[Z] W górę, ścieżką ożywieńców

FF Sala samobójców, Dominik/Aleks

Postprzez Ptasiek » 16 paź 2011, o 11:35

Nadal mi się podoba, choć próbowałaś mnie przekonać, że drugą część zepsułaś. :D Znów pojawiły się świetne zdania i metafory, a od niektórych prostych spostrzeżeń aż ciarki mnie przechodziły, jak choćby tu:
Donnie napisał(a):Patrzę im w oczy, a oni w bok lub przeze mnie. Jakbym był przezroczysty. Może naprawdę już nie istnieję. Zabili mnie w sieci, a skoro tam już nie żyję, to i tutaj jestem dla nich martwy.

Uch.

Ukłuła mnie w tej części tylko jedna rzecz: decyzja o samobójstwie przyszła Dominikowi zbyt łatwo i za szybko.
W filmie do tego kroku dojrzewał dłuższy czas, pławiąc się w atmosferze sprzyjającej targnięciu się na siebie, a tu mamy szybki impuls, który jakoś mi do tego chłopaka nie pasuje. Dominik jest osobą mającą do siebie i świata spory dystans, więc nawet pod dużą presją szukałby jakiegoś rozwiązania - dokładnie tak, jak zrobił to w filmie. Wydaje mi się, że szukałby jakiejkolwiek drogi ucieczki, jakiegoś punktu oparcia. Decyzji o samobójstwie nie podejmuje się ot tak, zwłaszcza gdy ma się charakter, którego przecież Dominikowi odmówić nie można.
Problem w tym, że nie znam dalszego ciągu, więc nie wiem, jak to w końcu rozegrałaś. Może właśnie się mylę i zgrabnie z tego wybrnęłaś. :D

Tak czy inaczej - podoba mi się bardzo.

Co do strony technicznej - może warto przemyśleć słowo "interferować"? Dominik jest inteligentny i oczytany, ale jaki człowiek - szczególnie młody i napalony - używa słowa "interferować" w kontekście sytuacji seksualnej?
Wtorek jest identycznym pasemem szczęścia.

Donnie napisał(a):— Dobrze wiem, jaki jest plan dnia i ja pierdolę ten twoj plan dnia, bo ja znam plan dnia na pamięć, rozumiesz? — syczę. — Ty masz tutaj być i masz na mnie czekać, bo na mnie się czeka i ze mna się jest,

Donnie napisał(a):i dobrze spełnianego obwiązku.

Gdzieś tam mignęły mi też źle zamknięte tagi.

Naprawione :D
A.

To chyba wszystko. :D
Dziękuję, pozdrawiam i czekam na ostatnią część.
Ptasiek Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 115
Dołączył(a): 4 gru 2011, o 14:33

Postprzez Sette » 16 paź 2011, o 13:28

Liberi napisał(a):Ukłuła mnie w tej części tylko jedna rzecz: decyzja o samobójstwie przyszła Dominikowi zbyt łatwo i za szybko.
W filmie do tego kroku dojrzewał dłuższy czas, pławiąc się w atmosferze sprzyjającej targnięciu się na siebie, a tu mamy szybki impuls, który jakoś mi do tego chłopaka nie pasuje. Dominik jest osobą mającą do siebie i świata spory dystans, więc nawet pod dużą presją szukałby jakiegoś rozwiązania - dokładnie tak, jak zrobił to w filmie. Wydaje mi się, że szukałby jakiejkolwiek drogi ucieczki, jakiegoś punktu oparcia. Decyzji o samobójstwie nie podejmuje się ot tak, zwłaszcza gdy ma się charakter, którego przecież Dominikowi odmówić nie można.

Powiedziałabym, że ostatecznie w filmie decyzja również była wynikiem impulsu
Spoiler: pokaż
skoro dokonała się w połowie wywalania tabletek do kibla, chyba że coś przegapiłam o 4 nad ranem
. Powiedziałabym też, że nastolatkowi zarówno "świadomy" krok samobójczy, jak i inne decyzje niebezpieczne dla życia (ryzykowne zachowania o doskonale wiadomych potencjalnych skutkach) przychodzą łatwo albo powstają pod wpływem chwili. Trudno to zrozumieć, ale tak jest. Najprzykrzejsze, jeśli ten czy inny autodestrukcyjny akt okaże się skuteczny i rodzice dzieciaka zostają z pytaniem "dlaczego?" - na które często po prostu nie ma odpowiedzi. Jeśli dzieciak przeżył, na pytanie: "Dlaczego to zrobiłeś?", odpowie: "Nie wiem" - i często jest to prawda. Młodość bywa chorobą sama w sobie. Nie twierdzę, że to norma - pewnie większość nastolatków ma zdrowy instynkt życia ewentualnie wyrobione mechanizmy obrony/wyparcia wobec bezsensu egzystencji :) - ale bywa. A jak jeszcze dołożyć do tego rozmaite mody i sub/quasi-kultury...
Myślę też, że to, co piszesz, Liberi, o dystansie, to cecha bardziej narracji Donnie niż charakteru Dominika.
Sette Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 267
Dołączył(a): 28 wrz 2011, o 22:37
Lokalizacja: Na pulchnej różowej chmurce

Postprzez nataliiee » 16 paź 2011, o 15:37

Zastanawia mnie jak masz zamiar skończyć tę historię w jednym rozdziale... Niby ta część skończyła się na skrajnej beznadziei... Ale! Mamy jeszcze reakcje Aleksa :lol2: Pewnie teraz żałuje, że zrobił taki numer, bo tak naprawdę kocha Dominika tylko nie był pewny czy on jego też. Ale z drugiej strony nie zrobiłby czegoś takiego po judo *myśli*
Aleks to skończony dupek!
Ja tam wierzę w zachowanie Dominika. W filmie był zafascynowany tym co ta dziewczyna z filmiku ze sobą robiła, Tutaj uważa, że przegięła. Dla Dominika z SS myśl o samobójstwie była takim kołem ratunkowym, czymś do czego dążył, ale w gruncie rzeczy nie chciał. Tutaj zrobił to szybko, pod wpływem impulsu, nie widział sensu w dalszym życiu itd. Jak dla mnie to jest dosyć prawdopodobne :D. Chociaż idiotyczne. Helloł, zawsze można się przenieść do innej szkoły :oczy:
O, zgadzam się z Sette :D
W sumie to jest beznadziejnym samobójcą. Zapaskudził dom, w którym jest ta cała Nadia, która zaraz przyleci sprawdzić czemu demoluje swój pokój.
Rozdział mi się podobał, chociaż był bardzo, hm... Niespokojny? Taa, coś w tym stylu. Dominik się miotał i rzucał. Czytało się wspaniale :)
Pozdrawiam!
Nienawidzę komentować...
nataliiee Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 1626
Dołączył(a): 1 sty 2011, o 19:02
Lokalizacja: Kraków

Postprzez Aevenien » 21 paź 2011, o 22:05

Osobiście część druga podoba mi się najmniej, ale absolutnie nie dlatego, że jest gorzej napisana czy coś, tylko tam jest tak smutno i w ogóle. Jak Dominik ma wewnętrzne emo, to ja mam taki wewnętrzny optymizm, siedzi mi w głowie i też gada. No i mówił, że tam za smutno było i że on chce happy end!
Bardzo mi się podobało wplecenie tych piosenek i tytułów, świetny efekt! Klimat dalej niesamowity, Dominik świetny. Budujesz całość tak płynnie, że film jest już tylko mglistym wspomnieniem, jakimś wstępem, w którym przedstawiono nam bohaterów i nic więcej. U Ciebie jest cała treść, cała fabuła i cała psychologia postaci. Naprawdę, pięknie Ci to wychodzi.

Kilka zdań, które wyjątkowo mi się spodobało, naprawdę musiałam się powstrzymywać przed cytowaniem wszystkiego!
Wtorek jest identycznym pasmem szczęścia.

Niby takie zwyczajne, ale coś w nim jest :)
Nie dorównuję Aleksowi technicznie, śle mnie na matę raz, drugi, trzeci. Przestaję się uśmiechać, gdy przy ostatnim upadku ostro rąbię potylicą o materac.

Biedny Dominik xD
To tylko kalendarz ich zdublował, nie są w domu wcześnie, tylko po prostu bardzo późno.

O, to mój styl, pewnie też tak będę wracać...
Ja mu tam, przed tymi schodami, praktycznie wyznałem miłość.

Jedno z moich ulubionych zdań w ogóle!

Weny na pisanie o naszych chłopcach!
Aev
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6212
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Donnie » 21 paź 2011, o 23:16

Bardzo dziękuję za uwagę, czas i komentarze.

A oto ostatnia część, której końcówka jest, hmm, dość tendencyjna. Ale tak się złożyło, że gdy pisałam ją parę ładnych tygodni temu, Liberi zalinkowała akurat na Niekontrolowanych — może pierwszy, ale zapewne nie ostatni raz, niestety — artykuł o kwitnącej w Polsce homofobii i poczułam nieodpartą chęć wywalenia języka. Może to trochę à la niesforny dzieciak, ale wcale się tego nie wstydzę. I niech tak pozostanie, nasi bohaterowie tylko na tym skorzystają :)

Aevenien należą się podziękowania za bystre betunkowe oko, nieustraszone nawet nadmiarem prawa cywilnego :P

Jak zwykle życzę miłego odbioru!




Część trzecia


9

Ładnie tu mam, nie powiem.
Szerokie, dwuskrzydłowe okno. Za oknem las, zielony, iglasty i pachnący nawet o tej porze roku. Firanki i ściany w optymistycznych pastelach. Bielutka, miękka pościel. Telewizor plazmowy na ścianie, Xbox i książki na stoliku nocnym. Zero netu i telefonu, na własne życzenie. Fachowy personel. Lekkostrawna i bogata w żelazo dieta, urozmaicona niezłymi dopalaczami. A raczej odpalaczami. Najczęściej czuję zimne odrętwienie, podbite odrobiną pustej wesołości.
Leżę w prywatnej, jednoosobowej, luksusowej sali samobójców.
Niedoszłych.
Jak widać, żyję. Jeśli znajomość lektur zawiodła, to przypadkowo. Zrobiłem wszystko jak trzeba, rozpłatałem sobie oba przedramiona od łokci po nadgarstki, bardzo głęboko, strasznie marudzili, jak składali mi je do kupy. Poziomo przeciąłem wprawdzie tylko przegub lewej dłoni, ale i bez tego było dosyć, żeby się wykrwawić. Mimo tego żyję. Żyję, bo Nadii przepalił się bezpiecznik.
Tamtego dnia wpadła w panikę, gdy zobaczyła pistolet, który rzuciłem na ziemię. Pobiegła za mną na górę, słyszała, jak wrzeszczę i szaleję. Stukała i pukała, szarpała nawet za klamkę, co normalnie stanowi absolutne tabu. Gdy muzyka ucichła, dźwięk rozbijanego szkła był aż za dobrze słyszalny. A kiedy doszedł do tego huk spadających z regału książek, poniosło ją kompletnie. Pewnie myślała, że moi starzy ją zwolnią, unieważnią zezwolenie na pobyt i każą wracać na Ukrainę, jeśli bez żadnej interwencji pozwoli mi zdemolować pokój. Nadia to kawał baby, jest dwa razy szersza niż ja, prawie tak samo wysoka i ma krzepę jak ruska lokomotywa. No i panika dodała jej sił. Wyważyła drzwi, narobiła pisku i rabanu, wezwała pogotowie, a w międzyczasie zatamowała krwotok prześcieradłem. Dzięki błogosławionej nieprzytomności, w której się znajdowałem, nie pamiętam żadnego z tych wydarzeń.
Teraz Nadia odpoczywa sobie po szoku w jakimś SPA w Karkonoszach. Moi starzy mają gest, potrafią się odwdzięczyć za uratowanie życia ukochanego jedynaka.
Grzecznie łykam tabletki i dłubię widelcem w befsztykach i buraczkach. Słucham pana Darka. Patrzę w ekran telewizora. Śpię, dużo i długo. Wyglądam przez okno i wdycham las. Przewracam strony książek. Myślenie o świecie na zewnątrz nie boli. On tam sobie po prostu jest, kręci się i skreśla dni w kalendarzu razem z Lubomirskim, ale obaj istnieją tylko obok mnie. Nie przecinają się ze mną w żadnym pukcie, jesteśmy jak ciągnące się w nieskończoność idealnie równoległe linie proste. Jest mi z tym dobrze, mogłoby tak zostać na zawsze. Tutaj żaden z nich mnie nie dosięgnie. W mojej sali jestem absolutnie bezpieczny. Wspaniałe, cudotwórcze prochy.
Gdyby nie matka i jej codzienne wizyty wraz z nieodłącznym przypomnieniem, jaki mamy dzień i ile zostało do matury, straciłbym rachubę czasu. Do matury. Ta kobieta nie wie, w jakim matriksie żyje. Przychodzi tylko wczesnym popołudniem, o w miarę stałej porze. Wzdycha, patrzy na mnie, pyta, czy już mi lepiej i zaczyna nadawać. Że jest tu świetny psychiatra, pan Darek. Tak, wiem, znam już pana Darka. Jestem pewien, że to właśnie on zakazał jej pytać mnie wprost, dlaczego chciałem się zabić. Wiem już też, że będzie mnie prowadził przez dłuższy czas, gdy stąd wyjdę i wrócę do szkoły. Wrócę do szkoły. To najbardziej abstrakcyjne zdanie, jakie kiedykolwiek słyszałem. Jedna rzecz ciągle umyka jej uwadze: pan Darek uważa, że potrzeba mi czasu. Dużo, dużo czasu. A ona woli mówić o szczęściu w nieszczęściu, ponieważ nie stracę zbyt wiele materiału ze względu na ferie. Widzisz, mamusiu, jakiego masz kooperatywnego synka? Nawet dramatyczną próbę samobójczą zaplanował tak, żeby dojść do siebie w czasie wolnym od lekcji. Każdą jej wizytę zakłóca brzęczyk telefonu, reaguje na niego zawsze, idealny pies Pawłowa. Schudła, więc założę się, że zalicza mnie w ramach przerwy obiadowej. Odhacza jako jeden z punktów w planie dnia. Nie przejmuję się tym. A obiady niech sobie spokojnie dalej dla mnie poświęca. W jej branży za size zero z automatu dostaje się plus dwadzieścia punktów.
Raz przerywam jej w pół słowa.
— Jestem gejem, mamo. Gejem, który oszalał na punkcie kolegi z klasy i nie dał sobie z tym rady.
Mówię to zupełnie spokojnie, żeby zrozumiała, że to nie żadna zgrywa w stylu popiersie bis, ale fakt. Przez chwilę patrzy na mnie w milczeniu, a potem przenosi wzrok na moje zabandażowane ręce.
— Przede wszystkim jesteś moim dzieckiem.
Ojciec też czasem się pojawia. Przychodzi, siada, patrzy na swoje dłonie, mało się odzywa. Równoważy słowotok matki. Raz wspomniał coś o rozwodzie. Ostrożnie, żeby mnie nie zdenerwować. Tato, mnie na razie nic nie zdenerwuje, prochy, które tu dają, są naprawdę pierwszorzędne. Niech się rozwodzą, to ich życie. Inaczej będzie z nimi jak w tym starym dowcipie. Dziewięćdziesięcioletni mąż patrzy na swoją dziewięćdziesięcioletnią żonę i mówi: „Dobra, dzieci wreszcie umarły, możemy się spokojnie rozwieść”.
Wnerwiam personel. Siostra Łęcka gdacze mi nad głową, że powinienem jeść i nie wchodzić z kapciami na kołdrę. Że nie wolno mi drapać się pod bandażem, bo będą guzowate postronki, a nie gładziutkie blizny. I że powinienem zacząć wpuszczać do siebie gości, bo mi to dobrze zrobi, ona ma już doświadczenie i rozpoznaje typy samobójców na pierwszy rzut oka. Nie rzucam w nią wspomnianym kapciem. Prochy są na serio dobre.
Emo siedzi cicho. Nie dlatego, że kneblują je osiągnięcia farmaceutyki. Po prostu się przeżarło i trawi w spokoju. Podcięte żyły nie chodzą ulicą na piechotę.
Po kilku dniach prochów zaczyna być coraz mniej. Pojawia się czucie. Razem z nim piekący chłód lęku w mojej głowie. A niedługo potem wraca nienawiść.
Nienawidzę przypominania o szkole i maturze. Nienawidzę zmuszania mnie do jedzenia. Nienawidzę wykwalifikowanego spokoju pana Darka i głosu rozsądku, który chce we mnie obudzić. Nienawidzę świadomości, że już niedługo drogi moje i świata się ze sobą przetną. Nienawidzę ludzi, tego, co mi zrobili i co zrobiłem sobie sam.
Najbardziej jednak nienawidzę, że jedynymi myślami, od których potrafi mi się jeszcze zrobić ciepło, są te o Aleksie. Nienawidzę, że się nimi usypiam, kończąc zawsze skurczem w prawym nadgarstku, tym, którego nie zdążyłem sobie rozharatać cięciem w poprzek. Nienawidzę, że nawet tej krótkiej rozkoszy nie mogę dać sobie porządnie, że mrowieją i drętwieją mi przy tym palce, że boli mnie ręka. Nienawidzę się za to, że Aleks mógłby mnie odpychać, kopać i ośmieszać, a ja nadal bym za nim tęsknił i błagał, żeby zrobił ze mną dokładnie to samo, co te cholerne, fejsbukowe pacynki.
Marzę o tym.
Szczerze mówiąc, są to moje jedyne, marne bo marne, ale jednak marzenia.


10

Siostra Łęcka zatrzymuje się w progu i patrzy na mnie w skupieniu, jakby zastanawiała się, po co tu w ogóle przyszła. Zdejmuję słuchawki z uszu i nogi z pościeli. Wiem, że nie lubi, jak leżę na łóżku w ubraniu. Od tego mam fotel pod oknem, o czym mi nieustannie przypomina. Patrzę na nią pytająco.
— Ma pan gościa, panie Santorski. — Marszczę brwi. Ona dobrze wie, co sądzę o wizytach innych niż moich rodziców. Nie potrzebuję żadnego wymuszonego szkolnego poselstwa z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia. Jak nic to jakaś oddelegowana laska z klasy albo Centka, ona mnie lubi, dla mnie nawet w ferie spełniłaby pedagogiczny obowiązek. — Wychodzi pan stąd za cztery dni. Najwyższy czas zacząć oswajać się z tym, co pana czeka na zewnątrz.
Waham się lekko. Może spróbować, w ramach eksperymentu? Jakoś to przecierpię, w moim krwiobiegu ciągle krąży jeszcze trochę wspomagaczy.
— Dobrze, niech wejdzie.
Siostra Łęcka otwiera drzwi szerzej, cofa się i robi miejsce dla gościa. Podnoszę się z łóżka, stoję z założonymi rękami, patrzę i czekam.
Lubomirski wchodzi do pokoju i cicho zamyka za sobą drzwi. Odwraca się do mnie.
Drętwieję z szoku i zdenerwowania. Ramiona, którymi się obejmuję, zaczynają dygotać. Po chwili już cały trzęsę się niekontrolowanie. W głowie mam kompletną pustkę, zaprawioną rodzącą się paniką. Nie mogę odwrócić od niego wzroku, jestem jak zahipnotyzowany.
Ale to nie ze mną jest gorzej.
Lubomirskim telepie jeszcze mocniej niż mną. Nie wie, co zrobić z rękami, przestępuje z nogi na nogę, oblizuje wargi, ucieka spojrzeniem w bok. Jak wtedy, w szkole, gdy dopingowany ciężarem pistoletu otwarcie patrzyłem mu w oczy, a on nie wytrzymywał napięcia. Nagle czuję, że choć nie mam już broni, nadal to potrafię. Ogarnia mnie spokój moralnej przewagi. Patrzę na niego dalej, ale już dużo chłodniej i z własnej woli. Na jego skroni dostrzegam wielkiego siniaka, który ciągnie się aż po szczyt kości policzkowej. Odchrząkuję.
— Ktoś dał ci za mnie w mordę?
Aleks zdaje się mieć problem z zaklasyfikowaniem pytania, bo odpowiada dopiero po dłuższej chwili.
— Nie — mówi i też chrząka. — Nie, to tylko mała stłuczka na desce. Mam ostatnio trudności… z koncentracją.
— Czego tu chcesz? — przerywam mu ostro.
Otwiera usta, zamyka je, przełyka ślinę. Czuję się coraz lepiej.
— Chciałem… Nie mogę… — zaczyna i wraca do początku, jąka się. — Ciągle myślę o… Nie mogę spać, bo…
— I czego się po mnie spodziewasz? Że zaśpiewam ci kołysankę?
Jego zapadłe policzki wybuchają rumieńcem. Skręca się pod moim spojrzeniem, zwija się pod drwiną jak robak pod butem. Męcz się, dobrze ci tak, mnie też bolało.
— Myślałem, że zrobiłeś… że mogłeś zrobić to przeze mnie i… chciałem ci wytłumaczyć, że… może… coś źle zrozumiałeś.
Urywa i wzdycha, ociera fioletowe czoło. Dalej, ty cholerny skurwielu, posłuchajmy, co masz mi do powiedzenia.
— Coś źle zrozumiałem? A tak, precyzując, to co i w którym dokładnie momencie?
— Wtedy, na judo…
— Wtedy, na judo, nie było nic, co można źle zrozumieć.
— To nie… Czekaj, to wszystko nie tak, ty wciąż coś przekręcasz. Ty… ja… ja już zawsze… — Zaczyna się wkurzać i podnosi głos. — To było jak szok, nie wiedziałem wtedy przecież, że ty… że dla ciebie to może być… więcej niż wygłup. Nie byłem pewien, wydawało mi się, że ci… stanął, a ja… nie mogłem przestać. A potem to... to ci się stało i wtedy nagle… dopiero wtedy dotarło do mnie, że ty może się wcale nie bawisz. — Przestaje się jąkać, mówi coraz szybciej, gestykuluje. — Że bierzesz to na serio, że ci jakoś zależy, ale wtedy ty…
— Ja? Wtedy ja? — przerywam mu głośno. — A kto mnie wyśmiał? Powiedział „Ja pierdolę” takim tonem, że nie miałem żadnej wątpliwości, co jest grane? Co tu można jeszcze źle zrozumieć?
— Zepchnąłeś mnie z siebie i zwiałeś, wystraszyłem się, że …
— Wystraszyłeś się? Biedaczek. Pewnie też ze strachu wywiesiłeś zaraz obwieszczenie na fejsie, co?
— Nie wiedziałem, co zrobisz… Chciałem być szybszy, dobra? Skąd miałem wiedzieć, jak zareagujesz? — Rozpędza się, mówi coraz płynniej, nie daje mi dojść do słowa. — Okej, spuściłeś się pode mną, ale to… jeszcze nic nie znaczy. Do tego wiele nie trzeba, no sam wiesz. A ja cię… cały czas ośmielałem i prowokowałem. — Zaczyna krążyć po pokoju, znów podnosi głos. — Nie miałem pojęcia, co ci naprawdę siedzi w głowie! Nie byłem do końca pewien, czy chcesz tego na poważnie! Miałeś w oczach takie coś… nie wiem… przerażenie? Zaśmiałem się? Powiedziałem „Ja pierdolę?” A co ty byś powiedział w totalnym szoku? Gdybyś się czuł jak rozjechany przez czołg? W sali pełnej ludzi, którzy w każdej sekundzie mogą się skapować, co jest grane? Pobiegłem za tobą, ale w szatni już cię nie było, pod prysznicem też nie… A potem… Nie wiedziałem, co ci strzeli do łba, zrozum, do cholery, wiesz, w jakim świecie żyjemy. Może właśnie sam przymierzałeś się do posłania w sieć czegoś, co mnie zdemaskuje? Bo ja wiem? Że dobieram się do chłopaków pod pozorem walki? Że tańczę z radości na widok czyjejś spermy? — Urywa i patrzy na mnie błyszczącymi oczami. Oddycha szybko. Grzywka opadła mu na czoło, zasłaniając posiniaczoną skroń.
Patrzę na niego z niedowierzaniem, kompletnie oniemiały. Zdemaskuje? Zaraz, zaraz, co on powiedział wcześniej? Jak mogłem puścić to mimo uszu? Nie mogłem przestać? Nie byłem do końca pewien, czy chcesz tego na poważnie? Przełykam ślinę. Pewnego wieczoru, przez bardzo krótki czas, gdy świat miał jeszcze przebłyski w barwach tęczy, miałem nadzieję, że Aleks robi tylko zasłonę dymną, a naprawdę mu na mnie zależy. Zaraz, muszę się upewnić.
— Czekaj… więc ty… też? Chciałeś tego?
Patrzy na mnie jak cielę i mruga gęsto.
— To chyba jasne? — pyta niepewnie.
— Jasne? — powtarzam, bo chyba źle dosłyszałem. — Pewnie, że jasne, jaśniej już chyba nie mogłeś mi tego okazać. A nagonka na fejsie to były zapewne oświadczyny, tak?
Gapi się, jakby ciągle nie rozumiał, o co mi chodzi.
— Przecież oni by nas zjedli — mówi powoli, jakby tłumaczył dziecku totalną oczywistość. — Musiałem to obrócić w zgryw, zrobić z tego jedną wielką farsę, rozumiesz? Gdyby się wydało, nie miałbym w tej klasie już nic do powiedzenia. Chyba wiesz, co tu się robi z takimi jak my? Chciałeś mieć zasprayowaną szafkę w szatni? Hasłami w stylu „Pedały do gazu”? Wyciągać z dupy szpile wbijane na każdym kroku? Miałem nadzieję, że im głośniej pośmieją się na fejsie, tym szybciej temat im się znudzi i dadzą spokój. Zapomną. A wtedy… wtedy mógłbym spróbować…
— Wiesz, też jakiś czas miałem taką nadzieję — wcinam się ostro. — Miałem nadzieję, że naprawdę mnie lubisz, że chcesz tego tak samo jak ja. Że próbujesz tylko odwrócić uwagę, a prawda wygląda zupełnie inaczej. Wiesz, wybaczyłbym ci to. Wybaczyłbym ci to cholerne tchórzostwo. — Aleks unosi głowę, jego wzrok mięknie, coś w nim błyska, może nadzieja, może radość, nie wiem. Głos zaczyna mi drżeć, zbliżam się do terytorium, które teraz wolałbym ominąć w myślach. — Przez kilka minut pięknego, beztroskiego wieczoru żyłem cudowną nadzieją. A potem wszedłem na fejsa. Po jaką pieprzoną cholerę brnąłeś w to dalej? — pytam zimnym szeptem, bo na pełny głos brakuje mi nagle siły. — Nie wystarczyło ci szczucie po judo? Po co dorzucałeś jeszcze ten pierdolony filmik? Masz pojęcie, co ja ci chciałem po tym zrobić? Ja cię chciałem zabić — syczę szeptem przez zaciśnięte zęby. Aleks nie reaguje. Gapi się na mnie z wciąż tą samą miną, która wyraża jednocześnie wzburzenie i poczucie winy. Pewnie myśli, że mówię to tylko w przenośni. Może zresztą ma rację. Zawiodłem wtedy tak, że cały dramatyczny akt z pistoletem nie wygląda teraz na więcej niż jedną wielką, żałosną metaforę.
Milczy jeszcze przez chwilę.
— Nie wiedziałem… — zaczyna w końcu, przerywa, wsuwa i wysuwa ręce z kieszeni, szuka słów i wraca do tych samych. — Nie wiedziałem, że to cię aż tak rąbnie. To miała… miała być taka kropka nad „i”.
Oddech zaczyna drapać mnie w gardle. Wydaje mi się, że to oddech.
— Ty cholerny draniu. — Z mojego szeptu zostało już tylko chrapliwe tchnienie. Zamykam oczy, bo ostrość powracającego wspomnienia przedziera się przez resztkę prochów, którą mnie tu jeszcze karmią. — Kropka nad „i”. Dla mnie to była nie kropka, a kropla. Ostatnia.
Słyszę szelest, odgłos kroków, wyczuwam ruch powietrza gdzieś bardzo, bardzo niedaleko mojej twarzy. Wciąż zaciskam powieki, nie chcę go widzieć, niech sobie idzie i zostawi mnie w spokoju, niech mnie przestanie zadręczać, niech…
Otwieram gwałtownie oczy, gdy łapie mnie za barki. Patrzy na mnie z bliska, pochyla głowę, opiera swoje czoło o moje.
— Dlatego właśnie nie mogę spać — odpowiada niskim półgłosem i popycha mnie lekko w tył. — Dlatego musiałem cię zobaczyć. — Jest ciut niższy ode mnie, ale silniejszy, napiera na mnie dalej, jego czoło mnie parzy. Cofam się przed natarciem, zatrzymuje mnie dopiero ściana za plecami. — Możemy przecież… Ty przecież też… — Odrywa czoło, nagle mam jego usta na szyi i tracę oddech. Słyszę jęk, nie wiem, który to z nas. Próbuję się wyrwać, chce mnie przytrzymać, puszcza barki, przesuwa dłońmi w dół i łapie mnie za przedramiona. Kwiczę z bólu. Aleks cofa się z przerażoną miną, zapomniał, dyszymy sobie przez kilka sekund w twarz. Czuję się jak rzucający palenie nałogowiec, któremu papieros sam wpada do ręki, sam obraca się w palcach, sam wędruje do ust, wsuwa się między wargi, kusi swoim kształtem, dotykiem, zapachem. Jeszcze nie jest za późno, jeszcze nic się nie stało, można go jeszcze odrzucić siłą decyzji ostatniej chwili, ale już zbliża się ogień, przytknięty do czubka płomyk wybucha żarem i tracę rozsądek, zaciągam się Aleksem jak palacz dymem, odrywam głowę od ściany i wychodzę mu naprzeciw otwartymi ustami, które on w pół drogi przechwytuje swoimi.
Usta na ustach, jego kolano wepchnięte między moje uda, ból szalejącego tętna w ranach. Przecież to tchórz i skurwiel, melduje się zapomniane już emo przestraszonym szeptem, co ty wyprawiasz, Dominik, nie wiem, odpowiadam, pomyślę o tym zaraz, bo w tej chwili mózgu już nie ma, została jedna wielka galareta. W dziesięć sekund jestem twardy jak kamień, biodrem czuję, że z Aleksem nie jest inaczej. Znów jego usta i język, skupiam się na nich, ale już łapie mnie za rękę i dociska do swojego krocza. Z wrażenia krztuszę się śliną i powietrzem, nigdy nie dotykałem kutasa innego niż własny. Ściskam go niepewnie przez spodnie, Aleks wydaje gardłowy pomruk i ociera się o mój bok. Nagle odrywa się ode mnie i patrzy, nieruchomieje na chwilę, a potem kładzie mi obie dłonie płasko na piersi i raptem osuwa się w dół, zjeżdża twarzą po brzuchu, spóźnione ręce podążają tą samą trasą. Opada na kolana, opiera palce o brzeg moich dżinsów, wsuwa je pod pasek. Nie nadążam za rejestrowaniem zdarzeń, zatykam się własnym oddechem, coś takiego jak wolna wola to tylko złudzenie. Aleks unosi głowę i patrzy na mnie poważnie i intensywnie, jakby czekał na przyzwolenie. Nie mogę nawet mrugnąć. Wczepia się mocniej w pasek, jego palce suną powoli w stronę rozporka, robią mały manewr. Idzie pierwszy guzik. Na myśl, co się zaraz stanie, omal nie lecę w spodnie. Zamykam oczy, żeby ograniczyć bodźce.
— Nie bój się — słyszę jego niski i ochrypły szept. — Nikt się nie musi dowiedzieć.
Nikt się nie musi dowiedzieć.
Trzeźwieję, zanim mój cierpiący na ostre niedokrwienie mózg zdąży zanalizować sens tych słów. To, co za nimi stoi, jest jak kubeł zimnej wody. Odpycham go gwałtownie, traci równowagę i upada na tyłek. Patrzy na mnie z dołu zaskoczonym wzrokiem, ciężko dyszy, wciąż napalony jak wyposzczony rekrut. Pulsowanie między moimi nogami słabnie, kurczę się z każdą sekundą. Robi mi się zimno w twarz, skóra napina się i sztywnieje, jakbym ją wystawił na mróz. Zaćmienie podniecenia mija, szaleństwo odpływa, reszta prochów pomaga, jak może. Emocje kłębią się gdzieś na boku, za szklaną szybą, coraz dalej ode mnie. Oddech wraca do normy i znów jestem zupełnie spokojny, jakbym tkwił w oku cyklonu. Jak wtedy, gdy pistolet leżał na dnie kieszeni mojej kurtki. Jak na początku tego spotkania. Cudowna iluzja kontroli nad sytuacją. Nabieram głęboko powietrza.
— Nikt się nie musi dowiedzieć? Czyli że co, chcesz zostać cichociemny? I obciągać mi po kryjomu? — Podnosi się powoli z podłogi, robi krok, waha się i zatrzymuje. Wlepia we mnie zszokowane oczy, nic nie rozumie. Już nie dyszy, ale nadal ma na policzkach dwie malinowe plamy. Lewy, ten z siniakiem, lśni pokazową purpurą. — Dla ciebie wszystko może zostać jak jest, bo liczy się tylko to, co czujesz naprawdę? Wiesz, co jest naprawdę? Naprawdę to mnie rzuciłeś hołocie na pożarcie, żeby ratować własną dupę. — Z okiem cyklonu dzieje się powoli coś niedobrego. Okazuje się tylko krótkim przystankiem między podnieceniem a furią. Mój głos jest nadal opanowany i zimny, ale wiem, że jeszcze trochę, a zacznie się rwać. Emo już uniosło łeb i węszy, tylko czekając na okazję, żeby się rozbujać. — Przychodzisz sobie tutaj, żeby uprać zasyfione sumienie, a przy okazji wcisnąć mi fiuta w łapę, ty pierdolony krypotogeju. Sprytnie to sobie wymyśliłeś. Obaj tego chcemy, obaj jesteśmy szczęśliwi. Świat się nie musi dowiadywać. Pewnie, że nie. Wiesz, co mi to mówi? Że gówno dla ciebie znaczę, ja, kurwa, ja, a nie mój chuj, rozumiesz? Że to, co mi zrobiłeś, że mnie doprowadziłeś do tego — wyrzucam gwałtownie przedramiona w górę — było zupełnie usprawiedliwione, że można przejść nad tym do porządku dziennego, co tam jeden ośmieszony Dominik, grunt, jeśli nikt się, kurwa, nie dowie, jak naprawdę jest z tobą!
Kończę, żeby rozpadające się oko cyklonu pomogło mi dogonić oddech, za którym przestałem nadążać.
Stoi i nawet nie próbuje niczego powiedzieć. Wlepia we mnie gały, a jego twarz bez przerwy zmienia wyraz. Jak mimiczny jednoręki bandyta, który nie potrafi zdecydować, na jakiej minie się zatrzymać.
Furia rośnie dalej, zostało mi niewiele czasu, nim zerwie się z wodzy i przejdzie w autentyczny szał. Wiem, co muszę zrobić. Ale niech mam przedtem z tego choć tyle, jeszcze ten jedyny, ostatni raz.
Odrywam się od ściany, robię dwa kroki w jego kierunku. Łapię go za kołnierz i całuję w usta. Mocno i sucho, żeby nie miał wątpliwości, że to pożegnanie.
— Wypierdalaj, Lubomirski — szepczę mu prosto w twarz ostatkiem spokoju. — Spierdalaj stąd w podskokach.
Odwracam się od niego plecami i podchodzę do okna. Zamykam oczy. Przez chwilę słyszę tylko ciszę, potem dźwięk kroków i odgłos otwieranych, a moment później zamykanych drzwi.
Gdy rozlega się szczęk odskakującej klamki, niema furia osiąga stan krytyczny i nagle się załamuje. Atak, na który czekam, nie nadchodzi. Resztka prochów, ostatnia deska ratunku. Stoję przy oknie w opustoszałym pokoju z ramionami zwisającymi bezwładnie wzdłuż ciała. Mrok na zewnątrz gęstnieje. Ogarnia mnie obojętność, tonę w próżni. Wsłuchuję się w siebie. Nie czuję kompletnie nic. Tylko blizny mrowieją i swędzą, mamiąc, że wraz z nimi zagoi się cała reszta.
Ha, ha.


11

— Panie Santorski. — Przez drzwi wsuwa się okryty białym kitelkiem łokieć siostry Łęckiej. — Ja już na pana nerwów nie mam. Nie dość, że wybrzydza pan nad jedzeniem jak primadonna, to jeszcze za pana sprawą okazuje się, że mamy za mało wazonów na oddziale. I to na dzień przed pana wyjściem.
Drzwi otwierają się szerzej i wchodzi przez nie gigantyczny kosz pełen kwiatów, z obu stron oprawiony w białe ramki ramion siostry Łęckiej. Pielęgniarka sapie i postękuje, dotacza się do stołu i stawia na nim ten najdziwniejszy z widoków, jaki przyszło mi tu oglądać. Odkładam The Solitude of Prime Numbers i wstaję z fotela.
— Co to ma być? — pytam, nie mogąc się zdecydować, czy moje zaskoczenie jest przyjemne, czy wręcz przeciwnie.
— Były tu dwie dziewczyny w pana wieku — dyszy siostra Łęcka. — Bardzo ładne, jedna blondynka, druga ciemna. Mówiły, że są z pana klasy. — Aha. Czyli wszystko jasne, wybieram opcję numer dwa. — Nie chciały wejść na górę. Prosiły tylko, żebym nie pozwoliła panu tego wyrzucić. Mam też dopilnować, żeby otworzył pan ten list. — Sięga do kosza między kwiaty i po chwili wymachuje mi przed nosem kopertą. — Coś mi mówi, że dobrze to panu zrobi, jeśli pozna pan jego treść.
Tej kobiecie wiecznie coś mówi, co jest dla mnie dobre. Jakaś mentalna bliźniaczka mojej matki. Widzę, że mi nie odpuści, będzie tu stała jak wmurowana, dopóki nie otworzę tego listu. Ładna blondynka i ładna brunetka. Pewnie Dubois-Kos i Zimmer. Podstępne żmije, słodkimi głosikami świergolące spóźnione, fałszywe życzenia powrotu do zdrowia. Te, których spodziewałem się trzy dni temu i zamiast których zjawił się tu… Stop, nie, ani myśli dalej, nie ma tematu i nigdy nie było. Wzdycham. Wyciągam rękę po kopertę, rozrywam ją i wyjmuję ze środka kartkę. Zaraz ją rozłożę i udam, że czytam, siostra Łęcka sobie pójdzie, a wtedy spokojnie pierdzielnę list do kibla.
Siostra Łęcka wydaje z siebie zadowolone sapnięcie.
— No to niech pan sobie czyta, a ja pójdę pozbierać wazony.
Odbija się tyłkiem od blatu i idzie w kierunku drzwi. W progu ogląda się jeszcze i sprawdza, czy aby na pewno zaglądam do listu. Co za upierdliwa baba. No masz, już patrzę, idź sobie wreszcie.
Przestaję oddychać i serce mi siada. Ale to tylko drobne detale. Najbardziej dręczy mnie chęć natychmiastowego ugryzienia się w dupę. Za to, że drugi raz w tym tygodniu daję się złapać w sidła identycznego schematu. Oraz za to, że w chwili, gdy rozpoznaję jego pismo, nie mogę już przestać czytać.


Hej Dominik.

Chcemy Cię przeprosić.
Zostawiliśmy Ci notki w sieci, ale Twoja mama mówi, że nie masz i nie chcesz mieć tu neta. Więc Karolina wymyśliła te kwiaty.
Nie mam nic na swoją obronę. Ale pozwól mi jeszcze raz wytłumaczyć, jak to ze mną było i jest.
Dwie rzeczy wiedziałem jasno od początku liceum: na jakie chcę iść studia i którą płeć wolę. Tak samo szybko zrozumiałem, że jeśli chcę mieć jakieś życie, to nikt nie może wiedzieć, że kręcą mnie chłopcy. Myślałem, zacisnę zęby i jakoś to przeżyję. To tylko trzy lata, potem matura i fruuu, wyjadę na studia do Berlina i odbiję sobie za cały czas w podziemiu. Nikt się tam nie będzie na mnie krzywo patrzył, bo jestem, jaki jestem. Nie było łatwo, ale jakoś to sobie poukładałem.
I teraz wyobraź sobie, że jesteś na moim miejscu. Dochodzisz ze sobą do ładu w ten sposób, że godzisz się na ukrywanie prawdy. Żyjesz sobie spokojnie, chodzisz do szkoły, masz niezłą pozycję w klasie. Traktują Cię jak lidera. A Ty się do tego przyzwyczajasz i Twoim najważniejszym zadaniem staje się dbanie o to, żeby tak pozostało. Nabierasz takiej wprawy, że nikt się niczego nie domyśla i wszystko jest idealnie aż do dnia, gdy do klasy przychodzi on, a Ty w jakimś wyrąbistym tempie zaczynasz tracić głowę. On, czyli Ty.
Weź sobie spójrz do lustra i się uśmiechnij, tak od serca. Może wtedy zrozumiesz, co ze mną robił Twój uśmiech, jak mnie prowokował dzień w dzień, jak kusił, żebym wyszedł z bezpiecznego ukrycia. Wiesz, jak mnie to wkurzało? Nie było opcji, żebym się temu poddał. Musiałem przeciwdziałać. Nie umiałem nie zwracać na Ciebie uwagi i traktować Cię obojętnie. Pozostała metoda odwrotności. Gdybyś był smarkulą z warkoczykami, to bym Cię za nie ciągnął. Ale że nie jesteś, przykopywałem Ci w inny sposób. Masz pojęcie, co to znaczy zakochać się w facecie, o którym myślisz, że jest hetero…


Zawieszam się i na dłuższą chwilę włącza mi się pętla odtwarzająca w kółko ostatnie słowa. Kręci mi się od nich w głowie, intensywny zapach kwiatów też robi swoje. Emo wietrzy sensację i czeka na więcej, a gdy nic nie nadchodzi, poirytowane wtrąca: wyobraź sobie, że mam i wciska mi we łbie twardy reset. Zaczynam znów oddychać normalnie i wracam do listu.

… zakochać się w facecie, o którym myślisz, że jest hetero, kiedy jesteś pod ciągłą obserwacją? Nie masz innego wyjścia poza pilnowaniem się na każdym kroku. A stąd już niedaleko do paranoi. I potem ta studniówka i przypadkowy wygłup. Nikt tego nie planował, wyszło samo z siebie. Wiesz, jak się poczułem? Taka okazja mogła mi się już drugi raz nie trafić. W ramach zabawy przez chwilę otwarcie wolno mi było być sobą, rozumiesz? I to akurat z Tobą, z chłopakiem, o którym ciągle myślałem. Krótki czas było mi z tym nieziemsko, ale spanikowałem, że zacznę chcieć więcej i stracę wyczucie, gdzie jest granica. Nie wiedziałem, jak to jest z Tobą. Mogłeś to przecież ciągnąć tylko dla fanu, bo akurat w klasie była na to faza. Przestałem sobie dowierzać. Zacząłem wymykać się sobie spod kontroli, a ja muszę mieć zawsze wszystko pod kontrolą, siebie przede wszystkim. Nie mogłem zapytać Cię wprost, jak jest, to było za duże ryzyko. Wzbudziłbym podejrzenia. Mówiąc krótko: zagrażałeś mi. Wybrałem więc obronę przez atak. Zanim Ty zdążyłbyś ośmieszyć mnie, ja ośmieszyłem Ciebie. Mój wielki, decydujący błąd.
Nie mam już nic do stracenia. Ludzie w szkole już wiedzą.
Te kwiaty to nie tylko znak przeprosin, ale też, bo ja wiem, akceptacji? Po bukiecie od każdego z klasy. Wiem, mała pociecha jak na to, do czego Cię doprowadziliśmy. Zwłaszcza od ludzi, którzy zmieniają zdanie, jak im wiatr zawieje. Ale od czegoś musiałem zacząć.
Nie wyoutowałem się przed nimi, żebyś znów zaczął się do mnie odzywać, ale żebyś miał dokąd wrócić. Nikt się nawet dziwnie na Ciebie nie spojrzy, jak znów przyjdziesz do szkoły. Obiecuję Ci to.
Nie wiem, co Ci jeszcze napisać. Nie chcę kończyć totalnym banałem. No to niech zostanie tylko

Alex
(Twój, jeśli zechcesz i kiedy zechcesz)



Pieprzone, w pełni zintegrowane emo. Że ryczę nad listem jak głupi, zauważam dopiero wtedy, gdy litery nie dają się już odczytać, a kartka zamienia w mokry strzęp.
Matka Łęcka od Wazonów wraca, gapi się na mnie zdumiona z rozdziawioną paszczą, ale taktownie nie pyta o nic.


12

Z kliniki wychodzę po równo dwunastu dniach.
Siostra Łęcka nie posiada się z radości. Ale na koniec przytula mnie do swojego wykrochmalonego fartucha i mówi, że biada mi, jeśli mnie tu kiedyś jeszcze na oczy zobaczy i żebym więcej jadł.
W domu wszystko jest tak samo. No, prawie. W pokoju mam nowy dywan, nowe drzwi i świeżą warstwę farby na ścianie. I nową lampkę przy stoliku nocnym, w podobnym stylu, ale już nie tak ładną.
Nadia wraca wypoczęta i jakby trochę szczuplejsza. Bierze mnie w ramiona i nic nie mówi. Też nic nie mówię. Ściskam ją tylko. Chyba mi głupio. Ale nie jestem pewien.
Matka przynosi co kilka dni skserowane szkolne notatki. Nie mam pojęcia, jak do niej trafiają.
Dwa razy w tygodniu odwiedza mnie pan Darek. Rozmawiamy ze sobą przez godzinę. Mówi, że będzie lepiej, jeśli do końca miesiąca posiedzę jeszcze w domu.
Na fejsa wchodzę raz, żeby usunąć konto. Nawet nie zaglądam na swój profil. Tydzień po zakończeniu ferii zaczynam dostawać esemesy. Czasem jeden dziennie, czasem po kilka. Kasuję parę pierwszych, potem się poddaję.

Jak się czujesz?
Myślę o Tobie
Wracaj do nas szybko


Do nas, nie do mnie, hmm. Stop, co mi przychodzi do głowy, nie można „wrócić” tam, gdzie się nigdy nie było.

Myślę o Tobie bez przerwy
Kserujemy Ci wszystkie notatki
Tęsknię za Tobą
Przepraszam, Dominik. Naprawdę naprawdę przepraszam. Wybaczysz mi kiedyś?
Znów myślę o Tobie cały dzień
Wszystkiego najlepszego Dominik.


Po ostatnim esemesie załamuję się i odpowiadam hurtowo na wszystkie.

Odpuść sobie

Odpowiedź przychodzi prawie natychmiast.

Nigdy


13

— Wiesz, że niedługo będziesz musiał to zrobić.
— Matka na pana naciska.
— Dominik, to kolejny etap terapii, który nie ma nic wspólnego z twoją matką, za to wszystko z powrotem do naturalnego środowiska.
— Matka na pana naciska.
— Oczywiście nie musi to nastąpić na zasadzie skoku na głęboką wodę. Może odbywać się stopniowo. Niczego w sobie nie duś. Do niczego się nie zmuszaj. Ale spróbuj. Jeśli zauważysz, że ogarnia cię panika…
— Ona ogarnia mnie już teraz, na samą myśl.
— Czego obawiasz się najbardziej?
— …
— Nie wiesz?
— Siebie.
— A dokładniej?
— Jak na niego… nich zareaguję.
— Precyzyjniej, Dominik, jeśli tego nie nazwiesz, nie będziesz wiedział, jak się z tym zmierzyć.
— Że będę bał się spojrzeć mu… im w oczy. Wiem, powinno być odwrotnie. Że…
— Tak? Mów, mów, nie krępuj się, po to tu jestem.
— Że nie będę umiał zapanować nad złością na nich. Że odbiorą to jako moją słabość. I że znienawidzę się do końca za to, że ciągle się nim… nimi przejmuję. Że nie będę dla nich normalny, że zamkną mnie w jakimś kokonie, no nie wiem, poprawności politycznej, bo trochę im głupio, a trochę nie wypada, skoro już mam te blizny na rękach. Że na zawsze pozostanę dla nich inny.
— Mówiłeś mi kiedyś, że nie obchodzi cię, co myślą o twojej orientacji.
— Bo nie obchodzi. Ale obchodzi mnie to, jak mnie z tego powodu traktują.
— Traktowali, Dominik. Czytałeś list od Aleksandra. On też jest homoseksualistą i nadal go szanują. Daj im szansę. Może naprawdę szczerze tego żałują.
— Szczerze, ha, ha.
— Masz prawo do gniewu, Dominik. Tak samo jak do wybaczenia. Daj sobie przyzwolenie na skorzystanie z jednego z nich. Żadne z tych praw nie jest lepsze czy gorsze od drugiego. Wybierając, nie powinieneś udowadniać niczego na siłę. Nie wolno ci też mieć poczucia, że to, co wybrałeś, jest wyrazem twojej słabości. Pamiętaj: żadna z tych dróg nie świadczy ani o jednym, ani o drugim. Twój wybór ma odzwierciedlić tylko i wyłącznie to, czego potrzebujesz i jaki jesteś.
— Prawo do wybaczenia? Niech mnie pan nie rozśmiesza.
— To wcale nie jest tak obce twojej naturze, jak myślisz, Dominik. Wsłuchaj się w siebie i spróbuj zastosować to, co wybierzesz, w praktyce.
— W praktyce. Ładnie pan to powiedział, ale ja i tak wiem swoje. Matka pana na mnie z tym nasłała.


14

Luty przechodzi w marzec. Gdzieś po drodze nieprecyzyjnie wypadają moje dziewiętnaste urodziny. Mijają bez echa, nie chcę nikogo widzieć ani nigdzie wychodzić. Matka daje mi jeszcze kilka dni czasu, ale potem zaczyna mówić o tym otwarcie. Więc robimy podejście.
Są ze mną oboje, ojciec i matka, flankują mnie z obu stron na tylnym siedzeniu i przez całą drogę trzymają za ręce. Ale gdy tylko Jacek skręca w boczną alejkę pod szkołę, dostaję ataku histerii i zawracamy.
Matka zaskakująco łagodnie reaguje na kolejny obsuw. Mimo tego wciąż widzę w jej oczach nadzieję zatytułowaną „dasz radę, do maja jest jeszcze mnóstwo czasu”.
Komórka milknie. Zamiast esemesów zaczynają się mejle. Są puste, składają się z samych załączników. Pierwszy znów wywalam bez otwierania. Potem ciekawość zwycięża. W załącznikach są obrazki, sam lukier, cukier i sacharyna. Zachody słońca. Hasające w trawie szczeniaki. Wybuch supernowej. Kropla rosy na liściu w wielkim powiększeniu. Aurora borealis. Samotna palma na plaży. Ośnieżony łańcuch górski. Chłopak w skoku, z ugiętymi kolanami, uchwycony w piruecie nad deską. Śpiące, wtulone w siebie kocięta. Piętrowy tort oblany białą czekoladą. No, z tym ostatnim nie trafił.
Niewyobrażalnie, karykaturalnie głupi kicz. Przemawia do mnie niemym, prymitywnym językiem wrażeń, uspokaja bez pośrednictwa słów. Dobrze mi z tym. Patrzę na obrazki i wyciszam się lepiej niż po rozmowie z panem Darkiem.
Aleks jest wszędzie. Przeszkadza mi w myśleniu, nie daje jeść, plącze litery przed oczami, kiedy próbuję czytać. Nie pozwala spać w nocy, jego niematerialne ciało ciągle kładzie się na moim, ile razy bym go nie odpychał.
Czasem widzę go z daleka, przed naszym domem. Stoi za bramą i patrzy w okna. Nie naciska dzwonka, nie próbuje wejść. Po prostu stoi i patrzy. Czuję się osaczony. Chcę czuć się osaczony.
W połowie marca mejle się kończą. Na kilka dni zapada kompletna cisza. Najpierw przychodzi spokojne zdziwienie, potem niedosyt, wreszcie niepokój i zdenerwowanie. W piątek myślę, że odszedł na dobre, że sobie jednak odpuścił. Tego dnia pan Darek ma ze mnie bardzo mało pożytku.
W sobotę znów widzę Aleksa pod naszym domem i wiem, że jest, ciągle był w pobliżu, tylko po prostu daje mi znać, że teraz kolej na mnie, że czeka na mój ruch.
Nie mam pojęcia, jak się za to zabrać. Jestem wypalony i bez energii. Sama blada chęć to za mało.
I tak jest cały następny tydzień. Robi się coraz cieplej, wiosna wypuszcza macki i zaczyna brakować mi świeżego powietrza. Któregoś razu wychodzę. Jest wczesny wieczór, łagodny i bezwietrzny.
Robię mały spacer po okolicy i zawracam do domu. Skręcam za róg i nagle mam jeden wielki łomot w piersi i ołów w nogach, zanim jeszcze mój mózg zdąży przerobić na dane to, co widzę w świetle latarni dziesięć metrów przed sobą. Siła bezwładności popycha mnie jeszcze parę kroków w jego stronę. Potem zatrzymuję się i patrzę.
Stoi pod naszą bramą, odwrócony do mnie bokiem. Jeszcze mnie nie zauważył. Włosy mu urosły, sięgają poniżej ucha. Jest tak ciepło, że zdjął sweter, narzucił go sobie na plecy i podwinął rękawy koszuli. Wpatruję się w niego bez złości, gniewu czy żalu. Gdzieś po drodze wszystko wybaczyło się samo, nawet nie zauważyłem kiedy. Jedyne, co teraz czuję, to bardzo, bardzo wielkie zmęczenie.
Aleks odwraca głowę i nieruchomieje. Oczy mu się rozszerzają. Puszcza pręt bramy i robi krok w moją stronę, ale zaraz przystaje. Wyciąga do mnie obie ręce wnętrzem dłoni do góry, w geście, nie wiem, przywitania? Ofiarowania? Nie reaguję, więc opuszcza je z powrotem.
— Dominik? — pyta, jakby nie dowierzał, że to ja. Na dźwięk jego głosu coś we mnie pęka.
Emo przedziera się przez pokład zmęczenia i przymierza do jakiejś mocnej, melodramatycznej uwertury. Powoli mam dość jego zrywów w mojej głowie. Niech spada, najlepiej raz na zawsze. Zbieram siły i daję mu potężnego kopa z glana. Skrzeczy i turla się gdzieś w głąb mojej świadomości.
Patrzę Aleksowi prosto w oczy. Są ciemne i błyszczą jak dwa brązowe szkiełka. Puls mi łomocze, zaraz wyrzygam własne serce.
— Możemy to przeskoczyć? — pytam i aż się wzdrygam, bo głos tak mi drży. — Te wyjaśnienia, przeprosiny, deklaracje? — Wyciągam ręce. — Chodź tu. Po prostu chodź tu do mnie. — Nie obchodzi mnie już, że głos załamuje mi się do końca, że nie panuję nad twarzą, bo Aleks wlewa się w moje ramiona. Miażdzy mnie w uścisku, przywiera gorącym policzkiem do mojej szyi. Wciągam zapach jego włosów, ale to nie ta woń łaskocze mnie ostro w piersi. Szczęście zawsze było czymś lekkim i uskrzydlającym, zawsze uderzało mi prosto do głowy. Właśnie po tym je rozpoznawałem. Nie wiedziałem, że potrafi być tak ciężkie, że dociera tylko do krtani i dalej ani rusz, staje gulą w gardle i rozrywa płuca, szarpiąc za cholerną przeponę, która uwzięła się i robi wszystko, żeby cię zadusić.


0

Odpowiadam uśmiechem na uśmiech, gaszę papierosa o poręcz mostu. Przez chwilę śledzę tor lotu pstrykniętego niedopałka, nieekologicznie lądującego w rzece. Chwytam podaną mi dłoń.
Przyspieszamy kroku i schodzimy z mostu w kierunku uniwerku Humboldta. Za piętnaście minut zacznie się wykład jakiejś astrofizycznej sławy, którego Aleks koniecznie chce wysłuchać. Sam z całości zrozumiem pewnie tylko powitalne Sehr geehrte Damen und Herren i końcowe Vielen Dank für Ihre Aufmerksamkeit, bo meritum zdecydowanie mnie przerośnie. Ale dziś mam ochotę spędzić popołudnie ze swoim chłopakiem, nawet w tak mało romantycznych okolicznościach jak wykład. W końcu zawsze mogę potraktować to jako dodatkową naukę języka.
Mieszkamy tu od października. Mamy małe mieszkanie przy Bergmannstraße, stare budownictwo, dębowa klepka, wysokie sufity, niski czynsz. Rodzice chcieli zorganizować nam coś lepszego, ale się nie zgodziliśmy. Ma być po studencku. Aleks dopiął swego. Dostał się na inżynierię lotniczą i kosmiczną na TU, kierunek dla mnie tak abstrakcyjny, że faktycznie z kosmosu. Wbrew obawom — albo nadziejom, zależy, jak na to spojrzeć — nie imprezujemy zbyt często. Swoją drogą możliwe, że parcie na włóczenie się po gejowskich klubach jest odwrotnie proporcjonalne do pewności, że ma się kogoś do łóżka i bez tego. Poza tym nadmiar klubowej muzyki niezmiennie sprawia, że aż mnie korci, żeby podejść do didżeja i spytać: „A możemy troszeczkę ściszyć?”.
Aleks okazał się totalnym, chorobliwie ambitnym kujonem. Dubois-Kos to przy nim cieniutki bolek. Skrzętnie ukrywał tę cechę w szkole, pewnie trening czyni mistrza. Kiedyś myślałem, że zamieszanie, jakie robił wokół matmy i fizy, to efekciarstwo, ale teraz widzę, że jednak autentyczna pasja. W kółko się uczy. Nie tylko przy kolokwiach albo do sesji, ale sam z siebie, z wewnętrznego rozpędu. Zapomniał o desce, o pływaniu, netu używa w celach wyłącznie nietowarzyskich. Oba nasze pokoje toną w skryptach, kserach i notatkach. Obrazka jakiegoś nawet nie ma sensu wieszać, bo zaraz znika pod następnym schematem silnika odrzutowego. Wciąż potykam się o jego książki, znosi ich tyle, że robi się ich dużo za dużo. Ciągle jakiejś szuka, oskarża mnie, że urządzam w mieszkaniu pierdolone feng shui i przekładam mu te cegły z miejsca na miejsce według własnego uznania — tak naprawdę to ja tylko za nim sprzątam — i to są jedyne chwile, kiedy wrzeszczymy na siebie na serio. Czasami zdarza mi się szczerze zatęsknić za Nadią. Ale przez większość wieczorów, gdy siedzi pochylony nad lekturą, zaczytany i stracony dla świata, z zagryzioną w skupieniu wargą i dłonią zanurzoną w nieobcinane od matury włosy, to mógłbym się tak gapić na niego godzinami. Trzy razy na dziesięć udaje mi się nawet skutecznie wlać w siebie mentalną szklankę zimnej wody i nie zmusić go do przerwania na szybkie zrobienie-czegoś-innego. Jestem dumny ze swojego opanowania.
Nie udało mi się nadrobić zaległości w nauce na czas i podejść do matury w maju. Zdałem w sierpniu, ale o rozpoczynaniu prawa w tym roku nawet nie myślałem. Nie było mowy, żebym wytrzymał bez niego dłużej niż kilka dni. Wziąłem więc matkę pod snobistyczny włos i wmówiłem jej, że gap year to zjawisko bardzo popularne wśród wyższych sfer, a w dodatku doskonale służące dojrzewaniu osobowości i przy tym bardzo kształcące. Bonus: nie będzie musiała tłumaczyć żadnym ważniakom w kręgu znajomych, dlaczego przez rok siedzę w domu i nic nie robię. Jest bardzo drażliwa pod tym względem. Ojciec dał się łatwo przekonać, że osiem miesięcy spędzonych na praktykach w odpowiedniej instytucji przyda się w wiciu sieci kontaktów na przyszłość i będzie wyglądać idealnie w podaniu na studia prawnicze za rok. Po czym pociągnął za właściwe nitki we własnej sieci, gwarantując, że wspomniana instytucja wykaże właściwy ciężar gatunkowy. I tak od października jestem praktykantem w polskiej ambasadzie. Kasy z tego tyle co żadnej, ale jakoś dajemy sobie radę: ma być po studencku. Trochę daleko z dojazdem — tak, tak, za Jackiem też mi się często tęskni — ale za to okolica ładna, prawie podmiejska, wiosną powinna zatonąć w zieleni. Przypomina mi trochę miejsce, w którym mieszkamy we Wrocławiu. Pomagam przerzucać prawnicze papiery, poznaję odpowiednich ludzi (nie zapomniałem, po co tu jestem, tato), szlifuję język, wcale zresztą nie taki straszny, jeśli przyjrzeć mu się z bliska. Powoli myślę o następnych podkopach pod rodzicami. W końcu prawo da się studiować i w Berlinie. Europa to jedna wiocha, to, co miałbym robić w Polsce, równie dobrze mogę robić i tutaj.
Jak nam się tu żyje? Pewnie niewiele lepiej, niż żyłoby nam się tam. Człowiek szybko odnajduje harmonię, gdy wolno mu być sobą, a tu jest nam wolno być sobą trochę łatwiej. Mało kto dziwnie patrzy, gdy trzymamy się czasem na ulicy za rękę. Jasne, że to jeszcze nie żadne eldorado, ale to miasto dobrze nam robi. Zresztą jak ma robić inaczej, jeśli jego burmistrzem jest jawny gej, własnoręcznie zakreślony na wyborczych karteczkach przez mieszkańców? Jest też na co popatrzeć. W czerwcu CSD, kolorowy, aż w oczach ćmi, we wrześniu śmieszny, skórzany Folsom, a pomiędzy trochę pomniejszych wydarzeń. Miasto podchodzi do tego na luzie. Jedyne latające jaja, które widać, wyskakują mniej lub bardziej zamierzenie spod strojów imprezowiczów. Nikt się nie wtrąca do tego, że jesteśmy parą. Gdyby nam się zachciało, moglibyśmy nawet pójść na całość i w pełnym majestacie tutejszego prawa zalegalizować związek w urzędzie*.
A jak nam się tu żyje ze sobą? Aleks próbuje rządzić, to jasne. Chyba brakuje mu dyrygowania stadem. Marudzi, zrzędzi, lubi ustawiać. Niekiedy aż mnie tym za serce porywa. Ma jakąś nadopiekuńczą fiksację na temat mojej bladości i nadmiaru pieprzyków. We wrześniu, gdy wyjechaliśmy razem na dwa tygodnie do Walencji i codziennie graliśmy w siatkówkę na plaży, przerywał co pół setu i nacierał mnie kolejną warstwą filtrów. Zero wyzłoconej latem skóry. Nie przeszkadza mi to, nie wiem, gdzie poza plażą miałbym pokazywać opaleniznę, skoro do końca życia i tak już będę musiał unikać krótkich rękawów. Zwłaszcza w pracy. Poza tym wystarczy, jeśli tylko jeden z nas wygląda jak kawa z mlekiem, gdy liźnie go najmniejszy promień słońca. Liźnie. Dobre hasło.
Seks? Nie wiem, czy jest niepowtarzalnie genialny, fantastyczny i ogólnie wyjebany w kosmos. Brak mi większego porównania. Ja się na seksie, tak patrząc obiektywnie, właściwie nie znam. Myślę, że na nakręconych emocjach każdy seks jest dobry, a trudno o lepszy dopalacz niż zakochanie. Na pewno z czasem nabraliśmy miękkiej wprawy, nie obijamy się już tak o własne krawędzie. Doskonale pamiętam nasz absolutnie pierwszy raz, niezręczny i kanciasty jak my sami. Kotłowaliśmy się wtedy rozebrani w jego łóżku, nie wiedząc za bardzo, jak do tego podejść, kto i co ma robić. W końcu Aleks znieruchomiał, patrzył na mnie długo, przewrócił się na plecy i pociągnął mnie na siebie, zakleszczył między nogami. Głaskał mnie po bliznach, całował, a na koniec wcisnął prezerwatywę do ręki i powiedział „Dobra, wsadzaj”. Łapy trzęsły mi się tak, że ledwo trafiłem w gumkę, a potem w niego.
Potem to już różnie bywało z tym, co kto ma robić. Wciąż jesteśmy trochę jak dzieci, eksperymentujące z wymarzoną zabawką. Wiem jedno, że jest to mój seks, taki, jaki chcę uprawiać do końca życia. Oczywiście tu i teraz myślę, że tylko z nim, do grobowej deski i na wieki wieków amen. O ile nie odleci mi przedtem w jakiejś rakiecie, oczywiście. Liczę się jednak z tym, że rzeczywistość każe mi kiedyś ustosunkować się do jakiegoś mniej mile widzianego planu be.
Próbujemy „prowadzić dom”. Brudne rzeczy nosimy na zmianę do pralni samoobsługowej, czasem chodzimy tam razem. Siedzimy, czytamy i czekamy, aż wszystko dojdzie w suszarce. Rzadko sprzątamy, bo, jak już mówiłem, każda taka próba kończy się kłótnią. Gdy Karolina raz nas tu odwiedziła, przyjęliśmy ją w restauracji i postawiliśmy hotel. Skończyło się na tym, że nocowaliśmy we trójkę w jej pokoju. Powyżej pewnej ilości promili jazda taksówką nawet w charakterze pasażera bywa niebezpieczna.
Żaden z nas nie umie gotować. Nie zawsze mamy czas wyjść na ciepły posiłek. Jemy za mało albo za dużo naraz, niezdrowo i nieregularnie. Bez dochowania tej tradycji nie do końca czulibyśmy się studentami. No, lub prawie-studentami. Obaj schudliśmy. Miesiąc temu, gdy byłem w domu na święta (aha, właśnie, zapomniałem: rodzice najwyraźniej polubili pana Darka i jego kolegów po fachu, bo gdy tylko moje sesje dobiegły końca, zaaplikowali sobie kolejno: rozbudowaną, czasochłonną i modną terapię dla par, trzy miesiące ścisłej separacji, a na koniec wielki revival uczuć małżeńskich) matka popiła ostro przy Wigilii i poradziła frywolnie, żebyśmy przystopowali z łóżkowym sportem, bo wyssiemy z siebie wszystkie siły witalne. Ledwo powstrzymałem cisnące się na usta sprecyzowanie, przez jaki otwór i z użyciem jakiej techniki. Jedna dosadna konfrontacja z męsko-męską miłością na rok, nawet jeśli tylko z użyciem marmurowego popiersia, to i tak za dużo jak na jej nerwy.
Emo zamilkło na dobre. Podejrzewam, że zdechło z niedoboru dramatyzmu w moim obecnym życiu. R.I.P., żałoby nie odnotowałem.
Kończy się styczeń. Za miesiąc moje dwudzieste urodziny. Jestem szczęśliwy i wiem, czego chcę. To chyba dobry bilans jak na ten wiek.
Chłód i wizja załapania się na najgorsze miejsca w auli poganiają nas do szybszego marszu. Idziemy równym krokiem. Wisząca w powietrzu lodowata mgła przechodzi w mżawkę. Wilgoć lepi mi rzęsy, osiada ciężko na grzywce, która zaraz przykleja się do nosa. Szarość popołudnia przechodzi w siny granat wczesnego wieczoru. Na tym tle jaskrawa zieleń i czerwień zmieniających się przy skrzyżowaniach świateł spycha na chwilę moje myśli w stronę kiczowatego skojarzenia: nadzieja i miłość, nadzieja i miłość…
Ręka Aleksa, ciepła i mocna, pewnie spoczywa w mojej.


Koniec


* W wielkim uproszczeniu: prawo niemieckie zezwala na zawieranie związków partnerskich cudzoziemcom (najłatwiej tym będącym obywatelami Unii Europejskiej), o ile mają stałe zameldowanie w Niemczech i potrafią udowodnić, że nie żyją z pomocy socjalnej. Moi bohaterowie spełniają oba te warunki. Z tym, że zawarty przez nich związek nie miałby w Polsce żadnej mocy prawnej. Wypada mieć nadzieję, że któregoś dnia sprawy będą wyglądać inaczej.
Ostatnio edytowano 25 paź 2011, o 07:45 przez Donnie, łącznie edytowano 2 razy
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Postprzez Aevenien » 21 paź 2011, o 23:18

Ja tylko powiem, że czytałam tę część chyba z pięć razy już i ciągle nie mam dość. A coś konstruktywniejszego napiszę jutro ;)

To moja ukochana część, z pięknym happy endem i mój jedyny zarzut to czemu tak szybko się skończyło? Mogłabym czytać o Twoich chłopakach (bo oni są Twoi, bez dwóch zdań, w filmie podali nam tylko imiona i pokazali jak wyglądają) w nieskończoność. O wakacjach w Walencji, o przyjeździe do Berlina, o tym co myśli Aleks... *marzy*
W każdym razie, nie wiem tak naprawdę, co mam powiedzieć. Dalej jestem zachwycona absolutnie wszystkim. Dominik i Aleks zajęli miejsce na mojej liście ukochanych pairingów tuż za Draco i Harrym.
Podobał mi się pobyt w klinice, uwielbiam siostrę Łęcką, z zapartym tchem czytałam dziesięć razy scenę z wizytą Aleksa, potem zachwycałam się tym, jak pięknie wybrnęłaś z pchnięcia chłopców z powrotem w swoje ramiona. Te smsy, mejle, naprawdę świetnie to wyszło. A to zdanie to istny majstersztyk, cudownie oddający uczucia Dominika:
Na kilka dni zapada kompletna cisza. Najpierw przychodzi spokojne zdziwienie, potem niedosyt, wreszcie niepokój i zdenerwowanie.

I w ogóle, zapomniałam napisać, że kocham ten tytuł! Jest genialny, pasuje idealnie i w w ogóle >333
Naprawdę z trudem powstrzymuję się od cytowania, ale w tym opowiadaniu właściwie każe zdanie jest idealne, niektórych mam ochotę nauczyć się na pamięć i łudzić się, że może kiedyś będę umiała tak pisać.
Nie obchodzi mnie już, że głos załamuje mi się do końca, że nie panuję nad twarzą, bo Aleks wlewa się w moje ramiona.

Po prostu :serce:
Emo zamilkło na dobre. Podejrzewam, że zdechło z niedoboru dramatyzmu w moim obecnym życiu.

Mówiłam już, że lubię bardzo emo Dominika, ale potencjalnie zdechłe podoba mi się jeszcze bardziej ;)

Kochana pisz koniecznie, obojętnie czy drarry czy Dominika, przeczytam wszystko! Weny!
Aev
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6212
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez nataliiee » 22 paź 2011, o 01:02

To było piękne! Nie ma tu ani jednego zbędnego słowa, zdania. Wszystko jest tak wspaniale napisane, że nie widzę sensu w cytowaniu ulubionych fragmentów. Serio. :serce: Idealne zakończenie dla tego ficka, który znajdzie się na liście moich ulubionych :D
Może to głupie cieszyć się ze szczęścia bohaterów opowiadania, no ale cóż. Ja się cieszę i to bardzo :P
Dziękuję :D
Nienawidzę komentować...
nataliiee Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 1626
Dołączył(a): 1 sty 2011, o 19:02
Lokalizacja: Kraków

Postprzez Sette » 22 paź 2011, o 19:09

Przyjemnie się czytało. Żegnamy się z dzieciakiem i witamy z Dominikiem-mężczyzną. Wiedzącym, czego chce i czego nie chce. Nagle silnym. Mógł skopać tę relację, biorąc Aleksa od razu, na jego warunkach (motywacja Aleksa jak najbardziej prawdopodobna, jakkolwiek metodologię nieco przekombinował, no ale skoro to matematyk...). Ale wygrał. Zakończenie w sam raz na jesienny wieczór :). Dziękuję.
Sette Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 267
Dołączył(a): 28 wrz 2011, o 22:37
Lokalizacja: Na pulchnej różowej chmurce

Postprzez MargotX » 24 paź 2011, o 21:54

Też ryczałam nad tym listem jak głupia... <głęboko ukryte cząstki emo chyba dały o sobie znać ;> >
A tak serio, naprawdę się poryczałam, co w moim przypadku jest akurat normą i niczym nowym, ale bardzo emocjonalnie odebrałam ten rozdział. Po pierwszym - pełnym swoistego humoru, dowcipu, sarkazmu i drugim - mrocznym, na skraju szaleństwa i autodestrukcji Dominika, ten ostatni naprawdę gra na moich uczuciach, mocno.
Jestem zachwycona, że każdy epizod miał swój klimat i że wszystkie razem dały tak niesamowitą całość. To jest po prostu piękne. Tak, jak wspomniały Aev i nataliiee, nie ma tu zbędnych słów, każde zdanie ma sens i jest niezbędnym elementem, tekst jest przemyślany, dopracowany, pięknie napisany.

Donnie, wielkie dzięki i pisz :) pisz jak najwięcej, aby można się tym delektować. Pozdrawiam :D
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2054
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Havoc » 27 paź 2011, o 20:41

Chciałabym, chciała...
...pisać takim językiem. Naprawdę. Kurczę, czuję się przy Tobie tak mała, że głowa boli. Dlaczego, och, dlaczego, stałam w kolejce do toalety, kiedy rozdawali talent do pisania?

Podpisuję się rękami i nogami, byś publikowała jak najwięcej.

Ładnie pan to powiedział, ale ja i tak wiem swoje. Matka pana na mnie z tym nasłała.

Wspaniale uchwyciłaś jego upartość. :lol2: Tak samo jak gdzieś dalej wspomniałaś o tęsknocie za kierowcą i jego muzyką...

Napisałabym coś więcej, ale jestem już kilka dni po lekturze, co jest dla mojej pamięci zabójcze. *pustka w głowie*
Przepraszam i naprawdę dziękuję za wstawienie tego fanfika.

PS Masz coś jeszcze w zanadrzu? Jakiś malutki tekst? *błagalne oczy*
Ostatnio edytowano 24 lut 2013, o 17:22 przez Havoc, łącznie edytowano 1 raz
Obrazek
Havoc Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 308
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 09:18

Postprzez Miris » 4 lis 2011, o 16:39

Nie będzie to komentarz moich marzeń, ale coś napisać muszę. Prawdopodobnie zostanę spalona na stosie, ale trudno, przynajmniej będę szczera.
Więc powiem prosto z mostu: nie podoba mi się zakończenie. Jestem angstową duszą, która jednocześnie uwielbia fluff (to chyba mieszanka wybuchowa) i zakończenie jak dla mnie jest po prostu zbyt. Zbyt cukierkowe. Nie chodzi mi nawet o to, że nie było samobójstwa, tylko o to, że wszystko się tak pięknie ułożyło: chłopcy sobie mieszkają, nikomu nie przeszkadza, że się prowadzają za rączkę, rodzice się pogodzili, ludzie w szkole zmienili zdanie pod wpływem Lubomirskiego i jeszcze kwiatki wysłali... Nie mówiąc o samym Lubomirskim, który chciał, tylko się bał. Lukier. Początek był mocno angstowy, drugi rozdział też, natomiast końcówka ostatniego zwyczajnie mnie przerosła.
Za to cały tekst jest genialny. Świetny styl młodzieżowy, wczucie się w psychikę bohatera i wplecenie dialogów z filmu nawet. Takie teksty mogłabym czytać codziennie, naprawdę. Na filmie byłam i nie uważam, żeby mu czegoś brakowało. Wyszłam z kina mocno oszołomiona i z nieprzytomnym spojrzeniem i ten stan utrzymał się u mnie dość długo. Potem przez jakiś czas dyskutowałam jeszcze z koleżanką na temat Sali przez mejle i zachwycałyśmy się świetna grą aktorską i całością w ogóle.
Natomiast ty w tekście poszłaś o krok dalej i dodałaś Dominikowi trochę większego pazura, którego filmowy Dominiki nie ma. I to jest naprawdę fajne, te jego przemyślenia, rozterki, wewnętrzne emo, które zdechło :D, natomiast dla mnie to już wykracza poza filmowego Dominika, więc traktuję ten tekst jako alternatywę, nie tylko do filmu, ale też w stosunku do głównego bohatera. W pewnym sensie cieszę się, że Dominik u ciebie przeżył, że porozumiał się z Lubomirskim i że wszystko kończy się dobrze, natomiast moje wewnętrzne emo jest nieusatysfakcjonowane :D. Co nie zmienia faktu, że jestem nieprzytomna ze szczęścia, że w ogóle ktoś napisał fika do tego filmu i to napisał go tak. To było genialne, dziękuję, gdybym paliła, to zapaliłabym papierosa :lol2:.

Dziękuję. Więcej tekstów poproszę.

Irka
Drarrytozuoaleitakjekocham.
Miris Offline


 
Posty: 323
Dołączył(a): 1 lis 2010, o 19:08
Lokalizacja: Dom

Postprzez Nadia vel Ariana » 27 maja 2013, o 15:56

Podbijam? ;)

Cokolwiek nie napiszę, i tak będzie źle, za mało, chaotycznie. Ale coś muszę, więc próbuję - już po raz kolejny w przeciągu chyba miesiąca! Bo wtedy właśnie zajrzałam tutaj po raz pierwszy i pewnie od tego czasu nabiłam już na liczniku z setkę wejść ^^'

Po prostu... jeeeej. Czy właśnie przeczytałam po polsku slash, który ma miejsce w Polsce, w którym bohaterami są Polacy...? Kurczę, coś takiego może mi się już drugi raz naprawdę nie przytrafić! I do tego w tak dobrym stylu, Merlinie.

Bo naprawdę, ten tekst był niezwykły, wszystko w nim tak grało. Pal sześć "Salę samobójców", która była tylko nieco dołująca (i tak naprawdę moim zdaniem wcale nie aż tak refleksyjna, nie zachwyciła mnie jakoś bardzo, chociaż jak na nasz film rzeczywiście była dobra), bo to opowiadanie to dla mnie zupełnie oddzielny twór. Dominik, Aleks, ich klasa, nauczyciele i rodzice to już zupełnie - albo niemal zupełnie - inne postaci niż w filmie (no, może po za rodzicami), inne lub bardziej rozbudowane postaci niż w filmie. Ale jak to dobrze!

Te postaci są świetnie skonstruowane. Zwłaszcza - oczywiście - Dominik. Jest tak bardzo emo, jak można, szczerze, wewnętrze i na wierzchu, a jednak da się lubić. To chyba przez to, że świadomie tak naprawdę się niczego nie wypiera, że rzeczywiście ma do siebie dystans, że jest właśnie całkowicie szczery ze sobą i swoimi myślami (a jednak właśnie z wadami, ze swoją upartością, etc.) Potrafi się przyznawać do głupoty, do bycia żałosnym czy słabym, i jejku, sposób, w jaki on mówi o tych wszystkich ludziach i miejscach! To przecież wszystko prawda :)

W ogóle w tym tekście zachwyciła mnie naturalność (tak się chyba mówi? ;)) tego wszystkiego. Klasy, zachowań, wszystkich postaci, miejsca. Te opisy! Wewnętrzne monologi Dominika były prześwietne. Sposób, w jaki mówił o sobie i innych, nawet o miejscach, swoich uczuciach i sytuacji, jego porównania, nawet ten sposób wyrażania się, nawiązania - to serio starannie "zbudowany" chłopak, ot co ;)

Przeczytałam te 3 rozdziały już kilka razy i pewnie zrobię to jeszcze parę, Donnie, masz naprawdę świetne pióro. Nie mogę uwierzyć, że nawet ten slang młodzieżowy - który bądź co bądź jest dla mnie ciągle jeszcze naturalny i jestem wrażliwa na takie wtręty - oddałaś tak zwyczajnie, tak dobrze i bez jakiegoś idiotycznego w skutkach przerysowania. Nie dopisałabym tutaj ani jednego słowa, wszystko jest tak, jak ma być (łącznie z końcem i z klasą, i z Aleksem - kupiłam to, forma była naprawdę baaardzo konsekwentna i ładna)

Mnie ten koniec nie rozczarował, bo wcale nie ma tam tak wiele lukru - widać, jak bardzo sztuczne były relacje w tamtej klasie (a jednak niemal w każdej takie są, w ogóle w każdym stadzie przebija się ten konformizm), jak bardzo niezdecydowani i pozbawieni własnych, głębszych opinii byli tamci znajomi Dominika, Aleks też był bardzo normalny w swoim kalkulowaniu strat i zysków (zamiast rzucać się w Dominikowi w ramiona, "bo go kocha" i radośnie wszystkim oznajmić, ze woli chłopców i nie dba o to, co myślą). [W ogóle to, jak między sobą rozmawiali Aleks i Dominik, jak się starali, było piękne.] Widać w ogóle było też słabości ich wszystkich, to jak na siebie wpływają - że ci rodzice Dominika byli tak nieszczęśliwi, to jak nie potrafili go naprawdę jakoś traktować ani przed, ani po wypadku, to jak jemu też nie wszystko od razu się "naprawiło" w głowie, te impulsywne dość słowa i reakcje, etc., etc.

Naprawdę miło czasami zobaczyć taką obyczajówkę. Jestem pod wrażeniem (i mam nadzieję, że pisanie i tłumaczenie sprawia ci przyjemność, skoro tak się udzielasz, bo ja naprawdę uwielbiam to czytać :D). Pozdrawiam, Ariana ;)
Nadia vel Ariana Offline


 
Posty: 16
Dołączył(a): 29 maja 2012, o 16:33

Postprzez line-chan » 2 lut 2014, o 10:37

Zakochałam się. Ten tekst jest tak naturalny, tak prawdopodobny (przynajmniej w porównaniu do filmu), że mógłby zostać oficjalnym "co by było gdyby" i twórcy oryginału na pewno by się nie obrazili. Aż mi się przypomniała książka "Notatki samobójcy" (zresztą bardzo polecam, mam wrażenie, że reżyser "Sali..." nią się właśnie inspirował.). Fabuła, mimo że zamknięta w trzech częściach, chyba nawet bardziej wciągająca niż filmie. Jestem po prostu zachwycona.
"Link it to the world
Link it to yourself
Stretch it like a birth squeeze
The love for what you hide
The bitterness inside
Is growing like the New Born
When you've seen,
Too much, too young,
Soulless is everywhere"
line-chan Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 44
Dołączył(a): 9 lis 2013, o 12:30
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez wershia » 18 mar 2017, o 16:15

Czytając Twój tekst mogłam poczuć tak silne emocje, że nawet nie będę próbować ich opisywać.
Chciałam tylko powiedzieć, że naprawdę jestem wdzięczna, że postanowiłaś to napisać. Wiem, że będę wracać do tego opowiadania wiele razy. Minęło już kilka godzin od kiedy je przeczytałam, a nadal ciężko mi się pozbierać.
Dziękuję.
wershia Offline


 
Posty: 1
Dołączył(a): 1 sie 2015, o 11:02

Poprzednia strona

Powrót do Twórczość wszelaka

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość