[T][Z] SKARB

Incepcja, Arthur/Eames, HighSchool!AU

Postprzez Donnie » 30 gru 2012, o 23:11

Kochani mniej lub bardziej zincepcjonowani Czytelnicy! Z góry przepraszam za przydługą prefację, ale odczuwam pilną potrzebę wytłumaczenia się przed Wami. Jak rzadko miewam kłopoty z tytułami swoich tłumaczeń, tak tym razem to jedno krótkie słówko w oryginale doprowadziło mnie do skrajnej rozpaczy. Czego ja nie robiłam: powyłamywałam sobie stawy w palcach, pościerałam szkliwo na zębach, wznosiłam modły o natchnienie do naturalnych rozmiarów plakatu JGL (nie raczył nawet oczu otworzyć, skubaniec), przeryłam mózg mojej biednej becie, ba, zawracałam nawet głowę Kaczalce, której Arthur i Eames zwisają i powiewają, i nic, absolutnie nic mi nie brzmiało. Przełożeni 1:1 Ulubieńcy, Pupilkowie i inne mniej dosłowne Sssskarby (dzięki za otrzeźwienie mnie Gollumem, Aev) poodpadały po dłuższym bądź krótszym namyśle, podobnie jak inne odbiegające od oryginału warianty — takie jak chociażby cytaty z Don´t Stand So Close to Me, motta tego opowiadania. Na koniec byłam nawet gotowa popełnić rzecz niewybaczalną i tylko skojarzenie z niedopałkiem papierosa odwiodło mnie od nietłumaczenia tytułu.
Stanęło na tym, co widzicie. Nie jestem stuprocentowo przekonana, czy wybrałam dobrze — w innym przypadku tego wstępu by po prostu nie było — i zdaję sobie sprawę, że część z Was skrzywi się z niezadowoleniem, ale znalazłam się najbliżej tego, co chciałam osiągnąć: jedno krótkie słowo, oznaczające kogoś szczególnego.

Tłumaczenie betuje Aevenien, którą w razie potrzeby wesprze Lasair. Rozdziały są długie (dzisiejszy zdecydowanie należy do najkrótszych), dlatego aktualizacje będą pojawiać się raz na 18-21 dni. A teraz zamykam paszczę i życzę Wam przyjemnej lektury!


EDIT:
Wiecie co, doszłam do wniosku, że Gollum też prawie-człowiek (Macko, nie bij, ja noszę okulary) i idąc za impulsem wygenerowanym przez Miss Black wracam do roboczego, niemal opublikowanego tytułu.
Skarb jak dla mnie załatwia dwie rzeczy naraz: odpowiada w większym stopniu niż Jedyny czułemu słówkowi oryginału i bardzo ładnie wplata się w tkankę opowiadania :)
Bardzo przepraszam, że dezorientuję Was niczym reżyser zmieniający obsadę w połowie projektu (oczywiście w skali mikro), ale powiem Wam uczciwie, że uff, poczułam się lepiej.


Tytuł i link do oryginału: Pet
Autor: ladyvader
Zgoda na tłumaczenie: jest, życzliwa i entuzjastyczna
Beta: Aevenien i Lasair
Gatunek: High School AU
Rating: NC-17
Ostrzeżenia: Relacja uczeń – nauczyciel, całość raczej z życia wzięta, raz smutno, raz wesoło, ale na pewno bez nagłych a tragicznych zejść głównych bohaterów. Brak konwencji filmowej, chociaż autorka sypie znanymi cytatami i bryka sobie beztrosko, na przykład przy doborze nazw ulic ;)




Czasem niełatwo być ulubieńcem nauczyciela
Nie, nie stój tak blisko mnie

(The Police, „Don’t Stand So Close to Me”)


SKARB


Rozdział pierwszy


Arthur biegł.
Systematycznie pokonywał jedno okrążenie za drugim, a jego mięśnie odpowiadały przyjemnym bólem.
Biegł szybko, jak zawsze. Kiedyś, dawno temu, zanim jeszcze wyszło na jaw, że Arthur nie jest zainteresowany sportową rywalizacją, jego trener często porównywał go do źrebaka w pełnym galopie.
Wywiązywał się z każdego zadania, jakie przed nim stawiano, osiągał każdy wyznaczony przez siebie cel. Zdawało się, że rzeczy, którym nie potrafiłby sprostać, wręcz nie istnieją — ale bieganie? Bieganie tłumiło dudniące w głowie głosy i wyciszało jego pracujący nieustannie na wysokich obrotach mózg, dzięki czemu mógł przełączyć go na przyjemny, jałowy tryb. Nie, absolutnie nie czuł się przytłoczony życiem, po prostu uwielbiał trudne wyzwania pełne skomplikowanych detali, rzucał się na nie ochoczo, szlifował się przy ich pomocy, ale bieganie przynosiło mu spokój.
Bieganie było czymś, co robił tylko dla siebie.
Nie zadaniem.
Odkąd skończył piętnaście lat, codziennie po ostatnim dzwonku udawał się na boisko i biegał, dopóki jego umysł nie ochłonął, a ciało nie pulsowało ze zmęczenia. Zazwyczaj kilka okrążeń wystarczało, niekiedy cięższy dzień wymagał paru dodatkowych, ale dziś, dziś miał ich już za sobą siedem i nie zanosiło się na rychły koniec.
Nie, jak długo ON tam siedział.
Był przeddzień rozpoczęcia roku szkolnego, ostatniego, jaki czekał Arthura. Już lata temu zawarł umowę z dozorcą szkoły, Halem, dzięki której mógł korzystać z boiska nawet podczas przerw w nauce. Musiał tylko pamiętać, żeby zamykać za sobą bramki, jeśli Hal wychodził przed nim, i pozostawiać prysznic w przyzwoitym stanie — co oczywiście było standardem Arthura.
Zdążył już przebiec równowartość dobrych sześciu piosenek, kiedy zauważył mężczyznę na trybunach.
Początkowo nie poświęcił mu prawie żadnej uwagi, w końcu lekcje miały zacząć się już jutro i większość kadry nauczycielskiej była na miejscu, przygotowując się do niewątpliwego horroru, który na nią czekał. Jednak z każdą pokonaną rundą Arthur czuł coraz większe mrowienie na skórze, tak że wkrótce ledwo powstrzymywał się przed jawnym gapieniem się na sylwetkę rysującą się niewyraźnie w zasięgu jego wzroku.
Nie mógł się upewnić bez zdradzenia swojej ciekawości, ale zdawało mu się, że nieznajomy podąża za nim oczami przez całą długość stadionu. Już zbierał się w sobie, by spojrzeć na niego otwarcie (i na tyle dumnie, na ile pozwalał mu stan, w którym ociekał potem i dyszał z wysiłku), gdy stwierdził, że trybuny są puste.
Ze zmarszczonym czołem ruszył pod prysznic. Przez całą drogę próbował nie roztrząsać faktu, że podwoił swoją zwykłą trasę dla dziwnie intrygującego wrażenia bycia obserwowanym przez obcego człowieka.

+++

Pierwszy dzień nauki wstał jasny i czysty: jedno z wrześniowych ech sierpnia odbijających się od bezkresnego błękitu nieba, ale podszyte coraz głośniejszym szeptem października. Arthur poczuł nagłe uderzenie nostalgii towarzyszące świadomości, że oto zbliża się koniec jego szkolnych lat. Gwałtownie zatęsknił za kredkami i farbkami wodnymi — on, który już za kilka dni obchodził swoje osiemnaste urodziny i od małego nie mógł się doczekać wolności związanej z dorosłością. Teraz na sam widok przepastnego błękitu za oknem zapragnął wybiec na zewnątrz, paść na trawę i marzyć, kim zostanie, gdy będzie duży (astronautą, żołnierzem, rycerzem — Jedi albo zwykłym — strażakiem, kowbojem, płetwonurkiem, kimkolwiek zapragnie).
Zamyślony, zapatrzył się w niebo dzieciństwa tęsknym, zamglonym wzrokiem, co w dziwny sposób odcięło go od odgłosów klasy. Pozostał tak, pogrążony w przyjemnych mrzonkach z podbródkiem opartym na dłoni, i nie ruszył się nawet wtedy, gdy pozostali uczniowie wybuchnęli śmiechem.
— Wright?
Zagapionemu w przestrzeń Arthurowi wydawało się, że czuje zapach trawy i chłodny podmuch świeżego powietrza.
— Wright?
Jak to leciało w tym głupim filmie, który Ari tak uwielbia? Aaa, wiązanka nowiutkich ołówków1, tak to brzmiało, dokładnie i… W polu widzenia Arthura pojawił się nagle okryty białą koszulą tors.
— Pięknie… Czyż to nie mój maratończyk?
Arthur zamrugał, skupiając wzrok na stojącym przed nim mężczyźnie (Czy to nie był czasem brytyjski akcent?), który, z białą koszulą mniej lub bardziej starannie wetkniętą za pasek klasycznych spodni, patrzył na niego z uśmiechem i ramionami skrzyżowanymi na piersi.
— Prze… przepraszam? — Arthur usiadł prosto, autentycznie zbity z tropu widokiem nieznajomego tuż przed swoim nosem.
— Wright, Arthur Wright?
— Tak.
— Więc jesteś, jak przypuszczam, obecny?
Arthur zamrugał ponownie i rzucił podejrzliwe spojrzenie na miejsce pod tablicą, gdzie zwykle siedziała pani Girard-Highes, i gwałtownie oderwał od niego wzrok, słysząc chichot obcego faceta. Nieznajomy odwrócił się i przeszedł na front klasy.
— A teraz, kiedy zapewniłem już sobie pełną i niepodzielną uwagę pana Wrighta, mogę bez przeszkód kontynuować. — W jego uśmiechu kryło się coś łobuzerskiego, nawet jeśli przenikliwe spojrzenie, którym wodził po uczniach, było zdecydowanie poważne. — Pani Girard-Hughes postanowiła rozstać się z pracą na pewien czas i wykorzystać go na: a) wstąpienie w związek małżeński z panem Cobbem oraz b) przygotowanie się do roli matki małego Cobbiątka, i dopóki nie odezwie się w niej potrzeba opuszczenia przytulnego rodzinnego gniazdka, by powrócić do szkolnych rozkoszy, ja wezmę na siebie obowiązek zajęcia się wami, drodzy biedacy.
Uśmiechnął się szeroko, na co klasa jak na zawołanie zareagowała wybuchem wesołości, po części szczerym, a po części noszącym wyraźne oznaki niepokoju słowami nowego, autentycznie angielskiego nauczyciela, nomen omen, angielskiego. Arthur szybko skojarzył żart z maratończykiem i lekko zmarszczył czoło, identyfikując wykładowcę z nieznajomym na trybunach.
— Nazywam się Eames. Poza lekcjami możecie się do mnie zgłaszać w dawnym biurze pani Cobb. Wszelkie pytania bądź sprawy związane z przedmiotem możecie kierować do mnie również za pośrednictwem jej konta internetowego. — Eames klasnął w dłonie i kolejny raz obdarzył klasę jasnym uśmiechem. — No dobrze, a teraz sprawdzimy, co wiecie na temat duchowości i pożądania w literaturze, hmm?
Arthur pochylił się do przodu i znów oparł podbródek na dłoni.
Miał dziwne przeczucie, że w tym roku lekcje angielskiego będą dla niego prawdziwą przyjemnością.

+++

Dwa dni później, podczas długiej przerwy, Arthur w zamyśleniu przeżuwał podeschniętą kanapkę kupioną w kafeterii i próbował dyskretnie obserwować pana Eamesa, który majaczył w tle poza ramieniem Ariadne i konwersował swobodnie przy stole z innymi członkami ciała pedagogicznego.
— Miałaś już angielski z tym nowym? — Usłyszał własny głos, pozornie obojętny.
Nie miał pojęcia, czemu właściwie ją o to zapytał.
— Z Eamesem? — Ari uśmiechnęła się ustami pełnymi soczystego, czerwonego jabłka. — Tak, niezły z niego aparat. Wczoraj zapowiedział, że każdy, kto spróbuje małpować jego akcent i zrobi to źle, oberwie karę. Za to jeśli komuś się uda, może spodziewać się nagrody, z tym że, cytuję, na miłość boską, zajmujcie się tym na przerwie. — Zaśmiała się, kiedy Artur wykrzywił się w odpowiedzi na jej okropną próbę podrobienia brytyjskiej wymowy. — A dlaczego pytasz? Nie miałeś z nim jeszcze zajęć?
Arthur wzruszył ramionami, wciąż nie potrafiąc powstrzymać się od zerkania na szerokie barki nauczyciela.
— Nie. To znaczy tak, ale pomyślałem… Czy on nie wydaje ci się jakoś za młody do tej pracy?
Miał wrażenie, że słyszy zajadłość we własnym tonie i przeklął się w duchu za te pokrętne manewry. Nagle wydał się sobie dziecinny i żałosny w swojej fascynacji Eamesem, którą chciał odnaleźć również u innych.
— Bo ja wiem? — Ariadne też wzruszyła ramionami, bardziej skoncentrowana na drugim śniadaniu niż ich rozmowie. — Ile on może mieć lat? Pewnie jakieś dwadzieścia osiem albo dziewięć. Trudno powiedzieć. Tak czy owak, na pewno ma ich wystarczająco dużo, skoro zatrudnili go w naszym prestiżowym przybytku wiedzy. — Przewróciła oczami, a Arthur zaśmiał się lekko, rozbawiony, ale w jakiś sposób i rozczarowany jej odpowiedzią. — Widziałeś jego zęby? — zapytała nagle, teraz bardziej skupiona na temacie, cisnąwszy szerokim łukiem ogryzek jabłka do pobliskiego kosza. Arthur zmarszczył brwi i nie zdążył nawet ułożyć ust w słowo „nie”, a Ari już trajkotała dalej. — Są koszmarne, jakby żywcem wyjęte z tych wszystkich dowcipów o końskim zgryzie rodziny królewskiej. Z tym, że u niego są wariacko ustawione, możliwe, że ma nawet jeden wykrzywiony albo coś w tym stylu. Nie zrozum mnie źle, nawet z takimi zębami facet wciąż jest o wiele za gorący jak na nasz pokój nauczycielski, no ale sam powiedz, czy ci Anglicy nigdy nie słyszeli o ortodontach?
Arthur zamrugał kilkakrotnie, powoli i równomiernie, naprawdę potrzebując czasu na sformułowanie odpowiedzi że nie, niczego nie zauważył, a potem, lekko odprężony, skierował rozmowę na inne tory.

+++

Osiemnaste urodziny Arthura przypadły na drugi dzień drugiego tygodnia ostatniego roku szkolnego.
Oczywiście nie miało to jakiegoś szczególnego znaczenia — prawie nikt o nich nie wiedział, nie liczyły się też jego zdaniem w ogólnej skali większych wydarzeń — niemniej musiał odbębnić tradycyjną urodzinową kolację z rodzicami, zanim mógł się wymknąć razem z Ari do pani Moore na oglądanie starych filmów i pochłanianie zbyt wielkich ilości ciasta. Możliwe, że był to mało spektakularny sposób celebrowania pełnoletności i Arthur podejrzewał, że jedynie brak regularnych wizyt u manikiurzystki chronił go przed porównaniem z osiemnastoletnią domatorką.
Wrzesień wciąż był ciepły i słodko łagodny, liście powolutku zaczynały odrywać się od gałęzi drzew, a świat niespiesznie przesuwał się przed oczami Arthura, podczas gdy jego stopy bezlitośnie uderzały o twardą powierzchnię bieżni. Wszystko wokół, począwszy od lekko palących promieni zachodzącego słońca i skończywszy na zestawie tytułów w słuchawkach, sugerowało poziom wolności i spokoju obiecywany Arthurowi przez wysiłek rutynowego treningu.
Niestety, zamiast spodziewanego wyciszenia pozostało mu zataczanie kolejnych kółek przy desperackich próbach, by nie patrzeć na trybuny, gdzie znów siedział pan Eames, zajęty czymś, co wyglądało na stosy papierzysk chyboczące się zarówno na jego kolanach, jak i na sąsiednich miejscach.
Arthur zacisnął zęby.
Miał z tym człowiekiem zaledwie parę lekcji, ale już wiedział, po prostu wiedział, że uważa o wiele bardziej niż kiedykolwiek przedtem, że każdą komórką ciała chłonie wszystko, co wychodzi z ust tego faceta (nauczyciela, do jasnej cholery, jego NAUCZYCIELA!) i po raz pierwszy w życiu przeklinał swój genialny spryt, który nakazał mu siadać na lekcjach w ostatniej ławce.
Nie, żeby nauka była dla niego kłopotem, wręcz przeciwnie, radził z nią sobie bez trudu. Nigdy nie schodził do niższego poziomu niż ten między piątką a czwórką (owszem, czasami wypluwał z siebie wykuty na pamięć materiał, ale w końcu był tylko człowiekiem) i w zasadzie mógł sobie pozwolić na niemal-bezczynność i wciąż wywiązywać się z tego, czego od niego wymagano. Ariadne powtarzała, że wiele osób uważało sukces tego stylu za kompletnie niesprawiedliwy i wzbudzający frustrację, ale przecież tak właśnie zdarzało się w szkole średniej, czyż nie?
Angielski był jednym z niewielu przedmiotów, na które Arthur chodził chętnie, jednak nie na tyle, by przesiąść się gdzieś bliżej tablicy. Lubił dawną panią Girard-Hughes. Jej ochoczy uśmiech, śpiewny głos i sportowa elegancja były wręcz czarujące i wciąż czuł nieprzyjemne ukłucie na myśl, że nie zobaczy jej przez swój ostatni rok w szkole.
Z drugiej strony świeżo upieczona pani Cobb nie dysponowała ekscentrycznym, niepokojącym czarem pana Eamesa, którego nie zdołał stłumić nawet nawał przewidzianego do przerobienia materiału.
To było przerażające.
Arthur jeszcze nigdy nie doświadczył równie żałosnego, absolutnego, idiotycznie cielęcego zauroczenia i może nawet byłby w stanie śmiać się sam z siebie, gdyby nie straszne, skręcające wnętrzności uczucie. Ilość zajęć z Eamesem była mocno ograniczona i radość płynąca z nadziei na te kilka nędznych godzin w tygodniu sama w sobie stanowiła wystarczające upokorzenie, nie mówiąc już o wypatrywaniu między lekcjami za człowiekiem, który nawet nie wiedział o jego egzystencji ani o…
— Wright.
Arthur stanął jak wryty, przeklinając się w myślach, ponieważ nigdy nie zatrzymywał się wbrew własnej woli.
Odwrócił się i zaczął nonszalancko rozciągać mięśnie, łapiąc za wyrzucane na przemian w górę stopy, jak gdyby wchodziło to w zakres jego treningu.
— Tak, panie profesorze? — odpowiedział grzecznie, zerkając na Eamesa, który stał oparty o barierkę między trybunami a boiskiem, bez śladu swoich papierów, przypuszczalnie wciśniętych do mocno wypchanej skórzanej torby, przytrzymywanej między biodrem a ramieniem.
Eames miał na sobie swój zwykły strój, koszulę wetkniętą niedbale za pasek spodni. Pojawiająca się od czasu do czasu śmiertelnie brzydka marynarka miała dziś najwyraźniej wolne i Arthur udał przed samym sobą, że rozbiegane stopy same niosą go naprzód, zamiast przyznać, że jest bezradny wobec siły przyciągania płynącej od nauczyciela.
— Należysz do drużyny długodystansowców, Wright? Dopiero co zostałem uświadomiony, że sportowe osiągnięcia tutejszych futbolistów, koszykarzy i ogólnie wszystkich uległy ostatnio, powiedzmy, pewnej stagnacji, więc…?
Arthur uśmiechnął się, spokojny na pewnym gruncie konwersacji.
— Nie, nasi sportowcy nie biorą nawet udziału w żadnych zawodach. Trener wciąż ma nadzieję, że zrobi z tej szkoły kuźnię talentów we wszystkich możliwych dyscyplinach, ale będzie musiał zadowolić się faktem, że gablotka z medalami jest już pełna. To powinno mu wystarczyć do szczęścia.
Oczy Eamesa zwęziły się nieznacznie, wzrok stracił nieco ze swojej wesołości i stał się bardziej przenikliwy niż zwykle.
— Ale ty jednak biegasz, i to codziennie?
Arthur zmarszczył brwi.
— Tak, panie profesorze.
Eames wciągnął głęboko powietrze przez nos i na chwilę zacisnął wargi, a Arthur nagle wolałby nie ociekać potem, mieć na grzbiecie coś innego niż podniszczony sportowy strój, nie musieć odgarniać opadających na oczy kosmyków ani walczyć z rumieńcem cisnącym się na twarz.
— Kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem, Wright, siedzącego w ostatniej ławce i zagapionego w przestrzeń wzrokiem wyraźnie mówiącym, że najchętniej poskakałbyś sobie po łączce usianej stokrotkami, a potem dzień w dzień widywałem cię tu, pomyślałem sobie: „dobrze, w porządku, to nic innego niż bezmózgi typ sportowca, radziłem sobie z takimi”. Naprawdę nie spodziewałem się żadnych cudów. Więc jak, Wright, wytłumaczysz mi to?
Gwałtownie zamachał Arthurowi przed nosem jego wypracowaniem o Davidzie Herbercie Lawrensie. Gęsto zapisane białe kartki zafurkotały, przestraszony Arthur drgnął lekko i dopiero po sekundzie zarejestrował jaskrawoczerwoną szóstkę widniejącą obok jego nazwiska, a pod nią cały wysyp podkreśleń, zaznaczeń i komentarzy. O ile mógł odczytać z tej odległości, wszystkie chwaliły genialność jego spostrzeżeń.
Nic wielkiego.
Mniej niż to — małe piwo. Wypracowanie nie sprawiło mu żadnej trudności i prawdopodobnie spokojnie napisałby je na jednej z lekcji tuż przed angielskim, gdyby jego odbiorcą nie był pan Eames, i proszę, oto ono, namacalny dowód uwagi nauczyciela, który wpatrywał się właśnie w Arthura oczami mówiącymi wiem, na co cię stać.
Arthur odchrząknął.
— Nie jestem bumelantem — odparł cicho. — Ja po prostu… lubię biegać.
Szaroniebieskie oczy zmrużyły się odrobinę i nagle okazało się, że Eames znów się uśmiecha, zdradzając krótkim skrzywieniem ust, że tak naprawdę tylko żartował.
— Naturalnie, wszystko w najlepszym porządku, Wright, w końcu każdy z nas ma swoje dziwactwa. Ja, na przykład, nie znoszę pracować w czterech ścianach, dopóki na zewnątrz jest jasno. — Niedbałym ruchem ręki wskazał w kierunku zachodzącego słońca. — Wolałbym jednak, jeśli nie masz nic przeciwko temu, żebyś okazywał trochę większą aktywność na lekcjach, hmm? Skoro wiem już, że nie jesteś opętany pogonią za rekordami, byłoby mi miło, gdybyś porzucił bąkanie pod nosem na rzecz pełniejszych wypowiedzi, zgoda?
Uśmiechnął się jeszcze raz i odwrócił, by odejść, a Arthur, który zbierał się właśnie do swobodnego wyliczenia swoich szkolnych zainteresowań, zastygł z opadłą szczęką.
Ariadne miała rację.
Zęby Eamesa były potwornie krzywe, graniczyły wręcz z beznadziejnym przypadkiem w odniesieniu do standardów wyznaczonych przez młodych i pięknych dwudziestego pierwszego stulecia, ale sparowane z prawie aksamitnymi wargami oraz głębokim głosem nauczyciela sprawiły, że Arthur z wysiłkiem powstrzymał się przed wyciągnięciem ręki, spragniony ukąszenia — ugryzienia — naznaczenia.
Przełknął ślinę i przywołał na twarz zawstydzony uśmiech, którego wymagała sytuacja, usiłując zwalczyć pokusę skrzyżowania dłoni przed kroczem.
— Tak, panie profesorze.
— W takim razie w porządku — rozpromienił się Eames i na dobre skierował ku wyjściu. — Miłego wieczoru, Wright.
Arthur bezwiednie powtórzył pożegnalną formułkę, zastanawiając się, jakim cudem w przeciągu kilku krótkich minut zdołał przejść z etapu bycia żałosnym do bycia ciężko przerażonym. Śledził wzrokiem znikającego z pola widzenia Eamesa, po czym powlókł się do miejsca, w którym odłożył torbę. Podniósł z ziemi butelkę z wodą i wylał całą jej zawartość na swoją głowę.
Ariadne jednak nie miała racji.
Te usta były czystą perfekcją.

+++

Wszystkie klasy, łącznie z maturalnymi, zwołano w tym tygodniu na wielki apel, by przedyskutować możliwości zdobycia sponsorów. Dzięki nim szkoła obiecywała sobie rozbudowanie skrzydła kulturalnego w postaci nowego budynku mieszczącego wszystko od sali muzycznej przez pracownie artystyczne aż po teatr. W ten sposób wysoko notowane Prywatne Liceum im. Dysona miało zapewnić sobie to, do czego dążyło od lat: pozostanie na samym szczycie rankingów.
Krążyły słuchy, że starano się o pieniądze z wyprzedzeniem o dobre kilka lat. Nie można było liczyć wyłącznie na szczodrość rodziców, którzy słono płacili za edukację swoich dzieci w poczuciu, że robią już dla szkoły wystarczająco dużo. Z drugiej strony jej stare mury, choć piękne i majestatyczne, wymagały całej masy robót, aby zachować swoją prawie nierealną atmosferę zamku z bajki, nie wspominając o sumach potrzebnych na wzniesienie zupełnie nowego, doskonale wyposażonego budynku.
Okazją do popisu miała być gala na koniec roku szkolnego, uczniowie dostali więc czas do maja na zaprezentowanie swoich umiejętności w taki sposób, żeby wszyscy zaproszeni goście — rodzice potencjalnego świeżego narybku plus różnorodne sławy i dygnitarze — z pełnym przekonaniem dobrze zainwestowanych pieniędzy wystawili czeki na zawrotne sumy. Planowane koncerty, spektakle i wystawy powinny wypaść tak znakomicie, by każdy bez wyjątku rodzic zapragnął wpisać swoje dziecko na listę kandydatów do Dysona. Dlatego też zaapelowano do wszystkich uczniów o aktywny udział w tym rzeczywiście sporym przedsięwzięciu, co naturalnie wiązało się z jeszcze bardziej niż zwykle wytężoną pracą, zwłaszcza dla przytłoczonych ogromem materiału maturzystów.
Arthur uśmiechnął się pod nosem, wygodnie oparł o tył krzesła i nieświadomie rozłożył uda, przysłuchując się porywającej mowie pana Eamesa o tym, jak silną przynętą potrafi być sztuka i jak mogliby pomóc przyszłym szkolnym generacjom teraz, gdy to się naprawdę liczyło.
Byłby kompletnie stracił poczucie rzeczywistości, gdyby nie nagłe dziabnięcie w żebro ostrym łokciem Ari i jej wściekły, cichy syk Ciekawe, cholera, ile mam jeszcze harować, i co cię w ogóle tak bawi, Arthur? Zmusił się więc do zmycia uśmiechu z twarzy i odszepnął coś pocieszająco, jednym uchem słuchając jej gniewnych pomruków na temat ciążących na nich obowiązków i podań na studia, drugim zaś chłonąc głos Eamesa, który wyliczał, ile pracy czeka ich w najbliższych miesiącach.
Coś ukłuło go lekko w środku.
Nie wyglądało na to, żeby miał odtąd okazję widywać go zbyt często.

+++

Arthur przysłonił usta dłonią, żeby ukryć rozbawienie, patrząc, jak pan Eames okrąża ławkę Browninga, który nawet nie usiłował ukrywać, że pisze — kolejnego z rzędu — sms-a do Maurice’a siedzącego zaraz za jego plecami.
Możliwe, że w pewnym oświetleniu Eames potrafił wyglądać niewiarygodnie pięknie (pod warunkiem, że się ogolił, chociaż Arthurowi podobał się równie dobrze w wydaniu „dopiero co wstałem z łóżka”), ale jeśli ktoś mu podpadł, gdy miał zły humor, potrafił co najmniej przez tydzień robić paskudne grymasy i jadowite uwagi.
Wybuch gniewu, który trwał właśnie w drugim rzędzie przy ławce Browninga, był rzeczywiście spektakularny. Arthur aż drgnął na widok siedzących w pobliżu winowajcy uczniów, którzy odchylali się od niego jak najdalej w desperackiej próbie wycofania się z linii ognia. Browning wyglądał, jakby był gotów zapaść się pod ziemię, byleby tylko uciec przed coraz nowymi falami sarkazmu.
Zważywszy wszystko, Arthur nie spodziewał się po nauczycielu niczego innego. Nerwy Eamesa musiały być napięte jak struny. Obciążono go odpowiedzialnością za dozór przedstawienia teatralnego będącego częścią otwierającej portfele gali, co w ocenie Arthura nie pozwalało mu na więcej niż zaczerpnięcie tchu między lekcjami a próbami czy co tam jeszcze miał do zrobienia, a już na pewno nie dawało czasu na wysiadywanie na trybunach wokół boiska. Sama ta myśl wystarczała, żeby Arthur już teraz znienawidził całe przedsięwzięcie i nie mieszał się w żadne związane z nim aktywności.
Obrócił się lekko, spod zmarszczonych brwi przyglądając się szarej mżawce za oknem. Zdawało się, że wrzesień nie mógł się doczekać, by w tym tygodniu przekazać wreszcie pałeczkę październikowi: nadciągnął ponury chłód, jakby pogoda chciała ostrzec przed tym, co wkrótce nadejdzie. Nic dziwnego, pomyślał Arthur, że wszyscy wyraźnie sposępnieli i…
— WRIGHT!
Arthur, przepełniony nagłym poczuciem winy, zarumienił się i aż podskoczył, szybko przenosząc wzrok na pałającego złością Eamesa.
— Wydaje mi się, że mieliśmy pewną umowę, Wright, prawda? — Nauczyciel mówił cicho, tonem ocierającym się o groźbę, i Arthur musiał się mocno skoncentrować, żeby nie jęknąć na widok rozczarowania we wpatrzonych prosto w niego stalowoszarych oczach.
— Przepraszam, panie profesorze — powiedział i zaczerwienił się jeszcze bardziej.
Eames zacisnął wargi tak mocno, że pobielały niemal zupełnie, i odwrócił się do klasy plecami z czymś w rodzaju zmęczonej furii.
— Pytałem właśnie, czy ktoś z was przygotował już materiały do dyskusji o współczesnym pojęciu duchowości, ale zdaje się, że każdy, tak jak ty, Wright, zostawił swój mózg gdzieś na zewnątrz, w związku z czym będziemy musieli przesunąć wszystko na…
— Mam materiały, panie profesorze.
Wsparte o biodra Eamesa palce zabębniły raptownie. Odwrócił się ponownie twarzą do Arthura.
— Tak więc, Wright — zamruczał, a jego ton i oczy, choć towarzyszył im nikły uśmiech, przepełniło nagle coś zastraszającego. — Na co jeszcze czekasz? Zaczynaj.
Arthur przyciągnął bliżej notatki i już otwierał usta, gdy znów powstrzymał go głos Eamesa.
— Wstań. Jeśli można prosić.
Coś na kształt tremy — ale o wiele potężniejsze, żenująco podobne do podniecenia — przebiegło Arthurowi wzdłuż kręgosłupa. Podniósł się z miejsca, niepewny, czy uparcie wbite w niego oczy nauczyciela wyrażają naganę, czy też pochwałę.
— Do dyskusji na temat ominiscencji i poświęcenia duchowego przygotowałem następujący wiersz — rozpoczął Arthur zeschniętymi nagle wargami, wciąż nie zaglądając do referatu trzymanego w bezwładnej, opuszczonej wzdłuż biodra dłoni.
Starannie wyrecytował poemat, źródło swojej inspiracji, usiłując nie czerwienić się przy fragmentach, które tak łatwo przywodziły mu na myśl pana Eamesa. Potykał się o słowa, a jego nieskupione na niczym spojrzenie błądziło gdzieś nisko nad podłogą klasy, dopóki nie skrzyżował go niezamierzenie ze wzrokiem łagodnie uśmiechniętego Eamesa przy ostatnich, niemal wyplutych z siebie wersach:
Gdyby deszcz był słowami, potrafił przemówić na twojej skórze, kazałbym ci unieść twarz, prosto pod jego uderzenia. Posłuchaj mojej miłości do ciebie. I idź dalej2.
Arthur odczekał jedno uderzenie serca i odchrząknął, gotów uzasadnić swój wybór. Czuł, jak trzęsą mu się nogi mimo prostego wyzwania, jakie przed nim postawiono. Zanim jednak zdołał zwilżyć wargi, Eames mruknął:
— Duffy. Bardzo ładnie. Czy ktoś może mi powiedzieć, dlaczego Wright zdecydował się przytoczyć w dzisiejszej dyskusji akurat ten wiersz? Arthur, możesz usiąść.
Fischer, rzuciwszy Arthurowi prawie nieśmiały uśmiech, zgłosił się i zaczął mówić, próbując wyjaśnić ten szczególny wybór. Odnosił się przy tym do wyobraźni i stylu, a Arthur stwierdził nagle, że coś zapiera mu dech w piersi i niemal przyprawia o zawrót głowy. Uświadomił sobie, że będzie musiał dokończyć swój wywód, kiedy tylko Eames upora się z odpytaniem innych, ale teraz, teraz mógł pozwolić sobie na to, by tylko siedzieć.
I oddychać.
Ten uśmiech był… Wyglądał jak…
Arthur przełknął ślinę i nakazał sobie zapanować nad rumieńcem.
Wyprostował przed sobą notatki i czekał w gotowości do zreferowania swoich przemyśleń, gdy Eames znów każe zabrać mu głos. Będzie przygotowany na wszystko.
Eames patrzył na niego z taką dumą.
Arthur przetrwał do końca lekcji, odpowiadając na stawiane pytania, bezbłędnie objaśniając swoje tezy i konkluzje dotyczące zarówno tekstu, jak i jego twórczyni, podczas gdy ręce drżały mu pod ławką niczym skrzydła kolibra. Przywitał dzwonek głębokim westchnieniem ulgi i wraz z innymi zabierał się do wyjścia, kiedy znów zatrzymał go ten sam czysty, miękki głos.
— Wright, mogę cię prosić na chwilkę?
Arthur przepuścił przelewający się jak rzeka po obu jego stronach tłum, dopóki w klasie nie pozostał nikt poza nim i panem Eamesem. Ten, oparty biodrem o swój stolik, nie spuszczał z niego wzroku.
Arthur poczuł, jak krew uderza mu gwałtownie do głowy, a desperacja zabarwia każdy oddech i stwierdził, że za nic w świecie nie zniesie utraty satysfakcji, jaka rozkwitała w nim pod tym spokojnym, szaroniebieskim spojrzeniem.
— Ja nie… to znaczy, ja uważałem. Na początku lekcji. To znaczy, tylko na chwilę wyjrzałem za okno, a i to dlatego, bo wydawało mi się, że zanosi się na deszcz, panie profesorze.
Aż skręcił się wewnętrznie. Co za jąkanina.
— Spokojnie, Wright. — Eames uśmiechnął się kojąco. — Obiecuję rozmowę pozbawioną wyrzutów. Po prostu zdziwiłem się… Czy ty nauczyłeś się tego wiersza na pamięć?
Arthur zamrugał.
— Tak. Hmm, nie. Zapamiętałem go, ale… nie specjalnie.
Eames przekrzywił głowę i spojrzał na niego błyszczącym wzrokiem.
— Czyli go przeczytałeś i po prostu zapamiętałeś? Ile razy?
— Ile razy co, panie profesorze?
Eames odetchnął, powoli i równomiernie, a w jego przymkniętych oczach zamigotało coś podobnego do zniecierpliwienia.
— Ile razy przeczytałeś wiersz, Wright?
Buty Arthura zaskrzypiały o podłogę, kiedy przestąpił z nogi na nogę. Dźwięk ten dziwnie kojarzył się z jękiem bólu.
— Nie wiem, panie profesorze. Może z pięć?
Eames zamachał niespokojnie ręką.
— Daruj sobie teraz tego profesora, to nieformalna rozmowa. Więc mówisz, że przeczytałeś wiersz pięć razy tuż przed lekcją, czy też…?
— W ciągu tygodnia, panie pro… panie Eames. Czytałem go przez ostatni tydzień, a dziś, przed lekcją, tylko jeden raz.
Oczy Eamesa rozjarzyły się blaskiem w sposób, który wywołał w Arthurze silną pokusę zrobienia kroku w przód i, oczywiście, natychmiastowe uwzględnienie zabezpieczającej opcji zrobienia kroku wstecz.
— Doskonale — wymruczał nauczyciel.
— Słu… słucham, panie profesorze?
Eames wyprostował się i pokonawszy dzielący ich dystans, zatrzymał się przed Arthurem ze skrzyżowanymi na piersi ramionami. Cienki materiał jego jasnej koszuli napiął się mocno i uwidocznił coś, co wyglądało jak… Czy to mógł być tatuaż?
Arthur omal nie zadławił się własnym językiem, skupiając uwagę na nieidealnie idealnej twarzy Eamesa.
— Jak się zapewne domyślasz, Wright, próbuję właśnie wciągnąć cię do udziału w sztuce, po której spodziewamy się wysypu bardzo długich cyfr na czekach na końcowej gali, jasne? Zdecydowałem się postawić na naszego narodowego barda, jako że, no cóż, facet był geniuszem i nigdy nie przestanie robić wrażenia. Niestety stawia mnie to przed problemem stworzenia doborowej obsady, a z żalem muszę przyznać, że sensownych kandydatów do głównej roli można w tej szkole szukać ze świecą. Czy jak na razie wyrażam się dostatecznie zrozumiale, Wright?
Arthur ściągnął brwi i zwilżył usta.
— Myślę, że tak, panie profesorze.
— Nie zdziwisz się więc, że gdy zobaczyłem dziś młodego człowieka, który z wdziękiem, swobodą i przekonaniem głośno wyrecytował zapamiętany bez wysiłku wiersz, postanowiłem zatrzymać wspomnianego ucznia po lekcji i dać mu dość wyraźnie do zrozumienia, że być może powinien stanąć w światłach rampy?
Arthur nie był do końca pewien, który z nich jest wyższy. Zakładał, że on sam, ale teraz, gdy stał tak blisko nauczyciela, zauważył z lekkim dreszczem, że pozornie odprężony Eames po prostu opuścił barki i w rzeczywistości o kilka centymetrów przewyższał jego szczupłą sylwetkę. Momentalnie wyprostował się w nadziei, że uda mu się zapanować nad rumieńcem.
— Przepraszam… Co?
Eames westchnął i melodramatycznie przewrócił oczami, a potem uderzył obiema dłońmi o odruchowo zesztywniałe ramiona Arthura.
— Teatr, Wright. Przedstawienie. Chcę, żebyś spróbował w nim swoich sił.
Arthur roześmiał się wbrew woli, trzęsąc się pod rękami Eamesa, skupiony bardziej na zwalczeniu potrzeby wykonania kroku w tył (albo, co gorsza, w przód) niż na kontrolowaniu swojego zaskoczenia.
— Ja? O nie. O boże, nie, przykro mi, panie profesorze, naprawdę mi przykro, ale ja nie gram w żadnych sztukach. To mnie nie interesuje. — Eames wydął usta, a Arthur cofnął się tak szybko, że wpadł na stojącą za nim ławkę. — To znaczy, panie profesorze, bardzo dziękuję za propozycję, ale…
— Twoje pierwsze zdanie brzmiało szczerzej — przerwał mu gładko Eames. — Oczywiście doceniam twoją dyplomację, ale wolałbym prawdę, jeśli nie masz żadnych zastrzeżeń.
Zamilkł na chwilę i wbił w niego spojrzenie tak intensywne, że Arthur, oprócz suchości w ustach i dziko dudniącego pulsu (zdradziecka tętnica szyjna!), poczuł się koszmarnie obnażony.
— Ja po prostu… — zaczął i westchnął, cofając się o jeszcze jeden mały kroczek, by zebrać się w sobie i uspokoić ręce oraz głos. — Sam pan powiedział, że oznacza to masę dodatkowej roboty, no i sama gra aktorska… Nigdy o tym wcześniej nie myślałem — wzruszył ramionami. — Nie wydaje mi się, że to coś dla mnie. Przepraszam, ale mój plan jest tak napięty, że… Nie, przykro mi. Nie jestem tym, kto zaspokoi pana potrzeby.
Aż się zwinął, żałując doboru słów, ale uczucie to rozproszyło się szybko, kiedy z nowym gwałtownym rumieńcem na policzkach patrzył, jak Eames niespiesznie przesuwa wzrokiem po jego ciele od stóp aż po czubek głowy, by na koniec, z dziwnym rozbawieniem na twarzy, jeszcze raz spojrzeć mu w oczy.
— Zobaczymy — mruknął, a potem uśmiechnął się szerzej, z całkowitą swobodą wskazując w stronę wciąż otwartych drzwi. — Cóż, to na razie wszystko, Wright. Mam nadzieję, że niebawem powrócimy do tego tematu.
Arthur, posłuszny temu gestowi niczym pies Pawłowa dźwiękowi dzwonka, opuścił klasę, mamrocząc przez ramię nieskładne pożegnanie.
Dopiero w okolicach szatni dotarło do niego, że Eames przyjął jego odmowę z humorem, ale wolał skwitować ten fakt wzruszeniem ramion i przegnaniem z myśli.
Powiedział „nie” i na tym koniec.

+++

Następnego dnia Arthur odkrył monolog Hamleta, wsunięty niedbale do jego szafki.
O, jakiż ze mnie głąb, jaki ciemięga…3 — szepnął i odgarnął kosmyk opadający na zmrużone oczy, broniąc się przed uśmiechem, który sam wypływał na usta na widok tych słów, tak nieelegancko wciśniętych przez wąską szparę w drzwiczkach. Dyskretnie zwinął kartkę w kulę, z dziwnym przeczuciem, jakby pan Eames obserwował go gdzieś z ukrycia, a potem zamknął szafkę i udał się na następną lekcję.
Po długiej przerwie znalazł kolejny świstek, tym razem z nieco słynniejszym Być albo nie być. Arthur przebiegł oczami tekst monologu, a słowa Umrzeć — zasnąć. — Zasnąć! Może śnić?4 kołatały mu się w myślach nawet wtedy, gdy uniósł wzrok i wiedziony nieznanym instynktem skierował go prosto na Eamesa, który przyglądał mu się z drugiego końca korytarza.
Arthur bez chwili zastanowienia wyciągnął rękę, wciąż ściskającą monolog, i pogroził Eamesowi palcem jak niegrzecznemu chłopcu, jednocześnie potrząsając głową z udawanym rozczarowaniem, po czym przedarł kartkę na dwoje i umieścił jej połówki na powrót w szafce.
Eames wygiął brew z pozbawioną wyrazu miną, o ile można było odczytać z tej odległości. A potem odwrócił się i odszedł, ginąc w kotłującym się tłumie nastolatków. Arthur musiał wziąć się w garść, zanim zdołał ruszyć na następną lekcję, bo przyspieszony oddech rozsadzał mu płuca. Myśl, że wzmożonego zainteresowania Eamesa nie należy tłumaczyć niczym więcej niż frustracją reżysera kompletującego obsadę, została zepchnięta gdzieś na dno świadomości (nie wspominając już o rozumie), a rozbujana wyobraźnia Arthura zaczęła podsuwać mu najdziksze fantazje, torturując go obrazami kawałków papieru wystających zza każdej możliwej szczeliny szkolnego korytarza, prac domowych pełnych zakodowanych rymów między wierszami, rajtuz chowanych w jego torbie gimnastycznej. Oczywiście nic z tego nie nastąpiło. Reszta zajęć potoczyła się jak zawsze, spokojnie i bez najmniejszych przygód.
Po lekcjach wyszedł na bieżnię i przy drugim okrążeniu nie był już w stanie dłużej udawać, że nieprzyjemne kłucie w dole brzucha nie ma nic wspólnego z rozczarowaniem. Prychnął pogardliwie pod własnym adresem i przyspieszył.
Przecież był ponad to, ponad nową, żałosną szarpaninę zmysłów, jak gdyby każdy moment spędzony bez tego człowieka miał mniejszą wartość, jak gdyby Arthur przestał żyć własnym życiem i karmił się egzystencją Eamesa. Maleńki, smutny księżyc krążący po orbicie swojej wspaniałej, jaśniejącej gwiazdy.
— Wright.
Arthur zacisnął szczęki. Zatrzymał się. Wykrzywił.
— Arthur — warknął zadyszany, strząsając przesiąknięte potem włosy z oczu i zapragnął CHOĆ RAZ wyglądać po ludzku, gotowy i przyzwoicie ubrany na ich nieplanowanych pozalekcyjnych spotkaniach.
— Proszę? — zapytał Eames grzecznie, a w jego oczach odbiło się szczere zdziwienie.
Arthur potruchtał powoli w jego stronę, dobrze wiedząc, że szorty, które nosił, wydłużają mu optycznie nogi, a koszulka, choć tragicznie przepocona, pięknie uwydatnia barki. Miał nadzieję, że mina, jaką przybrał na widok Eamesa w skórzanej kurtce, świadczyła o beztroskim rozluźnieniu, a nie zdradzała idiotycznego trzepotu serca.
— Arthur. Mam na imię Arthur. Jeśli wciąż zamierza mnie pan prześladować, równie dobrze może pan zwracać się do mnie po imieniu. — Uśmiechnął się i skrzyżował ramiona na piersi. — To dla mnie? — Skinieniem głowy wskazał na mocno sfatygowaną książeczkę w ręce Eamesa, po czym ze sztuczną rezygnacją wyciągnął po nią dłoń.
— Cóż, Arthurze — odezwał się nauczyciel, z rozbawieniem przeciągając sylaby w jego imieniu. — Co za godna podziwu umiejętność, by nie psuć zabawy. Można by nawet odnieść wrażenie, że zmieniłeś co nieco swoje zdanie?
— Ani trochę. — Uśmiech Arthura zaczął balansować na granicy przerażenia własnymi śmiałymi słowami. — Mam już po uszy męczącego zainteresowania ze strony każdej wolnej kobiety przed menopauzą, gdy tylko ktoś nazwie mnie głośno Mister Wright5. Wiem, że jeśli nie przyjmę teraz tej książki od pana, to znajdę ją później schowaną w jakimś niemożliwym miejscu.
Eames cofnął rękę z książką, a cała wesołość opuściła go nagle wraz z jednym długim, bolesnym westchnieniem.
— Arthur, zdajesz się być przekonany, że robię to tylko po to, by obrzydzić ci życie. Owszem, jest to miły efekt uboczny, ale chodzi mi o coś więcej niż mieszanie ci w głowie. Przedstawienie…
— Tak, tak, już słyszałem, że o nie tutaj chodzi, ale… Moment, czemu obrzydzanie mi życia miałoby być miłym efektem ubocznym? To… to…
— A co ty powiesz na spławienie mnie słabiutką wymówką? Zwłaszcza odkąd wiem, że pisanie świetnych wypracowań i zapamiętywanie tekstów to dla ciebie pestka?
Arthur zamrugał.
— To nie była wymówka — zaoponował zdenerwowany, ale Eames przerwał mu zaraz zdecydowanym uniesieniem dłoni. W jego oczach tlił się dziwny żar.
— Powiedziałeś mi, że nie masz ani czasu, ani inklinacji. Co do inklinacji, no cóż, ty jesteś po prostu jak ROBOT…
— Hej! — zaprotestował Arthur słabo.
— …a jeśli chodzi o wykręt z czasem, to był on jednym wielkim, bezczelnym kłamstwem, więc wybacz, jeśli mówię bez ogródek, Mister Wright. Masz aż nadto czasu, by uporać się ze wszystkim, czego wymaga od ciebie szkoła i wciąż zostaje ci go dość na bieganie wokół boiska tak długo, jak ci się podoba. I ty masz czelność twierdzić mi prosto w twarz, że nie jesteś zainteresowany? — Przestąpił z nogi na nogę i spojrzał rozgniewanym wzrokiem na zastygłego bez ruchu Arthura. — No i co?
— Nie jestem robotem — oświadczył Arthur z naciskiem.
Eames przewrócił oczami i oparł ręce na biodrach.
— Tak, podejrzewam, że w rzeczywistości nim nie jesteś, ale mówiąc metaforycznie o twoim stylu życia, Arthurze, jesteś nim jak najbardziej. Wszystko, co widzę i słyszę, każe mi sądzić, że mam oto przed sobą ucieleśnienie postawy nie wychodzić poza ustalone oprogramowanie. — Głośno wypuścił powietrze przez nos. — Utrzymujesz średnią w okolicach piątki od… och, od zawsze, ale nigdy nie odzywasz się na lekcjach, chyba że zostaniesz wezwany do odpowiedzi. Biegasz dla przyjemności, choć najwyraźniej jesteś w tym na tyle dobry, by trener zapłakiwał się z żalu za marnowanym talentem. Jakbyś dokładnie wyliczał, ile musisz z siebie dać, by absolutnie nie przekroczyć pewnej granicy. Straszny z ciebie nudziarz, Arthur. Dobra, nie potrzebujesz być kimś więcej niż już jesteś, ale w ten sposób tracisz coś ważnego, tracisz zabawę, szaleństwo, ogień, wolność rzucenia się w wir czegoś, co cię porwie i odurzy — dla samej przyjemności robienia tego, bo tak właśnie chcesz. A najgorsze, do cholery, wcale nie jest to, że wyraźnie widać, jaki mógłbyś być dobry, gdybyś postanowił wyjść ze swoich sztywnych ram, ale to, że bardzo tego pragniesz, ale nic z tym pragnieniem NIE ROBISZ!
Słowa Eamesa nabierały coraz większej mocy z każdym wykrzyczanym zdaniem, by na koniec ucichnąć niczym gasnące echo, przerywane tylko ciężkimi oddechami zarówno nadawcy, jak i odbiorcy całej tyrady.
Arthur zamrugał ponownie, powolutku, tym razem specjalnie, by dać sobie czas na powstrzymanie furii, która narosła w jego wnętrzu w ciągu tych krótkich chwil i zdążyła wypalić gorącą wilgoć w jego oczach. Z gniewem patrzył na stojącego przed nim mężczyznę.
Pozwolił kącikom ust unieść się w okrutnej parodii uśmiechu.
— I całe to gadanie tylko dlatego, bo nie chcę być marionetką w pana przedstawieniu? — mruknął szyderczo, tłamsząc ból. — Cóż, może pewnego dnia, przy odrobinie szczęścia, nie okażę się wcale aż tak dużym rozczarowaniem dla tej wspaniałej szkoły? Powiedzmy, gdy stanę się prawdziwym chłopcem? — Cofnął się i odwrócił, nienawidząc się za drżenie głosu. — A teraz przepraszam, panie profesorze.
I już biegł, jeszcze zanim pamiętał o zaczerpnięciu tchu. Eames powiedział coś, co nie dotarło do niego przez brzęczenie w głowie. Możliwe, że nauczyciel nawet krzyczał i mimo że Arthur natychmiast wydłużył krok, by znaleźć się jak najdalej od tamtego miejsca, poczuł nagle na ramieniu ciężką dłoń.
— Arthur. — Obrócił się na pięcie i stanął twarzą w twarz z Eamesem, a potem odepchnął go mocno, z gniewem, zanim w ogóle zdołał pomyśleć o tym, co robi. Z przyjemnością ujrzał, że nauczyciel zatoczył się lekko. — Arthur, przesadziłem. Nie miałem prawa mówić do ciebie w ten sposób, Arthur, ja… ARTHUR.
Arthur, na wpół odwrócony do biegu, zamarł bez ruchu.
— Nie będzie mnie pan osądzał dlatego, że nie chcę brać udziału w pana przeklętej sztuce! — wrzasnął, obracając się gwałtownie. — Lubię swoje życie, jasne? Lubię biegać, nie mam ochoty na żadne cholerne przedstawienie, a pan nie ma najmniejszego prawa kazać mi czuć się gorszym człowiekiem, ponieważ…
— Nie, nie mam. — Eames potwierdził kiwnięciem głowy i naruszył osobistą przestrzeń Arthura, prawie dotykając jego falującej ze złości piersi i kładąc mu obie ręce na ramionach. — Nie powinienem był mówić ci tych rzeczy, Arthurze. Mam tak samo małe prawo oceniać twoje życie po twoich wyborach, jak ty moje, i naprawdę mi przykro. Przykro mi za insynuację, że jesteś gorszy, za sugestię, że istnieje w ogóle ktoś, kto dostrzega w tobie braki. Przepraszam, że odebrałeś to tak choć przez sekundę, ale, Arthur, widziałem, jak potrafisz czytać i odtąd nie mogę myśleć o niczym innym poza obsadzeniem cię w roli Hamleta, pozbawionego uznania, niedocenianego duńskiego księcia… I wcale nie po to, że potrzebuję jakiejś cholernej gwiazdy, ale dlatego, że nie recytowałeś wiersza ani z książki, ani nawet z pamięci, tylko tak, jakby płynął ci z serca. A potem usłyszałem od ciebie „nie” i coś mnie nagle strzeliło i… Przepraszam. — Eames rozluźnił uchwyt i zrobił krok do tyłu. — No i znów to robię: próbuję cię przekonać. Wybacz.
W jego oczach była absolutna powaga i Arthur chciał już tylko jednego, móc się zbliżyć, oprzeć o niego czołem i po prostu oddychać, otrząsając się z tego strasznego momentu. Z zaskoczeniem zauważył, że Eames uśmiecha się przepraszająco.
— To miała być taka zabawa, wiesz? Coś w rodzaju gry. Stary, dobry William był przewidziany jako przynęta, a gdy połknąłbyś już haczyk, ja — hop! — pociągnąłbym za wędkę i zrobił z ciebie swojego Hamleta. — Uśmiech zniknął z jego warg, tylko jeszcze w oczach tliła się resztka ciepłej ironii. — Nie gniewaj się na mnie za moje niecne czyny, Arthurze. Nie odejdę stąd, dopóki nie przekonam się, że nie pałasz do mnie głęboką nienawiścią i nie będziesz jej podsycał aż do matury.
Wargi Arthura drgnęły i wygięły się ku górze. Mózg wirował mu jeszcze od szalonego zwrotu sytuacji.
— Fakt, mógłbym ją trochę podkarmić — zakpił swobodnie, a rysy Eamesa natychmiast stężały. — Tylko żartowałem — dodał uspokajająco. — Serio, wszystko w porządku. Wściekłem się, gdy mówił pan o mnie… te rzeczy, ale rozumiem, że… no nie wiem, były pomyślane jako komplement albo coś w tym rodzaju. Ale nie pójdę na przesłuchanie tylko dlatego, żeby przestał pan się czuć takim dupkiem… — Zesztywniał. — Uuuch, PANIE PROFESORZE.
Eames wybuchnął śmiechem.
— Już dobrze, zachowałem się jak dupek. Tylko tego nie powtarzaj, bo w innym przypadku będę musiał wyrzucić cię ze szkoły albo nakarmić tobą ryby czy inne mrówki. Wyświadczysz mi za to pewną przysługę, zgoda? Zjaw się przynajmniej na przesłuchaniu. Hamlet jest świetną postacią do zagrania, co wyjdzie na dobre zarówno tobie, jak twoim podaniom na studia.
Arthur przewrócił oczami.
— Nie potrzebuję pomocy w pisaniu podań.
Eames odwracał się już powoli.
— Też mam takie wrażenie — zgodził się uprzejmie, po czym odszedł i zwinnie przesadził barierkę. — Zobaczymy się na lekcji, Mister Wright — uśmiechnął się znacząco, na co Arthur wbrew własnej woli odpowiedział tym samym.
Tego dnia zrobił jeszcze tylko jedno okrążenie, czemu przypisał bezsenne przewracanie się w łóżku do drugiej w nocy z Eamesem bez przerwy zaprzątającym mu myśli. W końcu westchnął i sięgnął po telefon.

Czy ja jestem nudziarzem?, napisał do Ariadne i aż się skrzywił, przypominając sobie, która godzina.

co? czemu pytasz? spojrz na zegarek!!

Wybacz. Zły dzień. Oberwałem za bycie nudnym i brak chęci do grania Hamleta. Zapomniałem o godzinie. Przepraszam. Dobranoc.

taa, troche przynudzasz. zartowalam ale zagrac mozesz dobrze ci to zrobi. ide spac pagadamy jutro. branoc

Arthur zasnął, zanim uśmiech zdążył rozpłynąć mu się na ustach.
Następnego dnia poszedł na przesłuchanie i w drzwiach niemal zderzył się z Eamesem.
— Ani słowa — mruknął do niego i usiadł, czekając na swoją kolejność.


Koniec rozdziału pierwszego


1 Cytat z filmu Masz wiadomość
2 Fragment wiersza Bridgewater Hall Carol Ann Duffy, współczesnej szkockiej poetki, tłumaczenie własne
3 Fragment monologu Hamleta z drugiego aktu, tłumaczenie Józefa Paszkowskiego
4 Fragmenty monologu Hamleta z trzeciego aktu, tłumaczenie Józefa Paszkowskiego
5 Nieprzetłumaczalna gra słów: angielskie nazwisko Wright wymawia się identycznie jak right, tu: ten właściwy, jeden jedyny. Arthur nawiązuje do wcześniejszej aluzji Eamesa, że jest idealnym odtwórcą głównej roli w reżyserowanej przez niego sztuce
Ostatnio edytowano 23 lip 2013, o 20:02 przez Donnie, łącznie edytowano 13 razy
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Postprzez Bang Bang » 30 gru 2012, o 23:21

O BORZE ZIELONY I WIELKI! WŁAŚNIE UMARŁAM ZE SZCZĘŚCIA! Chce mi się płakać z radości! Pet po polsku! Cóż za piękny prezent na zakończenie tego roku i optymistyczna wróżba na rok następny. Donnie, kocham Cię! :serce: Tak po prostu. Rozbuduję ten komentarz, jak się trochę ogarnę. Pet po polsku, Pet po polsku, Pet po polsku... Chwila! Nie Pet, Jedyny!

edit.: Trochę mi to zebranie się w sobie zajęło, nie przeczę, ale i tak mniej niż zwykle, więc jestem z siebie dumna. Donnie, Ty nawet nie wiesz, co ze mną wczoraj zrobiłaś- gdy zobaczyłam ten rozdział dostałam takiego napadu radości, że koleżanka, z którą rozmawiałam akurat przez skype'a, myślała, że coś mi się stało. Jeden wielki pisk, do którego później doszło turlanie się po łóżku... Do rzeczy! Uważam, że fiki z fandomu Incepcji są bardzo trudne do przełożenia na polski, gdyż istnieje spore ryzyko, że w tłumaczeniu zostanie zgubiony ich cudowny klimat oraz jakieś cząstki osobowości bohaterów, ale w tym przypadku moje obawy okazały się całkowicie zbędne. Arthur i Eames po polsku to nadal Ci sami bohaterowie, w których zakochałam się parę miesięcy temu. Nie stracili swojego uroku, prawdziwości czy, w jeśli chodzi o Eamesa, brytyjskości. Całość czyta się bardzo płynnie i nie sposób się od tego wszystkie oderwać. Jestem zachwycona! Donnie, chyba doskonale wiesz, że jesteś genialną tłumaczką, uwielbiam Twoje tłumaczenia drarry, ale chyba za ten tekst kocham Cię najbardziej, bo ten Arthur jest taki wiarygodny psychologicznie, tak bardzo żywy, że mógłby być moim kolegą z klasy. Nie chcę czegoś chlapnąć, żeby przypadkiem nie spojlerować, bo mam nadzieję, że trafią tutaj również osoby, które nie czytały oryginału, ale w tym Arthurze nie można się nie zakochać. On jest taki silny, zwłaszcza psychicznie, a jednocześnie wydaje mi się kruchy, miejscami bezbronny (yyy... wydaje mi się, że teraz już komentuję cały ten tekst, a nie tylko ten rozdział, ale naprawdę się powstrzymuję, serio, serio), że najchętniej otuliłabym go kocem i pobiła wszystkich, którzy odważyliby się go skrzywdzić- umyślnie czy też nie. Ten komentarz nie jest do końca taki, jaki planowałam, ale chyba najukochańsze teksty komentuje się najtrudniej.

Bieganie było czymś, co robił tylko dla siebie.
Nie zadaniem.


Może to głupie, a może wcale nie, ale po tym tekście pokochałam bieganie długodystansowe, którego wcześniej nienawidziłam. Arthur zmienił moje postrzeganie tej czynności o jakieś sto osiemdziesiąt stopni, za co jestem mu ogromnie wdzięczna :D.

Donnie, tytuł może faktycznie nie jest idealny, ale wydaje mi się, że on na polski wydaje się nieprzetłumaczalny i dla mnie przestaje mieć znaczenie, gdy tylko zaczynam czytanie. I duży plus za ten fragment piosenki The Police na początku :). Dużo Weny, czasu i wytrwałości- dla Ciebie i Twoich bet! A skoro Ka już dała kwiatki to ode mnie ten oto skromny torcik:

Obrazek
Ostatnio edytowano 31 gru 2012, o 12:48 przez Bang Bang, łącznie edytowano 2 razy
Combeferre sighed. "When was the last time you got a full night's sleep?"
"I'm a med student," said Joly, rubbing his eyes. "Sleep is surrender. Coffee is strength."
"Work is freedom," said Combeferre drily.
"Right." Joly nodded. "Sometimes, I forget you're a med student, too."

North London is red


Bractwo Bejsbola i Widła :pala:
Bang Bang Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2318
Dołączył(a): 3 paź 2011, o 21:19
Lokalizacja: Emirates Stadium

Postprzez Ka » 31 gru 2012, o 00:35

Donnie. :serce: Aż nie wiem, co powiedzieć. Pal licho tytuł, ani trochę mi się nie podoba, ale raz, że nie mam pomysłu na lepszy, a dwa, że to chyba jedyne, co mi się w tłumaczeniu nie podoba. Mam na myśli, to:
— Wright, Arthur Wright?
— Tak.
— Więc jesteś, jak przypuszczam, obecny?
Arthur zamrugał ponownie i rzucił podejrzliwe spojrzenie na miejsce pod tablicą, gdzie zwykle siedziała pani Girard-Highes, i gwałtownie oderwał od niego wzrok, słysząc chichot obcego faceta. Nieznajomy odwrócił się i przeszedł na front klasy.
— A teraz, kiedy zapewniłem już sobie pełną i niepodzielną uwagę pana Wrighta, mogę bez przeszkód kontynuować. — W jego uśmiechu kryło się coś łobuzerskiego, nawet jeśli przenikliwe spojrzenie, którym wodził po uczniach, było zdecydowanie poważne. — Pani Girard-Hughes postanowiła rozstać się z pracą na pewien czas i wykorzystać go na: a) wstąpienie w związek małżeński z panem Cobbem oraz b) przygotowanie się do roli matki małego Cobbiątka, i dopóki nie odezwie się w niej potrzeba opuszczenia przytulnego rodzinnego gniazdka, by powrócić do szkolnych rozkoszy, ja wezmę na siebie obowiązek zajęcia się wami, drodzy biedacy.
- to jest Eames. Nie wiem, jak to możliwe po polsku, ale to jest ON.

Boru, Pet, i Eames, i przede wszystkim petowy Arthur, najlepszy Arthur, jakiego czytałam kiedykolwiek. Aż czuję, jak z emocji zaciskają mi się mięśnie brzucha. Nie czytałam Peta od wieków... i, a niech mnie, zapomniałam, jaki to jest dobry fik. Znakomity.

Kocham ten fragment o zębach. I bieganie. I spokojnie spędzone osiemnaste urodziny. I zakochanie Arthura, i ich sprzeczki, i po prostu... to dla takich momentów stworzyłam tę ikonkę: :splywa: I zamierzam teraz używać jej, ile wlezie.

I to:
Arthur nagle wolałby nie ociekać potem, mieć na grzbiecie coś innego niż podniszczony sportowy strój, nie musieć odgarniać opadających na oczy kosmyków ani walczyć z rumieńcem cisnącym się na twarz.
Och, Arthur. Nawet nie masz pojęcia, jak niesamowity widok sobą przedstawiasz, prawda?

Po prostu. Dziękuję, Donnie, jesteś WIELKA.
Obrazek

BTW, BB, śliczny komentarz do Nobody. :)
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez Morrigan » 31 gru 2012, o 01:06

Uczeń, nauczyciel, uczeń nauczyciel... muszę przyznać że uwielbiam takie konfiguracje, są takie gorące (ale ze mnie perwers :D ). Osobiście nigdy nie widziałam Incepcji i jakoś nie mam ochoty jej obejrzeć ale to opowiadanie naprawdę mi się spodobało. Polubiłam Artura a Eames cóż niezwykle interesujący :D :D :D . Nie będę pisać jakiś wywodów ale muszę powiedzieć ze ten fik zapowiada się naprawdę świetnie. Tłumaczenie jest w porządku bardzo płynnie się czyta. Chcę więcej i z niecierpliwością będę wyczekiwać następnej części.
Morrigan :)


"Poszedłem do lasu, wybrałem bowiem życie z umiarem. Chcę żyć pełnią życia, chcę wyssać wszystkie soki życia. Żeby zgromić wszystko to, co życiem nie jest. Żeby nie odkryć tuż przed śmiercią, że nie umiałem żyć."

Stowarzyszenie umarłych poetów
Morrigan Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 192
Dołączył(a): 7 maja 2012, o 21:46

Postprzez Miss Black » 1 sty 2013, o 11:27

Donnie, dzięki za piękny początek nowego roku. Czytanie "Peta" po polsku to jednak prawdziwa przyjemność. Tu naprawdę czuć Eamesa i Arthura! Może parę zdań po drodze mi zgrzytnęło, ale naprawdę ich tu czuć. I jaki Arthur jest tu biedny! Zupełnie o tym zapomniałam. Boże! Nie mogę się doczekać dywanu i wycieczki. I wystawy. Tu jest tyle pięknych scen. I Mr Wright wyszedł całkiem nieźle :D
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Veldrin » 1 sty 2013, o 14:25

Nie zamierzałam tego czytać, bo nie widziałam filmu i żeby przybliżyć sobie postacie musiałam odnaleźć ich zdjęcia, ale chyba przekonała mnie relacja nauczyciel - uczeń, którą bardzo lubię w opowiadaniach. Podobało mi się, choć na razie szału nie ma, na co mam nadzieję przy następnych rozdziałach. Arthur faktycznie przypomina trochę robota i nie wiem czemu się oburzył gdy Eames tak go nazwał :) Ogólnie to raczej ciekawa postać, która nie robi nic ponad to co musi. Widziałam chyba kiedyś jakiś film z podobną osobowością, więc bez trudu przyszło mi wczuć się w nią. Eames jak na razie jest dla mnie zagadką. Nie rozumiem dlaczego w niektórych sytuacjach tak się denerwuje i irytuje. Nie przypominam sobie, żeby nauczyciele wywierali taką presję na innych uczniach, nawet jeżeli mieli jakiś talent, ale mam nadzieję, że w przyszłych rozdziałach uda mi się zrozumieć jego postępowanie.

Pozdrawiam :)
- Chciałbym z tobą pogadać, Draco.
- To dobrze, bo gdybyś tak od razu chciał się na mnie rzucić i przelecieć pod ścianą, musiałbym stanowczo powiedzieć 'nie'. Nie jestem taki łatwy. - Draco namyślał się chwilę, taksując Harry'ego wzrokiem. - Kłamałem. Jestem łatwy. Możesz mnie przelecieć bez gadania.
Veldrin Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 535
Dołączył(a): 30 lis 2012, o 10:43
Lokalizacja: K-ce

Postprzez Miss Black » 2 sty 2013, o 16:06

Veldrin, oburzenie Arthura jest nawiązaniem do filmu. Cała ich relacja u Nolana polega na wiecznym rozdrażnieniu Arthura i jego świętym profesjonalizmie, z którego wiecznie podkpiewa sobie Eames. Lady Vader pięknie się tym bawi. Bez filmu to faktycznie wydaje się bez sensu. Poza tym... cały urok Arthura polega na tym, że ostatecznie okazuje się niemal najbardziej kreatywną postacią w filmie. Mimo że nikt się tego nie spodziewa. W Pecie analogii do filmu jest mnóstwo, tyle że często są szalenie subtelne, co właśnie w dużej mierze czyni ten fik tak wyjątkowym. Poważnie, wiele tracisz, czytając to bez uprzedniego obejrzenia filmu.
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Veldrin » 2 sty 2013, o 17:09

Cóż, w takim razie nie zostaję mi nic innego jak obejrzeć film :) Dzięki MB za wyjaśnienie wszystkiego :)

Edit: Obejrzałam, pokochałam <3
- Chciałbym z tobą pogadać, Draco.
- To dobrze, bo gdybyś tak od razu chciał się na mnie rzucić i przelecieć pod ścianą, musiałbym stanowczo powiedzieć 'nie'. Nie jestem taki łatwy. - Draco namyślał się chwilę, taksując Harry'ego wzrokiem. - Kłamałem. Jestem łatwy. Możesz mnie przelecieć bez gadania.
Veldrin Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 535
Dołączył(a): 30 lis 2012, o 10:43
Lokalizacja: K-ce

Postprzez Donnie » 13 sty 2013, o 21:20

Dzięki za komentarze i wyrozumiałość!
Betowała: Aevenien



Rozdział drugi


Przesłuchania trwały aż do następnego poniedziałku i, co za niespodzianka, Arthur dostał rolę Hamleta. Pewnym zaskoczeniem okazała się jednak Ari jako Ofelia.
— Czekaj… Jak ty chcesz znaleźć na to czas, skoro masz w planach wystawę i egzaminy końcowe? Dopiero co marudziłaś, że nawał zajęć zatruwa ci życie?
Oczywiście, że Arthur był totalnie wytrącony z równowagi jej udziałem w sztuce. Gdy miał dziewięć lat, jego matka wyszła za ojca Ariadne i rozwiodła się z nim, kiedy skończył dwanaście. Choć dawno stracili status przyszywanego rodzeństwa, wciąż traktowali się w ten sposób i Arthur nie potrafił znieść myśli, że ma ją pocałować, nawet na scenie. Poza tym jej uroda, choć niezaprzeczalna, była typowo dziewczęca i nie stanowiła żadnej pokusy dla jego ust.
— Dobra. Po pierwsze przestań udawać, że jesteś wyluzowany, Arthur, bo widzę, jak zzieleniałeś na twarzy. Po drugie rozmawiałam z panem Murphym. Powiedział, że projekt z teatrem dostarczy mi aż nadto materiału do ciekawych zdjęć. Choćby miały znaleźć się na nich tylko twoje miny, takie jak teraz. — Wykrzywiła się i dziabnęła go palcem między zmarszczone brwi.
— Daj spokój — burknął z udawaną irytacją i odsunął jej dłoń. — Jak tylko zobaczę chociaż jedno swoje zdjęcie na twojej wystawie, domaluję na nim wąsik Hitlera, zrozumiano?
Pacnęła go z oburzeniem, ale dobrze wiedziała, że nie żartował.
Odtwórcy ról i osoby wyznaczone do pomocy w sztuce zostały wezwane na spotkanie organizacyjno-zapoznawcze, które w efekcie zamieniło się w zespołowe ćwiczenia integracyjne. Wszyscy uczestnicy najchętniej uciekliby z wrzaskiem, gdyby nie zdecydowana postawa Eamesa, stojącego z założonymi na piersi ramionami i mierzącego falujący niespokojnie tłum uczniów stanowczym wzrokiem.
Uśmiechnął się do nich surowo, klasnął w dłonie i zatarł je gestem, który zdaniem Arthura wydałby się znacznie groźniejszy, gdyby zaraz potem nie popatrzył krytycznie na zaczerwienione wnętrze swoich rąk. Zaczął mówić. Powagę i ostrość jego głosu łagodziło nieco ciepło uśmiechu, chociaż oczy wyraźnie mówiły, że jeśli komukolwiek przyjdzie na myśl wycofanie się z projektu, będzie tego bardzo, ale to bardzo żałował.
— Jedna rzecz dla jasności: jeżeli zauważę, że wasze stopnie lecą w dół albo że wykazujecie najmniejsze oznaki nieumiejętnego godzenia innych szkolnych obowiązków z niniejszym projektem, wylatujecie z zespołu szybciej, niż zajmie wam wypowiedzenie zdania Rozgniewany nauczyciel, który wielokrotnie i głośno podkreślał doniosłość tego, co tu robimy! — Urwał i przesunął wzrokiem po stojących przed nim w półkolu uczniach. — Zwerbowano mnie tutaj na bieżący rok szkolny nie bez powodu. Mam pewne doświadczenie, a raczej całą jego masę, i doskonale wiem, jak łatwo zgubić się w szczegółach, podobnie jak stracić poczucie tego, co ważne. Zwłaszcza że będziemy pracować nad sztuką, która ma być głównym magnesem nadchodzącej gali. Słowem, drogie dziewczęta i chłopcy, czeka nas mnóstwo żmudnej, cholernie ciężkiej roboty, jasne? — Uśmiechnął się, szeroko i prawie drapieżnie, a Arthur nie wstydził się przyznać, jak bardzo go to zagrzewa do czynu. Nie był w tym zresztą osamotniony: cała grupa pochyliła się do przodu, chłonąc słowa nauczyciela. — Nie chcę was jednak zniechęcać. Będziecie mieli z tego wiele przyjemności i masę fenomenalnej zabawy, która być może u niektórych z was przyczyni się nawet do zmiany planów na życie. Owszem, będę wymagał od was bardzo dużo, ale jeśli nam się uda, pokochacie każdą sekundę tej pracy. Nie będziecie mieli zresztą innego wyjścia niż ją pokochać i wykonać jak najlepiej. A gdy już to zrobicie — zrobimy — cóż, pokażemy wszystkim przedstawienie warte nie tylko nowego skrzydła, ale i całej przeklętej szkoły.
Rozochocony zespół zareagował wybuchem entuzjazmu. Arthur czuł, jak rozpiera go chęć działania i na równi z innymi zapragnął zadowolić tego dziwnie szorstkiego, charyzmatycznego człowieka.
Wciąż nie miał pojęcia, jak dał się w to wciągnąć, ale był pewien, że nie jest jedynym, który znalazł się tu nie do końca z własnej woli.

+++

Próby miały odbywać się dwa razy w tygodniu i początkowo obejmować samo czytanie tekstu, dopóki każdy z aktorów nie zaznajomi się ze swoją rolą na tyle, by przy pierwszych krokach na scenie poradzić sobie bez skryptu — w innym przypadku czekałyby go przykre konsekwencje, prawdopodobnie w postaci zmielenia „ściągi” przez niszczarkę w biurze pana Eamesa.
Zanim jednak przeszli do rzeczy, prawie całą inauguracyjną próbę zajęło im „dogłębne poznanie się nawzajem”, jak ujął to Eames. W praktyce wyglądało to tak, że ustawieni w dużym kole musieli najpierw przedstawić się imieniem, nazwiskiem i rolą, po czym wyrecytować z pamięci imiona, nazwiska i role wszystkich swoich przedmówców. Niektórzy usiłowali wyrażać swoje niezadowolenie z takiej procedury, ale Eames zniósł to z humorem i zajął miejsce na samym końcu łańcuszka, a gdy nadeszła jego kolej, co do joty powtórzył każde słowo, jakie padło w kręgu. Zapewnił tym sobie zarówno nieliczne, dobroduszne okrzyki „buu!”, jak i skąpe oklaski.
— A teraz, dziewczyny i chłopaki — powiedział z podstępnym błyskiem w oku — znienawidzicie mnie ostatecznie, ponieważ dziś musicie dowiedzieć się o sobie naprawdę wszystkiego. No, niemal wszystkiego. I to szybko, żebyście po dzisiejszym spotkaniu stali za sobą murem, przerywali sobie wyłącznie w uprzejmy sposób, okazywali solidarność oraz zachowywali się tak, jakbyście znali się od lat — nie z łażenia stadem z lekcji na lekcję albo obijania się o siebie na korytarzach, nawet nie z prehistorycznych czasów przedszkola. Mówię o prawdziwej interakcji człowieka z człowiekiem.
Kilka osób, łącznie z Arthurem, zaszurało niepewnie obuwiem o podłogę. Eames obrzucił ich rozbawionym, ale twardym spojrzeniem.
— Każdy z was potrafi w miarę porządnie przeczytać wers czy dwa, niektórzy robią to całkiem nieźle. Z tym, że na ich nieszczęście DOBRZE to dla za mnie za mało. Chcę miażdżącej, graniczącej z niemożliwością, niemniej wciąż osiągalnej PERFEKCJI. — Arthur spiął się, a Eames musnął go wzrokiem, przenosząc go zaraz na innych. — To, co tu widzę w tej chwili, to grupa ludzi działających według tego samego podstawowego planu. To, do czego dążę, to stworzenie zespołu. Są wśród was tacy, których rola ogranicza się do paru zdań, niektórzy nie mają prawie żadnego, inni zaś mogą być pewni, że dostaną oczopląsu na widok ilości tekstu, jaką każę powtórzyć im co do słowa. A wszystko po to, żeby na koniec całość robiła wrażenie gładkie jak przysłowiowa pupcia niemowlaka. — Arthur, wstrząsany tłumionym chichotem, zdołał zredukować go do lekkiego drgnięcia ust. — Chcę, żebyśmy stali się niezłomną jednością. Posunąłbym się nawet do określenia „rodziną”, ale obawiam się, że odpowiedzą mi zdegustowane miny i zbiorowy jęk irytacji, prawda?
Natychmiast pojawiły się zdegustowane miny i liczne jęki irytacji. Tym razem Arthur nie dał rady zapanować nad duszącym go bulgotem i parsknął śmiechem, łapiąc wzrok Ari. Sekundę później rechotali już razem.
Eames podzielił ich na dwie grupy wzdłuż linii biegnącej przez środek kręgu (Ariadne i Arthur znaleźli się po tej samej stronie, na całe szczęście, jak się później okazało), a następnie objaśnił zasady gry: każda z drużyn miała wygłosić przed przeciwnikiem stwierdzenie będące prawdą albo fałszem, przy czym trafne rozpoznanie kłamstwa owocowało punktem. Zwycięzcom wolno było wyjść z dwóch kolejnych prób wcześniej, przegrani zaś musieli zostać dłużej, by poustawiać krzesła i doprowadzić salę do porządku. Całość zapowiadała się na jedną z idiotycznych integracyjnych głupot, a nie na autentyczne współzawodnictwo, z czego obie drużyny doskonale zdawały sobie sprawę.
Co wcale nie znaczyło, że zamierzali poddać się bez walki.
Eames rozsiadł się nonszalancko na krześle przed sceną z listą pytań na kolanach. Przed każdą rundą członkowie danej drużyny decydowali, kto z nich powie prawdę, a kto fałsz, protokołując swoje decyzje, tak by nikt nie został później posądzony o manipulacje. Łatwo rozpoznawalni „kłamcy” mieli odpadać jeden po drugim, dopóki nie wyłoniono zwycięskiej grupy.
Strona Arthura poszła na pierwszy ogień, rycząc ze śmiechu zarówno nad potwornymi kłamstwami, jak i niewiele lepszymi prawdami. Stracili jak na razie tylko dwóch fałszerzy (jednym z nich była Ariadne, która po zdemaskowaniu siedziała przez pełną minutę z nadąsaną miną), za to sami odkryli aż czterech w drużynie przeciwnika. W zasadzie zabawa była prosta, a wcześniejsza rada Ariadne, by pierwszą rundę potraktować jak rozgrzewkę, świetnie zdawała egzamin. Druga strona postawiła od razu na twarde pokerowe miny i forsowała je tak mocno, że Arthura aż skręcało z bólu od samego patrzenia.
Gra trwała, pan Eames śmiał się niemiłosiernie z autentycznych i zmyślonych wybryków, miłostek, upodobań i wpadek swojej obsady, zawodnicy jeden po drugim stawiali czoła chichotom, a wszystko trwało tak długo, dopóki na scenie nie pozostali już tylko Arthur i Maurice (który gapił się na Arthura z większą złością niż zazwyczaj, no ale krążyły słuchy, że ostrzył sobie zęby na rolę Hamleta, nie Poloniusza). Nagle zapadła śmiertelna cisza.
Arthur, który właśnie zidentyfikował ostatniego kłamcę w przeciwnej drużynie i czekał na swoją kolej, poczuł nagłą tremę.
Mister Wright — zaczął Eames (Arthur miał dość słuchania tej aluzji ukrytej w jego nazwisku i prawdę mówiąc cieszył się, że przez kilka miesięcy będzie nazywany Hamletem) — opowie nam teraz o najpoważniejszej jego zdaniem kontuzji, jakiej doznał w swoim młodym życiu.
Arthur stłumił uśmiech.
— Gdy miałem dziesięć lat, złamałem sobie kark — oświadczył prosto i czekał na pierwsze z dziesięciu pytań, które mógł zadać mu Maurice.
— W jaki sposób? — zapytał przeciwnik świszczącym, rozzłoszczonym głosem, jakby z góry zakładał, że Arthur usiłuje zrobić go w balona.
Arthur uśmiechnął się uprzejmie.
— Wpadłem na ścianę z dużą prędkością — wyjaśnił.
— Czemu na nią wpadłeś?
— Próbowałem na nią wbiec.
— Jakim cudem nie odniosłeś poważnych obrażeń?
Od uśmiechu Arthura bił blask.
— Odniosłem poważne obrażenia — skorygował spokojnie. Wyraźnie słyszał, jak Maurice zgrzyta zębami ze złości, że nie sformułował pytania bardziej precyzyjnie.
— Ludzie, którzy łamią sobie kark, zwykle umierają albo są sparaliżowani — wycedził. — Więc jakim cudem twoje poważne obrażenia nie miały takich konsekwencji?
Arthur wydął lekko wargi, jakby pytanie sprawiło mu kłopot.
— Hmm, widzisz, w chwili, gdy zderzyłem się ze ścianą, chciałem na nią wbiec, czyli byłem w jakimś stopniu… przygotowany na ruch w górę i zaraz potem w dół, na plecy. Udało mi się nawet złapać jakąś wysokość, niewielką, ale zrobiłem to w takim tempie, że spadając złamałem sobie kość ogonową i parę kręgów, zwłaszcza tutaj — zagestykulował z uśmiechem wokół karku — ale nie uszkodziłem sobie rdzenia kręgowego, więc w sumie udało mi się z tego wywinąć.
We wzroku Maurice’a zamigotały nagle sprytne iskierki.
— A ile trwało, zanim wszystko się zrosło? — Niemal wymruczał, siląc się na spokój tak mocno, że Artur o mało nie nadwyrężył sobie oczu, powstrzymując się przed ich przewróceniem.
— Jakieś sześć czy siedem tygodni — odparł lekko.
Uśmiech Maurice’a, choć przelotny, był triumfalny.
— I cały ten czas nie mogłeś chodzić do szkoły?
Arthur wiedział, że Maurice pamięta go jako dziesięciolatka, z czasów, kiedy Arthur z dumą i przekonaniem obnosił swoje długie włosy, a Maurice aktywnie starał się dowieść, że są beznadziejne.
— To stało się w wakacje — powiedział cicho i przybrał minę, która miała imitować okropne pokerowe twarze, zaobserwowane uprzednio w przeciwnej drużynie.
— Trzymali cię w szpitalu?
— Nie, ale musiałem leżeć bez ruchu przez większość tych sześciu tygodni.
— A czemu w ogóle chciałeś wbiec na ścianę?
Arthur omal nie parsknął śmiechem.
— Pewna bliska mi osoba obiecała, że odda mi swoje wszystkie zielone M&M-sy, gdy to zrobię.
— Jaka bliska osoba?
Arthur poruszył się lekko i obejrzał za siebie, po czym z szerokim uśmiechem wskazał do tyłu.
— Hmm, wychodzi na to, że Ariadne.
— Dlaczego chciała cię do tego namówić?
— Widzieliśmy, jak ktoś zrobił to w filmie.
— W jakim filmie?
— To było dziesiąte pytanie, Maurice. — Głos Eamesa przerwał ten dziwaczny pojedynek, rozpoczęty gdzieś w okolicach pytania numer siedem. — Jak sądzisz: prawda czy fałsz?
Maurice zrobił kwaśną minę i otaksował Arthura wzrokiem od czubka głowy aż po pięty, a potem uśmiechnął się do nauczyciela.
— Fałsz — syknął niemal pogardliwie, ale jeszcze zanim słowo zdążyło przebrzmieć, w drużynie Arthura wybuchły wiwaty.
— Wygraliśmy! Wygraliśmy! — Ariadne tańczyła, obracając się w miejscu razem z Sarah, którą Arthur znał z zajęć ekonomii.
Uśmiechnął się, a twarz Maurice’a zrobiła się purpurowa.
— Pieprzona BZDURA! — wrzasnął i zaraz aż się skulił pod karcącym spojrzeniem Eamesa. Nauczyciel wstał z krzesła i ruszył na środek sceny.
— Nie, nie! — wołała Sarah, wymachując trzymaną w ręku kartką, na której Arthur przed rozpoczęciem zabawy zadeklarował swoją wypowiedź jako prawdę. — Zgadza się!
U boku Maurice’a stanął gotowy do boju Browning, utrzymując, że z całą pewnością usłyszeliby o tym wypadku jako dzieci. Ariadne odkrzyknęła, że po pierwsze sprawa zdarzyła się w wakacje, a po drugie ona tam była i sama widziała, do cholery, a wtedy Arthur po prostu odwrócił się i wbiegł na ścianę.
Trafił w nią z właściwą prędkością, pięknie złapał oparcie, odbił się mocno do bezbłędnego salta w tył i pewnie wylądował na obutych w conversy stopach. Gumowe podeszwy trampek solidnie przytrzymały go w miejscu, w przeciwieństwie do adidasów z Żółwiami Ninja, które tak srodze zawiodły go ponad osiem lat temu.
Zerknął na gapiący się z niedowierzaniem tłumek. Oczy Eamesa były dziwnie pozbawione wyrazu.
— Udało mi się dopiero, gdy miałem czternaście lat, ale warto było ćwiczyć — uzupełnił Arthur skromnie, na co zebrani znów zareagowali wrzawą.
— W porządku, ludzie, spokojnie — przekrzyczał ich Eames. — Wychodzi na to, że Arthur powiedział prawdę, więc rozstrzygam spór na korzyść jego drużyny. — Przegrana grupa odpowiedziała pomrukiem, bardziej z obowiązku niż z przekonania, co można było złożyć na karb niechęci do Maurice’a i jego skłonności do stylu kapryśnej primadonny. — Ale bez obaw, wasze zranione porażką nastoletnie ego dozna za chwilę pewnego pocieszenia. — Tu klepnął Arthura w ramię. — Oto wasz pomocnik z zespołu zwycięzców.
Oniemiały Arthur gapił się na niego wraz z całą swoją drużyną, podczas gdy przeciwnicy wznosili radosne okrzyki.
— Ale… dlaczego? — wydusił wreszcie.
Ręka wciąż spoczywająca na jego ramieniu zacisnęła się nagle i Eames podszedł bliżej. Arthur zmusił się do mrugnięcia, kiedy jasne, szaroniebieskie oczy nauczyciela przeszyły go na wskroś.
— Dlaczego? — powtórzył cichy głos, który Arthur ledwo dosłyszał przez panujące wokół zamieszanie. Widział, jak stojąca kilka kroków dalej Ariadne wyraźnie się spina. — Są dwa powody, Arthurze. Pierwszy: mimo że twoja demonstracja była co najmniej fantastyczna, to gdybyś roztrzaskał sobie głowę na moich zajęciach, dyrektor by mnie utopił, powiesił i poćwiartował. Drugi jest taki, że… — Eames zbliżył się jeszcze bardziej i Arthur wstrzymał dech, widząc w skierowanych na niego oczach dziką, choć nie do końca gniewną determinację — …skłamałeś, Arthurze.
Arthur przełknął ślinę i potrząsnął głową, omal nie dusząc się potokiem słów.
— Nie, ja nie… niech pan zapyta Ari, to absolutna prawda, ja…
— Niezupełnie absolutna. — Eames znów ścisnął ramię Arthura. — Zadeklarowałeś swoje stwierdzenie jako prawdę, ale udzieliłeś fałszywej odpowiedzi na jedno z pytań, Arthurze.
Wstrząśnięty i oburzony do żywego Arthur nie był nawet w stanie potrząsnąć głową. Im dłużej jednak Eames patrzył mu prosto w oczy w ten specjalny sposób, tym bardziej, o dziwo, zdawał się mieć rację.
— Nie zrobiłeś tego dla garści zielonych M&M-sów — podpowiedział mu Eames łagodnie. Artur poczuł, jak rumieniec wypływa mu na twarz niczym kałuża atramentu na papier. Potwierdził przypuszczenie nauczyciela lekkim ruchem głowy, a Eames uśmiechnął się zachęcająco. — Więc co było prawdziwym powodem?
— Ari powiedziała, że nie dam rady. — Znów przestał oddychać, przypominając sobie szczegóły tamtego wydarzenia.
Eames ścisnął jeszcze raz jego bark i wypuścił go z uchwytu.
— Podejrzewałem coś podobnego — roześmiał się i cofnął, pozostawiając Arthura w stanie totalnej rozsypki.
Gdy przegrana drużyna z pomocą Arthura i wyraźnie zaciekawionej Ariadne pozakładała krzesła jedno na drugie w schludne piramidki, mogli wyjść na zewnątrz. Ruszyli przez trawnik w kierunku głównej bramy szkoły, przez którą sączył się jeszcze cienki strumyk ostatnich uczniów. Ze stojaków poznikała już większość rowerowów, a położony obok parking był pusty jak mało kiedy.
— O co mu chodziło na koniec? — zaświergotała Ari po chwili, gdy nacieszyli się już świeżym powietrzem. — Skąd mu się wzięła nagle ta idiotyczna powaga? Zezłościł się na coś? Nie dosłyszałam, co do ciebie mówił.
— Nie był zachwycony moim saltem. Powiedział, że mogłem sobie rozbić łeb. — Arthur zauważył, że unika detali rozmowy z Eamesem i wzruszył ramionami. — Dyrektor Caine na pewno miałby spore zastrzeżenia, gdyby jednemu z uczniów stało się coś podczas zajęć pozalekcyjnych na terenie szkoły.
Ariadne wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
— Jak gdybyś kiedyś nie wywijał tych fikołków na rękach przez cały czas.
— Co? Przerzuty? — Arthur zerknął na nią wesoło. — Boże, nie robiłem tego od wieków. — Ariadne uniosła brew. — Co? Nie, ja… nie, Ari, mowy nie ma, pojęcia nie mam, czy jeszcze to w ogóle potrafię — zaprostestował ze śmiechem.
— Nie no, jasne, w porządku — odparła łagodnie. — Tak też pomyślałam, że nie dałbyś już rady. — A potem uśmiechnęła się pod nosem i Arthur, potrząsając z niedowierzaniem głową, przypomniał sobie, dlaczego przez całe lata swojego dzieciństwa wbiegał na ściany, wdrapywał się na drzewa i robił mnóstwo innych głupich rzeczy. Ta dziewczyna była wcielonym złem.
— No dobra! — krzyknął z udawaną furią i cisnął torbę na ziemię. — Ale jeśli znów połamię sobie kości, ty będziesz tłumaczyła Maurice’owi, co jest prawdą!
I zanim zdążył pomyśleć, jednym skokiem wylądował na wyprostowanych rękach, zawirował w powietrzu, wylądował na nogach i zaczął powtarzać salta jedno po drugim przy akompaniamencie radosnego śmiechu Ari i szmu krwi w uszach.
Wreszcie zatrzymał się i nagle opadł na asfalt, siadając na nim ze skrzyżowanymi nogami.
— Uch… Zakręciło mi się w głowie — wymamrotał cicho i spojrzał w górę, kiedy niespodziewanie padł na niego czyjś cień.
— Wciąż popisujesz się przed dziewczynami, Arthurze? — zadrwił Eames, podając mu pomocne ramię i pociągając z powrotem do pionu.
— Nie. Boże, nie — Arthur zaśmiał się odrobinę za głośno. — Ja tylko… Nie. — Przeniósł wzrok z rozchichotanej i oszołomionej Ariadne na zabarwione lekkim niedowierzaniem, wpółprzymknięte oczy Eamesa, nadal trzymającego jego dłoń w swojej ciepłej ręce.
Nauczyciel wydał sceptyczny pomruk, którego efekt psuła nieco wesoło-ironiczna mina.
— Cóż, doceniam, że zdecydowałeś się na poszerzenie swojego repertuaru, Arthurze, niemniej wciąż optuję za tym, żebyś przeniósł próby skręcenia sobie karku poza teren szkoły, jeśli łaska. — Mrugnął łobuzersko, a Arthurowi zaparło dech w piersi. — Idziesz teraz pobiegać?
— Eee, tak — wyjąkał. Eames uśmiechnął się i cofnął rękę.
— Dobra, w takim razie. — Powiódł promiennym wzrokiem między Ariadne i Arthurem. — Zobaczymy się na następnej próbie, o ile nie wcześniej. Miłego wieczoru.
Arthur obserwował, jak nauczyciel, pogwizdując, odchodzi w kierunku głównego budynku z jedną ręką w kieszeni. Obok łokcia poczuł nagle ciepło bijące od Ari.
— Masz tu trochę śliny, małą strużkę, o tu… — Pantomimicznie otarła własny podbródek i Arthur odepchnął ją lekko od siebie.
— Lepiej się zamknij — powiedział, zupełnie na serio.

+++

Wrzesień mijał w szybkim tempie, liście pokrywały się złotem, opadały i kruszyły pod stopami przechodniów, aż w końcu na horyzoncie zamajaczył tchnący klarownym chłodem październik. Lekcje zlewały się w jedno, pierwsze półrocze nabierało rozpędu, każdy zgubił gdzieś wakacyjne rozleniwienie i zdawał się wreszcie z rosnącym przerażeniem pojmować, że oto naprawdę znalazł się w klasie maturalnej. Nagle wszystko zrobiło się ważne.
Arthur biegał, czytał i recytował, i było to dla niego wyzwaniem — w tym znaczeniu, że musiał zrewidować swój system nauki oraz przestawić się na łapanie późniejszego autobusu do domu. Samo meritum wyzwania, czyli Hamlet, wpasował się w jego życie z zadziwiającą łatwością, nie mówiąc już o tym, ile dawał mu radości.
Jedyną rzeczywiście niepokojącą stroną cudu mnożących się doświadczeń, oprócz wzmożonej aktywności flesza w aparacie Ariadne (co za horror, kierowała go w stronę Arthura już nawet w szkole), była przeraźliwie szybko rosnąca świadomość obecności pana Eamesa — jego zębów, jego śmiechu, sposobu, w jaki czesał włosy: czasem z przedziałkiem, a czasem bez.
Arthur nie zdawał sobie sprawy, jak źle z nim jest, dopóki pewnego piątkowego wieczoru, płacąc za sprawunki w swoim supermarkecie (tak, swoim! Miał wszelkie prawo tam być, skoro mieszkał po sąsiedzku), nie ujrzał Eamesa wchodzącego przez drzwi, ubranego swobodnie w jeansy i szarą koszulkę, wyglądającego tak przystępnie, że Arthur tylko siłą odwiódł się od zamiaru ponownego przespacerowania między półkami sklepu.
Tylko po to, oczywiście, żeby powiedzieć „cześć”.
Przez resztę weekendu musiał wymyślać sobie najgłupsze zajęcia, począwszy od odrabiania lekcji przez wizytę u sąsiadki aż po ekscesywne sprzątanie, żeby tylko nie iść do supermarketu na wypadek, gdyby ON TEŻ TAM AKURAT BYŁ.
Arthur wiedział doskonale, jak kretyńsko wyglądał jego plan: nie dość, że był absolutnie bez sensu, to jeszcze z góry skazany na niepowodzenie. Bo ileż wynosiło prawdopodobieństwo, że Eames wybierze się na zakupy dwa razy w ciągu czterdziestu ośmiu godzin? A poza tym, tak w ogóle, jakie to miało znaczenie? Co niby Arthur powinien zrobić? Gapić się na Eamesa, który przebiera w jabłkach?
Na koniec zostało mu bieganie.
Wskoczył do autobusu jadącego w kierunku szkoły i biegał wokół boiska, dopóki mięśnie nie zaprotestowały palącym bólem, ale w ten sposób zagwarantował sobie przynajmniej śpiączkopodobny sen, w którym choć na trochę uwolnił się od swojej obsesji. A raczej — od banalnego, dziecinnego zakochania w nauczycielu.
Skupienie się na rzeczach związanych ze szkołą było proste (mimo widoku przedramion Eamesa, kiedy podwijał rękawy koszuli gestem, od którego krew Arthura wrzała i który kazał mu się zastanawiać, że może jednak nie obejdzie się bez terapeuty), ponieważ po raz pierwszy od bardzo, bardzo długiego czasu szczerze i z przyjemnością poczuł, że chce się naprawdę przyłożyć.
Próby stały się dziwnie nieodzownym elementem jego życia. Zakładał, że szybko znudzi go czytanie przy stole i ślimacze tempo, w jakim podążali w stronę prawdziwej gry aktorskiej, jednak z pewną fascynacją obserwował, jak inni powoli wchodzą w skórę swoich postaci, choć akurat w jego przypadku nie chodziło tyle o przyswojenie sobie obcej osobowości, co porzucenie własnej.
Arthur miał nad sobą dużo większą kontrolę niż Hamlet, ten za to górował nad nim umiejętnością (i przywilejem) wyrażania swoich uczuć w sposób, który Arthurowi zawsze pozostawał obcy. Niejakim szokiem okazało się więc, że jest w stanie czuć słowa Szekspira krążące mu pod czaszką.
O wstydzie! Że też mogło przyjść do tego! Parę miesięcy dopiero, jak umarł! Nie, nie, i tego nie ma — taki dobry, taki anielski król, naprzeciw tego. Istny Hyperion naprzeciw satyra; a tak do matki mojej przywiązany, że nie mógł ścierpieć nawet, aby lada przyostry powiew dotknął się jej twarzy. Ona zaś — trzebaż, abym to pamiętał?!…1
Słyszał, jak głos łamie mu się w połowie słowa i umilkł na chwilę, niezdolny kontynuować pod wpływem gniewu, który go ogarnął (Hamleta, nie jego) i nagle z nieludzkim przerażeniem stwierdził, że po policzku spływa mu łza.
Otarł ją gwałtownym ruchem, mrugając ze złością, i przełknął cisnące się na usta przeprosiny, bo, o wielkie nieba, wszyscy gapili się na niego, ale potem Eames złowił jego spojrzenie i leciutko zawachlował palcami, jakby zachęcał go do dalszego czytania, zupełnie niepotrzebnie, ponieważ Ari położyła już rękę na przedramieniu Arthura i ścisnęła ciepło.
Arthur odchrząknął cicho, uśmiechnął się przepraszająco (i straszliwie sztucznie, tego był pewien), po czym wrócił do tekstu, recytując go szorstkim od powstrzymywanych łez głosem, a Eames, którego widział kątem oka, kiwał z aprobatą głową i pozwalał przemawiać jego Hamletowi.
Trzebaż, abym to pamiętał?! — wieszała mu się u szyi tak chciwie, jakby w niej rosła żądza pieszczot w miarę zaspokajania jej…

+++

Arthur potrzebował nowych butów.
Odkrył to w połowie drugiego okrążenia, które przebiegł w tempie dużo ostrzejszym niż zwykle. Porzucił łagodny trucht na rzecz sprintu i pędził przed siebie, w niewiadome, byleby dalej od skręcającego żołądek przekonania, że oto odsłonił się niezamierzenie przed salą pełną świadków jego słabości.
Lewy adidas wydawał żałosne, bolesne, piskliwe odgłosy. Woda z kałuż przedostała się przez niezauważoną szczelinę między cholewką a podeszwą i Arthur zwolnił — zatrzymał się — oklapł, pozwalając zbiczować się strumieniom przelotnego deszczu.
To, co się stało, było przerażające (pobudzające) i Arthur od dawna nie czuł się tak upokorzony (uwolniony). Otrząsając się, postanowił wysłuchać protestu obuwia i zrezygnować z dzisiejszego biegu, zwłaszcza że nogi wciąż aż jęczały z bólu po weekendowych wyczynach. Wolnym i nieco chwiejnym truchtem skierował się w stronę pryszniców.
Dwadzieścia minut później żałował swojej decyzji, gdy prosto z gorącej i zaparowanej łaźni wyjrzał na zewnątrz, gdzie na nowo rozpadał się ulewny deszcz. Przypuszczalnie lepiej byłoby, gdyby po prostu pozostał spocony, pomyślał z westchnieniem, wychodząc spod zadaszenia. W jednej chwili znów był zmarznięty i przemoczony, ale nie zamierzał się poddawać.
Przemierzył opuszczony teren szkoły tak szybko, jak tylko mógł, nie zważając na kałuże, i wkrótce dotarł do przystanku, pod który jak za dotknięciem magicznej różdżki powienien teraz zajechać autobus i dowieźć go aż pod sam dom.
Oczywiście nie było ani śladu autobusu.
Arthur skulił się w sobie i przestał nawet wsłuchiwać się w piosenkę dudniącą mu prosto w uszy z wetkniętych w nie luźno słuchawek, obawiał się jednak wyciągnąć iPoda i narazić go na bezpośredni kontakt z ulewą. Od jutra, postanowił ponuro, od jutra zacznie ubierać się tak, jak przystało na jesień w Seattle, a jeśli trafi się słoneczny dzień, to co z tego, będzie się smażył w ciepłych ciuchach, bo to i tak lepsze od przemarznięcia do szpiku kości.
— ARTHUR!?
Arthur gwałtownie oderwał podbródek od piersi na dźwięk swojego imienia, które ktoś wykrzykiwał na fali rytmicznego ryku klaksonu. Rozszerzonymi raptownie oczami patrzył na stojącego na środku — pustej teraz na szczęście — drogi ciemnoniebieskiego sedana z uchylonym od strony pasażera oknem, przez które wołał do niego wychylony na siedzeniu kierowcy Eames.
— UCIEKŁ CI AUTOBUS!? — krzyknął nauczyciel, marszcząc brwi.
— Nie, ja… NIE, JA TYLKO SKOŃCZYŁEM WCZEŚNIEJ! JEST ZA MOKRO NA BIEGANIE, NO I ROZWALIŁEM SOBIE BUTY! — odwrzasnął Arthur, czując śmieszność swoich słów, i spróbował nie myśleć o tym, że chyba jeszcze nigdy w życiu nie pokazał się nikomu w równie żałosnym stanie. Już miał zawołać, że autobus lada moment nadjedzie, ale zastygł z opadłą szczęką, kiedy Eames szeroko otworzył drzwi pasażera.
— WSIADAJ! — zaordynonował, a Arthur bez słowa potrząsnął odmownie głową, zezując na samochody, które zaczęły się zbierać w ogonku za autem nauczyciela.
— Jestem przemoczony — mruknął do siebie, a na potrzeby Eamesa wykonał małą pantomimę, wskazując najpierw na swoje ociekające wodą rzeczy, a potem na siedzenie samochodu. Wreszcie zadecydował, że łatwiej będzie znów zacząć krzyczeć. — JESTEM ZBYT MOKRY, ZRUJNUJĘ PANU SAMOCHÓD, PANIE PROFESORZE!
Eames wychylił się jeszcze bardziej i obniżył głos, mimo tego wciąż słyszalny przez klaszczący o asfalt deszcz.
— Arthur, WSIADAJ.
Znów miał zamiar zaprotestować, ale oczy Eamesa zamigotały nagle srebrnym blaskiem w mdłym, przyćmionym świetle popołudnia i Arthur stwierdził, że jego ciało samo podąża w kierunku sedana, jakby nie zamierzało czekać na decyzję umysłu.
— Dziękuję, panie profesorze, to naprawdę… naprawdę miłe z pana strony, ale mógłbym bez problemu zaczekać na następny autobus — powiedział Arthur cicho, gdy tylko zatrzasnął za sobą drzwi i zapiął pasy. Krople deszczu, które niewzruszenie kapały mu z nosa, postanowił po prostu zignorować.
— Po pierwsze, nie bądź głupi, Arthurze, wyglądasz jak zmokły szczur — uśmiechnął się Eames i nagle przechylił nad jego kolanami, by sięgnąć do schowka. — A po drugie, szkoła na dziś skończona, więc dajmy sobie spokój z profesorami, dobrze? Mów mi po prostu Eames. Masz.
Podał Arthurowi mały ręcznik, odwrócił się i przepraszająco pomachał stojącym za nim kierowcom, po czym zjechał na bok, pod sam przystanek, i przepuścił czekających.
— Włóż ręcznik do środka, jak się już osuszysz, dobrze? — poprosił wesoło. — To śmieszne, ale… trudno mi traktować cię poważnie, gdy wyglądasz jak rozbitek.
Arthur odpowiedział pełnym poczucia winy uśmiechem. Wytarł twarz i dłonie przyjemnie miękkim, czystym ręcznikiem, a na koniec lekko wycisnął w niego włosy.
— Tak się też trochę czuję — mruknął.
— Będziesz musiał mnie pokierować do swojego domu. Jestem w tym mieście dopiero od czerwca i nie znam jeszcze wszystkich tajemnic jego topografii, ale postaram się nie zboczyć za bardzo z drogi. O ile wskażesz mi tę właściwą.
Arthur nie powinien czuć się rozgrzany skierowanym do niego uśmiechem nauczyciela, ale odwdzięczenie mu się tym samym było tak proste, tak naturalne, że o mało nie przysunął się bliżej, by wchłonąć większą porcję bijącego od Eamesa uroku. Jego związane w supeł wnętrzności rozluźniły się odrobinę pod żarem — i ciężarem — spojrzenia tych dziwnych, jasnych oczu.
— Mieszkam niedaleko pana… — wymamrotał i nagle usiadł prosto jak struna, zalewając go potokiem nieskładnych zdań. — To znaczy… Tak mi się wydaje, że mieszkam blisko pana. Widziałem pana w sklepie, a wie pan, w mieście są dużo lepsze markety niż ten, więc do tego chodzą tylko ci, którzy mieszkają w sąsiedztwie, a to znaczy, że musi być pan jednym z moich sąsiadów. Mniej więcej.
Brwi Eamesa zawędrowały w trakcie panicznych wyjaśnień Arthura aż po samą nasadę włosów. Skinął powoli głową, a jego usta wykrzywił nagle szeroki grymas, diabelski i zapierający dech w piersi.
— O, Arthurze, czyżbyś mnie potajemnie śledził? Trzeba się było ujawnić. Pomógłbyś mi zanieść zakupy do samochodu.
Sztywny z upokorzenia Arthur najpierw oniemiał na tak otwartą drwinę, zaraz jednak zmrużył oczy i (ku swemu przerażeniu) trzepnął Eamesa wilgotnym ręcznikiem.
— Bardzo śmieszne — warknął kwaśno, na co Eames wybuchnął śmiechem.
— No i mam cię! A już się zastanawiałem, gdzie podział się Arthur, który nazwał mnie dupkiem? Teraz będzie nam się gadało dużo lepiej, hmm?
Arthur zawtórował cicho, z trudem kontrolując oddech i nie mogąc się nadziwić, jakimi torami zaczęło biec jego życie. Odblokował zamek schowka, żeby włożyć do niego ręcznik i spojrzał przelotnie na jego zawartość. W środku poniewierały się jakieś długopisy i zdarte z opakowań folie, ale na samym wierzchu leżała paczka papierosów.
Eames palił.
— Pan pali — powiedział Arthur.
Eames zerknął w bok i z powrotem skierował główną uwagę na ledwo widoczną od ulewy ulicę.
— Co? A, tak. Czasem zapalę. Zły nawyk — mruknął, obserwując spod ściągniętych brwi strumienie deszczu uderzające o szybę.
Arthur zadrżał z potrzeby.
— Mogę… mogę jednego? — poprosił cicho. Z całych sił próbował nie brzmieć jak ośmiolatek żebrzący o ciastko i nie czerwienić się pod spojrzeniem Eamesa.
— To ty też palisz? — zapytał ironicznie nauczyciel. Arthur omal nie parsknął śmiechem na widok skrajnego potępienia w jego minie, tonie i oczach, którymi wodził między Arthurem a papierosami.
— Kiedyś paliłem, ale rzuciłem. Zacząłem jako trzynastolatek, tak, wiem, to kompletnie idiotyczne, więc postanowiłem z tym skończyć, ale czasem, wie pan, kiedy mam naprawdę zły dzień, chętnie bym sobie zapalił.
Eames zwęził oczy w jeszcze mniejsze szparki.
— I teraz też byś sobie zapalił?
Arthur westchnął, pozwalając twarzy przybrać ten sam przerażająco czytelny wyraz co przedtem na próbie.
— Miałem totalnie paskudny dzień — oświadczył zgodnie z prawdą.
Eames oparł się o siedzenie ze wzrokiem wbitym w przestrzeń przed sobą, jakby rozważał słowa Arthura. W końcu wydał z siebie ciężkie westchnienie.
— Jednego. Dostaniesz tylko jednego. I przestań mi w tych nieformalnych okolicznościach mówić „pan”, skoro już wyciągasz ode mnie papierosy.
Rozpromieniony Arthur szybko sięgnął po paczuszkę i leżącą obok zapalniczkę, zanim Eames zdążył się rozmyślić.
— Dla pa… Dla ciebie też? — zapytał gorliwie, wyłuskując papierosa pod wpół rozbawionym spojrzeniem nauczyciela.
— Nie, próbuję rzucać — roześmiał się Eames lekko i znów spojrzał na drogę. — A teraz ruszajmy wreszcie i zawieźmy cię szybko do domu, zanim nabawisz się raka płuc, jasne?
Powiercił się na siedzeniu, próbując przebić wzrokiem ciężką kurtynę deszczu, który lał tak mocno, że pracujące wycieraczki prawie wcale nie poprawiały widoczności. Nagle zaklął pod nosem i wyrzuconym znienacka w bok ramieniem objął siedzenie pasażera, pochylił się i obrócił, usiłując dojrzeć coś przez tylną szybę.
— W ogóle nie widać, co się dzieje na tej cholernej drodze — burknął.
Wszelka potencjalna odpowiedź ugrzęzła Arthurowi w gardle, siedział jak skamieniały z papierosem uniesionym do ust i oddechem uwięzionym w piersi. Barki, szyja, ramię i policzek nauczyciela znalazły się raptem kilka centymentrów od twarzy (ust) Arthura i, o nieba, mógł wyczuć jego zapach — coś ciepłego, drzewno-korzennego, podszytego nutą świeżości, na co ze stuprocentową pewnością zacznie teraz urządzać polowania we wszystkich drogeriach — i, och, naprawdę wystarczyłoby się tylko lekko wychylić, by skubnąć ustami łuk szczęki Eamesa, poczuć palące drapanie zarostu i…
Arthur zesztywniał w więcej niż jednym znaczeniu tego słowa, z ulgą konstatując fakt, że przemoczona szkolna torba spoczywa na jego kolanach. Rozpięta przy kołnierzyku koszula Eamesa naprężyła się, gdy wyginał się w tył i Arthur mógł zapuścić spojrzenie pomiędzy jej białe, rozchylone poły, prosto na ewidentnie ozdobioną skórę — Eames miał tatuaż, i to niejeden, wielkie nieba, Arthur wyraźnie widział atramentowe LITERY wykłute na jego piersi — i z całych sił musiał stłumić cisnący się na usta jęk, zablokować go przyłożonymi do warg palcami. Odwrócił głowę w sam raz na czas, kiedy Eames wyprostował się znów na fotelu i zdecydował wreszcie ruszyć, upewniwszy się, że nie podąża za nimi konwój rozpędzonych, morderczych ciężarówek.
— Tak — uśmiechnął się Eames przyjaźnie. — Więc dokąd, panie Wright?
Arthur przypalił papierosa roztrzęsionymi dłońmi, zaciągnął się mocno i okrasił odpowiedź profesjonalnie wydmuchniętą tytoniową chmurką.
— Nolan Drive. — Drewniany uśmiech nie schodził mu z ust. Dziękował losowi za godne pożałowania zajęcie się trzymanym w dłoni papierosem, które powstrzymywało go od łypania na otwarty kołnierzyk nauczyciela. — Niech pan je… jedź w kierunku supermarketu, a stamtąd pokieruję cię dokładniej.
Eames zerkał bez przerwy na jego ręce i usta, bacznie obserwując, jak głęboko wciąga dym. Arthur poczuł, że uspokaja się powoli pod tym uważnym spojrzeniem. A wtedy Eames przechylił się nagle ku niemu, ku jego dziko walącemu sercu, ku jego wyschniętym ustom, i przechwycił papierosa z bezwolnych palców.
Wyprostował się na swoim siedzeniu, wciąż patrząc w pociemniałe raptownie oczy Arthura. Bez pośpiechu wsunął papierosa między wargi i z rozkoszą wessał dym do płuc (równie wielką jak ta, z którą wzrok Arthura przyssał się do jego ust), następnie pozbył się go jednym przeciągłym wydechem i zgasił niedopałek w pustej popielniczce.
— To dla ciebie zbyt niezdrowe — mruknął ochryple i na powrót skupił się na prowadzeniu samochodu.
Arthur był tak podniecony, że omal się nie rozpłakał.
— To co, opowiesz mi o swoim paskudnym dniu? — zagadnął Eames z lekkim uśmiechem. Deszcz nadal spływał grubymi strugami po przedniej szybie i Arthur otrzeźwiał nieco. Oklapł w swoim fotelu i oparł się bezwładnie o zagłówek niczym porzucona kukiełka.
— Sam w sobie nie był wcale taki zły — westchnął i potarł oczy nasadą dłoni. — Tylko po próbie but rozkleił mi się na bieżni. Poza tym zmokłem i zmarzłem, więc wziąłem prysznic, który, jak się okazało po wyjściu na zewnątrz, jeszcze pogorszył sprawę. — Rzucił Eamesowi skąpy uśmiech. — Jutro ubiorę się rozsądniej, odpowiednio do pogody.
Zakradł się wzrokiem w dół, do ledwo dostrzegalnego tuszowego zawijasa wyzierającego z koszuli Eamesa i gwałtownie poderwał głowę, czując na sobie poważne spojrzenie. Eames przyglądał mu się ze zmarszczonymi brwiami.
— A czy samą próbę również zaliczasz do tego łańcucha niefortunnych wydarzeń?
Arthur wzruszył ramionami, myśląc OWSZEM tak głośno, że aż się zdziwił brakiem reakcji.
— Po prostu miałem dziś do czynienia ze zbyt dużą ilością wody w zbyt krótkim czasie — zażartował słabo. Równie słaby uśmiech zamarł mu na wargach na widok żywego błysku w oczach nauczyciela.
— Arthur, jeśli dręczy cię to, co stało się podczas czytania pierwszego monologu Hamleta, to pozwól mi wyjaśnić, że wkładanie emocji w grę nie jest w żadnym wypadku czymś niewłaściwym.
Arthur uciekł wzrokiem w bok, śledząc przesuwające się za oknem ulice. Zziębnięte ręce złożył na mokrej torbie na swoich kolanach.
— Ale ja odczułem to jako coś niewłaściwego — usłyszał własny głos i zaraz urwał, zszokowany, że w ogóle się odezwał.
— Jak to? W jaki sposób to, co robi Hamlet, czyli jawne wyrażanie żałoby po ciężkiej stracie, wydaje ci się niewłaściwe? — Eames sprawiał wrażenie szczerze zaciekawionego, choć być może i lekko rozbawionego jego zażenowaniem. Arthur zdusił chęć ponownego sięgnięcia do schowka po bardzo przydatny jako narzędzie kary ręcznik.
— Nie, ja… To znaczy, ja nie… Coś takiego jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło.
Eames roześmiał się gardłowo, co skłoniło Arthura do zduszenia i innych potrzeb.
— Masz na myśli to, że jeszcze nigdy nie straciłeś ojca z ręki mordercy, który potem ożenił się z twoją matką? Cóż, mam wielką nadzieję, że rzeczywiście nie przeżyłeś czegoś podobnego.
Arthur skręcił się wewnętrznie.
— Hmm, fakt, mój tata zmarł, ale mnie chodziło raczej o łzy przy świadkach. — Czekał na jakąś reakcję, uśmiechając się łagodnie do Eamesa, na twarzy którego pojawiło się nagłe przerażenie.
Nauczyciel potrząsnął głową, skupiony teraz bardziej na Arthurze niż na drodze przed sobą.
— Arthur — wydusił. — Tak bardzo mi przykro, nie miałem pojęcia…
— A skąd miał pan… miałeś mieć? Nie ma sprawy, w porządku, naprawdę. Ojciec umarł, gdy skończyłem siedem lat, więc już jakiś czas temu wyrosłem z fazy obnoszenia żałoby w stylu Hamleta. — Pozwolił sobie wyciągnąć dłoń i położyć ją na napiętym przedramieniu Eamesa. Spojrzenie nauczyciela nieustannie krążyło między ulicą a (oby wystarczająco!) uspokajającą miną Arthura. — Przecież nie mogłeś wiedzieć. Serio, nie ma się czym przejmować.
— Tak czy owak, przykro mi. Także z powodu twojego ojca.
Arthur zmusił się do cofnięcia ręki, zanim Eames za bardzo skupił się na jej obecności. Ponownie wzruszył ramionami.
— Wszystko w porządku. To znaczy, pamiętam go i często mi go brakuje, ale mam zupełnie dobre układy z oboma ojczymami, więc nie jest źle.
— Masz dwóch ojczymów? — powtórzył Eames, wyraźnie skonfudowany.
— Tak, gdy miałem dziewięć lat, moja mama wyszła za pana Rittnera, ojca Ariadne, a kiedy skończyłem piętnaście, za mojego obecnego ojczyma, pana Taylora.
— I obydwu nazywasz „panami”? — zapytał Eames z niedowierzaniem. — Nic dziwnego, że tak opornie rezygnujesz z tego w moim przypadku. Czekaj… Ariadne to twoja siostra przyrodnia?
— Mniej więcej. Ale bez obaw, obiecuję, że nie nie zwymiotujemy za kulisami po naszym pocałunku na scenie. — Arthur udał, że się otrząsa. — A co do ojczymów, to głupio mi było zwracać się do nich Ben i Rick, skoro na początku w ogóle ich nie znałem. I tak już zostało.
— Jak dawno temu twoja matka rozstała się z ojcem Ariadne? Bo mam wrażenie, że wciąż trzymacie się bardzo blisko.
Arthur strząsnął z oczu wciąż mokre kosmyki.
— O, całe wieki temu. Wyprowadziliśmy się, gdy miałem dwanaście lat. A trzy lata później przenieśliśmy się znów do nowego domu, kiedy mama wyszła za Ricka. Tutaj w prawo.
Eames gładko wykonał polecenie, biorąc zakręt za supermarketem.
— Czyli jakiś czas mieszkaliście razem? I nadal utrzymujecie przyjazne stosunki z Ariadne i jej ojcem. To miło.
— Tak, spotykam się z nią często, wciąż jest kimś w rodzaju… hmm, najlepszego przyjaciela, z braku trafniejszego określenia. Ben, jej ojciec, też ożenił się ponownie i ma dwóch małych synów, więc nasze kontakty trochę się rozluźniły. Ale w sumie jest dobrze. Mama i jej obecny mąż, Rick, są szczęśliwymi pracoholikami, dzięki czemu nie mogę narzekać na niedostatek swobody. — Arthur uniósł dłonie wnętrzem do góry, sygnalizując pojednanie ze światem. — Wszyscy ładnie na tym skorzystaliśmy.
Eames w zamyśleniu pokiwał głową.
— Na to wygląda — stwierdził z roztargnieniem.
Arthur zaczerwienił się mocno, zamilkł i przez kilka kolejnych minut ograniczał swoje ciche uwagi do nawigacji. W końcu, łagodnie rozbryzgując kałuże, zatrzymali się przed jego domem.
— Hmm, to jesteśmy na miejscu — powiedział z grzecznym uśmiechem i wskazał na widniejące ponad dachem garażu drzwi, pociągnięte butelkowozieloną farbą, którą wybrał jeszcze jako piętnastolatek. Eames podążył zmrużonymi oczami za jego gestem.
— Mieszkasz tutaj, nad garażem? — zapytał zdziwiony, gdy Arthur przymierzał się właśnie do powtórnych podziękowań.
— Tak, mama i Rick zajmują główny dom, a ja zainstalowałem się w apartamencie dla gości od razu po tym, jak się tu wprowadziliśmy. To pierwsze małżeństwo Ricka i wydawało mi się, że powinni nacieszyć się sobą tylko we dwoje. — Arthur spróbował się uśmiechnąć i zamarł, czując na sobie palący wzrok Eamesa.
— Mieszkasz de facto sam od piętnastego roku życia? — zapytał cicho, a jego mina przechodziła od kompletnego zdumieniem do przestrachu i z powrotem w takim tempie, że Arthur zachichotał.
— Przecież to świetna sprawa, zresztą nie jestem tak do końca sam. Między moim mieszkaniem a głównym budynkiem jest bezpośrednie połączenie, tak że mama zawsze może do mnie przyjść, kiedy zechce.
— Ale nie przychodzi.
Arthur wzruszył ramionami. Badawcze spojrzenie Eamesa sprawiło, że poczuł suchość na wargach.
— Nie, ale… Ja tak wolę. Mama zawsze dużo pracowała. Ale dzięki temu mam swoją własną przestrzeń i nie uważam, że brakuje mi czegoś dlatego, bo jestem w niej sam.
Eames wyprostował się w fotelu. Jego uśmiech był niemal słodki, a w oczach tliły się iskry triumfu. Arthur miał wrażenie, że żołądek osuwa mu się aż na podłogę.
— Proszę bardzo — mruknął nauczyciel. — Byłem przekonany, że los zetknął mnie z kontrolującym się na każdym kroku maniakiem, który ma trudności z przekroczeniem własnych wąskich granic, a w zamian otrzymuję ciebie, samodzielnego i prawie samowystarczalnego, choć wciąż obarczonego wspomnianą wyżej ułomnością. — Jego uśmiech był niemal zuchwały. — Sam widzisz, jak bardzo się myliłem.
Arthur zamrugał powoli.
— Czy pan… czy ty mnie właśnie obrażasz, czy tylko przestałeś się wygłupiać? — zaryzykował, otwierając drzwi. Wygramolił się prosto pod strugi deszczu i obrócił, żeby zgromić wzrokiem zaśmiewającego się Eamesa.
— Och, Arthurze, Arthurze — wychichotał Eames. — Naprawdę ktoś powinien wyciągnąć ci ten sztywny kij z… mniejsza o to. Dobrze by ci to zrobiło. Myślałem sobie podczas naszej jazdy, że gdybym przycisnął cię mocniej, to może…
— Co to niby miało znaczyć, prawie samowystarczalny? — wpadł mu nagle w słowo Arthur. — Odpowiadam sam za siebie, odkąd skończyłem cholerne piętnaście lat! A ty wcale mnie nie przyciskasz… No dobra, namówiłeś mnie na tę sztukę, ale teraz Hamlet jest mój, i owszem, jego bagaż emocjonalny jest trochę cięższy od mojego, ale staram się i pewnie niedługo bez mrugnięcia okiem będę płakał jego łzami albo całował jego przeklętą miłość, ale dam sobie z tym radę bez twojej troski! Nie musisz mieć poczucia, że skłaniasz biednego, małego robocika do czegoś, czego on nie chce, jasne!?
Z rozmachem trzepnął drzwiami i wlazł prosto w kałużę. Jego pierś uniosła się i opadła gwałtownie zarówno ze strachu, jak i ze złości, kiedy Eames wystrzelił z samochodu jak z procy, jednym skokiem znalazł się na chodniku i stanął przed Arthurem z pałającą gniewem twarzą.
— HEJ! Przeprosiłem cię już za to, więc daruj sobie, do cholery, te wstawki z robotem, dobrze? I nie ma mowy o żadnej trosce, byłem zachwycony twoimi łzami na dzisiejszej próbie. Chciałem nawet z tobą porozmawiać, zapytać, czy potrafisz płakać na zawołanie, ale byłeś tak przerażony swoim własnym talentem, że wolałem z tym zaczekać. Ale, hej, skoro już wygarniamy sobie wszystko, to powiem ci, że sztywny kij w tyłku będzie twoim najmniejszym zmartwieniem, jeśli do premiery nie wyluzujesz się w głowie!
Deszcz przemoczył Eamesa w jednej chwili i zamienił jego koszulę w warstewkę przezroczystego materiału, ale Arthur nie mógł się przemóc, by spuścić wzrok na nakreślone czarnym tuszem tatuaże.
Przełknął ślinę i zadygotał.
— Przepraszam — wyszeptał pozbawionym wyrazu głosem, a Eames jęknął i z donośnym klaśnięciem ukrył twarz w mokrych dłoniach.
— Arthur… skarbie, ty mnie zamordujesz.
Arthur zesztywniał z wrażenia, zarówno w reakcji na tłumiony śmiech nauczyciela, jak i nieoczekiwane czułe słowo. Zalał go kolejny gorący rumieniec upokorzenia, kiedy Eames podszedł bliżej i położył mu rękę na ramieniu. Stali teraz prawie twarzą w twarz.
— Słuchaj, nie wiem, jak to się dzieje, ale sprawiasz, że zwykły facet bierze we mnie górę nad nauczycielem, rozumiesz? Zaproponowałem ci przejście na „ty” w pozaszkolnych warunkach. Rozmowy z tobą zawsze kończę w sposób, w który nigdy nie zwróciłbym się do ucznia, przy czym dziwnym trafem zawsze wychodzę przy tym na dupka, że posłużę się twoimi słowami…
— Ja też na takiego wychodzę — pospieszył Arthur, prostując swoje zgarbione z przygnębienia barki. Czuł wielką ulgę, że gniew Eamesa ulotnił się bezpowrotnie, a na jego miejscu znów pojawił się uśmiech. — Naprawdę bardzo przepraszam. Normalnie nigdy nie tracę panowania nad sobą ani nie wściekam się o podobne rzeczy. — Bezradnie wzruszył ramionami.
Eames uśmiechnął się szerzej, cofnął dłoń z barku Arthura tylko po to, by zaraz ją do niego wyciągnąć. Arthur patrzył, jak krople deszczu toczą się w dół po przedramieniu nauczyciela i spływają aż po palce, wyprostowane w oczekiwaniu na uścisk.
— Co ty na to, jeśli uznamy to za remis? I od tej pory obaj postaramy się o lepsze zachowanie?
— Zgoda. — Arthur klasnął swoją wilgotną dłonią o równie mokrą dłoń Eamesa, potrząsnął nią krótko, a potem zrobił krok w tył, chowając ręce do przemokniętych kieszeni. — Dzięki za podwiezienie, panie Eames, to było bardzo miłe z pana strony.
Eames roześmiał się i gestem wskazał najpierw Arthura, potem siebie, a na koniec deszcz.
— Tak — powiedział z humorem. — Byłem prawdziwym darem niebios, choć cała przyjemność po mojej stronie, panie Wright.
Mrugnął porozumiewawczo i odwrócił się, podążając w stronę otwartych drzwi samochodu. Arthur opuścił głowę i zaśmiał się cicho do siebie, kiedy Eames przeklinał przemoczone teraz wnętrze pojazdu.
Obrócił się na pięcie, zdecydowany nie patrzeć za odjeżdżającym nauczycielem, ale zaraz się zatrzymał, jeszcze raz słysząc swoje imię.
— Arthur?
Eames patrzył na niego, oparty o dach wozu, a deszcz moczył go niemiłosiernie.
— To, co usłyszałeś ode mnie wcześniej, mówiłem absolutnie szczerze. Mam na myśli dzisiejszą próbę. Zrobiłeś na mnie wielkie wrażenie i nie mogę się doczekać, by ujrzeć więcej. — Uśmiechnął się, a serce Arthura przyspieszyło tak gwałtownie, że aż zabolało. — I niesamowite, jak żyjesz. Nie chciałem ci insynuować, że nie jesteś samowystarczalny, ale pomyślałem, że skoro nie prowadzisz samochodu… Z drugiej strony, ty cały jesteś w stylu, hmm, wytrwałego maratończyka, więc to może i pasuje. Po prostu…
— Umiem prowadzić — przerwał mu Arthur, a brwi Eamesa wystrzeliły w górę. — Tylko aktualnie nie mam samochodu.
— Cofam, co powiedziałem — mruknął Eames, rzucając Arthurowi na wpół rozbawione, na wpół udręczone spojrzenie. — Ty nie robisz na mnie wrażenia, ty mnie przerażasz. — Wsiadł do sedana, pożegnał Arthura nieco stłumionym Do zobaczenia w szkole, panie Wright i odjechał. Arthur pomachał mu lekko, a potem zaczął się wspinać po śliskich od deszczu schodach do swojego apartamentu, podczas gdy jego umysł krążył zamknięty między słowami „wrażenie” i „przerażenie”.
Wyłuskując klucze z torby, postanowił przepędzić te myśli, zanim zwariuje albo popadnie w autentyczną obsesję.
Skarbie… — wyszeptał, zanim przekroczył próg i zamknął za sobą drzwi.

+++

Październik przypuścił natarcie chłodem tak ostrym, że Arthur nosił ze sobą na bieżnię ciepłe bluzy, na wypadek, gdyby bez nich bieganie stało się nie do wytrzymania. Ariadne ciągnęła go wszędzie ze sobą, robiła zdjęcia w niemal stale mdłym, poszarzałym świetle dnia, wypychała sobie kieszenie opadłymi liśćmi albo innymi znalezionymi śmieciami, twierdząc, że zbiera elementy do swoich kolaży, jeśli akurat nie była zajęta wbijaniem mu łokcia w żebra za sabotowanie jej procesów twórczych.
Arthur odrabiał teraz lekcje rano, tuż przed zajęciami. Nie lubił zajmować się tym po treningu, ponieważ jego słodko rozleniwiony i zalany endorfinami mózg zwalniał obroty i jedyną rzeczą, która sprawiała mu w tym stanie przyjemność, było czytanie po raz setny Hamleta. Na zewnątrz zapadał mrok, kolacja stała przed nim na stole, a pamięć podsuwała każdą usłyszaną wcześniej na próbie radę i opinię.
(I… lubił myśleć o Eamesie.)
Zdawał sobie sprawę, że było to częścią cielęcego zakochania, ale z premedytacją ignorował głosik w swoim umyśle, który szeptem namawiał go do wlepiania rozanielonego wzroku w solidną sylwetkę nauczyciela albo zawisania oczami na jego ustach i chłonięcia każdej wypowiedzianej sylaby. W zamian pozwalał sobie podziwiać jego genialne podejście do kierowania projektem, pasję i miłość do wybranego dramatu. W końcu uwielbienie dla mentora za jego profesjonalne umiejętności nie było czymś, czego robić nie wypadało.
Eames, jak wyszło na jaw, należał swego czasu do Royal Shakespeare Company2. Zanim zjawił się w ich szkole, uczył też gdzie indziej, choć niezbyt długo. Im więcej jednak opowiadał o swoich dawnych rolach i ilości pracy włożonej w to, by uczynić je prawdziwie żywymi, stało się aż nazbyt jasne, że jego etatowi w Dysonie przyświeca jeden zasadniczy cel: zagwarantowanie, by występ teatralny na planowanej gali nie miał sobie równych.
Arthur kupił sobie elastyczną opaskę na ramię, wsuwał pod nią przed trenigiem swojego iPoda i słuchał muzyki tak głośno, że wytłumiał nią przyspieszony z wysiłku oddech, nie wspominając już o uparcie podsuwanej przez wyobraźnię wizji Eamesa jako Romea, szepczącego o swojej nieśmiertelnej miłości w świetle scenicznych reflektorów.
Zaczął biegać niemal przy każdej okazji. W weekendy, jeśli akurat nie korzystał ze szkolnego boiska, biegiem pokonywał odległość między swoim apartamentem a supermarketem, domem Ari, mieszkaniem swojej sąsiadki pani Moore i z powrotem. Potrzebował spokoju i wyciszenia, zanim jego umysł na nowo nie zanurkował w otchłań własnych myśli (i myśli Hamleta).
Kilka dni przed próbą co wieczór wychodził z domu o dwudziestej trzeciej, żeby pobiegać, bo po prostu nie mógł inaczej wyłączyć mózgu — nawet Hamlet zawodził, niestety.
Tego popołudnia siedział na tradycyjnym wtorkowym czytaniu sztuki przy jednej z ustawionych w wielki krąg ławek, ze skryptem rozłożonym przed sobą. Recytował właśnie swój fragment i gdy uniósł głowę w połowie zdania, napotkał spojrzenie Eamesa, który patrzył na niego z tak wielkim zadowoleniem z dobrze wypełnionej misji, że Arthur o mały włos nie zadławił się własnym językiem, kończąc ustęp. Dopiero po minucie dotarło do niego, że nie zaglądał przy tym do skryptu, a mówił z pamięci. Duma we wzroku Eamesa w jednej chwili stała się zrozumiała.
W efekcie biegał tego wieczoru prawie do północy. Nowe adidasy uderzały donośnie o chodnik, kiedy pędził przez opustoszałe ulice w stronę domu, a gdy wdrapał się już na schody, dał sobie czas jedynie na szybki gorący prysznic i padł na łóżko, całą noc śniąc o tym, że siedzi w ławce na środku sceny i śpiewa cicho, w nadziei, że żaden z widzów go nie usłyszy.
Nie byłoby aż tak źle, podsumował, podążając do szkolnej łaźni po tym, jak zrobił „jeszcze tylko to ostatnie kółko”, jedyny sposób na uwolnienie się od hiperaktywności własnej głowy, gdybym nie musiał oglądać tego faceta prawie każdego cholernego dnia.
Nie mógł (już dłużej) okłamywać samego siebie — to, co czuł, czyniło jego życie sporo atrakcyjniejszym. Świadomość, że może, że wolno mu widzieć GO tak często, jak zapragnie, była po prostu cudowna. Problem tkwił w tym, że nie potrafił sobie z tą świadomością poradzić. Ledwo znosił widok tego mężczyzny na lekcjach i dwóch próbach tygodniowo, a gdy wreszcie myślał, że nauczył się z tym — gorzej lub lepiej — obchodzić, wszystko legło w gruzach. A to dlatego, że wybrał się na zakupy.
Arthur miał w uszach słuchawki, a w oczach kosmyki wciąż lekko wilgotnych po biegu włosów. Stał w kolejce do kasy, trzymając w ręku kilka składników, których potrzebował do przygotowania swojej nagłej kulinarnej zachcianki, i bezwiednie kiwał głową w takt muzyki (Znika mój ból, znikają kajdany, widziałeś, jak spadają?3), kiedy powoli zaczął sobie uświadamiać, że po lewej majaczy czyjaś znajoma postać.
Roześmiany Eames machał do niego z kolejki do kasy obok. Najprawdopodobniej obserwował nieobecnego duchem Arthura już o wiele za długo i Arthur o mało nie rozerwał sobie bębenków usznych, nieporadnie wyciągając słuchawki, ale że akurat przyszła jego kolej, by zapłacić, musiał odwrócić się do kasjerki. Gdy znów spojrzał na Eamesa, ten wciąż się uśmiechał i pozdrowił go krótkim salutem. Arthur, nie mając innego wyjścia niż odejść od kasy z zapakowanymi w międzyczasie sprawunkami, powoli, wolniusieńko ruszył do domu, mając nadzieję, że mignie mu gdzieś znajomy niebieski samochód. A gdy nic się nie stało i bez rewelacji dotarł na miejsce, czuł się bardziej nienasycony niż kiedykolwiek i było mu bardzo, bardzo głupio.

+++

Arthur wyszedł z szatni. Mokre włosy opadały mu na kark i kolejny raz przypomniał sobie, że wypadałoby je przyciąć w coś, co wykazuje mniejsze skłonności do włażenia w oczy i zawijania się w niekontrolowane kosmyki przez cały przeklęty czas. Odgarnął je w tył, zamknął za sobą drzwi budynku i wymaszerował prosto w ostre, zimne podmuchy wiatru. Zadygotał lekko, wciągając po drodze czapkę i zapinając kurtkę.
Był w połowie drogi do przystanku, gdy przez ryk muzyki w uszach, wciąż nastawionej tak, by zagłuszyć dudnienie tętna po biegu, dobiegł go dźwięk klaksonu. Obejrzał się i zobaczył Eamesa, który jechał w ślimaczym tempie wzdłuż krawężnika, żeby dopasować się do swobodnego, rozluźnionego kroku Arthura.
— Wracasz do domu?
Arthur patrzył na niego bez słowa. Przecież dziś nie padało? Brutalnie zdławił podrzucony natrętnie przez mózg wariant, że przemysł pornograficzny nader często posługiwał się chwytem a może cię dokądś podwiozę i z uśmiechem zbliżył się do uchylonego okna samochodu.
— Tak, właśnie szedłem do autobusu.
Eames uśmiechnął się także, na co żołądek Arthura zwinął się w gorącą ósemkę. Te usta były o wiele cieplejsze, o wiele droższe niż jeszcze chwilę temu, kiedy wyobrażał je sobie pod prysznicem.
Ten uśmiech coś znaczył. Arthur jeszcze nigdy nie widział go na lekcji. To był uśmiech tylko dla niego.
(Boże drogi, chyba mam prawdziwy problem.)
— Wsiadaj. Podrzucę cię — powiedział Eames. Arthur cofnął się szybko, usiłując zapanować nad swoim roztrzęsionym wnętrzem.
— Ale… chyba nie trzeba? To znaczy, przecież nie pada i w ogóle? — wyjąkał, a Eames przewrócił oczami.
— Już dobrze, Arthur. Jest diabelnie zimno, a ja i tak jadę w twoją stronę. To nic wielkiego. Nie bój się, nie faworyzuję cię, jestem po prostu miłym nauczycielem, któremu zrobiło się szkoda biednego, małego, zmarzniętego ucznia.
Arthur prychnął (i zaraz tego pożałował), otworzył drzwi od strony pasażera i wsiadł. Zapach Eamesa, zmieszany z plastykowo-sztuczną wonią samochodowego odświeżacza powietrza, natychmiast wprawił jego zmysły w stan gotowości.
— Hej — zaprostestował z udawanym oburzeniem. — Nie potrzebuję podwożenia z litości. Ale fakt, wybór stacji radiowej wyjaśnia poniekąd całość tego miłego gestu. — Zmarszczył nos na dźwięk wydobywającego się z głośników śpiewu The Carpenters. — Co to jest, Stary Smętny Facet FM?
Eames pacnął go lekko w głowę, przekrzywiając mu czapkę.
— Teraz ja powiem: hej! Starego i smętnego możesz sobie zatrzymać, dziękuję bardzo — zaśmiał się. — Chyba że naprawdę wolisz iść pieszo?
Arthur zdjął zsuniętą na ucho czapkę, przeczesał palcami wciąż wilgotne włosy i z zadowoleniem obserwował, jak Eames włącza się do ruchu.
— Nie, dobrze mi tu, dzięki — uśmiechnął się. — Swoją drogą, nie trzeba aż tak przesadnie reagować. Większość mężczyzn w pewnym wieku zaczyna odczuwać nostalgię za dawno minionym dzieciństwem, zwłaszcza gdy dopada ich kryzys wieku średniego.
Z rozkoszą stwierdził, że jedyną odpowiedzią, której udzielił mu nauczyciel, była oniemiała, wyraźnie zszokowana mina i nie do końca autentyczne piorunujące spojrzenie. Ale zagryziona dolna warga zdradzała, że Eames powstrzymał się od bardziej dosadnej werbalnej riposty.
— Dobrze — wymruczał chwilę później, przymykając oczy, jakby chciał ukryć rozbawienie. — Już za same te słowa wjadę prawą stroną na najbliższą latarnię, a potem wyrzucę twoje martwe ciało z samochodu. Szczurom na pożarcie.
Arthur wzruszył ramionami i zrobił dziwny manewr z mięśniami twarzy, żeby zamaskować uśmiech.
— Rozumiem — odparł zblazowanym tonem, przeciągając samogłoski. — Co nie zmienia faktu, że wciąż słuchamy tej samej stacji.
— Bo lubię tę cholerną piosenkę, dobra? — Nie wytrzymał Eames, wybuchając śmiechem.
Arthur pokiwał głową ze współczuciem.
— Ze względu na wspomnienia z czasów, kiedy świat był tak naiwnie prosty? — zapytał słodkim tonem, a Eames ryknął jeszcze głośniej.
— Arthur, wygadujesz nieziemskie bzdury! Jestem tylko osiem lat starszy od ciebie, ty podła kreaturo! Ale dobrze, niech ci będzie… — Wciąż potrząsając głową z niedowierzaniem, zaczął naciskać na guziki, dopóki wnętrze pojazdu nie wypełniło się bardziej współczesnymi utworami. — Proszę, masz. Zadowolony? A niech to, ostatni raz robię coś dla ciebie!
Znów się wyszczerzył, nieprawdopodobnie szeroko i idiotycznie. Arthur stwierdził, że nie da rady pohamować się przed drążeniem tematu.
— Ma pa... masz dwadzieścia sześć lat? — Uśmiechnął się, próbując choć przez sekundę udawać, że wcale nie pali się do usłyszenia odpowiedzi.
— Dwadzieścia pięć — odparł Eames i spoważniał na chwilę, skoncentrowany na korku przed nimi. — Osiem lat więcej niż cała wasza banda — powtórzył łagodnie.
Arthur zrobił wszystko, by nie zdradzić miną, że Eames obraził właśnie jego zdolności matematyczne. Wyprał też głos z wszelkich emocji, jakby jego odpowiedź nie kryła żadnego głębszego znaczenia.
— Nie, ja mam osiemnaście. To daje siedem, nie osiem lat różnicy.
Eames przez moment nie mówił nic, wpatrzony uważnie w sznur samochodów przed sobą.
— Skończyłeś już osiemnaście lat? — Jego głos brzmiał dziwnie formalnie i uprzejmie.
Arthur zastygł, targnięty przeczuciem, że Eames powątpiewa w prawdziwość jego słów.
— Tak, we wrześniu — potwierdził krótko.
Znów zapadła cisza. Korek zaczął się wreszcie powoli rozładowywać, a Arthur, przygryzając wargę ze zdenerwowania, wciąż nie wiedział, jak odbudować poprzednią swobodną atmosferę.
— No więc, hmm… Czemu odszedłeś z Royal Shakespeare Company? Wydawało mi się, że było to coś w sam raz dla ciebie?
Eames uśmiechnął się przelotnie.
— Tak, dobrze ci się wydawało, Arthurze, nasze milczenie było rzeczywiście niezręczne.
Na twarz Arthura buchnął gorący, jaskrawy rumieniec. Zanim jego umysł zdążył zareagować, usta już wypluwały odpowiedź.
— Pieprz się — warknął, a Eames roześmiał się znów tak radośnie, że Arthur postanowił nie szczędzić mu już swojej złości, skoro ta najwyraźniej wprawiała go w doskonały humor. — O co ci chodzi? Próbuję być miły i rozmawiać z tobą normalnie, a ty co? Potrafisz mieć z tego przyjemność tylko wtedy, gdy zachowujesz się jak palant?!
Eames parsknął jeszcze głośniej, trzęsąc się ze śmiechu z językiem wciśniętym między zęby. Arthur przełknął ślinę i rzucił mu mordercze spojrzenie. To wcale nie jest śmieszne, starał się trzymać fason, czując, jak kąciki ust wyrywają mu się zdradziecko ku górze, to nie jest ani trochę śmieszne.
Eames uspokoił się i uśmiechnął do niego półgębkiem. Arthur oklapł niczym przekłuty balon.
— Dobra — wysyczał do nauczyciela. — Jesteś niesamowity i w ogóle wymiatasz, a ja jestem nudziarzem, z którego można się nabijać, bla-bla-bla. Nie przerabialiśmy już tego czasem?
Nastąpiła chwila ciszy, podczas której Arthur skapitulował ostatecznie przed cienkim uśmiechem przypuszczającym atak na jego wargi. Możliwe, że rozbawienie Eamesa, mruczącego teraz z zadowolenia jak kocur, warte było ceny czerwonych zapewne jak buraki uszu.
— Co, koniec fochów? Świetnie. — Eames odchrząknął, wciąż rozradowany. — W takim razie mogę zaczynać. Owszem, stanowisz zbyt wdzięczny obiekt do wyprowadzania z równowagi, bym mógł się powstrzymać, ale przyznaję, że choć jestem niesamowity i wymiatam, posuwam się czasem odrobinę za daleko. Postaram się w przyszłości o nieco więcej opanowania, zgoda, skarbie?
Arthur wzniósł oczy do sufitu.
— Wiesz, że to wcale nie jest potrzebne, jasne? Nie musisz robić sobie żartów na mój koszt z tymi słodkimi wtrąceniami. Wystarczy, że wymawiasz je z tym okropnym akcentem, uwierz mi.
Eames westchnął melodramatycznie.
— Chyba tęsknię za dniami, kiedy nazywałeś mnie krótko i dosadnie dupkiem i było po sprawie — poskarżył się sztucznie, a Arthur uśmiechnął się pod nosem.
— Dupek.
Wybuch śmiechu Eamesa okazał się wysoce zaraźliwy i przez pewien czas żaden z nich nie mógł wykrztusić słowa. Eames musiał nawet otrzeć sobie kąciki oczu.
— Czyli ustalone: ty jesteś bezczelnym gówniarzem, a ja, najwidoczniej, dupkiem. Może być?
— Tak jest, panie profesorze!
Eames zatrząsł się, jakby usłyszał coś nieprzyjemnego.
— Eames. Po prostu Eames, w porządku? Nie mów do mnie „pan” poza szkołą, czuję się wtedy bardzo staro. I ani słowa o pieprzonych stacjach radiowych, Arthur — dodał ostrzegawczo, a Arthur zachichotał, przybierając anielsko niewinną minę. — Poza tym wszyscy mówią mi Eames.
— Jak to, nawet twoja matka?
— Tak. Zwraca się do mnie po imieniu tylko wtedy, gdy jest na mnie naprawdę, ale to naprawdę cholernie wściekła, czego, wierz mi na słowo, bardzo starannie unikam.
Arthur gapił się na niego przez parę sekund z otwartą ciekawością, korzystając z momentu jego skupienia na ruchu drogowym.
— A jak masz na imię?
Eames skrzywił się niemiłosiernie.
— Frederick — przyznał się ponuro.
— Fredrick?
— Nie, Fred-ER-ick — poprawił Eames z lekkim dygotem obrzydzenia. — W tej pisowni prezentuje się jeszcze gorzej, zapewniam cię. Na szczęście od czasów podstawówki nikt mnie już tak nie nazywa. W którymś momencie całe moje otoczenie zrozumiało, że to imię to po prostu nie ja. Może dlatego, że nigdy na nie nie reagowałem.
— Fred. Freddie. Rick — delektował się Arthur, robiąc głupie miny. — Fakt, wszystkie brzmią beznadziejnie. Też wolę cię po nazwisku — zadecydował i zaśmiał się cicho, kiedy Eames przewrócił oczami.
— Ale siebie nie wolisz, Mister Wright?
Arthur wzruszył niedbale ramionami. Trudno mu było oderwać wzrok od Eamesa, zwłaszcza że teraz nie wydawało mu się to czymś zakazanym.
— No, może z pominięciem twojego „mister”. Ale że lubię swoje imię, wolę, gdy ludzie zwracają się do mnie w ten sposób.
— Poza tym ono do ciebie pasuje. — Eames zgodnie skinął głową. — Jesteś prawdziwym, stuprocentowym Arthurem. — Pokazał zęby w uśmiechu, a zaraz potem zmarszczył czoło, gdy Arthur prychnął. — No co?
— Przepraszam, po prostu uwielbiam, jak wymawiasz moje imię … — Śmiech Arthura zamarł, a on sam skamieniał z przerażenia. — To znaczy, jakby wcale nie było w nim „r”. Aahthuh. — Aż się skrzywił na dźwięk własnego głosu, nieporadnie naśladującego brytyjski akcent. Eames zachichotał.
— Wolałbyś, żebym nazwał cię Arrtherr? — Uniósł brew i zerknął na Arthura, oniemiałego z wrażenia na brzmienie tej idealnej, chociaż nieco uogólnionej amerykańskiej wymowy, którą zaprezentowały mu właśnie równie idealne wargi.
— Genialnie — wychrypiał, a Eames zmarszczył nos.
— Ujdzie. Musiałbym to doszlifować, gdybym zdecydował się przyjąć tu jakąś rolę wymagającą specyficznego akcentu, ale na niesprecyzowane potrzeby widowni wystarczy.
Skręcili w docelową ulicę i Arthur poczuł bolesne ukłucie. Zapragnął nagle zawrócić, utknąć w korku, cokolwiek, byleby tylko zyskać więcej czasu.
— Nie powiedziałeś jeszcze, czemu rzuciłeś Royal Shakespeare Company? Masz zamiar rozejrzeć się za czymś podobnym tutaj, w Stanach? — wyrzucił bez tchu, kiedy Eames podjeżdżał pod jego dom.
— No, w szkole raczej nie zrobię kariery. Ale w zasadzie nie miałbym nic przeciwko znalezieniu zajęcia na dłużej po tej stronie oceanu. — Eames skierował wzrok daleko przed siebie. — Opuściłem zespół, bo go kochałem, kochałem go tak bardzo, że w wieku dwudziestu trzech lat jasno widziałem całe swoje spędzone w nim życie.
Arthur zmarszczył brwi.
— A to… źle? — zapytał, nie przymierzając się nawet do wyjścia z samochodu. Stłumił gwałtowną falę radości, gdy Eames obrócił się lekko w fotelu i skrzyżował ręce na piersi, jakby przygotowywał się do dłuższych wyjaśnień.
— Nie, nie, absolutnie nie. Nie było w tym nic złego, ale zdawałem sobie sprawę, że wciąż jest tyle innych rzeczy, za które chciałbym się zabrać. Byłem też na tyle zarozumiały, by myśleć, że mogę robić to, co sprawia mi przyjemność, i to wszędzie, jak świat długi i szeroki. Postanowiłem więc wypróbować sił gdzie indziej, zwłaszcza że miałem solidne oparcie w postaci całkowicie zadowalającego planu B.
Arthur przemknął uważnym wzrokiem po jego twarzy, rejestrując takie szczegóły jak ton głosu, przymknięte powieki i półprawdę w oczach.
— Ale chyba wcale nie chodzi o zarozumiałość? Przecież możesz robić wszystko, co zechcesz, co nie? — mruknął.
Eames odpowiedział przeszywającym i szybkim jak strzała spojrzeniem.
— Naturalnie — odparł ochryple. — Nie bez dumy uważam się za kogoś, kto znakomicie wywiązuje się z każdego postawionego przed nim zadania, ale tego nie muszę cię już uczyć, Arthurze. Moja rola jako nauczyciela polega na przekonaniu cię, byś wyznaczył sobie konkretne cele, stworzył plan realizacji i dążył do jego spełnienia.
— Co ty mi mówisz? — zapytał Arthur cicho i znienawidził siebie samego za bliski desperacji ton głosu i scenariusze, które rozwijały się beztrosko pod jego czaszką.
Eames zaczerpnął tchu, wciągając powietrze nosem kilkoma krótkimi seriami, zamrugał i znów znieruchomiał.
— Czasami, Arthurze — odezwał się szorstko i zmierzył go intensywnym wzrokiem — cała rzecz polega na tym, by przecierać sobie własne ścieżki, zamiast podążać cudzymi.
Arthur patrzył na niego, niepewny, co i czy w ogóle ma odpowiedzieć. Jego umysł pracował na przyspieszonych obrotach, gdy nagle Eames wyprodukował kolejny niespodziewany uśmiech.
— Tak czy owak, na dziś wystarczy głębokich refleksji. Masz jeszcze masę czasu, by zdecydować, kim zostaniesz, gdy dorośniesz. — Mrugnął żartobliwie, ale Arthur nawet nie drgnął, czując sztuczność tego wybiegu. — Uwierz mi, sam jeszcze nie podjąłem ostatecznej decyzji.
Arthur zerknął na niego pochmurnie, po czym otworzył drzwi, wysiadł i odwdzięczył się nauczycielowi swoją własną wersją przenikliwego spojrzenia.
— Jasne, że wierzę — powiedział cicho. A potem pomachał, krótko i rezolutnie. — Dzięki za podwiezienie, panie Eames. — Uśmiechnął się, grzecznie i z respektem, skoro znów znalazł się na widoku publicznym.
Eames powoli kiwnął głową. Jego mina nie wyrażała już niczego, a oczy ukryły się w połowie pod powiekami.
— Cała przyjemność po mojej stronie, Wright.
Arthur nie ruszył się z miejsca, zanim nauczyciel nie odjechał. Nie wiedząc, co właściwie czuje, odwrócił się i ruszył w stronę domu.


Koniec rozdziału drugiego


1 Fragment tekstu Hamleta z pierwszego aktu, tłumaczenie Józefa Paszkowskiego
2 Jeden z największych zespołów teatralnych Wielkiej Brytanii, cieszący się długimi tradycjami i sporym prestiżem
3 Fragment piosenki Quasimodo Lifehouse, tłumaczenie własne
Ostatnio edytowano 6 lut 2013, o 10:40 przez Donnie, łącznie edytowano 1 raz
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Postprzez Ka » 14 sty 2013, o 21:35

Donnie, jesteś cudownym, cudownym stworzeniem. :serce: Ogromne wyrazy uznania dla Ciebie jako tłumaczki, bo wersja polska naprawdę nie ustępuje oryginałowi - nie spodziewałam się, że można tak dobrze przetłumaczyć fika do Incepcji. Boru. Uwielbiam to opowiadanie bezgranicznie. Eames i Arthur są perfekcyjni aż do bólu. Arthur ze swoim zauroczeniem, które jest bardzo wiarygodnie opisane, co do każdego szczegółu, ze swoim bieganiem, ze swoją odwagą, wbieganiem na ścianę, Hamletem, Eames ze swoim... wszystkim. Chyba powinnam się zamknąć, bo po prostu brak mi słów. Więc powiem tylko: DZIĘKUJĘ. To tłumaczenie przynosi mi mnóstwo radości. I pal licho, że przez nie wczoraj do nocy nie mogłam zasnąć.
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez Veldrin » 14 sty 2013, o 23:12

Zdaje mi się, że w dużej mierze nie ogarniam tego opowiadania. Nagłe wybuchy złości Arthura są dla mnie kompletnie niezrozumiałe i gubię się w takich chwilach. Czytam jeszcze raz fragment poprzedzający je, ale i tak wydaje mi się, że nie wiem o co chodzi. Na pewno będę czytać kolejne części, więc jeszcze się nie poddaję i nie spisuję tego opowiadania na straty :) Po za tym bardzo podoba mi się charakter Arthura. Jego nawyki, to, że wszystko potrafi i jest samodzielny. Robi na mnie ogromne wrażenie, chociaż palenie mi do niego nie pasuje :D

Pozdrawiam ;)
- Chciałbym z tobą pogadać, Draco.
- To dobrze, bo gdybyś tak od razu chciał się na mnie rzucić i przelecieć pod ścianą, musiałbym stanowczo powiedzieć 'nie'. Nie jestem taki łatwy. - Draco namyślał się chwilę, taksując Harry'ego wzrokiem. - Kłamałem. Jestem łatwy. Możesz mnie przelecieć bez gadania.
Veldrin Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 535
Dołączył(a): 30 lis 2012, o 10:43
Lokalizacja: K-ce

Postprzez Elizabeth_Bathory » 17 sty 2013, o 11:45

To jest takie... urocze. Mi, w porównaniu do Vel, wybuchy Arthura się baaardzo podobają :D Bo on jest taki pocieszny w tych swoich świętych oburzeniach na siebie, Eamesa, świat, Eamesa, Ariadne, Eamesa. No po prostu cudowne ;)
Nie będę zaglądała do oryginału. Niebędęniebędęniebędę. Dlatego po cichu liczę, że nowe rozdziały tłumaczenia pojawią się dość szybko :)

pozdrawiam

El ;)
Well I was there on the day
They sold the cause for the queen,
And when the lights all went out
We watched our lives on the screen.
I hate the ending myself,
But it started with an alright scene.
Elizabeth_Bathory Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 841
Dołączył(a): 26 lip 2011, o 13:32
Lokalizacja: Toruń

Postprzez Donnie » 3 lut 2013, o 18:54

Dziękuję za uwagę i komentarze.
Betowała udręczona sesją Aevenien — buziaki!



Rozdział trzeci


Minęło kilka tygodni, zanim Eames znów zaproponował mu wspólny powrót do domu. Oczy Arthura bolały od uporczywego i wymuszonego wlepiania wzroku w chodnik przed sobą, gdy tylko dostrzegał w pobliżu znajomego sedana. Przeklinał się za każdym razem, gdy samochód przejeżdżał obok i nikt nie wołał jego imienia, i było mu potwornie głupio, że w ogóle tego pragnął.
Postanowił, że najwyższy czas zabronić temu idiotycznemu zauroczeniu czynienia dalszego spustoszenia w jego głowie.
Nakazał sobie, że przestanie się gapić, kiedy wiedział, że Eames jest blisko. Dobrze rozpoznawał jego obecność po mrowieniu w karku, gdy tylko nauczyciel wchodził do tego samego pomieszczenia.
Zdecydował, że nie będzie zamartwiał się bez przerwy ich dziwnym pożegnaniem po urwanej wymianie „głębokich refleksji”, jak ujął to Eames, zwłaszcza że sam zachowywał się tak, jakby nic takiego nigdy nie zaszło. Traktował Arthura jak zawsze (bo niby czemu miałby inaczej?), czyli jak cenionego ucznia i narzędzie do szlifowania postępów na przyszłych próbach.
Arthur stwierdził, że czytanie — i coraz częściej recytowanie bez pomocy skryptu — swojej roli sprawiało mu niespodziewaną trudność, kiedy wiedział, że jego nauczyciel i zarazem reżyser przygląda się mu w istotnych momentach. I to przygląda w sposób, który wyzwalał w Arthurze pragnienie zaprezentowania kluczowych monologów nago, najlepiej od razu w łóżku Eamesa i tylko dla niego.
Doszło do tego, że z regularną częstotliwością omal nie przegryzał sobie dolnej wargi na wylot, powstrzymując się przed wypowiedzeniem zakazanych słów, kiedy przesuwał rozgorączkowanymi dłońmi po swojej perlącej się od potu skórze. Nie pozwalał też sobie myśleć w takich chwilach o tym mężczyźnie inaczej niż w ogólnych kategoriach, które przecież każdy człowiek uważał za atrakcyjne u drugiej osoby, na przykład pełne usta zwilżone różowym językiem, szerokie, zdradzające siłę, umiejętne dłonie, palące jak ogień spojrzenie, mocne ramiona, głos jak stal i aksamit, o boże o boże o boże teraz O BOŻE…
Sam z siebie zaczął ignorować kilka akcesoriów, schowanych w szafce przy łóżku, choć tak naprawdę nie miał ich przed kim ukrywać. Nie potrafił określić, czy to dobrze, czy źle, że wystarczał mu teraz jedynie dotyk własnych dłoni na brzuchu, szyi, wargach i boleśnie, ach jak boleśnie spragnionym kawałku ciała, bez pomocy plastykowych zabawek czy innej pornografii, tak dobrze spisującej się przez ostatnie lata. Nie potrzebował już po prostu niczego więcej.
Czasami, po wszystkim, gdy jak zwykle zdusił w sobie zabronione słowa, owijał się kołdrą i marzył, by móc pragnąć mniej.
Był piąty listopada i Arthur przez cały dzień musiał znosić spalający go powoli żar na widok Eamesa w czarnym swetrze i wąskich, cienko prążkowanych czarnych spodniach. Nie mógł z ręką na sercu powiedzieć, że uważał dotychczasowy gust swojego nauczyciela za skończenie fatalny, choć parę koszul z jego kolekcji wyglądało, łagodnie mówiąc, bardziej niż ekscentrycznie. Dlatego też gwałtowne przejście z tradycyjnych, źle skrojonych spodni o szerokich nogawkach do dużo zgrabniejszych, w rozpraszający sposób obciskających uda, mogło sprawić spore trudności komuś, kto stara się ukrywać przerażający ogrom swojego zadurzenia zarówno przed sobą samym (metoda wyparcia była zdaniem Arthura znakomitym narzędziem i miał w nosie to, co na ten temat sądzą sobie autorytety), jak i wysoce spostrzegawczą przyjaciółką.
Arthur unikał znaczących komentarzy Ari, odwracając jej uwagę własnymi obserwacjami na temat ilości osób wykazujących nagłą i głośną obsesję na punkcie brytyjskiej Nocy Guya Fawkesa1 — prawdopodobnie ze względu na powszechnie uwielbianego nauczyciela angielskiego — byleby tylko wykręcić się od odpowiedzi na pytanie Ariadne, czy jego zdaniem Eames już zawsze miał takie uda.
Tego popołudnia biegał do płyty Lady Gagi, na przemian dysząc z wysiłku i krztusząc się ze śmiechu nie tylko nad własną kapitulacją przed naporem popkultury, ale i nieco psychodelicznymi tekstami piosenek. Ich rytm wciąż tętnił mu we krwi po treningu, gdy z łagodnym uśmiechem podśpiewywał sobie cicho pod prysznicem.
Powietrze na zewnątrz było rześkie. Wyszedł przez szkolną bramę, opatulony starannie szalikiem, z czapką na głowie, rękawiczkami na dłoniach i chmurką oddechu wiszącą przed nim w cierpkim, szczypiącym skórę chłodzie.
Przez moment w zapadającym zmroku było coś odświętnie czystego. Arthurowi zdawało się, że wyczuwa zapach pieczonego indyka i ajerkoniaku, charakterystyczną woń nadchodzących tygodni. Dosłownie chwilę później, z jednej sekundy na drugą, niebo eksplodowało.
Gwałtowny grad spadł na niego jak bicz, tak twardo i niespodziewanie, że Arthur wydał mimowolny okrzyk i musiał osłonić oczy rękami. Popędził przed siebie, szukając nędznego schronienia pod smutnym, wyłysiałym drzewem, którego chude gałązki nie radziły sobie z powstrzymywaniem bezlitosnego łomotu lodowatych grudek.
— ARTHUR!
Zerknąwszy spod daszku dłoni, zauważył na skraju jezdni niebieskiego sedana, kolejny raz przybywającego mu na ratunek. Bez namysłu pognał w jego stronę, szarpnął za drzwi i zanurkował do środka.
— Jezu! — wybuchnął Eames, gdy wraz z Arthurem do wnętrza auta wpadło dobrych kilka garści gradu. — Co, do cholery, jest nie tak z pogodą w tym pieprzonym stanie? Jestem przyzwyczajony do deszczu i umiarkowanego zimna, ale to zakrawa na jakąś paranoję!
Zdyszany Arthur roześmiał się i potarł twarz dłońmi, próbując przywrócić częściowo utracone z chłodu czucie.
— Myślałem, że w Anglii zawsze jest podobnie?
— Bo czasami jest, ale spędziłem tyle czasu w cieplejszym klimacie, że chyba zdążyłem stracić tolerancję na niskie temperatury. Poza tym tutaj mamy do czynienia z wyraźnie amerykańskim gradobiciem.
Arthur poruszył odtajałą brwią.
— To znaczy: superlatywnym i bardzo efektywnym?
Śmiech Eamesa, przytłumiony nieustannym stukaniem o szyby, zabrzmiał głęboko i nisko.
— No cóż, powiedziałbym raczej, że efekciarskim i natarczywym, ale możemy oczywiście trzymać się twojej terminologii — zgodził się wspaniałomyślnie.
— Cóż za wielkie ustępstwo z twojej strony — powiedział Arthur swobodnie. Znów musiał stłumić wzbierającą w nim nową falę chichotu.
— Owszem, niemałe — potwierdził Eames słodkim tonem.
Arthur pozwolił sobie na zadowolone westchnienie. Wspomnienie godzin wypełnionych dręczącymi rozmyślaniami, czy jeszcze kiedykolwiek znajdzie się w tym samochodzie, roztopiło się jak ziarnka lodu na jego brwiach.
— Jeszcze raz dzięki — mruknął i przymknął powieki w nagłym ataku rozkosznej senności, wywołanej przez panujące we wnętrzu auta ciepło.
— Nie ma sprawy. Nie mogłem przecież pozwolić, żeby mój odtwórca głównej roli został zatłuczony na śmierć przez grad, co nie?
Arthur uśmiechnął się, wciąż nie otwierając oczu, a potem wydał z siebie lekki chichot.
— O, nadal Stary Facet FM? — jęknął i nie przestał się śmiać nawet wtedy, gdy w okolicy mostka poczuł coś, co mogło być tylko pięścią Eamesa.
— Mój samochód i mój bardzo szeroki gust muzyczny, jasne, księżniczko? Nie każdy z nas musi kochać cholerną Lady Gagę.
Arthur omal się nie zakrztusił.
— Skąd wiedziałeś, że słuchałem dziś Lady Gagi!? — Przez krótką okropną chwilę pomyślał, że jego śpiew słychać było poza prysznicami, zaraz jednak zauważył zaskoczoną i zarazem wniebowziętą minę nauczyciela.
— Och, Arthurze — wymruczał Eames. — Coś strasznego. Chyba tego nie przeżyję. I gdzież ty teraz zakopiesz moje biedne ciało, ofiarę śmierci pod wpływem szoku?
— Ale do niej dobrze się biega! — wydusił Arthur, zaskakująco mało przerażony faktem, że otwarcie przygląda się wygiętym w uśmiechu ustom Eamesa.
— A Capitol Gold świetnie nadaje się do zrelaksowania umysłu po dniu pracy z nabuzowaną hormonami młodzieżą. Więc ja dochowam twojej tajemnicy, a ty mojej, dobrze?
— Zgoda — odparł Arthur bez namysłu. Zdjął rękawiczkę, żeby potrząsnąć wyciągniętą w jego kierunku dłoń, i powrócił do zrelaksowanej pozy na fotelu. Wnętrze ręki mrowiło przyjemnie — z ciepła, nie od dotyku, starał się wmówić nieco mniej rozsądnej części swojego umysłu.
Grad odbijał się rykoszetem od dachu, jego łagodny stukot kłócił się nieco z widokiem odskakujących z impetem od asfaltu lodowych ziaren. Arthur aż skrzywił się ze współczucia dla każdego, kto był teraz na zewnątrz i nie znalazł na czas schronienia, wdzięczny losowi za odnowienie — i znaczną poprawę — koleżeńskiego układu z nauczycielem. Czuł, jak ciepło powoli przenika go na wskroś.
Rozluźniony i zadowolony, oparł się swobodnie potylicą o podgłówek i spod opuszczonych do połowy powiek zerkał ukradkowo na Eamesa, nucąc początkowe akordy kolejnego utworu prezentowanego przez radio. Oddech uwiązł mu w gardle, gdy (nie po raz pierwszy tego dnia) przemknął wzrokiem po linii wąskich spodni, wiernie oddających kształt ud i zarys krocza Eamesa.
…I gdybym tylko dostał szansę, dałbym im taniec i chwilę szczęścia2 — zaśpiewał cicho, bezwiednie, i nagle gwałtownie zamknął usta. — Oj, przepraszam.
Eames uśmiechnął się, dokładnie tym samym uśmiechem jak wtedy, podczas ich pierwszej rozmowy, gdy rozwścieczony Arthur nazwał go dupkiem: z przygryzioną wargą, zdziwieniem i czymś podobnym do satysfakcji. Arthur był tak skupiony na tym pierwszym elemencie, że omal nie przegapił odpowiedzi.
— Nie ma za co, skarbie — wymruczał Eames, a zaraz potem podjął zaczętą przez Arthura zwrotkę przyjemnym, choć niezbyt czystym głosem. —…Złe wieści w gazecie na progu, nie mogłem zrobić ani kroku, nie pamiętam, czy płakałem… No już, dawaj, Arthur, nie ma się czego bać! …o narzeczonej, co została wdową, ale coś wstrząsnęło mnie głęboko w dniu, w którym muzyka umarła… — Rzucił mu zachęcające spojrzenie i Arthur stwierdził, że usta same otwierają się do śpiewu. Głos drżał mu lekko i nie potrafił oderwać wzroku od nauczyciela.
Wspólnie wyśpiewali refren, niepewny głos Arthura nabierał mocy pod wpływem prostej przyjemności dozwolonego i w pełni usprawiedliwionego przez sytuację patrzenia na swojego towarzysza. Eames wodził spojrzeniem między jezdnią a twarzą Arthura i miękko wystukiwał rytm palcami na kierownicy.
Arthur opanował atak lekko histerycznego śmiechu, który narastał w nim wraz z każdym odśpiewanym wspólnie wersem piosenki. Nie wytrzymał jednak, kiedy Eames zaczął na całego udawać perkusję, i to do tego stopnia, że rezygnował nawet na chwilę z wokalu, by dramatycznie zabębnić na kierownicy, podczas gdy Arthur śpiewał dalej solo (Wiem, że się w nim kochasz, widziałem, jak tańczyliście w sali gimnastycznej… — Eames, dupku jeden, śpiewaaaj!). Wreszcie Arthur dał się porwać jego entuzjazmowi i na zmianę przebierał delikatnie palcami na strunach niewidzialnej gitary albo robił za dodatkowego perkusistę na desce rozdzielczej, niezupełnie zgodnie z rytmem podrzucanym przez Eamesa, za to z wariacką radością, lekko zbaczającą ku niepoczytalności. Przy następnej zwrotce obaj byli już w stanie zaawansowanej głupawki, zanosząc się ze śmiechu jak hieny i ignorując grad, który nie przestawał walić o szyby samochodu.
Spotkałem dziewczynę, śpiewała bluesa, błagałem ją o lepsze wieści… — zaczął znów Arthur w pojedynkę głosem zachrypniętym od śmiechu i ostatniego wykrzyczanego wspólnie z Eamesem wersu. Zaczerwienił się z zażenowania, bo ten powolny, samotny śpiew wzbudził w nim nagle poczucie czegoś intymnego. Ucichł, a Eames uzupełnił porzucony kawałek tekstu (…odwróciła się ode mnie z uśmiechem) i zaczęli śpiewać na przemian, tym razem spokojniej i z sercem, powstrzymując się od uśmiechów, które zepsułyby treść danego fragmentu, a na koniec znów połączyli się w refrenie. Ostatnie nuty piosenki przebrzmiały i Eames zdecydowanym ruchem przekręcił gałkę radia.
— Tego nic już nie przebije, więc nie ma sensu czekać na następny kawałek. — Wyszczerzył się do Arthura, który o mało nie zemdlał z zachwytu na widok jego zarumienionej twarzy. Obaj dyszeli lekko, rozgrzani swoim zaimprowizowanym duetem.
— No tak. — Arthur odchrząknął ze śmiechem. — To chyba najbardziej odjechana rzecz, jaka przytrafiła mi się w tym tygodniu.
— Tylko odjechana? — Eames udał urażonego. — Jak możesz sprowadzać nasz występ do tak trywialnego opisu? Moglibyśmy być wielcy, Arthurze, cały świat czekałby z zapartym tchem na nasze tournée!
Dojeżdżali właśnie do celu. „Koncert” pochłonął dobrą połowę trasy i Arthur poczuł bolesne szarpnięcie na myśl, że wszystko minęło tak szybko. Znowu.
— Absolutnie — uśmiechnął się. — Pod warunkiem, że wybierzemy się twoim samochodem, dobrze? Wątpię, czy potrafiłbym wczuć się w rolę bez tego uduchowionego bębnienia po kierownicy.
Eames przytaknął. Jego mina była wzorem powagi i odpowiedzialności.
— Tylko niewielu by potrafiło, Arthurze — zamruczał, kiedy Arthur nacisnął na klamkę.
— W takim razie dzięki za to zmieniające moje podejście do życia doświadczenie. I za dowózkę pod dom, oczywiście.
— Nie ma za co, Arthurze — mrugnął do niego Eames i Arthur wysiadł, lekko krzywiąc twarz, bo grad wciąż padał, choć znacznie łagodniej. Eames nabrał nagle powietrza do płuc i ryknął, parafrazując refren piosenki: — Żee-gnaaj Mis-ter Arth-ur Wriiiiight!…
Arthur, zataczając się ze śmiechu, zatrzasnął drzwi sedana i już na zewnątrz postukał się znacząco w głowę. A potem, wciąż uśmiechnięty, wystrzelił jak z procy w stronę domu, by jak najprędzej uciec przed sypiącym się z nieba lodem. Odwrócił się na moment pod nędzną osłoną okapu nad drzwiami i patrzył za odjeżdżającym samochodem, czując, jak jego uśmiech blednie, gdy sedan skręcił na skrzyżowaniu i znikł z pola widzenia.
Przekręcił klucz w zamku i przekroczył próg z niemiłym wrażeniem, że absolutnie nie ma pojęcia, co się właściwie stało. Dobrał się do lodówki, chcąc uciszyć niepewność jedzeniem, podczas gdy jego usta same śpiewały:
Wiem, że się w nim kochasz…

+++

Przez następny tydzień Arthur widział świat jak przez wywołującą zawroty głowy mgłę. Zaczął chodzić na zajęcia dziwnymi drogami, nie mogąc znieść myśli, że nie zobaczy Eamesa przynajmniej raz w ciągu dnia, a zwłaszcza wtedy, gdy nie miał z nim prób ani lekcji. Ustalał więc sobie trasy po szkole tak, by przecinały miejsca, w których spodziewał się go ujrzeć — czasami mijał go, gdy szedł z klasy do pokoju nauczycielskiego, a niekiedy wystarczało mu samo brzmienie jego charakterystycznego akcentu, dobiegające przez któreś z otwartych drzwi.
Arthur wiedział, że jest żałosny ze swoimi wybiegami, ale nic nie mógł na to poradzić. Potrzebował Eamesa, jego widoku, jego głosu. Wmawiał sobie, że alternatywa — czyli ryzyko niewidzenia go przez cały dzień — była dużo gorsza niż zachowanie à la zadurzona smarkula i zaraz potem decydował na przebiegnięcie dodatkowego okrążenia. A gdy zdarzyło się, że dojrzał wysoko na trybunach obłożoną papierami postać, czuł cichą pogardę do samego siebie za idiotyczną nadzieję, że Eames siedzi tu po to, by również znaleźć się bliżej niego.
Wtorek przed feriami Dnia Dziękczynienia był szary i ponury, jakby promieniom słońca nie chciało się przebijać przez ciężkie pokłady chmur. Nieustanna mżawka wisiała w powietrzu, pokrywała wszystko i wszystkich warstewką niemożliwej do pozbycia wilgoci i wprawiała cały świat w nastrój rozdrażnienia większy, niż przystało na przeciętny szkolny dzień.
Arthur był dziś szczególnie podminowany. Poprzedniego wieczoru wypróbował nowy przepis kulinarny i mimo że danie smakowało wybornie (cóż, w końcu miał spore doświadczenie w kuchni), najwyraźniej mu w jakiś sposób zaszkodziło. Jego żołądek skręcał się podejrzanie od samego rana.
Typowe, przemknęło mu przez przymulone myśli, gdy z trudem wstał z ławki, by wyruszyć w szczęśliwą podróż na angielski. Głowa ćmiła mu bólem, który usadowił się tuż za oczami, ale do tej pory udało mu się jakoś przebrnąć przez poprzednie lekcje. Zrezygnował z robienia notatek i tylko siedział, a jego rozpalona skóra była tak napięta, że nie mógł nawet oprzeć podbródka na dłoni bez żałosnego stęknięcia.
Dowlókł się do swojego miejsca w ostatniej ławce i usiadł z westchnieniem ulgi, przy czym udało mu się nawet zbytnio nie skrzywić. Eames przywitał klasę ujmującym uśmiechem. Arthur poczuł, jak ściskająca jego wnętrzności obręcz rozluźnia się odrobinę i odpowiedział nauczycielowi tym samym, podobnie jak cała reszta. Jasne, że nikt nie przyznawał się otwarcie do sympatii do Eamesa — godziło to w uczniowski honor — ale w klasie nie było ani jednej osoby, która choć trochę by go nie podziwiała.
Arthur oparł policzki o spocone wnętrze dłoni, jęcząc boleśnie w duchu. Kłuło go w oczach i widział nauczyciela jak przez mgłę. Na chwilę pozwolił opaść półprzymkniętym powiekom do końca i dał się porwać kołyszącym dźwiękom okrągło wymawianych samogłosek — samo ich słuchanie było czystą przyjemnością. Uśmiechnął się do siebie. Jeszcze tylko jedna chwilka, jeszcze sekunda i otworzy oczy, rozłoży przed sobą notatki i…

+++

Arthur.
Było mu gorąco i oddychał z trudem, jakby ktoś owinął go grubym, szorstkim, wełnianym kocem, który tłumił nawet jego własne myśli.
Arthur?
Czyjaś dłoń, łagodnie przyciśnięta do obolałych pleców.
Arthur zajęczał cicho.
— Arthur? Arthur, musisz się obudzić.
Arthur powoli uświadomił sobie, że ktoś gładzi go delikatnie po karku. Otworzył piekące potwornie oczy (skąd ten piasek pod powiekami?) i ujrzał twarz Eamesa jakieś trzydzieści centymetrów przed swoją, nisko, o wiele za nisko.
Cholera, skonkludował mgliście. Jakim cudem mój łeb znalazł się na tej pieprzonej ławce?
Chciał wytłumaczyć Eamesowi swoje zdziwienie tym faktem, ale gdy tylko spróbował unieść głowę i utrzymać ją w pozycji, w której powinna się znajdować w trakcie lekcji, pusty i udręczony żołądek zaprotestował ostrym szarpnięciem. Natychmiast odpowiedział mu dudniący łomot pod czaszką i Arthur zacisnął zęby, jęcząc głośno.
Głaszcząca ręka (ręka Eamesa!) przemieściła się na pulsujące czoło Arthura i nacisnęła na nie lekko. Jęknął ponownie, tym razem ze zmieszanej z bólem przyjemności.
— Ale pan ma zimną rękę… — wymamrotał niewyraźnie. — Może pan tak potrzymać?…
— Pedał — kaszlnął w dłoń Nash z jednej z przednich ławek i Arthur zanotował w myślach, żeby przypomnieć mu, jak próbował wcisnąć Arthurowi język do gardła (i łapę w spodnie), gdy zostali kiedyś razem sami w szatni po wuefie.
Ohyda, pomyślał sennie, usiłując uśmiechnąć się lekceważąco, ale zaraz otrzeźwił go stanowczy uchwyt na ramieniu.
— Arthur, proszę cię, żebyś spróbował usiąść prosto. Zrób to dla mnie, dobrze? Sarah, mogłabyś szybko sprowadzić tu pielęgniarkę? W porządku, a teraz oprzyj się tutaj, trzymam cię.
Arthur nie stawiał oporu, kiedy nauczyciel pomógł mu odchylić się na oparcie krzesła. Oddychał szybko, a w brzuchu kotłowało mu się niemiłosiernie.
— Arthur, możesz mi powiedzieć, co ci jest? — Eames jeszcze raz przesunął chłodnymi palcami po jego brwiach. Arthur poddał się dotykowi z ulgą i wdzięcznością.
— Nnnic — wydusił. — Zjadłem wczoraj coś, co mi zaszkodziło. Więc darowałem sobie dziś śniadanie. Pewnie dlatego trochę mi słabo… — wytłumaczył nieskładnie i otworzył oczy, gdy Eames z westchnieniem cofnął rękę i przykucnął obok niego, mierząc go trochę rozbawionym i jednocześnie zaniepokojonym spojrzeniem.
— Myślę, że to coś więcej. Masz gorączkę, Arthur, jesteś rozpalony jak piec. Powinieneś iść do domu. — Eames odwrócił się do drzwi, w których pojawiła się siostra Thorpe.
Arthur stłumił jęk. Nie znosił, gdy traktowano go z podobną troską, a poza tym nie mógł sobie pozwolić na opuszczenie zajęć, nie tyle ze względu na stracony materiał, co z powodu grożącej mu w domu śmierci z nudów. Żywił zabawne przekonanie, że tamte sześć tygodni spędzone na wznak w łóżku z nadłamanym kręgosłupem było wystarczającym powodem do unikania zwolnień do końca szkolnej kariery.
Chrzanię to, zadecydował nagle i wstał, nie zważając na falę nudności i zalewający go na nowo pot, gotów składać przysięgi, że się zaraz mu się poprawi, a apetyt wróci i, och…
Świat pochłonęła ciemność.
Gdy uniósł powieki, zobaczył nad sobą wyłożony białymi panelami sufit, drewnianą krawędź ławki i Eamesa.
Eamesa i siostrę Thorpe, uściślając.
— Zemdlałeś, kochanie — zaświergotała pielęgniarka, a Arthur aż skulił się w sobie. — Na szczęście pan Eames cię złapał, inaczej miałbyś już guza wielkości gęsiego jaja.
— To dlatego leżę na podłodze? — zapytał Arthur inteligentnie.
— Tak, kochanie. Dopadło cię bardzo brzydkie przeziębienie. Zaraz zadzwonię do twoich rodziców, a ty przygotuj się na kilka dni w łóżku, dobrze?
Arthur zacisnął szczęki i jęknął, gdy ból wypromieniował od nich na całą głowę.
— Nie — zaprotestował. — Mama jest zajęta. Pójdę do domu, ale nie musi pani jej niepokoić, ja sam… — Podciągnął się do góry i podparł na łokciu. Mdliło go za bardzo, by cieszyć się faktem, że Eames, który pomagał mu właśnie powrócić do pozycji siedzącej, obejmuje go za plecy. Był tak blisko, że Arthur czuł ciepło bijące od jego ciała. — Proszę… — zaczął i ucichł, kiedy Eames delikatnie odgarnął mu wilgotne od potu, wijące się kosmyki za ucho i z przechyloną lekko na bok głową obserwował uważnie odsłoniętą skórę.
— Arthur — zapytał miękkim, poważnym głosem. — Czy ty przechodziłeś kiedyś ospę wietrzną?
Dziesięć minut (i jeden telefon do skrajnie zaniepokojonej matki) później Arthur kolejny raz znalazł się na siedzeniu pasażera w samochodzie Eamesa.
Fakt ten sprawiłby mu znacznie większą radość, gdyby nie rozbierała go właśnie na czynniki pierwsze przeklęta choroba dziecięca, która skaże go na co najmniej dziesięć dni w domu.
Zero szkoły. Zero prób. Zero Eamesa.
To, że Arthur czuł się jak przepuszczony przez wyżymaczkę, wcale nie poprawiało sytuacji. A gdy dołożył do tego grożący mu odwyk od nauczyciela i prawdopodobnie niebotycznie wysoką gorączkę, z trudem powstrzymywał szczypiące go w oczy łzy.
Pociągnął nosem. Znalazł dziwne pocieszenie w tym dźwięku, wypełniającym ciche do tej pory wnętrze sedana, i objął się ramionami, gdy wstrząsnął nim następny dreszcz.
Został zaciągnięty do samochodu niemal siłą przez zaskakująco małomównego Eamesa i zastraszająco gorliwą siostrę Thorpe, gdzie pozostawiono go samemu sobie na kilka minut. W ich trakcie pielęgniarka zabrała Eamesa z powrotem do budynku, by zaopatrzyć go w listę paskudnych maści, balsamów i innych świństw, które, jak się spodziewano, troskliwa matka wetrze Arthurowi w biedną, skalaną ohydnymi pryszczami skórę mimo oczywistego chyba dla wszystkich faktu, że jest już przecież dorosły.
Zsunął się jeszcze niżej na siedzeniu, snując ponure myśli i obejmując się ciaśniej ramionami. Starał się ignorować skręcający wnętrzności ból i w zamian skupić na podsycaniu furii, którą zamierzał wyładować na Eamesie. Niech no tylko wróci do tego cholernego samochodu…
— Arthur…?
Palce, odgarniające delikatnie włosy z twarzy.
Arthur otworzył oczy.
Eames patrzył na niego zmartwionym wzrokiem z fotela kierowcy. Jego uśmiech był miękki i ciepły.
Arthur zamrugał. Sedan stał przed jego domem.
— Znów zasnąłeś — odpowiedział Eames na niezadane pytanie. — Musisz się położyć, Arthur, wypocząć i wyzdrowieć.
— Ale żenada — wyszeptał Arthur wbrew własnej woli. — Chrapałem? Śliniłem się? Gadałem coś?
Eames uśmiechnął się krzywo, jego niedoskonałe zęby błysnęły w jasnym świetle południa.
— Nie, byłeś wcieleniem wdzięku, Arthurze. Niczym się nie przejmuj.
Wysiadł z samochodu, obszedł go, otworzył drzwi od strony pasażera i pomógł Arthurowi wydostać się na zewnątrz, zanim ten zdążył zadecydować, czy opłaca się podnosić protest, kiedy obiekt twoich westchnień nazywa cię wcieleniem wdzięku.
Ostrożnie wspięli się po schodach prowadzących do apartamentu. Arthur próbował przypomnieć sobie przez spowijającą mu mózg mgłę, czy nie zostawił czegoś kompromitującego na widoku. Jednocześnie walczył ze skurczami żołądka na myśl o tym, że Eames zaraz znajdzie się w jego mieszkaniu. Zachwiał się lekko, usiłując zrobić dwie rzeczy naraz: poszukać kluczy i stać przy tym prosto.
Super, pomyślał z odrazą do samego siebie. Teraz za każdym razem, gdy Eames o mnie pomyśli, skojarzę mu się ze spoconą, roztrzęsioną kupką nieszczęścia. Chociaż z drugiej strony, co każe mi nawet na sekundę zakładać, że on o mnie pomyśli…?
Tknięty nagłą obawą, wyprostował się z lekkim okrzykiem bólu. Eames natychmiast podparł go ramieniem, w zasadzie niepotrzebnie, czego jednak Arthur nie zamierzał mu uświadamiać.
— Przepadną mi próby! — wykrzyknął gwałtownie. Eames zmarszczył brwi. Na ten widok Arthur bezwładnie opuścił ramiona.
Już na samym początku wszystkim zaangażowanym w projekt dano jasno do zrozumienia, że przedłużona nieobecność jest nie do zaakceptowania. Głodny błysk w oczach potencjalnych dublerów nabrał nagle w pamięci Arthura znacznie bardziej drapieżnego i gorliwego charakteru. Zamrugał gwałtownie, żeby pozbyć się dziwnego pieczenia w oczach i zacisnął pięści na kołnierzu koszuli Eamesa.
— Proszę — usłyszał własny łamiący się głos. — Proszę, nie oddawaj nikomu mojej roli. Nie zachoruję drugi raz. Nie chorowałem od lat. Obiecuję, to nie będzie miało żadnego wpływu na moją grę, naprawdę, nie możesz dać Hamleta Gregowi, to moja rola. A to wszystko i tak twoja wina, bo ty zrobiłeś mnie Hamletem, ja nic nie zawiniłem, przysięgam, nie wiem nawet, jak to się stało, że zachorowałem, ale jeśli trochę na mnie poczekasz, wtedy…
Eames uniósł dłoń i przyłożył ją delikatnie do kości policzkowej Arthura. Pogłaskał kciukiem opinającą ją, zaczerwienioną z gorączki i emocji skórę, wydając przy tym łagodny, uspokajający dźwięk.
— Arthur, Hamlet jest twój, jasne? Zawsze był twój. Zadecydowałem raz, że go zagrasz, a kilka opuszczonych prób z cholernie zrozumiałego powodu tego nie zmieni.
— Obiecujesz? — wyszeptał, czując ze wstydem, jak drży mu dolna warga. Spojrzenie Eamesa powędrowało do jego ust i Arthur miał wrażenie, że jego gorączka zamienia się w buchające płomieniami inferno.
Na podjeździe pod domem pojawił się czerwony samochód. Ramię Eamesa opadło, podobnie jak zaciśnięta na przodzie jego koszuli ręka Arthura.
— Mama — powiedział słabo. Czuł, jak gdzieś w głębi jego duszy budzi się do życia dawno zapomniany sześciolatek, uszczęśliwiony widokiem matki w obliczu fatalnego samopoczucia. Zaraz jednak zadygotał, uświadamiając sobie, że ona i Eames za chwilę się poznają.
Matka wysiadła z samochodu i w okamgnieniu pokonała schody, jak zwykle elegancka w nienagannym kostiumie i z idealnie ułożoną, przyciętą na pazia fryzurą. Możliwe, że nigdy nie zdradzała cech szczególnie opiekuńczego typu kobiety, za to przekazała Arthurowi w genach swój błyskotliwy umysł. Oboje darzyli się wzajemnym uwielbieniem, choć okazywali je sobie z daleka lub tylko przy specjalnych okazjach.
— Arthur! Wyglądasz okropnie! — zawołała, na co ciepłe uczucia Arthura nieco ostygły. Uśmiechnął się jednak mimowolnie, gdy matka zrównała się wreszcie z nimi, obróciła jego twarz ku sobie i przyjrzała się mu wnikliwie, kompletnie ignorując Eamesa.
— Przypuszczam, że jeszcze przed końcem tygodnia będę wyglądał gorzej — stwierdził trzeźwo i powstrzymał ją, zanim rumieniec zażenowania zdążył rozpalić mu uszy. Wykonał niewyraźny gest w kierunku Eamesa. — To mój nauczyciel angielskiego, pan Eames. Przywiózł mnie do domu, kiedy źle się poczułem.
— Zemdlał w czasie lekcji — uściślił Eames, mierząc oboje poważnym spojrzeniem. Arthur wykrzywił się do niego paskudnie za to skandaliczne donosicielstwo. — Siostra Thorpe dała mi listę lekarstw, których będzie pani potrzebowała dla syna, myślę jednak, że najpewniejsza okaże się wizyta u lekarza…
— Rick jest lekarzem — przerwał mu Arthur i spojrzał na niego surowo. Z przerażeniem stwierdził, że chwieje się lekko pod wpływem kolejnego zawrotu głowy. — Ale chyba lepiej się położę… — wymamrotał. Eames przechwycił klucz z jego dłoni i pospiesznie obrócił go w zamku.
— Potrzebuje pani pomocy? — zapytał matkę dziwnie niepewnym tonem i Arthur westchnął w duchu, wyobrażając sobie, że nauczyciel najchętniej oddaliłby się czym prędzej od jego skażonej chorobą osoby.
— Nie, poradzimy sobie. Dziękuję panu, panie Eames, przede wszystkim za opiekę nad synem i dowiezienie go do domu. — Słowa matki, wytłumione przez głuchy łomot tętna, dotarły do mózgu Arthura z niewielkim opóźnieniem. Zmarszczył niespokojnie brwi, a jego ręka sama wystrzeliła do przodu i złapała odchodzącego Eamesa za nadgarstek.
— Nie obiecał pan — wybełkotał, na co Eames uśmiechnął się miękko.
— Hamlet jest TWÓJ, Arthurze. Obiecuję. — Arthur oklapł nieco, zarówno z ulgi, jak i z powodu nagłej zmiany w odczuwaniu siły grawitacji, co najlepiej świadczyło o tym, jak szaleńczo reagują jego udręczone zmysły na ciepło we wzroku nauczyciela. — Tylko pamiętaj: żadnego drapania. Oczekuję, że mój książę duński wróci do szkoły bez widocznych blizn. — Puścił do niego oko i Arthur zdążył tylko wysunąć bez słowa środkowy palec i uśmiechnąć się drżącymi wargami. Więcej zrobić nie zdążył, bo Eames już pożegnał się z matką i zbiegł po schodach, wcisnąwszy jej przedtem w rękę zmięty spis lekarstw.
Matka obróciła Arthura w stronę drzwi, zanim jeszcze sformułował w myślach pragnienie, że chce popatrzeć za odjeżdżającym nauczycielem. Pozwolił wprowadzić się do środka i pod poważnym spojrzeniem matki skierował bezpośrednio do sypialni.
Przez dłuższą chwilę panowało milczenie, przerywane niezadowolonymi pomrukami Arthura i zdenerwowanymi westchnieniami matki, kiedy po zdjęciu mu koszuli odkryła na jego skórze jeszcze więcej czerwonych plamek.
Położyła go do łóżka, przykryła lekką kołdrą i pocałowała w spoconą brew.
— Pozałatwiam rzeczy, które zapisała siostra i zadzwonię po Ricka — szepnęła, otulając go szczelnie przykryciem. — To nie potrwa długo, kochanie. — Wstała i odeszła, zatrzymując się na chwilę w progu, by jeszcze raz spojrzeć z chłodnym rozbawieniem na swojego znękanego gorączką syna. — Troszkę młody ten twój nauczyciel? I bardzo przystojny, prawda?
Arthur umościł się wygodniej pod kołdrą.
— Nie słyszę, co mówisz. Chory jestem — stęknął i zignorował śmiech, towarzyszący jej oddalającym się krokom. A potem dał się porwać snom, w którym jego mózg entuzjastycznie wyprodukował ostre i wyraźne obrazy Eamesa — naturalnie po to, by Arthur mógł przyjrzeć mu się dokładnie i ustosunkować do tego, o co pytała matka.

+++

Ferie Dziękczynienia minęły całkiem znośnie.
Gdy tylko Arthurowi udało się przetrwać kilka pierwszych dni nieustannego swędzenia, stwierdził, że może jednak cieszyć się czasem spędzonym z dala od szkoły. Czuł się już lepiej do tego stopnia, że nawet przedpołudniowy program telewizyjny i niezdrowe, zamawiane przez telefon jedzenie zaczęły być strawne.
Obsesyjnie smarował gojące się krostki i nawilżał skórę taka ilością preparatów z witaminą E, że Rick mamrotał coś pod nosem na temat bezwstydnego wykorzystywania jego wspaniałomyślnie wystawianych recept. Arthur śmiał się, ale nie zaprzeczał: postawił sobie za absolutny cel, że wróci do szkoły bez śladu po wysypce.
W sumie nie było aż tak źle, w końcu nie miało to nic wspólnego z przywiązaniem do łóżka i unieruchomieniem na sześć tygodni. Oglądał stare filmy, a raz, gdy gorączka opuściła go na dobre, upiekł nawet ciasto. Wypełniał sobie dni nieistotnymi sprawami, za które zawsze obiecywał się zabrać, kiedy tylko znajdzie wolną minutę.
Ariadne nie odwiedzała go zbyt często, za to bardzo dużo rozmawiali ze sobą przez telefon, co było w pewien sposób łatwiejsze niż spotkanie w cztery oczy. Dzięki temu Arthur dowiedział się wreszcie o jej śmiesznie nietrafionej obsesji na punkcie pewnego zapaleńca z klubu chemicznego, który nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że Ari istnieje. Fakt, że Arthur nie robił sobie żartów z jej uczuć (dobrze, ten jeden raz się nie liczył), a ona w zamian tylko dwukrotnie pozwoliła sobie na wzmiankę o „osuwaniu się jak mdlejąca dziewica w ramiona Eamesa”, należało przypisać wyłącznie ich odświeżonej i na nowo zaciśniętej więzi.
Samo Święto Dziękczynienia upłynęło bardzo przyjemnie. Apetyt Arthura powrócił do swojej pierwotnej formy — a przynajmniej na tyle, że cały wieczór przedrzemał przed telewizorem z brzuchem pełnym pieczonego indyka, pochrzynu3 i ciasta, uśmiechając się z wyrozumiałą czułością nad złośliwymi uwagami, którymi matka i Rick częstowali emitowany nonsens, dopóki senność nie skłoniła jego wciąż lekko osłabionego (ale szczęśliwego i najedzonego) ciała do przeniesienia się do łóżka.
Tam podsumował sennie, że wcale nie było tak źle, jak się spodziewał.
Chociaż musiał przyznać, że brakowało mu biegania.
Postanowił nie myśleć o niczym (nikim?) innym, za czym tęsknił. Wtulił twarz w chłodną stronę poduszki i przełknął ślinę, by pokonać bolesny ucisk w piersi, który pojawił się tam zupełnie bez powodu.
Jeszcze tylko kilka dni, pomyślał odpływając i nagle ujrzał obnażone w uśmiechu białe, lekko krzywe zęby, które lśniły w pełnym świetle dnia i jakby czekały, aż się zjawi.

+++

Nadszedł poniedziałek — nareszcie! — i Arthur, starannie ubrany, obracał się tam i z powrotem przed lustrem, chcąc przekonać się, że nigdzie nie ma widocznych znamion po ospie. Kilka wciąż hodował na biodrze — wprawdzie tylko w postaci podeschniętych krostek nieróżniących się kolorem od reszty skóry, ale zawsze. Wreszcie na wszelki wypadek wciągnął na grzbiet mięciutką bluzę z polaru i był gotów do wyjścia.
Ariadne rzuciła mu się na szyję, gdy tylko przekroczył próg Starbucksa. Arthur zazwyczaj przedkładał własnoręcznie zaparzoną kawę, którą popijał z kubka termicznego, nad poranne wizyty w tym miejscu — niech ludzie sobie mówią, co chcą: akurat ta kawiarnia była przybytkiem szatana. Ariadne tak bardzo uradował widok Arthura, że omal nie oblała go zawartością swojej szklanki. Zrugał ją więc w drodze do szkoły, że zachowuje się jak szczeniak labradora, ale złagodził swoje słowa lekkim uśmiechem.
Tego dnia w planie lekcji nie było ani angielskiego, ani próby teatralnej i choć Arthur wiedział, że nadrobi wszystko we wtorek, jego żołądek ściskał się (zupełnie nielogicznie i niepotrzebnie) na myśl o tym, że nie zobaczy dziś Eamesa.
Równie dobrze mógłbym zostać w domu, doszedł do wniosku, próbując robić wszystko, by nie wyglądać na rozczarowanego.
Przerwa obiadowa dobiegała końca, połowa zajęć minęła, a Eames wciąż nigdzie mu nie mignął. Ariadne trąciła go delikatnie łokciem, wyrywając z ponurych rozważań. Spojrzał na nią ze zmarszczonymi brwiami i sekundę później znów poczuł lekkie dziabnięcie w biodro.
Wydął wargi, gotowy puścić jej nieprzyjemną wiązankę, żeby darowała sobie na dziś wbijanie swego kościstego łokcia w jego wciąż nadwrażliwe ciało, kiedy nagle czyjaś ciepła dłoń chwyciła go za przedramię.
Gwałtownie obrócił głowę i napotkał spojrzenie szaroniebieskich oczu Eamesa. Zanim zdążył zareagować, jego usta same rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.
— Wróciłeś — powiedział nauczyciel, a w jego wzroku pojawił się zaledwie cień serdeczności, przypuszczalnie ze względu na tłoczących się dokoła uczniów. — Czyli już wyzdrowiałeś?
— Tak. Tak, wyzdrowiałem całkowicie. To znaczy, czuję się świetnie, i to od dawna. Znaczy, od paru dni. Od zeszłego tygodnia tak dokładnie — wybełkotał i przełknął ślinę. Wolał skupić się na zmrużonych wesoło kącikach oczu Eamesa niż ledwo stłumionym pisku Ariadne.
— Doskonale. Miło mi to słyszeć. — Eames zwolnił uchwyt i cofnął rękę, a Arthur bohatersko zapanował nad rozczarowaną miną. — Tylko żadnego biegania — upomniał nauczyciel surowo.
Arthur i Ariadne spojrzeli po sobie z wystraszonym zdumieniem.
— Ale my przecież nie…? — zaczęła Ari. Eames przerwał jej prychnięciem.
— Nie mówię o chwili obecnej, o zastraszająca przyszłości narodu amerykańskiego. Miałem na myśli Arthura. Żadnego biegania, jasne?
Uśmiechnął się do nich zaciśniętymi ustami i chciał odejść, ale zatrzymał się na oburzony okrzyk Arthura.
— Co?! Ale dlaczego?
— Arthur, byłeś poważnie chory i potrzebujesz czasu, żeby wrócić do normalnego trybu życia. Zrób to powoli, a w przyszłym tygodniu możesz spróbować przebiec parę okrążeń, dobrze?
Arthur zacisnął pięści i zaczerwienił się ze złości. Miał wrażenie, że gotująca się w nim krew zacznie zaraz tryskać z oczu, uszu i każdego pora skóry.
— Nie może mi pan tego zabronić — zaprotestował. — To niesprawiedliwe.
Eames westchnął i zawrócił w ich stronę.
— Słuchaj — powiedział. — Masz wybór: albo dasz sobie tydzień na dojście do formy i zlikwidowanie tych cieni pod oczami, albo możesz już dziś wyjść na boisko i mieć pewność, że wyrzucę cię z czterech kolejnych prób. Ewentualnie wyłączę cię z nich, dopóki nie przekonam się, że potrafisz zachować się tak odpowiedzialnie, jak tego od ciebie oczekuję. Zobaczymy, co potrwa krócej.
Łzy połaskotały Arthura pod powiekami, co, jak zauważył półświadomie, przypuszczalnie oznaczało, że jednak nie jest jeszcze w stu procentach sobą, ponieważ normalnie nigdy nie płakał.
— Czekam od dwóch tygodni, żeby pobiegać — wyszeptał, a twardy wzrok Eamesa zmiękł odrobinę.
— Posłuchaj, Arthur, wiem, że lubisz biegać, ale niedawno choroba rozłożyła cię na łopatki. Nie jestem w stanie chodzić za tobą krok w krok i pilnować, czy czasem znów nie zemdlejesz. — Arthur zagryzł zęby. Eames musiał zauważyć tę stłumioną erupcję złości, bo zmrużył oczy. — A teraz koniec żartów. Bardzo chciałbym zobaczyć cię jutro na próbie, Arthur, ale jeśli przyłapię cię dziś wieczorem na bieżni, będziesz musiał liczyć się z moim wielkim niezadowoleniem. Czy wyraziłem się jasno?
Arthur wyprostował się do tego stopnia, że nie sposób było powiedzieć, który z nich dwóch jest wyższy.
— Jak najbardziej, panie profesorze — odparł sucho i odwrócił się na pięcie, korzystając z faktu, że właśnie rozległ się dzwonek. Pociągnął Ariadne za sobą i oboje ruszyli w głąb korytarza.
Nie zwracał uwagi na żarciki Ari, wymierzone w jego zranioną dumę, manię kontroli nad każdym aspektem życia i wybuch godny niezrównoważonej nastolatki. Zamiast tego stłamsił swoje emocje, skompresował je i ukrył głęboko, nie na tyle jednak, by powstrzymać je przed wypłynięciem na powierzchnię w środku nocy. Arthur zbudził się zdyszany i zszokowany ze snu, w którym bez tchu recytował swoją rolę w duecie z Eamesem, rozłożony na jego kolanach na dobrze znanym mu fotelu kierowcy z szeroko rozwartym udami i rękami zaciśniętymi kurczowo na jego ramionach. Zajęczał cicho, czując, jak strugi spermy znaczą mu na brzuch i strzelają dalej, w ciemność.

+++

Nocne przeżycia złagodziły nieco furię Arthura, tak więc następnego dnia pojawił się w szkole w nastroju nie chmury, ale zaledwie chmurki burzowej. Rozwiązywał zadania, odzywał się, gdy go o to poproszono, a nawet śmiał się i żartował z Ariadne, która skarżyła się żałośnie na swój los osoby niewidzialnej dla obiektu jej westchnień. Ale dopiero w chwili, kiedy prawdziwy Eames stanął w drzwiach klasy, Arthur był w stanie otrząsnąć się z sennego obrazu nauczyciela, z uśmiechem słuchającego jego szeptów, pochylonego nad nim tak nisko, że Arthur mógł niemal skosztować jego smaku…
Przez całą lekcję siedział wyprostowany jak trzcina, pilny i skupiony niemal do granicy bólu. Wszystko, co nie było wypisanymi na tablicy słowami, przepędził na dno umysłu i wpatrywał się we własne notatki tak intensywnie, że ich obraz wyrył mu się na siatkówce.
Kiedy nadszedł czas próby, Arthurowi prawie kręciło się w głowie z napięcia i wysiłku. Był tak spragniony kofeiny, że na serio rozważał wizytę w świątyni szatana — może udałoby się jakoś przekupić Ariadne?
Próba poszła jego zdaniem całkiem dobrze. Uśmiechał się z zadowoleniem pod nosem, podczas gdy nauczyciel wyżywał się na kilku osobach z obsady, które wciąż nie radziły sobie ze swoimi rolami bez skryptów. Eames posunął się nawet do tego stopnia, że kazał im wzorować się na Arthurze, mimo pokaźnej objętości tekstu znającym go na pamięć, a kiedy ktoś wychrząkał „robot”, odpowiedział prawdziwie śmiertelnym spojrzeniem. Wyróżnienie poruszyło Arthurem, ale że czuł na sobie ironiczny, rozbawiony wzrok Ariadne, odłożył rozkoszowanie się tą chwilą na później.
Przedyskutowali plany na następne miesiące. Kostiumy i scenografia okazały się nagle sprawami niecierpiącymi zwłoki. Arthur widział już oczami wyobraźni straszliwe słowo RAJTUZY świecące niczym światło alarmowe nad głowami większości aktorów, kiedy Eames, jak przystało na prawdziwego pana i zbawcę, ogłosił wszem i wobec, że pójdą śladem najnowszego projektu Royal Shakespeare Company i pozostaną przy strojach współczesnych.
Wybuchły wiwaty, nie tylko ze strony obsady, ale i uczniów odpowiedzialnych za pomoc w przygotowaniu kostiumów — w końcu marszczenie metrów materiału w kryzy i szycie kaftanów z epoki miało bardzo mało wspólnego z przyjemnością.
Było to stosunkowo krótkie spotkanie, wypełnione raczej przydzielaniem zadań niż recytacją ról i wkrótce wszyscy rozgadali się na tematy związane z przedstawieniem lub też nie. Ariadne urwała się wcześniej w nadziei, że uda jej się jeszcze zdążyć na końcówkę zebrania klubu chemicznego, oczywiście wyłącznie ze względów artystycznych, ponieważ nic nie przyczynia się do utrwalania emocji na fotografiach tak bardzo jak dziesiątki zdjęć nieświadomego niczego jajogłowego geniusza w wielkich ochronnych goglach, wywołującego jedną eksplozję za drugą. Zapewne specjalnie, by ściągnąć na siebie uwagę.
Po próbie Arthur ruszył wolno w stronę drzwi. Zerknął do tyłu z pozorem swobodnej neutralności, przypuszczając, że ujrzy wciąż grzebiącego w swojej torbie Eamesa, gdy nagle rzeczona torba uderzyła go w biodro, a sam Eames zrównał z nim krok.
— Idziesz do domu? — zapytał nauczyciel uprzejmie. Arthur skinął głową bez słowa i zaczerwienił się w obawie, że omal nie został przyłapany na rzucanych ukradkiem spojrzeniach. — Aha, w porządku. W takim razie chodźmy.
Brwi Arthura złożyły się w zdumioną harmonijkę, jak zwykła nazywać to Ari.
— Słucham, panie profesorze?
Eames zatrzymał się w pół kroku i odpowiedział również ruchem brwi, w jego przypadku z rozbawieniem uniesionej w łuk.
— Jadę w twoją stronę, więc równie dobrze mogę cię podwieźć. Czy do tej pory moje słowa są zrozumiałe, Arthurze?
Powoli pokiwał głową. Eames odwdzięczył się promienną miną.
— Świetnie — odparł nazbyt jowialnym tonem i położywszy niespodziewanie Arthurowi rękę na ramieniu, poprowadził go w kierunku parkingu. — W ten sposób unikniesz wystawania na zimnie i ponownej choroby, a ja uzyskam pewność, że nie wybierzesz się na bieżnię tylko po to, by udowodnić mi, że nie jestem kimś, komu ktoś może rozkazywać. Obaj zaś zafundujemy sobie po kubku gorącej kawy.
Arthur stał z opadłą z oburzenia szczęką, przygotowując się do wygłoszenia tyrady na temat nieznośnie protekcjonalnego tonu Eamesa, ale zanim najmniejsza kropla jadu zdążyła spłynąć mu na język, umysł przyssał się do ostatniego, ociekającego słodyczą słowa, które wyfrunęło z ust nauczyciela.
Kawy? — powtórzył drżącym, pełnym nadziei głosem.
Eames potrząsnął głową z udawanym przygnębieniem.
— Och, skarbie, najpierw papierosy, a teraz uzależnienie od kawy? Ludzie jak nic pomyślą sobie, że sprowadziłem cię na złą drogę.
Arthur prychnął pogardliwie.
— Tak naprawdę oba te paskudne nałogi można przypisać wpływowi mojego sąsiada z dzieciństwa, Danny’emu Madisonowi, więc wypada pa… wypadasz z kręgu podejrzanych. A teraz poproszę o mniej wygłupów, a więcej kawy. — Przyspieszył kroku i ponaglił niecierpliwym gestem zaśmiewającego się Eamesa. Cały czas odwracał przy tym twarz lekko w bok, żeby ukryć wymalowany na niej zachwyt oraz szczęśliwy błysk w oku.
Jego pierwszy skarb od dwóch długich tygodni. Chyba opłacało się czekać.
Niecałe dwadzieścia minut później Arthur, z kubkiem kawy w ręku, wydawał z siebie dźwięki uderzająco podobne do tych, które wyrwały mu się z gardła mniej więcej piętnaście godzin wcześniej, po przebudzeniu z bardzo mokrego snu.
— Kurwa, ależ to dobre — jęknął, rozkoszując się pierwszym łykiem z cudownie ciepłego, wetkniętego jeden w drugi kubka, który przytrzymywał w splecionych palcach. Usiłował zapanować nad rumieńcem, kiedy Eames omal nie zakrztusił się swoją kawą, śmiejąc się aż do łez.
— Arthur, błagam — wychrypiał i spróbował odchrząknąć. — Ten samochód jest miejscem dozwolonym od lat dwunastu. Jeżeli twoje zachowanie zacznie zmierzać w stronę pornografii, zawiozę cię do motelu, żebyś mógł być ze swoją kawą sam na sam.
Arthur poczułby się zażenowany, ale sposób, w jaki Eames wymówił słowo „pornografia”, sprawił tylko, że rozsiadł się wygodniej w swoim fotelu, zadowolony i nasycony kofeiną, posyłając nauczycielowi pełen satysfakcji uśmiech.
— Przepraszam — wymruczał prawie jak kot. — Ale od wieków nie miałem w ustach kawy od „Tony’ego”. Ta kawiarnia leży zbyt daleko od mojej trasy do szkoły i nigdy nie udaje mi się tam zajrzeć przed lekcjami. Przystanek też wypada tak bezsensownie, że nawet gdy jadę autobusem, nie opłaca się nadkładać drogi. Tak więc to — uniósł kubek i spojrzał na niego z czułością — jest warte o wiele więcej niż jednorazowe sam na sam. Do diabła, mógłbym się ożenić z tą kawą.
Eames uśmiechnął się błogo.
— Jestem pewien, że bylibyście ze sobą szczęśliwi. — Poruszył znacząco brwiami. — Poza tym, jeśli utrzymanie właściwego poziomu kofeiny w organizmie zapobiegnie wybuchom za każdym razem, gdy tylko nadepnę na twój odcisk obsesyjnej kontroli, poprę wasz związek całym sercem.
Arthur spróbował spiorunować go wzrokiem, ale zakończyło się na tym, że musiał upić kolejny łyk kawy, by ukryć uśmiech.
— Z kolei ja jestem pewien, że w tym momencie kazałbym ci pocałować mnie w tyłek, i to długo i namiętnie, gdybym nie miał… właściwego poziomu kofeiny w organizmie. Drogi panie profesorze.
Przez dłuższą chwilę radował się widokiem opadłej szczęki Eamesa, zwycięsko odpierając rumieniec, który bez wątpienia towarzyszył szalonemu uderzeniu krwi z podbrzusza do głowy. Z wygiętą nonszalancko brwią i kącikiem ust skierowanym ku górze skanował swoje wnętrze w poszukiwaniu uczucia zażenowania, by na koniec z zachwytem stwierdzić, że zaginęło gdzieś na polu boju.
— Posunąłem się za daleko? — wyszczerzył się szeroko.
Eames prychnął.
— Och, ja ci jeszcze pokażę, bezczelny smarkaczu. Następnym razem dostaniesz bezkofeinową. Poczekaj tylko.
Arthur uśmiechnął się promiennie za pokrywką kubka.
— Następnym razem? Czyżbyś miał długofalowe plany odwodzenia mnie od biegania za pomocą kawy?
— Weź ty się lepiej zamknij i pij tego swojego szatana, nieznośny bęcwale, bo inaczej nastawię radio na stację nadającą operę, jasne?
— Lubię operę.
— Ja chyba z tobą zwariuję, Arthur.


Koniec rozdziału trzeciego


1 Brytyjskie święto znane również jako Noc Ognisk (Bonfire Night), którego tradycyjnym elementem są pokazy sztucznych ogni
2 Fragment piosenki American Pie, tłumaczenie własne
3 Gatunek słodkich ziemniaków
Ostatnio edytowano 6 lut 2013, o 10:41 przez Donnie, łącznie edytowano 1 raz
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Postprzez Havoc » 5 lut 2013, o 21:34

Już kilkakrotnie to pisałam, ale trudno, powtórzę się: nie jestem fanką Incepcji (uważam, że ten film miał potencjał, ale nie wykorzystano go należycie), za to Peta kocham. Dlatego też dołączam do grona wszystkich dziewczyn, którym na hasło "tłumaczenie" zaświeciły się oczy. Jest to jeden z tekstów, który sprawia, że całkowicie wczuwa się w przedstawiane przez autora sytuacje, choćby były dalekie od tych, które spotkały czytelników w ich życiu. Przeżywam razem z Arthurem wszystko, czego doświadcza, i to jest po prostu piękne.
Spoiler: pokaż
(Mam tylko nadzieję, że jakoś zniosę jego smutek. Czytanie o nim po angielsku mocno bolało, a co dopiero będzie, gdy zobaczę te rozdziały po polsku).

Tak więc dziękuję pięknie za poświęcony czas i czekam na dalsze części.

PS Nigdy nie zwróciłam uwagi na to, że Tom ma tak potwornie krzywe zęby. o.O (W sumie mnie to nie dziwi, bo jest kompletnie nie w moim typie).
Obrazek
Havoc Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 308
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 09:18

Postprzez Morrigan » 7 lut 2013, o 22:45

Jestem zbyt leniwa by napisać jakiś długi i elokwentny komentarz. Po prosu chcę zostawić mój ślad żebyście wiedziały że śledzę wasze tłumaczenie i jestem jego wielką fanką. Artur jest moim ulubieńcem, jego monologi wewnętrzne są wspaniałe. Mogłabym je czytać bez końca. :D Nie będę się rozpisywać, życzę dużo, dużo weny i z niecierpliwością czekam na następne rozdziały.


"Poszedłem do lasu, wybrałem bowiem życie z umiarem. Chcę żyć pełnią życia, chcę wyssać wszystkie soki życia. Żeby zgromić wszystko to, co życiem nie jest. Żeby nie odkryć tuż przed śmiercią, że nie umiałem żyć."

Stowarzyszenie umarłych poetów
Morrigan Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 192
Dołączył(a): 7 maja 2012, o 21:46

Następna strona

Powrót do Twórczość wszelaka

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość