języka Eamesa pozwolił jednak natychmiast zapomnieć o bólu. — Raczej nie mogłoby być lepiej.
Arthur zachichotał, wprawiając ich ciała w wibrację. Eames wyszczerzył się w odpowiedzi i zaczął leniwie zataczać kręgi biodrami, a jego penis rozpychał i rozciągał Arthura od wewnątrz wraz z każdym wyrafinowanym półobrotem.
— Dobrze… dobrze wiedzieć — wykrztusił Arthur, kiedy Eames zwiększył tempo i obaj jęknęli sobie nawzajem w usta z szoku i pragnienia. — U mnie… u mnie też całkiem nieźle.
— Naprawdę? — wymruczał Eames jak kot i wycofał się nieco, tylko po to, żeby powrócić na miejsce serią krótkich, mocnych pchnięć, które dosłownie wstrząsnęły Arthurem. — Czyli rozumiem, że dobrze się bawisz?
Znów wbił się w niego silnym, brutalnym ruchem i Arthur, który znów wessał się z zapamiętaniem w jego język, wydał zdławiony dźwięk, omal nie połykając własnego.
— Tak… kurwa, i to jak — zaszlochał i docisnął kolana do boków Eamesa, jakby chciał zmusić go do jeszcze szybszej akcji. Eames złapał go za szczękę i unieruchomił stanowczym chwytem. Zawisł nad jego twarzą nos w nos i dyszał ciężko, podczas gdy Arthur, zipiąc tak samo jak on, błagał go wzrokiem o więcej.
— A tak dokładniej? — zawarczał Eames, niby sarkastycznie, ale jego oczy lśniły wesołym blaskiem, więc Arthur lekko zmienił pozycję i, bez silenia się na delikatność, wczepił palce w jego krótko obcięte włosy.
— Tak dokładniej to uwielbiam, że mnie pan rżnie, panie profesorze — zasyczał z udawaną wściekłością, za to najprawdziwszą desperacją.
Eames uśmiechnął się szeroko — radośnie — i Arthur mógł tylko zrewanżować się tym samym, a potem przyciągnąć do kolejnego pocałunku.
— Doskonała odpowiedź, Wright — zdążył mruknąć Eames, zanim Arthur zamknął mu usta, i nagle znów wbijał się w niego w szalonym rytmie, a totalnie zaskoczony i wniebowzięty Arthur wyrzucił z siebie chaotyczny potok słów — tak, kurwa, błagam, jeszcze, i, ponad wszystko, Eames — które na przemian więzły i wyrywały mu się z krtani za każdym pchnięciem.
Stracił zarówno poczucie czasu, jak i kontrolę nad głośnym wyrażaniem swojej rozkoszy. Niemal wył i miotał się pod Eamesem, ssał, lizał i gryzł jego wargi i szczękę, szlochał i powoli tracił siły, tak że wreszcie przestał się rzucać i jedynie drżał, zatracony w ogarniającej go ekstazie.
Zaszamotał się jeszcze raz i zapadł głębiej w kołdrę pod swoimi plecami. Wetknięte pod biodra poduszki wymknęły się spod niego pod wpływem gwałtownych pchnięć Eamesa, który nie przestawał przyspieszać, i raptem Arthur nie mógł utrzymać się już jego ramienia. W ustach czuł suchość od krzyku przy każdym wydechu, jego dziura pulsowała i kurczyła się pod naporem ataków Eamesa, kutas drżał i płonął w rozkoszy, która w tej chwili już tylko bolała, bolała naprawdę, a jego ciało kazało mu lgnąć do wszystkiego, co nawinęło mu się pod ręce, łapać zębami szyję Eamesa, zaciskać żelazną klamrą na jego nogach, ramionach i naznaczonym tuszem torsie, i wreszcie, z okrzykiem zaskoczenia prosto w śliską skórę Eamesa, osiągnął szczyt.
Przez długi, dojmujący moment nie był w stanie zaczerpnąć tchu. Każdy jego mięsień drżał z napięcia i wyczerpania, podczas gdy sperma strzelała gorącymi strumieniami pomiędzy ich ciała, a każdemu jej wyrzutowi towarzyszył ochrypły dźwięk z głębi zaciśniętego gardła Arthura. Usta Eamesa, miękkie, ciepłe i tak bardzo potrzebne znalazły się nagle na jego własnych i dopiero wtedy roztrzęsiony Arthur przypomniał sobie, jak ma oddychać.
Oklapł w ramionach Eamesa i, nie przestając dygotać, stopniowo wracał do siebie. Najpierw poddawał się szemrzeniu jego niewyraźnego, słodkiego szeptu, tropił językiem ślad słów na jego ustach, jakby tylko w ten sposób mogły dotrzeć do niego ostatecznie; na przemian napinał i rozluźniał mięśnie, odzyskując panowanie nad ciałem. A potem, gdy mózg dogonił całą osłabioną orgazmem resztę, przesunął łapczywie dłońmi po naprężonym torsie Eamesa i znów oplótł go w pasie nogami, które w chwili wytchnienia opadły bezwładnie na boki.
— No chodź — wybełkotał i skubnął zębami wydatny łuk jego górnej wargi. — Dalej, pieprz mnie… no już, kończ, Eames… Eames, proszę…
Eames pochylił się nad nim tak, że krople jego potu spłynęły Arthurowi na twarz i zapiekły w oczy. Przycisnął czoło do czoła Arthura, jęknął przeciągle, otarł się o niego pieszczotliwie i pocałował.
— Nie wypadało mi nawet zakładać, że… Skarbie, czy ty… czy ty jesteś pewien, że jeszcze możesz…?
Arthur szarpnął go zdecydowanie za włosy i przyciągnął bliżej do siebie, by z zawziętą determinacją wysyczeć mu do ucha to, co sądził o jego obawach.
— Jeśli się nie pospieszysz i nie dojdziesz we mnie w ciągu najbliższych paru minut, panie Eames, wkurzysz mnie na serio. A teraz mnie rżnij.
Eames parsknął i pchnął raz, brutalnie, i Arthur krzyknął, zszokowany i zaskoczony tym, jak bardzo jest obolały, tak cholernie obolały, ale jednocześnie nadal zafascynowany doznaniem. Spiął się i z jękiem wyrzucił biodra w górę, bo Eames znów znieruchomiał, zaniepokojony krzykiem; próbował nasunąć się głębiej na jego członek, skręcał się i trząsł, kiedy odnowione tarcie wywołało gorący dreszcz w nasyconym ciele. Wciąż półtwardy penis Arthura ślizgał się po pokrytym spermą brzuchu Eamesa, podsycając falę świeżej żądzy.
— Kurwa… O kurwa, Eames, tak, rób tak dalej… pieprz mnie, pieprz mnie, chcę cię czuć, boże drogi, tak bardzo, tak bardzo cię chcę…
Większość tych urwanych słów wydyszał prosto w usta Eamesa, goniąc jego język własnym i z trudem walcząc o kolejny haust powietrza. Eames pompował biodrami z coraz mniejszą precyzją, Arthur podparł się więc otwartą dłonią o drewniane wezgłowie, by ujeżdżać go z tak energicznym entuzjazmem, jaki w nim buzował, i nie przestawał zalewać Eamesa potokiem dobrze, dalej, właśnie tak, jeszcze i chcę.
Trzymał i zaciskał nogi tak wysoko na żebrach Eamesa, jak tylko mógł, a po chwili dołączył drugą rękę do tej na poręczy łóżka, chcąc jeszcze bardziej poprawić stabilność swoich ruchów. Jęczał i błagał, a kutas Eamesa wbijał się w niego mocniej i mocniej.
Eames otoczył nagle Arthura ramionami i zwalił się na niego całym ciężarem swojego ciała, przywarł twarzą do jego szyi i stęknął przeciągle, gardłowo. Jego biodra zadygotały, szarpnęły się i pchnęły jeszcze raz, potem drugi, a wreszcie zatrzymały i Eames, wykrztusiwszy coś, co brzmiało jak imię Arthura, zastygł na nim bez ruchu, kompletnie wyczerpany. Arthur wydał cichy jęk zadowolenia i również opadł bezwładnie na materac.
Na moment zamknął oczy, a gdy je znów otworzył, zaskoczyła go nagła jasność pokoju, która wydawała się większa niż zaledwie przed sekundą. Eames poruszył się na nim, gorący i ciężki, i Arthur zamrugał, czując dziwne otępienie. Ćmiło mu się w głowie, miał wrażenie, jakby był znowu pijany. Jego ciało pulsowało przyjemnym zmęczeniem i echem zazanej rozkoszy.
— Mmmm… — wymruczał z satysfakcją.
Odpowiedział mu ciepły chichot gdzieś w okolicy pulsu na jego szyi. Eames podniósł się, wsparł na łokciu i spojrzał na Arthura spod opuszczonych do połowy powiek. Z rodzącym się powoli uśmiechem ogarnął zaborczym wzrokiem jego zarumienioną, poznaczoną śladami spermy skórę.
— Całkiem nieźle jak na dziesięć miesięcy gry wstępnej, hmm? — zapytał chrapliwym głosem.
Arthur wychylił się w odpowiedzi po pocałunek, a potem opadł z powrotem na łóżko, ponownie rozciągnięty pod ciałem Eamesa, błądząc leniwie wargami po jego wargach w coraz ostrzejszym blasku dnia.
Leżeli tak jeszcze przez chwilę i ocierali się niespiesznie o siebie. Ich usta, śliskie i nabrzmiałe, badały na nowo każdy skrawek skóry, dopóki Eames nie cofnął się z jękiem niechęci i nie rozplątał ich sprzężonych ze sobą kończyn. Jednak ani podobny dźwięk protestu ze strony Arthura, ani jego wyciągnięte ręce nie powstrzymały go przed wstaniem z łóżka.
Wrócił niemal natychmiast, lekko odświeżony i już bez prezerwatywy, za to z ciepłą, wilgotną ściereczką i dużą szklanką zimnej wody. Złapał Arthura za nadgarstek i zdecydowanym ruchem podciągnął go do pozycji siedzącej, podsuwając mu pod nos picie.
Arthur opróżnił szklankę do połowy i oddał ją Eamesowi, który z powrotem położył się obok niego. Wciąż dręczony tą samą potrzebą patrzył, jak Eames pije, po czym przysunął się, by złowić językiem chłodne krople pozostałe na jego wargach.
Eames przyłożył ściereczkę do podbrzusza Arthura. Z łagodnym westchnieniem zebrał lepkie pozostałości jego nasienia i sięgnął niżej, między jego nogi, by wytrzeć strużki nawilżacza wyciekające z jego wciąż rozciągniętej szeroko dziury.
Arthur przełknął ślinę. Wiedział, że powienien czuć się zażenowany albo przynajmniej lekko skrępowany, ale zamiast tego po prostu uniósł pomocnie biodra. Wydał cichy dźwięk z głębi krtani, na co Eames uśmiechnął się do niego, mrocznie i intymnie. Arthur zrewanżował się wygięciem wciąż drżących warg.
Ociężali i zaspokojeni ułożyli się wygodniej na łóżku. Eames z powrotem oparł poduszki o wezgłowie, rozłożył i wygładził kołdrę, którą nasunął zaraz na ich obu, a potem mocno przytulił Arthura do siebie. Wyciągnęli się z przyjemnością w ciepłej, choć wilgotnej od potu pościeli.
Arthur czekał na nieuchronną jego zdaniem zmianę sytuacji na sztywną i niezręczną, ale nic podobnego nie nastąpiło. Leżeli odprężeni i spleceni ze sobą, jakby robili to już przedtem setki razy. Ich wyrównane oddechy pogłębiły się; ramię Eamesa otaczało Arthura w pasie, a szerokie, skąpo owłosione udo wcisnęło się między jego nogi. Ocierali się o siebie wargami, miękko i niespiesznie, ani nie całując naprawdę, ani nie zapadając w drzemkę. Arthur trwał w dziwnym, sennym zawieszeniu, dopóki cichy szept nie ściągnął go znów na ziemię.
— Mam pewien plan — wymruczał Eames niskim głosem i musnął ustami skórę Arthura. — Bardzo, bardzo sprytny plan, którego zasadniczym założeniem jest, żebyś nigdy nie opuścił tego łóżka.
Arthur uśmiechnął się z nieco apatycznym rozmarzeniem i obrócił w jego ramionach, usiłując zrobić groźną minę, co wypadło zupełnie nieprzekonująco, gdyż jednocześnie zamknął oczy i wysunął usta po kolejny pocałunek.
— Twój plan jest okropny i nie ma w nim nawet śladu sprytu — skrytykował z pseudopowagą i zmusił do posłuszeństwa rwące się do uśmiechu wargi, kiedy Eames skubnął go zębami w szczękę i wcisnął w ramach zemsty czubek kciuka między żebra.
— Co za okrutne słowa, skarbie. Czyżbyś miał jakiś lepszy?
— Nie tyle lepszy — westchnął w usta Eamesa, wciąż niepewny, czy jego ciało aby do końca zrezygnowało ze snu — co lekko zmodyfikowany. Przykładowo, co będzie, jeśli całym sercem zapragnę, żebyś przeleciał mnie pod prysznicem? Albo… o właśnie, boże wielki, prawie zapomniałbym o tylnym siedzeniu twojego samochodu. — Jęknął tęsknie i otworzył jedno oko, by zerknąć na Eamesa. — Całymi miesiącami śniłeś mi się po nocach razem z twoim cholernym sedanem, Eames, więc chyba nie oczekujesz, że zrezygnuję z tego na korzyść łóżka.
Eames mruknął aprobująco i przycisnął wargi do uśmiechniętych ust Arthura.
— W porządku. W takim razie zawieramy nową umowę — odezwał się po paru minutach coraz mniej leniwych pocałunków. — Akceptuję samochód, garaż, dom i może jeszcze kilka miejsc na terenie szkoły jako wyjątki od zasady, ale poza tym — potarł pieszczotliwie policzkiem o szyję Arthura i possał go lekko w obojczyk — nigdy, przenigdy nie wyjdziesz z tego łóżka.
Arthur westchnął, oszołomiony na ciele i duchu ogromem własnego zadowolenia.
— W tej sytuacji ciężko mi będzie złapać mój samolot.
Eames znieruchomiał i zesztywniał powoli, a potem odsunął się i spojrzał zastraszająco pustym wzrokiem w wielkie z przerażenia oczy Arthura.
— Zapomniałem… — szepnął Eames słabym, więznącym w krtani głosem, który wcale nie brzmiał, jakby należał do niego. — Kiedy wyjeżdżasz?
Arthur usiadł ostrożnie. Cały czas wpatrywał się w zatrważająco pozbawione wyrazu szaroniebieskie tęczówki Eamesa.
— Za trzy tygodnie, licząc od najbliższego wtorku.
Eames zacisnął mocno powieki i skinął głową, a Arthur poczuł nagle, jak lęk opada z niego tak szybko, że omal nie roześmiał się nad prostotą rozwiązania.
Przysunął się znów do Eamesa i przywarł piersią do jego piersi. Gdyby nie jego odwrócona w bok twarz, dotykaliby się ustami.
— Kochasz Paryż, prawda? — zapytał cicho i Eames przytaknął jeszcze jednym skinieniem głowy. — Więc powinieneś pojechać ze mną — powiedział miękko i uśmiechnął się.
Oczy Eamesa otworzyły się wolniutko, kontrolowanie, a potem obróciły w stronę Arthura, znowu wypełnione tym samym bolesnym smutkiem, którego przebłyski Arthur widział już minionej nocy.
— Pojechać z tobą… do Paryża? — wyszeptał.
Arthur wytrzymał jego spojrzenie bez drgnięcia powieki.
— Przydałby mi się ktoś, kto mnie oprowadzi po mieście — wytłumaczył coraz pewniejszym głosem. Czuł, jak ręcę trzęsą mu się na kołdrze z nadziei, która przecież w każdej sekundzie mogła legnąć w gruzach. — Jedź ze mną.
Nastąpił moment przytłaczającej, ciężkiej jak ołów ciszy. Arthur patrzył na Eamesa i wiedział, że za fasadą jego idealnego spokoju kryją się pospiesznie dobierane słowa, mające złagodzić — nieuchronną, Arthur zdawał sobie przecież z tego sprawę — odmowę.
— Słyszałem, co powiedziałeś — podjął Arthur łagodnym i zrównoważonym tonem, nie tylko po to, żeby oszczędzić Eamesowi obciążonej poczuciem winy przykrości odrzucenia załamanego nastolatka, ale i dla uspokojenia swojego pękającego na kawałki serca. — Słyszałem, jak podczas gali opowiadałeś dyrekcji i członkom zarządu, że chcesz się niedługo stąd zabrać, zapakować swoje rzeczy i wyjechać w świat, gdzie cię oczy poniosą.
Eames odetchnął przez nos i znowu skinął głową.
— Prawie dokładny cytat — zażartował, siląc się na normalność i zerknął na Arthura. — Problem polega na tym, ska… Arthurze, że…
Arthur zdrętwiał pod wpływem raptownego szoku, gdy Eames w pół słowa zrezygnował z nazwania go skarbem.
— Problem polega na tym — dokończył za Eamesa, pospiesznie i z determinacją — że mówisz mi „nie”, bo wydaje ci się, że musisz. Nawet nie próbuj tak myśleć. — Przełknął falę gniewu, która ogarnęła go na widok odwróconego wzroku Eamesa. — Nie odmawiaj mi tylko dlatego, że to coś nieplanowanego, spontanicznego, niestosownego. Znasz Francję i znasz mnie, więc powiedz mi, proszę, która część tej kombinacji ci nie odpowiada?
— Arthur… — zaczął Eames z westchnieniem i Arthur znów przerwał mu władczym uniesieniem głowy.
— Eames — skontrował gładko i pozwolił kącikom swoich ust drgnąć ku górze, podczas gdy Eames mrugał powoli, na tyle powoli, że zanim spuścił wzrok, Arthur mógł dostrzec w jego spojrzeniu mignięcie jakiejś decyzji.
Eames zamknął oczy, podciągnął kolano i oparł na nim łokieć, a potem potarł sobie twarz ostrym ruchem dłoni.
— Posłuchaj… — Cichy pomruk jego głosu nabrał dziwnie płytkiego brzmienia, kiedy spróbował przywołać na usta coś, co wyglądało jak cień przekonującego uśmiechu, co jednak gasło w zestawieniu z pustką skierowanego przed siebie spojrzenia. — Twoi rodzice wybrali się tam kiedyś, żeby się odnaleźć, prawda? Ja też się tam odnalazłem, a ty… ty też powinieneś zrobić to samo, Arthur. Tu chodzi o odkrycie tego, co chcesz zrobić ze swoim życiem.
Arthur przeniósł ciężar ciała na kolana i przesunął się tak, że klęczał bezpośrednio przed Eamesem. Ujął go pewnie pod brodę, próbując skłonić do spojrzenia mu w oczy.
— Eames — powiedział cicho i stanowczo. — Czy ja kiedykolwiek sprawiłem wrażenie osoby, która nie wie już tego z absolutną dokładnością? — Pochylił się i zbliżył twarz do jego twarzy. Oczy Eamesa na moment rozjaśniły się czymś uderzająco podobnym do nadziei. — I to dlatego, że tego naprawdę chce?
Eames przełknął ślinę, a Arthur patrzył, jak jego ciało spina się stopniowo, tak jakby sztywny układ ramion umożliwiał mu zamknięcie się przed pragnieniem zbyt wielkim, by mógł ukryć je przed Arthurem w swoim umykającym spojrzeniu.
— Marny byłby ze mnie przewodnik — wyszeptał.
Arthur ponownie usłyszał w jego tonie głos człowieka, który próbował kiedyś odtrącić go od siebie dla dobra ich obu, i roześmiał się cicho z głębi swojego tak przyzwyczajonego do udręki serca. Eames powrócił wzrokiem do jego oczu, zaskoczony i niepewny.
Arthur skomentował jego obawę pojedynczym, leniwym wzruszeniem ramion. Uśmiechnął się, stuprocentowo przekonany co do swoich potrzeb, wytrwale dążąc do celu z tym samym stalowym uporem, który napędzał go przez całe życie i kazał mu czekać w gotowości na ten moment, złapać go i porwać ze sobą.
— No to się zgubimy.
Oczy Eamesa, błękitne i błyszczące w rozbłysku słonecznych promieni, które wreszcie przebiły się przez chmury, patrzyły na Arthura, tym razem nieruchomo i zdecydowanie, i Arthur odpowiedział takim samym spojrzeniem, pewny Eamesa tak bardzo, jak jeszcze nigdy niczego.
Eames przytaknął powoli i z zastanowniem.
— Chyba nam to nie zaszkodzi — odparł złudnie swobodnym tonem. Arthur ledwo poradził sobie z wyczuwalną w jego głosie tęsknotą.
— Więc pojedziesz ze mną? — zapytał wbrew sobie szeptem. Eames rzucił mu krzywy, trochę rozpaczliwy uśmiech, jakby emocje płynące z jego decyzji niosły fizyczny ból. Przysunął się bliżej i przycisnął wargi do ust Arthura.
— Pojadę… pojadę z tobą — potwierdził ochryple i obaj zatracili się w desperackim pocałunku, na oślep chwytając się swoich ciał, jak gdyby chcieli się upewnić, że naprawdę są tu ze sobą.
Arthur popchnął Eamesa na materac, przywarł do niego i uśmiechnął się przez pocałunek. Odurzeni obietnicą tego, co niosły im przyszłe dni, znów ocierali się o siebie z rosnącą determinacją.
Bo przecież, pomyślał Arthur w zachwycie, kiedy Eames, nie przestając go całować, ponownie wsunął w niego dwa palce, wszystko jedno, czy będzie to łóżko, prysznic, samochód albo inny kontynent. Było mu obojętne, gdzie się znajdą, o ile znajdą się tam razem.


KONIEC


1 Amerykański zwyczaj podczas rozdawania świadectw maturalnych, według którego każdy przed odebraniem dokumentu nosi czapkę chwościkiem po prawej, a po odebraniu po lewej stronie głowy.


BONUS
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Postprzez Ter » 23 lip 2013, o 21:35

.
Ostatnio edytowano 31 maja 2015, o 21:58 przez Ter, łącznie edytowano 2 razy
Ter Offline


 
Posty: 645
Dołączył(a): 1 gru 2011, o 20:23

Postprzez Veldrin » 23 lip 2013, o 21:44

O Kuuuuuuuuurrrrrrrrwwwwww... UMIERAM!!!

Pozwolicie, że skomentuję, gdy całe napięcie opadnie, bo inaczej mogłoby się to skończyć odkryciem nowego języka, którym bym się posługiwała. AH! BOŻE!
- Chciałbym z tobą pogadać, Draco.
- To dobrze, bo gdybyś tak od razu chciał się na mnie rzucić i przelecieć pod ścianą, musiałbym stanowczo powiedzieć 'nie'. Nie jestem taki łatwy. - Draco namyślał się chwilę, taksując Harry'ego wzrokiem. - Kłamałem. Jestem łatwy. Możesz mnie przelecieć bez gadania.
Veldrin Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 535
Dołączył(a): 30 lis 2012, o 10:43
Lokalizacja: K-ce

Postprzez Elisheva » 24 lip 2013, o 11:05

Przeczytałam dzisiaj w nocy calutki rozdział, do tego byłam w okropnym stanie i generalnie nic aż tak nie pasowało do mojego nastroju jak to opowiadanie.
Ten rozdział to idealne zakończenie fanfika. Nie mogłoby potoczyć się inaczej, po prostu nie mogło. A ta scena, od samej chwili, w której Eames zbliżył się do Arthura stojącego przy oknie, była jedną z najlepszych (jak nie najlepszą) scen erotycznych, które zdarzyło mi się czytać. Długo zapadnie mi w pamięci zarówno to opowiadanie, jak i scena, szczególnie że ten fragment:
— Proszę — powiedział i zachwiał się ponownie. Wyciągnął dłoń i nakrył nią palce Eamesa, wciąż oplatające mu nadgarstek. Uparcie nie spuszczał wzroku z jego oczu, choć nadal miał kłopoty ze złapaniem tchu, a ziemia kołysła mu się pod stopami. — Proszę, proszę, pozwól mi się tylko z tobą pożegnać, z prawdziwym tobą. Ja nie… ja tak nie mogę, ja potrzebuję… zamknięcia etapu. Jakiegoś jasnego zakończenia. Proszę… daj mi tylko… pozwól…

jest dla mnie bardzo osobisty.
I jeszcze jedno - ten kawałek:
http://www.youtube.com/watch?v=8IHFVn0sv14
moim zdaniem pasuje do tej sceny. (nie, nie znam go ze Zmierzchu mimo, że wiem, iż był tam wykorzystany xD)
Ostatnio edytowano 11 wrz 2014, o 10:56 przez Elisheva, łącznie edytowano 1 raz
Obrazek
Elisheva Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 497
Dołączył(a): 10 lut 2012, o 11:34

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Twórczość wszelaka

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron