[T][Z] SKARB

Incepcja, Arthur/Eames, HighSchool!AU

Postprzez Veldrin » 28 mar 2013, o 08:55

O. Mój. Boże.
Bardziej pasowałoby coś niecenzuralnego, ale nie wiem, czy nie miałabym przez to problemów, więc powtarzam to tylko w zaciszu mojej kuchni, gdzie nikt nie może mnie usłyszeć. No to się doczekałam, CZEGOŚ więcej między nimi. Ale nie sądziłam, że to się tak potoczy. Jestem w takim szoku, że ciężko mi sklecić w miarę poprawne zdanie. A jednocześnie jestem podekscytowana i chciałabym więcej, a tu trzeba będzie tyyyyyyyle czekać :( Kiedy Arthur wyskoczył z tym zaproszeniem na basen, czułam się równie mocno zażenowana jak on. Nie wiem czemu, ale tak mam. W gruncie rzeczy Eames zareagował tak jak się spodziewałam. Obyło się bez krzyków i tym podobnych, co mnie cieszy. No ale późniejsza akcja... Ta furia Eamesa była wręcz namacalna, co a pewne jest zasługą świetnego tłumaczenia. Aż miałam sama ochotę skurczyć się ze strachu, kiedy tu trzasnęły drzwi, tu krzyknął, a tu przyparł go do ściany. I oh Boże! On nigdy nie powiedział, że go nie chce. No tak, ale skąd Arthur miał wiedzieć, że chce? Ten pocałunek... O Boże! Jestem za głupia, żeby coś napisać i tylko to tłucze mi się po głowie. Żałuję, że tak szybko się skończył, ale najważniejsze, że w ogóle był. Arthur przynajmniej teraz wie, że nie jest obojętny Eamesowi. Tylko... co dalej? Jakie teraz będą ich relacje? Bo wątpię, żeby zachowywali się w stosunku do siebie jak dawniej. Chociaż nigdy nic nie wiadomo, tym bardziej z tą dwójką.

Arthura czekała dzisiaj lekcja angielskiego oraz próba, był więc tak jawnie podekscytowany swoim przyjaznym nastawieniem do świata i ludzkości (a zwłaszcza jej jednego przedstawiciela), że Ari straciła w końcu wszelką cierpliwość i przebadała w stołówce jego torbę pod kątem obecności narkotyków albo przynajmniej magazynów ze zdjęciami przystojnych i roznegliżowanych mężczyzn.


Uwielbiam Ari! xD

Bardzo, bardzo, bardzo, dziękuję Donnie za to tłumaczenie :D Nawet nie zauważyłam, kiedy zakochałam się w tym opowiadaniu, a przecież tak sceptycznie do niego podchodziłam.
Wybacz, za tak słaby komentarz ten i poprzedni, ale chyba wyszłam z wprawy i nie potrafię tak dokładnie opisać tego co czuję po przeczytaniu tego.

Pozdrawiam :)

Edit: A właśnie, a za co tak właściwie autorka przeprasza? Bo nie za bardzo to rozumiem :D
Ehh... idę do pracy i zapewne nie będę się mogła na niczym skupić... po co ja to czytałam przed pracą? :D
- Chciałbym z tobą pogadać, Draco.
- To dobrze, bo gdybyś tak od razu chciał się na mnie rzucić i przelecieć pod ścianą, musiałbym stanowczo powiedzieć 'nie'. Nie jestem taki łatwy. - Draco namyślał się chwilę, taksując Harry'ego wzrokiem. - Kłamałem. Jestem łatwy. Możesz mnie przelecieć bez gadania.
Veldrin Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 535
Dołączył(a): 30 lis 2012, o 10:43
Lokalizacja: K-ce

Postprzez Evolution » 28 mar 2013, o 17:12

Po przeczytaniu każdego kolejnego rozdziału tego opowiadania czułam się ze sobą coraz gorzej, byłam pełna wstydu i pogardy do samej siebie. Wszystko to ze względu na to, że nie byłam w stanie wykrzesać z siebie nawet tej minimalnej ilości energii potrzebnej do napisania komentarza, że za każdym razem przychodziłam, czytałam z wypiekami na twarzy i cichaczem ulatniałam się, nic po sobie nie zostawiając, w żaden sposób nie dziękując tłumaczce za takie wspaniałe tłumaczenie. W każdym razie dzisiaj powiedziałam sobie "dość" i postanowiłam coś tu napisać, nawet gdyby miało to być jedynie kilka nieskładnych zdań czy choćby wyrazy wdzięczności.

Ten rozdział był... niesamowity. ( No tak, zaczęłam jak widać elokwentnie. :sciana: ) Dawka emocji, którą zaserwowała nam autorka jest tutaj porażająca. Te wszystkie skrajne uczucia - nie mam pojęcia, w jaki sposób można tak gładko ukazać przejście od stanu wszechogarniającej ekstazy, poprzez wstyd, strach, ból, gniew, aż do całkowitej rozsypki i to w tych marnych kilku tysiącach znaków, ale tutaj jest to przedstawione po prostu mistrzowsko. ( Nie to, żebym się na tym jakkolwiek znała, wyrażam jedynie moją skromną opinię. :) ) W tym rozdziale mamy jeszcze krótką szansę przyjrzeć się ich relacji takiej, jaką znamy do tej pory, ale coś mi mówi, że od teraz ulegnie ona znacznym zmianom. Miałam przed oczami wizję tej dwójki razem w basenie od chwili, kiedy pierwszy raz o nim wspomniano i jak widać, Arthur musiał mieć podobną. 8-) Kiedy czytałam, jak ten zamiast się zamknąć, jedynie dalej mówi i tym samym coraz bardziej się pogrąża, naprawdę miałam ochotę wstać i porządnie nim potrząsnąć - wygodnie ignorując fakt, że sama często postępuję w podobny sposób. Wizyta Arthura u Eamesa - ja po prostu nie jestem w stanie oddać tutaj tego, w jaki sposób ten fragment na mnie zadziałał. To wszystko było po prostu tak żywe, tak intensywne. To, jak Eames stracił nad sobą panowanie, jak odepchnął Arthura, jak zaczął przeklinać, trząść się na całym ciele, spazmatycznie wciągać powietrze, to jak zaczął rozpadać się na kawałki, a następnie ta opanowana reakcja Arthura, sztywna i całkowicie poprawna. Kurde, NAPRAWDĘ nie umiem nic opowiedzieć o tym kawałku, chociaż to właśnie ten fragment zmusił mnie do napisania tego godnego pożałowania komentarza. Wiem, że nie wystarczy napisać, że miałam w tym momencie ciarki na plecach, że mój oddech stał się nieregularny, albo że przeklinałam na głos, kiedy dotarłam do końca rozdziału, ale chyba po prostu nie jestem w stanie dać od siebie nic więcej.
Chciałam po prostu podziękować Ci, Donnie, za Twoje cudowne tłumaczenie, które pochłonęło mnie bez reszty i dać znak, że cały czas tu jestem i z zapartym tchem czytam o tej niesamowitej dwójce.
Pozdrawiam. :)

P.S. Czuję się całkowicie oczarowana postacią Pani Moore. :D
.
Evolution Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 25
Dołączył(a): 16 lut 2012, o 17:00
Lokalizacja: Gdańsk

Postprzez Ka » 28 mar 2013, o 19:07

Czy to głupie, że boję się przeczytać ten rozdział? Znam go bardzo dobrze, wiem, co się stanie i jak wszystko się skończy... i po prostu nie mogę się zabrać do czytania. Mimo że lubię ten rodzaj bólu w fikach - intensywny, pięknie opisany i z happy endem, taki, który sprawia, że można pomartwić się czyimiś fikcyjnymi problemami i wpaść w euforię, kiedy już się skończą.
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez euphoria » 28 mar 2013, o 19:36

Nie wiem czy to dobrze czy to źle... Czy to w ogóle bezpiecznie przyznawać się, że po obejrzeniu Incepcji nie pociągał mnie ten fandom? Totalnie mnie nie ruszało nic względem obu panów, a nawet wszystkich trzech... chociaż ich tam było więcej jak próbuję się doliczyć...

No nieważne. Grunt, że spodziewałam się czegoś więcej po samym filmie i po prostu gdzieś mi panowie potem zabłądzili, a teraz to nawet sobie w połowie tylko fabułę przypominam, a to znaczy, że naprawdę wielkiego wrażenia film na mnie nie zrobił.

Przynudzam, wiem. To z jednego powodu. Ten totalnie niekanoniczny fick jest cudowny. Jest niesamowity z wielu powodów:
- po pierwsze oczywiście jest genialny... te emocje, to budowanie napięcia i to dopracowanie - sama miałam takiego nauczyciela... [btw. to teraz partner mojej koleżanki z równoległej klasy - zeszli się po latach...] za którym wszystkie wodziłyśmy oczami, więc wiem jak to jest i to tutaj jest genialnie opisane... to z jednej strony ubóstwiam ziemię po której stąpasz... jesteś tak cholernie inteligentny i imponujesz mi przemieszane z zachowuj się godnie, zachowuj się godnie... cholera on patrzy! zachowuj sie godnie!
- po drugie - myślałam, że Donnie tłumaczy coś niefandomowego xD totalnie... i podeszłam do tego jak do całkiem nowej sprawy - wybaczcie, że nie skojarzyłam imion xD

Grunt, że opowiadanie jest cudowne i takie... dopracowane. Pełne.

Dziękuję zatem i będę jeszcze zaglądać.

Pozdrawiam
eu
euphoria Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 544
Dołączył(a): 8 lut 2011, o 21:56
Lokalizacja: z obsydianowych tęczówek najmroczniejszego z Czarnych Magów

Postprzez Elisheva » 10 kwi 2013, o 22:44

Tak więc czytam sobie, czytam i czytam rozdział po rozdziale... I muszę powiedzieć, że...
TO BYŁO PIĘKNE.
Boru zielony i pachnący, nie potrafię wręcz opisać tego, co czułam, brnąc przez poszczególne części. Właściwie to nie potrafię do końca sprecyzować, co wywołało u mnie aż takie emocje podczas czytania. Może było to spowodowane miłą odmianą w postaci innych bohaterów, nie tych z drarry? Może niezwykłą, ale zarazem tak znajomą sytuacją, w jakiej znalazł się Arthur? A może ponadprzeciętnie plastycznymi i wiarygodnymi do bólu opisami uczuć? Może podwyższającym się z każdym rozdziałem napięciem? Oo, możliwe też, że opowiadanie to obrazuje niezwykle bliską dla mnie sytuację, która różni się od tej przedstawionej w Skarbie tylko tym, że nie jest to relacja z nauczycielem?
Nie wiem.
Ale czuję, że wszystkie te czynniki mają wpływ na odbiór przeze mnie tego opowiadania. I jest ich więcej.
Zapewne nie będę oryginalna i nie odkryję Atlantydy, gdy powiem, że punktem kulminacyjnym był tutaj zdecydowanie pocałunek "chłopców".
Kurcze, muszę przyznać z całkowitą szczerością (w sumie nikt mnie tutaj nie zna, cooo mi tam :whistle: ) że łza mi pociekła. Dobra, kilka łez. :oops: Achhh ten natłok emocji.
Kocham Arthura i Eames'a, aczkolwiek, chociaż nie chciałabym faworyzować żadnego z nich, zdecydowanie sercem jestem bliżej Arthura. I chyba, tak jak wcześniej wyraziły się moje poprzedniczki, jego postać będzie mi inspiracją do rozpoczęcia na nowo wiosennych, radosnych przebieżek wokół mojej wsi. Oczywiście do Lady Ga... nie, chyba jednak nie dam rady, nawet dla Arthura :D Kocham postaci, które emanują talentami humanistycznymi. To jest dla mnie niesamowicie pociągające, naprawdę... Ta szóstka za wypracowanie, niesamowite spostrzeżenia, talent w czystej postaci. Ach...
Cóż by tutaj jeszcze dodać...
Prócz tego, że jestem obecnie w totalnej rozsypce emocjonalnej i nie wiem jak się wezmę za tą pie*** naukę :cry: ...
A Ministerstwo Edukacji ostrzegało: nie czytać dobrych fanfików przed maturą! Taa.. dobra, bo zaczynam chrzanić bez sensu.

Chciałam tylko jeszcze dodać, że w fandomie Incepcji nie siedzę, także był to mój pierwszy fik z tym paringiem i tym fandomem. Jednak cieszy mnie fakt, że zgodność z filmem ogranicza się jedynie do imion postaci, gdyż pomimo, że Incepcję baaardzo lubię, nie widziałabym w tamtym świecie i pomiędzy tamtymi bohaterami żadnych slashów. Tutaj bohaterowie zbyt odbiegają od incepcyjnych postaci, także jestem jak najbardziej na ogroooooooooomne TAK.

Okej, to tak na zwieńczenie składnej wypowiedzi:

KOOOOOOCHAM SKARBA!

Pozdrowienia dla Tłumaczki! Dziękuję za przetłumaczenie tego cuda, gdyż po angielsku na pewno bym się za niego nie wzięła.
Kissessss
;*
( :oczy: )
Obrazek
Elisheva Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 497
Dołączył(a): 10 lut 2012, o 11:34

Postprzez Okey » 16 kwi 2013, o 00:01

Po prostu mnie zabiłaś tym fickiem. Jestem zdruzgotana, zachwycona, zakochana, wzruszona i myślę, że całkiem oszalałam na puncie tego tekstu. Przeczytałam całość jednym tchem, tak jakbym całkowicie wyłączyła się dla świata, a włączyła dla Arthura i Eamesa. Teraz tylko mam straszne, okropne uczucie niedosytu. Chce więcej i wcale nie przesadzam, ale może to emocję, bo czuję fizyczną tęsknotę za następnym rozdziałem. Mogłabym czytać o nich wieczność.
Wspaniały pomysł, uwielbiam Incepcję i też ten parring. Przeczytałam już kilka ficków z romansem tej dwójki, ale ten jest najlepszy. I jeszcze osadzony w całkiem innym otoczeniu, klimacie. Podobają mi te dodatkowe cytaty, przewinął się też ten związany z snem. To jak odkrywanie czegoś całkiem nowego w tym fandomie i żałuję jednocześnie się ciesząc, że dopiero teraz dotarłam do tego ficka.
Do tytułu nie mam zastrzeżeń, pasuje i przywołuje wszystkie sceny, gdy Eames nazwał Arthura skarbem.
Klimat jest boski i mam ochotę Cię za niego wycałować, tłumaczysz tak, jak... piórko. Delikatnie, subtelnie, czasem mocno, łał, jestem pod wrażeniem i mam nadzieje, że wiesz o co mi chodzi. To emocję, piszę komentarz tuż po przeczytaniu, mogę tego potem żałować, ale co mi tam. Najwyżej pod następnym rozdziałem będę rozsądniejsza w metaforach, które będą wychwalać tego ficka.
Dialogi między tą dwójką są mistrzowskie, mogłabym zacytować wszystkie.

Uwielbiam Arthura i jego sposób bycia. Jest indywidualistą, jest dziwny, biega (ja chyba teraz też zacznę, nawet w strugach deszczu i będę sobie wyobrażać, że jestem Arthurem), jest inteligentny, dowcipny i pełen emocji. Powiedziałabym nawet, że jest nimi naładowany, a one w takich chwilach, jak ta w teatrze lub w domu Eamesa - wybuchają. Zakochałam się w tej postaci, jest tak doskonale wykreowana, że nagle Arthur stał mi się bliski i jest mi teraz strasznie smutno. Ale domyślałam się, że taka scena kiedyś będzie musiała nastąpić, że oni nie będą mogli tak słodko krążyć koło siebie. Cóż, przynajmniej ta kulminacja uczuć była niesamowicie efektowna.

Ten fick nadaje się na film, serio, uważam, że gdyby reżyser Incepcji pochwycił ten tekst od razu chciałby coś nagrać:)

I czy tylko ja przez cały czas wyobrażam sobie jak Joseph Gordon-Levitt biega, cały przemoczony, z kosmykami włosów opadających na czoło? Boże, ja chyba dzisiaj nie zasnę tylko będę się gapić na jego zdjęcia w google.

Dziękuję za to Tłumaczenie, naprawdę, z całego serca :* Wysyłam dużo Weny, mam nadzieje, że następny rozdział nie będzie tak smutny. Ja wg, głupia romantyczka, wierzę w szczęśliwe zakończenie. Takie, że Arthur skończy szkołę, pójdzie na studia, czy co tam sobie wymyśli, Eames pojedzie coś kręcić i spotkają się po kilku latach. Żeby tak nie było wszystko oczywiste, że rzucą sobie w ramiona od razu. Musi być jakaś zmyłka i próba wywołania napięcia u biednego czytelnika:)

Dobra, ja już kończę moje wymyślanie, muszę iść spać, bo przez to opowiadanie zarwę nockę i jutro będę wyglądem przypominać zombi. Jeszcze raz życzę Weny i wysyłam pozdrowienia!

Okey
Gdy podróż przekroczy czas i smutek,
na gąbkach lagun zadymi różowym deszczem,
w ten dzień ukryty za brzegiem spojrzenia
znajdę cię na polanie nie przewidzianej przez przestrzeń.

Okey Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 25
Dołączył(a): 26 sty 2011, o 18:26
Lokalizacja: Chatka Wiedźmy

Postprzez Donnie » 17 kwi 2013, o 12:46

Jejku, bardzo dziękuję za komentarze motywujące do dalszej pracy nad tłumaczeniem :)
Aev dodatkowo należą się ukłony za betę i zachowanie pogody ducha w obliczu mojego wywijania bacikiem nad jej udręczoną nauką (i zlotami ;) ) głową.




Rozdział siódmy


Obudził się o świcie. Bladoszare światło poranka sączyło się przez szpary w zasłonach i wpadało do pokoju Ari, zabarwione zielenią zaciągniętych firanek. Arthur usiadł na materacu, który Ariadne rozłożyła mu wczoraj wieczorem, choć był przekonany, że nie uda mu się zmrużyć oka. Najwyraźniej się pomylił, bo nawet nie pamiętał, kiedy zasnął.
Po cichu podniósł się z materaca i zerknął na zwiniętą w kłębek na łóżku Ariadne. Nawet teraz, we śnie, wciąż miała zmartwioną minę. Zmartwioną tym, co przydarzyło się jemu.
Patrzył na nią i czuł, jak przez spowijającą mu mózg mgłę otumanienia przedziera się fala tkliwości. Wreszcie cichutko założył buty, sięgnął po torbę i sweter i bezszelestnie wymknął się na zewnątrz.
Kiedy szedł do domu, słońce zaczęło leniwie wysuwać się zza horyzontu, a gdy znalazł się w swoim mieszkaniu, pierwsze promienie położyły się na zmiętej pościeli na jego łóżku. Nie złożył jej porządnie wczoraj rano, zbyt udręczony przytłaczającym poczuciem odrzucenia i pogardą do samego siebie.
Arthur przez minutę rozważał, czy spróbować spojrzeć w twarz jeszcze jednej dotkliwej stracie, zimnu i nicości, efektom jego wczorajszego rozpaczliwego upokorzenia, zdecydował jednak, że w tej chwili nie jest w stanie myśleć absolutnie o niczym i, ściągnąwszy z siebie wszystko oprócz bokserek, wpełzł pod chłodną, skłębioną kołdrę i kolejny raz oddał się we władanie nieświadomości.
Świergot telefonu i pełen pęcherz zmusiły go do otwarcia oczu gdzieś koło popołudnia. Wrócił chwiejnym krokiem z łazienki i zamiast oddzwonić do Ari, wysłał jej wiadomość, że wszystko z nim w porządku, musi się tylko wyspać, po czym zabrał się dokładnie za to, co zapowiedział w sms-ie.
Kolejny raz obudził się po dwudziestej drugiej i pozostał w świecie jawy tylko tak długo, ile wymagało zamówienie i odebranie chińszczyzny na wynos oraz zjedzenie jej przy nocnym serialu komediowym. Zaraz potem, z pełnym brzuchem i mętlikiem w głowie, powrócił do łóżka. Przyłożył twarz do poduszki i pozwolił, by sen znów uwolnił go od własnych myśli.
Druga z rzędu przespana noc przyniosła coś zbliżonego do spokoju. Długie godziny, po których mógłby spodziewać się jedynie bólu, minęły niepostrzeżenie, nie czyniąc żadnych godnych wzmianki szkód. Był tylko lekko otępiały i dziwnie zmęczony, kiedy rozważał, czy wystygły chiński makaron może wystąpić w roli śniadania — a raczej obiadu.
Gdyby choć przez chwilę włączył myślenie, zamiast starannie tego unikać, być może przypomniałby sobie, że dzień bez przeszpiegów Ariadne był czymś więcej niż nieprawdopodobnym.
Pojawiła się na krótko przed czwartą. Arthur wziął właśnie prysznic z zamiarem natychmiastowego zakopania się w pościeli. Ogarnięty gwałtowną irytacją, która przedarła się nawet przez jego odrętwienie, zakomunikował Ari opryskliwie, że nie może u niego zostać, bo on właśnie kładzie się spać.
W ciągu paru sekund Ariadne zmutowała ze współczującej w rozeźloną. Weszła do środka i zaczęła marudzić nad brakiem czegokolwiek, co nadawałoby się na obiad z prawdziwego zdarzenia. Tym razem próbował się usprawiedliwiać, niestety nie słuchała go, zajęta przetrząsaniem i krytykowaniem zawartości jego lodówki. Żeby ją udobruchać, przyrządził jajka z tostami i przecierpiał kazanie na temat konieczności zmierzenia się z własnymi uczuciami. A dokładniej znosił je do momentu, kiedy zaczęła głośno zastanawiać się nad tym, co Arthur powinien powiedzieć… jemu.
— Nic. Nic nie powiem, nic nie pomyślę i nic nie zrobię. Nie mam zamiaru tego roztrząsać, nie chcę o tym mówić, i nie planuję się do niego odzywać, a dzięki naszemu wspaniałemu systemowi edukacyjnemu wcale nie muszę, przynajmniej nie do wtorku. A teraz wracam do łóżka i będę spał, dopóki mój mózg sam nie poradzi sobie z faktem, że… że…
O boże. Jego twarz, jego GŁOS. Jak Arthur zdoła kiedykolwiek spojrzeć mu w oczy, pamiętając dotyk tych ust, które z modlitewną czcią szeptały mu prosto w wargi jego własne imię; pamiętając ich załamany wyraz i wyduszone z trudem „Tak bardzo cię przepraszam, Arthur…”
Wydał cichy, zbolały dźwięk i potrząsnął głową, żeby odpędzić widmo tamtej sceny. Spojrzał ostro na Ariadne, która próbowała pochwycić go za dłonie. Zwinął je w pięści, unikając kontaktu. Zmarszczyła czoło.
— Nie dam sobie z tym rady, jeszcze nie teraz. We wtorek pewnie też nie, ale wtedy nie będę miał innego wyjścia, więc błagam, Ari, czy możesz do tego czasu zostawić mnie w spokoju?
Popatrzyła na niego ogromnymi, sarnimi oczami, jak wtedy, kiedy byli jeszcze dziećmi. W głębi jej zranionego wzroku rozpoznał odbicie własnego bólu i wsunął dłonie w rękawy, wycofując się jeszcze dalej. Spróbował się nie uchylić, kiedy wstała, obeszła stół i pocałowała go we włosy. Na koniec zmierzwiła je lekko i odstąpiła od niego.
— W porządku — powiedziała miękko, jak gdyby poprosił ją o coś równie banalnego jak dodatkowa kostka cukru do herbaty, i uśmiechnęła się tym samym łagodnym uśmiechem, z którym kładła go spać zaledwie dzień temu. — Ale zadzwonię do ciebie jutro. A we wtorek poczekam na ciebie przed szkołą.
Jej ton był zdecydowanie bardziej orzekający niż pytający i Arthur poczuł, jak kąciki jego ust same wyginają się do góry.
— Dobrze, mamo — zgodził się spokojnie.
Ariadne uśmiechnęła się jeszcze raz i wyszła bez słowa. Arthur ponownie padł twarzą na poduszkę wilgotną od gorących łez, które nie przestawały płynąć nawet wtedy, gdy zaciskał powieki aż do bólu.
Obudził się o dziewiątej wieczorem. Pulsujące w głębi czaszki mdlące otępienie, dotąd odbierane jako wrażenie ulgi, teraz przypominało tylko podszytą poczuciem nieszczęścia pustkę. Zmusił się więc, żeby wstać, zmienił pościel i zajął się gotowaniem rosyjskich pierożków z resztek kurczaka w lodówce. Polał je kwaśną śmietaną, usiadł przed telewizorem, oglądał nocny film i jadł, dopóki bolesna próżnia w jego głowie nie stała się do wytrzymania.
Kiedy film (plus powtórki programów i audycje reklamowe) dobiegł końca, była czwarta nad ranem w poniedziałek i Arthur wiedział, że będzie musiał przygotować się na zniesienie widoku Eamesa bez rzucenia mu się w ramiona z błaganiem na ustach. Usiłował oczyścić umysł i na trzeźwo przeanalizować to, co zaszło i co może go czekać, i już zaczynał sobie radzić ze swoimi myślami, kiedy do jego uszu wdarł się znajomy sygnał wiadomości. I wtedy nagle, bez ostrzeżenia, znów znalazł się w zalanym błękitną poświatą pokoju, przyciśnięty do ściany przez Eamesa, który patrzył na niego rozpalonym wzrokiem, wyraźnie mówiącym jesteś mój.
Arthur zwymiotował pieczołowicie ulepionymi pierożkami, a potem resztką sił doczołgał się do łóżka i pierwszy raz w życiu gorzko pożałował, że się kiedykolwiek poznali.

+++

W południe wybrał się na bieżnię, żeby pozbyć się uporczywego, ćmiącego bólu głowy, z którym obudził się tuż przed dziesiątą. Bezczynność powodowała, że powoli zaczynał wyłazić ze skóry, i po prostu musiał wyrwać się z letargu i wreszcie zrobić coś, co przerwie błędne koło zataczane na trasie łóżko – lodówka.
Odgłos stóp uderzających twardo o tartanową powierzchnię zazwyczaj wystarczał, żeby doprowadzić go do stanu przypominającego medytację zen — niestety nie dzisiaj. Dzisiaj zdawało się, że każde okrążenie wyzwala reakcję łańcuchową niepotrzebnych, szkodliwych myśli, które prześcigały się wzajemnie, by zalać go kaskadą zupełnie bezsensownych i ogłupiających scenariuszy.
Arthur, Arthur, błagam… Tak bardzo cię przepraszam. Zrobiłem wielki błąd. Nigdy nie powinienem pozwolić ci odejść…
Arthur, przykro mi, ale uważam, że pozostawienie cię w roli Hamleta zaszkodziłoby sukcesowi przedstawienia, zważywszy na twoje nieodpowiednie zachowanie…
Wright, do dyrektora — NATYCHMIAST. Zobaczymy, jak spodobają mu się twoje chore obsesje…
Arthur, ja... złożyłem wypowiedzenie. Przykro mi. Nie mogę cię już więcej widywać…
Arthur, to nie tak, że mnie nie pociągasz, ale byłem pijany i moja narzeczona akurat wyjechała…
Arthur, wybacz mi… Kocham cię…
Arthur... Arthur, SKARBIE…
— Arthur?
Zatrzymał się, potykając o własne stopy i omal nie skręcając karku na dźwięk swojego imienia, które niczym echo jego myśli rozbrzmiało mu nagle w uszach. Ariadne uśmiechała się do niego przepraszająco z ławki za barierką.
— Nie chciałam cię wystraszyć, ale zrobiłeś już pięć kółek, odkąd tu siedzę. I pewnie jeszcze więcej, zanim przyszłam. Pomyślałam, że najwyższy czas, żebyś przystanął.
Arthur napiął mięśnie nóg i ze zdziwieniem stwierdził, że rzeczywiście są ciężkie jak ołów, tak jakby to one przejęły cały balast nieprzyjemnych spraw, które krążyły mu po głowie. Skrzywił się z bólu, zastanawiając przelotnie, jak długą trasę by jeszcze przebiegł, gdyby Ari go nie zatrzymała.
— Dzięki — powiedział szczerze i przywołał na usta nikły uśmiech. — Co sprowadza cię tutaj w wolny dzień?
Zaczerwienił się, gdy zamiast odpowiedzieć, spojrzała na niego wzrokiem zarezerwowanym dla kompletnych idiotów. Zeskoczyła z ławki i weszła na bieżnię, podając mu jego torbę i ręcznik.
— I tak miałam się przejść. Nie było cię w domu ani u pani Moore, więc pomyślałam, że zajrzę tutaj i sprawdzę, jak sobie radzisz… Jak sobie radzisz?
Arthur przewrócił oczami i odgarnął z twarzy długie, przepocone kosmyki, po czym pochylił się i pogrzebał w torbie w poszukiwaniu butelki z wodą.
— Lepiej niż wczoraj, kiedy zauważyłem pewną poprawę w stosunku do soboty, która z kolei była o wiele znośniejsza od piątku… a przynajmniej jego większej części. Wszystko na dobrej drodze do lepszego jutra. — Wykrzywił się, kiedy Ari zaczęła celować w niego obiektywem aparatu i naciskać spust migawki. — Oczywiście ty też możesz przyczynić się do umilenia mi dnia, jeżeli tylko opanujesz się na tyle, żeby nie robić mi zdjęć, kiedy ociekam potem i wyglądam jak pieprzona ofiara losu.
Ugryzł się w język, kiedy po jej uprzednio rozjaśnionej twarzy przebiegł raptowny skurcz.
— Och, Arthur — szepnęła łagodnie i musiał pociągnąć spory łyk z butelki, zanim zdołał cokolwiek odpowiedzieć.
— Nie zwracaj na mnie uwagi. Jakoś to będzie — mruknął i wcisnął wszystko z powrotem do torby. — Idę pod prysznic, a potem do domu. Spotkamy się jutro przed wejściem do szkoły?
Rozpoznał po jej rozczarowanej minie, że miała nadzieję na dotrzymanie mu towarzystwa, pewnie po to, żeby go rozweselić albo ofiarować inną przyjacielską pociechę. Ale kiedy mówił jej wczoraj, że musi dać sobie czas co najmniej do wtorku, nie rzucał słów na wiatr. Jeśli spędzi dzisiejsze popołudnie patrząc na łzy, które napływają do oczu Ari ze współczucia nad jego złamanym sercem, najprawdopodobniej padnie jej w ramiona i zostanie tam, szlochając do końca roku szkolnego.
— Jasne. Załatwię kawę. — Uśmiechnęła się mężnie i poczuł w głębi swojej udręczonej duszy, że przynajmniej może być z niej dumny.
Udało mu się odpowiedzieć podobnym uśmiechem. Przesłał jej w powietrzu szybki pocałunek i ruszył tyłem w kierunku szatni.
— Jesteś boska.
Zabrał ze sobą pod prysznic dźwięk jej krótkiego śmiechu i obraz łagodnie wygiętych warg. Trzymał się tego kurczowo, bo ani ciepły strumień wody, ani miękki dotyk ubrań na rozgrzanej skórze nie pomogły rozluźnić bolesnego węzła w jego wnętrzu.
Złapał autobus i dojechał nim do supermarketu, gdzie zmusił się do szybkiego rajdu od działu do działu, naprawdę tylko na wszelki wypadek, bo nie mógł pozwolić sobie na to, by ktoś przyłapał go na tym, jak żałobnym wzrokiem przygląda się stoisku z europejskimi serami. W pośpiechu załadował do koszyka niezbędne sprawunki plus kilka dodatkowych rzeczy, przygotowując się na, jak podejrzewał, parę bezsennych nocy z rzędu, które mógłby wypełnić pieczeniem. Wreszcie opuścił sklep swobodnym (ale szybkim) krokiem i udał się do domu.
Przez dobrą godzinę zajmował się odrabianiem lekcji, klnąc pod nosem na zauważalny brak łatwości, z jaką przychodziła mu zwykle ta czynność. Myśli, choć surowo przywoływane do porządku, bujały sobie gdzie chciały, aż wreszcie doszedł do wniosku, że się poddaje. Zrobił kilka quiche’ów1 — jeden dla siebie, jeden dla mamy i Ricka i, oczywiście, jeden dla pani Moore. Bez większego zaangażowania podłubał trochę w swoim, zanim wyekspediował go do lodówki, żeby poczekał w chłodzie na lepsze czasy.
Na koniec zabrał quiche przeznaczony dla matki do głównej części domu i trafił akurat na moment, kiedy Rick wchodził do basenu. Tak się składało, że Rick potrafił pływać delfinem.
Arthur zawsze chciał nauczyć się stylu motylkowego, tak jak zresztą wszystkiego innego, co prezentowała kadra olimpijska. W wykonaniu Ricka wyglądało to bardzo prosto, choć było jasne, że nie ma z tym nic wspólnego.
Arthur niczego nie kochał tak bardzo jak trudnych wyzwań.
Przez beztroską godzinę pokonywał kolejne długości basenu i zaśmiewał się wraz z Rickiem z jego prób wytłumaczenia podstaw stylu. Barki Arthura pulsowały tym samym bólem co przeforsowane wcześniej nogi, skóra piekła od nazbyt częstych uderzeń twarzą o wodę, kiedy błędnie odchylał głowę podczas zanurzenia. W pewnym momencie Rick skapitulował, skarżąc się na skurcze mięśni, i zostawił Arthura sam na sam z jego własnymi przemilczanymi skurczami i falą smutku w obliczu ponownej samotności.
Arthur wrócił do pływania. Szum wody w uszach był niemal ogłuszający w porównaniu z nagłą ciszą pustki w jego wnętrzu.
Chciał poćwiczyć nowy styl tylko tak długo, żeby pozbyć się uczucia ciężaru w rękach i nogach i zminimalizować ryzyko zakwasów następnego dnia, ale gdy wreszcie zwolnił i ostatecznie wynurzył głowę z wody, miał wrażenie, że pływał godzinami. Ze zdumieniem usłyszał ciche, dobiegające z brzegu wołanie matki.
— Hej, mały — zwróciła się do niego słowem nie używanym tak dawno, że poczuł w brzuchu ukłucie nostalgii. — Nie powinieneś być już w łóżku?
Podpłynął do niej, oparł łokcie o krawędź basenu, ułożył podbródek na dłoniach i spojrzał w górę. Miała na sobie swój „relaksujący strój”: piżamę ze słynnego domu mody i narzucony na nią ten sam znoszony jedwabny szlafrok, który kupił jej na Dzień Matki jako trzynastolatek. Odgarnął włosy z twarzy i syknął, kiedy podsunęła mu pod oczy tarczę zegarka na swoim nadgarstku.
— Nie wiedziałem, że jest już tak późno — uśmiechnął się ze skruchą, nie odrywając wzroku od lekko wytartych mankietów jej piżamy od Chanel. — Zaraz idę do siebie.
Skrzyżowała ręce na piersi i coś w nim drgnęło. Wiedział, po prostu wiedział, że Rick dziwnie na niego patrzył, wychodząc z basenu.
— Dobrze się czujesz? Rick twierdzi, że dziwnie się dziś zachowywałeś. Chyba nie jesteś chory?
Skrzywił się. Dobrze wiedziała, że jest zdrowy — gdyby było inaczej, Rick by to z pewnością zauważył, a po drugie mowa jej ciała wyraźnie zdradzała nie tryb pielęgniarka, ale przesłuchanie.
— Nic mi nie jest — odparł i uśmiechnął się krzywo w nadziei, że zadowoli ją półprawdą. — Miałem trochę ciężki weekend. Nie udało mi się jeszcze do końca ochłonąć.
Ktoś, kto nie znał jego matki, mógłby odebrać jej minę jako całkowicie beznamiętną, ale leciutkie, specyficzne zmarszczenie brwi było dla Arthura równie miażdżące co wzrok Bambi, którym patrzyła dziś na niego Ari.
— Jak bardzo ciężki? — zapytała łagodnie.
Arthur musiał się uśmiechnąć, żeby zatuszować drżenie dolnej wargi, i solidniej oprzeć podbródek na rękach wczepionych o brzeg basenu.
— Ja kogoś… lubię. — Wysilił się na swobodny ton i gorzko rozczarował, gdy głos załamał mu się w środku zdania. — On… on mnie nie chce.
To za słabe słowo, o wiele za słabe.
Zamknął oczy i zwalczył gwałtowne pragnienie, by ukryć się w ramionach matki, gdy poczuł, jak przykuca obok niego i głaszcze go po mokrych włosach. Delikatnie odsunęła mu z czoła ociekające wodą kosmyki, tym samym gestem, którym doprowadzała jego fryzurę do porządku przed zrobieniem zdjęcia, kiedy był mały.
— W takim razie, mój drogi chłopcze, on na ciebie nie zasługuje.
Nie powiedziała tego z żarliwym gniewem Ariadne ani z niemal fanatyczną lojalnością pani Moore, tylko z cichą pewnością, która skruszyła nadpękniętą fasadę opanowania Arthura. Obrócił głowę tak, by wsunąć policzek we wnętrze jej dłoni.
— Chciałbym, żeby zasługiwał — wyszeptał prosto w jej skórę.
A potem, słysząc jej stłumione westchnienie, zanurkował błyskawicznie w chłodnej wodzie, żeby zmyć i ostudzić nagłe gorąco niespodziewanych łez. Wynurzył się z bladym uśmiechem na twarzy i podpłynął do drabinki.
— Zresztą to nieważne — podsumował szorstko. Wyszedł z basenu pod jej uważnym, zrezygnowanym spojrzeniem, którym obserwowała jego budowany na nowo przy pomocy sarkazmu i zaciśniętych szczęk mur niedostępności. Sięgnął po ręcznik i zaczął się niezbyt starannie wycierać. — Potrzebuję paru dni, żeby sobie z tym poradzić. Będzie lepiej, gdy tylko znów powrócę do dawnej rutyny — skłamał bez zająknienia i uśmiechnął się, wiedząc, że matka domyślała się prawdy, ale postanowiła jej z niego nie wyciągać. — Idę położyć się spać.
— Arthur.
Stał już na wpół odwrócony, gotowy do odejścia. Zaskoczony faktem, że przedłużała coś, z czym czuł się wyraźnie niezręcznie, spojrzał na nią ze zmarszczonym czołem i uniesioną brwią.
Podeszła do niego i jeszcze raz odsunęła nieposłuszny, mokry kosmyk za jego ucho.
— Nigdy nie byłam zbyt opiekuńczym typem, ani jako żona, ani jako matka, i zawsze czułam wielką dumę z twojej fantastycznej samodzielności. Za nic w świecie nie zamieniłabym cię na kogoś innego.
Arthur niepewnie przestąpił z nogi na nogę.
— Ale? — zapytał odruchowo i patrzył, jak matka powoli kiwa głową.
— Ale — ciągnęła z najsmutniejszym uśmiechem, jaki widział kiedykolwiek na jej skupionej, opanowanej twarzy — to nie znaczy, że nie jestem twoją matką. Jeżeli będziesz czegoś ode mnie potrzebował, nieważne czego, pomocy, porady albo pozbycia się jakiegoś przeklętego trupa, to wiesz, gdzie mnie szukać.
Gapił się na nią przez dłuższą chwilę z zapartym tchem. Wreszcie wypuścił powietrze z płuc w jednym głębokim wydechu.
— Cholera, mamo. Czy ty się zawzięłaś, żeby doprowadzić mnie do płaczu jak małą dziewczynkę, zanim pozwolisz mi dziś stąd odejść? Bo jeśli o to właśnie ci chodzi, to przysięgam, że tak się zaraz stanie. Nie żartuję.
Uśmiechnęła się i ścisnęła go za ramię, po czym westchnęła radośnie.
— Mój maleńki chłopiec — zadrwiła łagodnie. — Osłaniasz się sarkazmem jak stary wyjadacz. Chyba już rzeczywiście dorosłeś, prawda?
Arthur przewrócił oczami i zrobił krok w tył.
— Przestań, sama mnie tego nauczyłaś, gdy miałem ledwie dziesięć lat — odpowiedział podobną drwiną i przesłał jej ten sam powietrzny pocałunek co kilka godzin wcześniej Ariadne. — Ale zrozumiałem, mamo. Wiem, że mogę na ciebie liczyć w razie potrzeby.
Odwrócił się i ruszył w stronę swojego apartamentu, zanim miała szansę ujrzeć jego szklący się podejrzanie wzrok. Pomachał jej tylko, nie oglądając się za siebie, kiedy zawołała za nim z życzeniami dobrej nocy.
Szczerze, pomyślał z uśmiechem, zanim pobieżnie osuszył włosy ręcznikiem, zrzucił kąpielówki i padł na łóżko, z taką ilością ciepłych uczuć można by prawie zapomnieć, że ma się w ogóle jakieś kłopoty.
Prawie.
Jego wygięte ku górze kąciki ust opadły, a twarz stężała w odpowiedzi na raptowny, wywołany wspomnieniem straty skurcz żołądka. Wtulił twarz w poduszkę i stanowczym tonem zapowiedział własnemu ciału, że owszem, będzie POTRAFIŁO zasnąć na żądanie, co, na całe szczęście, po żmudnym dniu katowania go sportem okazało się prawdą.

+++

Skończyło się na tym, że spał odrobinę za dobrze.
Obudził się ponad pół godziny później, niż zwykle nakazywał mu budzik, a i to jedynie dzięki gniewnemu dźwiękowi klaksonu na zewnątrz. Najwyraźniej dojeżdżający do pracy ludzie byli równie mało uszczęśliwieni powrotem do codzienności co on. Zwlókł się z łóżka i w przeciągu dwóch minut wziął prysznic, a potem pognał na złamanie karku do autobusu. Zapłacił za bilet, trzymając w zębach jabłko w charakterze śniadania.
Przywitał Ariadne dramatycznym westchnieniem skrzyżowanym z jękiem bólu, kiedy podczas wbiegania na schody przed wejściem do szkoły okazało się, że jego ciało wypomina mu jednak wczorajsze bezlitosne traktowanie. Z lekko zmąconą tym faktem radością przejął styropianowy kubek z kawą, który podała mu Ari.
Napój był letni. W spojrzeniu Ariadne dominował wyrzut. Mieli może dwie minuty do dzwonka.
Mimo wszystko ranek wcale nie wyglądał aż tak źle, jak Arthur się obawiał.
— Gdzieś ty się podziewał? — zganiła go Ariadne. — Spóźniłeś się chyba tylko raz w życiu, i to tylko dlatego, że twoja mama zapomniała, że ma cię na tylnym siedzeniu samochodu i niechcący zabrała cię do pracy.
— Zaspałem. — Arthur skrzywił się, kręcąc próbnie barkami, i podążył za nią w głąb budynku szybko pustoszejącymi korytarzami. Ari rzuciła mu spojrzenie tak sceptyczne, że roześmiał się ponuro. — Naprawdę. Wczoraj przesadziłem trochę z treningiem, najpierw z bieganiem, potem z pływaniem, i najwyraźniej potrzebowałem snu.
Czoło Ari wygładziło się w jednej chwili.
— To dlatego ruszasz się tak sztywno? Bo zaczynałam się dziwić.
Już otwierał usta, żeby opowiedzieć jej o swoich żałosnych próbach opanowania stylu motylkowego, kiedy drzwi gabinetu dyrektora Caine’a otworzyły się nagle, a on sam pojawił się w progu i spojrzał w ich stronę ze stanowczo zbyt szerokim uśmiechem.
— A oto osoba, której właśnie szukałem. — Żołądek Arthura przewrócił się na wspomnienie obawy, że Eames mógł się poskarżyć dyrektorowi na jego zachowanie. — Panie Eames, mogę prosić na chwilę?
Arthur zdrętwiał i wyczuł, że z Ariadne dzieje się to samo. Oboje bez słowa zrobili po kroku w bok, żeby przepuścić Eamesa, który najwyraźniej cały czas szedł tuż za nimi. Ramię nauczyciela otarło się o bark Arthura, kiedy go wymijał, i brutalna świadomość, że Eames tu jest, jest tu naprawdę, omal nie zwaliła go z nóg. Patrzył za nim, jak oddala się z Caine’em i sztywno przytakuje pogodnym słowom dyrektora z podbródkiem uparcie skierowanym w dół.
Arthur i Ariadne podeszli do swoich szafek, powoli i w milczeniu, dopóki metaliczny zgrzyt otwieranych zamków i ciche echo głosu Caine’a nie dodały Ari odwagi wystarczającej do krótkiego komentarza:
— No, nie było aż tak fatalnie.
Arthur spojrzał na nią z niedowierzaniem, nie przerywając sortowania podręczników.
— Co? — wykrztusił.
Ariadne uśmiechnęła się blado.
— Zastanów się. Jeżeli on nawet słyszał, o czym rozmawiamy, to nie zamieniliśmy ani jednego słowa na jego temat. I nie padliście wzajemnie trupem na swój widok. Jest tak, jak mówiłeś: jakby nic nie zaszło. — Kiwnął głową, a Ari ścisnęła go za ramię, kiedy rozległ się dźwięk dzwonka. — To dobrze, Arthur. On zachowuje się tak, jak zrobiłeś to ty. Tak jak tego chciałeś. To się nigdy nie stało, więc teraz wiesz, na czym stoisz. Poradzisz sobie. A gdy on zrozumie, że właśnie tak wolisz potraktować sprawę, sam zachowa się odpowiednio i zanim się obejrzysz, wszystko znów będzie po staremu. — Skrzywiła się. — Tylko, że wiesz… nie do końca.
Jeszcze raz skinął głową i uśmiechnął się do niej, po czym rozstali się i każde podążyło do swojej klasy. Arthur panował nad sobą na tyle, by nie patrzeć w stronę, z której wciąż docierał do niego niewyraźny szmer głosu Eamesa.
Nigdy nie mówiłem, że cię nie chcę
Arthur uzbroił się wewnętrznie, przycisnął książki do piersi tak mocno, że róg jednej z nich wwiercił mu się w żebro, i odszedł, przysięgając w duchu, że będzie zachowywał się normalnie. Niech sobie boli, ile chce.
Pierwsze lekcje minęły bez większych sensacji. Arthur był tak spięty po nieplanowanym porannym prawie-spotkaniu z Eamesem, że nie spodziewał się po każdej spędzonej w szkole sekundzie niczego innego niż tortury, ale gdy nadszedł czas długiej przerwy, czuł się już niemal zupełnie spokojny. Ukołysany normalnością zrugał się w myślach za swoje obawy, że cokolwiek zdoła wstrząsnąć posadami zwykłego szkolnego życia.
W chwili, kiedy rozległ się dzwonek wzywający na lekcję angielskiego, zarówno początkowa panika Arthura, jak i późniejsze wyluzowanie okazały się przedwczesne, a przynajmniej dobrane w bardzo niefortunną parę.
Zdawało się, że Eames stracił przez weekend swoją tolerancję, humor, wyrozumiałość, cierpliwość oraz wiele innych cech niezbędnych do nauczania. I chociaż większość klasy przypisywała ten stan „chorobie”, przyczynie jego nieobecności pod koniec ubiegłego tygodnia, tylko resztki silnej woli powstrzymały Arthura, by nie schować się pod ławką, zwinąć w kłębek i czekać na cios, który niewątpliwie dosięgnie go wcześniej czy później.
Siedział w swojej zwykłej, nienagannej pozycji, skupiony na temacie, i próbował nie patrzeć zbyt uważnie na Eamesa, żeby nie sprawić wrażenia wystraszonego wyraźnym rozdrażnieniem nauczyciela albo, co gorsza, rozpaczliwie spragnionego.
Arthur z całym uporem dążył do normalności.
Tak bardzo cię przepraszam, powtarzał szeptem w duchu, czujnie obserwując, jak Eames uspokaja się powoli w miarę upływu lekcji. Wyobraził sobie, jaką odrazę musi czuć do niego nauczyciel, jak przeraża go konieczność znalezienia się z nim w jednym pomieszczeniu, jak bardzo jest spięty w oczekiwaniu na to, że Arthur zrobi lub powie coś, co tylko pogorszy sprawę i…
Przełknął ślinę.
Ariadne miała rację. Sytuacja między nimi nie poprawi się nigdy, dopóki Eames nie zrozumie, że Arthur zamierza pozostać przy tym, co zrobił na sam koniec ich piątkowego spotkania: udawać, że nic się nie stało. Nie było żadnych pocałunków. Żadnego miażdżącego uścisku ramion. Żadnej gorącej, napiętej skóry. Żadnych szeptanych w usta słów…
To się nigdy nie wydarzyło.
Normalność.
Dzwonek ogłosił koniec lekcji i klasa zaczęła się rozchodzić. Ze wzrokiem utkwionym w temat nowego projektu, widniejący na tablicy za plecami Eamesa, i niezłomnym przekonaniem, że robi to, co zrobić należy, Arthur spokojnie zbliżył się do biurka nauczyciela i stanął za Fischerem, który jednym tchem wyrzucał z siebie nerwowe usprawiedliwienie, że spóźni się na dzisiejszą próbę. Ariadne, czekająca w drzwiach ze swoją klasą na angielski, spojrzała na Arthura pytającym, stremowanym wzrokiem.
— Panie profesorze — zaczął Arthur i skręcił się wewnętrznie, kiedy na dźwięk jego głosu mina Eamesa w jednej sekundzie zrobiła się nieprzystępna, a czoło przecięła surowa zmarszczka.
Spiorunował Arthura oczami i wpadł mu w słowo, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.
— Co, Wright? Nie mam czasu na żadne filozoficzne pytania. Zaraz zaczynam następną lekcję.
Znalazłeś czas dla Fischera.
Arthur odchrząknął. Przestąpił lekko z nogi na nogę i starał się mówić spokojnym i neutralnym tonem.
— Zastanawiałem się, co miał pan na myśli, kiedy…
— Chryste, NIE TERAZ, dobrze?! — ryknął Eames i Arthur zastygł z przerażenia, podobnie jak część znajdujących się już w środku osób z klasy Ari. Chwilę później ich głowy zaczęły obracać się w kierunku poszarzałej twarzy tak często wychwalanego ulubieńca nauczyciela. — Mam zajęcia, Wright. Jeżeli masz pytanie dotyczące pracy domowej, trzeba je było, do diabła, postawić na lekcji.
Arthur przełknął ślinę, a Eames poczerwieniał, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że są obserwowani przez innych uczniów. Wysilił się na bardziej odpowiedni ton.
— Słuchaj, albo zapytasz natychmiast, albo zgłosisz się do mnie na dyżur, dobrze?
— Kiedy mówił pan o antytezie, miał pan na myśli tylko ujęcie tematu w podstawowej formie sonetu czy też wszystkich gatunkach liryki?
Głos Arthura był zrównoważony, czysty i absolutnie spokojny. Eames spuścił wzrok, kiedy ludzie z nowo przybyłej klasy zaczęli zerkać na tablicę z wypisanym na niej zadaniem, któremu rzeczywiście brakowało precyzyjności sformułowania.
— Przepraszam Wright. Boli mnie głowa — mruknął Eames tonem, który idealnie pasował do tego, co czuł Arthur otwierając oczy w niedzielne przedpołudnie. — To jak najbardziej uzasadnione pytanie. Hmm, w zasadzie chodziło mi o sam zabieg ukazywania przeciwstawnych treści, ale nie krępuj się posłużyć przy tym dowolną formą liryczną. Szalej sobie nawet z haiku2, jeśli odczujesz taką potrzebę. Jasne?
Uśmiechnął się blado, co Arthur skwitował sztywnym skinieniem głowy.
— Tak, panie profesorze — odparł spokojnie i wyszedł.
Kiedy Ariadne przechwyciła go na zewnątrz przed próbą, udało mu się wreszcie odzyskać panowanie nas własnym ciałem do tego stopnia, żeby nie trząść się jak osika.
— Jak się czujesz? — zapytała szeptem i złapała go mocno za rękę.
Razem przekroczyli próg sali i o mały włos nie wpadli na Nasha, który skrzywił się paskudnie na ich widok i nakazał im się pospieszyć.
— Zależy ci, żeby się spóźnić? — wycedził do Arthura i uśmiechnął się złośliwie, oblizując wargi. — Chyba nie chcesz jeszcze bardziej zmącić szczęścia waszej sielanki?
Arthur nie skomentował. Puścił dłoń Ari, ścisnąwszy ją krótko.
— Wszystko w porządku — powiedział i ruszył w kierunku sceny.
Miał wrażenie, jakby ulotniło się z niego wszelkie ciepło. Czuł chłód na całym ciele nawet w jaskrawym blasku reflektorów. Patrzył na zniekształcone groteskowo cienie pozostałych członków zespołu i zadrżał, kiedy w jednym z nich rozpoznał zarys postaci nauczyciela. Eames poruszał się i mówił jak ktoś, kogo Arthur znał, i wymagał od niego tego samego co zawsze, ale między nimi nie było niczego poza pustką, niczego poza dotkliwym brakiem żaru w słowach lub gestach. Arthur prawie uśmiechnął się do niego ze współczuciem, kiedy zauważył, jak Eames drży pomiędzy kolejnymi scenami.
Hamlet poruszał się, mówił i czuł przez Arthura, i był jedyną naprawdę żyjącą osobą ubraną w jego skórę. Litował się nad Eamesem, który musiał trzymać się na uboczu, bez możliwości wejścia w rolę i zatracenia się w niej tak jak Arthur, i jeżeli dziś rozpacz Hamleta wypadła jeszcze autentyczniej niż zwykle, a jego udręka bardziej przejmująco, to cóż, należało to przypisać jedynie świetnej grze aktorskiej.
Po próbie Ariadne zawiozła go do domu. Na miejscu posiedzieli jeszcze przez chwilę w samochodzie. Ari w zamyśleniu przygryzała wargę, a przedłużające się milczenie Arthura najlepiej świadczyło o tym, czego tak bardzo zabrakło na dzisiejszej próbie.
— Jakbym patrzyła na obcych sobie ludzi — wyszeptała Ariadne, podsumowując cały dzień, i spojrzała na niego z nadzieją w oczach.
Arthur przytaknął.
— Jutro będzie lepiej — powiedział zgodnie z tym, co odczuwał, i otworzył drzwi samochodu, patrząc z krzepiącym uśmiechem na jej zmartwioną, bladą, kochaną małą twarz. — Obiecuję.
Pomachał jej i odczekał, aż odjedzie, a dopiero potem wszedł do domu. Wziął prysznic i stał pod cudownie gorącymi strumieniami wody, zanim rozgrzał się na tyle, by znieść myśl o tym, z czym znów przyjdzie mu zmierzyć się nazajutrz.
Stanął przed lustrem z ręcznikiem owiniętym luźno wokół bioder i zapatrzył się na swoje odbicie.
Jego mina nie wyrażała absolutnie niczego. Nie był to najprzyjemniejszy widok, ale że nosił tę maskę na twarzy przez cały dzień, przyrosła do jego rysów tak, że nie mógł winić jej za ukrywanie szalejącego w nim chaosu.
Westchnął i zachwiał się lekko na nogach. Zrezygnował dziś zarówno z biegania, jak i pływania, bo już samo stanie powodowało ból mięśni, zbyt spiętych od ciągłej gotowości odparcia potencjalnego wybuchu ze strony Eamesa. Stan podwyższonej czujności przeszedł w kamienne zmęczenie, kiedy na próbie Eames pozostał na boku, kierując ich grą z cieni wokół sceny. Układ między nimi był już teraz tak inny, że sama myśl o piątkowym zdarzeniu stała się śmiesznie nieprawdopodobna.
A jednak…
Arthur zatrząsnął się przed lustrem, nie tyle z zimna, co pod wpływem zastraszająco żywego wspomnienia zarostu Eamesa na swojej skórze, zębów kąsających łuk szczęki, niemożliwie pełnych, gorących warg, które przesuwały się po policzku i szyi, zanim wbiły się brutalnie w jego własne, rąk zaciśniętych mocno we włosach, pocałunków, zapamiętałych, głębokich i do utraty tchu, dźwięku swojego imienia szeptanego prosto w otwarte usta…
Skupił wzrok na tym, co pokazywało mu lustro: zagubionego, słaniającego się chłopca o ciemnych oczach i zaczerwienionych policzkach; z ustami drżącymi z braku drugich ust, do których mogłyby przylgnąć; z włosami zwisającymi luźno na karku, bez rąk, które mogłyby je pogłaskać albo odgarnąć; zmarzniętego bez kogoś, kto mógłby go ogrzać, rozpalić
Arthur przesunął gniewnie grzbietem dłoni po oczach, ubrał się pospiesznie i chwycił najostrzejsze nożyczki, jakie miał u siebie. A potem skierował się do drzwi prowadzących do mieszkania matki.
— Mówiłaś, że zawsze mogę zwrócić się do ciebie w razie potrzeby? — krzyknął, zbiegając po schodach. Mama wróciła właśnie z pracy i stała w drzwiach kuchni, wciąż w swoim nienagannym kostiumie, mierząc zaskoczonym wzrokiem jego jeansy i sweter, przyklejone do wilgotnej skóry, i nagie stopy, przykurczone na zimnych płytkach posadzki. — Pomożesz mi?

+++

Następnego dnia po wejściu do szkoły Arthur od razu zobaczył Eamesa, który stał niedaleko grzebiącej w swojej szafce Ariadne. Ari zagapiła się na Arthura w niemym zdumieniu.
Uśmiechnął się do niej i zbliżył powoli, doskonale świadomy, że przykuwa nie tylko jej wzrok, ale i pełną uwagę Eamesa, który to fakt nie dotarł jeszcze do towarzyszących mu nauczycieli, nadal zasypujących go banałami o pogodzie.
— Nie podoba ci się? — zapytał Arthur sucho.
Ari powolutku opuściła uniesione do ust ręce.
— Och, Arthur… — powiedziała tonem oscylującym gdzieś pomiędzy głębokim szokiem a tym okropnym, łagodnym smutkiem, który wciąż odczuwała z jego powodu. — Są takie… krótkie.
Zmarszczył nos i uśmiechnął ponownie mimo wypływającego na twarz rumieńca. Przesunął wnętrzem dłoni po włosach i poczuł, jak palce natychmiast kleją się od żelu.
— Pomyślałem, że w tej fryzurze będę wyglądał bardziej książęco — zadrwił dobrodusznie.
Włosy były krótkie. Nie tak strasznie, jak wydawało się Ariadne — jako że matka stanowczo odmówiła ich radykalnego obcięcia — ale przygładzone żelem i zaczesane z elegancką nonszalancją do tyłu sprawiały, że Arthur wyglądał dojrzalej i zarazem tak, jakby przestał się chować.
Znikła sięgająca podbródka kurtyna czarnych włosów, za którą się ukrywał. Przepadły wijące się luźno na karku kosmyki. W zamian pojawiła się długa, obnażona szyja i nieprzesłonięte niczym, ciemniejsze niż zwykle oczy. Arthur pochlebiał sobie, że wygląda teraz bardziej dystyngowanie, co podkreślił węzłem krawata, uzupełniającym jego tradycyjną kombinację koszula plus sweter. Trwały ucisk we wrażliwym wgłębieniu tuż poniżej krtani przypominał mu nieustannie, że ma w sobie wystarczająco siły i woli, by znieść wszystko (czymkolwiek by to nie było i, wielki boże, niech Eames w końcu odwróci wzrok).
— Jest… w porządku, zupełnie w porządku. Naprawdę. Podoba mi się. — Ari ledwo nadążała z zapewnieniami. Wyciągnęła rękę, żeby jak zwykle podczas ich rozmów założyć mu za ucho kosmyk włosów i zastygła, bo nie znalazła żadnego. — Po prostu… Wyglądasz tak inaczej.
Jego uśmiech złagodniał.
— To dobrze. Na tym w zasadzie polegał cały pomysł.
Przygryzła wargę i skinęła głową, kompletnie nieświadoma, że ma za plecami patrzącego nieruchomym wzrokiem Eamesa. Odwróciła się i wyjęła z szafki kilka ciężkich książek, które wsunęła do torby, mrucząc coś pełnym zrozumienia tonem, ale Arthur zdążył już powędrować spojrzeniem gdzie indziej. Serce waliło mu brutalnie o żebra.
Oczy Eamesa były wielkie i niemal puste poza migoczącym w nich cieniem zdziwionego bólu. Przez sekundę patrzyli na siebie. Uśmiech Arthura rozpłynął się w jednej chwili.
Przełknął ślinę i ledwo dostrzegalnie skinął głową. Spiął się na całym ciele, kiedy Eames zacisnął wargi, a po jego twarzy przebiegł krótki skurcz cierpienia. Odpowiedział Arthurowi tym samym oszczędnym kiwnięciem, przeprosił innych nauczycieli, odwrócił się i zniknął w głębi korytarza.
Arthur westchnął i zignorował nagłą potrzebę oparcia się czołem o chłodny metal drzwiczek swojej szafki.
— Przybywaj jak najszybciej, czerwcu — mruknął pod nosem.

+++

Po południu udało mu się spławić Ari. Nie czuł się na siłach sprostać ciężarowi jej spojrzenia, gdy tylko pierwszy szok ustąpił miejsca podejrzliwości, jak gdyby jego następnym krokiem po obcięciu włosów miało być wydepilowanie sobie brwi do zera, przyozdobienie ich łysego łuku rządkiem kolczyków i wytatuowanie na czole CHORY Z MIŁOŚCI. I choć bawiła go uwaga, jaką Ariadne poświęcała jego małej, choć najwyraźniej szokującej zmianie, chciał się po prostu odprężyć i mieć ten dzień za sobą.
Po wszystkim doszedł do wniosku, że następnym razem sprawdzi stan chmur, zanim dyplomatycznie odrzuci jej propozycję podwiezienia do domu.
Mimo że był marnym ekspertem w dziedzinie zachęcania Ari do dalszych zabiegów o względy Yusufa, zdecydowanie wolałby przecierpieć męki kierowania jej myśli na te właśnie tory przez czas potrzebny na pokonanie trasy ze szkoły zamiast — znów — stać teraz niczym żałosna, mokra kupka nieszczęścia w powodzi lodowatego deszczu, który najwidoczniej miał ambicję opłukać Seattle do czysta.
Czoło zaczęło mu drętwieć, co odnotował z niejakim rozbawieniem. Wcisnął podbródek głębiej pod kołnierz płaszcza i objął się ramionami, żeby wykorzystać resztkę tlącego się w nim jeszcze ciepła. Nie mógł uwierzyć, jak zimno było mu w twarz bez osłony włosów, powstrzymujących najbardziej bezlitosne ataki deszczu.
Śmiejąc się i przeklinając na przemian, zmusił się do wyciągnięcia dłoni spod pach i otarcia natrętnych kropli z oczu i nosa. Zastanowił się przelotnie, co było gorsze, ociekająca wodą twarz czy przemarznięcie do szpiku kości. Odwrócił się lekko od opustoszałego przystanku w kierunku jezdni, tak by stanąć pod lepszym kątem w stosunku do lejących się z nieba strug. Przesunął szybko palcami po kościach policzkowych — i nagle patrzył prosto na niebieskiego sedana, otoczonego przez inne samochody.
Arthur natychmiast dostrzegł Eamesa za przednią szybą i zastygł, nie reagując najmniejszym ruchem, gdy wóz przesunął się nieznacznie do przodu. Spojrzeli sobie w oczy z tą samą mieszaniną przerażenia — i, wielkie nieba, żalu — i Arthur obrócił się bezradnie na pięcie, dobrze wiedząc, że nie ma żadnej drogi ucieczki. Stał zwrócony plecami do Eamesa, zaciskał mocno piekące powieki i znowu wystawiał twarz na pastwę deszczu.
Zagryzł zęby, stłumił okrzyk niepowstrzymanej wściekłości — to było tak niesprawiedliwie, tak kurewsko niesprawiedliwe — skulił ramiona i objął się gwałtownie rękami (drogi boże, co za żałosna parodia), ponaglając Eamesa, żeby odjechał, żeby już go tu nie było. Miał nadzieję — nie, nie nadzieję, ale rozpaczliwie powtarzane w myślach życzenie, że Eames zrozumie.
Stał w ulewie przez czas, który wydał mu się godzinami, plecami do ulicy, aż wreszcie wymowny świst hamulców pneumatycznych zasygnalizował przybycie autobusu. Arthur wsiadł chwiejnym krokiem, ze wzrokiem uparcie wbitym w ziemię, i nie pozwolił sobie na ani jedno zerknięcie na ulicę, dopóki nie opadł na siedzenie, znacząc kroplami deszczu siedzących obok pasażerów.
Samochód zniknął. Tak jak Eames.
Arthur skinął krótko głową.
Tak jak trzeba, pomyślał z odrętwieniem i zapragnął, żeby rzeczy, które zrobić należało, nie wydawały się tak okropnie błędne.

+++

Tego wieczoru pływał, dopóki ramiona nie zaczęły strajkować z bólu. Wyszedł z basenu, ledwo trzymając się na nogach, i westchnął, kiedy matka wydała dźwięk niezadowolenia.
— Już dobrze — mruknął na jej gniewną tyradę pod adresem Ricka, który miał czelność nauczyć go tego przeklętego stylu. — Po prostu musi trochę potrwać, zanim się przyzwyczaję, to wszystko.
Wstrzymał oddech na widok raptownej zmiany na jej twarzy, ale zanim zdołał zareagować na wypisane na niej współczucie bez wybuchu złości lub rozpaczy, czoło matki wygładziło się, a na usta wypłynął lekki uśmiech.
— Cały mój chłopiec — powiedziała i zostawiła go w spokoju.
Później, gdy leżał już w łóżku, ociężały po późnej kolacji i forsownych wyczynach w basenie, przypomniał sobie własne słowa i znalazł w nich dziwną pociechę.
To musi trochę potrwać, ale się przyzwyczai.
Będzie nieprzyjemne — będzie BOLAŁO — ale z czasem stanie się do zniesienia.
Odetchnął głęboko i zamknął oczy.
Będzie musiało.

+++

Marzec przyniósł najpierw ulewne deszcze, a potem zapowiedź śniegu. Zrobiło się tak zimno, że wargi Arthura spierzchły i popękały od biegania na okrutnym chłodzie. Ariadne omal nie przygwoździła go do szafki, usiłując dobrać mu się do ust swoim sztyftem pielęgnacyjnym i w efekcie rozprowadziła mu go po całej twarzy, dopóki się nie poddał i zgodził namaszczać regularnie przez cały dzień jej miętowym szaleństwem. Tłustawy połysk na wargach Arthura dał Nashowi i jego akolitom kolejny powód do kpin, ale dzięki pielęgnacji skóra na ustach zagoiła się szybko. Całkiem niezłe osiągnięcie, zważywszy, że zaciskał je bez przerwy, by nie zdradzić żadnej reakcji na nowy reżyserski styl Eamesa.
Eames zrobił się kąśliwy (na szczęście w stosunku do każdego) i sprawiał wrażenie ciągle poirytowanego, zarówno na lekcjach, jak i próbach. Mimo że jego zachowanie wzbudziło sporą sensację wśród uczniów, pozostał jednym z ich najulubieńszych nauczycieli. Jego uszczypliwość była niezbyt wygórowaną ceną za ogólną wspaniałość, choć przypuszczalnie tylko Arthur i Ariadne zauważyli, że jego uśmiech nie obejmował już oczu.
Z kolei Arthur doprowadził swój własny nowy uśmiech niemal do perfekcji. Nauczył się podciągać kąciki ust do góry i jednoczesnym szerokim otwarciem oczu sygnalizować grzeczne zainteresowanie. Pokazanie kilku zębów oznaczało rozweselenie, a gdy chciał udać, że umiera ze śmiechu, dodatkowo spuszczał głowę. Te trzy kombinacje wystarczały, by poradzić sobie na lekcjach i wśród kolegów (tych bardziej denerwujących pozbywał się z łatwością przy pomocy miny, którą Ariadne zwykła tytułować obliczem zagłady), a na użytek prób i godzin angielskiego przywdziewał nieco prostszą w obsłudze (chociaż o wiele gorszą) beznamiętną maskę, opanowaną po mistrzowsku z czystej konieczności.
Eames sarkał, drwił, ironizował, pluł jadem i warczał, a Arthur ani razu się nie uchylił.
Nauczył się bezbłędnie przepowiadać, co Eames może powiedzieć, zrobić lub chcieć, zanim on sam zdążył o tym pomyśleć. Nie mógł sobie niczego zarzucić. Owszem, zdarzało się, że musiał znosić przypływy i odpływy gniewu nauczyciela wraz z resztą klasy, ale przynajmniej miał pewność, że nie był celem jego ataków.
Tylko ich przyczyną.
W ciągu tych kilku tygodni po… wycieczce do teatru Arthur wyznaczył sobie małe cele i zadania do osiągnięcia, co pozwalało mu pozostać przy zdrowych zmysłach. Jak zwykle wychodził na bieżnię, ale tym razem biegał ze stoperem, chcąc sprawdzić, jaką trasę uda mu się pokonać w przeciągu ustalonego czasu. Wieczorami pływał, najpierw kilka długości na rozgrzewkę, następnie przechodził do trenowania swojego wciąż nędznego motylka, a na koniec szedł do siebie, by zmierzyć się z przepisami ze swojej nowo kupionej książki kucharskiej.
Gotowanie sprawdzało się całkiem nieźle jako terapia zajęciowa, ale większość dań pozostała nietknięta, bo nad wszystkim, co robił, wisiało niczym miecz Damoklesa hasło NIE MYŚLEĆ O EAMESIE.
Jakoś przez to przejdę — z czasem będzie bolało mniej — jeszcze tylko ta jedna lekcja, dzień, tydzień — dam sobie radę — TYLKO. SIĘ. TERAZ. NIE. ZAŁAMAĆ.
Wyprostowany jak struna, ze wzrokiem skupionym na tym, co chciał osiągnąć, bardziej ambitny niż zwykle, Arthur parł naprzód i prawie nigdy nie oglądał się za siebie.
Prawie.



— Arthur.
Zesztywniał, zaskoczony głosem Eamesa. Skulił ramiona pod lodowatym podmuchem wiatru.
— Arthur, wsiadaj. Chyba powinniśmy porozmawiać, jak myślisz?
Było mu zimno i czuł się paskudnie, zmęczony nieustannym robieniem tego, co należało dla człowieka, który najwyraźniej nie potrafił zostawić go w spokoju.
— Jasne — powiedział ironicznie i wsunął się niezgrabnie do wnętrza samochodu.
— Dokąd cię zawieźć? — zapytał Eames uprzejmie.
Ręce Arthura drżały z powstrzymywanej potrzeby dotknięcia wszystkiego, co znajdowało się w ich zasięgu, jakby nie mógł uwierzyć, że naprawdę znów siedzi w sedanie.
— Wszystko jedno, byleby dalej stąd — mruknął i zapatrzył się w przesuwającą się panoramę za oknem, dopóki nie zatrzymali się przed jego domem. — Wejdziesz? — wyszeptał i zamknął oczy, przerażony dźwiękiem otwieranych drzwi po stronie kierowcy.
Eames powoli wspiął się za nim po schodach i stanął obok, gdy Arthur przekręcał klucz w zamku.
— Ładnie tu u ciebie — powiedział, kiedy weszli do mieszkania.
Usiedli razem na kanapie, obaj sztywno wyprostowani, z dłońmi na kolanach i wzrokiem skierowanym przed siebie. Arthur stwierdził, że formalność ich zachowania jest zbyt bolesna.
— Tęskniłem za tobą — szepnął i zamknął powieki, słysząc westchnienie Eamesa.
— Nie powinienem tu być, Arthurze — odpowiedział miękko.
Arthur przełknął łzy, które gwałtownie napłynęły mu do oczu.
— Nie mogę znieść twojego wzroku — powiedział z rozpaczą. — Wiesz, że kiedyś, gdy na mnie patrzyłeś, zawsze się uśmiechałeś? Nawet jeśli tylko samymi oczami… Zawsze był w nich uśmiech. A teraz patrzysz na mnie jak… jak…
— Nie powinno mnie tu być — powtórzył Eames niskim, poważnym głosem. — Dlaczego tu jestem?
Arthur z całej siły zacisnął powieki i zadygotał, czując na policzkach gorące strużki nieposłusznych łez.
— Nie brakowało ci mnie ani trochę?
— Arthur. — Ton Eamesa był teraz ostry, zaalarmowany. — JAK JA SIĘ TU ZNALAZŁEM?
Arthur zmarszczył czoło.
— Ty po prostu… — zamilkł nagle, przypominając sobie kolejno zdarzenia całego dnia. Łzy wciąż spływały mu po twarzy.
O nie… Nie.



Arthur otworzył oczy.
Usiadł powoli i wbił wzrok w ciemność swojej sypialni.
3:58. Niewzruszona zieleń cyferek w mroku.
Arthur wpatrywał się w tarczę budzika przy łóżku, dopóki urwany, głośny oddech nie uświadomił mu, że płacze również na jawie.
— Cholera jasna.
Wyplątał się z pościeli i chwiejnym krokiem przeszedł na środek pokoju. Zatrzymał się i mocno potarł twarz, wodząc spojrzeniem między pustą kanapą-zdrajczynią a swoim łóżkiem-oszustem.
— Cholera — powtórzył gorączkowym szeptem i, złapawszy ręcznik i kąpielówki, wybiegł na basen.
Pływał w samotności do chwili, kiedy matka wstała i dołączyła do niego. W ciszy i skupieniu pokonywali razem jedną długość basenu za drugą, zanim nadszedł czas, by rozpocząć nowy dzień.

+++

Arthur zamknął oczy i pozwolił swojemu ciału drżeć w rytmie uderzeń serca. Stał w stożku scenicznego światła, którego ciepło okrywało go jak gruby koc i przenikało aż do kości.
— Ale jestem wykończony — szepnął do siebie, niezdolny do przefiltrowania własnych myśli, zanim spłynęły mu na usta.
Zmusił się do uniesienia powiek, kiedy usłyszał, jak Eames wybiega zza kulis, i kolejny raz przybrał uważną minę.
— Dobra… Przeklęta kurtyna znów się zacięła, więc zostajemy na przodzie sceny, jasne? Arthur, zaczynaj od początku drugiej sceny, akt piąty. Zobaczymy, czy uda nam się dociągnąć do końca, zanim ta cała sala zawali nam się na łeb. Dalej.
Arthur zaczerpnął głęboko tchu, zrobił krok naprzód, skupiony na Petersie — swoim Horacym — i zaczął deklamować o nędznym (najwyższy czas) losie Rozenkranca i Gildensterna, starając się zapanować nad ołowianym zmęczeniem i natrętnym, gryzącym smutkiem, który zadręczał go od momentu przedwczesnego przebudzenia.
Trochę trudno było mu dopasować gesty do znacznie zredukowanej przestrzeni na scenie, ale że po próbie czytanej każdy ruch stanowił bonus, pracował z tym, co miał do dyspozycji. Próbował oddać narzucone ograniczenia jako pełne smutku usprawiedliwienie Hamleta za popełnione czyny, nawet jeśli miałoby to oznaczać w efekcie jego śmierć.
— Nie! Od nowa, Wright. Już to przecież przerabialiśmy. Owszem, on się nadal kontroluje, ale coraz gorzej mu to wychodzi. Jest w równym stopniu nieobliczalny, co wytrwały w dążeniu do celu, więc pokaż mi coś z tego cholernego konfliktu, dobra?
Pobudzony temperament Eamesa dawał o sobie znać również w wymowie: spółgłoski w jego ciętych słowach brzmiały ostrzej, a samogłoski okrąglej, bardziej brytyjsko niż zwykle. Arthur przełknął ślinę i kiwnął głową. Zaczął od początku, czując drżenie opuszczonych luźno rąk.
Dotarł do przeprosin Hamleta, trudnych, ale płynących z serca. Z uśmiechem wykrzywiającym mu rysy spięte od ukrywania trosk — Hamleta i własnych — już wyciągał rękę do Laertesa, gotowy do pojednania z nim, gdy nagle zniecierpliwiony głos Eamesa brutalnie zakłócił jego koncentrację.
— Wright! Stop, stop, natychmiast. — Nauczyciel wyrzucił z siebie potok cichych przekleństw, stłumionych jeszcze bardziej, kiedy przesunął dłońmi po twarzy w geście irytacji, krążąc w cieniu kulis jak wściekły tygrys po klatce. — Powiedziałem konflikt, a nie przeświadczenie. Hamlet próbuje wytłumaczyć się z morderstwa, na rany boskie. Przyjacielski uścisk dłoni raczej nie załatwi sprawy, do jasnej cholery. Ale wciąż się stara i mówi szczerą prawdę, chociaż robi to z wielkim wysiłkiem i jakby wbrew sobie. Żałuje swojego czynu, ale zabił człowieka i to go zmieniło. Widzowie muszą zobaczyć walkę między Hamletem takim, jakim usiłuje być, a takim, którym się stał, więc, do diabła, skończ wreszcie z tą swoją przeklętą rutyną cyborga i pokaż mi trochę uczucia, dobra?!
Arthur, który cofnął się już w połowie wybuchu Eamesa, omal nie załamał się na dźwięk wciąż znienawidzonego przezwiska. Przywołał się do porządku i zdobył na krótkie skinienie głowy, dobrze wiedząc, w jakim kierunku powędrowały wszystkie spojrzenia. Cisza, która zapadła nagle na sali — nie licząc dobiegającego z mroku stłumionego chichotu Maurice’a i jego orszaku — podkreśliła tylko następne niecierpliwe westchnienie Eamesa.
— Słuchaj, ja wiem, że wszyscy bardzo się staramy, ale prosiłem o intensywność uczuć, a ty zamiast tego prezentujesz mi emocjonalne zatwardzenie. Rozumiesz mój problem, skarbie?
Śmiech dobiegający z okrytych ciemnością odległych miejsc na widowni przybrał na sile i Arthur poczuł, jak coś pali go w środku. Nie chodziło o ból wywołany tym topornym sarkazmem (choć, oczywiście, bolało okrutnie), tylko o to, że… jak on mógł?
Jak on ŚMIAŁ?
Arthur zmrużył oczy i jeszcze raz kiwnął ostro głową w kierunku majaczącej w cieniu sylwetki nauczyciela.
— Tak, panie profesorze — szczeknął i powrócił do pozycji wyjściowej. I jeżeli Peters syknął, kiedy Hamlet potrząsnął mocno jego dłonią, przepraszając go z głębi swojego udręczonego konfliktami i złamanego serca, to trudno, miał pecha.
Koniec próby przebiegł w porównaniu z tym znacznie spokojniej. Eames był rozczarowany, że nie mieli miejsca, by przećwiczyć wynoszenie ze sceny Arthura i innych trupów, ale przynajmniej teraz kierował swoje złośliwe uwagi wyłącznie do zespołu technicznego, któremu nadal nie udało się naprawić zaciętej kurtyny ani podnośnika do zmiany dekoracji mimo gorących słów „zachęty” ze strony reżysera.
Arthur dostrzegł bladą twarz Ariadne pomiędzy innymi, gdy tylko opuścił krąg światła. Wyraźnie widział w jej oczach chęć pocieszenia i determinację, by zabrać go stąd jak najszybciej, ale potrząsnął głową, nie spuszczając z niej twardego wzroku. Zmarszczyła brwi i odeszła w towarzystwie Helen i paru innych dziewczyn.
Pomógł ustawiać krzesła i składać rekwizyty. Skrzywił się, gdy technicy przestawili główny jupiter na ostry, końcowy błękit (efekt dość dramatyczny, ale korzystny jako sygnał do zaciągnięcia kurtyny, jak utrzymywał Eames) i uciekł przed jego blaskiem za kulisy, wciąż szukając następnego zajęcia dla swoich niespokojnych, roztrzęsionych palców.
I wtedy nagle znalazł się twarzą w twarz — i sam na sam — z Eamesem.
Nauczyciel, który przykucał pod przeciwległą ścianą i z gniewnym mamrotaniem zbierał coś, co wyglądało na zapomniane filtry do reflektorów, uniósł wzrok i jeszcze bardziej zmarszczył brwi na widok Arthura skąpanego w blasku jaskrawoniebieskiego światła. Wstał z westchnieniem, zrezygnowany, choć jego mina zdradzała jeszcze ślady niedawnej irytacji. Wygiął usta, kiedy Arthur zbliżył się do niego, cicho i zdecydowanie.
— Posłuchaj, skarbie, wiem, że wydaję ci się teraz surowy… — zaczął i urwał, gdy Arthur złapał go oburącz za kołnierz i cisnął nim o ścianę z furią, jakiej nie doświadczył jeszcze nigdy w całym życiu.
— NIE — wysyczał chrapliwym z wściekłości głosem, nie zwracając uwagi na przemykający po twarzy nauczyciela cień gniewu. Eames złapał go za nadgarstki i ścisnął tak, że zabolało, ale Arthur nie przestawał przypierać go do ściany, twarz w twarz, oko w oko. — Nie. Mów. Tak. Do. Mnie. Nie odzywaj się do mnie w ten sposób, nie używaj nigdy więcej tego… słowa, skoro wiesz… jak ja…
Arthur przerwał sam sobie westchnieniem przerażenia i poczuł, jak uchwyt Eamesa słabnie w jednej chwili. Odwrócił buchające złością spojrzenie w bok, gdy nauczyciel zacisnął powieki, jakby nie mógł znieść brzmienia tego stłumionego jęku. Ręce Eamesa zsunęły się w dół i spoczęły przez jeden krótki moment na jego biodrach, ale Arthur już oderwał się od niego i przebiegł dzikim wzrokiem po otaczających ich cieniach w poszukiwaniu potencjalnych świadków. Nie znalazł niczego oprócz przyjaznej tajemnicom ciemności, rozproszonej błękitną poświatą, która tylko podkreślała żal widoczny w otwartym, szaroniebieskim spojrzeniu.
Arthur przełknął ślinę i zrobił następny krok w tył, a potem jeszcze jeden. Nie spuszczał oczu ze zmiętego kołnierzyka koszuli Eamesa, czując, jak ulatniają się ostatnie resztki jego złości.
— Nazywaj mnie cyborgiem, robotem, Pinokiem, porażką, czym sobie chcesz — odezwał się prawie spokojnym tonem. — Ale nie…
Nie potrafił wymówić tego na głos. Wzrok nauczyciela przeniósł się na jego wykrzywione z bólu usta i nie pozostało mu nic innego niż odwrócić się do Eamesa plecami, zanim zobaczy, jak jego wargi układają się do słów błagania, które tak bardzo pragnął wyszeptać. Wyprostował się, odsunął kurtynę i wyszedł w mrok i chłód, kierując kroki w stronę parkingu, tam, gdzie Ariadne czekała na niego z cichym wsparciem i kubkiem parującej kawy.

+++

Tej nocy śniło mu się, że jest za kulisami. Słyszał głosy, wzywające go nieprzerwanie na scenę. Błękitne światło przedzierało się przez szparę w kurtynie i padało w kąt, w którym stał z twarzą przytuloną do szyi Eamesa, opleciony jego ramionami — i czekał, aż ktoś złapie za brzeg kurtyny i odsłoni ją zupełnie.
Skarbie, szeptał Eames desperacko w jego ucho i Arthur drżał, obejmując go jeszcze mocniej.
Skarbie.
Zdawało mu się, że sen ciągnie się przez całą noc, że tych kilka nieprzytomnych chwil trwa tyle co godziny, więc gdy otworzył oczy na uporczywe brzęczenie budzika, nie był w stanie powrócić do świata jawy. Walnął ręką w guzik z funkcją drzemki i z powrotem wcisnął twarz w zapraszająco nagrzaną poduszkę. Błękitny blask jeszcze raz rozjarzył się pod jego powiekami.
Gdy wreszcie zmusił się do otrząśnięcia z resztek snu i skonfrontowania z rzeczywistością, okazało się, że zachowanie Eamesa nabrało bardziej stoickiego charakteru, a po klasie zaczęła krążyć fala gorących plotek o jego raptownej zmianie kursu z wybuchowego na refleksyjny.
Arthur wzruszał ramionami, gdy pytano go o zdanie na temat najnowszego zachowania nauczyciela, ale po dokonaniu pewnej ostrożnej obserwacji stwierdził z tępym smutkiem, że Eames ma dla świata tylko trzy (przerażająco znajome) rodzaje uśmiechów i że żaden z nich nie przewiduje udziału jego oczu.
— Najwidoczniej trochę się uspokoił — podsumowała Ari tonem wyrażającym taką oczywistość, jak gdyby zakładała, że Arthur od razu domyśli się, o kim mowa. — Przynajmniej przestał tyle wrzeszczeć.
Arthur odgryzł kawałek kanapki i przeżuwał długo w zamyśleniu, po czym powoli kiwnął głową.
— Na to wychodzi — zgodził się i skupił na jedzeniu.
Robot, pomyślał, obserwując ukradkiem, jak Eames rozmawia z innymi uczniami i nauczycielami. Zastanowił się mimochodem, na kogo z nich dwóch Eames złościł się tak naprawdę — na Arthura czy siebie samego.

+++

Tego dnia Arthur wybrał się na boisko mimo lodowatego deszczu, odrętwiały po całym dniu noszenia na twarzy maski niewymuszonej obojętności. Oczy bolały go z wysiłku odwracania wzroku od Eamesa poza momentami, w których wypadało na niego patrzeć. Palce zesztywniały od ciągłego zaciskania w pięści, żeby powstrzymać się przed wyciągnięciem rąk i porwaniem go w objęcia.
Ariadne siedziała na trybunach, przyglądała się mu i czekała, aż skończy biegać i będzie mogła zawieźć go do domu. Ale chociaż był jej wdzięczny za niewzruszone wsparcie, z całego serca wolał, by znalazła się teraz setki mil stąd, ponieważ najdrobniejszy z jej ruchów przyciągał jego wzrok w kierunku ławek, tak jakby Arthur wciąż mógł oczekiwać, że zobaczy tam Eamesa, po dawnemu obserwującego, czekającego, dokładnie jak wtedy, tamtego dnia, kiedy Arthur posłuchał głosu swojego serca, wszedł na trybuny i stanął przed nim.
Nie spiesz się, skarbie… Mogę zaczekać.
Arthur prychnął i skoncentrował się wyłącznie na kawałku bieżni przed sobą, zdecydowany wyprzeć ze świadomości zarówno obecność Ariadne, jak i wspomnienia, z jednym celem przed oczami: pędzić w maksymalnym tempie i do utraty sił. Deszcz spływał po jego skórze, nogi pracowały wytrwale, oddech palił w płucach. Przyspieszył, sięgając własnych granic. A potem przyspieszył bardziej.
Pod koniec trzeciego okrążenia spróbował wydłużyć krok i pobiec jeszcze szybciej. Mięśnie odwrzasnęły bólem, ale nie odmówiły posłuszeństwa. Wciąż niosły go naprzód rozpaczliwą resztką energii, gotowe pomóc Arthurowi osiągnąć cel, zrobić wszystko, by poczuł się mniej bezsilny, mniej podobny do zepsutej marionetki — tak jak przysiągł to sobie pod domem Eamesa, zanim zaczął miotać się bezradnie w jej doszczętnie zaplątanych sznurkach.
Pokonał wiraż i wbiegł na ostatnią prostą, łapiąc oddech otwartymi ustami, i nagle oślepiła go eksplozja białego światła. Potknął się, stracił równowagę i upadł. Niesiony siłą rozpędu przekoziołkował kilkakrotnie po twardej tartanowej nawierzchni, wciągając głowę w ramiona i próbując osłonić się przed najgorszym.
— ARTHUR?!
Paniczny krzyk Ariadne dotarł do jego uszu w chwili, gdy znieruchomiał z czołem na mokrej i zimnej bieżni. Leżał, dyszał i szczękał zębami, a całe jego ciało dygotało pod wpływem gwałtownego szoku. Nieprzejęty niczym deszcz nadal bębnił o jego skórę.
Powoli wyciągnął ramię i wsparł się otwartą dłonią o chropawą nawierzchnię. Wytężył mięśnie, odepchnął się i podniósł na kolana z jękiem, który prawie natychmiast ustąpił miejsca cichemu, pozbawionemu radości śmiechowi.
— Nie mogę robić sobie tego bez końca — szepnął i zamknął oczy, żeby uchronić je przed spływającymi po twarzy strużkami. Wsłuchał się w siebie, chcąc ustalić, co boli go najbardziej. Uśmiechnął się ponuro, kiedy doszedł do wniosku, że ucierpiały zaledwie rzepki i piszczele.
Odchylił się w tył na tyle, by usiąść, i patrzył na Ariadne, która gnała po drugiej stronie barierki w kierunku wyjścia na boisko — zbyt mała, żeby jednym skokiem przeskoczyć ogrodzenie, tak jak robił to on sam. I kiedyś — Eames.
Eames, westchnął w duchu, zadrżał i zacisnął szczęki. Spojrzał przed siebie, czując odnawiający się ciężar w piersi.
Naprawdę powinien z tym przestać. W tym stanie wszystko, absolutnie wszystko zdawało się przypominać mu Eamesa, ale dopóki miał jeszcze nad tym odrobinę kontroli…
Westchnął ponownie i ze smutnym uśmiechem przesunął dłonią po śliskiej, wysłużonej bieżni.
— Żegnaj, moja kochana — mruknął i podniósł się na nogi, po czym poddał oględzinom otartą do krwi skórę na łydkach i kolanach.
Ariadne podbiegła do niego chwiejnym krokiem i zatrzymała się, dysząc ciężko.
— Boże drogi, Arthur, nic ci nie jest? Jejku, strasznie przepraszam, nie miałam pojęcia, że flesz będzie aż tak ostry. Przepraszam. Stało ci się coś? — wyszlochała i chciała obmacać jego rany, ale zdążył ją ubiec. Odepchnął jej ręce zdecydowanie, ale bez gniewu.
— Uspokój się, wszystko w porządku. Serio. Biegłem za szybko jak na taką pogodę. To nie twoja wina. No przestań. — Przytulił ją mocno i niezgrabnie poklepał po głowie, czując, jak jej łzy dodatkowo moczą mu koszulkę. — Hej, jestem cały i zdrowy, dobra?
Oderwała się od niego, skinęła głową i szybko otarła oczy. A potem spiorunowała go wzrokiem, jakby zawinił wszystkim jej troskom.
— Naprawdę nic ci się nie stało? — Pociągnęła podejrzliwie nosem.
Arthur uśmiechnął się blado.
— Naprawdę — skłamał lekko i skierował Ari z powrotem do wyjścia, a sam pokuśtykał z sykiem bólu na bok bieżni po swoją torbę, wodę i bluzę z kapturem. — I tak miałem zamiar przerzucić się na pewien czas tylko na pływanie.
Wciąż kulał, gdy opuszczali boisko. Ariadne wysłuchała jego łagodnej reprymendy na temat bezsensownego uporu, z jakim robiła mu zdjęcia, i próbowała bronić się argumentem o wyczuciu artysty dotyczącym tego, co może osiągnąć rangę sztuki. A podczas gdy mówiła, Arthur zwalczył chęć obejrzenia się w tył. Miał niemal pewność, że ciemny kształt, który dostrzegł wysoko na trybunach, był tylko złudzeniem optycznym wywołanym pogodą i jego własnymi mrzonkami.
A zresztą to i tak nie grało roli.
Musiał patrzeć przed siebie.


Koniec rozdziału siódmego


1 Quiche to rodzaj nadziewanego pikantnego ciasta, bardzo popularnego we Francji.
2 Haiku to tradycyjna japońska forma poetycka. Są to krótkie, przeważnie żartobliwe wiersze.
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Postprzez Veldrin » 17 kwi 2013, o 18:58

Jestem dzisiaj w paskudnym nastroju, a ten rozdział zdecydowanie mi go nie poprawił. Wręcz przeciwnie, popadłam w jeszcze gorszą melancholię. Arthur emanuje tak ogromną rozpaczą, żalem i apatią, że to aż boli. Lecz trzeba mu przyznać, że jest wyśmienitym aktorem. Potrafi odłożyć na bok swoje rozterki miłosne tylko po to, aby nie pokazać Eamesowi jak go zranił. Podziwiam go, lecz jednocześnie czuję się okropnie. Jak można w sobie to wszystko dusić? Jak on to robi? Ile ten chłopak musi mieć w sobie siły, by móc bez dostania drgawek spojrzeć w oczy swojej miłości. Irytuje mnie Ari z tą swoją opiekuńczością i empatią. Wiem, że chce dobrze i ja prawdopodobnie na jej miejscu zachowałabym się tak samo, ale mnie jako czytelnika niesamowicie to denerwuje. A może tylko przez mój humor tak czuję?
Ogromnie ucieszyłam się, gdy Arthur ściął włosy, bo powiedźmy sobie szczerze, on w długich włosach? Kompletnie mi to nie pasowało i odkąd zobaczyłam takie właśnie zdjęcie na początku któregoś rozdziału, z ogromną zawziętością starałam się je wyrzucić z mojej wyobraźni. Nie zwracałam uwagi kiedy był jakiś wątek o wkładaniu mu włosów za ucho, lub gdy jakieś kosmyki kleiły mu się do szyi albo gdy Eames wplątał dłoń w jego włosy. Dla mnie istnieje tylko Arthur w krótkich włosach i jestem przeszczęśliwa, że teraz nie muszę się zmuszać do wyobrażania sobie ich tam, gdzie ich nie ma. Przy fragmencie z matką Arthura sama myślałam, że uronię łzę. Ta kobieta jest cudowna w tym opowiadaniu. Zauważyłam, że wie o skłonności swojego syna do lubienia mężczyzn i teraz nie wiem, czy w którymś wcześniejszym rozdziale była o tym mowa i to przegapiłam? Cóż, mniejsza z tym. Sam fakt, że wie i akceptuje to, jest kolejnym plusem dodanym do jej postaci. Nie wiem co myśleć o Eamesie. Gdy nazwał Arthura "Skarbem" przy wszystkich, zatkało mnie. Chyba nigdy nie użył tego słowa w tak ironicznym kontekście jak wtedy i z całego serca nienawidziłam go w tamtej chwili. Wścieka się i miota, wyżywając na wszystkich łącznie z Arthurem, a potem sam na sam znów nazywa go "Skarbem"? Winszuję Arthurowi samoopanowania i poinformowania tego imbecyla, że nie może robić wszystkiego na co ma ochotę. Oh, cholera. Jestem okropnie smutna i na pewno ten komentarz jest do bani, ale szczerze? To chyba najlepsze na co mnie stać. Więc zostawiam to tak jak jest i dziękuję ogromnie Donnie za kolejna dawkę mojego nowego uzależnienia jakim jest "Skarb".
P.S. Tak w ogóle to już od piątku wchodziłam po dziesięć razy na stronę wyczekując nowego rozdziału, aż tu dzisiaj moja przyjaciółka piszę mi, że w końcu jest! :D A mnie oczywiście nie było w domu i jedyne o czym mogłam myśleć przez cały ten czas, gdy robiłam coś innego było to, że w końcu przeczytam "Skarba" :D
Pozdrawiam i z niecierpliwością będę odliczać te 18-21 dni, które dzielą nas teraz od kolejnego rozdziału :)
P.S.2. Aev, tobie też dziękuję ;) :*
- Chciałbym z tobą pogadać, Draco.
- To dobrze, bo gdybyś tak od razu chciał się na mnie rzucić i przelecieć pod ścianą, musiałbym stanowczo powiedzieć 'nie'. Nie jestem taki łatwy. - Draco namyślał się chwilę, taksując Harry'ego wzrokiem. - Kłamałem. Jestem łatwy. Możesz mnie przelecieć bez gadania.
Veldrin Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 535
Dołączył(a): 30 lis 2012, o 10:43
Lokalizacja: K-ce

Postprzez Okey » 17 kwi 2013, o 19:04

:lol2: Ale super, że dodałaś nowy rozdział! I nawet nie musiałam tak długo czekać! Dobrze, bardzo dobrze, bo już wczoraj myślałam, że oszaleje jeśli nie przeczytam choć jeszcze jednego rozdziału, tym bardziej, że tamten miał takie zakończenie.
Wcześniej czytałam ficki do Incepcji, też z tym parringiem, ale nie była to jakaś duża fascynacja. Uwielbiam ten film, uwielbiam filmową chemię pomiędzy Arturem i Eamesem i też to, że została ona dostrzeżona oraz przekształcona na fanfction. Ale dopiero teraz, dopiero po przeczytaniu "Skarba" jestem po prostu oszalałą fanką! :seksi: Nie robię nic innego niż szukanie ficków z tą parą, niż oglądanie filmików na youtubie i zabójczych obrazków. Przepadłam i przypuszczam, że ten fandom stał się moim ulubionym. Serio, stoi teraz na miejscu pierwszym, a za nim Harry Potter i Avengersi. Donnie, zmieniłaś mój światopogląd, że tak powiem i otworzyłaś mi oczy na wspaniały, świeży i cholernie fascynujący fandom. Dziękuję! :)
A teraz przejdę do rozdziału, bo ile można ględzić o sobie?! Teraz trochę o Arturze i Eamesie, a właściwie, o tym rozdzierającym, cholernym smutku, który wdarł się w te rozdziały. Jest mi bardzo szkoda Artura, ale też jestem dumna z jego postawy, z tego, że chłopak stara się i z tych miliona rozwalonych kawałków próbuje ułożyć się na nowo. To jak ten proces został opisany jest świetny, porażający i bardzo mnie przekonywuje. Czuje się tak jakbym przechodziła to wszystko wspólnie z Arturem. Aktualnie jestem tak związana emocjonalnie z tym bohaterem, że jeśli się okażę, że Autorka zrobiła mu krzywdę pod koniec i powiedzmy, rozdzieliła z Eamesem - to ja się chyba zabiję. Albo przynajmniej wypiję butelkę wina, wyjem całą czekoladę, jaką mam w domu i sobie zdrowo popłaczę.
Strasznie emocjonalnie podchodzę, ale co mam zrobić skoro tekst jest tak autentyczny, emocję Artura, jego myśli, jego sposób zachowania i to jak reaguje na Eamesa - po prostu czuje się jakbym była w centrum tego wszystkiego.
Wyobrażam sobie, jak Artur zdziera sobie buty na bieżni, jak cały przemoczony biegnie z całych sił, jak pływa i uparcie próbuje pozbyć się myśli. Jak gotuje, piecze, słucha muzyki i ogólnie robi wszystko żeby wrócić do swojej rutyny.
Czytając ten rozdział myślałam sobie o Eamesie i jestem bardzo zadowolona z tego, że został właśnie tak opisany, że nagle nie przeszedł do czegoś w stylu "to nie miało miejsca". Zachowywał się całkiem inaczej niż sądziłam, że będzie. Można powiedzieć, że nawet odwróciły się nam role, Artur wydawał mi się bardziej rozsądny i dorosły niż Eames. I w sumie to też kocham w ich dynamice. Wydaje mi się też, że Artur nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo oddziałuję na Eamesa. Sytuacja też nie jest dla Eamesa korzystna, nauczyciel w związku z uczniem? Nie mówię już o uprzedzeniach jeśli chodzi o homoseksualizm. Tak popatrzyć na to trzeźwym okiem, to obaj mają przerąbane. Podobała mi się scena po próbie, gdy Artur wygarnął Eamesowi, bo już się bałam, że będzie między nimi tylko milczenie i rozmowy konieczne, wymuszone przez próby, lekcje. A tu takie zaskoczenie! Super.
I też cieszę się na głębsze poznanie mamy Artura, myślałam o niej raczej... chłodno, a teraz to nawet ją polubiłam.

Włosy Artura. W sumie cieszę się, że je ściął, teraz nawet łatwiej mi jest wyobrazić sobie jego, bo Levitt w filmie ma takie przylizane i krótkie włosy. Jeszcze brakuję Arturowi garnituru, chociaż ten krawat jeszcze bardziej przybliża go do filmowego Artura. Uhhuu, jak sobie go wyobrażę <marzy>:)

Mam nadzieje, że jesteś z siebie zadowolona Donnie, bo mnie uzależniłaś od tego ficka. W tej chwili jestem już po trzecim czytaniu tych przetłumaczonych rozdziałów, a też co jakiś czas wracam do moich ulubionych fragmentów. Jedyne co mnie dołuję, że tutaj już większość z Was czytała tego ficka po angielski, a ja jakoś nie mam jeszcze takiej biegłości w tym języku, więc boje się, że przez trudności z czytaniem zepsuje sobie całą zabawę i nie będę się tak cieszyć z "Skarba" jak teraz. No nic, mam nadzieje, że nie będziecie tu przynajmniej zbytnio spojlerować:)

DZIĘKUJĘ za rozdział, jesteś wielka! Mam też nadzieje, że powoli ficki w języku polskim będą coraz częściej dostępne, bo chyba przeczytałam już wszystko co było tutaj, na mirriel, na fanfiction.net:)

Życzę Weny i pozdrawiam serdecznie!

Okey
Gdy podróż przekroczy czas i smutek,
na gąbkach lagun zadymi różowym deszczem,
w ten dzień ukryty za brzegiem spojrzenia
znajdę cię na polanie nie przewidzianej przez przestrzeń.

Okey Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 25
Dołączył(a): 26 sty 2011, o 18:26
Lokalizacja: Chatka Wiedźmy

Postprzez B.Prus » 29 kwi 2013, o 15:01

Ten fik został mi entuzjastycznie polecony już jakiś czas temu i ciągle zabierałam się do przeczytania, ale najpierw stwierdziłam, że przypomnę sobie film, który oglądałam strasznie dawno. No i w końcu się udało. Wczoraj obejrzałam Incepcję i mogłam zabrać się za "Skarb". Na początku nie pasowało mi tu, że jeśli jest to fik do Incepcji i z Incepcją nie ma nic wspólnego. Ale w miarę czytania załapałam o co chodzi (chyba, taką mam nadzieję, że to oto chodzi), że to bohaterowie - to znaczy ARTUR <3 - jego postać, trochę drętwa, opanowana (nawet jak się na niego krzyczy), świetny kierowca, zawsze rozważny itd, jest tym bohaterem z Incepcji. Autorka zabrała go z jego osobowością i wyglądem i wsadziła w zupełnie nowe uniwersum. Wszelkie moje wątpliwe wątpliwości minęły...

Chyba nie muszę mówić, że nie mogłam się oderwać od czytania. Uczucia Artura (i te ukrywane przez Eamesa) są tak ślicznie opisane, że aż się rozmarzyłam...

Pewnie zarwałabym wczorajszą noc, by przeczytać wszystkie rozdziały natychmiast, ale niestety (albo stety) wyłączyli mi wczoraj prąd w połowie czwartego rozdziału i mogłam skończyć czytać dopiero teraz i gdy szefowa nie patrzyła minimalizować tabelki z nudnymi raportami i pochłaniać wspaniałe tekst o wspaniałych uczuciach Artura.
Och, jak mi się to dobrze czytało. Jak miłe emocje ten tekst we mnie wywołał.
Dziękuję serdecznie tłumaczce :)
i z utęsknieniem czekam na kolejny rozdział :)

PS. Ten tekst jest naprawdę niesamowity, przez niego wzięła mnie ogromna ochota na bieganie. Mnie! która nie biega wcale, nawet jak jej autobus ucieka, to woli poczekać na następny!
B.Prus Offline


 
Posty: 9
Dołączył(a): 9 lut 2013, o 16:39

Postprzez Donnie » 4 maja 2013, o 10:18

Gorąco dziękuję czytelnikom za komentarze, a niezmordowanej Macce za punktualną betę prosto z nadmorskiej plaży :)
Widzę, że petowy Arthur masowo zaraża swoje fanki sportem! Jak niedawno powiedziałam pewnej internetowej przyjaciółce, co za szczęście, że akurat biega dla wyklarowania myśli, bo nie wiem, jakich szkód by narobił, gdyby zamiast tego brał się za jakieś szemrane stymulanty ;)



Rozdział ósmy


Ferie wiosenne przywitano zbiorowym westchnieniem ulgi.
Ariadne — podczas jednej z krótkich przerw w uporczywym wypytywaniu Arthura, co dokładnie zaszło tamtego popołudnia za kulisami — uszczupliła zasoby swojego cennego konta o sumę wystarczającą na sfinansowanie sześciodniowej wycieczki tam, dokąd ją oczy poniosą. Pilnie potrzebowała natchnienia i inspiracji, by wzbogacić swój projekt o nowe elementy i poszukać pomysłu na finałowy motyw.
Oczywiście zaproponowała Arthurowi, by jej towarzyszył, i całkiem dzielnie zniosła jego odmowę. Arthur wydukał coś o doprecyzowaniu planów na czas po maturze, czując wyrzuty sumienia, kiedy uśmiechnęła się lekko i skinęła głową, bo przecież oboje dobrze wiedzieli, że wspomniane plany były dopracowane do ostatniego szczegółu, jeszcze zanim Arthur skończył czternaście lat.
W pierwszy weekend wolności nie mógł usiedzieć w miejscu. Przez zbyt długi czas był spięty nawet w chwilach pozornego odprężenia i jego ciało kategorycznie domagało się wyładowania energii. A ponieważ rezygnacja z biegania dotyczyła jedynie terenu szkoły, zaraz po zwleczeniu się z łóżka w sobotę rano bez namysłu wskoczył w szorty, koszulkę i adidasy, i popędził zalaną słońcem ulicą.
Biegał, dopóki kawałki w słuchawkach nie zaczęły się powtarzać. Płuca paliły, a zesztywniałe nogi tylko z trudem poruszały się jak należy. Zatoczył łuk i zawrócił w kierunku supermarketu po składniki na naprawdę zasłużone późne śniadanie.
Potruchtał do drzwi wejściowych, złapał koszyk i wszedł do środka, odgarniając przepocone — i na szczęście o wiele krótsze niż jeszcze niedawno — kosmyki z oczu. Wziął butelkę wody z lodówki i ruszył w stronę lady z delikatesami, podczas gdy jego myśli przyjemnie krążyły wokół pomysłów na to, czym zapcha sobie brzuch przez weekend. Nagle coś połaskotało go w kark i wiedział, że jest obserwowany.
Odwrócił się powoli i natychmiast miał ochotę zwiać gdzie pieprz rośnie z przeraźliwym wrzaskiem na ustach. Stał twarzą w twarz z Domem Cobbem, który patrzył na niego pełnym zastanowienia wzrokiem.
— Jesteś… Arthur, prawda? Chyba już się kiedyś spotkaliśmy. Jestem przyjacielem Eamesa — powiedział Cobb i z wyciągniętą dłonią postąpił krok w stronę Arthura.
Arthur przeklął w duchu wszelkie możliwe bóstwa, które wiecznie skazywały go na ociekanie potem w momentach, kiedy powinien być czysty, pachnący i odprasowany.
— Pamiętam, Dom Cobb, mąż pani Girard-Hughes. — Skinął głową i uśmiechnął się sztywno. Potrząsnął jego ręką, zerkając ukradkiem na boki w rozpaczliwej nadziei, że Cobb wybrał się dziś na zakupy w pojedynkę.
— Zgadza się. Masz dobrą pamięć. — Dom uśmiechnął się swobodnie i Arthur postarał się sprawić wrażenie mniej stremowanego. Nie wypadło to chyba najlepiej, bo przestąpił z nogi na nogę i nerwowo odsunął z twarzy widmo dawnej kurtyny włosów.
— Jak mógłbym zapomnieć. Pani Girard-Hughes zawsze była dla mnie bardzo miła. Często rozmawialiśmy o Francji. — Z wysiłkiem wygiął kąciki ust do góry i przygotował się na najgorsze. — Nie ma jej tu dzisiaj z panem?
Cobb odpowiedział śmiechem.
— Boże drogi, nie. Siedzi w domu z nogami w górze. Nasze dziecko ma się urodzić w przyszłym tygodniu, więc wybrałem się na uzupełnienie zapasów, bo, jak podejrzewam, od tej pory będziemy spędzać sporo czasu w domu.
Arthur z zaskoczeniem stwierdził, że mimo całego zażenowania spotkaniem reaguje na te słowa stuprocentowo szczerą radością.
— To cudownie. — Pojaśniał. — Naprawdę się cieszę. Musi być pan bardzo podekscytowany. Pana żona będzie wspaniałą matką. Wie pan już, czy to chłopiec, czy dziewczynka?
Cobb rozpromienił się w mgnieniu oka i Arthur bezwiednie poddał się fali bijącego od niego entuzjazmu.
— Nie, postanowiliśmy, że chcemy mieć niespodziankę. Wybraliśmy imiona na oba przypadki i kupiliśmy uniwersalne ubranka. Wszystko jest już gotowe i pozostaje tylko czekać. — Jego uśmiech stał się tak szeroki, że mięśnie w policzkach Arthura zaprotestowały, gdy odpowiadał mu tym samym.
— To naprawdę świetnie, panie Cobb. Szczerze się cieszę z państwa szczęścia. Aha, byłoby mi miło, gdyby przekazał pan żonie moje pozdrowienia.
— Mów mi Dom. Oczywiście, że ją pozdrowię, Arthurze. Kiedy opowiedziałem jej o naszym pierwszym spotkaniu, mówiła, jak bardzo cię lubi.
Więc rozmawiali o nim po tym, jak Cobb przyłapał go na robieniu maślanych oczu do Eamesa. Arthur zdławił skurcz upokorzenia w gardle i starał się zachować tę samą pogodną minę, jednocześnie nie próbując myśleć o tym, dokąd mogła zaprowadzić małżonków wymiana zdań na jego temat.
— Dziękuję. Miło usłyszeć coś podobnego… Dom.
Stojący za ladą stoiska z mięsem sprzedawca o rumianej twarzy zwrócił się do nich z pytającym uśmiechem i Arthur potrząsnął głową.
— Ehm, nie, dziękuję. Ja tylko patrzę — mruknął i cofnął się o krok, wiedząc, że Cobb nie spuszcza z niego wzroku.
— A co tak w ogóle porabiasz? Macie chyba ferie wiosenne?
Oczy Doma miały inny odcień błękitu niż u Eamesa — jaśniejszy, mniej podbity szarością — i chociaż ich spojrzenie nie było tak intensywne jak u nauczyciela, przeszywały Arthura na wylot. Poczuł, jak ciepło znika powoli z jego uśmiechu.
— Mamy. To znaczy tak, mamy ferie.
Dom wsunął ręce do kieszeni. Wpatrywał się badawczo w twarz Arthura. Nagle mrugnął porozumiewawczo i zapytał konspiracyjnym tonem:
— Planujesz rozładować napięcie, zanim zaczną się matury?
Brwi Arthura drgnęły. Nie udało mu się powstrzymać przed wzgardliwym wykrzywieniem warg1.
— Nie. To nie w moim stylu — powiedział i zrobił jeszcze jeden krok do tyłu. — Zamierzam raczej dopracować swoje plany na czas po maturze. A, i możliwe, że wybiorę się na małą artystyczną wyprawę z przyjaciółką…
Oblizał usta, nagle przerażony wizją tygodnia przed nim, pustego i pełnego milczenia poza upartym, ironicznym głosem w swojej głowie, który szydził z jego marzeń i utraconego szczęścia. Wyobraził sobie, jak Cobb składa żonie relację o tym, jak biedny, mały prześladowca Eamesa nie ma nawet własnego życia i przypuszczalnie czatuje gdzieś ukryty w krzakach pod jego domem, podczas gdy normalni ludzie, zamiast nędznie wegetować, korzystają z ferii.
— Przepraszam — powiedział i uniósł podbródek, uśmiechając się z czymś na kształt satysfakcji. — Muszę już iść i załatwić kilka spraw, jeśli chcę złapać mój pociąg do Portlandu. Prawdę mówiąc nie wiem nawet, czemu tutaj przyszedłem.
Dom zamrugał powoli ze zdziwieniem, ale zrewanżował się uśmiechem i jeszcze raz wyciągnął do niego rękę.
— Wygląda na to, że jednak się dokądś spieszysz. — Uścisnął dłoń Arthura. — Mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawił. Miło było znów cię spotkać, Arthurze. Pozdrowię Mal, zaraz jak wrócimy z Eamesem do domu.
Ręka Arthura opadła bezwładnie, gdy tylko Dom wypuścił ją z uchwytu.
— Z Eamesem? — powtórzył głosem, który, miał nadzieję, zabrzmiał w uszach Cobba jak grzeczne zaskoczenie, a nie zszokowany skrzek.
Dom przytaknął i znów przeszył go czujnym spojrzeniem, ale uśmiechnął się lekko.
— Tak. Zgubiłem go w dziale z mrożonkami, ale na pewno kręci się tu gdzieś w pobliżu.
Koszyk Arthura, obciążony jedynie wypitą do połowy butelką wody, wbił się nagle w jego przedramię, jakby ważył co najmniej tonę. Arthur wyprostował plecy i wyobraził sobie błyskawicznie, że jego buty są wmurowane w podłogę, gdyż w innym przypadku uciekłby stąd pełnym sprintem. Przywołał na twarz powierzchownie zainteresowaną minę i odparł:
— Aha. To… miło. W takim razie, no cóż, jego też proszę pozdrowić.
NIE MÓW MU, ŻE MNIE TU SPOTKAŁEŚ — NIE MÓW MU, ŻE WYMÓWIŁEM JEGO NAZWISKO TAK, JAKBY BYŁO MOJĄ OSTATNIĄ DESKĄ RATUNKU — NIE UŚMIECHAJ SIĘ DO MNIE TAK, JAKBYŚ OD POCZĄTKU DOBRZE WIEDZIAŁ, ŻE ROBIĘ Z SIEBIE DURNIA Z JEGO POWODU — I, DO KURWY NĘDZY, NIE WAŻ SIĘ GO POZDRAWIAĆ!
Dom spojrzał na niego złagodniałym nagle wzrokiem — i o boże, to było jeszcze gorsze, bo litował się nad biednym, małym, chorym z miłości chłopczykiem — i skinął głową.
— Jasne, pozdrowię.
Arthur pomachał mu niezgrabnie, odwrócił się i oddalił dokładnie tą samą drogą, którą przyszedł. Cisnął koszyk do stojaka i skierował się prosto do kasy samoobsługowej, zeskanował swoją wodę i przesunął pod czytnikiem kartę kredytową. Drżącymi dłońmi wepchnął ją z powrotem do tylnej kieszeni szortów, chcąc wyjść stąd jak najprędzej, zanim…
Zdążył zrobić trzy kroki w kierunku wyjścia i zamarł z butelką przy ustach, bo znów odniósł wrażenie, że ktoś go obserwuje. Odruchowo przeniósł wzrok na ogonek do sąsiedniej kasy i zobaczył Eamesa, patrzącego na niego z pozbawioną wyrazu miną. Dom, który właśnie stanął obok niego w kolejce, zerknął w stronę Arthura i pomachał mu lekko, jednocześnie szepcząc coś Eamesowi do ucha. Eames uśmiechnął się sztywno i pozdrowił Arthura nieznacznym kiwnięciem głowy.
Arthur odpowiedział podobnym gestem i zmusił się do wyjścia przez automatyczne drzwi jak najspokojniejszym krokiem. Gdy tylko znalazł się na zewnątrz, łapczywie wypił resztę zimnej, świeżej wody, jakby w ten sposób mógł ugasić spalające go od wewnątrz poczucie nieszczęścia. Pił tak długo, dopóki nie zaczęło mu chlupotać w brzuchu, i wiedział, że nie uda mu się wrócić do domu biegiem.
Żołądek nie dał się oszukać wodą i po pewnym czasie zaburczał, co przypomniało Arthurowi, że nie kupił niczego na śniadanie. Nieważne. To, co ma w lodówce, wystarczy do przyrządzenia jajecznicy i może nawet na prowiant na wspólną podróż pociągiem z Ariadne.
Później, gdy piszcząc rzuciła mu się w ramiona, uradowana jego decyzją, i zasypała go zapewnieniami o tym, jak dobrze będą się bawić, wmówił sobie, że łzy w jego oczach to wyłącznie wynik przypadkowego, ale bardzo bolesnego uderzenia w bok torbą Ari, a nie dowód, że jest sentymentalnym idiotą.
A jeszcze później, kiedy ukołysani monotonią długiej jazdy wieczornym pociągiem zaczęli niespokojnie przysypiać, Ariadne zapytała, co kazało mu zmienić zdanie.
— Mam dosyć bycia nudziarzem — wymamrotał sennie i zamknął oczy na wspomnienie skąpanego w miękkim świetle popołudnia i pięknego mężczyzny, który próbował go przekonać, żeby zaczął wreszcie żyć pełnią życia.

+++

Kolejne sześć dni spędzili w najróżniejszych pociągach i autobusach. Nocowali w zachwycających — lub wręcz przeciwnie — pokojach ze śniadaniem i prowadzili dosłowny żywot włóczęgów w poszukiwaniu inspiracji dla Ari, która fotografowała wybrzeże, miasta, ludzi i mimo protestów z jego strony Arthura, zawsze Arthura.
Cały czwartek przed powrotem do Seattle przeleżeli na wznak na plaży i trzęśli się z chłodu mimo ciepłych ubrań i wódki, przemyconej przez Arthura z domu (Rick na pewno mu wybaczy). Byli na tyle pijani, że pozostali tam nawet po zmroku i wpatrywali się razem w rozgwieżdżone niebo.
— Zimno — westchnęła Ariadne i przysunęła się do Arthura, jakby jego ciało miało jeszcze zapasy ponadplanowego ciepła, a nie dygotało u jej boku.
— Chcesz wracać do motelu? — zapytał. Miał wrażenie, że kamienie pod jego grzbietem wykazują autentyczne ambicje, by przebić się przez skórę i zawrzeć osobistą znajomość z nerkami.
— Jeszcze nie.— Westchnęła ponownie, tym razem pogodnie, i odmrugała gwiazdom. — Szybko minęło, co nie?
— Co, wyjazd? Chyba tak. Jak myślisz, zebrałaś wystarczająco dużo materiału, żeby dokończyć projekt?
Wzruszyła ramionami, kłując go barkiem w pachę pod wyciągniętym ramieniem, które służyło jej za poduszkę.
— Szczerze? Nie wiem. Ale mam nadzieję. Wiesz, nie chcę myśleć o tym w tej chwili.
Arthur parsknął.
— Dobra, to może w takim razie pogadamy o czymś, o czym chce ci się myśleć?
Mała pięść Ariadne wystrzeliła w górę i trafiła go prosto w splot słoneczny. Jęknął ze śmiechem.
— Przymknij się. Mówiłam ci już, że nie ma o czym gadać.
— Jasne, jasne. Oprócz tego, że po miesiącach łażenia za nim on wreszcie wie, jak masz na imię. A gdy tylko skończyłaś z łażeniem, zaczął wypytywać, gdzie się podziewasz, co oznacza, że jakoś mu cię brakuje. Masz rację, nie ma absolutnie o czym gadać.
Tym razem udało mu się złapać ją za nadgarstek, więc musiała zadowolić się warknięciem.
— Tak, zauważył, że nie wypytuję go już o najlepsze metody wypalania kwasem wzorów na moich projektach bez ich niszczenia, ale to nie oznacza automatycznie zainteresowania. Przestań robić mi nadzieję, ty dupku.
Następne westchnienie, tym razem rozdrażnione. Arthur przewrócił oczami i czekał.
— Z drugiej strony nie bez powodu zapowiedział głośno, że wybiera się w sobotę na osiemnastkę Roba.
— Tak. No widzisz. — Arthur wyszczerzył się do nieba i zlekceważył tępe ukłucie bólu płynące z faktu, że pozostało mu już tylko cieszyć się cudzym szczęściem, skoro własnego mu zabrakło.
— Ale nie zapytał mnie, czy z nim pójdę, co nie? Co w zasadzie znaczy tyle co zero zaangażowania.
Arthur stwierdził, że sumienie nie będzie go szczególnie zadręczać, jeśli zrobi wyjątek i uderzy dziewczynę (zwłaszcza praktycznie z nim spokrewnioną i zachowującą się jak idiotka) i pacnął ją lekko w czoło.
— Skończ z tymi bzdurami. Takie myślenie jest bez sensu. Nastawi cię negatywnie i każe spodziewać się najgorszego, i zaczniesz zachowywać się przy nim jak ponurak. Olśnij go lepiej pogodą ducha, a wtedy najprawdopodobniej padnie ci do tych mikroskopijnych wypustek, które szumnie nazywasz stopami.
— Aha, utrzymujesz więc, że pozytywne nastawienie prowadzi do dobrego, a negatywne do złego? Super. Epokowe odkrycie — parsknęła.
— Owszem. A nienawiść zawiedzie cię na ciemną stronę mocy — zgodził się i mężnie zniósł zasłużonego kuksańca w bok.
Przez kilka chwil leżeli w ciszy.
— Nie zastanawiałeś się czasami, czy życie nie byłoby dla nas przyjemniejsze, gdybyś był hetero, a ja nie wiedziałabym o tobie absolutnie wszystkiego?
Arthur prychnął.
— Wątpię. Za to możliwe, że byłoby wesoło, gdybyś to ty była gejem. Wtedy czułabyś się zaszczycona przywilejem wiedzy absolutnej na mój temat.
Zaśmiała się.
— Muszę wybić sobie Yusufa z głowy.
Arthur zamknął oczy i ziewnął.
— Będzie się twardo trzymał. Zobaczysz — wymamrotał i usiadł, a potem podciągnął niezgrabnie siebie i Ari na nogi.
W milczeniu zawrócili przez plażę w kierunku ulicy. Dopiero tam Ariadne zdecydowała się przerwać ciszę, wciąż drżąc z zimna u jego boku.
— Tak jak on — powiedziała przerażająco poważnym tonem i Arthur poczuł, że trzeźwieje. Każda komórka jego ciała wiedziała, kogo Ari ma na myśli.
Otworzył usta, żeby powiedzieć coś, co skierowałoby rozmowę na inne tory, mniej lub bardziej przyjemne, ale Ariadne już ciągnęła dalej, wsuwając dłoń w jego zaciśniętą na jej ramieniu rękę.
— Wiesz, może to tylko zły czas. Matura już za parę miesięcy, a potem… Kto wie…
— Nie. Po prostu nie. Nie, Ari. To skończone.
Coś ostatecznego w jego głosie sprawiło, że nie odezwała się przez resztę drogi do ich motelu, ale nie to było najgorsze. Fakt, że Arthur wypowiedział te słowa bez zastanowienia, jakby płynęły z głębi jego przekonania, kazał mu wpatrywać się przez całą bezsenną noc w sufit, aż wreszcie nadszedł czas, by wstać i złapać autobus do domu.

+++

Nadeszła sobota, a wraz z nią przyjęcie z okazji osiemnastych urodzin Roberta Fischera. Arthur miał równie wielką ochotę wybrać się na nie co strzelić sobie w łeb, niestety jako „ochroniarz” Ari był zobowiązany do skorzystania z zaproszenia. A jeśli przy okazji impreza mogłaby pomóc mu odpędzić myśli o poniedziałku, to tym lepiej.
Przez kilka godzin poprzedzających wyjście upewniali się, że wszystko, co wchodziło w rachubę jako strój Ari, zostało przymierzone i poddane starannym oględzinom. W efekcie wybór padł na jeden z trzech zestawów, które Ariadne wytypowała przed całą akcją już z samego rana.
Wyglądała cudownie, ale zarazem tak, jakby nie włożyła w to najmniejszego wysiłku. Owszem, miała na sobie coś bardziej odświętnego niż zwykle, ale że prezentowała się w tym powalająco? Cóż, czysty przypadek.
W każdym razie Yusuf zdawał się to doceniać.
Oczywiście Ariadne i Arthur zjawili się u Roberta razem. Zaraz za progiem Arthur zostawił wyraźnie zdenerwowaną i rozpaplaną z tremy Ari w towarzystwie pana domu i zajrzał do kuchni, żeby zorganizować im po szklance (oby podrasowanego) ponczu.
Wychodził właśnie stamtąd z drinkami w rękach, kiedy natknął się na Yusufa, który wprawdzie spojrzał na niego życzliwie, ale i z wyraźnym zażenowaniem.
— Słuchaj, czy ty… Czy jesteś tutaj z Ariadne Rittner?
Arthur zamrugał i błyskawicznie uniósł szklankę do ust, żeby ukryć głupawy uśmiech. Poncz był zdecydowanie uszlachetniony.
— Tak. Przyszliśmy tu razem. Jesteś Yusuf, prawda? Arthur. — Ostrożnie przycisnął obie szklanki do siebie i wyciągnął dłoń do Yusufa. Zafundował mu jeszcze jeden okrutny moment niepewności, zanim uzupełnił: — Niemal przyrodni brat Ariadne.
Uśmiech Yusufa był dokładnie tak piękny i promienny, jak Ari twierdziła z zachwytem jeszcze parę minut wcześniej, i Arthur przestał się chować z własnym. Podał Yusufowi szklankę z przeznaczonym dla niej ponczem.
— Masz, możesz mnie wyręczyć, a ja wezmę coś dla Roberta i razem złożymy mu życzenia, dobra?
— Ja… składałem mu już życzenia — wymamrotał Yusuf, ale posłusznie ruszył w ślad za Arthurem tam, gdzie Ariadne roztaczała czar i wdzięk u ramienia Fischera.
Arthur przewrócił oczami.
— No to zrób to jeszcze raz. Chryste, nie każ mi żałować, że ci pomagam, człowieku. Naprawdę nie chcę tu przerabiać całego programu pod tytułem „zrób jej tylko krzywdę, a cię zabiję”. — Zamilkł na chwilę i przystanął kilka kroków od Ari, która marszczyła brwi i patrzyła na niego tak, jakby chciał ją tylko podrażnić widokiem Yusufa. Spojrzał przez ramię na jego pytającą minę. — Oczywiście zabiję cię, jeśli będę musiał. — Uniósł znacząco brew, a Yusuf uśmiechnął się i zasalutował mu szklanką.
— Nie będziesz miał powodu, zapewniam cię, Arthur.
Kąciki ust Arthura uniosły się do góry.
— Dobra odpowiedź.
Podeszli do Ari i Fischera bez żadnej dalszej zwłoki i wręczyli im mocno podejrzany poncz. Zaraz potem Arthur niby mimochodem zagarnął Roberta dla siebie i zażyczył sobie oprowadzenia po domu, ignorując lekko przerażone spojrzenie Ariadne. Oddalił się z Fischerem i zostawił ją pod opieką wyraźnie wniebowziętego Yusufa.
Dom Roberta był nowoczesnym cudem ze szkła i metalu — do tego stopnia, że sprawiałby wręcz kliniczne wrażenie, gdyby nie zamiłowanie Fischera seniora do bardzo drogich mebli i dzieł sztuki. Nie trafiały one wprawdzie w gust Arthura, ale mimo wszystko był urzeczony wycieczką na trasie biuro – biblioteka – gabinet – kuchnia – basen – siłownia i na koniec sypialnia Roberta na piętrze. Kiedy tylko znaleźli się w środku, Robert zamknął drzwi na klucz i dopiero w tej sekundzie Arthur zorientował się, co tak dokładnie oznaczał przedtem spanikowany wzrok Ariadne.
— Ehem — wyjąkał, mając pod plecami nieustępliwą ścianę, a przed sobą przejrzyście błękitne oczy kolegi.
Robert dotknął czubkami palców tapety po obu stronach bioder Arthura i powoli oblizał wargi, nie spuszczając z niego wzroku.
— Miałem nadzieję, że przyjdziesz — powiedział miękko i przysunął się bliżej. Arthur poczuł żar bijący od jego drobnej, ale niezaprzeczalnie przyjemnej dla oka sylwetki. — I że porozmawiamy.
— Zamknąłeś się ze mną w sypialni, żeby porozmawiać? — zapytał Arthur sarkastycznie i wymierzył sobie mentalnego kopniaka, gdy źrenice Roberta rozszerzyły się raptownie.
— Wiem, że… że jesteś gejem. Nie pomyśl sobie, że cię w jakiś sposób prześladuję, ale od dawna prowadzę pewną… obserwację. Nigdy nie umawiasz się z dziewczynami, poza tym parę lat temu krążyły plotki o tobie i Jake’u Webberze, a… a Ariadne powiedziała coś, co naprowadziło mnie na myśl, że może…
— Jestem gejem — przerwał mu Arthur, nie mogąc znieść dłużej tego dedukcyjnego wywodu. — I co z tego?
Robert przysunął się jeszcze bliżej.
— Zastanawiałem się, czy może, no wiesz, czy my dwaj nie… — Robert stanął na palcach i dokończył pytanie szeptem prosto w usta Arthura — …nie powinniśmy spróbować?
Przycisnął wargi do warg Arthura, szybko i niewinnie, i cofnął się, żeby sprawdzić jego reakcję.
Arthur patrzył na niego w zdumieniu.
— Spróbować czego? — spytał ochryple.
— Czego chcesz. — Robert przylgnął do Arthura i pocałował go w spód szczęki. — Mam urodziny. Pomyślałem, czemu mam sobie odmówić zabawy?
Arthur złapał Fischera za nadgarstki, zanim zdążył pogłaskać go po piersi.
— Hmm, naprawdę mi miło, że o mnie pomyślałeś i w ogóle, ale… Ja jeszcze nigdy ani się z nikim nie związałem, ani nie szukam niezobowiązujących okazji. Niemniej… dzięki.
Usiłował się uśmiechnąć, ale kąciki ust opadły mu natychmiast na widok wielkiego rozczarowania we wzroku Roberta. Fischer odsunął się i objął ramionami w klasycznym geście dodania sobie otuchy.
— Nie, jasne. Pewnie. Wybacz. Ja też nie. To znaczy… — Robert skrzywił się. — Cholera, przepraszam. Nie licząc tego przed chwilą, to ja nawet jeszcze nigdy nikogo nie pocałowałem, a ty jesteś taki… No wiesz, pomyślałem, że jesteś fajny i może… Może miałbyś ochotę to… zrobić, ale nie ma sprawy, naprawdę nie ma sprawy.
Mówił w miarę pewnie, ale jego oczy były zbyt błyszczące w pobladłej nagle twarzy i Arthur poczuł, jak gryzie go sumienie.
— Posłuchaj, Robert, jesteś… jesteś fantastyczny. Nie chodzi o to, że nie chciałbym być z tobą czy coś. Po prostu mam teraz kompletnie przesraną fazę i zdecydowanie nie powinienem zaczynać czegoś nowego. Serio, przepraszam.
Robert wzruszył ramionami i wykrzywił smutno usta.
— Już dobrze. Naprawdę, nie przejmuj się. Wiesz, ja tylko obiecałem sobie, że nie chcę skończyć osiemnastu lat i wciąż nie wiedzieć, co to pieprzony pocałunek, nie mówiąc już o reszcie. Wydawało mi się, że dziś będzie dobra okazja, żeby spróbować. Ale nie złamie mi to serca. Jasne, wstydzę się i wkurzam, że pozostanę prawiczkiem, ale… nie mam do ciebie żalu, wiesz?
Arthur odpowiedział uśmiechem.
— Przynajmniej mi miło, że mnie wybrałeś. To wielki komplement.
Robert ponownie wzruszył ramionami i potarł zarumienioną twarz dłońmi, a Arthur skorzystał z okazji i przyjrzał się oceniająco jego ostrym kościom policzkowym, starannie ułożonym włosom i dziewczęco ładnym rysom, jakby żywcem wyciętym z bajki Disneya. Zaczerpnął tchu i przyciągnął Fischera z powrotem do siebie.
Robert zamrugał i otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale Arthur uciszył go ostrzegawczym uniesieniem brwi.
— Nie dałem ci jeszcze prezentu — zaśmiał się sucho i pocałował go.
Było… przyjemnie, zadecydował.
Całował Roberta przez kilka długich minut, z lekko przechyloną głową i rękami nieruchomo spoczywającymi w jego pasie. Ale oprócz ogólnie miłego doznania, które płynęło z dotykania ustami czyichś ust, pozostał kompletnie niewzruszony.
Wreszcie odsunął go łagodnie. Robert westchnął i niechętnie oderwał od niego swoje wargi.
— A może dasz mi od razu prezent na następne urodziny? — zażartował.
Arthur zachichotał, zaskoczony, jak swobodnie i naturalnie mu to przyszło.
— Nie powiem, to bardzo kusząca propozycja, ale ja go wciąż w pewnym sensie kocham, więc…
Zastygł z przerażenia. Jego serce załomotało brutalnie o mostek.
Zacisnął powieki i walczył o oddech. Dopiero po dłuższej chwili uświadomił sobie, że Robert patrzy na niego z niepokojem, pociera uspokajająco jego ramiona i coś mówi.
— Nic ci nie jest? Arthur, ARTHUR, przestań, bo zaraz umrę ze strachu, co się dzieje?!
— Przepraszam — wybełkotał i wbił rozbiegany wzrok w podłogę. — Chyba jeszcze nigdy nie powiedziałem tego na głos.
Minęła sekunda i błękitne oczy Roberta złagodniały ze współczucia. Przysunął się i wziął Arthura w objęcia, częściowo po to, by go przytulić, a częściowo podeprzeć.
— Że go kochasz?
Arthur zagryzł zęby, nagle rozwścieczony tym, że Robert wypowiada to z taką łatwością, jakby nie było najgorszą rzeczą, jaka przydarzyła się Arthurowi od czasu, kiedy Eames — facet, którego jasna-pieprzona-cholera najwyraźniej kochał, co za kurewska niesprawiedliwość — odtrącił go od siebie. Kiwnął sztywno głową i znów zamknął oczy. Fischer ścisnął go pocieszająco.
— Przepraszam… Nie wiedziałem…
— Bo to była tajemnica — odparł krótko i poczuł, jak przygniatający go ciężar staje się odrobinę lżejszy. Możliwość wypowiedzenia prawdy, nawet w lekko zdeformowanej postaci, działała dziwnie oczyszczająco. Odetchnął już nieco spokojniej i patrzył, jak Robert kiwa ze zrozumieniem głową.
— On się nie ujawnia?
Arthur wybuchnął cichym, pozbawionym wesołości śmiechem.
— Coś w tym stylu. — Spojrzał na Fischera z ukosa. — Posłuchaj. Jesteś wspaniały, inteligentny, dowcipny i miły. A ja w tej chwili nadaję się tylko na materiał dla psychiatry. Zaszkodziłbym ci tylko, a zresztą, uwierz mi, już niedługo nie opędzisz od kandydatów. I błagam, kiedy będziesz wspominał dzisiejszy wieczór, puść w niepamięć ten kawałek przed chwilą i zapamiętaj o mnie tylko tyle, że umiem dobrze całować, zgoda?
Robert pocałował go miękko w usta, ledwo Arthur wymówił ostatnie zdanie do końca.
— Powiedziałbym, że o wiele lepiej niż tylko „dobrze”, ale co ja wiem? Nadal jestem przeklętym prawiczkiem — odpowiedział z humorem i definitywnie melodramatycznym odrzuceniem głowy w tył.
— Witamy w klubie. Jesteśmy dokładnie w tej samej sytuacji — poinformował go Arthur z kamienną miną, na co usta Roberta ułożyły się w małe, zaszokowane kółeczko.
— Czekaj, jesteś zakochany w facecie, który złamał ci serce i nawet nie straciłeś cnoty?
Arthur parsknął i przytaknął, dziwnie rozbawiony takim podsumowaniem swoich rozterek.
Robert wydął wargi.
— Świetnie, od razu czuję się mniej sfrustrowany.
Arthur klepnął go przyjaźnie w bark i oderwał się od ściany, już w tym samym momencie tęskniąc za jej solidną podporą.
— Cieszę się, że mogłem pomóc — podsumował ironicznie.
Ze śmiechem podeszli do drzwi, ale zanim Robert je otworzył, Arthur położył mu rękę na ramieniu.
— Ale chyba jesteśmy kumplami, co nie?
Fischer skinął głową, zaczerwienił się i przewrócił oczami.
— To dobrze — wyszczerzył się Arthur. — W takim razie mogę ci spokojnie powiedzieć, że mamy w dość bliskim otoczeniu więcej niż jeden nieujawniony przypadek. Łącznie z tym, który idiotycznie sprowokowałem jakiś rok temu, i który nienawidzi mnie teraz za to, że nie pozwoliłem mu ze mną zaszaleć. Uwielbia demonstrować swoją niechęć i hipokryzję w postaci niesamowicie spektakularnych wybuchów żałosnej homofobii. — A kiedy Robert spojrzał na niego z ciekawością, dodał: — Wydaje mi się, że szybko go zidentyfikujesz, ale udzielę ci przyjacielskiej rady: nie zbliżaj się do niego. Jest synonimem kłopotów.
Robert potwierdził gestem, że zrozumiał. Opuścili pokój i zeszli na dół po następną porcję ponczu, lekceważąc spojrzenia, którymi ich zewsząd obrzucano, dopóki nie zauważyli, że Ariadne robi na ich widok równie wielkie oczy co cała reszta.
— No cóż, jeżeli do tej pory się nie ujawniłeś, to powiedziałbym, że teraz rozwiałeś ostatnie wątpliwości — mruknął Arthur i Robert omal nie zakrztusił się swoim drinkiem.
— Lepiej być nie może. Zawsze chciałem mieć opinię prawdziwego ogiera.
Stuknęli się szklankami i roześmiali. Zażenowanie posądzeniem o szybki seks na imprezie szybko ustąpiło zadowoleniu ze świeżo nawiązanej przyjaźni.
Poza tym, pomyślał Arthur z nadzieją, jeśli wypije wystarczająco dużo, bardzo możliwe, że będzie nawet mógł zapomnieć. Ale gdy wstał nowy dzień — dosyć promienny i jasny, by zamienić gigantycznego kaca Arthura w autentyczną apokalipsę — bolało go coś więcej niż tylko głowa, i pamiętał wszystko.

+++

W poniedziałek całe liceum znało już wszystkie możliwe wersje plotki Arthur pieprzył się z Robertem w jego pokoju na osiemnastce, zanim jeszcze zdążyli z Ari przejść przez bramę szkoły.
— To mogłoby być śmieszne — stwierdziła Ariadne z ironią — gdyby nie było takie smutne.
— Lepiej się nie odzywaj. — Arthur stuknął ją lekko łokciem w bok. — Przez całą cholerną noc robiłaś słodkie oczy do Yusufa i gadałaś z nim o wszystkim, tylko nie o tym, jak bardzo go lubisz. Mnie trafiły się przynajmniej fikcyjne przytulanki.
Ari otworzyła szafkę i łypnęła na niego spod rzęs.
— Słyszałam, że podobno wcale nie zaczęły się aż tak fikcyjnie…?
Arthur oparł się czołem o metalowe drzwiczki i westchnął.
— A tak dokładnie to od kiedy ty rozmawiasz o mnie z Robertem? — wymamrotał ponuro z ustami tak blisko szafki, że jego słowa zlały się w jedną całość.
— Z Robertem? Więc już nie „Fischerem”? Dopiero od przedwczoraj. Ale przyznam się, że myślałam kiedyś, czy was nie wyswatać. No wiesz… przed tym.
Arthur odwrócił głowę, żeby spojrzeć jej surowo w oczy i odczytać z ich wyrazu, czy Robert wygadał się przed nią o jego naiwnym wyznaniu, ale na szczęście mina Ari była na to o wiele za beztroska.
Odetchnął.
— Powstrzymaj się może w przyszłości od podobnych pomysłów, dobra? Nie potrzeba mi żadnego swatania, ani z nim, ani z kimkolwiek innym.
Kiwnęła głową, zamknęła szafkę i już chciała ruszyć wraz z nim korytarzem, kiedy nagle stanęła jak wmurowana. Nash, który przechodził właśnie obok, potrącił Arthura barkiem tak mocno, że ten zatoczył się z powrotem na szafkę.
— Pedał — wysyczał jadowicie i rzucił mu nienawistne spojrzenie, po czym oddalił się z rechotem.
Wstrząśnięta Ariadne gapiła się na niego z otwartymi ustami, ale Arthur roześmiał się tylko i zerknął w bok, na stojącego niedaleko Roberta. Na wystraszonej twarzy Fischera zaczynał powoli świtać wyraz zrozumienia.
Arthur spróbował stłumić swoją wesołość na tyle, by wyjaśnić wszystko biednej, nic nie pojmującej i w dodatku szczerze przejętej Ariadne, ale zanim zdążył otworzyć usta, poczuł na ramieniu delikatny dotyk. Spodziewając się, że to Robert, który chce upewnić się właśnie co do swoich podejrzeń, Arthur odwrócił się i zamarł.
— Arthur — powiedział Eames, dziwnie rozpromieniony i najwyraźniej ucieszony jego śmiechem (choć ten zamarł Arthurowi na ustach, gdy tylko spojrzał w oczy swojej beznadziejnej, bezsensownej, nikomu niepotrzebnej miłości). — Przepraszam, nie chcę wam przeszkadzać, ale pomyślałem, że może chciałbyś wiedzieć, i oczywiście Ariadne również, że pani i pan Cobb zostali szczęśliwymi rodzicami małej Phillipy.
Radość Eamesa — bardzo źle skrywana, bo omal nie podskakiwał na palcach z groteskowo szerokim uśmiechem — była zbyt zaraźliwa, żeby mogła nie udzielić się Arthurowi.
— To wspaniale — wykrzyknął z zachwytem. — Dom musi pękać z dumy! To znaczy, pan Cobb. A jak czuje się pani Cobb? Naturalnie pomijając to, co oczywiste?
Eames roześmiał się i nagle było tak, jakby ostatnie dwa miesiące rozpłynęły się bez śladu, nie pozostawiając po sobie nic poza ciepłem. Arthur poczuł powracające gwałtownie pragnienie, by rzucić mu się w ramiona.
— O, czuje się świetnie, naprawdę. Trzeba być Francuzką, by wyglądać jak bogini pięć minut po porodzie. Obie wraz z małą są w doskonałym zdrowiu. Dom wychodzi z siebie, to jasne, i wszyscy razem wariują ze szczęścia.
— Cieszę się. — Arthur spojrzał na niego radośnie i przez moment po prostu stali bez słowa, dopóki Ari nie pospieszyła z własnymi gratulacjami. Arthur zamrugał, a uśmiech Eamesa zbladł odrobinę, kiedy czar prysnął, ustępując miejsca rzeczywistości.
— Dobrze, to ja już znikam, a wy lepiej pędźcie do klasy. Wybaczcie, że was zatrzymałem, ale jeszcze nigdy nie potrafiłem zachować dobrych wieści tylko dla siebie.
Jego uśmiech — bez zębów, samo wygięcie warg — był niczym lustrzane odbicie uśmiechu Arthura. Skinął im krótko głową i odszedł. Ariadne i Arthur zostali jeszcze przez chwilę na miejscu, wciąż lekko oszołomieni i radośni.
— Hej, to było miłe z jego strony — odezwała się Ari ostrożnie. Arthur spojrzał na nią z tą samą promienną miną, którą pożegnał Eamesa, przytaknął i szybkim krokiem udał się na lekcję.

+++

Dzień ciągnął się bez końca. Robert i Arthur, znudzeni słuchaniem bzdurnych spekulacji na temat tego, co wydarzyło się na urodzinach, złamali swoje (zupełnie spontaniczne zresztą) postanowienie ignorowania plotek i zaczęli odpowiadać na wszystkie pytania w ten sam sposób — zgodnie z prawdą.
— Do niczego nie doszło — zapewnił Arthur tysięczny już chyba raz Ariadne, szeroko otwierając przed nią drzwi do sali prób.
Ten tydzień stanowił wyjątek, ponieważ mieli spotkać się na scenie dwukrotnie, dziś i w czwartek. Wraz z początkiem nowego półrocza próby zostały zredukowane do jednej tygodniowo i dopiero w maju planowano powrócić do dawnej rutyny. Marzec zaczynał przechodzić w kwiecień i Arthur nie zdecydował jeszcze, czy brak częstej bliskości Eamesa uczyni jego życie łatwiejszym, czy wręcz przeciwnie.
Ukradkowe szepty, znaczące spojrzenia i chichoty nie ustawały nawet wtedy, gdy zajęli swoje miejsca, gotowi do rozpoczęcia gry. Arthur zamknął oczy, by oczyścić myśli ze wszystkiego, co zbędne. Niestety, zamiast ciszy w jego uszach zadźwięczała złośliwa uwaga Browninga, skierowana do stojącego w cieniu Roberta.
— Hej, Fischer, świetna akcja, żeby przyczynić się do szaleństwa Ofelii. Na jej miejscu też bym się utopił, gdybym się dowiedział, że mój chłopak rżnie się z moim bratem!
— Nikt się z nikim nie rżnął — mruknął Robert znużonym tonem w tej samej chwili, w której Arthur rzucił Browningowi paskudne spojrzenie z własną ripostą na ustach.
— Co za dojrzała wypowiedź, Peter. Naprawdę, wręcz tryskasz elokwencją. Potrzebowałeś całego dnia, żeby to wymyśleć, czy zrobił to za ciebie stary, dobry Maurice?
Browning poczerwieniał gwałtownie i pochylił głowę, a Maurice burknął coś gniewnie pod nosem. Arthur prychnął; wyglądało na to, że trafił w dziesiątkę. Zerknął z zadowoleniem na Ari, ale jej oczy, wielkie i smutne, nie były skierowane na niego, tylko… Och.
Knykcie rąk Eamesa, w których trzymał podkładkę z notatkami sporządzanymi podczas prób, wyglądały jak białe kamyczki. Jego szczęki i powieki były mocno zaciśnięte, jakby zmagał się właśnie z bólem.
Trwało to tylko jedno mgnienie oka. Po chwili, nieco blady, ale tak samo uszczypliwy jak zawsze, zwrócił się do swojego zespołu.
— Jeśli bylibyście tak uprzejmi skończyć ze scenkami rodem z Plotkary i zająć się tym, po co tu jesteśmy? Niechętnie zakłócam wasze porywające życie towarzyskie, ale za niecałe dziesięć tygodni wychodzimy na scenę naprawdę. A wy zachowujecie się jak dzieci. Wystarczy tego dobrego.
Pomaszerował do swojego zwykłego punktu obserwacyjnego i obrzucił wpatrzone w niego twarze rozsierdzonym wzrokiem.
— A teraz do rzeczy. Nie mamy dziś reflektorów sygnalizujących, więc uważajcie na moje znaki. Jeśli ktoś je przegapi albo spartaczy swoją część, znajdzie się w wielkich kłopotach. Na pozycje, macie trzydzieści sekund.
Obsada pospieszyła na swoje miejsca, jeszcze zanim zdążył wypowiedzieć do końca pierwsze zdanie. Arthur spojrzał na stojącą na uboczu tuż przy kurtynie Ariadne. Poczuł, jak widok współczucia w jej oczach wyzwala w nim rosnącą furię.
Stłumił ją i zaczął perfekcyjnie recytować swoje wersy, poruszając się po scenie ruchami, które mógłby odtworzyć w środku nocy, i cały czas nie przestawał fantazjować o tym, jak z rozmachem wali Eamesa prosto w szczękę.

+++

Kilka godzin jadowitych komentarzy Eamesa później (i czynionych scenicznym szeptem szyderstw spółki Maurice & Company) Arthur miał tego dnia po dziurki w nosie i chciał już stąd tylko wyjść. A precyzując, wyjść i nigdy nie wracać. Mógłby spokojnie przeleżeć resztę życia zwinięty w kłębek na dnie jakiejś nory lub innej, im głębszej tym lepszej, kryjówki.
— Zapytałabym, czy coś cię gryzie — wymamrotała Ari, która dreptała u jego boku, starając się zrównać z jego gniewnym krokiem. Po próbie wyleciał z sali jak z procy, prosto w deszcz. — Ale spodziewam się, że odpowiedzią byłoby bardzo głośne, wkurzone na maksa „tak”, prawda?
— To jest, kurwa, takie niesprawiedliwe — syknął i zatrzymał się krótko, dając Ari szansę, by mogła go dogonić, a potem powlókł ją prawie za sobą. — On nie może ot tak po prostu najpierw mnie odtrącić, a potem, do diabła, wściekać się i szaleć, jakbym to ja zrobił coś jemu. Jakim pierdolonym prawem zachowuje się jak ktoś zazdrosny, skoro po pierwsze ja nawet nie zrobiłem niczego, co dałoby mu do tego powód? A po drugie, co ważniejsze, on nie ma najmniejszych podstaw do takiego zachowania, bo, do kurwy nędzy, on sam nie chciał być ze mną. To tak cholernie, cholernie niesprawiedliwe, Ari, ja już nie mogę… Mam tego dość, że muszę czuć się okropnie, chociaż moim jedynym przewinieniem jest to, że go, kurwa, chciałem. To… to nie fair… — zakończył słabym głosem, już bez złości, która opadła z niego z każdym słowem jak jesienne liście z drzewa, pozostawiając nagi szkielet pod spodem. Przystanął i potarł twarz roztrzęsionymi dłońmi.
Ariadne podeszła bliżej i oparła głowę o jego ramię, jak robili to zawsze będąc beztroskimi dziećmi. Wydała czuły, pocieszający dźwięk i nagle krzyknęła z przestrachem, kiedy ktoś szarpnął ją mocno i odciągnął od Arthura.
— Ty, Rittner, uważaj — poradził jej Nash drwiąco. — Taka ładna mała dziewczynka jak ty nie powinna zadawać się z jednym z nich. Ludzie mogliby sobie pomyśleć, że nie potrzebujesz prawdziwego mężczyzny.
Gapił się szyderczo na wystraszoną i zarazem rozzłoszczoną Ari, a Arthur, który chciał się na niego rzucić, stwierdził nagle, że powstrzymuje go przed tym niewprawny, ale stalowy uchwyt Browninga.
— Hej, hej, spokojnie, pedałku — wycedził złośliwie Arthurowi do ucha, usiłując zakleszczyć go w ramionach. — Chyba nie chcesz, żebym skasował ci twarzyczkę? Twój chłoptaś by się zmartwił.
Odpowiedź Arthura była błyskawiczna. Gwałtownie przyciągnął podbródek do piersi, a potem z całej siły rąbnął potylicą w twarz Browninga, jednym gładkim ruchem łamiąc mu nos.
Browning zaskrzeczał przeraźliwie i cienko — jak dziewczyna — puścił Arthura i zgiął się w pół. Z jego nozdrzy buchnęły strumienie krwi. Arthur uzupełnił swoją odpowiedź o dość brutalny cios pięścią w jego żołądek.
— Wright… Co jest, KURWA?! — zaczął Nash i odepchnął Ariadne tak mocno, że straciła równowagę i upadła. A potem ruszył z wrzaskiem w stronę Arthura, jakby dopiero widok krwi wyzwolił w nim pełnię agresji.
Arthur stanął pewniej na nogach, gotowy do walki, a gdy rozjuszony Nash dopadł go z godną podziwu determinacją, czekał już z uniesionymi pięściami. Wyrzucił w górę stopę, dosięgnął nią celnie zgiętego w biegu kolana Nasha i zbił go z nóg, zwalając na śliski od deszczu grunt. A potem poprawił zwinnym kopniakiem w brzuch i cofnął się dla nabrania rozpędu, żeby dołożyć jeszcze jeden, i jeszcze…
— Arthur! ARTHUR — powiedziała Ariadne z naciskiem i Arthur powoli postawił uniesioną nogę na ziemi. Czuł, jak szum wrzącej z gniewu krwi stopniowo cichnie, a do jego uszu zaczynają docierać bełkotliwe jęki Browninga i żałosne stęknięcia Nasha, który trząsł się w błocie u jego stóp.
Przykucnął, zerkając pospiesznie w stronę Ari, która zrobiła parę kroków do przodu, jakby chciała go zatrzymać. Pochylił się niżej, tak że jego usta znalazły się tuż przy uchu Nasha.
— Jeśli jeszcze raz ty albo któryś z twoich zasranych kumpli spróbuje zbliżyć się do Ariadne, będzie po was. Zrozumiałeś? — Nash znieruchomiał i Arthur wstał niespiesznie. — Aha, i nie zapomnij uświadomić swoim koleżkom, że skopał cię po tyłku jeden z nich. A może powinienem raczej powiedzieć, jeden z NAS?
Wstał, wyjął swoją torbę — mokrą i brudną od ziemi, na którą upadła — z drżących dłoni Ari i zacisnął szczęki, kiedy usłyszał, jak znów powtarza jego imię tym samym cichym, znaczącym tonem.
Spojrzał na nią pytająco i odwrócił się powoli, żeby podążyć za jej wzrokiem.
Eames stał w strugach deszczu, zaciskał pięści i patrzył w ich stronę. Jego przemoczona koszula była niemal przezroczysta; porzucona w biegu torba leżała na zabłoconej trawie. Wyglądał, jakby zastygł w pół ruchu. Na widok bójki musiał wybiec z samochodu — drzwi sedana stojącego na pochyłości w połowie drogi między parkingiem a głównym wyjazdem ze szkoły były szeroko otwarte — a wypisana na jego twarzy intensywna mieszanka furii i szoku najlepiej świadczyła o emocjach, które wmurowały go w ziemię.
Nawet z tej odległości, nawet przez zasłonę deszczu Arthur widział, jak oczy nauczyciela wwiercają się w niego. Ale zamiast ulec impulsowi, który nakazywał mu podbiec do Eamesa i uczepić się jego ramienia, Arthur kiwnął mu sztywno głową. Eames powoli, jakby z namysłem, skopiował jego gest. Przez moment patrzyli na siebie, wreszcie Arthur odwrócił się i odszedł, pociągając Ariadne za sobą.
Wsiedli do jej samochodu i przez pełne pięć minut siedzieli w milczeniu z ciasno splecionymi dłońmi. W końcu Ari przekręciła kluczyki w stacyjce.
— To niesprawiedliwe — powiedziała cicho i Arthur ze zdziwieniem stwierdził, że to, co miało być jego szlochem, zabrzmiało raczej jak śmiech.

+++

Kwiecień przyniósł Arthurowi niespodziewaną ulgę.
Wysiłek fizyczny — regularny, potrzebny, konieczny, niezbędny do życia — wypełniał mu prawie tyle samo wolnego czasu co na początku września, z tym, że zamiast biegać — pływał.
Nie wpadał już w letarg podczas lekcji, które nie były angielskim; traktował teraz każdą z nich niczym balsam na swoje napięte do ostatecznych granic nerwy. Po każdej z paru godzin prowadzonych przez Eamesa zajęć miał wrażenie, że rozbiera go od środka ciężka i zarazem słodka niemoc, utrzymująca się aż do ich następnego spotkania.
W porównaniu z tym próby znosił zaskakująco dobrze.
Eames siedział poza sceną, w ciemności, i wtrącał się tylko wtedy, gdy było to konieczne. Próbował doszlifować ich kunszt do tego stopnia, by w trakcie ostatnich tygodni przed galą pozostało jedynie chuchanie, dmuchanie i polerowanie gotowego do zaprezentowania światu diamentu. Arthur z radością przywdziewał skórę Hamleta i wracał do własnej dopiero w momentach, kiedy musiał wysłuchać i dostosować się do wskazówek reżyserskich, by chwilę później znów stopić się płynnie z graną postacią. Świadomość obecności Eamesa manifestowała się tylko na dwa sposoby: jako lekki zawrót głowy, gdy ukryty w cieniu nauczyciel wypowiadał jego imię, i następujące po tym dzikie walenie serca. Oba symptomy, zdaniem Arthura, były niczym, jeśli zestawiło się je z jego permanentnym gniewem, żalem i tęsknotą.
Powoli (albo boleśnie powoli, w te noce, kiedy leżał w łóżku i gapił się w sufit, i pozwalał sobie na marzenia) Arthur zdołał wypracować sobie coś w rodzaju znośnej egzystencji. Nie mógł nazwać jej życiem, ale cóż, musiała mu wystarczyć.
Robert przyłączał się od czasu do czasu do Arthura i Ariadne i dotrzymywał im towarzystwa na długich przerwach lub wycieczkach po sklepach. Okazał się bardzo pomocny, jeśli chodziło o naturalne wmanewrowywanie Ari w pobliże Yusufa, jako że obaj obracali się w tych samych kręgach. Dzięki częstotliwości tych niewymuszonych spotkań Ari stopniowo odprężyła się na tyle, że gdy wpadali na siebie przypadkiem między lekcjami, z jej ust zamiast histerycznych pisków wydobywał się autentyczny ludzki głos, którym prowadziła z Yusufem zupełnie swobodne rozmowy.
Arthur doszedł do wniosku, że spędzanie czasu z Robertem przychodziło mu niespodziewanie łatwo. Wyobrażał sobie, że sytuacja między nimi będzie niezręczna, że Robert znów spróbuje skierować ich świeżą przyjaźń na nieco inne tory albo, co gorzej, że mogłaby ona nie wytrzymać próby czasu i zostać zgnieciona przez typowy dla szkoły średniej, bezwzględny fanatyzm niektórych uczniów, jednak, wbrew wszelkim oczekiwaniom — trwała i miała się dobrze.
Przez pierwszy tydzień po incydencie (jak to określała Ari, rzucając rozbawione spojrzenia na groteskowo podsiniaczony nos Browninga) ludzie w szkole gapili się na nich z ciekawością i niepokojem. Prawda o incydencie nigdy nie wyszła na jaw w całości, ale to, co uczniowie dopowiadali sobie na podstawie pogłosek wystarczyło, żeby zostawić Arthura i Roberta na jakiś czas w spokoju.
Mimo tego ludzie nie spuszczali ich z oczu, nie mogąc się doczekać, kiedy Robert padnie wreszcie Arthurowi w ramiona albo, jeszcze lepiej, kiedy zaczną sobie skakać z Ariadne do gardeł w walce o jego względy (bo czy istnieje lepsze antidotum na szkolną nudę niż kibicowanie dwóm obrzucającym się błotem konkurentom, wrzeszczącym „Arthur jest MÓJ!”?), ale kiedy mimo wnikliwej obserwacji nie odnotowano absolutnie niczego, zainteresowanie całą trójką opadło do poziomu, w którym uznano ich układ za nieciekawy i przyjęto wreszcie do wiadomości, że ich pierwsze komentarze na temat zajścia na urodzinach Roberta odpowiadały prawdzie. Między Arthurem a Robertem nie wydarzyło się nic i nie zanosiło się też, że się kiedykolwiek wydarzy.
Myśli Ariadne krążyły coraz częściej gdzie indziej, w miarę jak zbliżała się do końca swojego projektu — wyczekiwane natchnienie pojawiło się wreszcie, choć z podejrzanym uporem milczała o jego efektach — tak więc towarzystwo Roberta przy ich stoliku na przerwach obiadowych pozwalało przynajmniej na rozmowy, nawet jeśli przeważały w nich tematy podyktowane szałem hormonów. Robert przechodził właśnie fazę gorącej fascynacji swoim osobistym trenerem i żarliwym tonem wygłaszał peany na cześć jego ud.
Było zaskakująco naturalnie i… przyjemnie.
Spokojne, niemal monotonne dni Arthura sprawiały, że miał czasami poczucie, jakby coś go omijało. W większości jednak trzymał się kurczowo kruchego jak szkło zadowolenia, że udało mu się wyrzeźbić z chaosu coś na kształt normalności. Co wieczór pływał tak długo, dopóki nie doprowadził się do stanu, w którym mógł paść na łóżko i zasnąć bez snów.
Kiedy patrzył na siebie z pewnej perspektywy, z przechyloną głową i zmrużonymi oczami, wydawało mu się, że mógłby ujść za niemal szczęśliwego.

+++

Ty.
Arthur i Robert zatrzymali się w pół ruchu i obrócili w stronę doganiającej ich właśnie Ariadne. Stała przed nimi z lekko spanikowaną, niemniej upartą miną, rozczochranymi włosami i dolną wargą zdradzającą ślady długiego i bezlitosnego zagryzania.
— Co ja? — zapytali unisono. Robert wybuchnął śmiechem, ale Arthur nie zdołał się do niego przyłączyć. Drobna twarz Ari była podejrzanie blada.
— Ty, Arthur, a nie ty, Rob — sprecyzowała i Robert przybrał afektowaną pozę, wzdychając z przesadnym rozczarowaniem, co złagodziło trochę wyraźne napięcie w jej oczach.
— Co ja, Ari? — uśmiechnął się Arthur i przytulił ją, bo wiedział, że nic nie dodawało jej odwagi tak jak dobry, mocny uścisk. Poczuł, jak natychmiast odpręża się w jego ramionach.
— Tstśmymgwnmspntm — wymamrotała szybko w jego sweter.
— Że ja… co?
Odetchnęła głęboko i oderwała się od Arthura na tyle, by móc spojrzeć mu w oczy.
— Ty jesteś moim głównym eksponatem. Zdjęcia, które ci robiłam, jak biegałeś i w ogóle.
Arthur wyszczerzył się tak szeroko, że Ariadne natychmiast odczuła potrzebę zdzielenia go łokciem w żebro.
— Widzisz, właśnie dlatego nie mogłam ci nic powiedzieć, ty dupku. Cholera, przepraszam, dobra? Wiem, że nie cierpisz, kiedy cię fotografuję, ale to jedno zdjęcie, wtedy w deszczu, jest tak niesamowite. Poczułam prawdziwą wenę, wiesz, Arthur? Musiałam je wykorzystać. Nie mogłam odłożyć go obojętnie na bok. Nie potrafiłam skupić się na żadnym innym pomyśle, chociaż wiedziałam, że będziesz się wściekał. Potrzebuję twojej zgody, żeby dalej nad tym pracować, bo w innym przypadku nie wolno mi go wystawić, a ja muszę je wystawić, Arthur! Jest absolutnie powalające. Uwielbiam je, a przecież wiesz, że normalnie nie jestem zadowolona ze swoich zdjęć, więc pomyślałam, że tym razem moglibyśmy zamienić się odczuciami. Tobie zwykle podobają się moje fotografie i nie zaszkodzi, gdy ten jeden jedyny raz nie będziesz mógł na nie patrzeć, jeśli tylko się zgodzisz, żebym je wykorzystała, bo ja po prostu muszę, nie mam innego wyjścia, cholera, Arthur, powiedz coś wreszcie!
Arthur, zdumiony jej nieskładnym wybuchem, patrzył na nią oniemiały. W końcu zaczerpnął tchu.
— Zgoda — powiedział.
Tym razem to Ari zamrugała ze zdziwieniem.
— Zgoda? — powtórzyła z niedowierzaniem, więc ścisnął ją jeszcze raz, zanim ostatecznie wypuścił ze swoich objęć.
— Zgoda. Możesz wykorzystać moje zdjęcie. Masz rację, nie znoszę, kiedy ktoś mnie fotografuje. Przypuszczalnie będę musiał zamknąć uszy na wszystko, co mają do powiedzenia ludzie, którzy zobaczą je na wystawie, ale skoro go rzeczywiście tak potrzebujesz… — skrzywił się, wzruszył ramionami i uśmiechnął, widząc jej wystraszoną minę — …dysponuj nim wedle woli.
Ari wytrzeszczyła oczy.
— Cały dzień układałam w myślach, jak mam wywalczyć twoją zgodę.
Arthur zachichotał i zmierzwił jej włosy ruchem, którego nigdy nie znosiła.
— W takim razie potraktuj to jako karę za uprzedmiotowienie mnie na rzecz sztuki.
— Pff, raczej za zrobienie z ciebie supermodela — prychnęła i przybiła piątkę z Robertem.
Roześmiali się i ruszyli w kierunku sali prób. Arthur przestał przewracać oczami pod adresem swoich przyjaciół w tej samej sekundzie, kiedy zobaczył udoskonaloną scenografię.
Całymi tygodniami ćwiczyli otoczeni prawie gotowym wystrojem sceny, ale wciąż bez wszystkich rekwizytów. Część schodów, podestów i podnośników do efektów specjalnych wymagała jeszcze dopracowania, niemniej to, na co patrzyli teraz z widowni, wyglądało po prostu idealnie.
Arthur powoli zbliżył się do sceny. Jego usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu na widok swojego zamku. Skrzydła pałacu rozchodziły się w poszczególne sekcje, przedstawiające różne miejsca akcji, w większości wciąż puste, z wyjątkiem tych służących za tło pierwszych scen sztuki. Ich nagła gotowość do prawdziwej gry była tak niespodziewana, że Arthur poczuł absurdalną nostalgię.
Chłonął wzrokiem fałszywe okna i wykwintnie (choć praktycznie) wystrojone komnaty, aż wreszcie jego spojrzenie zatrzymało się na kolekcji rekwizytów i dodatkowych elementów scenografii rozłożonych na długim stole i czekających na swoją kolej w trakcie przedstawienia. Było ich całe mnóstwo; niektóre bardzo interesujące, śmieszne i niecodzienne, ale tylko jeden z nich sprawił, że Arthur zbliżył się jak przyciągnięty magnesem i z czcią przesunął po nim dłonią.
Kolory, które kiedyś stłumiła wilgoć, pleśń i inne rzeczy, o jakich nadal wolał nie myśleć, były subtelne, ale żywe i nadawały całości cudownie eleganckiej lekkości. Pięknie utkane brzegi, choć szerokie, pozostawiały aż nadto miejsca głównemu motywowi: nastrojowej scence przedstawiającej mężczyznę i kobietę, złączonych w uścisku na huśtawce i otoczonych powodzią kwiatów.
Arthur zagłębił palce w wytartej wełnie i zamknął oczy, nadal nie mogąc utożsamić dotyku miękkiej, choć wysłużonej powierzchni ze śmierdzącą, ociekającą deszczówką masą, którą tamtego pamiętnego dnia musiał wyskrobywać sobie spod paznokci.

„…i cytuje Hana Solo. Spokojnie, serce moje, nie szalej.”
„Ucisz się lepiej i pomóż mi wyciągnąć tę przeklętą szmatę.”

Arthur parsknął cicho i nie mógł przestać uśmiechać się do echa dawnych wydarzeń. Głaskał palcami splecioną winorośl na brzegu dywanu, zatopiony w myślach o tym, jak bardzo różniło się „wtedy” od „teraz”.
— Opłacało się go wyczyścić, nie sądzisz?
Ręka Arthura zacisnęła się lekko na powierzchni dywanu, podczas gdy jego ciało toczyło krótką — i przegraną— bitwę przeciwko fali ciepła, która zalała go na dźwięk głosu Eamesa i wywołanych jego brzmieniem wspomnień.
— To niewiarygodne. Gdybym tak dobrze nie zapamiętał, jak wyglądały brzegi tego dywanu, pomyślałbym, że wywalił pan w diabły to zapleśniałe paskudztwo i postarał się o nowy.
— Oj — skarcił go Eames ze sztucznym oburzeniem, podchodząc bliżej. Stanął obok Arthura i przesunął swoją szeroką dłonią po szczęśliwych postaciach na środku. — Wiedz, że włożyłem mnóstwo wysiłku w doprowadzenie tego zapleśniałego paskudztwa, jak raczyłeś to ująć, do obecnego zachwycającego stanu.
Arthur spojrzał mu w oczy i po raz pierwszy od wielu tygodni wytrzymał jego wzrok bez panicznego wzdrygnięcia — nawet w duchu.
— Chyba nie chce pan powiedzieć, że sam pan to wyczyścił?
Eames przybrał obrażoną minę, a Arthur zagryzł usta, żeby się nie roześmiać. Albo nie umrzeć z tęsknoty.
— Jak śmiesz myśleć, że mogłoby być inaczej, Arthurze? Dokładnie rzecz biorąc, wyczyściłbym go własnoręcznie, gdyby nie zabrakło mi czasu. No dobrze, i chęci…
— …i całego arsenału agresywnej chemii do prania dywanów oraz wysoce efektywnych środków dezynfekujących — wpadł mu w słowo Arthur, szczerząc się radośnie. Natychmiast zarobił lekkie pacnięcie w potylicę, które jednak ani nie zepsuło mu humoru, ani nie zrujnowało wzmocnionej żelem fryzury.
— Trochę mniej bezczelności, Wasza Wysokość — uśmiechnął się Eames, na co Arthur rozpromienił się jeszcze bardziej, przenosząc z powrotem wzrok na wyleniały chodnik… nie, arras.
— Cóż, ktokolwiek to czyścił, spisał się naprawdę świetnie. Efekt jest niesamowity. To dobrze, że go wtedy pan stamtąd zabrał.
Eames ściszył głos.
— My, Arthur. My go stamtąd zabraliśmy, więc jeśli mnie złapią, pójdziesz na dno razem ze mną, pamiętasz?
Arthur musiał zamaskować swój śmiech atakiem sztucznego kaszlu, bo głośny wybuch jego wesołości przykuł uwagę kilku osób, w tym Ariadne, niech szlag trafi jej sokoli wzrok.
— Jasne, szefie — wykrztusił, a Eames zachichotał.
Przez chwilę stali w milczeniu i patrzyli na dywan ze źle skrywanym rozbawieniem. Ciepły powiew musnął prawe ramię Arthura, kiedy Eames niepostrzeżenie przysunął się jeszcze bliżej.
— Czy między nami… wszystko w porządku? — zapytał stłumionym głosem i coś w Arthurze załamało się tak gwałtownie, że samo trzymanie się na nogach i oddychanie sprawiało zbyt wielki ból. Przez chwilę nie był zdolny do zrobienia czegokolwiek.
Czuł, jak Eames spina się u jego boku, kiedy milczenie się przedłużało, a uśmiech na wargach Arthura stopniowo bladł. Dziwił się, jakim cudem krew nie uderzyła mu do głowy, rumieniec nie zalał twarzy, złość nie zapulsowała w gardle i nie wylała się przez usta.
Ciepło bezpowrotnie ulotniło się z jego wnętrza.
— Tak, panie profesorze — odpowiedział cichym i zrównoważonym tonem, a potem odszedł z wystudiowaną obojętnością na przód sceny, by zająć swoją pozycję.
Udawał, że nie widzi przygryzionej wargi Ariadne, tak samo jak zignorował pytający, przejęty wzrok Roberta i, gorzej-jeszcze gorzej-najgorzej ze wszystkiego, wmówił sam sobie, że nie dostrzega spuszczonej głowy i opadłych barków Eamesa, jakby jakiś tajemniczy ciężar zwalił się na jego ciało, miażdżąc przy okazji serce Arthura i wgniatając je w ziemię, gdzie najwyraźniej było jego miejsce.


Koniec rozdziału ósmego


1 Reakcja Arthura ma źródło w tym, że ferie wiosenne w Stanach Zjednoczonych, czyli spring break to według niepisanej tradycji czas ekscesów alkoholowych i seksualnych, głównie dla studentów i starszych uczniów szkół średnich.
Ostatnio edytowano 5 maja 2013, o 09:51 przez Donnie, łącznie edytowano 1 raz
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Postprzez Veldrin » 4 maja 2013, o 23:25

Łaaaaaa! <3 Zaklepuję miejsce na komentarz :D Muszę się pozbyć osobnika płci męskiej, który buszuje mi za plecami, żeby móc w spokoju przeczytać ten rozdział i podelektować się nim :D ;)

EDIT: O łaaaaaa... chyba się powtarzam xD Kiedy Arthur spotkał Cobba w sklepie, moje serce szaleńczo zabiło w oczekiwaniu na pojawienie się Eamesa. Jednak gdy zagłębiałam się w ich rozmowę, zapomniałam o nim i gdy Don oznajmił Arthurowi, że jest w tym sklepie z Eamesem, zatkało mnie. Tak samo jak Arthura podejrzewam.
Jak to jest, że minęło tyle czasu i Arthur nadal nie potrafi zapomnieć o tym dupku? (Nie żebym chciała żeby o nim zapomniał, no bo to musi skończyć się dobrze. PRAWDA?!) Nie spodziewałam się takiego zachowania ze strony Roberta a tym bardziej zdziwiła mnie reakcja Arthura. Ten pocałunek był fantastyczny, chociaż nie tak powalający jak ten z Eamesem.

— Nie dałem ci jeszcze prezentu — zaśmiał się sucho i pocałował go.
Było… przyjemnie, zadecydował.
Całował Roberta przez kilka długich minut, z lekko przechyloną głową i rękami nieruchomo spoczywającymi w jego pasie. Ale oprócz ogólnie miłego doznania, które płynęło z dotykania ustami czyichś ust, pozostał kompletnie niewzruszony.
Wreszcie odsunął go łagodnie. Robert westchnął i niechętnie oderwał od niego swoje wargi.


Mmm... to było milutkie :D

— Nie powiem, to bardzo kusząca propozycja, ale ja go wciąż w pewnym sensie kocham, więc…
Zastygł z przerażenia. Jego serce załomotało brutalnie o mostek.


A to, to, jest... eh... zatrzymałam się na dłużej przy tym fragmencie. Ma w sobie jakąś magię. To jest tak, że gdy Arthur powiedział o tym na głos, stało się to prawdą. To nie były już tylko jego sprzeczne myśli. Miłość do Eamesa nabrała mocy i realności. Oczywiście Robert nie wie o kim Arthur mówi, ale my wiemy, co nie?
Zazdrość Eamesa z jednej strony była słodka, a z drugiej irracjonalna. No bo jak to tak? Arthur miał pełne prawo oburzyć się i wściekać, choć ja na jego miejscu odczuwałabym też lekką satysfakcję. Bo to oznacza, że nie jest tak obojętny Eamesowi jak myśli. Tam myślę.
Fajnie, że zaprzyjaźnił się z Robertem i że w trojkę tworzą zgraną paczkę. W końcu Arthur otwiera się na ludzi a to sprawia, że w moich oczach wydaje się być mniej ponury.
Nooo... a jak powalił Nasha i Browninga, to aż podskoczyłam na krześle z uciechy. Jak ja lubię takich bojowych i niebezpiecznych facetów. Chciałabym mieć takiego przyjaciela, ehh... Wracając do całego zajścia, było to fenomenalne.

Przykucnął, zerkając pospiesznie w stronę Ari, która zrobiła parę kroków do przodu, jakby chciała go zatrzymać. Pochylił się niżej, tak że jego usta znalazły się tuż przy uchu Nasha.
— Jeśli jeszcze raz ty albo któryś z twoich zasranych kumpli spróbuje zbliżyć się do Ariadne, będzie po was. Zrozumiałeś? — Nash znieruchomiał i Arthur wstał niespiesznie. — Aha, i nie zapomnij uświadomić swoim koleżkom, że skopał cię po tyłku jeden z nich. A może powinienem raczej powiedzieć, jeden z NAS?


To naprawdę zabrzmiało groźnie i znowu pozwoliło poznać mi Arthura z innej strony. Chyba w ogóle lubię to opowiadanie za jego zaskakującą przewrotność. W każdym rozdziale dowiaduje się czegoś nowego, czy to o Arthurze czy o kimś innym. To fajne, bo sprawia, że nie nudzi mi się podczas czytania.

Podejrzewałam, że Ari nie robi zdjęć Arthura tylko tak od siebie. Coś mi tam podpowiadało, że będzie je chciała wykorzystać w jakimś celu, no i doczekałam się. Wystawa ze zdjęciami Arthura. No nie wierzę, że Eames przejdzie obok czegoś takiego obojętnie. Musiałby być naprawdę okropnym dupkiem. Nie żeby nim nie był, no ale to musi mieć jakieś granice :D

— Czy między nami… wszystko w porządku? — zapytał stłumionym głosem i coś w Arthurze załamało się tak gwałtownie, że samo trzymanie się na nogach i oddychanie sprawiało zbyt wielki ból. Przez chwilę nie był zdolny do zrobienia czegokolwiek.


No naprawdę. Czy o coś takiego pyta się po gorącym i jakże namiętnym pocałunku ze swoim uczniem w domu nauczyciela, który na dodatek był pijany? W porządku to może być pogoda. Albo drugie śniadanie. Ale relacje pomiędzy nimi?
Jestem coraz bardziej ciekawa zakończenia. Oryginału nie tknę, bo mój angielski nie jest na aż takim poziomie, a poza tym, lubię twoje tłumaczenia :)
Z niecierpliwością oczekuję kolejnego rozdziału i mam nadzieję, że mój komentarz choć trochę motywuje cię do dalszego tłumaczenia :D

Pozdrawiam cieplutko w ten słoneczny, choć chłodny dzień ;)
- Chciałbym z tobą pogadać, Draco.
- To dobrze, bo gdybyś tak od razu chciał się na mnie rzucić i przelecieć pod ścianą, musiałbym stanowczo powiedzieć 'nie'. Nie jestem taki łatwy. - Draco namyślał się chwilę, taksując Harry'ego wzrokiem. - Kłamałem. Jestem łatwy. Możesz mnie przelecieć bez gadania.
Veldrin Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 535
Dołączył(a): 30 lis 2012, o 10:43
Lokalizacja: K-ce

Postprzez Nadia vel Ariana » 5 maja 2013, o 21:33

Ech... nie skomentowałam dwóch poprzednich rozdziałów i trochę mi wstyd, bo nie mogłam się powstrzymać przed ich przeczytaniem już w te dni, kiedy zostały wstawione. Prawda jest taka, że po prostu nie wiedziałam, co napisać. Nie mogłam się zebrać w sobie, takie były przygnębiające i melancholijne, a jednocześnie tak prawdziwie i szczerze opisywały uczucia - widać że to prawdziwy talent ;) Strasznie mi się w ogóle podoba ten ogólny, jakiś niemożliwy do uchwycenia klimat całego ff (dopiero teraz się zorientowałam, że akcja ma miejsce w Seattle... co jest?, mam wrażenie, że ostatnio wszystkie romantyczne historie mają tam miejsce, chyba trzeba się wybrać czy coś ^^).

Lubię Roberta i cieszę się, że Arthur nie zamyka się tak strasznie na ludzi, że potrafi być taki strasznie miły i fajny dla niego i Yusufa, a przy okazji jest też przy całym swoim bieganiu, pływaniu, gotowaniu, oglądaniu starych filmów z panią Moore, etc. całkiem... męski, że potrafi skopać komuś tyłek (czy Eames nie powinien był go za to jakoś ukarać, jako nauczyciel? :whistle: ) i czasami ponoszą go emocje (nie wiem, jak on może być w tym wieku i dojrzały, i tak porywająco prawdziwy w swoich zachowaniach?, to jest serio jakaś paranoja).

Cieszę się, że ściął włosy - mogę sobie teraz do woli wyobrażać go w stylizacji Josepha z "Incepcji" i na przemian "500 days of summer", gdzie - moim zdaniem - wyglądał absolutnie przecudnie.

A tak btw., to zastanawia mnie jeszcze, co Arthur zamierza robić po szkole. Jakiś czas temu czytałam trochę oryginału i wiem, z czym to się wiąże, ale co on właściwie zamierza robić? :whistle:

Cóż... sporo było w tym rozdziale rówieśników Arthura, Ariadne i całej reszty, ale trochę mi już brakuje Eamesa. :( (no, bo jednak on też wyszedł bardzo fajnie tutaj, w ogóle podoba mi się, że są tak różni od siebie z Arthurem, ale też miejscami tacy podobni - strasznie fajnie skonstruowane postaci, pewnie po części zasługa filmu, a po części autorki). Mam nadzieję, że jeszcze przyjdzie czas, że znów będzie go więcej, tak jak pod koniec tej części, co?...

Cóż, to chyba by było na tyle, nie umiem sklecić nic więcej, ale po takiej przerwie musiałam w końcu znów się odezwać, nawet jeśli wyszło tak krótko i nieskładnie, jak teraz.
Pozostaje tylko czekać do... jakiegoś 23? A w międzyczasie zaczęłam biegać :D Za pływanie brać się zdecydowanie nie będę, gotowanie też nie, bo to zupełnie nie moja działka, ale bieganie jest coraz bardziej cool, serio :D
Nadia vel Ariana Offline


 
Posty: 16
Dołączył(a): 29 maja 2012, o 16:33

Postprzez Donnie » 24 maja 2013, o 20:51

Bardzo dziękuję wiernym czytelnikom za komentarze (a tym niepozostawiającym śladu za czas poświęcony na czytanie) i ściskam wojującą antysamsungonowo Aev za punktualną betę spod ciężkiego stosu niezniszczalnych dysków.
Zapraszam na Piątek z Petem! ;)



Rozdział dziewiąty


Tydzień później, zaledwie na kilka dni przed ostatnim miesiącem nauki, Arthur nie potrafił sprowadzić swoich emocji do jednego wspólnego mianownika.
Związana z końcem szkolnej kariery dziwna nostalgia, która drzemała przyczajona w jego świadomości na początku września, przeobraziła się w równie cichą euforię — uczucie samo w sobie fantastyczne, gdyby nie dręcząca go myśl, że wkrótce będzie musiał porzucić obecne życie i przetrzeć sobie szlak prowadzący do nowego. Tam zaś wszystko, czego pragnął teraz i co teoretycznie mógłby jeszcze zdobyć, nie będzie niczym więcej niż przeszłością.
Niewesołe refleksje nie stłumiły jednak dreszczu zadowolenia po ostatniej lekcji, wypełnionej ładowaniem do głowy materiału, który i tak miał już przedtem w jednym palcu. Z westchnieniem otworzył drzwi i wszedł do sali prób, stwierdzając po chwili, że pojawił się tu jako pierwszy.
A przynajmniej jako pierwszy uczeń.
— Arthur. — Eames podniósł się z krzesła przed sceną, z kubkiem kawy w ręku i uśmiechem na ustach. — Wcześnie przyszedłeś.
— Pan Livingstone miał coś do załatwienia i zostawił nas samych, żebyśmy się pouczyli w spokoju. A ja, hmm, najwyraźniej uporałem się z tym szybciej niż inni.
Przybrał sztucznie pogodny wyraz twarzy, uświadomiwszy sobie, że jest sam na sam z Eamesem po raz pierwszy od bardzo wielu tygodni.
Eames parsknął, rozbawiony.
— Raczej nikt nie weźmie ci za złe, że zrezygnowałeś z kilku bezcennych minut zakuwania. — Spoważniał i przez chwilę zaciskał usta, jakby tknięty jakąś nagłą myślą, a potem oparł się plecami o scenę i zmierzył Arthura spokojnym wzrokiem. — Tak naprawdę to dobrze, że zjawiłeś się tu wcześniej, bo… miałem nadzieję, że możemy porozmawiać. Zastanawiałem się, czy nie zatrzymać cię po próbie, ale w zasadzie teraz byłoby chyba lepiej.
Krew Arthura zamieniła się w lód. Bał się nawet drgnąć, przekonany, że rozkruszy się z przerażenia na kawałki.
— Porozmawiać? Czemu? Ja… my… To znaczy, inni zaraz przyjdą i…
— …i wtedy porozmawiam o tym samym również z kilkorgiem z nich, ale teraz, Arthurze, chciałbym skupić się na tobie.
Arthur o mało nie zachwiał się pod wpływem raptownej ulgi.
— Aha, w porządku. A o co chodzi? Przecież nie chodzę na wagary i powiedziałem już dziś dwukrotnie „nie” narkotykom, więc…?
Eames założył ręce na piersi i zrobił znienawidzoną przez Arthura pokerową minę.
— Na najbliższej próbie kostiumowej odwiedzi nas pewien łowca talentów. Nie pierwszy i nie ostatni, za to szczególny. Chris pracuje dla Juilliarda1 i naturalnie poinformuję o tym fakcie każdego z osobna, zwłaszcza tych, których plany na przyszłość wiążą się ze sztuką. Nie wiem wprawdzie, o jakich studiach myślisz, Arthurze, ale ponieważ grasz główną rolę, jego uwaga automatycznie skoncentruje się na tobie, więc o ile z absolutną pewnością nie wykluczasz kariery zmierzającej w tym kierunku, ucieszyłbym się niezmiernie, gdybyś zaprezentował mu pełnię swoich umiejętności.
Arthur zaczerpnął głęboko tchu. Chłodny strumień powietrza zdawał się rozchodzić z płuc po całym jego ciele, po same czubki palców, i powrócił na zewnątrz w kilku nierównych, roztrzęsionych wydechach, gdy mózg wreszcie przetrawił tę informację.
— Hmm — mruknął, jednocześnie uspokojony i niewiarygodnie rozczarowany. — Ja bardzo… hmm, bardzo dziękuję. To znaczy, dziękuję, ale nie. Nie skorzystam.
Eames przytrzymał górną wargę między zębami i zwilżył ją w sposób, który Arthur nauczył się już rozpoznawać jako oznakę powstrzymywanego wzburzenia.
— Nie spiesz się z tą decyzją, Arthurze — upomniał go zgryźliwie. — W sumie to nic ważnego, prawda?
Arthur westchnął i poczuł, jak czerwienieją mu czubki uszu.
— Zdaję sobie sprawę, że to poważna rzecz, i bardzo mi miło, że ktoś z Juilliarda mógłby być zainteresowany moją grą, ale to nie dla mnie, panie profesorze. Naprawdę dziękuję. Już dawno podjąłem decyzję odnośnie swojej przyszłości i jestem z niej jak najbardziej zadowolony.
— Tak jak byłeś kiedyś idealnie zadowolony ze swojego postanowienia, żeby nie brać udziału w przedstawieniu, bo oznacza to tyle dodatkowej pracy? Wiesz, Arthurze, czasami wydaje mi się, że to, co ułożyłeś sobie w tym swoim upartym łbie, niekoniecznie musi być najlepszym pomysłem pod słońcem. Podejrzewam, że jest tylko narzuconym sobie z góry przekonaniem, co powinieneś robić. A raczej, co wolałbyś robić, zamiast zaryzykować i wysłuchać rady kogoś, kto mógłby cię nie daj boże odwieść od ustalonych planów!
Arthur powoli wsunął ręce do kieszeni i zakołysał się lekko na piętach, z całej siły powstrzymując się przed wybuchnięciem śmiechem.
Zapomniał już, jak Eames potrafił wychodzić z siebie, kiedy był przeświadczony, że Arthur działa na własną szkodę. Przypuszczalnie powinien się na niego rozzłościć, tak jak robił to kiedyś, ale Eames w tym stanie wydał mu się nagle już tylko uroczy.
Arthur przeciągnął ciszę, która zawisła ciężko między nimi, i zdecydował się przerwać ją dopiero na widok pogłębiającego się rumieńca na twarzy Eamesa, zwiastuna nieuchronnego wybuchu.
— O, przepraszam — rzucił ze swobodnym uśmiechem. — Chyba przegapiłem moment, w którym powinienem nazwać pana dupkiem, prawda? — Wykonał zamaszysty gest ręką. — Może zacznijmy od początku, tym razem będę pamiętał o swoim tekście.
Oczy Eamesa rozbłysły. Zaśmiał się krótko, wczepił palce we włosy i z rezygnacją potrząsnął głową. Arthur wiedział, że napięcie spłynęło z niego w jednej chwili.
— Boże, zupełnie zapomniałem, jaki potrafisz być czasami wredny — powiedział na wpół żartobliwym, na wpół czułym tonem, ale zanim zdążył stworzyć pełnię cudownej atmosfery ich dawnych sporów, Arthur złapał jego spojrzenie.
— Zgoda, nigdy nie przyłączyłbym się do obsady, gdyby nie pana natrętne namowy, ale z czasem bardzo to polubiłem i cieszę się, że mogłem odkryć siebie z tej strony. Niemniej wciąż nie jestem zainteresowany studiami w Juilliardzie. Mam własne plany, mam je od lat, i nie porzucę ich tylko dlatego, że dobrze czuję się na scenie. Mam pewne zobowiązania wobec tradycji rodzinnej, z których chciałbym się wywiązać. Właśnie na tym mi zależy. — Uśmiechnął się na widok autentycznie dumnej, chociaż jednocześnie zawiedzionej miny Eamesa. — Naprawdę dziękuję — dodał miękko. — Za to, że pan o mnie pomyślał. I że nie przestaje się pan upewniać, czy aby na pewno nie mierzę zbyt nisko.
— Arthur… — zaczął Eames z dziwną chrypką w głosie, ale w tym momencie drzwi ustąpiły pod napierającym na nie tłumem uczniów.
Przez moment trwali w bezruchu i patrzyli sobie w oczy, podczas gdy sala napełniała się gwarem. Ciepło, które zawitało na krótko między nimi, ulatniało się stopniowo, i wtedy…
Arthur uśmiechnął się grzecznie, zdając sobie sprawę, że ich kontakt wzrokowy trwa zbyt długo.
— Czy w takim razie mogę poczuć się zwolniony z późniejszej rozmowy na ten sam temat?
Eames przytaknął niespiesznie.
— Jeśli już koniecznie musisz, Arthurze. Ale gdybyś zmienił zdanie…
— Robię to bardzo rzadko… panie profesorze.
Eames pochylił głowę i wbił spojrzenie w podłogę. Wokół nich członkowie zespołu zmierzali chmarą ku scenie, tocząc wesołe pogaduszki i prawie wcale nie zwracając na nich uwagi.
— Bardzo mnie to cieszy, Mister Wright.
Arthur nie miał nawet czasu się skrzywić ani zastanowić, czy słowa Eamesa, podobnie jak jego własne, kryły w sobie jakieś głębsze znaczenie, bo w tej samej chwili przyskoczyła do niego rozświergotana do granic nieprzyzwoitości Ariadne (Arthur błyskawicznie zdiagnozował przedawkowanie kofeiny oraz weny twórczej). Jednak później tego samego wieczoru, kiedy padł na łóżko, choć raz przyjemnie wyczerpany bez ekstremalnych wyczynów sportowych, nie był w stanie odeprzeć wspomnienia błyszczących, szaroniebieskich oczu Eamesa i odruchowo poddał się działaniu tego, co wciąż iskrzyło się między nimi.

+++

— Co znaczy to nagłe zmartwychwstanie radości i chęci do życia? Jesteś szczęśliwy? Przespałeś się z kimś? Porwały cię zrywy romantyzmu? Serio, facet, weź zetrzyj sobie z twarzy ten uśmiech, bo powoli zaczynasz mnie przerażać.
Arthur oderwał się na chwilę od swojej kanapki. Dobrze wiedział, czemu Ariadne zastygła z widelcem uniesionym do ust, kompletnie zapominając o swojej sałatce z makaronem. Pytanie Roba zawisło niewinnie w powietrzu między nimi.
— Hmm, co? — zapytał kącikiem ust i niczym chomik zepchnął to, co w nich trzymał, w kieszeń policzka. Miał nadzieję, że nie wygląda tak głupio, jak się czuje.
Robert wzruszył ramionami i odsunął od siebie zmieciony do czysta talerz.
— No chodź, już od tygodnia nie jesteś tak zdystansowany i śmiertelnie poważny jak zwykle. Zdaje się, że albo dobrałeś się do kogoś, albo akurat się do tego przymierzasz, albo…
Arthur przełknął wreszcie kęs kanapki.
— Albo? — powtórzył, siląc się na odpowiednio zblazowany ton.
— Właśnie, albo co? — wtrąciła się Ariadne i wlepiła oczy w Arthura.
— Przyszło mi do głowy, że może twój ukochany powrócił na tapetę? Bo od ciebie wręcz bije optymizmem. Nie mam pojęcia, co się stało, ale nie wyglądasz już na kogoś, kto ma za sobą melodramatyczne zerwanie. To mi się naprawdę podoba! — Robert uśmiechnął się promiennie, zwichrzył czuprynę zirytowanemu Arthurowi i poderwał się na nogi ze znaczącym mrugnięciem. — Tryskaj dalej szczęściem, Hamlecie! Dobra, widzimy się później. Jeden gość z młodszej klasy powiedział mi na kółku dyskusyjnym, że uważa mnie za ładniejszego od Cullena, więc pomyślałem, że pozwolę mu sprawdzić z bliska, czy się przypadkiem nie błyszczę w słońcu. Na razie!
Pomknął przed siebie, napędzany jawnie obsceniczną euforią. Ariadne potrząsnęła głową z absolutnie nieszczerym potępieniem.
— Bogu dzięki, że pomogłeś mu się ujawnić, Arthur. Jestem pewna, że kółko dyskusyjne kona z zachwytu nad jego nieoczekiwanym i gorliwym zaangażowaniem, podobnie jak kółko chemiczne, komitet odpowiedzialny za kronikę szkolną, drużyna futbolowa i, oczywiście, jego biedny osobisty trener. Naprawdę świetna robota, Arthur. Stworzyłeś potwora.
Arthur prychnął i przewrócił oczami.
— Czy wolno mi łaskawie przypomnieć, że to on zwabił mnie do swojej sypialni i dosłownie rzucił się na mnie? Poza tym jestem tak samo zaskoczony jego procesem selekcyjnym jak ty.
— Ale to ty dodałeś mu pewności siebie, dzięki której lata teraz bezwstydnie po szkole i zachęca każdego, kto oddycha i ma kuta…
— Dobra, zrozumiałem. Powstrzymam go, zanim dobierze się do Yusufa albo dyrektora Caine’a, ale więcej nie obiecuję. — Wyszczerzył się szeroko. — W sumie dobrze wiedzieć, że ma niezłą zabawę. A skoro moje własne życie nie obfituje w podobne ekscesy, to niech sobie przynajmniej popatrzę, jak Robert przebija się przez męską populację Dysona i sieje spustoszenie w szeregach niedoorientowanych cichociemnych.
Ariadne przytaknęła ruchem głowy, choć jej brwi pozostały lekko zmarszczone.
— Więc to jest źródłem twojego dobrego humoru? Radość z jego podbojów?
Arthur zrobił kwaśną minę.
— No, nie dosłownie. Nie żebym się jakoś z niego nabijał czy coś podobnego, po prostu cieszę się, że ma swoją szczęśliwą fazę.
— Cieszysz się?
Arthur uniósł brew, wyczuwając w jej głosie nie tylko ciekawość, ale i powagę.
Ari nie przestawała przeszywać go wzrokiem.
— Robert ma rację, Arthur. Zachowywałeś się inaczej przez ostatni tydzień. Do tej chwili nie zwróciłam jakoś na to uwagi, ale on rzeczywiście dobrze wychwycił różnicę. Czy jest coś, o czym chciałbyś ze mną porozmawiać?
Arthur potarł twarz znużonym ruchem.
— Nie. Nic się nie stało. Ani nie zmieniło. Tylko…
— Tylko co?
Westchnął.
— Rozmawiałem z nim. Było całkiem… miło. Chyba. Tak jak kiedyś. Jakbyśmy znów byli tacy jak przedtem… — Skulił się na wspomnienie tego, co niosło ostatnie słowo, a Ari skrzywiła się ze współczuciem. — Choć oczywiście nie jesteśmy, to jasne, ale… ta rozmowa była… była… — Przypomniał sobie, jak zaledwie wczoraj na próbie Eames, poprawiając jego postawę, musnął dłonią dół jego pleców. Pamiętał powstrzymywany z całej siły śmiech, kiedy już bez obawy zogniskowania na sobie jego gniewu patrzył, jak Eames pastwił się z sarkazmem nad niezdyscyplinowanymi członkami zespołu. — Była miła, ale to wszystko.
Poczuł, jak resztka uśmiechu do wspomnień spływa z jego ust. Westchnął po raz kolejny i wstał, ciskając pozostałości drugiego śniadania prosto do kosza, a potem odwrócił się do Ari i zmierzwił jej włosy.
— Dzięki za towarzystwo — powiedział i nieco przed czasem udał się na następną lekcję.
Był więcej niż pewien, że przez resztę popołudnia jego dobry humor obierze zdecydowany kurs w dół.

+++

Doprawdy, Arthur miewał już lepsze dni.
Początek próby przebiegł pod znakiem rozleniwionych i lekko półprzytomnych uśmiechów, kierowanych przez wszystkich do wszystkich. Nagła eksplozja wiosennego ciepła obudziła prawie zapomniane zadowolenie, które przynieść mógł tylko widok promieni słońca i rozkwitających narcyzów. Radosny nastrój przeszedł w cichy pomruk dziecięcego podekscytowania, kiedy przed zachwyconym zespołem rozłożono wykończone i doprowadzone wreszcie do perfekcji kostiumy.
I w tym właśnie momencie wyzłocone słońcem, rozkoszne popołudnie Arthura w dość drastyczny sposób dobiegło końca. Zwiastunem nieszczęścia był czujny wzrok Patsy, którym śledziła każdy jego ruch, kiedy zakładał strój Hamleta — a raczej próbował założyć. To określenie znacznie lepiej pasowało do jego poczynań.
— Ty idioto! Dupku! Pierdoło! Durniu! Egoistyczny draniu! Głupi kutasie! Zasrańcu! Palancie! Bałwanie! Bezmózgi ośle…!
Epitety posypały się na głowę Arthura jak grad nienawiści, gniewu i oczywistego pragnienia, by roznieść go na miejscu na strzępy. Stał, skamieniały z przerażenia i niedowierzania, powoli uznając furię Patsy za fakt po części uzasadniony.
— Czy do ciebie dociera, coś ty zrobił? Czy ty w ogóle nie masz rozumu, baranie?! Mówiłam wam wszystkim, mówiłam tobie, żadnych diet, żadnych wahań wagi, żadnego powiększania cycków, bo inaczej…
— Bo inaczej co, Patricia?
Głos Eamesa, stojącego na drugim końcu sceny, był jak świst bicza. Patsy zamilkła w jednej chwili i skuliła się pod jego potępiającym spojrzeniem. Arthur, ku swemu zawstydzeniu, zauważył, że robi to samo.
Wzrok Eamesa był tak zimny, że nawet Ari, która stała obok Arthura najeżona i gotowa do kontrataku, instynktownie cofnęła się o krok. Arthur poczuł się pozbawiony wsparcia, jednak wrażenie to znikło zaledwie sekundę później — Eames zajął miejsce Ariadne i, ramię w ramię z Arthurem, patrzył na tracącą rezon Patsy.
Twórczyni kostiumów przestąpiła z nogi na nogę i skierowała wzrok w dół, chociaż w jej głosie pobrzmiewały jeszcze resztki rozżalenia i złości.
— Ja bardzo przepraszam, proszę pana, ale ślęczałam nad tym garniturem tygodniami, a on wiedział, jak ważne jest, żeby…
— Tak, tak, utrzymywać tę samą wagę i wymiary i nie przyjmować bezsensownych prezentów na osiemnastki w postaci operacji plastycznych. Bardzo zrozumiałe wymagania, Patsy, ale Arthur, jak wiesz, jest odtwórcą głównej roli, do czego zmusiłem go bez przebierania w środkach. Więc jeśli uda ci się go skutecznie odstraszyć i sprawić, że wycofa się z projektu na skutek niefortunnych, ale nieuniknionych w jego wieku zmian fizycznych, wtedy w dniu premiery powieszę cię za twoje śliczne stópki na środku sceny, zrozumiano?
Patsy zalała się głęboką purpurą i spuściła głowę tak nisko, że mogli dokładnie prześledzić ekspansję rumieńca aż po przedziałek w jej włosach.
— Przepraszam, panie profesorze — wybąkała ledwo słyszalnie, nieludzko wystraszona, a wtedy Arthur puścił w niepamięć niedawne upokorzenie, wystąpił naprzód i położył dłoń na jej zesztywniałym ramieniu.
— Nie, nie, Patsy, to moja wina. Wybacz. Nie zauważyłem, że…
Strząsnęła jego rękę i uśmiechnęła się nieszczerze zaciśniętymi wargami.
— Nie ma sprawy.
— A teraz bądź tak miła i kontynuuj przymiarkę z resztą zespołu, podczas gdy Arthur i ja skorygujemy jego dawne wymiary. Wezmę marynarkę ze sobą i znajdę krawca, który możliwie szybko uszyje na jej wzór następną. W zasadzie to mogłabyś sprawdzić, czy nie zostało jeszcze tego materiału? Byłoby lepiej, gdyby nowa marynarka pasowała do reszty garnituru.
Niski tembr głosu Eamesa i jego cichy, wymuszenie neutralny ton targnął nadszarpniętymi z zażenowania nerwami Arthura. Patsy kiwnęła niechętnie głową i odeszła.
Arthur przełknął ślinę. Eames obrócił się powoli i popatrzył na niego spod wpółprzymkniętych powiek. Ciężar jego niemego rozczarowania był zdecydowanie większy, niż gdyby dał mu wyraz.
— Naprawdę… naprawdę przepraszam — wyszeptał Arthur i zadreptał niepewnie w miejscu. — Wiedziałem, że pływanie zmienia sylwetkę, ale nie miałem pojęcia, że jest to możliwe w tak krótkim czasie. Zauważyłem, że moje koszule zrobiły się przyciasne, kupiłem sobie nawet nowe, ale… ale nigdy nie pomyślałem, że…
Eames wyciągnął ramiona na całą długość i położył je na barkach Arthura, jakby obawiał się, że bez przytrzymania ucieknie w panice.
Możliwe, że wcale się nie mylił.
— Przestań. — Głos Eamesa był szorstki i na tyle cichy, by wywołać złudzenie spokoju, ale w zestawieniu ze zdecydowaną miną zabrzmiał niemal groźnie. — Przestań natychmiast, dobra?
Przeniósł wzrok w dół i zsunął dłonie z ramion Arthura do miejsca tuż powyżej jego łokci, gdzie marynarka odmówiła współpracy, utknąwszy u nasady wyraźnie rozbudowanych mięśni. Stopniowymi szarpnięciami pomógł mu wyswobodzić się z przyciasnych rękawów, kończąc jego bezowocne próby samodzielnego pozbycia się kostiumu. Ruchy Arthura, na wpół sparaliżowanego bliskością Eamesa i bijącym od niego ciepłem, były wyjątkowo nieskoordynowane.
— Zapłacę za nową marynarkę — odezwał się cicho, kiedy Eames stanął za nim, by dokończyć dzieła i złożyć nieszczęsną sztukę garderoby. Złowił przejęte spojrzenie Ariadne, która po przeciwnej stronie sceny pozwalała Patsy skubać i układać fałdy swojej sukni.
Eames odpowiedział niskim, wibrującym warknięciem. Obszedł Arthura i znów znalazł się przed nim.
— Nawet o tym nie myśl, do cholery.
Arthur zacisnął szczęki.
— To moja wina, więc ja pokryję koszty — powtórzył już mniej pewnie, onieśmielony gniewnym spojrzeniem Eamesa.
Eames prychnął .
— No, nareszcie trochę zdrowego zaangażowania — oświadczył z przekąsem. — Ale na to już za późno, Arthurze. Moje przedstawienie, mój aktor, moja marynarka. Więc i moja kieszeń, jasne?
Arthur zmarszczył brwi i przymierzył się do protestu, ale Eames przysunął się tak blisko, że wszelkie słowa zamarły mu na ustach. W tle ponad jego szerokim ramieniem dostrzegł rozszerzone z przestrachu oczy Ari, zaraz jednak pole widzenia wypełniła mu zastygła w uporze twarz nauczyciela.
— Nie. Nawet nie próbuj, Arthur. W porządku?
Arthur zamrugał, czując na policzku oddech Eamesa, przeszyty wonią kawy i gumy do żucia. To spokojnie wystarczyło, by zastygł bez ruchu i doszczętnie oniemiał z wrażenia.
Eames westchnął niecierpliwie.
— Arthur, absolutnie nie leży mi przemawianie ci do rozumu w stylu Patsy, więc przestań się ze mną spierać, dobrze? Masz absolutne prawo pływać, ile ci się podoba, tak jak miałeś kiedyś prawo zataczać cholerne kółka wokół boiska, gdy próbowałem ci to wyperswadować na rzecz udziału w sztuce. Ale zamiast postawić się jak wtedy, ty robisz się potulny i pełen skruchy, co mnie lekko przeraża, skar… Cholera. — Zaczerwienił się, potykając się o to jedno słowo, i Arthurowi zaschło w gardle. — Więc jeśli wolno mi coś zasugerować, to w tym momencie przydałaby się krzepiąca dawka starego Arthura. Bo zaczynam mieć wrażenie, że ta cała woda w basenie dziwnie cię rozmiękczyła.
Cofnął się, zarumieniony ze wzburzenia, nie odrywając błyszczących gorączkowo oczu od oczu Arthura. W jego minie było coś błagalnego, coś, co przeczyło sztywnej mowie jego ciała, ale zanim Arthur zdołał wyrwać się ze swojego stuporu, Eames odwrócił się gwałtownie, przeszedł przez scenę do Patsy i zaczął rozmawiać z nią przyciszonym tonem. Arthur stał i mrugał, pozbawiony nagle widoku szaroniebieskich tęczówek.
— Wszystko w porządku? — odezwała się Ariadne dyskretnie, pojawiając się znów u jego boku, a Arthura ogarnęła obezwładniająca tęsknota za czasem, kiedy nie musiała bez przerwy zadawać mu tego pytania.
Skinął głową i poszedł się przebrać.

+++

Tej nocy śnił o obejmujących go przezroczystych falach i uśmiechu Eamesa, który mówił coś do niego z brzegu. Miękki głos cichł stopniowo, w miarę jak Arthur opadał powoli na dno basenu.
Ocknął się, czując w płucach powódź zimnego powietrza i pierwsze drgnięcia budzącego się do życia znajomego, stalowego uporu.
Przebrnął przez codzienne szkolne obowiązki, spięty i podminowany. Nie wiedział, czemu bez przerwy kopie nogę krzesła i stuka palcami o szybę lub blat ławki, zmuszając się z desperacją do głębokich oddechów, jakby ich stały rytm mógł powstrzymać ciało przed wyskoczeniem z własnej skóry.
Gdy po ostatnim dzwonku otworzył szafkę, jego spojrzenie padło na stare zapasowe szorty i koszulkę, zwinięte w kłębek w zapomnianym kącie za od dawna nie otwieranymi notatnikami. Zacisnął palce na wysłużonym, wyblakłym od częstego prania materiale i poczuł, jak coś ściska go za żołądek — coś, co mogło być jedynie wyrazem właściwej decyzji. Popędził do szatni, gdzie dosłownie zerwał z siebie jeansy i koszulę, by jak najszybciej przebrać się w siebie i wylecieć sprintem na bieżnię.
— Wybacz mi… — dyszał i śmiał się na przemian, pokonawszy jedno, a potem drugie okrążenie swojej starej, ukochanej trasy.
W połowie trzeciego okrążenia nie poradził sobie z palącym oddechem i przeszedł z pełnego tempa do nierównego truchtu, a potem zatrzymał z dłońmi wspartymi na kolanach. Zipiąc i krztusząc się haustami powietrza, wciąż roześmiany, zgiął się w pół w odpowiedzi na ostry protest mięśni, zaskoczonych brutalnym powrotem do dawnego nałogu. Wiedział, że biegł za szybko, za długo, za agresywnie jak na pierwszy raz po tak znacznej przerwie.
— Hej, maratończyku! Łap!
Arthur wyprostował się w sam czas, by odruchowo schwycić nadlatującą ku niemu małą butelkę wody. Wylądowała pewnie w jego ręce, mimo że drgnął z przestrachu na niespodziewany dźwięk głosu swojego „dobroczyńcy”.
— Wypij to — nakazał Eames wesoło i ścisnął mocniej teczkę pod pachą, cofając się od barierki. — Hamlet umiera dopiero w ostatnim akcie. Chyba chciałbyś dożyć jeszcze tej sceny, co?
Arthur ograniczył się do wystawienia środkowego palca, drugą ręką unosząc butelkę i wlewając jej cudownie chłodną zawartość do ust. Całe szczęście, że mógł je zająć w ten sposób, bo, nieposłuszne, zaczęły się już układać do uśmiechu. Zasalutował Eamesowi, odwrócił się i pokuśtykał do wyjścia, otoczony aurą pewności siebie, a w jego uszach wciąż dzwoniło radosne echo śmiechu nauczyciela.
— Dupek — wychrypiał tonem, który w jego przekonaniu wcale nie zabrzmiał czule, po czym powlókł się pod prysznic.

+++

Tydzień później wsuwał ramiona w rękawy nowiutkiej, uszytej w ekspresowym tempie i ponad wszelką wątpliwość horrendalnie drogiej marynarki, podczas gdy Patsy krążyła wokół niego jak rekin, sprawdzając, czy nie sfuszerowano jej cennego projektu.
— No, nie jest aż tak tragicznie — zawyrokowała wreszcie z wyraźną niechęcią.
Ariadne uśmiechnęła się ukradkiem i odwróciła pospiesznie plecami do Patsy, zanim ta zdążyła przyłapać ją na chichotaniu. Zadowolony Eames klepnął Arthura w bark i krótko zacisnął na nim dłoń.
Patsy oddaliła się w kierunku Poloniusza, by poprawić jego urzędową szatę, aż nazbyt przejęta swoimi obowiązkami. Z determinacją upewniała się, czy wszystkie jej kostiumy prezentują się nienagannie przed zapowiedzianą wizytą łowcy talentów. Eames został przy Arthurze i, ciepło uśmiechnięty, obrzucił okiem znawcy skompletowany strój Hamleta.
— Zacząłeś więc znów biegać? — zapytał niezobowiązującym, pozornie znudzonym tonem, wygładzając i tak już idealnie równą klapę marynarki.
Arthur pokonał chęć przewrócenia oczami i zdecydował się na najkrótszą z możliwych odpowiedzi.
— Tak, panie profesorze.
Eames skinął z namysłem głową, nie odrywając wzroku od kostiumu Arthura.
— To dobrze. Nigdy nie uważałem cię za kogoś, kto łatwo rezygnuje.
Arthur zesztywniał, a Eames uniósł głowę i spojrzał mu w oczy z dziwnie żywą i jednocześnie poważną miną.
— Widziałem kiedyś, jak przewróciłeś się na mokrej bieżni. Paskudnie to wyglądało, prawdę mówiąc. Pomyślałem, że musiało to tobą jakoś wstrząsnąć, bo potem przestałeś tam przychodzić. — Jego niemal pozbawione wyrazu oczy przeszywały Arthura na wylot, zmuszając go do zrobienia kroku w tył. — Ale teraz znów jesteś w siodle, i bardzo dobrze, to ważne, żebyś… żebyś zawsze potrafił wrócić do tego, na czym ci zależy, nieważne, jak bardzo bolał upadek.
— Tak, panie profesorze — powtórzył Arthur, pusty w środku z przerażenia, nie wiedząc, czy Eames próbuje wytłumaczyć mu w ten sposób, żeby dał sobie z nim spokój. Zamrugał i zarumienił się lekko, kiedy wzrok Eamesa zmiękł wraz z tonem głosu.
— Oczywiście nie kieruję się samymi altruistycznymi pobudkami. Serce mi się łamało, gdy patrzyłem, jak dajesz się pokonać deszczowi — zażartował ironicznie. — Arthur Wright, który odchodzi bez walki z bieżni? Niechybny znak zbliżającego się końca świata.
Arthur uśmiechnął się i wzruszył ramionami.
— Powiedzmy, że potraktowałem przerwę jako test. — Kąciki jego ust drgały tak silnie, że poczuł skurcz mięśni w policzkach. — W końcu jeszcze tylko niecały miesiąc i będę musiał poradzić sobie bez szkolnego boiska, tym razem na dobre.
Nagle jego uśmiech zabolał, a Eames jakby osunął się w sobie. Jego oczy, usta, podbródek, cała twarz skamieniały w pełnej szoku ciszy, która zapadła między nimi.
— Racja — przyznał wreszcie. Arthur zapragnął na niego nawrzeszczeć, rzucić w niego czymś ciężkim za to, że aż emanował rezygnacją, ale zanim zdołał wykrztusić cokolwiek w odpowiedzi, Eames odszedł i zaczął wzywać wszystkich do zajęcia pozycji.
Arthur zagryzł zęby i zmusił się do przejścia na swoje miejsce, przeklinając w duchu i walcząc z wymierzoną przeciwko sobie samemu złością.
Jeszcze tylko niecały miesiąc i już nigdy cię nie zobaczę.
Równie dobrze mógł wymówić to na głos, bo równało się dokładnie temu, co Eames wyczytał przed chwilą z jego wypowiedzi. A najgorsze — jeszcze gorsze od faktu, że Eames przyznał mu rację — była pełna świadomość, iż jest to absolutną prawdą.

+++

Arthur odchylił głowę do tyłu i wystawił twarz na bajecznie odświeżające działanie prysznica. Spływające z brwi strumienie zmywały pot, łagodziły zmęczenie i skumulowane napięcie całego dnia. Wydał westchnienie rozkoszy, czując, jak gorąca woda rozluźnia bolesne węzły w mięśniach karku.
Miał za sobą dziwny tydzień — najpierw pojawiła się przytłaczająca świadomość, że można rozpocząć odliczanie dni do końca ostatniego roku w szkole (i nieodwołalnej utraty Eamesa), a potem wspaniały, niespodziewany, półprzytomny powrót do tej części siebie, za którą tęsknił tak ogromnie, nie zdając sobie nawet z tego sprawy.
Bieganie.
Czasami, kiedy czuł pod stopami znajomą twardość bieżni, nie mógł uwierzyć, że dobrowolnie z tego zrezygnował. Stapiał się w jedno ze świstem powietrza w uszach i rytmem każdego kroku, z wiatrem, światłem i deszczem, nawet z ziemią pod nogami, dopóki nie stał się samym biciem serca, bólem oddechu w płucach, bezwładnym zawiśnięciem na orbicie między słabością własnego ciała a pragnieniem pędu, by na koniec skapitulować, ulec bezlitosnej sile grawitacji, zatrzymać się i powlec pod prysznic na rozdygotanych nogach i z rozanielonym uśmiechem na twarzy.
Naturalnie dostrzegał niekiedy na trybunach postać, obłożoną papierami albo po prostu patrzącą na niego z pochyloną głową i rękami założonymi na piersi. Dla Arthura było aż nazbyt jasne, że biega w kółko również w przenośni, jakby czekał na to jedno decydujące okrążenie, które rozkruszy jego zbolałe serce.
Jęknął cicho i skoncentrował z powrotem na gorących kroplach, kłujących skórę głowy niczym ostre igiełki. Pochyli się i oparł czołem o kafelki, przytrzymał dodatkowo dłońmi po obu stronach prysznica, zamknął oczy i chłonął ogłuszający szum wody, który odbijał się echem od ścian opustoszałej łaźni.
Musiał stać tak co najmniej dziesięć minut pod cudownie silnym biczem strumieni, kiedy donośne chrząknięcie zmusiło go do otwarcia oczu.
— Arthur.
Nie, powiedział mózg Arthura, zdecydowanie i dobitnie.
Żadne bóstwo nie mogło być na tyle okrutne, żeby podsunąć młodemu, zdrowemu, stojącemu pod prysznicem homoseksualnemu mężczyźnie obiekt jego pożądań i fantazji bez gwarantowanych następstw w postaci obrazu rodem z filmu porno albo wręcz przeciwnie, sceny totalnego upokorzenia. To niedopuszczalne, żeby brutalny los zesłał mu Eamesa w chwili, kiedy jest słaby, nagi i ocieka wodą.
Arthur wyprostował się powoli i ostrożnie zerknął na nauczyciela, który stał na uboczu za wysoką do piersi ścianką działową, odgradzającą prysznice od reszty szatni.
Ależ oczywiście.
Uśmiechnął się ironicznie w duchu i zakręcił kurek. Zamrugał, żeby strząsnąć zwisające z rzęs ciężkie krople, które zaraz ściekły do oczu i ust, zebrały w małą kałużę w zagłębieniu nad obojczykiem, a potem popłynęły w dół po piersi i jeszcze niżej, i Arthur poczuł nagłą dumę z własnego ciała, wyrzeźbionego przez nieustanny trening. Nie będzie się go wstydził, nie ma ku temu najmniejszych powodów, skoro to właśnie na nim zacisnęły się kiedyś przez chwilę wygłodniałe dłonie Eamesa, skoro było tak doskonałe w jego objęciach.
— Tak, proszę pana? — zapytał bez tchu, zaciekawiony i lekko zniecierpliwiony, kiedy Eames nie odezwał się przez dłuższą chwilę i jedynie przeszywał go wzrokiem na wylot.
— Ariadne… Jest na zewnątrz. Czeka na ciebie już dłuższy czas. Poprosiła mnie, żebym cię zawołał, bo stało się coś ważnego i musi z tobą pilnie porozmawiać…
Zanim Eames zdążył wypowiedzieć zdanie do końca, Arthur był już przy ściance. Zerwał przerzucony przez nią ręcznik, przepasał się nim ciasno jak sarongiem i ślizgając się na mokrych stopach, przemknął jak strzała obok szafek. Wypadł na zewnątrz z Eamesem depczącym mu po piętach i cisnącymi się na usta pytaniami, które kłębiły mu się panicznie pod czaszką. Komu się coś stało? Mamie, pani Moore, Rickowi, Benowi?
Nie było mu dane wypowiedzieć swoich obaw na głos. Nagle wystrzeliła ku niemu para drobnych ramion, w uszach zawibrował dziewczęcy pisk, a po chwili cała podekscytowana Ariadne dyndała mu radośnie na szyi.
— Yusuf zaprosił mnie na bal maturalny! — Jej krzyk omal nie rozsadził Arthurowi bębenków i tylko dzięki starannie wbijanej mu do głowy w dzieciństwie zasadzie, że nie należy krzywdzić młodych dam, zdołał powstrzymać się przed bezceremonialnym odepchnięciem jej na sporą odległość.
Roześmiał się, zbyt rozerwany pomiędzy gniewem a radością z jej szczęścia, żeby zareagować czymś więcej niż przewróceniem oczu i objęciem jej za plecy. Nie wiedział, czy powinien jej najpierw pogratulować, czy porządnie zbesztać.
Eames wydawał się nie mieć podobnych dylematów.
— Ariadne, moja droga, proszę powiedz mi, że żałobna mina, wzrok Bambiego i błagania o natychmiastowe wyciągnięcie Arthura spod prysznica nie były tylko po to, żebyś w bardzo ekstrowertyczny sposób mogła zaprezentować nam, jak wygląda prawdziwa rozpiszczana nastolatka?
— Och… Hmm… — wybąkała i zarumieniła się, ale nie odsunęła od Arthura. Wciąż zwisała mu z szyi, wsparta o ziemię samymi czubkami palców.
Eames dramatycznym gestem schował twarz w dłoniach i zajęczał, potrząsając głową.
— Arthur… Arthur, wybacz. Wyglądała na tak wstrząśniętą, kiedy przechodziłem obok, a gdy powiedziała, że stało się coś ważnego… — Eames opuścił ręce i zrobił bezradną, przerażoną minę. Arthur zaśmiał się, pomimo swojej prawie-nagości dziwnie zachwycony sytuacją. — Przepraszam cię z całego serca, Arthurze, ale nie zaszkodziłoby, gdybyś poważnie przedyskutował ze swoją drogą przyjaciółką, która najwyraźniej nie może się od ciebie odkleić, różnicę między prawdziwym nagłym przypadkiem a tym, co nim nie jest, hmm?
Oburzona Ariadne w jednej chwili opadła na stopy i rzuciła rozbawionemu Eamesowi mordercze spojrzenie.
— To niesprawiedliwe! — zawołała. — Przecież pan sam zapytał mnie, czy coś się stało, a gdy odpowiedziałam, że muszę porozmawiać z Arthurem…
Pilnie porozmawiać — uściślił Eames.
Wzrok Ari stwardniał jeszcze bardziej. Ku niepohamowanej radości Arthura i Eamesa przybrała groźną postawę, zaciskając swoje drobne pięści na biodrach.
— … że muszę porozmawiać z Arthurem, pan od razu, bez pytania, poszedł po niego do szatni, więc niech pan kieruje wszystkie pretensje wyłącznie do siebie!
— Mówiłaś, że musisz z nim pilnie porozmawiać — bronił się Eames ze sztucznym uporem, na co sfrustrowana Ari wyrzuciła ręce w górę. Arthur musiał zakryć sobie usta, żeby nie parsknąć otwarcie.
— Skoro pan tak twierdzi. To tylko takie wyrażenie, sprawa wcale nie była aż tak ważna!
Arthur o mało się nie zakrztusił.
— Nie była ważna? — zapytał z niedowierzaniem. — Ariadne, pan Eames przyszedł pod prysznice i powiedział, że czekasz na mnie już całą wieczność z czymś niecierpiącym zwłoki…
— Widzisz? Nawet nie tracił czasu na to, żeby się ubrać — dodał Eames i wskazał na niewątpliwie uroczą męską wersję spódnicy z ręcznika.
Ariadne wydała stłumiony, zszokowany dźwięk, dopiero teraz zauważywszy owinięty ciasno wokół bioder Arthura i spływający aż po łydki biały pas frotowego materiału.
— Och, Arthur… — Zagapiła się na niego i oblała ciemną purpurą. — Jejku, przepraszam.
Założył ramiona na piersi i spróbował zrobić wrażenie kogoś, kto nie prowadzi tej rozmowy niemal nago, okryty jedynie wilgotnym ręcznikiem.
— Myślałem, że chcesz mi wyznać, że właśnie kogoś zabiłaś — oświadczył ze śmiertelną powagą.
Eames zdławił śmiech, starając się dopasować do tonu Arthura, niestety błysk w oczach zdradzał jego prawdziwy nastrój.
— Wiesz, być może powinieneś ograniczyć niektóre z jej przywilejów osobistych, dopóki nie udowodni ci, że potrafi się zachowywać dojrzalej od trzynastolatki. — Wyszczerzył zęby, a Arthur uniósł brew, nie zwracając uwagi na pioruny w oczach Ari.
— Świetny pomysł. Zacznę chyba od szlabanu na kofeinę…
— I prowadzenie samochodu…
— I na przebywanie poza domem po dwudziestej…
— A potem ograniczysz jej środki artystycznego wyrazu do malowania palcami…
— I ciastoliny, w przypływie dobroci…
— I oczywiście wydasz absolutny zakaz umawiania się z maturzystami — dokończył Eames z diabelskim uśmiechem.
Ariadne wciągnęła powietrze w głębokim, zdesperowanym oddechu, a potem uśmiechnęła się i ociekającym słodyczą głosem oświadczyła, że mogą iść się pieprzyć. Obydwaj.
Eames zatkał sobie uszy.
— Czego ja muszę słuchać! Panno Rittner, jestem przerażony, nie, absolutnie wstrząśnięty twoimi słownictwem. Daj mi choć jeden dobry powód, dla którego miałbym zrezygnować z wymierzenia ci zasłużonej kary.
Zarówno jego mina, jak i wyraz oczu w ogóle nie pasowały do słów, i choć Ariadne starała się patrzeć tak samo groźnie jak przedtem, Arthur przyłapał ją na ukradkowym uśmieszku.
— A gdybym tak niechcący złamała nogę pana duńskiemu księciu? — zapytała, trzepocząc niewinnie rzęsami i błyskając bielą zębów.
Arthur wydał okrzyk oburzenia. Eames przyłożył otwartą dłoń do piersi, zachwiał się i cofnął o krok.
— Sabotaż… — wyszeptał z melodramatyczną przesadą, ale zaraz wyprostował się i mrugnął do nich wesoło. — W porządku, moje zachwycające i na szczęście nienaruszone gwiazdy. Pozostawiam was sobie. Ariadne, proszę bardzo, nie krępuj się z erupcjami swojego nastoletniego entuzjazmu. — Odwrócił się, na odchodnym zerkając z rozbawieniem na Arthura. — Ale bądź tak dobra i upewnij się, żeby nasz główny bohater okrył się czymś jak najszybciej, zgoda? Nie ma nic gorszego niż zasmarkany i przeziębiony Hamlet. Do jutra.
Arthur patrzył, jak Eames oddala się sprężystym krokiem, a potem przeniósł wzrok na twarz Ariadne. Trącili się łokciami i ryknęli głośno, zataczając się ze śmiechu.
— Hej, naprawdę się cieszę. No wiesz, z zaproszenia na bal — wydyszał Arthur, gdy już się jako tako uspokoili. Czubki uszu Ari natychmiast pokryły się delikatnym rumieńcem. — Czy to znaczy, że oderwał się na jedną przytomną chwilę od wysadzania laboratorium w powietrze i wykorzystał ją, żeby ci wyznać, jaka jesteś cudowna?
Ari promieniowała szczęściem.
— Powiedział, że chciał się ze mną umówić już w poprzednim półroczu, ale jestem tak ładna, że go onieśmielam. I że zapomina własnego imienia, gdy ze mną rozmawia.
Zaczerwieniła się jeszcze mocniej, a Arthur roześmiał się, z dziwnym ukłuciem w brzuchu wspominając, jak kiedyś na placu zabaw sprał na kwaśne jabłko starszego chłopca, który podeptał zbudowany przez Ari zamek z piasku. Postanowił mieć Yusufa na oku, niezależnie od tego, jak „miły” się wydawał.
— Zobaczysz, będziesz się z nim świetnie bawić. Wyglądasz tak nieziemsko w swojej sukience, że tym razem zamiast próbówek sam wyleci w powietrze. Twoja uderzająca uroda, połączona z ogólną wszechzajebistością, jest lepsza niż jego mieszanki wybuchowe.
Ariadne zbyła komplementy łaskawym skinięciem głowy.
— Jasne, tego właśnie mi brakowało do szczęścia na pierwszej romantycznej randce w moim życiu: eksplozji.
— Zależy jakiej — skwitował Arthur i przewrócił oczami, po czym zebrał się do odejścia, mamrocząc pod nosem coś o wygórowanych wymaganiach dzisiejszych nastolatek.
Był już na korytarzu, kiedy zatrzymał go okrzyk Ari.
— Arthur! Arthur, czy on wszedł pod same prysznice, żeby cię zawołać?!
Westchnął i odwrócił się z powrotem do drzwi.
— Tak. Na twoją prośbę.
Założyła ręce na piersi i popatrzyła na niego z zadowoleniem.
— Zabawne, jak to podziałało. Że już nie wspomnę o tym, jak przejął się twoim obecnym strojem. — Wyszczerzyła się radośnie, ale zaraz przygryzła wargę. — Zapomniałam, jak dobrze można się z nim bawić, kiedy nie próbuje być niewzruszonym nauczycielem.
Arthur spuścił wzrok i uśmiechnął się ze smutną nostalgią.
— Tak, można.
Rzucił jej jeszcze jedno pogodne spojrzenie, zanim zniknął w drzwiach do szatni. Drżąc we wciąż zaparowanym lekko pomieszczeniu, wytarł się pospiesznie, ścigany donośnymi okrzykami z zewnątrz.
— Tylko sobie nie myśl, że zapomniałam o połamaniu ci nóg! Spróbuj tylko dotknąć mojej kawy, Wright, a zginiesz, jasne?! Dopadnę cię i tego twojego małego nauczyciela, zobaczysz!
— On nie jest moim niczym! — odkrzyknął bez przekonania, zły na samego siebie, że dopuszcza, by powrót do ponurej rzeczywistości zepsuł całą zabawę. Dźwięczne „HA!”, które dobiegło z korytarza, podziałało jak absurdalne pocieszenie, więc ubrał się do końca, uśmiechnięty i z mocnym postanowieniem, że dziś już nic nie zepsuje mu dobrego humoru.

+++

Matury przywitano chóralnym jękiem boleści. Całą szkołę spowiła mgła rozpaczy, a zadręczeni nauką uczniowie z desperacją brnęli przez ten krótki, ale straszliwy okres.
Arthur nie martwił się o wyniki: miał dobrą rękę do testów i egzaminów. Adrenalina wyostrzała mu umysł, odpowiedzi nawet w przypadku trudniejszych zadań przychodziły do głowy niemal same, więc przez większość czasu pozostał niewzruszony. Niestety, właściwy mu spokój został nieco nadszarpnięty przez atmosferę ogólnej paniki — przede wszystkim tej, którą ze szczególnym upodobaniem roztaczała wokół siebie Ariadne.
— O boże, o boże, o boże. Ja nic nie umiem. Nic nie pamiętam. Wszystko wyleciało mi z głowy, bo za bardzo się stresuję, żeby coś w niej zatrzymać. Nigdy nie zdam matury i nie dostanę się na studia, i zamiast świetlanej kariery fotograficznej, projektanckiej, malarskiej, ba, jakiejkolwiek, będę zmuszona kraść sobie żarcie w supermarkecie, bo wypłata za pomoc przy grillu w McDonaldzie nie wystarczy mi na uczciwe zakupy. Potem mnie przymkną i w ramach resocjalizacji każą zmywać graffiti z murów, a ja cały czas będę myśleć „uch, co za toporny zestaw kolorów” i niczego nie pragnąć bardziej niż własnej farby w sprayu, żeby też móc wyrazić się artystycznie!
Robert zastygł z kubkiem kawy w połowie uniesionym do ust i gapił się bez słowa na głośno histeryzującą Ariadne. Arthur, przyzwyczajony do podobnych wybuchów wokółegzaminowego popłochu, zachował jednak zimną krew.
— Spokojnie, zdasz — powiedział, nie odrywając się od drugiego śniadania.
Czoło Ariadne z łomotem opadło na blat stołu. Robert skrzywił się współczująco.
Co z nią?, zapytał ruchem ust. Arthur westchnął w duchu i uspokoił go gestem.
— Nic jej nie jest. Nie przejmuj się. Będzie robiła tak kilka razy dziennie aż do końca matur, a potem się uspokoi. Zresztą to jeszcze nic takiego. Poczekaj, aż zacznie się wystawa, Ari dopiero wtedy pokaże, co potrafi. Zobaczysz naprawdę dramatyczne sceny. Nie będziesz wiedział, czy masz najpierw krzyczeć, a potem wiać, czy na odwrót. Ale każdy wybór okaże się dobry, uwierz mi.
— Dupek — wymamrotała Ariadne w plastykową powierzchnię stołu.
Robert uniósł brew i zwrócił się do Arthura.
— A czy to możliwe, że twoja metoda radzenia sobie ze stresem egzaminacyjnym polega na częstowaniu otoczenia dodatkową porcją sarkazmu? — Odsłonił zęby w uśmiechu, a Arthur odpowiedział mu ironicznym ukłonem.
— I zamierzam przy tym pozostać do końca tygodnia, chyba że nie wytrzymam i zacznę mordować panikarzy.
Zmarszczył czoło i przez chwilę przyglądał się Robertowi, swobodnie rozpartemu na krześle. Dopiero teraz rzucił mu się w oczy jego kompletny — i jakże cudowny — spokój.
— Ty też… jakoś mało się przejmujesz, hmm?
Rob wzruszył beztrosko ramionami.
— Juilliard wyraził zainteresowanie moim podaniem, ale jeśli nawet nie uda mi się tam dostać, to mam parę innych opcji. Ojciec i tak będzie niezadowolony z każdej z moich możliwych decyzji, więc wszystko mi jedno, na jakiej uczelni wyląduję. — Ponownie wzruszył ramionami, uśmiechnął się zgryźliwie i uniósł obrócone wnętrzem do góry dłonie. — W takim układzie gówno mnie to wszystko obchodzi.
Arthur zamrugał, po czym wyciągnął rękę i mocno ścisnął przedramię Roberta.
— Bratnia duszo — zadudnił głosem Borisa Karloffa, na co Robert roześmiał się z zachwytem.
— Ciesz się moim luzem, póki możesz, amigo. Bo tak prawdę mówiąc, jeśli nie przyjmą mnie do Juilliarda, dostanę co najmniej takiej histerii jak nasza biedna Ari tutaj. Ale na razie staram się nie martwić na zapas i stawiam na siłę pozytywnego myślenia. — Przybił leniwą piątkę z Arthurem i zwichrzył włosy Ariadne. — Przestań się przejmować, Ari. Nie tylko zdasz na same celujące, ale powalisz wszystkich na kolana swoją wystawą. Łącznie ze mną. — Rzucił Arthurowi niezbyt szczere powłóczyste spojrzenie, zmuszając go do przewrócenia oczami. — A gdyby Arthur wciąż nie był skłonny okazać ci wsparcia w chwilach potrzeby, kiedy jak każdy wielki artysta cierpisz z powodu tremy, pokażę mu twój główny eksponat i wtedy zobaczymy, kto w jednej chwili straci całe opanowanie i z kogo będzie się można nabijać, dobra?
Ariadne podniosła głowę ze stołu i uśmiechnęła się blado do Roberta.
— Aha. Tak. Dobry pomysł. Podoba mi się — wydusiła i spojrzała na rozbawionego Arthura wzrokiem sygnalizującym gotowość zemsty.
Ucieszył się, że porzuciła walenie czołem o blat, ale za nic w świecie nie zamierzał poprawiać jej humoru posłużeniem za obiekt drwin.
— Nie róbcie sobie nadziei — oświadczył obojgu słodkim tonem i, przekonany o swojej odporności na wszelką panikę, odgryzł spory kęs kanapki.
Za żadną cholerę nie straci zimnej krwi.

+++

Jego krew zdecydowanie nie była zimna.
Blady jak prześcieradło Arthur gapił się na to z opadłą szczęką, szalejącym pulsem i emocjami rozerwanymi gdzieś pomiędzy śmiertelnym przerażeniem a skrajnym upokorzeniem.
Dziesięć dni egzaminów maturalnych nadkruszyło jego niezłomność na tyle, że zaczął reagować grzeczną odmową na podejmowane przez Ariadne i Roberta próby zaciągnięcia go na wystawę, a nie, jak początkowo planował, śmiechem prosto w twarz i oświadczeniem, że wolałby raczej strzelić sobie w łeb.
A potem pojawiły się spojrzenia.
Wchodził do biblioteki i ludzie, którzy nigdy nie zwracali na niego większej uwagi, unosili nagle głowy i otwarcie śledzili go wzrokiem. Szedł korytarzem, a wymijane grupki uczniów pokazywały go sobie palcami i wlepiały w niego oczy, jakby chciały porównać go z portretem na liście gończym najgroźniejszego przestępcy wszechczasów.
Oczywiście najgorzej zachowywali się ci, których znał osobiście. Pół klasy i obsady teatralnej nabrało zwyczaju specyficznego obchodzenia się z Arthurem: najpierw przyglądali się badawczo jego twarzy, potem uśmiechali bez słowa, a na koniec odwracali się na pięcie z komentarzem, że to wymiata.
Zapewne byłoby mu łatwiej znieść zachowanie otoczenia, gdyby nie zdawał sobie dokładnie sprawy, co się do niego przyczyniło. Niestety wiedział i mimo wszystko wciąż zdecydowanie odmawiał obejrzenia wystawy. Odkąd pamiętał, zawsze czuł się niezręcznie, patrząc na własne zdjęcia, co zwykle skłaniało Ari do stwierdzenia, że w poprzednim życiu musiał być jakimś dzikim wojownikiem, przekonanym, iż magiczna skrzynka, z której wychodzą fotografie, ukradnie mu duszę. Arthur z kolei utrzymywał, że jeśli już miał wcześniejsze życie, to zapewne nieźle w nim nabroił, skoro w obecnym los skazał go na towarzystwo Ariadne — która naturalnie uważała ów fakt nie za karę, a dar niebios.
Zapewne udałoby mu się do końca zachować dystans i cierpliwie przeczekać, aż okazywana mu przez otoczenie ciekawość osłabnie, gdyby tego popołudnia nie wydarzyło się coś nieoczekiwanego i strasznego zarazem. Wraz z Robertem dochodził właśnie niespiesznym krokiem do galerii, przed wejściem do której umówili się z Ariadne (przy czym Arthur zamierzał zachować bezpieczny odstęp od drzwi, by nie zostać przypadkiem przepchnięty przez próg, co wielokrotnie sugerował Fischer, zanim zrozumiał, że Arthur naprawdę nie chce zobaczyć wystawy), kiedy niespodziewanie ze środka wyszedł Eames. Zatrzymał się jak wryty w przejściu i przesunął zszokowanym wzrokiem po twarzy Arthura — który naturalnie również zastygł bez ruchu — jakby wydawało mu się, że śni. Otrząsnął się dopiero po chwili, skinął urwanie głową i odszedł.
— Czemu… czemu on tak na mnie spojrzał? — wybuchł Arthur, a przed oczami jego wyobraźni przesunął się szereg zdjęć z nim w roli głównej, poskręcanym w przerażających pozycjach, gołym albo brzydkim, tak potwornie brzydkim, że Eames musiał uciekać w popłochu. — Kurwa, co ona wystawiła o mnie w tym swoim projekcie?
— Hmm, nie zauważyłem, żeby pan Eames patrzył jakoś szczególnie. A co do drugiego pytania — Robert szerokim gestem wskazał na drzwi prowadzące do galerii — to moim zdaniem najpewniejszą odpowiedź znajdziesz w środku, drogi książę.
Arthur zmełł w ustach ostre przymknij się, bo zrozumiał, że nogi zaniosły go już za daleko. Znalazł się na drodze bez odwrotu, którą w tym przypadku było wnętrze pachnącego farbą budynku sztuk pięknych i białe mury korytarza wiodącego prościutko do głównej sali wystawowej. Na plecach, między łopatkami, czuł dłoń Roba. Popychała go lekko do przodu, kiedy zwalniał z wahaniem, dopóki obaj nie zatrzymali się przed ścianą z eksponatami.
Przestronne pomieszczenie wibrowało od eksplozji mieszanych barw. Pomniejsze wydzielone sekcje prezentujące prace poszczególnych uczniów otaczały to, na co patrzył teraz Arthur i co zdecydowanie musiało być klejnotem w koronie wystawy: zbiór dzieł Ari. Porozwieszane na białych ścianach w pozornie chaotyczny sposób dowody jej kreatywności prowadziły niczym kręta ścieżka do największego i najbardziej wyrazistego z nich, którym oczywiście były jego portrety.
Po chwili wypełnionej dzikim pulsowaniem w gardle — chory z zażenowania, zaskoczony, oszołomiony, oczarowany i okrutnie przerażony, wszystko naraz — oderwał wzrok od siebie samego i spróbował ogarnąć całość.
Kolekcja nosiła nazwę DO CELU i maleńka, zdolna jeszcze do normalnego funkcjonowania część umysłu Arthura uśmiechnęła się złośliwie nad pytaniem, z jak gorliwym entuzjazmem musiało odnieść się ciało pedagogiczne do wybranego przez Ari tytułu projektu, jednej z pereł przyszłej gali.
Rozpoznał parę zdjęć, które widział już wcześniej, albo jako świadek ich powstawania, albo zaraz po wywołaniu. Każde z nich Ari opatrzyła osobnym tytułem, część zaś włączyła do swojego zasadniczego dzieła: kolażu złożonego z pejzaży ich feryjnej włóczęgi, fotograficznych, boleśnie prawdziwych dokumentów oraz onirycznych, pełnych zawijasów obrazów, które sugerowały równie wiele, co jasno wypowiadały.
Uniósł rękę i ostrożnie pogłaskał powietrze tuż nad utrwalonym na zdjęciu odkryciem Ariadne z początku tego roku: przebijającym się przez pokrywę śniegu kwiatem. Zamrożone pąki w jakiś sposób wciąż wychylały się dumnie ku zimowemu słońcu, którego słabe promienie odbijały się od kryształków lodu, pokrywającego roślinkę cienką warstwą.
— Pamiętam, jak robiła to zdjęcie — wyszeptał. Wiedział, że Robert nadal stoi za jego plecami i cicho czeka na spodziewany wybuch z jego strony.
— A pamiętasz i to? — zapytał Fischer ostrożnie.
Arthur zamrugał, by pozbyć się wrażenia piasku pod powiekami, stanął obok Roberta i uniósł wzrok na własną wystawioną na widok publiczny twarz i postać, zastygłą na tle słońca i deszczu.
— Tak, te też — potwierdził cicho, wdzięczny, że Rob z właściwym sobie wyczuciem postanowił nie kpić ze stanu cichego oczarowania, w jaki wprawiły Arthura fotografie.
Główna z nich miała może dwa metry przekroju. W jej górnym prawym rogu widniała twarz Arthura, zwrócona w dół w wyrazie poddania, niewypowiedzianie smutna mimo zaciśniętych desperacko szczęk, przesłonięta opadającymi na nią włosami i ginąca niemal na tle słońca, które na moment przebiło ciężką pokrywę chmur za jego plecami. Jaskrawe światło zlewało się płynnie z cieniami kryjącymi resztę zdjęcia: szkolną bieżnię, strugi deszczu i wyprężone w toczonej ze sobą walce ciało Arthura, biegnącego szybciej i szybciej, ale to wciąż było za mało, wciąż nie mogło mu wystarczyć, bo w tej uwiecznionej przez Ari sekundzie jego mina wyrażała jedynie rozpaczliwą desperację i złość. Rozbłysk flesza żarzył się biało na mokrej od ulewy skórze i wykrzywionych z wysiłku rysach, podkreślał kontury sylwetki i nadawał jej pozory sięgającego ku niebu widma. Arthur widział bijającą od postaci na zdjęciu furię z taka samą dokładnością, z jaką czuł ją w tamtej chwili, kiedy próbował przezwyciężyć swoje udręczone, złamane serce i po prostu biec tak długo, dopóki ból nie ustąpi.
Doskonale pamiętał szokującą eksplozję światła, nagły upadek i poczucie przegranej, które dopadło go jeszcze brutalniej niż bicze deszczu.
Spuścił wzrok, żeby przeczytać indywidualny tytuł fotografii.
Ikar.
Roześmiał się, krótko i ostro, i na moment uniósł dłoń do twarzy, żeby zamaskować gwałtowny przypływ łez. Przegnał je pospiesznie kilkakrotnym mrugnięciem, zanim zdążyły zrobić coś więcej niż zakłuć go w oczy.
— Wszystko w porządku? — zapytał cienki głosik, a pasująca do niego mała ręka wsunęła się do dłoni Arthura.
Wziął głęboki oddech i szybko ścisnął jej palce, wiedząc, że Ari zrozumie, jeśli w tej chwili nie znajdzie właściwych słów. Skinął głową, kiedy poczuł na ramieniu równie delikatny dotyk drugiej, tym razem większej, ręki Roberta.
— Tak — szepnął ochryple. Żałował, że wielkie wrażenie, jakie wywarło na nim zdjęcie, jest aż tak łatwe do odczytania.
— Niewiarygodna robota, Ari — powiedział cicho Rob i Arthur przez sekundę miał chęć zaśmiać się histerycznie i trzepnąć go w ucho.
Wyglądam na załamanego, pomyślał płasko. Nic dziwnego, że Eames był tak wstrząśnięty. Pewnie wini się za mój stan. I oczywiście ma w jakimś sensie rację.
— Wszystkim się bardzo podoba — odezwała się Ari miękkim tonem, w którym pobrzmiewała potrzeba i niepokój, odwrócił się więc i spojrzał na nią z otuchą, zdumiony, że odruchowo reaguje gestami pocieszenia, nawet jeśli w duchu kręci nosem na jej słowa.
— To zdjęcie ma niesamowitą siłę, Ari. Nie myśl, że mi się nie podoba, po prostu cieszyłbym się bardziej jego widokiem, gdyby był na nim ktoś inny niż ja. — Uśmiechnął się blado, na co Robert klepnął go mocno w bark.
— Lepiej cierp w milczeniu, Wright. Zobaczysz, zrobimy z ciebie jeszcze miss rozkładówki!
Arthur skrzywił ironicznie usta. Ariadne roześmiała się łagodnie, ale po opuszczonym podbródku i odchylonej lekko w bok głowie rozpoznał, że wzięła sobie jego komentarz do serca — bo kto mówiący do niej Oczywiście ty też możesz przyczynić się do umilenia mi dnia, jeżeli tylko opanujesz się na tyle, żeby nie robić mi zdjęć, kiedy ociekam potem i wyglądam jak pieprzona ofiara losu chciałby dobrowolnie zostać głównym motywem jej fotografii? Jakże mógł patrzeć na portret przychylnym okiem, skoro wyraźnie widział, że buchająca ze zdjęcia złość wcale nie była wyrazem niezadowolenia ze swoich niedostatecznych osiągnięć, a niezaspokojonym pragnieniem, by wybiegać z siebie uczucie do Eamesa, by dążyć do czegokolwiek, co uczyni ból po jego utracie możliwym do zniesienia…?
Uśmiechnął się niespodziewanie.
— To idealna fotografia, Ari — powiedział cicho. — Nie jestem pewien, czy dążę akurat do wzbicia się w powietrze, ale udało ci się w stu procentach uchwycić, jak się wtedy czułem. Coś niesamowitego.
Zrobiła oczy tak wielkie, że odbił się w nich rządek koszmarnych jarzeniówek pod sufitem, których zapewne pozbędą się w pierwszej kolejności, gdy tylko szkoła zbierze fundusze na remont budynków sekcji artystycznej.
— Naprawdę nie uważasz, że jest okropna?
Westchnął lekko i odwrócił się twarzą do zdjęcia, ponownie przyglądając się swojej wygiętej ku niebu postaci, utrwalonej na wieki między jednym krokiem a drugim. Patrzył, niepewny, czy uda mu się dostrzec coś jeszcze poza zapamiętanym bólem.
— Nie, nie uważam — przyznał wreszcie szczerze, a Ari otoczyła go ciasno ramionami w pasie i odetchnęła z ulgą, drżąc u jego boku.
— Cieszę się — oświadczyła tak żarliwie, że Arthur mógł się jedynie uśmiechnąć, zdecydowany, że odłoży analizę swoich uczuć odnośnie fotografii na później (a najlepiej na nigdy). Ariadne spojrzała mu nagle w twarz i dodała szeptem: — Eames powiedział, że jest przepiękna.
— Och — wyrwało mu się z ust i poczuł, jak coś gorącego wybucha mu w centrum piersi. Stał, chwiejąc się lekko pod ciężarem owiniętej wokół niego Ari, i patrzył na swój portret z myślą, że tamtego wieczoru popełnił błąd. Trzeba było wstać i biec dalej, niezależnie od krótkiego bólu, który przyniósł upadek.
Nigdy nie uważałem cię za kogoś, kto łatwo rezygnuje.
— Och — powtórzył cicho, a potem pospiesznie zdusił te rozważania w zalążku, zanim zdążyły przynieść nieuniknione cierpienie.
Odwrócił się i poprowadził przyjaciół w stronę innych (paskudnych) dzieł, stworzonych przez resztę szkolnych artystów, starannie unikając ostatniego zerknięcia na zdjęcie kwiatu, który wbrew wszelkim szansom na powodzenie torował sobie drogę między zwałami śniegu.


Koniec rozdziału dziewiątego


1 Prestiżowa nowojorska szkoła artystyczna, kształcąca głównie aktorów i muzyków.
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Postprzez Veldrin » 26 maja 2013, o 19:04

Uff... Ok. Ochłonęłam i jestem gotowa do skomentowania. Przeczytałam już wczoraj, ale emocje nie pozwoliły zebrać mi myśli do kupy, tak więc pojawiam się dzisiaj.

Doooooooooonnnnnnnnniiiiiiiiieeeeeee!!!!!! Ja chcę jeszcze!!! - To pierwsze co nasuwa mi się na myśl. Nie mam w zwyczaju histeryzować, bo nie jestem już taką młodą siksą, ale przy "Skarbie" po prostu nie da się zachować inaczej. Jak to jest, że mimo braku scen erotycznych i bardzo znikomej ilości jakichkolwiek podtekstów, tak bardzo lubię to opowiadanie? Sama nie wiem, i mam nadzieję, że to się nie zmieni :D

Ok, a więc... Eames narzucający Arthurowi wybór uczelni? Prawie udało mi się nie zdziwić. Prawie, no bo zauważyłyście jak on cholernie ingeruje w życie prywatne Arthura? Hultaj, nicpoń, głupek. Odrzuca takiego pięknego chłopca, ale chce kierować jego przyszłością. Na szczęście nasz chłopiec potrafi sobie poradzić z takim prykiem i nie da sobie w kasze dmuchać. I miło, że Eames to zauważa.

— Tryskaj dalej szczęściem, Hamlecie! Dobra, widzimy się później. Jeden gość z młodszej klasy powiedział mi na kółku dyskusyjnym, że uważa mnie za ładniejszego od Cullena, więc pomyślałem, że pozwolę mu sprawdzić z bliska, czy się przypadkiem nie błyszczę w słońcu. Na razie!


Czołgam się i płaczę ze śmiechu :hahaha: Nie przepadam za "Zmierzchem", ale ten tekst wymiata :D

— Ty idioto! Dupku! Pierdoło! Durniu! Egoistyczny draniu! Głupi kutasie! Zasrańcu! Palancie! Bałwanie! Bezmózgi ośle…!
Epitety posypały się na głowę Arthura jak grad nienawiści, gniewu i oczywistego pragnienia, by roznieść go na miejscu na strzępy. Stał, skamieniały z przerażenia i niedowierzania, powoli uznając furię Patsy za fakt po części uzasadniony.


Kocham tą kobietę :D :seksi:

A swoją drogą jako obrońca Eames jest imponujący. Taki męski i władczy. Ale dziwi mnie, że w tak trywialnej sprawie zareagował tak ostro. Naprawdę aż mi się zrobiło żal tej biednej dziewczyny. Miło, że Arthur chciał naprawić sytuację, no ale jak widać Patsy się obraziła. W sumie dobrze, bo mogli choć przez chwilę porozmawiać. A rozmowa ta była jak dla mnie elektryzująca. Otworzyła Arthurowi jakieś klapki w mózgu jak widać. Eames popchnął go do przodu, bo Arthur faktycznie chyba zatrzymał się w miejscu. Stał się na wszystko podatny, odrzucając na bok swoją arogancką naturę. No a teraz biega :D Znowu :D I jest fajnie :D (chyba mi coś odwala dzisiaj)

Eames wszedł do budynku, w którym Arthur brał prysznic i widział go nagiego(?). Nie wierzę. Po prostu mój mózg nie potrafi tego strawić. Widział go w takim stanie i nic? Zero głębszej i cokolwiek znaczącej reakcji? Nie wierzę. No nie. Ja to chyba umarłabym na miejscu gdybym była Eamesem. Po prostu cała krew znajdująca się w moim ciele spłynęła by między nogi i byłoby po mnie.

Ariadne wciągnęła powietrze w głębokim, zdesperowanym oddechu, a potem uśmiechnęła się i ociekającym słodyczą głosem oświadczyła, że mogą iść się pieprzyć. Obydwaj.


Mmmm. Marznie ściętej głowy. Punkt dla Ari. :D

— O boże, o boże, o boże. Ja nic nie umiem. Nic nie pamiętam. Wszystko wyleciało mi z głowy, bo za bardzo się stresuję, żeby coś w niej zatrzymać. Nigdy nie zdam matury i nie dostanę się na studia, i zamiast świetlanej kariery fotograficznej, projektanckiej, malarskiej, ba, jakiejkolwiek, będę zmuszona kraść sobie żarcie w supermarkecie, bo wypłata za pomoc przy grillu w McDonaldzie nie wystarczy mi na uczciwe zakupy. Potem mnie przymkną i w ramach resocjalizacji każą zmywać graffiti z murów, a ja cały czas będę myśleć „uch, co za toporny zestaw kolorów” i niczego nie pragnąć bardziej niż własnej farby w sprayu, żeby też móc wyrazić się artystycznie!


Drugi punkt dla niej, za ponowne doprowadzenie mnie do głupawki :lol2:

Wiedziałam, że wystawa zdjęć Ari przyniesie ze sobą coś nieoczekiwanego i epickiego. I stało się. Zdjęcie jest opisane tak wyraźnie i szczegółowo, że nadal jego obraz tkwi w mojej głowie. Rozpacz, zrezygnowanie, złość, wściekłość, furia. To wszystko mógł zobaczyć Eames. Teraz może naprawdę zda sobie sprawę z tego jak skrzywdził wtedy Arthura. Bo przecież wie, kiedy to zdjęcie zostało zrobione. Był przy tym, chowając się w cieniu. Wie, że zostało zrobione po odrzuceniu Arthura. Wie, a przynajmniej powinien wiedzieć, jaki sprawił mu ból. Jestem okropnie ciekawa, czy wyciągnie jakieś wnioski. Co stanie w się w kolejnym rozdziale? Umieram z ciekawości i nie wiem jak przeżyję ten okres, do wstawienia kolejnego odcinka.

Donnie, ubóstwiam Cię :D

Pozdrawiam, dziewczęta i życzę przyjemnego i lekkiego tłumaczenia i betowania :D
- Chciałbym z tobą pogadać, Draco.
- To dobrze, bo gdybyś tak od razu chciał się na mnie rzucić i przelecieć pod ścianą, musiałbym stanowczo powiedzieć 'nie'. Nie jestem taki łatwy. - Draco namyślał się chwilę, taksując Harry'ego wzrokiem. - Kłamałem. Jestem łatwy. Możesz mnie przelecieć bez gadania.
Veldrin Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 535
Dołączył(a): 30 lis 2012, o 10:43
Lokalizacja: K-ce

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Twórczość wszelaka

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość