[NZ] Wczoraj już minęło, jutro nie nadejdzie (17/?)

Teksty porzucone.

Postprzez Rukia946 » 10 cze 2013, o 13:28

Gdzie zniknęłaś!? (Zarejestrowałam się specjalnie by napisać tu i to mój pierwszy komentarz) Błagam wrzuć szybko kolejny rozdział! Codziennie wchodzę i sprawdzam i mnie to zabija jak nic nie widzę! A co do tekstu, cóż - świetny! Fabuła ciekawa i wciągająca, styl też bardzo mi się podoba. I mnie również bardzo podoba się tu Draco. Moim zdaniem jest bardzo kanoniczny, a ja lubię kanoniczność ;)
Rukia946 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 3
Dołączył(a): 9 cze 2013, o 17:02

Postprzez Nessa » 10 cze 2013, o 21:56

Rozdział miałam wrzucić dopiero za kilka dni, bo dopadł mnie przesyt twórczy oraz lenistwo, ale ponieważ zostałam pogoniona wrzucam dziś. Dziękuje za komentarze. ;)

Beta: duet Charlie&Kakashi Pitt



Rozdział XIV


Minęło kilka nudnych dni, podczas których nic — poza wygranym meczem z Puchonami oraz informacją o zbliżającym się Balu Sylwestrowym – się nie działo. Codzienna rutyna: lekcje, treningi, zadania… Gdyby nie zdradliwe noce wypełniające jego głowę snami znacznie różnymi od koszmarów, pomyślałby, że nic się nie zmieniło. Śnił o skórze Draco, tak bladej i ciepłej. O tym, jak wyglądało jego ciało pod tymi wszystkimi warstwami ubrań. Zastanawiał się, czy gdyby chwycił jego włosy i pociągnął je, to Draco odchyliłby głowę, reagując na każde muśnięcie warg na swoim gardle. Myślał, jakby to było pchnąć Malfoya na drzwi, biurko, podłogę, gdziekolwiek i pieprzyć go tak mocno i długo, aż nie pamiętałby niczego poza Harrym. Pewnej nocy śnił o tym, że Draco klęczy, a słowa „Mój Panie” nabrały nagle erotycznego podtekstu. Obudził się w skotłowanej, wilgotnej pościeli, nie czując wobec siebie niczego poza obrzydzeniem. Nagle zrozumiał, że prawdopodobnie nigdy więcej nie spojrzy na niego, nie mając w głowie tych wszystkich perwersyjnych obrazów.
Ledwie siebie poznawał. Jasne, miał siedemnaście lat, nieraz wyobrażał sobie, jak wyglądały ciała wielu ludzi pod szkolnymi szatami, ale nigdy w tak dużym natężeniu, nigdy nie musiał zaspokajać się tyle razy w ciągu dnia. Nigdy nie pragnął kogoś tak mocno. Czuł się wręcz chory z pożądania.
Cała sławetna, gryfońska odwaga gdzieś wyparowała. Nie wiedział, jak podejść do Draco i spojrzeć mu w oczy. Bał się, że chłopak mógłby zobaczyć na jego twarzy odbicie dręczącej go żądzy. Na szczęście (ale częściej nieszczęście - w dużej mierze zależało to od nastroju Harry’ego) Malfoy zaczął go unikać. Do klasy wchodził ostatni i wychodził z niej jako pierwszy, do wieży astronomiczną w ogóle przestał zaglądać. Wybierał inne korytarze i inne pory dnia. O krzyżowaniu spojrzeń, czy choćby zwykłym „hej”, nie było nawet mowy. Zachowywał się tak, jakby Harry Potter nigdy nie istniał.
Po ponad tygodniu tych dziwnych zachowań, kiedy szok zmienił się w frustrację, a później frustracja w… coś ściskającego serce, Harry stwierdził, że dość tego. Postanowił zmierzyć się z sytuacją, a przede wszystkim z Draco i jakoś to wszystko wyjaśnić. A jeśli nie wyjaśnić, to chociaż załagodzić. Ponad nieustanne pragnienie zaczęło wybijać się uczucie zgoła inne: brakowało mu ich rozmów, przekomarzań, po prostu obecności Ślizgona.
Tęsknię za nim, uświadomił sobie.
To odkrycie wstrząsnęło nim chyba jeszcze bardziej.
W trakcie długiej przerwy zszedł do lochów. Szanse, że Draco będzie chciał z nim porozmawiać były raczej marne, skoro tak uparcie go unikał, ale przecież nie mógł tego tak po prostu zostawić. Nie zwlekając dłużej, zapukał. Ku jego niechęci otworzył mu nie kto inny, a sam Teodor Nott.
Harry na widok Ślizgona poczuł chęć przyłożenia mu albo zrobienia czegoś znacznie, znacznie gorszego.
Nie jest nawet przystojny, stwierdził. Nie, żeby umiał to obiektywnie ocenić.
Jeśli Notta zaskoczyła jego obecność, nie pokazał tego po sobie w żaden sposób.
— Cześć — rzucił Harry, siląc się na neutralny ton. — Możesz zawołać Draco?
— Już — odparł, ale zanim zdążył odejść, w polu widzenia pojawiła się Parkinson. Bardzo niezadowolona Parkinson.
— Zejdź mi z drogi, Nott! — syknęła, dopadając do drzwi. Na widok Harry’ego jej mina stała się jeszcze bardziej nieprzystępna. — Znowu ty — jęknęła z irytacją, odwracając się do Teodora. — Gdzie masz mózg? W spodniach? Czy Draco ci nie mówił, że mamy go nie wpuszczać?
— Nie rozmawialiśmy ostatnio za wiele…
Słysząc to Harry w pierwszej chwili się ucieszył, ale zaraz potem pomyślał o tych wszystkich czynnościach, do których słowa wcale nie są potrzebne. Poczuł, że dygocze z zazdrości. Boże, to było takie intensywne. Tak samo, jak wtedy w bibliotece albo w Hogsmeade, z tą różnicą, że teraz wiedział, co to wywoływało.
— To fascynujące, Nott, a teraz spadaj — warknęła Pansy. — Mam do pogadania z Potterem. — Ostentacyjnie obróciła się plecami do Ślizgona, a Harry poczuł nagły przypływ sympatii do dziewczyny. Nie była taka zła. — Więc — zaczęła, wbijając w niego surowy wzrok — czego tym razem chcesz?
— A jak myślisz?
— Nie pomogę ci — oświadczyła nieugiętym tonem, pośpiesznie zerkając za siebie, by upewnić się, że Teodor poszedł. — Słuchaj, Potter, dobrze ci radzę, odejdź stąd. Draco nie ma ochoty cię widzieć, w dodatku zabronił cię tu wpuszczać, co jest jasnym sygnałem dla wszystkich, że znowu się nienawidzicie. A to z kolei może skończyć się dla ciebie niezbyt przyjemnie.
— Mam to gdzieś — stwierdził Harry. Ostatnim, czego się bał, była banda Ślizgonów, którzy najmocniejsi byli w gębie.
— Potter, wiem, że jesteś z tych ciężkokapujących, ale jest tu parę… Parędziesiąt osób, które z przyjemnością wyprawiłyby cię do skrzydła szpitalnego albo i do grobu, a tylko z resztek obawy przed Draco na razie tego nie zrobili, więc co jeszcze muszę powiedzieć, żebyś dał sobie spokój? Cokolwiek mu zrobiłeś…
— Nic mu nie zrobiłem!
Parkinson skrzywiła się i Harry uświadomił sobie, że podniósł głos. Domknęła bardziej przejście, jakby chcąc go osłonić przed ciekawskimi spojrzeniami.
— To bez znaczenia, Potter. Draco uważa inaczej, więc po prostu daj mu czas.
— Och, no jasne — parsknął. — Myślisz, że kolejne sześć lat wystarczy?
Pansy popatrzyła na niego, jakby nagle coś do niej dotarło. Powiercił się w miejscu, nie czując się do końca swobodnie pod jej spojrzeniem. Co zrozumiała? Co zobaczyła na jego twarzy? Merlinie, miał nadzieję, że nie to. Jakkolwiek wyzwolony był „związek” Parkinson i Malfoya wątpił, by cieszyła się na wieść, że Harry Potter marzy, żeby się do niego dobrać.
Pochyliła się ku niemu.
— Z tego, co mi mówił, zamierza popołudniu polatać — powiedziała cichym choć złowrogim tonem. — Mówię ci to tylko dlatego, że nie chcę, żebyś czatował pod naszymi kwaterami, wywołując sensację. To ostatnie, czego Draco potrzebuje. Ach, i spróbuj komuś powiedzieć, że wiesz to ode mnie, a urwę ci jaja, a potem nimi nakarmię. Chyba łapiesz aluzję, co, Potter?
Tak, łapał, aż za dobrze. Mówiąc „dzięki” (bo cokolwiek kierowało Pansy, wypadało podziękować), wrócił do swojego dormitorium.
Odczekał kilka godzin i zaraz po lekcjach udał się na miejsce. Początkowo zamierzał czekać na Draco na boisku, ale obficie spadający z nieba śnieg oraz temperatura poniżej zera sprawiły, że zmienił zdanie. Wiedział, że wchodzenie do szatni przeciwnej drużyny było surowo zabronione, jednak… To nie pierwszy raz, kiedy łamał przepisy, prawda? A teraz miał ważny ku temu powód.
Szatnię wypełniało przyjemne ciepło zapewnione wszelakiego rodzaju zaklęciami. Wnętrze nie różniło się niczym od gryfońskiej szatni – stały w niej ławki oraz siedem szafek opisanych imieniem i nazwiskiem poszczególnych zawodników. Po lewej stronie Harry’ego znajdowało się miejsce na miotły i różne środki pielęgnacyjne. Były jeszcze dwa inne pomieszczenia, ale nie wchodził do nich, bo i tak wiedział, że były to pokój wykładowy, w którym omawiano strategie oraz łazienka z prysznicami. Usiadł na jednej z ławek, czując, jak jego żołądek skręca się ze zdenerwowania. Nie miał pojęcia, jak spojrzy Draco w oczy, nie paląc się przy tym ze wstydu, ani tym bardziej, jak zdoła z nim porozmawiać. Oczywiście, powiedzenie mu całej prawdy nie wchodziło nawet w grę. A przynajmniej na razie.
Kiedy drzwi żałośnie skrzypnęły, oznajmiając czyjeś nadejście, Harry skulił się w sobie, nagle przestając być przekonanym do swojego pomysłu. Wcisnął się głębiej w zacieniony kąt.
Oczywiście to był Draco — upocony i zgrzany — który, och Merlinie, od razu zdjął górę stroju, rzucając go niedbale na ławkę.
Harry zamarł. Poczuł ucisk w żołądku, podniecenie sięgające od końców palców aż po dolne partie podbrzusza, a w płucach brakło powietrza.
Nie gap się, powiedział sobie, ale nie potrafił przestać.
Oczywiście, już wcześniej widział Draco pół-nagiego, ale w porównaniu do rzeczywistości wspomnienie było niczym. Chłopak stał odwrócony do Harry’ego tyłem, a migotliwe światło padało na jego ciało, podkreślając wszelkie wklęsłości i wypukłości. Obcisłe spodnie idealnie przylegały do jego ciała: Harry widział rysującą się pod cienkim materiałem krzywiznę pośladków oraz twarde mięśnie ud. Przesunął wzrok wyżej, czując suchość w ustach. Skóra lśniła od potu, a subtelne mięśnie rysowały się pod nią, poruszając przy najmniejszym ruchu. Zauważył jeszcze coś: cienkie, jaśniejsze niż reszta ciała smugi, przecinające kark, plecy i bicepsy Draco — pamiątki po Sectusemprze. Na pierwszy rzut oka blizn prawie nie było widać, ale pod odpowiednim kątem… Harry poczuł, jak coś się w nim skręca i to bynajmniej nie z podniecenia. Ten ułamek sekundy wystarczył, by chwilowo pożądanie wyparowało, a zamiast niego pojawiło się poczucie winy.
Ja to zrobiłem, pomyślał, ledwie mogąc oddychać.
— Hej — odezwał się niskim, ochrypłym głosem.
Draco obrócił się tak gwałtownie, że jego włosy prawie zafalowały. Na widok Harry’ego szok w jego oczach tylko się pogłębił.
— Na Merlina! — zawołał, przykładając dłoń do serca, tuż przy długiej, ciągnącej się od piersi aż do pępka szramie. — Usiłujesz mnie wyprawić na tamten świat? — Już raz to prawie zrobiłem, pomyślał Harry smutno, nie pragnąc teraz niczego bardziej niż wstać, pocałować każdą jedną z tych blizn i powtarzać tak długo przeprosiny, aż by mu wybaczono. Ale to nie po to tu przyszedł, a Draco już wcześniej unikał tego tematu. Harry podniósł się, a do drugiego chłopaka chyba dotarło, że jest w połowie rozebrany, bo skrzyżował ręce, jakby chcąc zapewnić sobie odrobinę intymności. Zaskoczenie zniknęło z jego twarzy. Teraz spoglądał na Harry’ego spod zmrużonych powiek podejrzliwie. — To szatnia Ślizgonów. Nie wolno ci tu być — oznajmił oschle, a Harry dostrzegł gęsią skórkę na jego ramionach.
— Zawsze lubiłem łamać szkolny regulamin w słusznych celach.
— Och, i co za cudowny cel przyświeca tym razem naszemu Wybrańcowi? — zadrwił Draco. Równie dobrze mógł walnąć go z pięści.
— Muszę z tobą porozmawiać, a ty… Unikasz mnie — wyrzucił Harry, drżąc.
— Obawiam się, że mam też inne zajęcia. Nie mogę spędzać z tobą całych dni, nawet gdybym chciał.
— Parkisnon nie chciała mnie wpuścić…
— To może mieć coś wspólnego z faktem, że jej tego zabroniłem — podsumował cierpko Draco.
Sposób w jaki mówił… Jakby cały ten czas, gdy byli pogodzeni zniknął, a Hary znów stał się jego wrogiem. Chciałby móc żałować tego, co zobaczył, ale nie potrafił. Dzięki temu dowiedział się czegoś o Draco i poznał prawdę o sobie, i mimo, że nie była ona ładna ani taka, jakiej by sobie życzył, to przynajmniej w końcu znał przyczynę, czemu tak bardzo mu na nim zależało. Przyczynę tego wszystkiego. Jak ująć to, co chciał powiedzieć i nie pogrążyć się przy tym?
— Przestań — poprosił, z trudem przełykając ślinę. — Czemu się na mnie wściekasz? Nie zrobiłem tego z własnej woli, takie było zadanie. Przecież wiesz. Nie zamierzałem… Zobaczyć tego wszystkiego, ale zobaczyłem i… Co to zmienia? — umilkł, nie wiedząc, jak go przekonać, że to wszystko nie ma znaczenia: ani Znak, ani to, co robił, to z kim sypiał też nie. Akceptował go takim, jakim był. Boże, pragnął go takim, jakim był. — Przecież wiedziałem o tym zanim postanowiłem się z tobą pogodzić.
Draco wpatrywał się w niego szeroko otwartymi oczami.
— Wiedziałeś o… wszystkim? — zapytał, krzywiąc się przy ostatnim słowie.
— Nie o wszystkim — zaprzeczył Harry szybko, mając ochotę walnąć się w łeb. Przecież nie zamierzał poruszać tematu jego orientacji. — Ale teraz wiem i naprawdę… Naprawdę mi to nie przeszkadza.
— Nie przeszkadza ci — powiedział zdumiony Malfoy. Jego twarz zastygła w dziwnym wyrazie. Harry zaczął się niepokoić, że zamienił się w powtarzającą papugę. W końcu do Ślizgona najwyraźniej dotarł sens słów Pottera, bo zamrugał, potrząsnął głową i powiedział, wyraźnie siląc się na neutralny ton: — Cóż, skoro tak… To zapomnijmy o tym.
Tym razem to Harry się zdziwił. Spodziewał się wielu rzeczy, ale nie tego, że Draco będzie chciał puścić wszystko w niepamięć.
— Więc… Nie jesteś zły?
Draco wykonał ruch, jakby chciał się od czegoś odpędzić, a mięśnie na jego ramionach poruszyły się, rozpalając w Harrym chęć przyciśnięcia do nich dłoni.
Przestań, powiedział sobie, dopiero się pogodziliście, nie możesz się ślinić.
— Jestem, ale nie na ciebie, tylko na tą sukę, która wymyśliła to chore zadanie — wyjaśnił Draco.
To nie tłumaczyło, czemu go unikał, chociaż może… Może po prostu krępował się tym, co zobaczył? Może bał się braku akceptacji ze strony Harry’ego? Zostawała jeszcze jedna, znacznie gorsza sprawa…
— A horkruksy? To znaczy, czy ktoś…
— Nie — uciął. — A teraz pozwól, że pójdę się umyć.
— Mogę na ciebie tu zaczekać?
Malfoy spojrzał na niego, jakby węsząc w jego zachowaniu jakiś podstęp.
— Potter, jeśli ktoś cię tu zobaczy, zarówno ty, jak i ja zostaniemy wywaleni z drużyn. Naprawdę muszę ci o tym przypominać?
Och, w porządku, w takim razie…
— Więc poczekam na boisku? — rzucił, przeklinając nadzieję w swoim głosie.
— Dobra, jeśli chcesz.
— A ty chcesz?
Draco wzniósł oczy ku sufitowi, jakby modlił się o cierpliwość.
— Gdybym nie chciał, to wywaliłbym cię stąd dziesięć minut temu — poinformował i — nie dodawszy nic więcej — poszedł pod prysznic.
Harry usiłował nie gapić się na jego tyłek, ale niestety kiepsko mu to wychodziło.
Co się ze mną stało? zastanawiał się, wychodząc z szatni.
Nigdy przez całe swoje życie nie myślał tak często o seksie. Miał na głowie ważniejsze rzeczy. Prawie przywykł do świadomości, że być może umrze, nie zaznawszy tej przyjemności, ale teraz — gdy uświadomił sobie swoje pożądanie wobec Draco — prawie nie myślał o niczym innym. Wszyscy wokół uprawiali seks, nie wątpił w to. Ron przespał się w zeszłym roku z Lavender. Z Hermioną pewnie po tylu miesiącach też mu się udało. Parkinson spała z połową szkoły, Seamus trochę gorzej, ale nie brakowało mu wiele do jej rekordów. Draco-Nie-Chodzę-Na-Randki też jakoś szybko kogoś znalazł. Ba, Harry nie zdziwiłby się, gdyby nawet Neville to robił.
Najwidoczniej jestem seksualnie opóźniony.
Z ponurych myśli wyrwał go widok ogniście rudych włosów powiewających na wietrze — na tle mlecznego nieba wyglądały, jakby naprawdę płonęły.
Ginny, pomyślał, czując coś dziwnie bolesnego w żołądku.
Usiadł na mokrych trybunach, obserwując lot dziewczyny. Od czasu ich zerwania — a raczej od tego, gdy to on z nią zerwał — praktycznie ze sobą nie rozmawiali poza treningami i meczami. Ich stosunku nie były wrogie, ale przyjaznymi też nie mógł ich nazwać. Chyba nawet Ron stracił nadzieję, że kiedykolwiek się zejdą.
Wtedy, gdy zostawił Ginny , był pewien, że robi to ze względu na grożące jej przez niego niebezpieczeństwo, ale teraz… Zrozumiał, że kierowało nim coś innego. Pociąg, który czuł do dziewczyny, nie był nawet ziarnkiem w porównaniu do pożądania wobec Draco. I — teraz gdy się nad tym zastanawiał i wiedział o sobie to wszystko — zrozumiał, że najbardziej lubił w niej te… Męskie cechy. Oczywiście, Ginny była bardzo ładna i zdecydowanie wyglądała jak dziewczyna, ale jeśli chodzi o charakter… Fakt, że wychowywała się wśród sześciu braci bez wątpienia odcisnął się na jej zachowaniu. Hermiona kiedyś stwierdziła, że siostra Rona była „chłopczycą” i teraz Harry zrozumiał, dlaczego. Ginny nie interesowały ubrania, nie otaczała się gronem koleżanek, wymieniając świeżymi plotkami, nie obrażała się z byle powodu i — co najważniejsze — nader wszystko uwielbiała sport. To właśnie to Harry najbardziej w niej lubił.
Boże, chyba naprawdę jestem…
Nie, jakoś lepiej czuł się, myśląc o sobie jako o gustującym zarówno w dziewczynach, jak i w chłopcach — a jeszcze ściślej mówiąc w dziewczynach i w Draco Malfoyu — a nie tylko w facetach.
Kiedy skończyła latać i wyglądało na to, że zamierza sobie pójść, Harry zeskoczył z trybun i podszedł do niej.
— Ginny! — zatrzymał ją. Obróciła się, patrząc na niego zaskoczona. — Świetna forma — pochwalił ją, samemu nie wiedząc po co.
— Dzięki — odparła, chyba siląc się na uprzejmość.
Przyszedł mu do głowy bal. I tak nie mógł iść z tym, z kim chciał… Może gdyby ją zaprosił, mogliby się chociaż przyjaźnić?
— E. — Weź się w garść. — Słyszałaś o balu? Pomyślałem, że może… Może poszlibyśmy razem? — Ginny otworzyła szeroko oczy, więc dodał szybko: — Jako przyjaciele?
— Och — wyrwało się jej. Przez chwilę po prostu na niego patrzyła, jakby starając sobie to wszystko poukładać. — Ale, Harry… Przecież my nawet ze sobą nie gadamy.
— Więc może powinniśmy to zmienić?
— To za wcześnie — stwierdziła cicho, choć stanowczo.
— Ja… No tak. Racja — przyznał, czując się jak skończony idiota. Jak mógł o tym nie pomyśleć?
Na jej ładną, lekko piegowatą twarz wdarło się echo długo skrywanego bólu. Ginny nigdy nie zaliczała się do dziewczyn łatwo wpadających w rozpacz, ale teraz wyraźnie widział, że ją zranił.
— Dopiero niedawno pogodziłam się z tym wszystkim, więc… Nie psuj tego.
— Przepraszam.
Uśmiechnęła się z wysiłkiem.
— Poza tym idę już z kimś innym. — To nie powinien być szok, ale był. Mógł wcześniej o tym pomyśleć. Wcześniej, zanim to zaproponował, zanim w ogóle do niej podszedł. Minęły miesiące od ich rozstania, to normalne, że w końcu była gotowa się z kimś spotykać, szczególnie, gdy on nie chciał, by do siebie wrócili. W dodatku zawsze miała większe powodzenie, niż Ron by sobie tego życzył, więc naprawdę… Nie powinien się dziwić.
Emocje chyba odmalowały się na jego twarzy, bo Ginny zapytała niepewnie:
— Chyba nie jesteś zazdrosny?
Zazdrosny? powtórzyło echo w głowie Harry’ego.
Jedyną osoba, z zazdrości o którą aktualnie go skręcało był Draco, ale tego nie mógł jej powiedzieć.
— Nie, jasne, że nie — odparł. To chyba też było złą odpowiedzią, bo teraz wyglądała na urażoną. — Wiesz, czekam na kogoś, więc nie zatrzymuję cię dłużej — oznajmił. Jak na zawołanie oczy Ginny ponownie się rozwarły. Popatrzył w tę samą stronę, co ona i jego spojrzenia padło wprost na Draco, który właśnie wyszedł z szatni i usiadł na trybunach, zauważywszy ich. Harry zmusił się, żeby ponownie popatrzeć na dziewczynę. Miał nadzieję, że jego twarz nie płonęła, zdradzając wszystko, co czuł. Gdyby się dowiedziała… Prawdopodobnie umarłaby na zawał. — O, już przyszedł, więc…
— Tak… Na razie — pożegnała się, wyglądając na wstrząśniętą.
Właściwie to dziwne, że nie dotarły do niej plotki o ich pojednaniu, ale może po prostu w nie nie uwierzyła…
Odeszła żwawym krokiem: Harry nawet z tej odległości widział, jak Draco odprowadza ją spojrzeniem, ściskając w dłoni garść śniegu. Podszedł do Ślizgona i sugestywnie zerknął na jego zaciśniętą pięść.
— Co zamierzałeś zrobić z tą śnieżką? — spytał podejrzliwie, prowokując Malfoya do prychnięcia.
— Bez obaw, na pewno nie atakować twoją ukochaną.
— Um. Moją ukochaną? — Malfoy wzruszył ramionami, obserwując z przesadnym zainteresowaniem swoje zziębnięte palce. Okeeej, to było… Dziwne. Chyba nie był zazdrosny? — Jak sam dobrze wiesz, zerwałem z nią. Miesiące temu.
Draco uniósł brodę, obserwując go przenikliwie, a potem — nim Harry zdążył zorientować się w jego zamiarach — rzucił mu śnieżką prosto w twarz.
Przez chwilę stał zdumiony, z szybko topniejącym śniegiem spływającym z czoła aż po szyję. Otarł skrawkiem rękawa wilgotne okulary.
— Stała czujność, Potter — stwierdził Draco ze złośliwą satysfakcją.
— To było nie fair! — krzyknął Harry z udawanym oburzeniem i usiadł tuż obok.
— Tak, bo zachowanie fair jest przecież czymś, czego należy spodziewać się po Ślizgonach — zadrwił Malfoy, a gdyby nie to, że przez zabrudzone szkła Harry nic nie widział, rzuciłby mu miażdzące spojrzenie. Spróbował je wyczyścić jeszcze raz, ale na okularach powstały smugi. Westchnął. — Och, doprawdy Potter… — prychnął Draco. Pochylił się do przodu i — unieruchamiając dłonią brodę Harry’ego — rzucił jakieś zaklęcie. — Już — oznajmił, odsuwając się.
Harry zamrugał, odkrywając, że widzi sto razy lepiej. Ze szkieł zniknęła nie tylko woda, ale i płatki śniegu zdawały się być odpychane jakąś niewidzialną siłą.
— Hej! Co to? — zapytał za zachwytem.
— Zaklęcie czyszcząco-ochronne na twoje obleśne okulary.
— Moje okulary nie są obleśne.
— Cóż, zawsze nie zgadzaliśmy się w wielu kwestiach, dopisz to do długiej listy — odparł, a Harry stwierdził, że nie ma sensu się wykłócać o takie szczegóły.
Gdybym je zdjął, całowałbyś się ze mną? Zdusił w sobie to idiotyczne pytanie.
Właściwie, co by się stało, gdyby teraz nakrył jego dłoń swoją, pochylił się i przycisnął usta do jego warg? Och, Boże, tak bardzo tego pragnął. Tak bardzo, że to prawie bolało. Policzki i koniec nosa Dracona były zaróżowione od mrozu, a usta odrobinę spierzchnięte — aż prosiły się o pocałunek. Harry przełknął ślinę, usiłując skierować swoje myśli na inny tor, ale niestety nieskutecznie. Był wręcz przytłoczony przez siłę własnego pożądania.
Istniało pewne, maleńkie prawdopodobieństwo, że Draco by się zgodził, uległby mu. Że pozwoliłby się całować i dotykać, i robić wszystko (no, albo prawie wszystko), czego Potter pragnął, tylko że… Harry aż za dobrze wiedział, co byłoby potem. Draco uznałby to za jednorazową przygodę, o której najlepiej zapomnieć, a Harry… Chciałby to powtórzyć, jeszcze raz i jeszcze, aż stałoby się coś znacznie gorszego od samego pożądania Draco. Myśl, że mógłby się w Malfoyu zakochać, była… przerażająca — szczególnie biorąc pod uwagę jego przyszłe plany wobec Pansy. Harry nie potrafiłby się na coś takiego zgodzić.
To chyba pierwszy raz, kiedy coś przemyślałem, a nie impulsywnie działałem. Hermiono, możesz być ze mnie dumna.
— Coś się stało? — zapytał Draco, przyglądając mu się.
Tak, nie, nic, wszystko…
— Nie, nic.
— Nie wyglądasz najszczęśliwej — zauważył, a Harry przełknął ciężko ślinę.
— Wszystko okej — skłamał. Zaczął kreślić w śniegu jakieś abstrakcyjne wzory, by uniknąć patrzenia Malfoy'owi w oczy.
— Potter, mówił ci ktoś, że jesteś beznadziejnym kłamcą? — zapytał Draco z lekkim rozbawieniem. Uwierz, nie chcesz wiedzieć, co się stało. — Chodzi o Weasley'ównę, tak? Dała ci kosza?
Oczywiście, że nie chodziło o Ginny, ale lepiej było trzymać się tej wersji — byle tylko Draco niczego się nie domyślił.
— Dziesięć punktów dla Slytherinu — zażartował, jednak nie potrafiąc zdobyć się na uśmiech.
— Więc… Chcesz do niej wrócić? — Pytanie nawet dla Harry’ego zabrzmiało dziwacznie.
Spojrzał na Ślizgona, niczego nie kryjąc.
— Nie! To skończone, ja tylko… Zaprosiłem ją na bal, a ona odmówiła.
Draco gapił się na niego, jakby w całym swoim życiu nie spotkał kogoś równie głupiego.
— Żartujesz, tak? — Harry potrząsnął głową. — Na Merlina… Dam ci małą radę. Następnym razem gdy będziesz chciał umówić się z dziewczyną nie zrywaj z nią wcześniej. To może pomóc.
— Nie słyszałeś, co powiedziałem? Nie chciałem się z nią umawiać, tylko iść jako… Przyjaciele, czy coś takiego — burknął, wdzięczny za to, że przynajmniej teraz nie musiał kłamać. Sprawa z Ginny była od dawien dawna zakończona. Ostatnie odkrycie tylko go w tym utwierdziło. — No, ale nie wyszło. Zresztą, i tak idzie z kimś innym, tak że…
— No tak. Blaise zaprosił ją w zeszłym tygodniu.
Ręka Harry’ego zamarła. Zastanowił się, czy aby na pewno dobrze usłyszał.
— Blaise… Co?! Blaise Zabini? — upewnił się, a Draco kiwnął głową. — Ale to Ślizgon!
Malfoy obserwował go wyraźnie rozbawiony jego reakcją.
— To tak samo, jak ja, a jednak siedzisz tu i ze mną rozmawiasz.
— To co innego — wymamrotał Harry. W tej samej chwili dotarło do niego, że nie miał racji. To było dokładnie to samo. — Dobra, masz rację. Nawet go nie znam, po prostu… Ślizgoni kojarzą mi się z intrygami, oszustwami i wykorzystywaniem innych do swoich celów.
— To tylko dziewięćdziesiąt dziewięć procent prawdy — stwierdził Draco lekko, a Harry rzucił mu niedowierzające spojrzenie. Malfoy był po prostu niemożliwy. — Ale jeśli to cię uspokoi, to powiem ci, że to nie jakaś jego chwilowa zachcianka. Leci na nią już od dawna.
— Ta, już jestem spokojny.
— Ktoś tu chyba jest zazdrosny.
— Nie jestem zazdrosny — zaprzeczył Harry. A przynajmniej nie o nią. — Po prostu Ron ją zabije. Wystarczająco ciężko znosi moje zadawanie się z tobą. Nawet się z nim o to pokłóciłem. Na wieść, że jego siostra umawia się z Zabinim chyba padnie trupem.
Draco na sekundę czy dwie znieruchomiał, a kiedy się odezwał, w jego oczach czaiła się niepewność.
— Pokłóciłeś się z Weasleyem o… mnie?
Harry wzruszył ramionami. Nie chciał sobie tego przypominać, szczególnie, że do tej pory ze sobą nie gadali. Hermiona bardzo starała się dotrzymywać mu towarzystwa, przez co sama również pokłóciła się ze swoim chłopakiem i w ten oto sposób Ron nie rozmawiał z ani z nim, ani z Hermioną.
— Tak wyszło — przyznał. — Właściwie prawie się pobiliśmy.
Jeśli przedtem Draco był zaskoczony, to teraz sprawiał wrażenie wręcz wstrząśniętego, ale szybko się zreflektował.
— Potter, źle z tobą. Najpierw Cormel, teraz Weasley… Niedługo każdy, kto nieodpowiednio wypowie moje nazwisko, będzie chodził z obitą mordą. Kto by pomyślał, że z ciebie taki dobry ochroniarz. Przy tobie Crabbe i Goyle to marne wymoczki…
— Ha, ha, bardzo śmieszne — mruknął, lekko szturchając go w biceps, a Draco wydał z siebie przesadnie bolesny okrzyk i obronnie przyciągnął ramię do siebie.
— Widzisz? Nawet mnie usiłujesz bić. Masz poważne problemy z agresją, kto wie, jak to się może rozwinąć…
— Och, zamknij się, głupku. — Ostatnie słowo wypowiedział bardziej czule niż obraźliwie. Draco też to zauważył, bo uniósł brwi. — Jeśli musisz wiedzieć, to Ron się rzucił w moją stronę, a ja tylko… Byłem skłonny mu oddać. Nie pozwolę, żeby ktoś wygadywał bzdury. Szczególnie, jeśli nie ma o czymś pojęcia.
— Ty naprawdę masz maniakalną potrzebę ochraniania absolutnie wszystkich.
— Nie — zaprzeczył Harry twardym tonem. — Mam potrzebę ochraniania tych, na których mi zależy. — Och nie, czy ja właśnie powiedziałem… nie, nie, nie… Draco wpatrywał się w niego zdumiony. Tego dnia biję rekordy zaskakiwania go, pomyślał Potter. Szybko zmienił temat. — A ty wiesz już, kogo zaprosisz?
— Wiem, że logiczne myślenie trochę cię przerasta, ale zastanów się: z kim innym mógłbym iść, jeśli nie z Pansy?
Przynajmniej miał z kim — w przeciwieństwie do Harry’ego.
Dwie godziny później Harry wrócił do kwater Gryffindoru. Tak długi pobyt na zewnątrz dał mu się we znaki. Jego palce — zarówno u rąk, jak i nóg — były skostniałe, więc od razu zajął fotel przed kominkiem. Krzywołap wskoczył mu na kolana, łasząc się i mrucząc. Harry podrapał go za uchem, chłonąc przyjemne ciepło. Ogień w kominku delikatnie trzeszczał, zagłuszany echem rozmów. W pokoju wspólnym znajdowało się teraz kilkunastu Gryfonów, ale większość postanowiła chyba urządzić bitwę na śnieżki.
Usłyszał za sobą kroki i nawet nie musiał się odwracać, by wiedzieć czyje. Słuchał ich od ponad sześciu lat. Tego chodu nie mógłby pomylić z żadnym innym.
— Czego chcesz? — zapytał trochę ostrzej, niż zamierzał.
— Ja… Słuchaj, stary, nie chcę się kłócić przez takiego… Przez Malfoya — zreflektował się Ron, brzmiąc na skruszonego. Tak naprawdę Harry nie złościł się na niego już od jakiegoś czasu. Co prawda nie podobało mu się to wszystko, co powiedział, ale nigdy nie oczekiwał, że Ron z radością zaakceptuje jego znajomość z Draco. — Jeśli chcesz się z nim zadawać to twoja sprawa, nie możemy ci bronić, ale…
— Hermiona cię przysłała? – zapytał Harry, odwracając się, żeby w końcu spojrzeć na przyjaciela.
Ron zaczerwienił się.
— Od razu przysłała… Powiedzmy, że mi to wytłumaczyła — sprostował. — Wciąż nie wiem, jak możesz chcieć się przyjaźnić z tym gadem, ale to już twój wybór. Po prostu nie zapominaj, kto jest twoim prawdziwym przyjacielem.
— Nie zapominam — odparł twardo.
— Co powiesz na partyjkę? — zaproponował Ron, a Harry zgodził się, czując ulgę.
Jakaś jego część żałowała, że nie może wyznać chłopakowi prawdy o sobie, o Draco… Powiedzieć, że Ron nie ma co się obawiać o swoją pozycję najlepszego przyjaciela, bo Ślizgon — przynajmniej w pragnieniach Harry’ego — odgrywał zupełnie inną rolę. Ale pocieszała go myśl, że mimo, iż musiał ukrywać o sobie tak istotny fakt, to przynajmniej znów ze sobą rozmawiali.
Po dwóch partiach szachów przyszła Hermiona, która najwidoczniej również pogodziła się ze Ronem, bo usiadła przy nim.
— Spotkałam Ginny — oznajmiła, rzucając Harry’emu wymowne spojrzenie. — Wspomniała, że zaprosiłeś ją na bal.
Harry wzruszył ramionami, czując się winnym. Ron obrócił się, by popatrzyć na niego z niedowierzaniem.
— Że co? Po jaką cholerę? — zapytał nieco agresywnie. — Słuchaj, stary, jeśli zamierzasz robić mojej siostrze nadzieje…
— Nic nie zamierzam, po prostu nie pomyślałem, okej? — uciął Harry. Ostatnie, czego chciał, to kolejna kłótnia. — Zresztą i tak idzie z Zabinim.
Och nie. Wcale nie zamierzał tego mówić. Co go napadło?
— CO?! — wrzasnął Ron, tak głośno że grupa czwartorocznych siedzącą niedaleko skrzywiła się. — Przepraszam: co? Możesz powtórzyć, bo chyba się przesłyszałem…
— Ginny idzie na bal z Zabinim — powtórzył. I tak wcześniej czy później przyjaciel dowiedziałby się o tym.
Ron zaczął głośno i chrapliwie oddychać, jakby powstrzymywał się przed morderstwem. Na swoje nieszczęście ten właśnie moment Ginny wybrała, by wejść do pokoju wspólnego. Z szałem w oczach przyjaciel podniósł się z miejsca, zrzucając pionki z planszy.
— GINNY!
— Ron — zaczęła ostrożnie Hermiona — naprawdę nie sądzę, żeby…
Ale Ron jej nie słuchał. Już doskoczył do swojej siostry, zagradzając jej drogę. Ginny spojrzała na niego zdumiona.
— Nie wystarczy ci, że umawiałaś się z połową szkoły? Teraz zamierzasz prowadzać się ze Ślizgonami? — zaatakował ją.
— O co ci, do diabła, chodzi? — warknęła, krzyżując ręce.
— Chodzi o to, że nie pozwolę, żeby moja siostra umawiała się z jakimś ślizgońskim dupkiem!
— Skąd… — wyjąkała zszokowana, po czym jej wzrok spoczął na Harrym, a w jej oczach pojaśniało. Harry poczuł, że się czerwieni. — Wielkie dzięki, Harry! A ty — odwróciła się z powrotem do swojego brata — odwal się. Będę się spotykać, z kim mi się podoba, a tobie nic do tego!
— Ale… Ale to Ślizgon!
— Malfoy też jest Ślizgonem, a jakoś Harry się z nim zadaje i ci to nie przeszkadza — zauważyła, wyraźnie bliska furii.
— Oczywiście, że mi przeszkadza! Ale on nie jest moją siostrą! Nie mogę pozwolić, by jakiś oślizgły, ślizgoński dupek cię dotykał!
Ginny przerzuciła swoje długie włosy i zaśmiała się drwiąco.
— Och, naprawdę myślisz, że będę pytać cię o zgodę? — zakpiła, a Ron z wrażenia zaniemówił. Poruszył ustami, niczym ryba złapana w sieć. — Zresztą ta rozmowa nie ma sensu — stwierdziła i — nie czekając na odpowiedź — pobiegła do swojego dormitorium.
— Ginny! Ginny, wracaj tu!
Kiedy stało się jasne, że dziewczyna wcale nie zamierza wracać, Ron opadł na fotel. Był wyraźnie wściekły. Bardziej niż wtedy, gdy przed rokiem razem z Harrym przyłapali ją w objęciach Deana. A to już należało uznać za osiągniecie. Przyjaciel wbił w niego spojrzenie.
— Spałeś z nią? — wypalił, a Harry prawie spadł z fotela.
— Co…? Nie! Zresztą to nie twój cholerny interes, ja nie pytam się ciebie, co robisz z Hermioną.
Ron chyba nawet go nie słuchał, bo ponownie się podniósł i stwierdził:
— Idę zapytać Deana. — Po czym zniknął na schodach prowadzących do dormitorium.
Hermiona odprowadziła go spojrzeniem pełnym zarówno niedowierzania, jak i potępienia.
— Idiota — podsumowała. — Skończony idiota. — Przeniosła spojrzenie na Harry’ego, który z nieznanych sobie przyczyn nagle pożałował, że został z nią sam. — A tobie, Harry, gratuluję. Nie wiesz, że Ron dostaje szału za każdym razem, gdy Ginny z kimś się spotyka? Faktycznie, świetny sposób na zemstę.
— Jaką znowu zemstę? — mruknął, mając dość wszystkich nieporozumień w ostatnim czasie.
— Nie udawaj, proszę cię. Rozumiem, że jesteś o nią zazdrosny, ale…
— O Ginny? — zapytał zdumiony, nagle mając ochotę się roześmiać. Och, Hermiono, gdybyś tylko znała prawdę… — Nie jestem o nią zazdrosny. W ogóle. To znaczy… Byłem zaskoczony, jak dowiedziałem się, że się z kimś spotyka, ale nie… Nie, to nie zazdrość. Między nami wszystko od dawna jest skończone.
Przyjaciółka wpatrywała się w niego, jakby pierwszy raz w życiu czegoś nie zrozumiała.
— Więc po co ją zaprosiłeś?
Wzruszył ramionami.
— Tak wyszło. Chciałem, żebyśmy poszli jako przyjaciele, nic więcej.
— Harry, to za wcześnie… — Tak, już o tym wiem, pomyślał smętnie. Wiedział, o co zapyta, jeszcze zanim się odezwała. — Nie chcesz z nią być nie tylko z powodów Voldemorta, prawda? — Przeklął bezbłędną domyślność Hermiony. Jak ona to robiła, że prawie zawsze wiedziała, co siedzi mu w głowie? Z niepokojem uświadomił sobie, że to tylko kwestia czasu, kiedy Hermiona zorientuje się co do jego pragnień względem Malfoya.
Zastanowił się, co mógłby powiedzieć poza: nie chcę z nią być, bo nie jest Draco.
— Był czas, kiedy naprawdę mi się podobała i mi zależało, ale potem… Nie wiem, to nie było takie… Tak intensywne, jak powinno. Było naprawdę fajnie, ale nic ponad to. A… um, chyba chodzi o coś więcej, no nie?
— Tak, chodzi o coś więcej — zgodziła się. — Myślę, że może też chciałeś z nią być, bo jest siostrą Rona. Gdyby wam wyszło, bylibyście rodziną.
— Tak, może też dlatego — przyznał, wbijając wzrok w swoje palce.
Poczuł, że jest obserwowany i uniósł wzrok, zmuszając się do uśmiechu.
— A ta dziewczyna, z którą się ostatnio spotykałaś?
— Dobrze wiesz, że nie ma żadnej dziewczyny — mruknął, pragnąc jak najszybciej uciąć ten niewygodny temat.
— Ale ktoś jest…
— Nie — skłamał, czując w dołku ból.
— Harry, przecież widzę… Możesz mi powiedzieć.
— Nie ma o czym mówić — odparł, wykręcając sobie nerwowo palce. — Ta osoba… I tak nic z tego by nie było, więc po prostu muszę zapomnieć. Tak będzie lepiej.
Twarz Hermiony wręcz krzyczała: proszę, powiedz mi prawdę, wiem, że coś jest nie tak, że coś przed nami ukrywasz, cokolwiek to jest, zaakceptuję to.
I wtedy prawie się złamał. Prawie. Zapragnął powiedzieć Hermionie prawdę. Podzielić się nowym odkryciem o samym sobie, poprosić o radę… Ale to nie wchodziło w grę, prawda? Hermiona wiele potrafiła zrozumieć i zaakceptować, ale czy i to przyjęłaby ze spokojem? Poza tym pewnie niebawem sama się wszystkiego się domyśli, co oszczędzi mu tortur przyznawania się.
Zresztą, po co mówić o czymś, co nie ma prawa bytu? Co nigdy się nie spełni, a przynajmniej nie w tym życiu? Nie, skoro był Harrym Potterem, a Draco Malfoy był Draco Malfoyem – kretynem, który nie dopuszczał do siebie uczuć, zgrywał zimną bryłę lodu i traktował ludzi instrumentalnie. Harry musiałby oszaleć, by pójść na coś takiego.
— W porządku, ale gdybyś chciał pogadać, to pamiętaj, że tu jestem — oznajmiła przyjaciółka, delikatnie ściskając mu dłoń.
Odwzajemnił uścisk, czując jednocześnie wdzięczność, przerażenie i zagubienie. Miał nieodparte wrażenie, że cokolwiek zrobi i tak będzie źle.

*


Dwa dni przed Bożym Narodzeniem Hogwart opanowała iście świąteczna atmosfera. Śnieg na dobre otulił białą pierzyną okolicę i z każdą chwilą było go coraz więcej. Wielka Sala wyglądała naprawdę fantastycznie: jemioły wisiały we wszystkich drzwiach, zachęcając do skradnięcia komuś całusa, płatki śniegu sypały z zaczarowanego sklepienia, znikając kilka stóp nad stołami, a dwanaście wysokich po sam sufit choinek przyciągało spojrzenia. Niektóre drzewka migotały ozdobione świecami, inne przystrojono soplami lodu, które nigdy nie topniały. Maleńkie elfy siedzące na gałęziach jodeł wyśpiewywały kolędy, potęgując świąteczny klimat. Harry niemal żałował, że nie spędzi tu Wigilii. Na widok choinek przypomniał mu się Hagrid, który zawsze je tu przynosił. Ukuło go uczucie tęsknoty za przyjacielem. Miał nadzieję, że gdziekolwiek przebywa, nic mu nie jest i szybko wróci. Teraz Harry z chęcią zjadłby jego twarde herbatniki.
Z wyjazdem z Hogwartu wiązało się jeszcze coś – nie widywanie Draco przez ten czas.
To tylko trzy dni, pocieszał się, usiłując nie popaść w paranoję.
Ostatnio jeszcze częściej się spotykali i Harry nie krył zadowolenia z tego powodu. Co prawda widywanie się z Draco było nie tylko przyjemnością, lecz także torturą – ciągle musiał się powstrzymać przed zrobieniem czegoś nieodpowiedniego. Ale lepsze to niż nic, prawda? W dodatku ta przerwa świąteczna należała do jednych z najkrótszych, bo wszyscy (a przynajmniej większość) chciała wrócić na Sylwestrowy Bal.
Kiedy Harry przyszedł nad zamarznięte jezioro, Draco już na niego czekał. Jak zwykle nie założył czapki, ale przynajmniej tym razem nie zapomniał rękawiczek. Jego jasne włosy niemal zlewały się mlecznym niebem i śniegiem wokół. Z szyi zwisał mu niedbale zawinięty szalik w barwach Slytherinu – poza ciemną kurtką i spodniami jedyne kontrastujące kolory z wszechobecną bielą.
Po przywitaniu się, spojrzał na to, co Draco miał na nogach.
— Um. Co to jest?
— Łyżwy — odparł Malfoy, siadając na brzegu jezioro, by szybciej uporać się ze sznurowadłami. Spojrzał na Harry’ego jak na kogoś nieskończenie głupiego. — Dzięki temu można jeździć na lodzie.
— Wiem, czym są łyżwy — burknął, jednej rzeczy nie pojmując. — Ale… To mugolska rozrywka.
— Bzdury.
— Więc co jest w nich magicznego?
Draco prychnął zamiast odpowiedzieć i powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu:
— Przestań być wstrętnym popsuj-zabawą i pomóż mi wstać. — Harry zrobił to, o co był proszony, a raczej to, co mu kazano. Kiedy Ślizgon stanął na lodzie, wskazał ręką na miejsce, w którym przed chwilą siedział. — Tam leżą twoje.
Potter rzucił na nie okiem, czując wewnętrzny sprzeciw.
— Nie powiedziałem, że się na to zgadzam.
— A ja nie przypominam sobie, żebym powiedział, że coś mnie to obchodzi — odparował Draco. Harry spojrzał na niego złowrogo, co oczywiście nie przyniosło żadnych pożądanych efektów.
Co za nieznośny dupek, pomyślał, jednak nie potrafił się naprawdę zezłościć.
Apodyktyczność Malfoya była czymś, do czego dało się przywyknąć. Gdyby nie jeden mały szkopuł, to jazda mogłaby być naprawdę fajnym sposobem na wspólne spędzenie czasu.
— Doceniam twoją kreatywność i w ogóle, ale wiesz… Ja nie umiem jeździć — wyznał z lekkim zakłopotaniem.
— To się nauczysz. Co za problem? Nawet Crabbe z Goylem dali radę. Jestem pewien, że nie przerasta to także twoich możliwości. — Harry zastanawiał się właśnie, jakim cudem nie pękła pod nimi tafla lodu, ale zachował te myśli dla siebie. — Swoją drogą, dobrze wiedzieć, że jest coś, czego Harry Potter nie potrafi.
— Możesz przestać zwracać się do mnie w ten sposób? — zapytał, siadając na brzegu, aby zawiązać sznurowadła. — Zawsze mówisz do mnie „Potter” albo „Harry Potter”, czy „Wybraniec”, ale nigdy po prostu „Harry”.
— Nie pozwalaj sobie, Potter. Nie jesteśmy na tym etapie znajomości.
— A co trzeba zrobić, by na nim być? — Uśmiech, który zagościł na twarzy Dracona był bardzo jednoznaczny. Jego oczy zabłysły czymś sugestywnym i diabelskim zarazem. — MALFOY! — wykrzyknął zgorszony Harry. Nie wiedział czy chłopak się z niego nabijał, czy raczej… Flirtował z nim? Nie, to przecież niemożliwe…
— Przestań krzyczeć, bo zaraz obudzisz kałamrnicę. I pośpiesz się. Zimno mi.
Ja mógłbym cię rozgrzać, pomyślał Harry, ale oczywiście, nie mógł tego powiedzieć na głos.
— Skąd w ogóle wziąłeś łyżwy?
— Od prawie siedmiu lat uczymy się transmutacji… Wiesz, niektórzy potrafią zamienić jeden przedmiot w drugi — zadrwił Draco.
— Mówiłem ci już, że jesteś nieznośnym dupkiem?
— Jakieś milion razy — stwierdził lekceważąco i z zaskakującą łatwością przejechał się kawałek. Kiedy z powrotem stanął przed Harrym, spojrzał na niego niecierpliwie, jakby oczekiwał, że ten z radością wskoczy na zlodowaciałe jezioro i do niego dołączy. — No dalej, Potter. To nie jest trudne. Co z twoją sławetną, gryfońską odwagą?
— Łatwo ci mówić — mruknął Harry, z obawą stawiając jedną nogę na lodzie, potem drugą i… W następnej chwili leżał na plecach, z bólem pulsującym w krzyżu.
Oszołomiony gapił się na płatki śniegu powoli spadające z nieba. Draco pojawił się w jego polu widzenia, ale był zbyt zajęty wyśmiewaniem się z Harry’ego, by pomóc mu wstać. Kiedy się w końcu uspokoił, złapał Gryfona za łokcie i podniósł go do pionu. Harry zacisnął palce na jego przedramionach w obawie, że jeśli zerwie łączący ich kontakt, to ponownie wyląduje na plecach. Był pewien, że wygląda jak kretyn – stojąc na wyprostowanych nogach i kurczowo trzymając się drugiego chłopaka. Pozwolił pociągnąć się na środek jeziora — jeżdżenie do tyłu zdawało się nie sprawiać Malfoyowi najmniejszych trudności. Nie wyglądał też, jakby zamierzał ponownie go wyśmiać.
— To jak chodzenie, tylko zamiast stawiania kroków odpychasz się — poinstruował Draco i odsunął się. — Spróbuj sam.
Harry spróbował. Odepchnął się stopą i — o dziwo — udało mu się przejechać kawałek bez bliskiego spotkania z lodem. Draco okrążył go, a następnie obrócił się na jednej nodze wokół własnej osi, rozkładając ręce i z gracją wykonując piruet.
Harry ze zdumieniem obserwował jego poczynania.
— Gdzie się tego nauczyłeś?
— Koło domu mamy jezioro. Jeździłem z matką, kiedy byłem mały. Zawsze lubiła jazdę figurową.
Harry nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Nie wyobrażał sobie nadętej Narcyzy Malfoy uprawiającej jakikolwiek sport, szczególnie mugolski. Zdziwiło go, że spędzała czas ze swoim synem w taki sposób. Sprawiała wrażenie osoby preferującej zakupy i towarzyskie gierki przy herbacie bądź winie, a nie zajmującej się swoim dzieckiem. Doszedł jednak do wniosku, że to dobrze, że nie była tak zimna, jak sądził. Wciąż jednak nie potrafił wyobrazić sobie Lucjusza godzącego się na coś podobnego.
— A co na to twój ojciec?
Draco zatrzymał się przed nim ze zgrzytem łyżew, obsypując mu stopy kawałki lodu.
— Naprawdę wydaje ci się, że spowiadaliśmy mu się z każdej rzeczy? — zapytał ni to drwiąco, ni niedowierzająco. Harry tak właśnie myślał. — Pod nieobecność ojca mogła spędzać ze mną czas jak tylko chciała.
Nie wiedział, czy ma prawo pytać o coś takiego na tym etapie znajomości, ale zaryzykował:
— A jak ona się czuje?
— Różnie — odparł Draco nieco napiętym tonem. — Zabieram ją na święta do domu. A ty gdzie je spędzisz?
— Och, u Weasley'ów. — Draco skrzywił się z niesmakiem. — Nie rób takiej miny. Oni są naprawdę świetnymi ludźmi. Dzięki nim czuję… Czuję, jakbym miał rodzinę.
Draco zacisnął wargi i wyglądało na to, że nie wie, co odpowiedzieć.
To i tak postęp, pomyślał Harry. Kiedyś zacząłby nabijać z tego, że jestem sierotą.
— Coraz lepiej ci idzie, Potter — zauważył, a Harry wyszczerzył zęby, czując się na lodzie coraz pewniej.
— Ścigamy się?
Malfoy uniósł brwi.
— Nie masz szans.
— Ja nie mam szans? Przyznaj się, Draco, boisz się, że przegrasz z nowicjuszem…
— Chciałbyś — prychnął, pociągając nosem. — Wyścigi są dla bezmózgich prymitywów bez krzty kreatywności.
— A piruety dla dziewczyn — odparował Harry zadowolony.
Gdyby spojrzenie Ślizgona mogło zabijać, Harry zaraz padłby trupem. Na szczęście nie mogło.
— Kto pierwszy okrąży trzy razy jezioro, ten wygrywa — oznajmił Draco i ruszył do przodu, nie czekając na reakcję towarzysza.
Nie zwlekając dłużej, Harry dołączył do chłopaka. Jazda była przyjemnym doświadczeniem – trochę podobnym do qudditcha, choć nie tak wspaniałym. Wiatr ze śniegiem wiał Harry’emu w oczy, zasłaniając mu pole widzenia, ale chłopak nie poddawał się. Gnał przed siebie szybko, zrównując się z Malfoyem, który zmierzył go niezadowolonym spojrzeniem. Zważywszy na totalny brak doświadczenia, szło mu zupełnie nieźle. Robili już trzecie okrążenie i wszystko byłoby dobrze, gdyby za bardzo nie wysunął nogi… Od upadku wybawił go Draco, który złapał go z godnym szukającego refleksem. Oszołomiony Harry uświadomił sobie, że stoi na zlodowaciałym jeziorze, a Draco Malfoy trzyma go w mocnym uścisku.
Pozycja, w której się znaleźli była dość… Dwuznaczna. Czuł ramiona owinięte wokół siebie i kolano Malfoy'a wsunięte między swoje uda. Od jego ciało biło przyjemne ciepło — tak inne od otaczającego ich mrozu. Wyczuwał je mimo tych wszystkich warstw ubrania. Przełknął ślinę, podczas gdy jego serce przyśpieszyło. Ciśnienie uderzyło mu do głowy niemal ją rozsadzając. Napotkał spojrzenie drugiego chłopaka. Bał się ruszyć, zrobić cokolwiek, by nie zepsuć tej chwili. Draco twarz miał spokojną, nienaznaczoną drwiną, przez co wyglądał zadziwiająco młodo: czubek nosa — tak jak i uszy — miał zaczerwienione od mrozu, a spojrzenie niemalże łagodne. Jego oczy przybierały srebrzysty odcień otaczającego ich śniegu. Harry przeniósł spojrzenie na jego wargi, pragnąc jedynie pochylić i przycisnąć usta do tej popękanej, niewątpliwe miekkiej powierzchni.
Wtedy Ślizgon zrobił coś nieoczekiwanego: podniósł prawą rękę i owinął sobie wokół dłoni jego gryfoński szalik, po czym przyciągnął Harry’ego do siebie. Stali tak blisko, że prawie stykali się nosami, a gdy świeży, ciepły oddech owiał Harry’emu twarz, jego spodnie stały się stanowczo za ciasne.
— Wesołych Świąt, Harry — wyszeptał Draco niemal w jego usta, tak że Harry prawie mógł poczuć ich smak.
O Merlinie, było wszystkim, co potrafił pomyśleć. Oszołomienie wyparowało z jego głowy, gdy tylko Draco go puścił. Poczuł, że traci równowagę i z powrotem leży na plecach, z tą różnicą, że Draco już nad nim nie stał. Pognał do brzegu, ostatecznie wygrywając pojedynek.
— Wygrałem — oznajmił Ślizgon z satysfakcją, kiedy Harry w końcu się pozbierał i dotarł na brzeg. — Kto jest mistrzem?
— Mistrzowie nie oszukują. To było nie fair — wymamrotał, nie chcąc zastanawiać się nad tym, co przed chwilą się stało.
— Nie ustalaliśmy żadnych zasad, więc nie mogłem ich złamać — stwierdził Draco, wyraźnie zadowolony z siebie. Harry usiadł obok niego, wdzięczny za rzucenie zaklęcia ogrzewającego. — To nie moja wina, że tak łatwo cię rozproszyć.
Trudno się nie rozproszyć, kiedy ktoś prawie cię całuje, pomyślał kąśliwie, ale zachował to dla siebie. Nie miał co do zamiarów Malfoya całkowitej pewności.
Może to wcale nie było tym, na co wyglądało. Może Harry widział to, co chciał widzieć. Może naprawdę Draco zrobił to tylko po to, by wygrać. To w końcu takie obrzydliwie ślizgońskie.
— Jeszcze jedna runda? — zaproponował, a Draco ochoczo na to przystał.
Tym razem Harry zamierzał wygrać.
Nessa Offline


 
Posty: 53
Dołączył(a): 10 lis 2010, o 00:28

Postprzez Rukia946 » 12 cze 2013, o 13:44

Wreszcie! Dziękuję! Preczytałam dopiero wczoraj wieczorem więc dzisiaj piszę komentarz ;) Rozdział hmm... apetyczny xD Scena końcowa na łyżwach, cóż zrobiło się gorąco! Jednak muszę przyznać że po tym rozdziale odczuwam niedosyt! Więc mam nadzieję, że następny rozdział dodasz szyciej ;) Życzę weny i szykiego dodawania! xD
Rukia946 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 3
Dołączył(a): 9 cze 2013, o 17:02

Postprzez Charlie » 13 cze 2013, o 21:05

Dobra, skoro już mam tutaj konto (a w sesji porywającą, półdniową przerwę), to skomentuję, a co.
Widzę literówki (przy kałamarnicy), więc sypię piasek na głowę i przechodzę do opowiadania par excellence.

Jeżeli chodzi o sam rozdział, to przyznam, że trochę mnie zaskoczyło stężenie uczuć targających Harrym a także to jak wpłynęły one na postrzeganie osoby Draco (krótko mówiąc zrobiło się bardzo romantycznie), ale cóż, łatwo dam się przekonać, że tak może być w tym wieku, w końcu obaj są bardzo młodzi.
Łyżwy... Chwyt niczym z komedii romantycznej (a ja cicho je wielbię jako wspaniały odstresowywacz - łamane na ogłupiacz, ale w Twoim przypadku tylko to pierwsze) ;) Lubię realizm do doprowadzony do skrajności, więc trochę mi zgrzytało, że Harry tak szybko się nauczył co i jak - chociaż może wynika to z zazdrości, bo ostatnio K. uczył mnie jazdy na rolkach i NAPRAWDĘ ZDECYDOWANIE nie wyglądało to TAK różowo ;p Oczywiście Harry'emu dodawało sił nowo odkryte zauroczenie, a jak wiadomo na tym etapie jest to motywująca siła.
Draco kręcący piruety... Muszę się zgodzić z H., że nie wygląda to szczególnie męsko - przynajmniej w mojej wyobraźni i przynajmniej w przypadku Draco.

Na razie najbardziej podoba mi się relacja Harry'ego i Hermiony, mam ochotę też dowiedzieć się co będzie dalej z Zabinim (dunno why) i oczywiście czekam na rozwój sytuacji pomiędzy głównymi bohaterami - ciekawi mnie, jak to udźwigniesz i czy uda Ci się ugryźć to od innej strony, niż dotychczas autorzy (autorki raczej) to czynili. I co będzie dalej z Draco - przyznam, że bardziej podobała mi się jego kreacja na początku opowiadania.

Podsumowując - czyta się miło i to jest dla mnie najważniejsze.

Weny oczywiście - chyba bardziej do poprawiania, niż pisania, hm? Powodzenia.
Przerzucam swoje fiki z 2013 roku na http://www.fanfiction.net/~ucharlie.
DRARRY albo różne wariacje na temat życia (czasem i pożycia) George'a Weasleya. Poza tym Rorry i dziwne mniej lub bardziej slashowe wariacje na temat Draco.

I Sherlock.
Charlie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 16
Dołączył(a): 18 maja 2013, o 12:14

Postprzez Nessa » 14 lip 2013, o 19:11

Przepraszam za to opóźnienie, beta się rozchorowała, a ja nie chciałam wrzucać niepoprawionego rozdziału. Kolejny chciałabym wrzucić do 2 tygodni. Serdecznie dziękuje za komentarze i życzę miłego czytania. : )


Rozdział XV


W dzień wigilii Nora stała się jeszcze bardziej radosnym miejscem niż zazwyczaj, zatłoczonym, głośnym i ozdobionym przez Ginny aż do przesady. Wszędzie wisiały łańcuchy i kolorowe świecidełka. Pełne rozmaitych słodyczy Mikołajowe skarpety powieszono przy kominku,; pod sufitem dyndała jemioła, a radosne kolędy rozbrzmiewały w domu przez cały czas. Ku zachwycie mamy Rona (i nieszczęściu Fleur) piosenki Celastyny Warbeck i w tym roku królowały na liście przebojów. Mimo pojednania kobiet i wyraźnego ocieplenia ich stosunków, zanosiło się na to, że gust muzyczny chyba zawsze będzie czymś, co je dzieli.
Tak samo jak w zeszłoroczne święta jeden z gnomów schwytany w ogrodzie robił za bożonarodzeniowego aniołka. Potraktowany Drętwotą, ze skrzydełkami przymocowanymi zaklęciem do pleców, łypał na nich groźnie ze szczytu choinki. Świetliki migające wszystkimi kolorami tęczy zastępowały mugolskie światełka. Wraz z mijającymi godzinami schodziło się coraz więcej gości. Lupin przyszedł z Tonks, której włosy raziły dziś barwą dorodnej zieleni, kontrastując z czerwienią Mikołajowej czapki, co nadawało jej wyglądu bożonarodzeniowego elfa. Ku niezadowoleniu Rona Hermiona spędzała Wigilie ze swoimi rodzicami. Fleur, Ginny i Molly przejęły kuchnie, przygotowując danie na kolacje, Fred i Geogre jak zwykle bardziej wszystkich rozpraszali, niż pomagali, Bill z panem Weasley'em mordowali się na dworze z dziurą w dachu, a Harry’emu z Ronem przypadło nieprzyjemne zajęcie pucowania salonu na błysk. Harry cieszył się, że przynajmniej nie musiał być z jednym w pomieszczeniu z Ginny. Wydawała się wciąż obrażona i nawet nie patrzyła w ich kierunku. Każda próba przyjaciela rozmowy z siostrą kończyła się kolejną kłótnią, więc osobny podział obowiązków był wręcz wybawieniem.
Właśnie po raz trzeci szorowali wigilijny stół, kiedy Ron odezwał się ponuro.
— Zupełnie nie wiem, o co jej chodzi. Przecież chcę dla niej dobrze, nie?
— Wiesz, jest dorosła — odparł Harry, tylko po to, by nikt nie sądził, że był o nią zazdrosny. — Może spotykać się z kim chce.
— No, ale żeby ze Ślizgonem — ciągnął Ron, ze złością zeskrobując zaklęciem zaschnięty wosk. — Tak sobie pomyślałem… nie wydaję ci się, że ona lubi… no wiesz.
— Nie?
— Czarnoskórych — wyjaśnił przyjaciel, a Harry spojrzał na niego zdumiony. — Najpierw Dean, a teraz ten cały, Jak Mu Tam, Zabini…
— Um, no tak — wymamrotał. Ostatnim, o czym miał ochotę rozmawiać, to preferencje swojej byłej dziewczyny. — Może tak.
W tym samym momencie rozległ się dźwięk teleportacji i pojawili się przy nich Fred i George.
— Co tam, Mon-Ron? — zagadnął wesoło jeden z bliźniaków. — Znowu przeżywasz związki naszej rozchwytywanej siostrzyczki?
— Mówiłem ci — warknął przyjaciel. — Jeszcze raz mnie tak nazwiesz…
— To na pewno bardzo tego pożałuje — dokończył drwiąco Fred i razem z Georgem zaśmiali się. — Swoją drogą, myśleliśmy, że jak już sobie znajdziesz dziewczynę, to przestaniesz tak interesować się innymi…
— Och, zamknijcie się — burknął Ron. — To nie moja wina, że Ginny wybiera samych idiotów. — Rzucił przepraszające spojrzenie Harry’emu. — Oczywiście poza tobą, stary.
Ten sam moment Ginny wybrała sobie, żeby wychylić się z kuchni. Stanęła w drzwiach, mierząc ich groźnym spojrzeniem.
— Słyszałam to — warknęła, trzymając się za boki i do złudzenia przypominając swoją matkę. W ręce ściskała nóż, przez co wyglądała trochę niebezpiecznie. — Już ci mówiłam, że to nie twoja sprawa. Mogę…
— …robić co chcę — wtrącił George, przedrzeźniając ją.
— …z kim chcę… — dołączył się Fred.
— …jak chcę…
— …i gdzie chcę…
Zanim ktokolwiek zdążył zareagować nóż poleciał w ich kierunku, ale George zdążył rzucić zaklęcie; ostrze rozpłynęło się tuż przed jego twarzą w zetknięciu z niewidzialną barierą. Ginny potrząsnęła głową i na odchodnym rzuciła przez ramię:
— Dupki.
Harry nie wiedział, czy miała na myśli tylko bliźniaków, czy całą ich czwórkę. Zresztą, to bez znaczenia. Najważniejsze, że przez ich rozstanie jej bracia wciąż traktowali go normalnie. Właściwie wydawali się sądzić, że to wina Ginny, a nie jego, a on jakoś nie miał ani potrzeby, ani sposobności wyjaśnić, że było inaczej.
— Co za charakterek — skomentował bliźniak, odprowadzając siostrę spojrzeniem. — Przysięgam, ona będzie gorsza niż mama.
— Nie przesadzajcie — wtrącił Harry, siląc się na neutralny ton. — Nie jest taka zła.
Fred poklepał go po plecach z przesadnym wyrazem zrozumienia na twarzy.
— Daj spokój, staruszku. Nic dziwnego, że z nią nie wytrzymałeś.
Zanim zdążyłby zaprzeczyć bliźniacy oddalili się. Czuł się z tym trochę… niewygodnie. Ginny nie zasłużyła na taką surową ocenę; zostawił ją nie przez trudny charakter, lecz grożące jej niebezpieczeństwo, albo, jak ostatnio się przekonał, przez to, że… pociągał go Malfoy. Chłopak. Ta myśl wciąż trochę go niepokoiła, a fakt, że nie mógł się nikomu zwierzyć, tylko to pogłębiał.
— Nie dlatego się rozstaliśmy — mruknął do Rona, czując potrzebę wytłumaczenia się.
Przyjaciel wzruszył ramionami.
— Wiem — stwierdził i odchrząknął z zakłopotaniem. — Nie zawsze wszystkim wychodzi. Trzeba się… dopasować. — Nie były to słowa, które kiedyś by wypowiedział, ale w końcu wszyscy nieustannie się zmieniają. Nawet Ron. Czerwony po koniuszki uszu pochylił się ku Harry’emu i konspiracyjnie wyszeptał: — Myślisz, że my z Hermioną… pasujemy do siebie? To znaczy, wiem, że ciągle się kłócimy i w ogóle, ale… jak myślisz?
Z wrażenia prawie wypuścił różdżkę z ręki. Prawdopodobnie był ostatnią osobą mogącą udzielać porad na temat związków i dopasowania. Z Cho mu nie wyszło, Ginny zostawił, a Malfoy… cóż, o ich dopasowaniu mógł pomarzyć tak samo, jak i o możliwości jakiegokolwiek związku.
— Ee… myślę, że tak — podsumował, a ponieważ przyjaciel wciąż się w niego natrętnie wpatrywał, sprecyzował. — No wiesz, to coś więcej niż z Lavender. Znacie się, przyjaźnicie od lat...
— Taaak — zgodził się Ron, wyraźnie uspokojony odpowiedzią. — To coś więcej.
Reszta dnia minęła na luźnych rozmowach i dopinaniu wszystkiego na ostatni guzik. Cieszył się, kiedy podano do stołu i w końcu można było w spokoju usiąść. Po zjedzeniu nadziewanego indyka podanego z pieczonymi ziemniakami, brukselką i zielonym groszkiem, przyszedł czas na cukierki, wyśpiewujące przy rozpakowywaniu śmieszne wierszyki. Gdy jego brzuch niemal eksplodował z przejedzenia, podano płonący pudding – jedno ze smaczniejszych dań, jakie kiedykolwiek jadł. Aż w końcu najedzony i szczęśliwy rozłożył się na dużym fotelu, obserwując spod półprzymkniętych powiek pozostałych domowników. Bliźniacy wraz z Ronem grali w eksplodującego durnia, Bill obejmował jednym ramieniem Fleur, pani Weasley wsłuchiwała się w świąteczne piosenki, ciągle kursując między salonem a kuchnią, a Ginny zaśmiewała się z czegoś z Tonks. Harry zerknął w lewo, przez chwilę przyglądając się Lupinowi pogrążonemu w dyskusji z panem Weasley'em. Kiedy uwaga taty Rona przeskoczyła na Billa opowiadającego o mugolskich telefonach, Harry przysiadł się do Lupina. Wyglądał na wykończonego. Spostrzegając, że jest obserwowany, odwzajemnił spojrzenie. Przyglądał mu się z namysłem i po chwili, jakby z wahaniem, położył maleńką paczuszkę na kolanach chłopaka. Harry przekręcił głowę, patrząc to na prezent, to na byłego nauczyciela. W końcu nieprzyzwyczajony do przyjmowania podarunków, odezwał się z zakłopotaniem:
— Dziękuję.
Mężczyzna wyglądał na równie zmieszanego, co i on, bo wzruszył nerwowo ramionami, nie patrząc mu przy tym w oczy.
— Rozpakuj go. To nic wielkiego, ale… należało do Syriusza. — Na dźwięk znajomego imienia, serce Harry'ego ścisnęło się boleśnie. Lekko drżącymi palcami rozsunął ozdobny papier. Mały, nie większy niż pół palca, srebrny amulet lśnił w jego zwojach. Miał prostokątny, zaokrąglony przy krańcach kształt i środek wykonany z przeźroczystego szkła, w którym pływała szafirowo-czerwona ciecz. Spojrzał na mężczyznę z pytaniem w oczach. — Gdy pewnego razu, za czasów nauki w Hogwarcie, pokłóciłem się z Syriuszem, znalazł i rozpracował magię tego amuletu. Domyślasz się o co była sprzeczka? — Harry pokręcił przecząco głową, a Lupin westchnął. — Ja sam dokładnie nie pamiętam, ale wiem, że wykrzyczałem mu wtedy, że nie ma pojęcia, jak to jest, że nie wie co przeżywam podczas zmiany… Nie minął miesiąc, a pokazał mi ten amulet. To co w nim pływa to częściowo moja krew. Dzięki niej, przy odpowiednim natężeniu światła księżyca, trzymając go w ręce Syriusz mógł odczuwać mój ból — urwał, błądząc pustym wzrokiem po własnych zaciśniętych dłoniach, aż odchrząknął i popatrzył wprost na Harry’ego. — Nie chciałem się na to zgodzić, ale byłem młody, głupi i egoistyczny, a on posiadał niezwykły dar przekonywania. Zapewne zastanawiasz się, dlaczego niby egoistyczny. To bardzo proste. Ani James, ani Peter nie mieli takich amuletów. To było coś tylko naszego, coś, co pozwoliło mi czuć się jego najlepszym przyjacielem.
— Byłeś nim — zapewnił Harry, choć nie mógł mieć o tym zielonego pojęcia.
Mężczyzna słysząc to, uśmiechnął się odrobinę smutno, ale również pobłażliwie - jak do dziecka, które mimo starań niewiele rozumiało.
— Tego nie wiem. Na pewno byłem pierwszym, ale czy najlepszym… — Kolejny, pozbawiony radości uśmiech zagrał na jego spękanych ustach.
Harry powiercił się niezręcznie w fotelu, zastanawiając się, co mógłby odrzec. Co miało do powiedzenia sobie dwoje ludzi, jeden dorosły i wymęczony życiem, a drugi zagubiony nastolatek, ze zbyt wielkim ciężarem na barkach? Przypuszczał, że nic, a może wręcz przeciwnie — wiele, tak wiele, że żadne ze słów nie wydawało się tym odpowiednim, aby wyrazić wszystko, czego chcieli. Zanim zdążył coś odpowiedzieć, Remus wstał i zniknął za drzwiami.
Harry czując ucisk w piersi, postarał się skierować myśli na coś innego. Zauważył, że pan Weasley aktualnie z nikim nie rozmawiał, więc korzystając z okazji, przysunął się do niego. W końcu pracował w Ministerstwie i istniało prawdopodobieństwo, że mógł wiedzieć coś więcej, mieć jakieś informacje, które w szkole przed nimi ukrywano.
— Słyszał pan o tym, co się dzieje w Hogwarcie? — przeszedł od razu do rzeczy.
— Tak — przyznał, upijając łyk ponczu. — Ale nie wydaję mi się, żeby te wszystkie wydarzenia były ze sobą powiązane. W dodatku po poprzednim roku i wybrykach młodego Malfoya szkołę naprawdę dobrze zabezpieczono.
Harry słysząc to poczuł w żołądku nieprzyjemny skurcz. Co, jak co, ale nie lubił pamiętać o tym wszystkim, co Draco wyczyniał. Wolał myśleć, że to przeszłość, albo najlepiej w ogóle wyprzeć te fakty ze świadomości i pozwolić sobie o nich zapomnieć.
— Wiem, ale… wydaję mi się, że zawsze jest jakiś sposób, w który da się przebić przez bariery. Sam Dumbledore mówił, że nie zna wszystkich tajemnic Hogwartu… myślę, że w szkole ktoś jest, ktoś, kto stoi za tym wszystkim. To mi nie wygląda na przypadek.
— Harry, posłuchaj. — Pan Weasley pochylił się ku niemu, teraz mówiąc znacznie ciszej. — Rozumiem twój niepokój, ale to nie dzieje się tylko w Hogwarcie. Ta dziewczyna, Orla Quirke, nie jest jedyną czarownicą, która utraciła magię. — Harry poczuł jak jego twarz tężeje. — To ściśle tajne, więc nie wolno ci tego nikomu powtórzyć… ministerstwo stara się to zatuszować, ale odnotowano jeszcze dwa inne, podobne przypadki. Jednak różnią się tym, że ich magia wróciła.
— Wróciła? — powtórzył Potter, marszcząc czoło.
— Tak. Całkowicie.
Harry zapatrzył się w jęzory ognia w kominku, mając wrażenie, że coś mu umyka, że rozwiązanie jest blisko, na wyciągnięcie ręki… przypomniał sobie słowa Draco, który nie tak dawno, powiedział mu o magii. O tym, że była pierwsza, że to mugole byli jej pozbawieni, a nie czarodzieje nią obdarowani. Że on, Harry, miał jej więcej niż trzech w pełni rozwiniętych czarodziejów…
— Czy to prawda, że magia była pierwsza? — Pan Weasley zamrugał i popatrzył na niego, nie kryjąc zaskoczenia.
— Nikt tego nie wie na pewno, to tylko legendy, pradawne zapiski…
— A jedni faktycznie mają jej więcej, a inni mniej?
— Z tego, co mi wiadomo, nikt nie posiada czujników wykrawających ilość magii we krwi — odparł z cieniem uśmiechu na ustach. — Nie wiem, czy można przeliczyć ją na ilość. Prędzej na rozwinięte umiejętności, dzięki czemu można poznać następny jej stopień.
— A czy swojej magii można się wyzbyć? Przekazać ją komuś innemu?
Teraz pan Weasley wyglądał na zdumionego.
— Nigdy o czymś takim nie słyszałem — powiedział, burząc teorie Harry’ego. — Można ją stracić na skutek chorób i różnych zdrowotno-magicznych powikłań, tak jak choćby Narcyza Malfoy, ale samoistnie się jej wyzbyć… nie sądzę. To co jest niepokojące, to fakt, że Orla Qurike, według magomedyków jest zupełnie zdrowa. Tak zdrowa, że nawet nie mogli jej zatrzymać w Świętym Mungu na dłuższą obserwacje.
Dalszy ciąg dyskusje ucięła im Tonks, trochę za głośno śpiewając kolędę.

Następnego dnia Harry obudził się ze stertą prezentów przy łóżku. Ron, z którym jak zawsze dzielił pokój, już nie spał i dawno już rozpakował swoje prezenty.
— Nic nie dostałem od Hermiony — zauważył ponuro przyjaciel. Przynajmniej siedem opakowań po czekoladowych żabach leżało przy jego nodze. — Myślisz, że zapomniała?
— A co? Tęsknisz za naszyjnikiem „mój ukochany”? — zażartował Harry, szczerząc zęby, za co dostał poduszką w głowę.
— Błagam, nie przypominaj mi tego — jęknął. — I przypadkiem nie wspominaj o tym przy Hermionie. Wciąż się nie cierpią. Naprawdę nie wiem jakim cudem dzielą jedno dormitorium… — W tym momencie drzwi sypialni otworzyły się i stanęła w nich… — Hermiona! — krzyknął z radością Ron, wyskakując z łóżka, by objąć swoją dziewczynę. Kiedy wymienili (jak na gust Harry’ego) przesadnie długi pocałunek, zapytał: — Co tu robisz? Miałaś być u rodziców.
— Och, pomyślałam, że wręczę ci prezent osobiście — odparła z uśmiechem i wcisnęła mu do ręki niewielką paczuszkę. Harry miał nadzieję, że nie zostanie rozpakowana przy nim, bo miał co do niej złe przeczucia. — A to dla ciebie, Harry. Wesołych świąt!
Chwycił swój prezent i szybko go rozpakował. Był to środek pielęgnacyjny do mioteł oraz książka – wnioskując po tytule – rozprawiająca o planowanych modelach. Podziękował jej, biorąc się za rozpakowanie reszty. Wśród prezentów znalazł jak zwykle sweter od pani Weasley z wielkim „H” zdobiącym tors, od Rona dostał nowe ochraniacze do gry, a od bliźniaków zestaw najnowszych produktów Magicznych Dowpcipów Weasleyów. Wśród prezentów dojrzał coś jeszcze. Podniósł pakunek ze zdziwieniem stwierdzając, że… to zwykła kartka. Przyjrzał się jej z bliska, usiłując dojrzeć jakąś instrukcję albo chociaż podpis, ale nic takiego nie znalazł.
— Co to? — zapytał ciekawsko Ron.
— Chyba zapas pergaminu.
Nie prosząc o pozwolenie Hermiona wyrwała mu z ręki kartkę, przyglądając jej się uważnie spod zmarszczonych brwi.
— Nie wydaję mi się, że to zwykły pergamin — stwierdziła tonem znawcy, rzucając kilka zaklęć wykrywających obecność czarnej magii. — Sekunda! — zawołała z podnieceniem, przesuwając opuszkami palców po brzegach kartki. — Tu jest symbol Merlina! Może spróbuj coś na nim napisać — zaproponowała, oddając mu pergamin.
Tak też zrobił. Chwytając ze stolika sowie pióro kapnął atramentem na gładką powierzchnie. Ku jego zdumieniu kleks momentalnie się wchłonął, nie zostawiając po sobie choćby śladu. Spojrzał na swoich przyjaciół, czując coś na kształt niepokoju. Już raz coś takiego widział; pięć lat temu, kiedy znalazł pamiętnik Toma Ridlle’a.
— Czy tylko mi się to kojarzy? — przerwał ciszę Ron.
— Jesteś pewna, że nie ma w tym czarnej magii? — zapytał niepewnie Harry, patrząc na przyjaciółkę.
— Chyba wiem, co to jest — stwierdziła, w zamyśleniu przygryzając wargę. — Wydaję mi się, że to pergamin pochodzący z Drzewa Merlina.
— Z czego? — zapytali obaj równocześnie.
Hermiona przeciągle westchnęła, jakby ubolewając nad głupotą swoich towarzyszy.
— Czy wy dwaj naprawdę nie interesujecie się niczym poza Qudditchem? — Kiedy zgodnie powiedzieli „Nie”, potrząsnęła z irytacją głową. — Jedna z legend głosi, że Merlin został uwięziony w pniu drzewa przez Nimue*. Papier pozyskiwany z tego drzewa pozwala dwojgu czarodziei błyskawicznie ze sobą korespondować. Przez niektórych jest po prostu nazywany komunikatorem. Oczywiście, to bardzo rzadkie i cenne, a wiele czarodziejów nie wierzy, że to drzewo mogłoby przetrwać. Jednak pewne przypadki w historii mówią co innego.
Harry usiłując powstrzymać ogarniającą go radość spojrzał na pergamin. Przychodziła mu do głowy tylko jedna osoba, mogącą podarować coś takiego, ale usiłował nie robić sobie wielkich nadziei, póki się nie przekona. Poza tym sama forma komunikacji wciąż źle mu się kojarzyła.
— Więc… pamiętnik młodego Voldemorta pochodził z tego drzewa?
— Tak sądzę — rzekła powoli Hermiona, siadając na brzegu jego łóżka. — Ale nie zapominaj, że to nie Drzewo Merlina zostało skażone czarną magią, tylko pamiętnik Toma Ridlle’a. Voldemort zrobił z niego horkuksa, sprawił, że dało się rozmawiać zaledwie ze wspomnieniem… Normalnie coś takiego nie było w ogóle możliwe.
Kiedy przyjaciele zeszli na śniadanie, Harry postanowił się przekonać się, czy Hermiona miała rację. Z szybko bijącym sercem, zakazując sobie mieć nadzieję, napisał na pergaminie jedno zdanie.

Pisząc to czuję się jak idiota, ale mam szczerą nadzieję, że nie jesteś Voldemortem.

Czując zawód, że od razu nie pojawiła się odpowiedź schował pergamin do tylnej kieszeni spodni. Przez cały dzień maniakalnie na niego zerkał, pragnąc ujrzeć choćby jedno słowo, ale niestety za każdym razem spotykał go zawód. W końcu, kiedy był bliski przyznania, że ten jeden raz Hermiona mogła się mylić, zobaczył na pergaminie coś, czego z całą pewnością nie on był autorem.

Na Merlina, Potter, zawsze zaczynasz korespondencje w ten sposób? Z Tobą jest gorzej niż sądziłem.
Nie, nie jestem Voldemortem. Nie jestem też Weasleyem, Wielką Kałamarnicą ani żadną z twoich fanek. Za to mogę Ci powiedzieć, że jestem kimś, komu uwielbiasz zwracać głowę. Chyba nawet Tobie nie jest potrzebne więcej informacji. Zanim za bardzo się ucieszysz, wyjaśnijmy sobie jedną sprawę: nie dałem Ci tego z wyrazu sympatii, ale po to, byś przestał wystawać pod naszymi kwaterami. Jak będziesz czegoś chciał po prostu napisz. Byle nie za często.
Ps. Wesołych świąt. Oby były lepsze niż moje.


*


Trzydziesty pierwszy grudnia nastał szybciej, niż Harry by sobie tego życzył. Mając na uwadze zeszły rok i będąc bliski desperacji, zaprosił Lunę. Była rozwiązaniem niemalże idealnym - miła, zabawna, może trochę więcej niż dziwaczna, ale w jakiś sposób mu bliska. Zdawał sobie sprawę, że bez specjalnych starań mógłby zaprosić co najmniej pięć innych dziewczyn, ale nie miał ochoty na bawienie się w nawiązywanie znajomości i, co gorsze, robienie komuś złudnych nadziei. Jakaś jego część wolałaby zostać w zaciszu dormitorium i przespać całą imprezę, bez oglądania tych wszystkich szczęśliwych par, ale co się stało, to się nie odstanie.
Gdy drzwi się otworzyły, a tłum posunął się do przodu, ktoś przy okazji nadepnął mu na szatę i Harry zrozumiał, że to już, że nie ma możliwości odwrotu, a o zakopaniu się pod warstwą kołdry i zignorowaniu całej szopki może jedynie pomarzyć.
Wystrój Wielkiej Sali niespecjalnie różnił się od tego sprzed trzech lat. Tak jak wtedy pomieszczenie sprawiało wrażenie wykutego w lodzie, przezroczystego i śliskiego, ze ścianami mieniącymi się szronem. Cztery długie stoły zastąpiono mnóstwem malutkich szklanych stolików ustawionych z boku przy wielkich choinkach. Z granatowego, usłanego gwiazdami nieba sypał się migoczący jak brokat śnieg, którego płatki topniały kilka stóp nad parkietem. Wszystko to nadawało magicznego klimatu, efektu zamknięcia w zlodowaciałym, kruchym świecie, gdzie każdy, nawet najmniejszy element był ściśle dopracowany. Ruszywszy za tłumem razem z Luną, Ronem i Hermioną, zajęli stolik z dobrym widokiem na scenę. Pomieszczenie błyskawicznie wypełniało się podekscytowanymi, wystrojonymi ludźmi. Patrząc tak na nich, na roześmiane dziewczęta i ich równie entuzjastycznych partnerów, Harry uświadomił sobie coś niepokojącego. Prawdopodobnie za sześć miesięcy już nigdy więcej ich nie zobaczy. Każdy pójdzie w swoją stronę, jedni osiągną obrane cele, inni nie, a jeszcze następni polegną na wojnie.
Poczuł suchość w ustach, a to, co zobaczył w następnej chwili, sprawiło, że skamieniał.
Przez sam środek sali szedł dostojnie Malfoy z Parkinson uwieszoną na ramieniu. Jego długa, ciemno śliwkowa szata o rozkloszowanych rękawach w jakiś niepojęty sposób zgrywała się z krwistoczerwoną suknią brunetki. Harry nie miał pojęcia, ile czasu Draco poświęcił na stanie przed lustrem, ale chyba sporo. Cienie pod jego oczami znikły, a skóra, choć wciąż blada, nie miała już tego chorobliwego odcienia. Dekolt Parkinson zdecydowanie więcej odsłaniał niż zasłaniał, a tren ciągnący się po ziemi nadawał jej wyglądu syreny. Harry z bólem musiał przyznać, że dziewczyna prezentowała się oszałamiająco. Tak oszałamiająco, że w jednej sekundzie zapragnął ją udusić. Jak miałby konkurować z kimś takim? Draco i Pansy byli niemal idealni. Doskonali. Dwie perfekcyjnie wyrzeźbione z lodu połówki, jednakowo zimni i piękni.
— Jeszcze trochę i jej piersi wyskoczą — prychnęła Hermiona, dokładnie w tym momencie, który Pansy wybrała sobie na popatrzenie w ich stronę i posłanie im uśmiechu pełnego wyższości.
Draco, mając minę całkowicie beznamiętną i nie zaszczycając ich choćby spojrzeniem, usiadł przy odległym stoliku razem z Blaisem i Ginny, która wyglądała na nieco skrępowaną.
Kiedy już wszystkie miejsca zostały zajęte, a ostatni lekko zdyszany uczeń pognał do swojego towarzystwa, McGonagall wstała.
— Witam wszystkich! — Magicznie pogłośniony głos kobiety potoczył się po Wielkiej Sali. — Mam przyjemność życzyć wszystkim udanej zabawy... i odrobiny rozsądku. Chciałam również podziękować zespołowi De’mimoz**, który zgodził się uświetniać ten wieczór. — Pomieszczenie rozbrzmiało burzą oklasków. Harry kątem oka zauważył jak wiele dziewczyn, w tym Parvati z Lavender, wyszukiwały wzrokiem wokalisty. — Bawcie się dobrze!
Nagle zgasły światła i jedynym jasnym punktem stałą się scena, na której pojawiła się muzyczna grupa. Żeńska część towarzystwa natychmiast zareagowała; część dziewczyn zaczęła piszczeć, rzucając się w kierunku wokalisty, inne wyciągały ręce, kilka zostało na miejscach.
Kobiety to naprawdę dziwne stworzenia, pomyślał nieco zaskoczony tym nagłym wybuchem zachwytu graniczącego z atakami histerii, Draco przy nich to najmniej skomplikowana osoba jaką znam.
Sala zatonęła w gitarowych dźwiękach, a stoliki zapełniły się jedzeniem i piciem.
— Patrzcie, piwo! — zawołał radośnie Ron i pod sceptycznym spojrzeniem swojej dziewczyny sięgnął po największy kufel.
— Ron, przecież ono nie ma nawet procentów…
— Hermiono — powiedział poważnie rudzielec, z białymi wąsami utworzonymi z piany — błagam cię, nie psuj tej chwili. — Po czym przymykając oczy, wziął sporego łyka.
Przyjaciółka, uśmiechając się lekko, wywróciła oczami.
Po napełnieniu żołądka wykwintnymi daniami i sporą ilością napojów, ludzie zaczęli wchodzić na parkiet, oświetlani niebieskawymi, pulsującymi lampionami trzymanymi przez chochliki. Dzięki gry świateł taneczne ruchu dawały złudzenie urwanych, jak niekompletne klatki filmu. Harry obserwował ich, skrycie marząc, aby kremowe piwo zamieniło się w coś dużo, dużo mocniejszego. Na tyle procentowego, by jego samopoczucie znacznie wzrosło, a ciążące problemy odpłynęły za granice świadomości. Z maniakalnym uporem poszukiwał w podrygującej masie sylwetki Ślizgona, chcąc choć na moment zwrócić jego uwagę. Oprzytomniał dopiero, kiedy Hermiona śmiejąc się i rumieniąc, pociągnęła Rona do tańca.
Tłum w jednym miejscu się przerzedził, tworząc pustą lukę, przez którą Harry zdołał dojrzeć ślizgońską elitę. Zabini jednym ramieniem obejmował Ginny, która zdawała się już nieco bardziej rozluźniona. Nawet zaśmiała się z czegoś, co powiedział do niej Nott, siedzący zdecydowanie za blisko Dracona. Harry z bolesną dokładnością dostrzegał łokieć Notta na ramieniu Malfoya, sposób, w jaki dociskał kolano do jego kolana… Na ten widok Harry poczuł dotkliwie pragnienie odrąbania mu nogi. W pewnej chwili Draco pochylił się nad Teodorem i powiedział mu coś prosto do ucha, na co ten uśmiechnął się i odpowiedział coś, czego Potter nie mógł usłyszeć. Gdzie do cholery podziała się Parkinson? Powinna chociaż udawać, że pilnuje swojego chłopaka. Jednak nigdzie nie było po niej śladu – widocznie już podbijała parkiet.
— Och, to takie smutne — odezwała się niespodziewanie Luna, przyciągając uwagę Harry’ego.
— Co takiego?
— Nie móc przyjść na bal z tym, z kim się chce.
Dobrze, że aktualnie nic nie pił, bo gdyby miał coś w ustach, z pewnością zakrztusiłby się lub, co gorsze, wypluł na siebie całą zawartość.
— Ee, ale ja przyszedłem z tym, z kim chciałem przyjść — zapewnił, zdając sobie sprawę, że zabrzmiało to mało przekonująco. — Zaprosiłem ciebie, a ty się zgodziłaś.
Luna uśmiechnęła się, a kolczyki w kształcie cytryn zadyndały jej w uszach.
— Jesteś bardzo miły, Harry — stwierdziła lekko. — To już drugi raz, gdy zaprosiłeś mnie, jako koleżankę. Ale zawsze lepiej przyjść z kimś, na kim ci zależy. — Luna jak zawsze mówiła prosto z mostu. Nie wiedział, jak zareagować na jej słowa, ale ostatecznie… chyba odrobina szczerości nie mogła mu zaszkodzić? To w końcu oderwana od rzeczywistości Luna, której świat rządził się innymi prawami.
— Czasami to nie jest kwestia naszego wyboru. — Nagle Luna pochyliła się do przodu i zaczęła machać mu przy głowie, jakby coś od niego odganiała. Złapał ją za dłoń i śmiejąc się zapytał: — Co robisz?
— Och, tylko przeganiam gnębiwtryski — wyjaśniła takim tonem, jakby naprawdę wierzyła w to, co mówi. — Strasznie dużo kręci ci się przy uszach. Lepiej je odpędzić zanim zupełnie pomieszają ci w głowie.
Wziął kufel z piwem tylko po to, by stłumić śmiech. Naprawdę, jak mógł żałować, że ją zaprosił? Luna, świadomie lub nie, zawsze potrafiła go rozbawić.
Nie mogąc się powstrzymać, kolejny raz zerknął w kierunku Ślizgonów. Chyba się rozkręcali, bo cały stół zastawiało mnóstwo kieliszków. Draco wraz z Zabinim i Nottem raz po raz wychylali kolejne partie. Wyglądało to na zawody w piciu, niespodziewanie przerwane obecnością Pansy. Zarzucając ręce na szyję blondyna, najwidoczniej usiłowała uprosić go o taniec, w czym gorliwie wspierał ją Zabini, popychając Malfoya. W końcu Draco, wychylając ostatnią porcję i łapiąc zwinnie dziewczynę, ruszył w stronę parkietu.
Harry poczuł, jak coś przewróciło mu się w żołądku. Wiedział, że nie miał żadnego powodu do pretensji, ale i tak z zazdrości ledwo mógł oddychać. Co ten idiota myślał? Jak… jak do cholery w jednej chwili mógł flirtować z Nottem, a chwile później tańczyć ze swoją ustawioną dziewczyną? To było… obrzydliwe. Po prostu obrzydliwe. Harry zdawał sobie sprawę z lekkiego podejścia Malfoya do związków, od kiedy tylko ujrzał to nieszczęsne wspomnienie, ale czym innym była świadomość, a czym innym zobaczenie tego na własne oczy. Z iloma jeszcze osobami bawił się równie beztrosko?
— Ten Draco Malfoy to dziwna osóbka — podsumowała Luna, patrząc dokładnie tam, gdzie Harry. Dziwny to złe, niedostateczne słowo. Popieprzony nawet w pełni tego nie oddawało. — Bywa strasznie nieuprzejmy, ale parę razy widziałam go bardzo smutnego.
Prawdopodobnie tylko Luna mogła określić zachowanie Draco z poprzednich lat, jako „nieuprzejme”. Powstrzymał się przed powiedzeniem czegoś w stylu „po prostu jest dupkiem”.
— Tak, on… ee, ma trudny charakter. — Nie miał ochoty na rozmowy o Draco. Wystarczająco dużo o nim myślał – na śniadaniu, lekcjach, przerwach, przed snem – właściwie w każdej cholernej sekundzie zdawał się mieć jego obraz w głowie. Byłoby miło choć na chwile zapomnieć. Zanim zdążył pomyśleć, słowa same opuściły jego usta: — Masz może ochotę zatańczyć?
— Zatańczyć? — powtórzyła zaskoczona. — Z tobą?
— Um, no… tak.
Nagle uśmiechnęła się promiennie.
— Och, jeszcze nigdy nikt nie poprosił mnie do tańca! Będziemy się przytulać, jak te wszystkie pary?
Nie wiedział, czy był bardziej rozbawiony, czy przerażony.
— Myślę że… znajdziemy jakiś lepszy taniec, okej?
— Jasne. Mogę cię nauczyć księżycowych kroków, jeśli chcesz.
Czymkolwiek były księżycowe kroki, nie był pewien, czy aby na pewno chce je poznać. Z drugiej strony… może to lepsze zajęcie od siedzenia i pogrążania się w coraz to bardziej ponurych myślach.
Tańczenie z Luną było nieporównywalnie lepsze od tego na czwartym roku z Parvati. Może powodowała to energiczna, rockowa muzyka, może to, że Krukonka poruszała się w rytm zgodnie z własną zachcianką, a nie sztywnymi krokami, a może (gdyby nie liczyć kolorowych świateł) skrywająca ich ciemność. Czuł się całkiem dobrze nie będąc obserwowanym przez nikogo, a przynajmniej tak długo dobrze, póki Luna nie wzięła sobie za cel nauczenia go wcześniej wspomnianych kroków.
Łącząc dłonie nad głową, okręciła się wokół własnej osi na jednej nodze, a następnie poruszyła rękami jakby latała, przez co przypominała ptaka. Wyglądało to co najmniej… dziwnie i od razu przyciągnęło uwagę kilku osób.
— Bardzo ładnie — skłamał; było to jedyne, co przyszło mu do głowy. — Ale może… spróbujmy czegoś innego, dobra?
Na szczęście Luna przystała ochoczo na propozycje. Przetańczyli cztery kolejne piosenki, podczas których starał się ograniczać dotykanie najbardziej, jak umiał. Z nieznanych sobie powodów odżyło w nim wspomnienie z piątego roku, gdy stał pod jemiołą, a Luna zaczęła mówić o narglach. Kilka utworach później Krukonka stwierdziła, że musi do toalety, co przyjął z ulgą. Taniec nie był zły, ale nie należał do jego ulubionych zajęć.
Pragnąc odetchnąć i choć przez minutę nie być potrącany z każdej możliwej strony, oddalił się w kierunku ściany. Oddychanie sprawiało problem przez ciężkie, wypełnione zapachem potu i duchotą powietrze. W głowie do tego stopnia wirowało mu od migających, nienaturalnych świateł, że musiał powstrzymać się, by nie ukryć twarzy w dłoniach. Niewyraźnym, lekko zamglonym spojrzeniem zarejestrował tacę z kieliszkami, niebezpiecznie podskakującą na wysokości bioder. Musiał minąć moment, aby zorientował się, że to skrzat ją trzyma. Zadowolony z możliwości skosztowania czegoś niebędącego przeklętym kremowym piwem i mającego jakieś procenty, sięgnął po kieliszek. Napój okazał się całkiem dobrym szampanem i, sącząc go nieco zbyt łapczywie, spostrzegł Hermionę usiłującą odebrać alkohol jednemu ze skrzatów.
Niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią, pomyślał z rozbawieniem.
W tej samej chwili ktoś stanął za nim, zasłaniając mu oczy. Ciepły oddech owiał ucho wywołując wzdłuż kręgosłupa mimowolny dreszcz, a następnie usłyszał znajomy głos.
— Zgadnij, kto to.
— Niech pomyślę: czyżby Draco?
Chłopak puścił go, przechodząc do przodu i uśmiechając się zdecydowanie zbyt promiennie.
A niektóre rzeczy zmieniają się bezpowrotnie.
Harry znał ten uśmiech. Powoli rozświetlał twarz Ślizgona, odejmując mu lat, oczom nadając błysk, a całego jego czyniąc znacznie bardziej przystępnym. Właśnie takim uśmiechem obdarzył go Draco wtedy, w przeklętym Feniksie, kiedy wypił o wiele za dużo. Widział, jak Malfoy uśmiechał się w ten sposób do innych, gdy chciał się podlizać lub ująć kogoś urokiem osobistym. Uśmiechał się tak do nauczycieli, do Pansy, do Notta i Merlin jeden wie, do kogo jeszcze. Ale nigdy nie uśmiechał się tak do Harry’ego, a przynajmniej nie, gdy był trzeźwy.
Ślizgon najwyraźniej zdjął szatę, bo aktualnie miał na sobie jasną, aksamitną koszulę o podwiniętych do łokci rękawach i eleganckie spodnie, wyglądające jak uszyte specjalnie dla niego. Szczerze mówiąc, Harry nie zdziwiłby się, gdyby tak właśnie było. W tym świetle jego niemal białe włosy sterczały jak nigdy, a oczy lśniły czymś dzikim i radosnym. Cała złość, która dotąd kumulowała się w Harrym nagle wyparowała.
— Dzięki za prezent — powiedział, czując się więcej niż winny, że sam nie pomyślał o jakimś świątecznym podarunku dla Malfoya. — Jest wspaniały. I… przepraszam, że ci niczego nie dałem.
Draco machnął lekceważąco ręką.
— Nie przejmuj się, dobre maniery to ostatnie, czego spodziewałbym się po tobie. I nie musisz się samobiczować — stwierdził lekko. — Sam wymyślę dla ciebie jakąś odpowiednią karę.
— Um. Karę?
— Tak, Potter, karę. W odpowiednim czasie.
Harry wolał nawet nie wyobrażać sobie, co mógł wymyślić Ślizgon. Na pewno coś znacznie gorszego od włamania się do pokoju nauczycielskiego. Draco przysunął się tak, że ich ramiona zetknęły się ze sobą i zajrzał mu ciekawsko przez ramię.
— Czy to szampan? Grzeczne, złote dziecko Gryffindoru chce się tym upić? Litości. — Sięgnąwszy do kieszeni, wyjął zdobioną, srebrną piersiówkę i wcisnął mu ją w dłoń. — Lepiej spróbuj tego. — Nie potrzebując specjalnej zachęty, Harry napił się, a przyjemne ciepło spłynęło w dół. W następnej sekundzie krtań paliła go niemiłosiernie, oczy zaszły łzami i pomyślał, że jeszcze chwila i chyba się udusi. — Wziąłem z zapasów ojca. Jest zawsze pełna, bez znaczenia ile byś wypił — poinformował go z zadowoleniem Draco.
— Z zapasów… ojca…? — spytał słabo Harry. — Przecież to może być zatrute!
— Zaraz się przekonamy.
Tym razem Gryfon zakrztusił się naprawdę.
Malfoy poklepał go po plecach i Harry musiał użyć całej siły woli, aby powstrzymać swoje chętne ciało przed wygięciem się w kierunku tej ręki. Merlinie. Malfoy powinien natychmiast przestać. Dotykanie go teraz, gdy alkohol zaczynał powoli krążyć we krwi było co najmniej ryzykowne. Do tej pory Harry nigdy jakoś specjalnie się nie upił, więc nie potrafił ocenić swoich poprocentowych reakcji. A co jeśli by…? Boże, nie. Musiał przestać o tym myśleć, odczuwać i przede wszystkim pragnąć. A jeszcze lepiej, gdyby Draco przestał zachowywać się w ten sposób. Oczywiście Harry potrzebował jego uwagi, ale Malfoy po alkoholu stawał się zdecydowanie zbyt otwarty, a Harry nie ufał sobie na tyle, by móc ryzykować.
Draco przez chwilę przyglądał mu się z zainteresowaniem podobnym do tego, z jakim naukowiec obserwuje swój obiekt doświadczalny, aż w końcu Gryfon nie wytrzymał i wypalił:
— Co?
— A więc Luna Lovegood — sposób w jaki wypowiedział jej nazwisko już sam w sobie był obraźliwy. — Mogłeś wybrać każdą, Potter, każdą, a ty wolałeś Pomylunę.
Harry słysząc to, spiął się w sobie.
— Nie obrażaj jej — warknął, a jego zły humor powrócił. Tylko po to, by mu dokuczyć, dodał: — Masz więcej wspólnego z Ronem, niż mógłbyś sobie wyobrazić.
Draco, który właśnie pił, zakrztusił się, a gdy tylko otarł usta dłonią, spytał z oburzeniem:
— Coś ty powiedział, Potter? — Harry wzruszył ramionami. — Jeszcze nikt, w całym moim życiu tak mnie nie obraził, zdajesz sobie z tego sprawę?
— Ron dokładnie to samo powiedział o Lunie rok temu, kiedy zaprosiłem ją na imprezę do Slughrona.
— Być może ten jeden raz Weasley miał rację — skomentował Malfoy, a Harry zacisnął usta w cienką linię. — Więc zanosi się na małą integrację? — zapytał, wbijając mu łokieć w bok.
— Na co?
— Och, no wiesz, bliższe poznanie się w jakimś odosobnionym miejscu — Mrugnął do niego porozumiewawczo, a Harry poczuł prawdziwe mdłości.
— Nie — odparł ostro, nic nie potrafiąc poradzić na nagłe ukłucie gniewu. Nie chciał z nim o tym rozmawiać. Ani teraz, ani nigdy. — Na żadną integrację się nie zapowiada. Jest tylko moją koleżanką.
— Koleżanki są całkiem przydatne — powiedział Draco, jakby w ogóle nie uwierzył w ani jedno jego słowo. — Szczególnie te, które nie ciągną przed ołtarz.
Ale przecież twoją specjalnością są koledzy, chciał powiedzieć, ale w ostatniej ugryzł się w język.
A może… może to oznaczało coś innego? Może Malfoy sugerował, że wciąż sypiał z dziewczynami, by utrzymać pozory? Ta myśl sprawiła, że Harry wyrzucił z siebie coś równie złego:
— No tak, za to Parkinson to pełen pakiet — Czuł frustracje wywołaną własnym napięciem, chęcią wyładowania się, niemożliwością położenia na nim rąk i sięgnięcia do szczupłego ciała. — Ciągnie i tu i tu, no nie?
Oczy Draco rozbłysły jakby dokonał jakiegoś przełomowego odkrycia.
— O. Mój. Boże. — Przy każdej krótkiej pauzie dźgał go palcem w żebra. — Ty jesteś zazdrosny. — Harry był pewien, że jeśli Malfoy powiedziałby coś jeszcze to umarłby z totalnego, przygniatającego wstydu. Draco się domyślił, wiedział, znał prawdę. Co miał teraz zamiar zrobić? Wyśmiać go? Zerwać ich znajomość? A może rozgadać całej szkole? Kiedy scenariusze najróżniejszych ślizgońskich tortur zaczęły przemykać mu po głowie, blondyn dodał: — Właśnie będziesz miał okazję jej powiedzieć. Idzie tu.
Jej? — powtórzył zdumiony.
Draco popatrzył na niego, jak na kogoś, komu brakowało piątej klepki. Gryfon obawiał się, że w ostatnim czasie cierpiał na niedostatek wszystkich.
— Pansy, oczywiście. Co prawda, szczerze cię nie cierpi i, gdyby miała możliwość, utopiłaby cię w łyżce wody, ale cóż, jeśli nie zwymiotuje na sam twój widok, to będzie spory postęp.
On z Parkinson? Miałby odczuwać zazdrość o to coś? Tak, dziś wyglądała naprawdę dobrze, ale… jej twarz! Spłaszczona, z wiecznym grymasem i durny, nosowy rechot… nawet najlepsza kreacja świata nie mogła uczynić z niej choćby znośniej.
Z nieodpartym wrażeniem, że sytuacja wymykała się spod kontroli, przybierając coraz to bardziej absurdalne obroty, jego usta powiedziały bez użycia świadomości:
— Kto powiedział, że chodziło mi o nią? — Natychmiast zapragnął odgryźć sobie język.
Mina Draco uległa diametralnej zmianie. Gdzieś znikło całe zadowolenie, pozwalając zastąpić się czymś pustym i zimnym, czymś, co Harry oglądał przez te wszystkie lata. Ślizgon odwrócił głowę tak, że Harry widział na tle świateł jego profil. Uświadomił sobie, że czekał. Chyba na cios, albo jakąś trafną, raniącą obelgę, ale nim cokolwiek zdążyło się stać, pojawiła się Pansy, wieszając się na szyi Dracona.
— Draco… — wymruczała, jedną z dłoni przykładając mu do karku, a palcami drugiej muskając szczękę. Stając na palcach i kompletnie nie zwracając na Harry’ego uwagi, otarła się policzkiem o jego policzek. — Uzależniasz mocniej niż eliksiiiir… jesteś ostrzejszyyy niż igłaaa — zaśpiewała swoją wersje właśnie granej piosnki, najwidoczniej mocno już pijana.
Blondyn, uśmiechając się nieco pobłażliwie, objął ją ramieniem.
— Opiłaś się — powiedział stanowczo zbyt troskliwym tonem i Harry poczuł, jak zazdrość z wściekłością zawrzała tuż pod skórą, sekundę później eksplodując w głowie.
Parkinson wyciągając ku górze szyję, pocałowała Draco. To było niczym spowolnienie oglądanego filmu, czas zdawał się płynąć całą wieczność, wyostrzając szczegóły. Z masochistycznym bólem patrzył na jej ręce, niecierpliwe i pewne, przemykające wzdłuż szyi po kark. Na jedną z dłoni Draco umieszczoną gdzieś pomiędzy zakończeniem pleców, a pośladkami dziewczyny i drugą muskającą jej udo. Na ich sklejone w pocałunku usta, poruszające się z wprawą i namiętnością - w którymś momencie dostrzegł nawet skrawek języka.
Harry uświadomił sobie, że się gapi, zrozumiał też, że nigdy przez te wszystkie lata, nie widział Malfoya w równie intymnej sytuacji. W każdym razie nie na żywo. Tego było za wiele. Czuł rozsadzającą go od wewnątrz furię, niemożliwą do opanowania chęć wyszarpania jej za te ciemne kudły i… Nie. Stop. Musiał się natychmiast uspokoić. Ale spokój był w tym momencie czymś nieosiągalnym. Jego żołądek skręcał się na wszystkie możliwe strony, a sprzeczne uczucia wirowały. Miał rozpaczliwą ochotę na rozpłynięcie się w powietrzu i jednocześnie zrobienie dziewczynie czegoś złego, bolesnego, co zapamiętałaby na bardzo długo. Zacisnął spocone palce na piersiówce i napił się. A potem jeszcze raz i jeszcze, i gdy po pewnym czasie stało się jasne, że zamiast przestać coraz bardziej się rozkręcali, a wstrętne palce Parkinson zaczęły rozpinać kołnierzyk koszuli Malfoya, po prostu nie wytrzymał.
Chwiejnie ruszył przed siebie, przeciskając się przez tańczący tłum.
Świat wirował, podłoga drgała, przed oczami latały czerwone plamy. Było to doznanie porównywalne do jazdy kolejką, wszystko zamieniało się w niezrozumiały, przytłaczający chaos. Ludzie, wszędzie ludzie, potrącający, depczący, mówiący coś do niego…
Kto powiedział, że niebo jest w piekle?
Czy to może być piekło? O tak, o tak, o tak…***

Wziął kolejny łyk, pragnąc zagłuszyć graną piosenkę, ogłuchnąć na otaczający go śmiech, przestać czuć buzujące w nim wściekłość wymieszaną z bezsilnością.
Alkohol znacznie łagodził odbieranie bodźców, odgradzając go mętną zasłoną od rzeczywistości. Przycisnął drżące palce do gorącego policzka. Urywki zapamiętanych obrazów przemykały mu pod powiekami, nie znikając niezależnie od tego, ile by wypił. Widział Parkinson wciskającą się w Draco tak mocno i blisko… Mogła mieć Malfoya na własność, kiedy tylko chciała, a on jej na to pozwalał, bo był popieprzonym dupkiem, stawiającym grę pozorów ponad wszystko inne. I to, jak ostentacyjnie ją całował, wiedząc już, że Harry… Och, Merlinie. To było za dużo. Poczuł, że jeszcze chwila i naprawdę zwymiotuje.
W tej samej chwili wpadł na kogoś. Kiedy uniósł głowę, rozpoznał Teodora Notta. Wprost... cudownie.
— Chyba powinieneś lepiej pilnować swojego chłopaka — rzucił z wściekłością Harry, kompletnie nie panując nad swoim językiem.
Oczy Notta rozwarły się w szoku.
— Mojego… chłopaka? — powtórzył wstrząśnięty. — Skąd ty…
— Nieważne skąd. Wszyscy jesteście tak samo pierdolnięci — powiedziawszy to, chciał wyminąć Ślizgona, ale ten zatrzymał go w pół kroku.
— Nie jest moim chłopakiem — oznajmił, a zdumienie chyba go opuściło, bo prócz lekkiego zażenowania wyglądał całkiem normalnie. — To tylko zabawa. Jeśli znasz jej reguły, to albo w nią grasz, albo nie. — Te słowa wcale nie załagodziły gniewu Harry’ego. Jeśli znasz reguły… reguły. Kurwa, jakby to nie było życie, tylko jakaś gra. Jakim człowiekiem trzeba być, by w ten sposób postępować? Już zamierzał odejść, ale kolejny raz zatrzymał go głos Notta. — Potter. — Obrócił się, obdarzając chłopaka jeszcze jednym, gniewnym spojrzeniem. — Nie sądzę, byś miał powody do zazdrości. Draco i tak myśli tylko o tobie.
Harry poczuł, jak uszło z niego całe powietrze. Czy to, co usłyszał, było tym, co sądził, że usłyszał?
— On ci tak powiedział?
Nott uśmiechnął się w dziwny sposób.
— Nie musiał. — Odwrócił się na pięcie i zniknął w roztańczonym tłumie.
Stojąc po środku sali, zszokowany, z czymś na kształt zadowolenia kiełkującym w piersi, uświadomił sobie, że musiał wyglądać jak idiota. Cały gniew, który przedtem czuł, gdzieś wyparował. Nie wiedział, co o tym myśleć. Słowa Notta… niby skąd mógłby o czymś takim wiedzieć? Nawet nie przyjaźnił się z Malfoyem. A Draco… nie zachowywał się w stosunku do Harry’ego w jakiś zachęcający sposób. Nie licząc tego jednego razu na zamarzniętym jeziorze, to zawsze on, Harry, robił coś… coś, odbiegającego od zwykłej normy. I zawsze, zawsze, Malfoy tylko stał i patrzył, wyglądając na zszokowanego, i… Jeśli naprawdę odwzajemniał zainteresowanie Harry’ego, to dlaczego nic nie zrobił? Co jak co, ale Draco nie należał do nieśmiałych osób.
— Och, tu jesteś! — Luna złapała go za skrawek szaty, wyrywając z ponurych myśli. — Chyba tym razem dopadło cię całe stado gnębiwtrysków.
Harry parsknął nagle bardzo rozbawiony słowami dziewczyny.
O tak, Luna, pomyślał, gnębiące wytryski, to coś, co dopada mnie ostatnio stanowczo za często.
Spojrzała na niego, by za chwilę przenieść wzrok na piersiówkę ściskaną w dłoni i na niewyraźnym obliczu dziewczyny pojawiło się zrozumienie.
— Chodź, pójdziemy do stolika i spróbujemy je odgonić — zaproponowała.
— Nie… cze-czekaj. Możemy chwilę potańczyć? — zabrzmiał o wiele mniej trzeźwo, niż przewidywał. — Nie chcę wysłuchiwać kazania Hermiony… No wiesz… „jak mogłeś się upić, to niezgodne z regulaminem, bla,bla bla…”
Luna zaśmiała się, ale bez słowa krytyki pociągnęła go na środek parkietu. Nie powinien jej obejmować, a jednak zrobił to. Ofiarowała mu ciepło, bliskość i namiastkę pocieszenia. Gdy tak tańczyli, obracając się wokół osi, przysiągł sobie, że nie dotknie jej w żaden niewłaściwy sposób. Luna z całą swoją dobrocią i dziwacznością zasługiwała na więcej, niż bycie czyimś substytutem.
Po ich prawej stronie pojawił się Draco z Pansy, tańczący w sposób, który powinien zostać zakazany. Niebiesko-fioletowe refleksy przesuwały się po ubraniu i włosach chłopaka, co jakiś czas zamieniane na krótkie i szybkie błyśnięcia czegoś jasnego, przypominającego mugolski flesz. Harry zastanowił się, czy Malfoy robił to specjalnie, bo lubił go prowokować, czy może naprawdę miał go tak bardzo gdzieś. Przecież po tym, co dziś Harry mu powiedział… nie mógł nie domyślić się prawdy.
— Mam dość — mruknął.
— Tańca?
— Fszyz…wszystkiego — wymówił, starając się brzmieć wyraźnie.
Wrócili do stolika, przy którym, dzięki Merlinowi, nie zastali Rona z Hermioną. Po chwili dostrzegł ich tańczących w rytm jakiejś wolnej, romantycznej piosenki. Przytuleni do siebie zdawali się nie zważać na cały otaczający ich świat.
Siedząc tak i wciąż pijąc, Harry doszedł do wniosku, że jego przyjaciele mieli szczęście. Byli tacy… normalni. Nie musieli się przed nikim kryć, niczego udawać… Nawet, gdyby stał się cud i Malfoy, faktycznie odwzajemniałby zainteresowanie Harry’ego, to nigdy nie wyglądałoby w ten sposób, prawda? Nigdy nie mogliby tak po prostu… To nie wchodziło w grę. Nie tylko dlatego, że Harry był tym, kim był, nie tylko dlatego, że świat pewnie nigdy by tego nie zaakceptował (nie żeby Harry’emu zależało na tej opinii), ale dla Draco chyba nie istniało nic ważniejszego niż pozory. I miał się ożenić.
Harry jęknął i ukrył twarz w dłoniach.
W co ja się najlepszego wpakowałem?
Niby w nic, a jednak tkwił w bagnie po kolana. Po prostu powinien zapomnieć. Właśnie tak. Dać sobie spokój. Poza tym, w aktualnych czasach i tak nie powinien wdawać się w żadne związki ani tym bardziej sekretne romanse, bo gdyby tylko dotarło to do Voldemorta…
Luna przeprosiła go i oznajmiła, że idzie się położyć, ale pogrążony w myślach i piciu, ledwie zwrócił na to uwagę.
Zresztą, o czym on w ogóle myślał? Jak mógł chociaż rozważać zrobienie z Draconem czegokolwiek, skoro była Pansy. A Harry nie był dupkiem. Nie mógł być. Chyba.
Skrzywił się na ostatnią myśl.
W tej samej chwili wokalista zespołu odtworzył piosenkę, którą Harry niegdyś słyszał w mugolskim radiu i której wuj Vernon z całego serca nienawidził.
To rodzaj magii
Rodzaj magii
Jeden sen, jedna dusza, jedna nagroda, jeden cel
Jedno złote spojrzenie, co powinno się zdarzyć
To rodzaj magii
Jeden snop światła, który wskazuje drogę
Żaden śmiertelny człowiek nie może przeżyć tego dnia
To rodzaj magii
Dzwon, który dzwoni w środku twojego umysłu
Jest wyzwaniem drzwi czasu
To rodzaj magii
Oczekiwanie wydaje się wiecznością
Dzień rozsądku nadejdzie
Czy to rodzaj magii
To rodzaj magii
Może być tylko jeden
Ta wściekłość, która trwa tysiąc lat
Wkrótce znajdzie koniec
Ten płomień, który pali mnie wewnątrz
Słyszę w tajnych harmoniach
To rodzaj magii****


W tym samym momencie Draco opadł na krzesło obok niego. Był spocony i jeszcze bardziej wstawiony niż przedtem. Zanucił pod nosem piosenkę, a Harry słysząc to, zaśmiał się.
— Zdajesz sobie sprawę, że to mugolska piosenka?
Draco prychnął.
— Zawsze musisz wszystko psuć, Potter? — zapytał, pstrykając palcami, a po chwili pojawił się przed nim drink.
— Tak tylko mówię. Uznałem, że może chciałbyś wiedzieć. W końcu tak bardzo gardzisz wszystkim, co mugolskie.
— Och dobrze, już dobrze — westchnął Draco, brzmiąc na pokonanego. — Muszę przyznać, ale tylko dlatego, że za dużo wypiłem i mam dobry humor, że nie wszystko, co mugolskie, jest takie złe.
— Łał. Draco Malfoy, początkujący miłośnik mugoli.
— Za…zamknij się, Harry — powiedział, a po chwili, gdy widocznie dotarło do niego własne słowa, sprostował: — Potter. Ironia do ciebie nie pasuje — stwierdził, wpatrując się w drinka trzymanego przez Gryfona. — Hmmm, zamierzasz ją jeść? — wskazał na wiśnię, którą ozdobiono brzeg szklanki.
— Nie. Chcesz? — Draco skinął głową, a Harry nabił owoc na rurkę i podał mu ją. Draco zamiast go wziąć, pochylił się i chwycił wiśnie między zęby. Serce Harry’ego na moment zamarło, właściwie cały skamieniał. Wciąż trzymając wyciągniętą rękę, tylko siedział i gapił się na Draco. Draco, który oblizał wargi w zanadto zmysłowy sposób, zostawiając na nich wilgotny ślad.
— Co? — zapytał Ślizgon całkiem niewinnie.
Dlaczego, do cholery, to robisz?, chciał zapytać, ale w zamian powiedział głosem nieco zbyt ochrypłym:
— Nie, nic.
Powinien wziąć się w garść, to w końcu nic takiego, a jednak… nie potrafił przestać zastanawiać się, czemu Draco zachowywał się w ten sposób. Jaki miał cel? Drażnił go? Sprawdzał? A może naprawdę niczego się nie domyślał?
Poczuł szturchnięcie w ramie i niezbyt przytomnym wzrokiem spojrzał na Malfoya.
— Ćwiczysz tą minę zbitego psa?
— Być może — odparł Harry, ostatnie, na co mając ochotę to zgłębianie powodów jego złego humoru.
— I zamierzasz tak siedzieć i smęcić?
— Tak właśnie. Masz z tym jakiś problem?
Draco przyglądał mu się z dziwną miną – mieszaniną determinacji oraz troski.
Och świetnie, pomyślał smętnie Harry, Niech jeszcze bardziej pomiesza mi w głowie.
— Albo z tym skończysz, albo ja o to zadbam.
— Powodzenia — mruknął Potter.
Draco niespodziewanie wstał i chwycił Harry’ego za przegub, ciągnąc go ku górze. Gryfon, zbyt zaskoczony i wstawiony, poddał się temu.
Kiedy tylko wstał, zauważył, że świat wciąż trochę za bardzo się chwiał, a twarz Ślizgona była niezbyt wyraźna. Może zgubił okulary? Uniósł rękę, żeby to sprawdzić. Nie, wciąż miał je na nosie, więc dlaczego…
Draco pociągnął go, ale Harry miał tyle przytomności, by zaprotestować.
— No, chodź — zachęcał blondyn.
— Mogę… mogę wiedzieć co zamierzasz?
Malfoy popatrzył na niego, jakby w życiu nie spotkał kogoś równie głupiego.
— Jest impreza. Wiesz co się robi na imprezach? — Oczywiście, że wiedział, ale Draco chyba nie zamierzał… — Właśnie tak. Tańczy.
Pozwalając mu się prowadzić, zastanawiał się, czy opił się na tyle, że miał już halucynacje, czy może to Malfoy był tak pijany, że sam nie wiedział, co robi.
— Jak dużo wypiłeś? — zapytał Harry resztkami przytomności.
— O wiele za dużo! — odkrzyknął radośnie. — Ale kogo to, kurwa, obchodzi? — I bez słowa więcej pociągnął Gryfona w tańczący tłum.
Draco tańczył wspaniale. Lekko, naturalnie, synchronizując swoje ruchy z pulsacją muzyki. Każde potrząśniecie włosami, każdy manewr, gest, oszołamiały Harry’ego do tego stopnia, że zastanawiał się, czy był wstanie wytrwać taki natłok wrażeń. Zdawał sobie sprawę ze wszystkich kierowanych ku nim spojrzeń, ale to nie miało teraz znaczenia. Liczyła się tylko obecność Malfoya, jego źrenice powiększone tak bardzo, że tęczówka stanowiła jedynie cienki, srebrzysty krążek wokół nich. Nieprzytomnie rozważał, czy gdyby zmniejszył odległość, dotknął go tak tylko trochę, nie nachalnie, zniszczyłby tę chwilę? Ślizgon uśmiechając się nieco diabelsko, sięgnął do jego dłoni i odebrał piersiówkę. Odchylając głowę napił się i Harry widział jak gardło chłopaka poruszało się podczas przełykania, odsłonięte i zachęcające do muśnięcia tego wrażliwego fragmentu skóry. Kiedy skończył, nie odrywając od Gryfona spojrzenia, oblizał wargi, zostawiając na nich wilgotny, błyszczący ślad. Harry przełknął ślinę, całkowicie oszołomiony nagłym olśnieniem.
Roziskrzone oczy blondyna, lekki rumieniec u podstawy szyi i nadzwyczajna swoboda - to wszystko wskazywało na jeden, zgubny wniosek.
Najprawdopodobniej Draco był równie pijany, jak on sam.

***


Zdaniem Hermiony ten wieczór należał do jednych z lepszych, w jakich kiedykolwiek uczestniczyła. Ponieważ był to bal mający uczcić wszystkie lata ciężkiej pracy, ich wejście w dorosłość i setki innych powodów, postanowiła nieco przymrużyć oko na regulamin i strumienie alkoholu. Muzyka porywała, z Ronem o dziwo się nie kłóciła, a wszyscy (nawet Harry) wyglądali na szczęśliwszych niż zwykłe. Odpoczywając po tańcu i sącząc drinka, siedziała przy stoliku obejmowana czule przez Rona. Spod zmrużonych powiek obserwowała bawiących się na parkiecie ludzi, odganiając myśl o tym, kiedy ostatni raz była równie beztroska i zadowolona.
— Hermiono, muszę cię o coś zapytać — odezwał się Ron, patrząc z dziwną miną w balansujący tłum. Uśmiechnęła się zachęcająco. — Chodzi o to, że… nie masz czasem wrażenia, że Harry jest…
— Jaki?
— No wiesz. Zadurzony w… Malfoyu? — wyrzucił szybko, ukrywając swoją niepewność sporym łykiem piwa.
Cały dobry humor dziewczyny prysnął niczym bańka, a na jego miejsce wkradł się szok wymieszany z niepokojem.
— Malfoyu? TYM Malfoyu? — powtórzyła zdumiona.
— No, a w jakim innym? — bąknął, wiercąc się na siedzeniu. — To nie jest normalne, że nie gada w ogóle o laskach. Wiem, że miał Cho i Ginny, ale od zeszłego roku…
— …nie mówił o nikim innym tylko o nim — cicho dokończyła za niego.
Mimo granej głośno piosenki, mimo otaczających ich rozmów i śmiechu zamilkli na moment, wyszukując wzrokiem tego samego. Odnalezienie Ślizgona przez jego jasne, w świetle reflektorów niemal białe włosy, nie należało do zadań trudnych. To, co poczuła dostrzegając przy nim Harry’ego, ciężko było nazwać zaskoczeniem.
Wyglądało na to, że świetnie się razem bawili śmiejąc się, pijąc i cóż, tak, w rzeczy samej, tańcząc. Hermiona nagle zatęskniła za czasami, gdy obaj marzyli o pozabijaniu się nawzajem.
— Powinniśmy mu powiedzieć, że… wiemy? — zasugerował cicho Ron, wpatrując się smętnie w pianę.
Czy powinni? Dobre pytanie. A co jeśli sam Harry nie wiedział? Albo, co gorsza, co będzie, gdy Malfoy się dowie? Jak zareaguje?
— Nie wiem, Ron. Nie mam pojęcia.
Nagle, zupełnie wbrew woli, przygniotło ją poczucie winy. Zbagatelizowanie problemu było najgorszą rzeczą, jaką mogła zrobić, a jednak stało się. Przecież widziała manię prześladowczą przyjaciela, która od szóstego roku tylko wzrastała. Widziała, jak spędzał czas na rozmyślaniu o zadaniu Malfoya i może innych, bardziej intymnych rzeczach; widziała ile czasu poświęcał na wyszukiwanie kropki z jego nazwiskiem na mapie; ile sterczał pod ścianą… I czy coś zrobili? Nic, zupełnie nic. Jedynie irytowali się tą niezdrową obsesją, ignorując wszystkie symptomy.
— A myślisz, że Malfoy też… — urwał, zerkając na nią ze źle zamaskowaną zgrozą.
— On… nigdy nie miał dziewczyny — niepewnie zauważyła, a Ron na jej słowa niebezpiecznie pozieleniał. — A do Hogsmeade wybrał się z Nottem.
— Ma Parkinson — przypomniał z nadzieją.
— Tak, ale czy kiedykolwiek zachowywali się jak para?
Oboje wiedzieli, że nie.
W tym samym momencie zdecydowanie zbyt chwiejnym krokiem podeszli do nich Harry z Malfoyem. Nadal z czegoś rechotali i to skłoniło dziewczynę do pomyślenia, czy czasem nie znajdowała się w alternatywnym świecie, w którym przyjaciel trafił do Slytherinu. Ślizgom mało delikatnie popchnął Harry’ego na stołek, a ten, nie trafiając, klapnął na ziemię. Obaj parsknęli i Hermiona ze zgrozą wypisaną na twarzy przyglądała się, jak Malfoy podtrzymując bruneta, pomógł mu wstać.
— Harry, na Merlina, co ta fretka tutaj robi? — syknął Rom, pochyliwszy się do przodu.
Kiedy wzrok Malfoya spoczął na nich, usiłował przybrać pogardliwą minę, ale chyba był zbyt pijany, bo mu to kompletnie nie wyszło.
— Jest ze mną, to znaczy… nie ze mną tylko… — Harry znowu się roześmiał, kładąc policzek na blacie i nakrywając głowę rękami. — Och, błagam… nie każcie mi teraz tego tłumaczyć… — wymamrotał niewyraźnie.
— Odholowuję waszą zgubę, żebyście nie wszczęli akcji ratowniczej — oświadczył Malfoy. — No to ja spadam. — Zamierzał odejść, ale Harry powstrzymał go, łapiąc za nadgarstek. Draco spojrzał w dół i Hermiona miała wrażenie, że wyraz jego twarzy odrobinę złagodniał.
— Może… posiedź z nami? — zaproponował Harry, spoglądając na niego z nadzieją i czymś, co można określić mianem uwielbienia.
Uświadomiła sobie, że obserwowała chłopców zbyt uważnie, prawie maniakalnie doszukując się w każdym, nawet najdrobniejszym geście czegoś nieodpowiedniego, określającego łączącą ich relacje.
Malfoy zmarszczył brwi i uwalniając z ucisku przegub, jednak usiadł.
— Harry — zaczęła wolno i wyraźnie, jakby zwracała się do małego dziecka. — Ty jesteś kompletnie pijany.
Przenosząc na nią mętny wzrok, machnął ciężko ręką.
— Wcale… ani troszeczkę… — odparł z przesadną dbałością wypowiadając słowa, aby naprawdę mogła w to uwierzyć.
Wbiła w tlenionego drania oskarżycielskie spojrzenie, ale ten jedynie podsunął Harry’emu pod nos jeden z ogromnych kufli.
— Chcesz jeszcze? — spytał niewinnym tonem, za który Hermiona natychmiast zapragnęła go zabić.
— MALFOY!!! Chcesz go jeszcze bardziej upić?! — krzyknęła, o mało się nie zapowietrzając. — Mogłabym ci odebrać punkty! To niezgodne z regulaminem, to… to po prostu odrażające. Cokolwiek planujesz, radzę ci przestać.
— Taaak, ciekawe, co planuje — wtrącił Ron, stanowczo źle wróżącym tonem. — Niech zgadnę, Malfoy. Pewnie nie wystarcza ci twój pedałkowaty kumpel Nott, jeszcze Harry’ego chcesz spedalić.
W jednej sekundzie wszystko zdawało się zamrzeć. Muzyka ucichła, brzmienie rozmów oddalało się, zawieszając ich w czasoprzestrzeni. W gęstniejącym powietrzu Hermiona wyczuła echo narastającego problemu. Siedziała tam, zaskoczona, bezczynnie obserwująca nienawiść tężejącą w rysach Malfoy'a, oszołomienie nieco otrzeźwionego Harry’ego i, przede wszystkim, wściekłość Rona.
Och, nie, jęknęła w myślach. Jak mogłeś coś takiego powiedzieć?
Malfoy wyglądał jakby tylko chwila dzieliła go od wyciągnięcia różdżki i rzucenia w Rona Avadą Kedavrą. Ale nie zrobił tego. Nic nie zrobił. Blady, na równi wściekły, jak i zszokowany, obrzucił nie Rona, lecz Harry’ego ostatnim spojrzeniem. Czy to coś w jego oczach, było… zdradą? Nie zdążyła się upewnić, bo jak szybko się pojawiło, tak szybko zniknęło, a Malfoy przywołując swoją szatę, skierował się do wyjścia.
Ci najbliżej siedzący, choć przez muzykę raczej nic nie mogli usłyszeć, i tak spoglądali z ciekawością. Ale to nie miało znaczenia. Najmniejszego. Liczył się Harry patrzący w stronę drzwi, by po chwili, przetarłszy szkła okularów, z drżącą ze złości szczęka, wbić wzrok w Rona.
— Dzięki, Ron. Wielkie, kurewskie dzięki. — nie mówiąc nic więcej, wybiegł za Malfoyem z sali.
Hermiona zagryzała wargi z całych sił. Dotarło do niej, że cokolwiek Harry zrobi, nie będzie to ani przemyślane, ani właściwe.
Pierwszy raz w życiu modliła się, aby nie mieć racji.



*Nimue (inaczej nazywana Viviane, Elaine, Niniane, Nivian, Nyneve) – czarodziejka z legend arturiańskich. W jednej z nich to właśnie ona uwięziła Merlina w pniu drzewa. Cała reszta o Drzewie Merlina i pozyskiwanym z niego pergaminie została domyślona przez autorkę – Nesse.
** De’mimoz – zespół rockowy wymyślony przez autorke. Nazwa wzięła się od stworzenia – demimoz – z cyklu Harry’ego Pottera.
*** Fr. Tłumaczenia piosenki Apollo 440 „Electro gilde in blue” (aczkolwiek jej brzmienie nie ma nic wspólnego z tym, co sobie wyobraziłam, po prostu przypasował mi tekst)
**** A tłumaczenia tej piosenki chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Jednak, jeśli są tu tacy, co jej nie kojarzą, oczywiście jest to utwór „A Kind Of Magic” przecudownego Queen.
Nessa Offline


 
Posty: 53
Dołączył(a): 10 lis 2010, o 00:28

Postprzez Japor » 15 lip 2013, o 11:19

Śledzę to opowiadanie od początku, i z wielką niecierpliwością czekałam na kolejny rozdział. ale po przeczytaniu tego, właściwie nie wiem co myśleć. Do tej pory to Harry był tym, który wydawał się być silniejszą, bardziej zdecydowaną osobą, a teraz ni z gruszki ni z pietruszki, staję się osobą żałośnie, skomlącą o zainteresowanie Malfoya. Jeszcze do niedawna nie zdawał sobie nawet sprawy, że interesują go mężczyźni (= Malfoy), a teraz po prostu sobie życia nie wyobraża bez Draco. Dziwi mnie takie nagłe przejście z osoby, która ledwo ufa Malfoyowi do sytuacji, w której się teraz znalazł (= czyli osoby która jest wstanie wybaczyć mu wszystko bo ten się do niego uśmiechnie, i wystarczy że na niego kiwnie palcem ten gotów lecieć do niego <na złamanie karku>). Nie przemawia do mnie ta jego nagła i całkowita metamorfoza. Jest mało wiarygodna.
Tak samo ma się sprawa z samym Malfoyem. Do niedawna to on po cichu marzył o Harrym, ale nie wierzył, że ten kiedykolwiek mógłby się nim zainteresować, a teraz jak zdobył sobie uwagę Pottera, to on wydaję się być gotowy "przelecieć” każdego, i to nie kryjąc się z tym specjalnie przed Potterem (nie wiem czy to jest jakiś tajny sposób na zdobycia kogoś, na kim ci zależy pokazując mu, że "puszczasz" się na prawo i lewo - naprawdę tego nie kapuję). Nie wiem, dla czego bohaterowie tak komplikują sobie życia za wszelką cenę, i bynajmniej nie świadczy to o ich dojrzałości. Jeszcze mogłabym uwierzyć w takie nielogiczne zachowanie w tedy gdyby oni miel po 14 – 15 lat.
Nie cierpię takiego zbolałego Pottera z miną zbitego psa, który pozwala Draco grać na własnych emocjach. W tym rozdziale ukazałaś Harrego jako beznadziejnego kretyna, takiego, którego ma się ochotę walnąć w łeb i powiedzieć mu «żeby wziął się w garść, i przestał się nad sobą użalać, bo to jest żałosne».
Za to Draco to prawdziwy dupek, bo jeśli z jakiś powodów nie chcę lub nie może być z Potteram to po prostu powinien mu dać „święty spokój” i przestać go prowokować.
Wiem, że ten komentarz może się wydawać nazbyt chaotyczny i emocjonalny, ale pisze to bezpośrednio po przeczytaniu i nie zdążyłam jeszcze ochłonąć.

Mam nadzieję, że w następnym rozdziale jednak pokażesz, że Harry to facet z „jajami” i nie pozwoli sobą tak manipulować.

Pozdrawiam!
Ostatnio edytowano 22 sie 2013, o 20:48 przez Japor, łącznie edytowano 1 raz
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez banialuka » 16 lip 2013, o 20:38

A mnie kreacja Draco się podoba. Jest typowym, tchórzliwym Ślizgonem. Zanim zrobi zdecydowany krok w stronę Harrego, musi się upewnić czy w ogóle jest warto. Jest powolny w działaniu, chociaż, jak wiemy ze wcześniejszych rozdziałów, podoba mu się Harry. Mimo wszystko, zamiast obcować z niedoświadczonym, niepewnym orientacji Złotym Chłopcem, który dopiero co uświadomił sobie, że żywi do niego głębsze uczucie, woli bawić się tak, jak tylko Ślizgoni potrafią - z Nottem, Parkinson i kim tam sobie chce.

Natomiast Harry... Oszalał. Jak mniemam z miłości. Jest to nieciekawy rodzaj szaleństwa. Harry zrobił się za milutki, za potulny, jak wspominała poprzedniczka. Gdzie się podział zbawiciel świata czarodziei, igrający z Voldemortem, odważny i pewny siebie? Nawet miłość aż tak nie wpływa na charakter (chyba) :)

Mimo wszystko bardzo mi się podoba i z niecierpliwością czekam na kolejną odsłonę przygód tej dwójki, szczególnie, że Harry pobiegł za Malfoyem, a Hermiona ma swoje niezawodne przeczucie! ;)
banialuka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 40
Dołączył(a): 16 cze 2012, o 18:42

Postprzez gyniol » 16 lip 2013, o 22:24

Mi również się podoba, ale o tym wiesz, bo piszę to po prawie każdym dodanym rozdziale.
Co do uległości Pottera - nie zapominajmy, że jest on nastolatkiem. Do tego takim, który wychowywał się w komórce pod schodami z nienawidzącym go wujostwem. Czy człowiek będąc zakochanym zachowuje się racjonalnie?
Draco - tak jak pisała koleżanka wyżej - testuje, sprawdza czy Harry jest warty kłopotów i zaangażowania.

Czekam niecierpliwie na kolejny rozdział i wielkie dzięki za wstawienie tego :)))
" - Z miłością jest jak z kolką nerkową. Dopóki cię nie chwyci atak, nawet sobie nie wyobrażasz, co to takiego. A gdy ci o tym opowiadają, nie wierzysz
- Coś w tym jest - zgodził się wiedźmin
- Ale są i różnoce. Przed kolką nerkową rozsądek nie chroni. Ani jej nie leczy
- Miłość kpi sobie z rozsądku. I w tym jej urok i piękno.
- Głupota raczej"
"Pani Jeziora" A.Sapkowski
gyniol Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 20
Dołączył(a): 4 lis 2012, o 12:56

Postprzez Nessa » 22 sie 2013, o 19:20

WAŻNE!


Nie wiem czy to zgodne z regulaminem umieszczanie takiej informacji, jednak bardzo prosiłabym moderatorów o nie usuwanie jej, ponieważ to moja jedyna możliwość skontaktowania się z czytelnikami tego forum. Długa przerwa w niedodawaniu rozdziałów została spowodowana zamilknięciem bety, która miała zredagować ten rozdział, ale zapadła się pod ziemię i od ponad miesiąca nie daje znaku życia. Jednakże nie chciałam dłużej zwlekać dlatego wrzuciłam niepoprawiony rozdział 16 tutaj: http://www.fanfiction.net/s/7965691/18/Wczoraj-już-minęło-jutro-nie-nadejdzie Nie wrzuciłam go na drarry forum, ponieważ wiem, że wielu użytkowników bolą wszelkie błędy, a ja sama nie potrafię ich u siebie wszystkich wyłapać, jednak jeśli są tu tacy, co zdołają je przeboleć to zapraszam tam. Gdyby był tu ktoś, kto zna się na gramatyce i miał chęć poprawić ten i następny rozdział byłabym baaardzo wdzięczna.
Nessa Offline


 
Posty: 53
Dołączył(a): 10 lis 2010, o 00:28

Postprzez banialuka » 23 sie 2013, o 11:13

DZIĘKUJĘ! Myślałam, że zrezygnowałaś z opowiadania. Postaram się skomentować rozdział dokładniej, kiedy wstawisz go tutaj. Czekałam długo, ale nie zawiodłam się, bo to dokładnie to, czego oczekiwałam. Harry. Wspaniały, stanowczy, zdecydowany Harry. I Draco, który próbuje się bronić rękami i nogami :) Nie jest tak źle bez bety. To znaczy, kilka błędów wyłapałam, ale potem za dużo się działo, żebym zwracała na nie uwagę :P
banialuka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 40
Dołączył(a): 16 cze 2012, o 18:42

Postprzez Nessa » 10 wrz 2013, o 14:20

Beta się znalazła, dlatego lecą do was dwa rozdziały, zredagowane przez Tess, której serdecznie dziękuję.
Tych, którzy jeszcze nie przeczytali na ff.net, zapraszam do przeczytania tu i teraz :)

Rozdział XVI


Nie myślał o tym, co robił ani o tym, co zrobić zamierzał. Wiedział tylko, że nie chce pozwolić mu ot tak odejść i, być może, stracić wszystko, co z trudem budowane przez ostatnie miesiące. Gdy wyszedł z zamku, mroźne - już styczniowe - powietrze uderzyło w niego niczym ściana. Zimno panujące na zewnątrz stanowiło kontrast dla duchoty i gorąca unoszących się na parkiecie, nieco go otrzeźwiając. To była jasna, przejrzysta noc z niezliczonymi płatkami nieustannie prószącymi z nieba. Światło księżyca padało na iskrzący śnieg, ułatwiając zauważenie świeżych śladów stóp, za którymi podążał. Chyba sypało cały wieczór, bo z każdym krokiem zapadał się w zaspy aż po kolana. Szczekając zębami i owijając się szczelniej szatą, szedł wytrwale przed siebie, ale ani warstwy ubrania, ani determinacja nie ujmowały zimna przenikającego go aż do kości. Alkohol nadal krążący we krwi i obraz latający przed oczami również nie pomagały.
Harry nie miał pojęcia ile tak szedł, marznąc i telepiąc się, ale w końcu, wydawałoby się po wieczności, dojrzał ciemną sylwetkę na skraju Zakazanego Lasu.
Platynowe włosy chłopaka niemal świeciły pośród otaczającej go ciemności. Opierając się o pień drzewa, w jednej ręce trzymał piersiówkę, a w drugiej papierosa. Granatowe niebo prześwitywało pomiędzy gołymi, okrytymi białą pierzyną gałęziami, czyniąc go lepiej widocznym.
— Odpierdol się — powiedział zimno Draco, nawet nie patrząc w jego kierunku.
Może zdradził Harry’ego śnieg skrzypiący pod butami, a może Ślizgon po prostu zorientował się, że ktoś za nim szedł, ale fakty pozostawały faktami i chłopak najwidoczniej miał pełną świadomość czyjejś obecności.
— Draco…
— Nie słyszałeś, co powiedziałem? Spierdalaj stąd!
— Pozwól mi… — zaczął Harry, robiąc w jego kierunku krok.
— Nie! — krzyknął, pierwszy raz od chwili wyjścia z Sali, patrząc na niego, a jego wzrok mógł ciąć niczym szkło. Draco cofnął się. — Przysięgam, zrób jeszcze jeden krok, a cię zabiję.
Co oczywiste, Harry nie byłby sobą, gdyby posłuchał.
Zbliżył się i zanim zdążył to w pełni zarejestrować, pięść Ślizgona wystrzeliła do przodu, uderzając go w prosto w szczękę. Jak na kogoś, kto nie bił się za wiele razy, o ile kiedykolwiek, strzał Malfoya był zdumiewająco silny i celny. Krew zalała Harry’emu usta. Przesunął językiem po zębach. Kurwa, chyba jednego mu wybił.
— Za co to?! — krzyknął, ścierając krew z warg. Choć wcale, absolutnie nie zamierzał tego robić, odepchnął Malfoya od siebie. — Co ja ci zrobiłem?!
— Jak zwykle będziesz zgrywał niewiniątko, co? — wycharczał, kolejny raz wymierzając mu cios, ale Harry zdążył w porę się uchylić i wyrżnął Draco prosto w żołądek. Ten zgiął się w pół, a kiedy Potter chwilę nie uważał, wykorzystał okazję i rzucił się na niego.
— Oczywiście, zawsze święty Potter — wydyszał, uderzając wszędzie, gdzie tylko mógł sięgnąć. Nie żeby Harry pozostawał dłużny, zdzielając go prosto w twarz. — Komu jeszcze powiedziałeś?!
To zatrzymało Harry’ego. Sprawiło, że zamarł w miejscu, trzymając w dłoniach unieruchomione ręce Ślizgona.
Och Boże, pomyślał, z oszołomieniem patrząc w twarz Dracona.
Oddychał ciężko, brzydki siniak zaczął wykwitać na policzku, a jego oczy… jego oczy pochłonęły furią i bólem.
Jak mógł pomyśleć, że Harry wygadałby komukolwiek coś takiego?
— Draco, ja… ja nikomu nie powiedziałem. Przysięgam — zapewnił żarliwie. — Ron sam…
— Jasne — zadrwił Draco, wykrzywiając się z odrazą. — A ja na czole mam napisane „pedał”.
— Nic mu nie powiedziałem! — upierał się, jakąś odległą częścią świadomości wiedząc, że Draco w ten sposób tylko się bronił, ale… jak śmiał mieć do niego o coś pretensje? Nigdy nie wyjawiłby czegoś takiego. Nigdy. Zupełnie nagle stanął mu przed oczami obraz Notta obejmującego półnagiego Malfoya, a zaraz potem inny, jak to dziś przyciskał kolano do jego kolana… Jeśli Draco powinien kogoś winić za to, że ludzie się zorientowali, to tylko siebie. — Nie mam wpływu na to, co ludzie o tobie sądzą, choć może faktycznie powinieneś lepiej wybierać miejsca i osoby do całowania.
O czym ja mówię?, zapytał samego siebie, ale było już za późno, żeby się wycofać.
— Co? — spytał Draco, przez ułamek sekundy sprawiając wrażenie zaskoczonego, nim jego zwykły, drwiąc grymas wykrzywił mu twarz. — Ach, więc masz dla mnie odpowiedniejszych kandydatów?
— Tak. — Prawdopodobnie nigdy, absolutnie nigdy Harry nie dowie się, dlaczego wybrał właśnie ten moment, aby pochylić się i go pocałować.
To nie był nawet prawdziwy pocałunek – usta Malfoya pozostały zamknięte, ale Harry i tak czuł zimną, popękaną powierzchnie warg tuż pod swoimi.
Z krwią łomocząca w uszach odsunął się, tylko o krok, ale wystarczająco, by zerwać łączący ich kontakt.
Co ja zrobiłem?, pomyślał z narastającym przerażeniem. Teraz mnie uderzy.
Ale Malfoy go nie uderzył. Właściwie nie zrobił absolutnie nic. Tylko stał i patrzył na Harry’ego szeroko otwartymi, lśniącymi oczami. Jego mina nie wyrażała niczego poza czystym szokiem i, w przeciwieństwie do niemal dyszącego Harry’ego, zdawał się nawet nie oddychać. A potem, nim zdążył jakkolwiek zareagować, jedna z dłoni Malfoya zacisnęła się na przodzie jego szaty, przyciągając go do siebie, a druga dotknęła jego karku, lekko naciskając i tym samym zmuszając Harry’ego do ponownego pochylenia się. Na sekundę przed tym nim ich wargi się zetknęły, Harry poczuł ciepłą parę oddechu na swojej skórze. Świat nie stanął w miejscu, nie przechylił się, ani nie rozpadł na kawałki, a usta Malfoya wciąż spoczywały na jego, teraz poruszając się lekko, niemal badawczo, z delikatnością, o jaką nigdy by go nie podejrzewał. Ich kolana, brzuchy i klatki piersiowe zetknęły się ze sobą i nie zostało już nic, absolutnie nic, co by ich dzieliło, a realność tego wszystkiego sprawiła, że Gryfon zadrżał. Harry jęknął, przysunął się i, jakby dopiero teraz obudzony z letargu, uniósł ręce, zamykając go w ciasnym uścisku.
Nie wierząc, że naprawdę może to zrobić, wsunął język w to gorące, mokre wnętrze i… Och Boże, to było lepsze niż wszystko, co kiedykolwiek przeżył. Lepsze niż całowanie Cho i Ginny razem wziętych. I wcale nie różniło się tak bardzo od całowania dziewczyn, cóż, przynajmniej nie tak bardzo, jak mógłby się spodziewać. Może o tyle, że Malfoy w jego ramionach nie był kruchy ani nie smakował szminką, tylko nikotyną, whisky oraz krwią. Moją, uświadomił sobie półprzytomnie Harry. Kiedy przechylił głowę, otwierając szerzej usta, a język Draco dotknął jego podniebienia, by po chwili owinąć się wokół drugiego języka, Harry pomyślał, że umrze. Tu i teraz. To było wszystko, czego pragnął, chociaż nie, chciał więcej, mocniej, głębiej, chciał uwięzić go w gorącym uścisku i nigdy, nigdy nie wypuścić. Nagle cała delikatność, która nakazywała dotykać z niemal paranoiczną ostrożnością, wyparowała zastąpiona żądzą.
Pchnął Draco na pobliskie drzewo, natychmiast dociskając go do pnia całym sobą. Draco jęknął – być może przez ból wywołany uderzeniem, a może przez intensywność wrażeń – ale tak naprawdę Harry’ego niewiele to obchodziło. Wsunął dłoń pomiędzy drzewo, a plecy Malfoya, ledwie rejestrując, że ostra kora rani mu skórę. Ale to nie miało znaczenia. Żadnego. Liczyło się tylko to, że znów czuł jego ciało tuż przy swoim, emanujące żarem pomimo ubrań i niskiej temperatury; że Draco był uwięziony pod jego ciężarem, tak inny, otwarty, gorący i chętny. Harry czuł pod sobą wypukłości i wgłębienia tego ciała, i napinające się przy najmniejszym ruchu mięśnie. Jeden z nich zadrżał, ale nie wiedział który, a może to oni obaj? Uwięził dolną wargę Ślizgona pomiędzy swoimi zębami i ugryzł ją, a palce chłopaka wbiły się w jego barki, z siłą mogącą zostawić siniaki. Obaj parli naprzód, desperacko lgnąc do siebie - ich usta zderzyły się w kolejnym chciwym pocałunku, języki poruszały się gorączkowo, a kiedy udo Malfoya wślizgnęło się pomiędzy jego nogi, prawie krzyknął. Ślizgon, trzymając go mocno za kark, drugą ręką sunął wzdłuż jego boku, niżej i niżej, aż natrafił na biodro i zacisnął na nim palce. Szybkim ruchem ręki zmusił Gryfona do otarcia się i Harry, z gardłowym dźwiękiem, przerwał pocałunek, chowając twarz w zagłębieniu jego ramienia.
O-och Boże, to było… Kurwa, niesamowite i oszałamiające do tego stopnia, że nie mógł oddychać. Draco był tak blisko, jak nikt nigdy przedtem i każde kolejne otarcie sprawiało, że miał wrażenie, iż jeszcze chwila i dojdzie. Harry zaczął nieskładnie całować miejsce między uchem a szyją, chyba trafiając na wrażliwy punkt, bo wyrwał mu z ust jęk, a oddech Ślizgona stał się chrapliwy oraz urywany. Zachęcony reakcją, ugryzł, a następnie possał tak miękką, ciepłą skórę tuż pod swoimi wargami. Malfoy odchylił głowę, nagle chwytając go za pośladek i przyciskając ich krocza mocniej. Tym razem Harry krzyknął naprawdę. Pragnął zedrzeć z niego ubrania, poczuć nagą, rozgrzaną skórę na swojej i, nie myśląc trzeźwo, nie, wcale nie myśląc, z mocno bijącym sercem, przesunął drżące palce po torsie w dół, przez brzuch, zatrzymując się tuż nad rozporkiem.
Biodra Draco szarpnęły się, napotykając dłoń Harry’ego i, przeklinając własne onieśmielenie, Gryfon zacisnął ją na twardej wypukłości. Mimo materiału spodni wyraźnie wyczuwał jego grubość, kształt i… to było zupełnie inne niż dotykanie samego siebie. Zaczął poruszać ręką w górę i w dół, w ciągłej, nieustającej pieszczocie, z zachwytem patrząc jak chłopak wygiął się w łuk, jednocześnie przygryzając wargę. Spoglądanie na tę twarz pozbawioną wyrazu drwiny czy obojętności, lecz wykrzywioną w surowej rozkoszy, rozpalało jego własne, niecierpliwe ciało.
Szyja Draco, wyciągnięta i pokryta pojawiającymi się małymi siniakami, półprzymknięte powieki i opuchnięte, rozchylone usta łapiące spazmatycznie oddech… Mógłby dojść tylko od tego. Chciał więcej. Więcej ciepła, skóry, więcej wszystkiego i, podążając za palącą potrzebą, sięgnął do pierwszego guzika rozporka.
— Cz–czekaj… — wychrypiał Draco, otwierając oczy i ciężko oddychając.
Ręka Gryfona znieruchomiała, gdy zażenowany napotkał zamglone spojrzenie. Twarz Draco była mocno zaczerwieniona, a usta niemal zmaltretowane i Harry zdał sobie sprawę, że jego własne policzki, o ile to możliwe, zapłonęły jeszcze bardziej.
— Coś… ee, robię nie tak? — wykrztusił, marząc o natychmiastowym zakończeniu wymiany zdań. Czym innym było całowanie, dotykanie, ba, nawet robienie mu dobrze, bo to działo się z wyłączonym myśleniem, ale rozmawianie właśnie teraz stanowiło koszmar.
— Ja… — zaczął Mafoy zaskakująco niepewnym tonem, po czym potrząsnął głową i powiedział głosem zdecydowanie nieprzyjemnym — Suń się.
— Co? — bąknął.
— Której części zdania nie rozumiesz? Powiedziałem, żebyś się posunął!
Więc Harry zrobił to, czego chłopak chciał, niczego nie rozumiejąc. Wciąż był pijany, podniecony i oszołomiony do tego stopnia, że kręciło mu się w głowie, a rozeznanie w sytuacji stanowiło problem.
Draco bez słowa poprawił ubranie, a kiedy otarł usta wierzchem dłoni, Potter poczuł się, jak szmata, którą właśnie wytarto podłogę. Nie miał pojęcia, co się działo, ale jedno wiedział na pewno – coś poszło z pewnością nie tak. Malfoy najwyraźniej zamierzał sobie iść. Tak po prostu, zwyczajnie, jakby nic się nie stało.
Harry poczuł chwytającą go za gardło panikę, która tylko wzrosła, kiedy Ślizgon, wciąż na niego nie patrząc, odwrócił się aby odejść. Zdążył ujść ledwie kilka kroków, gdy Harry dogonił go, łapiąc za ramię i obracając do siebie.
Draco popatrzył na niego z wściekłością porównywalną do tej dzielącej ich przez sześć lat.
— Puszczaj! — Syknął, szarpiąc ramieniem, ale Harry wzmocnił uścisk.
— Co ty, do cholery, robisz?
— Puść mnie!
— Draco, co…
— Dlaczego to robisz? — zapytał Malfoy drżącym, wypełnionym gniewem głosem. — Dlaczego zawsze, zawsze wszystko utrudniasz?! — Zanim zdążył odpowiedzieć, Draco popchnął go tak mocno, że upadł na plecy, wprost w zaspę śniegu. — Zostaw mnie, kurwa, samego — powiedziawszy to odwrócił się i pobiegł w stronę zamku.
Harry nie wiedział, jak długo leżał, wpatrując się przed siebie, ale kiedy wstał, śnieg zdążył już przesiąknąć przez wszystkie warstwy ubrania. Może nigdy nie powinien się podnieść. Może powinien tam zostać i poczekać aż ziąb wychłodzi ciało, sięgnie kości, zamrażając komórkę po komórce. Jedno było jasne – nigdy nie powinien całować Malfoya. Choć tak naprawdę nie potrafił tego żałować, a przynajmniej nie tak bardzo, jak by chciał.
Nie mając siły dłużej o tym myśleć, gdy tylko doszedł do dormitorium, rzucił się na łóżko.

*


O poranku, przez dobry kwadrans, nie mógł uwierzyć w wydarzenia z poprzedniej nocy.
Pocałowałem Malfoya, uświadomił sobie zszokowany. Naprawdę go pocałowałem, dotykałem i… on pocałował mnie. A przynajmniej póki nie kazał mi iść do diabła.
Samo wspomnienie o ustach Draco poruszających się na jego własnych, o sposobie, w jaki palce chłopaka wbijały się w jego ciało, gdy wił się i jęczał, sprawiło, że Harry, zanim wstał, musiał się zaspokoić. Dwa razy. Powiedział sobie, że to zupełnie normalne. Miał cholerne siedemnaście lat, a siedemnastolatkowie masturbują się po pięć razy dziennie. W dodatku, Malfoy zostawił go w najmniej odpowiednim momencie. To była akurat ta część nocy, o której bał się nawet myśleć.
Dlaczego Draco uciekł? Dlaczego po wszystkim popatrzył na niego, jakby został do tego zmuszony? Przecież sam przyciągnął Harry’ego do pocałunku i, cóż, może Gryfon nie miał zbyt wiele seksualnego doświadczenia, ale do cholery, potrafił rozpoznać, kiedy komuś dobrze!
Więc dlaczego…
Może się wystraszył. Może nie chciał, żeby ktoś ich zobaczył. Może Harry posunął się za daleko? Ale jakoś z Nottem Draco nie ograniczał się specjalnie. A może Malfoy był po prostu chorym na głowę, pieprzonym dupkiem. A w tym przypadku niepieprzonym – a przynajmniej nie przez Harry’ego.
Najgorsze z tego wszystkiego było to, że nie miał pojęcia, czego się spodziewać. Nie potrafił ocenić czy wściekłość Malfoya zdążyła do ranka minąć, czy może wciąż będzie, Merlin jeden wie o co, zły. Harry odtwarzał w głowie wczorajszą sytuacje dobre parę razy, za każdym usiłując zrozumieć czy zrobił coś nie tak, ale każda próba analizy, kończyła się ponowną erekcją, więc w końcu dał sobie z tym spokój.
Schodząc na śniadanie, nie potrafił spojrzeć przyjaciołom w oczy. Gdyby się dowiedzieli… jakby zareagowali? Hermiona pewnie dość znośnie, ale Ron… Zadrżał na samą myśl. Poza tym wciąż był na niego zły.
Zobaczył Draco w drodze do ślizgońskiego stołu, ale ten, gdy tylko zauważył Harry’ego, odwrócił głowę i przyspieszył kroku. Potter poczuł coś bolesnego w środku. Więc tak to teraz miało wyglądać? Zamierzał go po prostu unikać? Stojąc pośród nieustannie poruszającego się tłumu, Harry uświadomił sobie, że stało się coś znacznie gorszego od pożądania Malfoya. Zaczęło mu na nim zależeć. I nie ważne jak długo szukałby wytłumaczenia, nieważne w jakie słowa, by to ujął, Draco tego nie odwzajemniał. Co więcej, najwidoczniej nie chciał go znać.
Kiedy dowlókł się do swojego stołu, jego twarz chyba musiała odzwierciedlać targające nim emocje, bo na jego widok Hermiona wyraźnie się zaniepokoiła.
— Harry, co… — zaczęła, ale Harry nie słuchał jej.
Wbił wzrok w Rona, który wyraźnie unikał patrzenia mu w oczy.
— Czemu to zrobiłeś? — zapytał lodowatym tonem.
— Zrobiłem co?
— Czemu zaatakowałeś Draco? I to bez żadnego powodu?
Ron poczerwieniał, ale trudno był stwierdzić czy ze wstydu, czy ze złości.
Niektórzy uczniowie zaczęli im się przyglądać.
— Och, więc teraz Malfoy to niewiniątko? Już nie pamiętasz, ile razy ten dupek obrażał mnie, Hermionę lub ciebie?!
— Pamiętam — wycedził. — Ale zmienił się, w tym roku ani razu cię nie zaczepił!
— I co? Mam go całować z wdzięczności po stopach?! — Harry cieszył się, że oddzielał ich stół, bo w innym wypadku na pewno by go uderzył. — I wiesz, co? Jeśli to, co powiedziałem to prawda, to jest to kolejny ze stu powodów, dla których nie powinieneś się z nim zadawać.
— Dzięki. Pozwól, że następnym razem sam ocenię, z kim i dlaczego chcę się zadawać, a tobie, Ron, nic do tego!
— Harry — jak przez mgłę usłyszał cichy głos Hermiony. — Harry…
— Co?!
— Puść stół, bo zaraz wszystko wywalisz i usiądź.
Harry spojrzał w dół na swoje zaciśnięte na blacie palce i opadł na krzesło.
Udawał, że nie dostrzega zaniepokojonego wzroku przyjaciółki, jak i wszystkich innych ciekawskich spojrzeń. To było… on był… nie potrafił się z tym zmierzyć. Jeszcze nie. I bez względu na to, jak bardzo się starał, nie pojmował zachowania Draco, a jeszcze bardziej nie potrafił zrozumieć samego siebie. Jak kiedykolwiek mógł przywiązać się do kogoś takiego? Jak mógł zapomnieć, jaki potrafił być? Jakim cudem pozwolił sobie ignorować wszelkie sygnały, aż do teraz, gdy było za późno? Nawet Draco mówił, że zadaje się z ludźmi dla konkretnych celów. Następne wnioski nasuwały się same – jeśli ktoś przestawał być wygodny - należało się go pozbyć.
— Złapano wczoraj dwóch śmierciożerców — odezwała się Hermiona znad Proroka.
— Których? — zapytał smętnie Harry.
— Ojców Pritcharda i Harpera.
Harry odruchowo spojrzał na stół Slytherinu. Po synach schwytanych śmierciożerców nie było śladu. Zastanowił się, czy usunięto ich ze szkoły, czy może raczej dochodzili do siebie w samotności. Nie mogąc się powstrzymać, zerknął na Draco, który, szczerze mówiąc, nie wyglądał najlepiej. Zmęczony i przygaszony, apatycznie mieszał napój w kubku, zdając się nie zwracać uwagi na otaczający go świat. Kiedy Nott pochylił się ku niemu, pokazując coś na pergaminie, Malfoy nawet nie zareagował.
Cóż, przynajmniej nie ja jeden czuje się jak gówno, pomyślał Harry.
Nie wiedział czy radość to odpowiednie słowo, ale ulżyło mu, że przynajmniej dzisiaj Draco nie flirtował z Nottem. Nie był pewien, czy po wszystkim, co wczoraj miało miejsce, mógłby w spokoju siedzieć i przyglądać się ich migdaleniu.
Nałożył na talerz jajecznicę, tylko po to, by pogrzebać w niej chwilę widelcem i, w efekcie, zamienił ją na podsuniętą przez przyjaciółkę herbatę. Chyba usiłowała go wesprzeć i, choć tego nie okazywał, był jej za to wdzięczny. W ogólnym rozrachunku niewiele to zmieniało, bo nawet Hermiona z litrami świeżo zaparzonej herbaty i setkami pocieszających słów, nie mogła mu pomóc.
Poczekał aż Hermiona zje śniadanie i razem wyszli z Wielkiej Sali. Zaczerwienione, spuchnięte oczy i całkowita ignorancja, jaką obdarzyła swojego chłopaka, oznaczały tylko jedno – widocznie również pokłóciła się z Ronem. Dotarło do niego, że pochłonięty wczorajszymi trochę-więcej-niż-pocałunkami, zupełnie zapomniał zastanowić się, jakim cudem Ron dowiedział się o preferencjach Draco. Zobaczył coś? Domyślił się? Niemal stanął przerażony nagłą myślą. O Boże, a co jeśli wiedział też o nim, Harrym?
Spojrzał z ukosa na Hermionę, ale nie wyglądało na to, by patrzyła na niego jakoś szczególnie inaczej. Jedynie smutek odebrał jej całą energię.
Przeszli ledwie kilka metrów, kiedy usłyszeli krzyki, dochodzące z prostopadłego korytarza. Przyspieszyli kroku, w błyskawicznym tempie dobiegając do stojących w okręgu uczniów, którzy, bijąc brawo, zachęcali okrzykami do dalszej walki. Kiedy wraz z Hermioną przepchnął się przez zwarty tłum, na sekundę zapomniał, jak się oddycha, a jego serce zamarło. To nie byli jacyś tam uczniowie. I wcale się nie bili.
Harry nie wiedział, jakim cudem przeoczył wyjście Draco z Wielkiej Sali, który teraz leżał na podłodze, dygocząc z bólu wywołanego przez Pritcharda, który stał nad nim, dzierżąc w dłoni różdżkę.
Konwulsyjny sposób, w jaki kończyny Malfoya drgały, oczy uciekające w głąb czaszki i to jak zaciskał zęby, wyraźnie usiłując nie wrzeszczeć, dawało aż nadto jasny obraz sytuacji.
Crucio, doszedł do wniosku Harry.
Wcale nie zaplanował uderzyć Pritcharda. Po prostu to zrobił.
Zanim Hermiona lub ktokolwiek inny zdążyłby zareagować, rzucił się w kierunku Ślizgona, popychając go na ścianę z taką siłą, że różdżka wypadła mu z ręki, przerywając zaklęcie. Nie myśląc jasno, nie, wcale nie myśląc, kopnął go w brzuch i w plecy, i w twarz, a krew trysnęła mu na buty, odznaczając się czerwienią. To nie było do końca w jego stylu, ani tym bardziej nie było uczciwe, ale kto powiedział, że śmierciojady zasługują na sprawiedliwość? Słyszał krzyki – przerażenia i zachęty – ale to nie miało znaczenia. Liczyło się tylko to, że Pritchard cierpiał, że kulił się u jego stóp, usiłując się odsunąć. Tętno łomotało w uszach Harry’ego, nienawiść krążyła w jego żyłach i kopnął Ślizgona jeszcze raz, i jeszcze, chcąc, aby zapłacił za to, że w ogóle śmiał podnieść różdżkę na Malfoya, pragnąc zmiażdżyć go, zrobić z niego krwawą masę mięsa i kości.
— Harry! — wrzasnęła prawdopodobnie Hermiona, starając się go odciągnąć. — Harry, przestań! Zabijesz go!
Nagle jego noga napotkała opór inny od tego, kiedy kopał ciało. Jakąś przytomną częścią umysłu uświadomił sobie, że to zapewne Hermiona rzuciła zaklęcie tarczy.
W następnej chwili dotarło do niego, że jego buty i nogawki plamiła krew, Pritchard jęczał z bólu, z całą pewnością mając coś złamane, a uczniowie wokół patrzyli na Harry’ego jakby widzieli go po raz pierwszy w życiu.
Zbierając w sobie całą odwagę, spojrzał na Hermionę. Blada i wstrząśnięta obserwowała go szeroko rozwartymi oczami.
Czemu tak się dziwili? On przecież tylko… stanął w obronie Draco. Może faktycznie trochę przesadnie zareagował, ale jak powinno potraktować się kogoś, kto rzuca na innych torturującą klątwę?
Ukląkł przy Draco, aby pomóc mu wstać.
Nie zważając na protest Ślizgona, jedną ręką objął go w pasie, a następnie przerzucił jego ramię przez swoją szyję i podniósł Malfoya do pionu. Draco był zbyt osłabiony, aby dłużej odrzucać ofiarowaną pomoc. Wyraźnie chwiał się na nogach i Harry musiał wzmocnić uścisk, aby utrzymać go w pionie. Czuł przy swoim ciele drżące mięśnie Malfoya, tak jak wczoraj, choć teraz nie wywoływała tego przyjemność. Nagle Draco przechylił się lekko w bok i zwymiotował. Mieszanina krwi oraz wymiocin nie była czymś, co Harry przywykł oglądać na swoich butach.
— Przepraszam — wychrypiał słabo Draco.
— W porządku — odparł Harry, choć nic, absolutnie nic takie nie było.
— Suń się! — usłyszał znajomy głos dobiegający z ich lewej strony. Pansy, kiedy tylko udało się jej przecisnąć przez grupę uczniów, zszokowana popatrzyła na wciąż leżącego Pritcharda, zakrwawionego i obrzyganego Harry’ego, aż w końcu jej wzrok spoczął na pobladłym Malfoyu. — Och, Draco! — krzyknęła z rozpaczą, natychmiast się na niego rzucając, przez co jęknął z bólu. — Nie martw się, kochanie, dopilnuję, żeby ten psychol za to zapłacił.
Choć Harry nie chciał tego robić, puścił chłopaka, oddając go pod opiekę Parskinson.
Hermiona chyba w końcu otrząsnęła się z szoku, bo złowrogim spojrzeniem omiotła zebrany tłum.
— Rozejść się, ale już! — krzyknęła do uczniów. — Albo postaram się o wlepienie każdemu szlabanu! I niech ktoś przelewituje Pritcharda do skrzydła.
— Chodź, my też pójdziemy — powiedziała troskliwie Ślizgonka. — Pomfrey na pewno da ci coś przeciwbólowego.
— Nic mi nie jest — powiedział Malfoy.
— Draco, nie upieraj się jak osioł i…
— Powiedziałem, że nic mi nie jest! — krzyknął, zaskakując całą trójkę.
Pansy zmierzyła go spojrzeniem, ale poddała się.
— Dobrze, jak chcesz.
Nagle Draco popatrzył na Harry’ego w taki sposób, jakby to on go zaatakował. Otworzył usta, ale Harry go uprzedził:
— Masz mi coś do powiedzenia?
Niechęć zniknęła z twarzy Ślizgona zastąpiona bladym rumieńcem. Chwycił Pansy za łokieć i mruknął:
— Idziemy.
— Zanim pójdziecie do skrzydła powinniśmy udać się do gabinetu i zgłosić to dyrekcji — słowa Hermiony zatrzymały ich w pół kroku.
Draco chyba zamierzał odpowiedzieć coś wrednego, ale nie zdążył.
— Zadbam o to — zapewniła Parkinson, po czym dodała, nie bez cienia złośliwości. — Nie jesteś jedynym prefektem w tej szkole, Granger.
Harry obserwował jak odchodzili, zabraniając sobie myśleć, a przede wszystkim czuć. To wszystko, co się od wczoraj stało… to było trochę za dużo.
Czuł wbity w siebie wzrok przyjaciółki i w końcu na nią spojrzał. Wciąż sprawiała wrażenie oburzonej, zszokowanej i spoglądała na niego, jak na kogoś, kogo nie znała.
Proszę, nie pytaj, modlił się, o nic nie pytaj, nie teraz, kiedy sam nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.
Ale Hermiona nie byłaby sobą, gdyby tak po prostu odpuściła.
— Harry, co to było? — zapytała drżącym głosem.
— Powstrzymałem Pritcharda od dalszych tortur — odparł, siląc się na obojętny ton.
Przyjaciółka potrząsnęła z niedowierzaniem głową.
— Powstrzymałeś? Powstrzymałeś? Harry, ty go omal nie zabiłeś! — krzyknęła, a Harry zapragnął się skulić. Wątpił, aby Hermiona chciała usłyszeć, że przez chwilę chciał to zrobić. — Co w ciebie wstąpiło?! Nigdy cię takiego nie widziałam!
— Nie wiem — odpowiedział trochę zbyt oschle.
— Dlaczego… dlaczego jesteś taki wytrącony z równowagi? Dlaczego w jednej chwili wyglądasz jakbyś był załamany, a w drugiej bijesz kogoś na kwaśne jabłko? Dlaczego Malfoy tak się wścieka? Na Boga, co się wczoraj wydarzyło?
— Nic.
— Harry…
— Nic się nie stało, dobra?! — Na ostry dźwięk jego głosu na twarzy przyjaciółki pojawiło się zranienie. Odetchnął, momentalnie czując się winnym. Wiedział, że chciała dobrze. Naprawdę to wiedział. Ale nie chciał kogoś tym obarczać, poza tym, co miał jej powiedzieć? „Pożądam tego dupka, Malfoya” samo to brzmiało strasznie, a po dodaniu „a wczoraj całowaliśmy się. W sumie nie tylko całowaliśmy. I było absolutnie wspaniale, póki Draco nie uciekł” Hermiona chyba by wyłysiała. Nie mógł tego powiedzieć. Po prostu nie mógł. — Ja… przepraszam, Hermiono, ale nie mogę… nie chcę o tym rozmawiać.
Położyła mu dłoń na ramieniu.
— Cokolwiek się stało, możesz mi powiedzieć — zapewniła cicho, a Harry poczuł, jak jego gardło się zacisnęło. — W porządku, jeśli nie chcesz mówić, to nie mów. Ale gdybyś zmienił zdanie, to pamiętaj, że ja zawsze cię wysłucham, dobrze?
Skinął twierdząco, nie unosząc głowy w obawie, że mogłaby zobaczyć coś w jego twarzy.

*

Przestań być takim dupkiem i porozmawiaj ze mną.

Napisał na komunikatorze podarowanym przez Draco. Tak naprawdę nie miał pojęcia, co by mu powiedział, ale bez wątpienia wszystko było lepsze od całkowitej ignorancji.
Jednak minął pierwszy dzień, drugi, a nawet trzeci, a Ślizgon nic nie odpisał. Kiedy Harry właściwie przestał oczekiwać odpowiedzi, znalazł na swoim łóżku zawiniątko.
Lekko drżącymi rękoma rozwinął pakunek, od razu rozpoznając ten gładki, przyjemny w dotyku materiał. W każdych innych okolicznościach Harry cieszyłby się z odzyskania peleryny niewidki, ale teraz oznaczało to tylko jedno – Draco nie chciał mieć do czynienia ani z jego rzeczami, ani tym bardziej z nim.
Przymknął powieki, czując w dołku dławiący ucisk. To nie powinno być takie bolesne, ale było.
Pomyślał, że tak się musiał czuć ktoś, kto wygrał milion, a chwilę później stracił wszystko. A jeśli coś się straciło… to należało nauczyć żyć się z tą stratą. W końcu odeszło od niego tylu ludzi, że każdy kolejny nie powinien robić na nim najmniejszego wrażenia. Powinien się uodpornić, przywyknąć. Powinien dać sobie z Malfoyem spokój. Tak będzie lepiej. I tak nie mógł się z nikim wiązać, jeśli nie chciał ściągnąć na tę osobę niebezpieczeństwa, no i Draco miał się żenić, więc… tak naprawdę będzie lepiej. Na pewno. Poza tym istniał Voldemort, wojna, horkruksy… Jak choć przez chwilę mógł ubolewać nad brakiem zainteresowania Draco Malfoya? Istniały ważniejsze rzeczy. Prawda?

***


Hermiona nie przywykła do tego, że czegoś nie rozumiała, ale teraz tak właśnie było.
Jeżeli coś się stało i Harry do tej pory nie powiedział o tym ani jej, ani Ronowi, to coś stanowczo było nie tak. Oznaczało to też, że do wyciągnięcia z niego prawdy potrzebowała zarówno taktu, jak i czasu. Trochę za późno zrozumiała, że widziała tyle, ile chciała, odrzucając niewygodne elementy. Spodziewała się wielu możliwych zachowań, ale nie tego, że Harry i Malfoy zaczną się po prostu ignorować. Ich relacje zawsze były zbyt intensywne, bez względu na to, czy ze sobą rywalizowali, czy się kolegowali, a taka zupełna obojętność… To po prostu do nich nie pasowało. Przez te wszystkie lata posuwali się do najbardziej dziecinnych zagrywek, byleby tylko zwrócić swoją uwagę – wyzywali się, gnębili, rzucali w siebie zaklęciami – a teraz nawet nie patrzyli w swoim kierunku.
Tylko czasami, gdy Nott nachylał się nad Malfoyem, mówiąc coś do niego cichym głosem, a blondyn uśmiechał się w ten swój sposób zarezerwowany dla nielicznych, pięści Harry’ego zaciskały się mocno, a potem wszystko wracało do normy.
Proszę, pozwól sobie pomoc, myślała, obserwując swojego przyjaciela.
Ale Harry nie potrzebował pomocy, a przynajmniej, gdyby Hermiona go nie znała, tak właśnie by sądziła. Czuła, że pod tą dziwaczną powłoką chłodnego opanowania krył się ból, gniew i cała gama innych, czekających na wybuch, emocji. Harry, który zawsze był otwarty, gwałtowny, lekkomyślny… nagle przed nimi grał, choć zwykle starał się ich po prostu unikać. Z poczuciem porażki zastanawiała się, jak do tego doszło. Kiedy przestał im ufać? Dotąd uważała się za dobrą przyjaciółkę. Troskliwą, wyrozumiałą, zawsze skłonną do pomocy, choć - tak, wiedziała o tym - czasami natarczywą. Może trochę egoistycznie, ale żywiła przekonanie, że prócz nich Harry nie miał nikogo innego. Oczywiście, przez krótki, nieistotny okres przewinęła się Cho, traktująca go jak poduszkę do wylewania łez i Ginny, widząca w nim więcej idola niż realną osobę. Dlatego odkrycie, że ona, Hermiona Granger, przestała być dla Harry’ego oparciem, kimś, komu mógł powiedzieć wszystko bez znaczenia na treść, było nieoczekiwane. I bolesne. Chciała to naprawić.
A skoro Harry nie chciał z nią rozmawiać, a Malfoy nie chciał rozmawiać z Harrym, to ona powinna porozmawiać z Malfoyem. Szanse, że się zgodzi były raczej marne, ale zamierzała chociaż spróbować. Cokolwiek łączyło go z Harrym… i cokolwiek się stało, jeśli choć odrobinę zależało mu na jej przyjacielu, powinien przynajmniej zakończyć to we właściwy sposób.
Znalazła go w bibliotece. Siedział na samym końcu działu o Eliksirach, otoczony stosem książek. Malfoy, opierając policzek o pięść i pisząc coś skrupulatnie na pergaminie, nie wyglądał najszczęśliwiej. Usiłowała połączyć w głowie te trzy obrazy – wrednego, wyniosłego dupka, którego jedyne, na co było stać, to straszenie swoim ojcem; schorowanego, zamkniętego w sobie chłopca, gotowego zrobić najgorsze rzeczy, byleby tylko ocalić matkę; aż w końcu radosnego, tańczącego Malfoya, spoglądającego na Harry’ego, jakby był jego przyjacielem.
Przez sześć ostatnich lat żyła w przekonaniu, że bardzo dobrze zna Draco Malfoya, ale pierwszy raz pomyślała, że mogła się mylić.
Oczywiście, to wciąż był Malfoy i naprawdę nie sądziła, aby mogła go polubić, szczególnie teraz, gdy tak traktował Harry’ego, ale zamierzała z tym skończyć. Nieważne jaką metodą.
Kiedy podeszła do jego stolika, Ślizgon zaczął pisać wolniej, ale nie podniósł głowy.
— Malfoy — odchrząknęła. — Uważam, że powinniśmy porozmawiać.
— A ja uważam, że nie mamy o czym — odparł, nawet nie zaszczycając jej spojrzeniem. — A Potterowi przekaż, że nasyłanie na ludzi swoich przyjaciół jest żałosne.
— Wiesz to z autopsji? — odparowała, a palce Malfoya zacisnęły się na piórze. Mocno. — Harry nawet nie wie, że tu jestem.
— Cudownie, Granger. Cieszę się, że to sobie wyjaśniliśmy, a teraz pozwól… — Wstał i, wciąż na nią nie patrząc, zgarnął swoje rzeczy do torby.
I wtedy do Hermiony to dotarło. Malfoy po prostu się wstydził. Nie mogła mieć co do tego całkowitej pewności, ale sposób w jaki unikał jej wzroku, to jak się czerwienił, było raczej oczywiste. Najwidoczniej w tym, co powiedział Ron, musiało być więcej niż ziarnko prawdy.
Nie czekając, wyszła za nim z biblioteki.
— Malfoy! — zawołała i, o dziwo, się obrócił.
Popatrzył na nią z wściekłością i zażenowaniem malującymi się w oczach.
— Czego, do cholery, chcesz?
— Z zupełnie nieznanych mi powodów Harry ci zaufał — oznajmiła, wątpiąc, aby poruszenie sumienia tego drania było w ogóle możliwe, ale postanowiła spróbować. — A ty, choć jeden raz, nie możesz udowodnić, że się nie pomylił?
Twarz Malfoya przybrała dziwny wyraz - mieszaninę zaskoczenia, niepewności oraz niechęci. A potem, bez słowa, wskazał ręką na pustą, nieużywaną od lat klasę. Kiedy weszli do środka, Ślizgon rzucił parę blokujących i wyciszających zaklęć, po czym, z założonymi rękami, obrócił się ku Hermionie. Tym razem jego mina była zupełnie nieczytelna.
— Masz pięć minut, Granger.
Wzięła głęboki oddech. Wątpiła, aby Malfoy się ucieszył z poruszenia tego tematu, ale jakoś musiała zacząć.
— Chciałam cię przeprosić za zachowanie Rona.
Chłopak skrzywił się, a jego twarz stała się zdystansowana i chłodna, tak jak zawsze.
— To wszystko? Zapewniam cię, Granger, zdanie twojego chłoptasia na mój temat to ostatnia z rzeczy, którymi mógłbym się przejmować.
Oczywiście Hermiona nie oczekiwała żadnej innej reakcji.
— I wiedz, że — kontynuowała — Harry nic nam nie powiedział. Jeśli jesteś o to na niego zły…
— Myślisz, że jesteś taka mądra, co Granger? Nieomylna Panna-Wiem-To-Wszystko. — Hermiona otworzyła usta, żeby zaprzeczyć, ale nie pozwolił jej dojść do słowa. — A co gorsza, masz tupet zawracać mi głowę i udawać, że kieruje tobą troska, gdy to zwykła ciekawość. Boisz się, że niewiedza mogłaby cię zabić, nie?
— Nie mów mi, jak powinni zachowywać się przyjaciele — powiedziała, siląc się na spokój — skoro sam nagle zerwałeś znajomość z Harrym, i to bez słowa wyjaśnienia! Twoim zdaniem tak zachowują się przyjaciele?
— Nie jestem jego przyjacielem.
To na moment zbiło Hermionę z tropu. Nie był jego przyjacielem… tylko kim? Chłopakiem? Poczuła się nieswojo na ostatnią myśl. Na litość boską, to nie mogło zabrnąć aż tak daleko! Przecież coś by zauważyła!
— A co jeśli Harry sądzi inaczej? Nie ma zbyt wielu ludzi w swoim życiu, a ty po tym wszystkim…
— Na Merlina, skończ tę świętoszkowatą gadkę! — podniósł głos, zaskakując Hermionę. Jego oczy błyszczały, ręce drżały i, gdyby go nie znała, pomyślałby, że wyglądał na złego i… zranionego. — Nie masz zielonego pojęcia, o czym mówisz, Granger. Żadnego. A ja nie jestem osobą, która cię będzie uświadamiać.
— Może i nie, ale nie pozwolę, żebyś tak go traktował! Przestań go unieszczęśliwiać, Malfoy!
— Unieszczęśliwiać? — powtórzył chłodno, robiąc w jej kierunku krok, przez co odruchowo się cofnęła. — Unieszczęśliwiać? Tak właśnie powiedziałaś? Zapewniam cię, jeśli zachowałbym się inaczej, to twój kochany przyjaciel byłby jeszcze bardziej nieszczęśliwy, a kiedyś jeszcze mi za to podziękuje. — Hermiona zamarła, nie wiedząc, co tym myśleć, a co dopiero odpowiedzieć.
— Malfoy… — zaczęła niepewnie.
— Pięć minut minęło — stwierdził zimno.
A więc nie zostawił jej wyboru. Musiała to zrobić. Zbierając się w sobie, rzuciła:
— Jeśli z nim nie porozmawiasz, to tego pożałujesz.
— Ty mi grozisz, Granger? — zapytał z czymś na kształt rozbawienia. — A co niby może zrobić taka…
— Powtórzę, komu trzeba to, co powiedział Ron — oznajmiła, czując się wstrętnie, gdy oczy Malfoya rozwarły się z szoku i… czy to był strach? Tak, chyba tak.
— A podobno Gryfoni są uczciwi i honorowi — podsumował cicho.
— Jesteśmy też zdeterminowani, aby chronić swoich bliskich.
Czuła się źle z tak okropną, wręcz ślizgońską zagrywką, ale jeśli ktoś nie miał szacunku do innych, to i sam nie zasługiwał na szacunek.
Malfoy nie patrzył jej w oczy, tylko w bliżej nieokreślony punkt. Kiedy w końcu się odezwał, brzmiał na zrezygnowanego:
— Co mam powiedzieć Potterowi?
— Prawdę, Malfoy. Całą prawdę.

***


Harry chwycił komunikator, aby schować go do szafki. Choć na nic nie liczył i niczego już nie oczekiwał, jego wzrok ześlizgnął się na pergamin. Zamarł, widząc na nim starannie napisane słowa.

O 14 nad jeziorem.

Zmarszczył brwi, nie wierząc własnym oczom. Co to miało znaczyć? Czy po tych wszystkich dniach unikania, nie patrzenia mu w oczy i udawania, że w ogóle nie istnieje, Draco nagle zmienił zdanie? Jeśli tak to… dlaczego? A może… może wszystko przemyślał i chciał… Nie, stop. Cokolwiek kierowało Malfoyem i czegokolwiek chciał, Harry nie powinien biec do niego jak szczeniak spragniony uwagi. Właściwie najlepiej gdyby zignorował wiadomość, tyle że… naprawdę nie chciał, żeby to się tak skończyło. I… choć to głupie i ckliwe, brakowało mu go. Nawet jeśli Draco nie odwzajemniał jego zainteresowania, to Harry pragnął, żeby było chociaż jak przed balem. Żeby znów rozmawiali.
Spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Wskazywał na za piętnaście czternasta, więc nie miał na co czekać. Po zarzuceniu na siebie kurtki, ubraniu szalika i rękawiczek, ruszył na miejsce.
Pierwszy raz od wielu dni nie sypało. Niebo miało najczystszy odcień błękitu, powietrze było świeże i przejrzyste, tak bardzo, że wyraźnie widział otaczające zatokę wzgórza, odbijające się w zlodowaciałej tafli jeziora. Kiedy doszedł na brzeg, Draco już na niego czekał. Miał na sobie elegancki, czarny płaszcz, sięgający połowy uda i jasne jeansy. Jak zwykle nie założył czapki, rękawiczek ani nawet szalika.
— Jestem — oznajmił Harry, a jego głos zabrzmiał dziwnie głucho pośród otaczającej ich ciszy. Draco odwrócił się ku niemu, a jego twarz… Jego twarz nie nosiła śladów żadnych emocji. Promienie słońca, migocząc na tafli lodu, podkreślały kontury sztywno wyprostowanej sylwetki i przemykały po jasnych włosach. Harry spodziewał się poczuć wiele, gdy w końcu staną twarzą w twarz, ale nie sądził, że to, co zawrze w nim najmocniej będzie gniewem. — Więc? — zapytał, przerywając milczenie. — Co się stało, że po tygodniu postanowiłeś przestać udawać, że się nie znamy?
— Pot… Harry — powiedział, a jego głos załamał się przy końcu. — To nie tak.
— To tak, dokładnie tak.
Draco zamknął oczy, wyglądając jakby walczył z samym sobą o opanowanie. Kiedy ponownie się odezwał, zabrzmiał o wiele bardziej beznamiętnie niż przed momentem.
— Uznałem, że w tych okolicznościach powinniśmy sobie coś wyjaśnić.
— Świetnie — warknął Harry. — Może następnym razem, zanim dojdziesz do jakiś wniosków, postaraj się nie traktować mnie jak gówna.
— A czego ty oczekiwałeś? — syknął Draco, tracąc całą otoczkę spokoju. — Otwartych ramion i buzi na dzień dobry?
— Nie! Nie wiem, czego oczekiwałem, dobra?! — Zrobił w kierunku Malfoya krok, a śnieg zaskrzypiał pod podeszwą. — Po prostu… przestań. Przestań traktować mnie w ten sposób. — Wziął głęboki oddech. Mroźne powietrze oczyściło płuca, ale zamiast spokoju poczuł wypełniający go pełen goryczy chłód. — Mam nadzieję, że cokolwiek chciałeś osiągnąć przez znajomość ze mną to ci się udało.
Malfoy raptownie zbladł.
— Osiągnąć? — powtórzył z jadem Draco. — Zastanów się, co ty w ogóle pieprzysz! To ty chciałeś się pogodzić, ty za mną łaziłeś, ty, kurwa, mnie pocałowałeś i teraz twierdzisz, że to ja coś planowałem?!
— Więc trzeba było mnie odepchnąć! — wrzasnął tak głośno, że zamarznięta tafla jeziora powinna pęknąć pod siłą jego głosu. — Tak właśnie się robi, gdy nie jest się kimś zainteresowanym!
Draco nie odpowiedział od razu. Stał z oczami lśniącymi furią, pięściami zaciśniętymi, wyglądając przy tym, jakby starał się odzyskać nad sobą kontrolę.
Och proszę, pomyślał z rozpaczą Harry, proszę, tylko niech nie powie, że…
Nie miał pojęcia, co by to zmieniło, ale czuł, że to, co usłyszy, przesądzi o wszystkim.
— Nie chodzi o mój brak zainteresowania — powiedział w końcu, a Harry od razu rozpoznał ten oschły ton - Draco zawsze używał go, gdy nie chciał odsłonić zbyt wiele.
Poczuł ulgę, a jednocześnie oszołomienie. Napięcie, lęk i zagubienie, tłumione przez ostatnie dni, opadły mu na barki, niemalże zgniatając. To wszystko było takie popieprzone, że nie wiedział nawet co o tym myśleć.
— Więc? O co chodzi? — spytał, siląc się na obojętny ton. A potem, choć wcale, absolutnie nie zamierzał tego mówić, wypalił: — Dlaczego możesz pieprzyć się z Nottem, a ze mną nie?
— Nie pieprzyłem się z nim.
— Och, no jasne. Zapomniałem, że jestem głupi i nie wiem, co widziałem.
— Co widziałeś? — syknął Ślizgon. — Trochę całowania i rozbierania? Doprawdy, Harry, to jeszcze nie seks. Nawet ty powinieneś o tym wiedzieć.
Potter wiedział, naprawdę wiedział, że nie miał prawa do tego typu pytań i zazdrości ledwie po jednym pocałunku, ale nie mógł się powstrzymać.
— Aha, czyli to taka gra wstępna, najpierw doprowadzasz kogoś do szaleństwa, a potem uciekasz?
Draco rzucił mu wściekłe spojrzenie, a jego policzki lekko poróżowiały, bynajmniej nie od mrozu.
— Już ci mówiłem, sarkazm do ciebie nie pasuje.
Harry uśmiechnął się gorzko i powiedział:
— Odpowiedz na moje pytanie.
— Po prostu nie nadajesz się do tego.
— Jakoś wtedy nie narzekałeś.
Mina Malfoya była nieprzystępna, a dolna warga prawie niezauważalnie drgała, tworząc w brodzie niewielkie wgłębienie, gdy najwyraźniej szukał jakiejś wymówki. Wspomnienie jak te usta chętnie odpowiadały, całując i ssąc, sprawiło, że Harry siłą woli powstrzymał się przed posmakowaniem tego raz jeszcze. Twarz Gryfona chyba ukazała targające nim pragnienia, bo Draco zmrużył oczy, ale nie skomentował tego w żaden sposób.,
— Jesteś Harrym Potterem — oświadczył Malfoy, jakby właśnie to było całym źródłem problemu. — A na dodatek, cholernym, uczuciowym Gryfonem.
Harry poczuł ogarniający go żal.
Jesteś Harrym Potterem odbiło się w jego głowie głuchym echem, a rozgoryczenie wypełniło Gryfona po koniuszki palców.
Właśnie to słyszał przez ostatnie parę lat, te słowa prześladowały go przez cały czas, w każdej cholernej sekundzie jego życia.
Jesteś Harrym Potterem, nie możesz się wściekać ani zachowywać jak każdy inny nastolatek.
Jesteś Harrym Potterem, nie możesz się poddać.
Jesteś Harrym Potterem, Chłopcem Który Przeżył, i musisz zbawić nas wszystkich.
— I? — wykrztusił przez ściśnięte gardło, choć tak naprawdę znał już odpowiedź.
— I? I? — Draco popatrzył na niego z niedowierzaniem. — Ludzi interesuje wszystko, co z tobą związane, nie minąłby nawet miesiąc, a…
— Nie obchodzą mnie ludzie — stwierdził ze złością Harry.
— Ale mnie obchodzą! Nie mogę sobie na to pozwolić, nie mogę i nie chcę być na okładkach wszystkich gazet, żeby roztrząsali każdy pieprzony szczegół mojego życia i wymyślali niestworzone historie, to wszystko by zniszczyło!
— Co by zniszczyło? — zapytał Potter, z szalejącymi w jego wnętrzu furią oraz żalem. Nie mógł zrozumieć, jak dla kogoś mogą być ważniejsze pozory niż własne szczęście. — No powiedz, co by zniszczyło? Twoje ustawione narzeczeństwo? Do cholery, Draco! Po co usiłujesz żyć życiem, które minęło? Myślisz, że twoi rodzice przyjmą cię z otwartymi ramionami, tylko dlatego, że poślubisz odpowiednią dziewczynę?! Nie bądź głupi!
— ZAMKNIJ SIĘ! — ryknął i popchnął Gryfona tak mocno, że ten zatoczył się do tyłu. Harry w ostatniej chwili zdołał złapać równowagę. — Wiedziałem, że tak będzie! Wiedziałem, wiedziałem, że nigdy nie powinienem się do ciebie zbliżać! Praktycznie nic się nie stało, ale ty, oczywiście, już się wtrącasz!
— Przestań! — krzyknął Harry, łapiąc Draco za przeguby i go unieruchamiając. To prawdopodobnie był najgorszy moment na uświadomienie sobie ich położenia, ale nic nie mógł poradzić. Stali tak blisko, pierwszy raz od tygodnia – widział rozszerzone źrenice Malfoya, powiększone tak bardzo, że tęczówka stanowiła wokół nich ledwie cienką oblamówkę; czuł ciepło jego oddechu owiewające twarz, kiedy głośno dyszał. To było… On był… Wystarczyłoby, że lekko by się pochylił i znów poczułby jego usta na swoich. Nie wiedział, jakim cudem zmusił się, by tego nie zrobić. — Draco, posłuchaj mnie…
— Nie. Nie zamierzam słuchać ani ciebie, ani twoich chorych urojeń.
Choć to ostatnie, co chciał zrobić, puścił go i się odsunął.
— Dobrze — powiedział Harry, ledwie rozpoznając swój lodowaty głos. — Więc wracaj do Parkinson i udawaj dalej, skoro to jest właśnie to, czego chcesz.
— Naprawdę wierzysz, że kiedykolwiek chodziło o to, czego chcę? — spytał nagle, brzmiąc na znużonego i, nie czekając na odpowiedź, wyminął Harry’ego i szybko odszedł.
Potter, dygocząc z targających jego wnętrzem emocji, bezradnie patrzył jak odchodzi. Każdemu kroku towarzyszyło skrzypienie śniegu pod podeszwami butów i, zdawałoby się po wieczności, czarna plama zniknęła w mlecznobiałym krajobrazie.
Został sam, zmarznięty i o wiele bardziej zagubiony niż chwilę wcześniej. Nic, absolutnie nic nie poszło po jego myśli. Był zły, na Malfoya za to, że był takim… takim zakłamanym dupkiem, i na siebie samego. Praktycznie namawiał go do związku lub czegoś równie szalonego! Co mu odbiło? Przecież wcale tego nie planował, wręcz przeciwnie, rozważał wszystkie przeciwwskazania i sam doszedł do wniosku, że to niemożliwe! Nie, gdy był tym, kim był i gdy żył tu, gdzie żył. Więc dlaczego… co go napadło?
W nagłym przypływie wściekłości zaczął kopać w ośnieżony, leżący luźno konar tak długo, aż w stopie poczuł pulsujący ból, a drewno rozpadło się na kawałki. Schylił się po nie i, stając na samym brzegu, zaczął wrzucać je pomiędzy pęknięty lód. Dryfowały na tafli wody, co jakiś czas zahaczając o ostre krawędzie, uwięzione pomiędzy jedną białą ścianą, a drugą.
On też utkwił w martwym punkcie.

Rozdział XVII



Następnego ranka Harry był świadkiem czegoś naprawdę dziwnego. Wszyscy uczniowie jak zwykle gromadzili się przed klasą, wypełniając korytarz rozmowami i śmiechem, przy okazji robiąc taki ścisk, że postawienie kroku sprawiało trudność. Stojąc na boku ze swoimi przyjaciółmi, mimo ostatnich wydarzeń, wyczekiwał wyłapania spośród tłumu tej niemożliwie jasnej czupryny. I wtedy to zobaczył.
Parkinson z Zabinim opierali się o przeciwległą ścianę. Znajdowali się bardzo blisko siebie, tak blisko, że Gryfon dokładnie widział przylegającą do jej ramienia rękę chłopaka. Pochylając się w stronę dziewczyny, mówił coś przyciszonym głosem, ustami niemal dotykając jej policzka. Harry nie mógł wyobrazić sobie żadnego powodu, dla którego konieczna byłaby aż taka bliskość i, z niedowierzaniem, zastanawiał się nad tym, czy wszyscy Ślizgoni byli nienormalni, czy tylko mu się wydawało.
— JAK TO ZNIKNĄŁ?! — wrzask Parkinson wybił się ponad ogólny harmider.
— Pansy, słońce…
— Nie słońcuj mi tu! — przerwała mu, wymachując dziko rękami.
Harry spostrzegł, że Blaise pochylił się jeszcze bardziej i szepnął coś, co najwyraźniej nieco ją uspokoiło, spazmatyczny, jeszcze przed chwilą, oddech, zaczął powoli się wyrównywać.
— No, już dobrze. Oddychaj głęboko. Wdech i wydech, wdech i wydech… — instruował dziewczynę, z przesadną czułością gładząc jej włosy, drugą ręka obejmując za ramiona.
Harry uświadomił sobie, że się gapi dokładnie w chwili, w której poczuł na taksujące spojrzenie Hermiony.
— Błeee — podsumował Ron, najwyraźniej również przyglądając się całej scenie. — Czy Malfoy wie, że oni tak się macają?
Tak, wie, odpowiedział tylko we własnej głowie Harry, i nic go to nie obchodzi, bo sam woli macać innych.
Jeszcze raz zerknął na przebiegłą twarz Zabiniego, wyraźnie zmartwioną Parkinson i przyłapał się nad rozważaniem tego, czy gdyby nie był Harrym Potterem, albo gdyby Draco był wolny i nie miał w planach ślubu, czy wtedy… mogliby spróbować? Ta myśl należała do jednych z tych głupich i bezsensownych, a wyraźne emocje na twarzy dziewczyny wywołały w nim coś na kształt wyrzutów sumienia. O wiele łatwiej było jej nie lubić, mając o niej błędne wyobrażenie - jako o bezuczuciowej żmii - niż o zwykłej dziewczynie, złośliwej bo złośliwej, ale odczuwającej jak każda inna.
Draco nie pojawił się na Transmutacji, obiedzie, ani dodatkowych Eliksirach. Prócz tych dwóch lekcji mieli jeszcze wspólne Zaklęcia, niestety nie odbywające się tego dnia, więc Harry nie mógł upewnić się co do jego nieobecności. Nie zauważył go na żadnym korytarzu, dziedzińcu, o kolacji nie wspominając. W końcu, dusząc w sobie niezdrowe zdenerwowanie, uznał, że jeśli Draco spotkało coś złego, jego znajomi powinni być co najmniej przygnębieni. A potem przypomniał sobie, że Draco praktycznie nie miał znajomych.
Późno w nocy, leżąc w łóżku i słuchając równomiernych oddechów współlokatorów, wyciągnął Mapę Huncwotów i zaczął śledzić setki czarnych, oznakowanych kropek, jednak nim natrafił na tę poszukiwaną zapadł w sen.
Minął jeden dzień i drugi, aż Harry musiał zaakceptować oczywisty fakt - Draco Malfoy zniknął. Nie wiedział gdzie, nie wiedział po co, przypuszczał dlaczego, choć i do tego całkowitej pewności mieć nie mógł. Słowo „ucieczka” nasuwało się samo, ale jeżeli był ku temu powodem oznaczałoby to też, że cała sprawa dla Malfoya znaczyła dużo więcej niż pokazywał, a to z kolei nie pasowało do przekonań Harry’ego. Na liście buzujących w nim emocji, zaraz po zaniepokojeniu i tłumionej złości, widniało idiotyczne uczucie bycia zdradzonym. To nie miało specjalnego sensu ani logicznego wytłumaczenia, bo żadna obietnica nigdy nie padła z ust Ślizgona, ale i tak czuł się w jakiś sposób oszukany. Ze wszystkich ludzi tylko Malfoy potrafił ot tak zniknąć, najwidoczniej nikogo o tym nie powiadamiając. Pieprzony egoista.
Trzeciego dnia od jego zapadnięcia się pod ziemie, ślęcząc w trójkę nad zadaniami w bibliotece, Harry mimo starań nie potrafił skupić się na czymkolwiek innym.
— Harry… HARRY?! — warknęła Hermiona, uderzając grubym tomiskiem o blat.
— E… co? — bąknął, wyrwany z zamyślenia.
Przyjaciółka westchnęła, sprawiając wrażenie jakby siłą woli powstrzymywała się od przyłożenia mu książką w łeb.
— Doprawdy — prychnęła, wyraźnie rozdrażniona, spoglądając na niego znad sterty pergaminu. — Za godzinę mamy test z zaklęć — poinformowała go wyniośle. — Jeżeli choć na chwilę nie przestaniesz myśleć o Malfoyu to zapewniam cię, że oblejesz.
Łypnął zakłopotany i trochę zły na dziewczynę.
— Skąd w ogóle pomysł, że myślę akurat o nim?
Z bardzo wymowną miną uniosła wysoko brwi.
— A stąd, że odkąd nie pojawia się w szkole, ty przestałeś kontaktować — odparła, jak zwykle zauważając o wiele za dużo. — Rozumiem, że się martwisz, ale nie możesz przez to zawalać wszystkich spraw wokół.
— Nie martwię się! — zaprotestował, nie do końca zgodnie z prawdą, choć ocenienie czy był bardziej wściekły, czy przestraszony sprawiało trudność.
Spojrzała znacząco w sufit.
— No dobrze, w takim razie cokolwiek tak bardzo cię pochłania, niech zniknie i po prostu się skup. Dobrze? — Nie czekając na odpowiedź wróciła do zadania, raz po raz odgarniając zbłąkanego loka smagającego jej policzek.
Ron, siedzący po jego prawej stronie, ziewnął głośno, przeciągając się aż chrupnęły mu kości. Z rękami założonymi za głowę, odezwał się beztrosko:
— Ja tam się cieszę, że Fretka zniknęła z powierzchni Ziemi. Oby na zawsze.
— Ron! Jak możesz tak mówić — zaperzyła się Hermiona, piorunując go spojrzeniem.
Wzruszył ramionami, najwyraźniej nie zauważając zaciskających się pieści Pottera.
— No co? On kompletnie zbałamucił Harry’ego, ale — zwrócił się do przyjaciela, klepiąc go po napiętych łopatkach — nie martw się, stary. Im dłużej nie będzie tego kretyna, tym szybciej wrócisz na właściwą drogę.
Nagle odpłynęły wszystkie wypełniające bibliotekę odgłosy, jakby ktoś za pomocą pilota wyłączył dźwięk, zostawiając ich w grobowej ciszy. Do Harry’ego zaczął docierać sens wypowiedzi. A to znaczyło… Merlinie, to znaczyło, że jakimś cudem się zorientowali.
Ręka Hermiony znieruchomiała i z narastającym przerażeniem jak i gniewem, Harry warknął:
— Na właściwą drogę? Co to, do cholery, miało znaczyć?
Uszy Rona poczerwieniały, gdy najwidoczniej uświadomił sobie, co palnął. Hermiona przenosząc rozpaczliwy wzrok od jednego do drugiego, wykrztusiła :
— Ron chciał tylko powiedzieć, że…
— Och tak. Chyba doskonale wiem, co chciał powiedzieć — wszedł jej w słowo, jednocześnie podnosząc się z krzesła. Z krwią łomoczącą w uszach obserwował jak przyjaciółka wyraźnie zdenerwowana przygryzała wargę, a Ron wbił wzrok w bliżej nieokreślony punkt przed sobą. Harry’emu nie do końca udało się zdusić histeryczny śmiech i, siląc się na spokój, dodał — Wiecie, mam coś do zrobienia. Na razie. — Ignorując błagalne spojrzenie Hermiony, spakował rolkę pergaminu z piórem i, zarzucając torbę na ramię, wyszedł.
To by było na tyle, jeżeli chodziło o wsparcie przyjaciół w trudnych chwilach.
Błądząc bez celu po piętrach, wmawiał sobie, że może to, co usłyszał wcale nie oznaczało tego, co mu się wydawało. Może tak naprawdę nie wiedzieli, może Ronowi chodziło zupełnie o coś innego…
Kogo ja chcę oszukać? pomyślał ponuro.
Co miał teraz zrobić? Jak się zachować? Nawet mimo chęci, nie mógł przecież włóczyć się do końca dnia po korytarzach. Będzie musiał tam wrócić, spojrzeć przyjaciołom w oczy i… No właśnie, i co? Wytłumaczyć im? Ale jak wytłumaczyć coś, czego sam do końca nie rozumiał? To wszystko było zbyt popieprzone, zbyt skomplikowane, zbyt nowe… a jednocześnie prawdziwe. Przycisnął drżące palce do rozgrzanych policzków.
Boże, kompletnie oszalałem.
Nie, nie wyobrażał sobie porozmawiać o tym z Hermioną ani tym bardziej z Ronem. To było… po prostu nierealne.
Zorientował się, że zawędrował aż do lochów. Fantastycznie. Nawet jego cholerna podświadomość musiała zbzikować. Już miał zamiar zawrócić, gdy zauważył trzy znajome, zdecydowanie ślizgońskie sylwetki i stanął w miejscu.
Parkinson, wyraźnie roztrzęsiona, obejmowała się ramionami, a Zabini z Nottem najwyraźniej coś jej tłumaczyli. Ten pomysł nie był zbyt mądry, a prawdopodobieństwo, że dowie się czegokolwiek wynosiło zero, ale z drugiej strony… nie wiadomo, czy taka okazja kiedykolwiek się powtórzy.
Zbierając w sobie odwagę, ruszył w kierunku Ślizgonów. Zauważając go, raptownie zamilkli, a trzy, identycznie złowrogie spojrzenia, wbiły się w niego niczym sztylety.
Harry Potter, Chłopiec, Który Zapragnął By Go Uśmiercono.
— Ee… — zaczął jakże elokwentnie, na co Pansy histerycznie parsknęła, ale nie umiał ocenić, czy był to jeszcze śmiech, czy już płacz.
— Draco tutaj nie ma — oznajmił Nott, wyglądając najprzystępniej z całej trójki.
— Tak, wiem. Tak właściwie to chciałem pogadać z Parkinson.
O ile wcześniej sprawiali wrażenie zdegustowanych jego widokiem, teraz pogrążyli się w tak głębokim szoku, że na moment zapomnieli o swoich rasowych, wrednych minach.
Ślizgoni chyba myślą, że odrobina życzliwości dla drugiego człowieka może ich zabić.
Parkinson odetchnęła głęboko, i z postawą osoby, która podjęła trudną, życiową decyzje, powiedziała:.
— Niech będzie.
Zabini zaczął poruszać ustami w bardzo niemądry sposób, przypominając rybę wyciągniętą na ląd. Zimną i oślizgłą.
— Ale to Potter. P.O.T.T.E.R — wydusił w końcu.
— Spokojnie, zaraz do was wrócę, chłopcy. — I mówiąc to, ruszyła przed siebie.
Harry powlókł się za nią. Z każdym kolejnym krokiem wzrastało w nim przekonanie, że to był jednak zły, bardzo zły pomysł. Stanięcie ze Ślizgonką twarzą w twarz automatycznie odtwarzało mu wszystkie wspomnienia pomieszane z odzywającym się sumieniem. Z drugiej strony… Dlaczego miał się nią przejmować? Od lat traktowała go ze wstrętem i złośliwością, tylko po to, by zyskać w oczach Malfoya, więc… Jeżeli ktoś tu powinien czuć się winny, to na pewno nie on.
Po skręceniu w boczny korytarz, stanęła w miejscu i ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma obróciła się ku niemu. Oczy miała lekko zaczerwienione, a rzęsy posklejane, jakby niedawno płakała i Harry zabronił sobie czuć wobec niej choć odrobinę współczucia.
— Więc? Czego chcesz, Potter?
To tylko pytanie. Jedno, nieszkodliwie pytanko, a potem obróci się i, bez względu na odpowiedź, odejdzie.
Biorąc oddech, wyrzucił:
— Chciałem tylko zapytać, gdzie jest Draco?
Kąciki jej ust drgnęły i cień nieokreślonych emocji przemknął przez tę surową twarz.
— Wyjechał — odparła lodowato.
No co ty nie powiesz? pomyślał z irytacją, przyrzekając sobie, że nie da się wciągnąć w żadną durną kłótnie. Miał cel. Święty cel.
— Tyle to sam zauważyłem. Ślepy nie jestem.
W iście malfoyskim stylu uniosła brew.
— Serio? — zakpiła, patrząc sugestywnie na jego okulary. Wykrzywiając w grymasie wargi, drgnęła jakby miała zamiar odejść. — To wszystko? W takim razie…
Złapał Parkinson za łokieć, uniemożliwiając ruszenie się z miejsca.
— Czekaj. — Ton jego głosu bardziej przypominał prośbę niż cokolwiek innego i, przełykając własną dumę, zapytał nieco żałośnie — Czy z nim… wszystko w porządku?
Obracając ku niemu twarz, przymknęła powieki, i kiedy ponownie je otworzyła, w tęczówkach dziewczyny odbijały się płomienie świec. Sposób, w jaki patrzyła na niego przez ten ułamek sekundy sprawił, że poluzował uścisk, niemal się zataczając.
— Ty mi to powiedz, Potter.
Zamrugał. Kawałki układanki zaczęły wskakiwać w odpowiednie luki, brzmienie jej głosu na korytarzu „Jak to zniknął?”, i późniejsze, utrzymujące się przez te wszystkie dni roztrzęsienie. Nie wiedział, czy to, co poczuł było ulgą, że nie tylko jego, Harry’ego, Draco potraktował jak nic nieznaczący element, czy raczej ciężarem, że na pewno przyczynił się do tego nagłego zniknięcia.
— Co? O co ci chodzi? — zapytał jednak.
— Nie udawaj większego idioty niż jesteś. Oboje dobrze wiemy o co mi chodzi — wysyczała i, przerzucając włosy przez ramię, wyminęła go.
Boże, Boże, Boże. Użył całej samokontroli, aby nie opaść na ziemię, ukryć głowę pomiędzy kolanami i udawać, że to jakiś chory żart. Kiedy przeoczył moment, w którym wszystko zaczęło wymykać się spod kontroli? Czuł jak los z niego kpił, przybierając coraz to nowsze, dziwniejsze formy. Draco wprost nie mógł wybrać sobie lepszej chwili na zniknięcie, jakby z góry przewidział, co będzie się dziać. A Harry był tu, wystawiony na coraz to bardziej podejrzliwie spojrzenia, z narastającą potrzebą ucieczki. Również zapragnął się schować. Nie miał gdzie.

***


Po tej nieszczęsnej rozmowie w bibliotece, Hermiona oczekiwała kilkudniowego milczenia i wzroku pełnego urazy. Myliła się. Harry najnormalniej wrócił do pokoju wspólnego i, z doskonałością, o którą nigdy go nie podejrzewała, udawał, że wszystko było w jak najlepszym porządku. Nawet rozegrali z Ronem partię szachów i to ostatecznie zamknęło jej usta. Nie mogła powrócić do tematu Malfoya, rozkojarzenia Harry’ego, ani niczego z tym związanego, choć bardzo chciała. Ile razy wpatrywał się za długo w ślizgoński stół, ilekroć odpływał, zamknięty gdzieś głęboko we własnych myślach, nim zdążyłaby zareagować, równie szybko się reflektował, obdarzając ją zwyczajnym uśmiechem. To do niego nie pasowało, przecież do tej pory był jak otwarta książka, z emocjami wymalowanymi na określonych stronach. Jeżeli się wściekał, to coś rozwalał, jeżeli czuł zawstydzenie, to rumieniec wstępował mu na twarz, a teraz… tak po prostu grał.
To musi się skończyć, powtarzała sobie uparcie, cokolwiek mu jest, w końcu z niego wyjdzie, a wtedy ja będę gotowa mu pomóc.
Jednak nic nie wskazywało na to, aby Harry tej pomocy chciał. Dni mijały, a udawanie przed nimi, że Draco Malfoy nigdy nie istniał wychodziło mu nadzwyczaj dobrze.
Jesteś szczęśliwy czy nie? pytała tylko we własnej głowie, obserwując przyjaciela.
Niemożność poznania odpowiedzi doprowadzała ją do szału. U licha, była Hermioną Granger, najmądrzejszą uczennicą w całej szkole, a nie potrafiła ocenić samopoczucia kogoś tak bliskiego. Musiała to rozgryźć. Musiała dowiedzieć się, czy Malfoy zrobił to, co obiecał, czy ich przypuszczenia były słuszne, a może sprawa wyglądała o wiele łagodniej niż im się wydawało.
Leżąc na łóżku z Ronem, w męskim dormitorium, nadal o tym rozmyślała. W każdej chwili ktoś mógł wejść, ale to nie przeszkadzało chłopakowi błądzić ustami po jej szyi.
— Wiesz, w weekend jest wyjście do Hogsmeade — odezwała się, z trudem łapiąc oddech.
— Tak, wiem. Pomyślałem, że… moglibyśmy się wybrać do tej kawiarni, co za pierwszym razem.
Obawiała się jego reakcji, lecz nakazała sobie spokój. Może Ron nie do końca opanował sztukę empatii, ale był dobrą osobą.
— Ja… nie złość się, Ron, ale chciałam iść z Harrym.
W pierwszej chwili znieruchomiał, a potem uniósł twarz, krzyżując ich spojrzenia w jednej linii.
— Czemu nie mogę iść z wami? Wydawało mi się, że przyjaźnimy się we trójkę — burknął, odsuwając się i siadając na skraju łóżka.
Widziała jego mięśnie napinające się na barkach pod wpływem gniewu.
— Domyśl się. Chce z nim porozmawiać o Malfoyu, a wydaje mi się — rudzielec wzdrygnął się na dźwięk tego nazwiska — że ty nie jesteś jeszcze gotowy na tę rozmowę. Jeżeli się mylę, to…
— Nie, nie mylisz się. Masz rację, zresztą jak zawsze — westchnął, opuszczając głowę. — W porządku, idź, jeśli to ma mu pomóc…
Nie do końca tłumiąc uśmiech, objęła jego plecy, chłonąc bijące od niego uspakajające ciepło.
— Jesteś kochany, wiesz o tym? — szepnęła mu w kark, sekundę później przyciskając usta w krótkim, przepełnionym czułością pocałunku.
Ramiona chłopaka rozluźniły się i nieco opadły w geście poddania.
— Taa, szkoda, że nie tak jak on — mruknął, a materac skrzypnął, kiedy wstawał.
Popatrzyła na Rona z niedowierzaniem graniczącym z palącym w piersi uczuciem zawodu.
Sądziła, że mieli już za sobą etap bezpodstawnej zazdrości. Jak widać, pomyliła się. Znowu.
— Chyba nie mówisz poważnie? Harry jest naszym przyjacielem, on po prostu potrzebuje…
— …chętnego ucha, tak, wiem. Wybij mu z głowy tego palanta. — Pochylił się ku niej, przyciskając wargi do czoła i, ignorując proszące spojrzenie Hermiony, dodał: — Muszę iść omówić z Deanem taktykę następnego meczu, w innym razie Krukoni zetrą nas na proch. — Nie czekając na odpowiedź, zniknął za drzwiami, których trzaśnięcie rozniosło się po pomieszczeniu głuchym echem.
Przez chwilę jeszcze leżała, wpatrując się w baldachim, lecz nie dostrzegając go.
Myślami błądziła gdzie indziej, wiele, wiele dalej, chcąc wierzyć, że Ronowi kiedyś przejdą te bezsensowne napady zazdrości. Iż kiedyś zrozumie, że równie dobrze mógłby się wściekać o Krzywołapa. Nie chodziło o to, że Harry był kimś nieatrakcyjnym. Właściwie nigdy nie patrzyła na niego w ten sposób, bo przecież… Harry to Harry. Ktoś niemal jak brat i jego przystojność lub jej brak nie miała tu żadnego znaczenia. Czy zrozumienie tego było, aż tak trudne?
Znikąd dopadł ją dziwny, niewytłumaczalny, nie mający swego ujścia lęk.

*


Niestety, z wyjścia do Hogsmeade nic nie wyszło. Harry odmówił pójścia, zwinnie wykręcając się natłokiem zadań, a ona, nie chcąc, by nabrał jakichś podejrzeń, nie mogła specjalnie naciskać. Każdy wiedział, że, w normalnych warunkach, nigdy nie uznałaby wyjścia do miasteczka za ważniejsze od lekcji. Tak więc, nie zostało jej nic poza czekaniem i szukaniem dobrej sposobności na rozmowę.
A tak się złożyło, że okazja nadarzyła się sama pewnego wtorkowego wieczoru. Siedząc z książką w ręce, usłyszała, że Harry poszedł sam polatać na boisko. Nie zastanawiała się nawet pięciu minut.
O tej porze mróz szczególnie dokuczał, więc ciepło ubrana, z dwoma kubkami gorącej czekolady, na które rzuciła zaklęcie utrzymujące temperaturę, usiadła na trybunach i czekała. Przez ciemności panujące na boisku prawie go nie widziała, tylko kilka razy sylwetka przyjaciela mignęła jej przed oczami, by po chwili z powrotem zatonąć w czarnym niebie.
W końcu, kiedy palce u nóg i rąk zdrętwiały tak, że prawie straciła w nich czucie, Harry skończył latać. Oczywiście, co nie było niczym dziwnym, w ogóle nie zauważył Hermiony.
— Harry! — zawołała, ale w pierwszej chwili nawet nie zareagował. — Harry, tutaj!
Spojrzał w jej stronę, po chwili niepewnie podchodząc.
— Co tutaj robisz?
Uśmiechnęła się, mając nadzieję, że nie zdradziło jej zdenerwowanie.
— Przyniosłam gorącą czekoladę — oznajmiła, unosząc oba kubki.
— Dzięki — odparł, usiadł obok i wziął swoją porcje czekolady.
Cisza – nie z rodzaju tych naturalnych, gdzie każdy może robić swoje, tylko z tych ciężkich, aż każdy atom zdawał się wołać o wypełnienie go słowami, setkami słów.
Co się z nami stało?, pomyślała nie wiadomo który już raz, Czemu nie chcesz pozwolić sobie pomóc?, lecz nic nie wskazywało na to, aby Harry tej pomocy nie tylko chciał, ale i potrzebował.
— Tym razem się nie wywinę, co? — zapytał z cieniem humoru w głosie.
— Nie przyszłam cię przesłuchiwać, tylko z tobą porozmawiać.
Jego palce zacisnęły się na kubku.
— O czym tu gadać? Przecież wiecie — mruknął, właściwie zaskakując ją, że nie próbował się jakoś wykręcić. — Nie mam nic do dodania.
— Harry, nie przeszkadza nam, że jesteś… — urwała. Jak powinna to ująć? Nie była pewna, czy sam określał się tym mianem. — …że jesteś gejem.
Skrzywił się, słysząc ostatnie słowo.
— To trochę za dużo powiedziane. — To zaskakujące, ile ulgi mogło przynieść równie niewinne zdanie. Nie żeby Hermionie kiedykolwiek przeszkadzała czyjaś orientacja. Będąc nieczystej krwi, dyskryminowanie kogokolwiek z jakiegokolwiek powodu, byłoby szczytem hipokryzji. Ale Harry miał wystarczająco dużo problemów, by nie musieć borykać się jeszcze z tym. A to co powiedział… widocznie nie interesowali go ogólnie mężczyźni, tylko Malfoy. To rzucało na sprawę światełko nadziei. Może kiedyś – za miesiąc, rok, dwa – będą się jeszcze z tego śmiać. — Więc… naprawdę nie przeszkadza wam…
— Oczywiście, że nie — zapewniła go, czując się nieco urażona, że w ogóle mógł tak pomyśleć. — Byliśmy tylko trochę zaskoczeni… Wiesz, zawsze nam się wydawało, że podobają ci się dziewczyny.
— Tak — wymamrotał w swój kubek. — Mi też tak się wydawało.
Przygryzła wargę, zastanawiając się, jak zapytać o coś takiego.
— Harry, czy ty i Malfoy… — zamilkła i spróbowała jeszcze raz. — Czy wy…?
— Spałaś z Ronem? — Pytanie zaskoczyło ją do tego stopnia, że prawie wypuściła kubek z rąk.
Spojrzała na niego całkowicie zdumiona.
— Co? Jak możesz….
— Więc ty masz prawo o to pytać, a ja nie?
Pięć punktów dla Gryffindoru za celny strzał.
— Nie o to chciałam zapytać — powiedziała, nie do końca zgodnie z prawdą. — Bardziej chodzi mi o to, że… nie zachowujesz się ostatnio normalnie. I wiemy, że to przez niego.
— Bzdura — zaprzeczył zaskakująco spokojnie. —Wszystko ze mną w porządku.
— Tak, za bardzo w porządku — upierała się, niezdolna uwierzyć, że tak po prostu przeszedł nad tym wszystkim do porządku dziennego. To do niego nie pasowało. — Cokolwiek pomiędzy wami zaszło, nie możesz wiecznie udawać, że Malfoy nie istnieje.
— Nie przyszło ci do głowy, że może po prostu zrozumiałem, że nie jest wart szargania sobie nerwów?
Zamarła, całkowicie zaskoczona tym pytaniem.
Szczerze mówiąc: nie, nie przyszło. Ale z drugiej strony, może to był błąd? To on z nich wszystkich musiał wydorośleć jako pierwszy. To on, niemal co roku, stawał oko w oko z Voldemortem. Harry praktycznie nie miał czasu posmakować zwykłego życia, nastoletnich, głupich problemów. Sprawa własnej orientacji, czy Malfoya, w obliczu własnej śmierci, czy wybawienia świata, faktycznie wydawała się śmiesznie nieistotna. Ale znała go wystarczająco, by nie móc całkowicie w to uwierzyć.
— Harry…
— Nie, poważnie, dużo o tym myślałem i… mam ważniejsze sprawy na głowie niż jakiś niezdecydowany dupek, no nie? — Nie mogła się z tym nie zgodzić. —Wiem, że się martwisz i doceniam to, ale nie ma powodu. Naprawdę. — Uśmiechnął się, a Hermiona, ku swojemu przerażeniu, chyba pierwszy raz w życiu nie umiała ocenić czy był to uśmiech szczery, czy udawany. — Dzięki za czekoladę, ale mimo wszystko, trochę mi zimno. Wracamy?
Niezadowolona, że tak łatwo się wywinął, również się podniosła.
Przez chwilę szli w milczeniu, starając się ignorować śnieg wiejący im prosto w oczy.
To głupie, że go o to zapytała. Miał prawo mieć swoje sekrety, sprawy zachowane tylko dla siebie. Przyjaźń jeszcze nie oznaczała przymusu dzielenia się absolutnie wszystkim. Mimo, że była tego świadoma, i tak nie potrafiła przestać myśleć nad tym, co pomiędzy nimi zaszło. Nie ważne, jak się starała, nie mogła pozbyć się wrażenia, że od kiedy pogodził się z tym tlenionym draniem, wyrósł pomiędzy nimi mur. Mur niedomówień i milczenia.
— I dla twojej informacji, spałam z Ronem — wyznała, chyba tylko dlatego, że liczyła na podobną szczerość.
— Wiem — odparł, szczerząc zęby. — A ja nie spałem z Malfoyem.
Widząc jej minę, roześmiał się, a ona pozwoliła sobie na moment uwierzyć, że pomiędzy nimi wszystko było jak dawniej.


***



Po rozmowie z Hermioną czuł się trochę lepiej, bo w końcu nie był w tym wszystkim sam, i odczuwał wdzięczność, że razem z Ronem nie powracali więcej do tematu Malfoya. Przynamniej na razie. Właściwie zachowywali się tak, jakby pożądanie takiego tchórzliwego dupka nie było niczym dziwnym.
Wszystkie emocje na przemian przeplatane z myślami, których unikał za dnia, męczyły go nocami. Mógł zagłębiać się w stosach zadań, na treningach przemęczać do utraty tchu, odwracać wzrok od zmarszczonych sugestywnie brwi Hermiony, ale gdy tylko się kładł, w snach lub na ich granicy, wszystko powracało. Koszmary i wizje ustępowały sennym marzeniom o znacznie innej treści. Krzyki rozkosznym westchnieniom, krew bladości ciała, tortury rozmaitym pieszczotom. Ręce i usta Harry’ego były pełne cudzej skóry. Tylko w snach.
Mam siedemnaście lat, mówił sobie, budząc się za każdym razem spocony i lepki, to normalny wiek na erotyczne zachcianki.
Więc pozwalał sobie marzyć, śnić, i dotykać się znacznie częściej niż przedtem. A gdy się budził, było tak, jakby Draco Malfoy nigdy nie istniał. To prawie wspaniałe, jak bardzo potrafił wyprzeć go ze swojej świadomości.
Tego ranka pierwszą lekcja były eliksiry. Przyjemny aromat cynamonu unosił się nad bulgoczącymi kociołkami, lekko otępiając, a głowę czyniąc wyjątkowo ciężką.
— Eliksir Słodkiego Snu jest dość bezpieczny, pod warunkiem, że nie przesadzimy z jego używaniem. Zbyt częste stosowanie może uzależnić, a nawet doprowadzić do śpiączki. Pamiętajcie, żeby za bardzo nie wdychać oparów — poinstruował Slughorn, klepiąc się po swoim wielkim brzuchu. — Co prawda, zapach nie ma tak silnego działania jak sama substancja, jednakże…
— …może wywołać halucynacje — dokończyła, jak zwykle bezbłędnie, Hermiona.
— Zgadza się, panno Granger. Wracajcie do pracy.
Opierając policzek na pięści, Harry wlał do kociołka cztery krople soku z pijawek, obserwując, jak eliksir zmienił swoją barwę na jasnozieloną. Sięgnął po łyżkę, czując obejmująca go senność. W głowie mu wirowało, a powieki robiły się coraz cięższe i cięższe… słodki zapach cynamonu tak przyjemnie otępiał zmysły…
Zamrugał, walcząc z ogarniającym go otumanieniem.
Co teraz powinien zrobić? Chyba pomieszać… tak…
Jeden obrót w prawo… drugi w lewo… znów w prawo…
Otworzył oczy, kiedy je zamknął?, od razu zauważając, że sala eliksirów zniknęła.
Zamiast w niej, stał w podłużnym, ogromnym jak wnętrze katedry, pomieszczeniu. Mimo panującego tu mroku, zdołał dojrzeć na samym końcu coś wyglądającego jak tron. Czarniejszy niż noc, zbudowany z czegoś, co przypominało osmolone lub zakrwawione kości. Świece o kształcie kręgosłupów rozświetlały niemal nieprzeniknioną ciemność. Nie było tu okien, mebli, ani niczego – tylko mrok, cisza, i dźwięk dudnienia własnego serca.
Przełknął narastające zdenerwowanie. Znał to miejsce. Już tutaj był. Nie naprawdę, ale widział je. Nagle mrok rozstąpił się i Harry zrozumiał, że to, co brał za cień, było ludźmi. Co najmniej pięćdziesiąt spowitych w czerń osób, stało na samym środku pomieszczenia, tworząc idealny okrąg.
Śmierciożercy, dotarło to do niego w ułamku sekundy.
To musiał być sen, kolejna nieprzyjemna wizja… Chciał się uszczypnąć, byleby tylko się obudzić, gdy zamarł, zauważając jeszcze coś – w samym środku koła stał wyraźnie zadowolony Voldemort.
— Dzisiaj jeden z was wypełnił swoje zadanie — usłyszał jego cichy głos. — Nasz przyjaciel, Goyle, tak jak obiecał, przyprowadził zdrajcę. — Rozległy się pomruki mściwej satysfakcji. Voldemort uniósł swoją bladą dłoń, a śmierciożercy od razu umilkli. — Co robimy ze zdrajcami?
— Każemy ich!
— Zabijamy!
— Taak… nikt, kto przysiągł służyć mi, Lordowi Voldemortowi, nie może złamać obietnicy. — Grymas, który zapewne miał być uśmiechem, wykrzywił mu wargi. — Głupi chłopak myślał, że uda mu się przeżyć. — Śmierciożercy zaśmiali się. — Ale jak to mówią, jaki ojciec, taki syn… jednak, nim go powitamy, należy nagrodzić tego, dzięki któremu mamy zdrajcę. Gregory, podejdź tu. — Wysoki chłopiec, wydający się być jeszcze większy niż Harry pamiętał, postąpił krok do przodu i niemal natychmiast uklęknął na jednym kolanie, wzrok wbijając w podłogę. — Jestem z ciebie zadowolony, Goyle, bardzo zadowolony… Ostatnio moi zwolennicy tylko mnie zawodzą, gdy tymczasem ty przyprowadziłeś do mnie zdrajcę. Zasłużyłeś na nagrodę. — Machnięciem różdżki przywołał złoty puchar. — Wypij to, a już na zawsze staniesz się jednym z moich popleczników. — Goyle wciąż nie unosząc głowy, wyciągnął ręce, a kiedy jego palce natrafiły na naczynie, chwycił je i wypił całą zawartość. W pierwszej chwili nic się nie stało, ale nagle z ust chłopaka wyrwał się przeraźliwy krzyk. Jego oczy zdawały się próbować wyskoczyć z oczodołów, a żyły na lewej ręce napuchły, jakby miały eksplodować. — Wyprowadzić go — rozkazał Voldemort, nie zaszczycając Ślizgona choćby spojrzeniem. — Niech dojdzie do siebie w samotności. A teraz, Yaxley, rzuć pod moje nogi zdrajcę.
Wspomniany mężczyzna wystąpił z szeregu, mocno trzymając skutego i zakrwawionego chłopaka. Te jasne włosy, zwykle, choć nie w tej chwili wyprostowane plecy i blada skóra… Harry poczuł, jak jego gardło zaciska się z paniki.
Nie! To nie może być prawda, to sen, kolejny koszmar… Pragnął się obudzić i jednocześnie zrobić, coś, cokolwiek… Szarpnął się, ale jego nogi nawet nie drgnęły. Dlaczego nie mógł się ruszyć? Dlaczego stał w miejscu?!
Draco został pchnięty w przód, tak, że upadł na kolana i łokcie. Kiedy tylko zderzył się z posadzką, jęknął. Całe jego ubranie było potargane i przesiąknięte zarówno skrzepniętą, jak i świeżą krwią, wyglądał… wyglądał jakby torturowano go od dłuższego czasu. Harry drżąc z przerażenia i nienawiści, zauważył wystającą z jego ręki kość.
— Podnieś się i spójrz na mnie, młody Malfoyu — rozkazał Voldemort, ale Draco nie zareagował. Właściwie, leżąc tak na podłodze, zdawał się nawet nie oddychać. — Powiedziałem: podnieś się i spójrz na mnie! — Jednym machnięciem różdżki zmusił chłopaka do uniesienia się na zdrowym łokciu i spojrzenia w górę. Harry poczuł jak krew w jego żyłach zamienia się w najprawdziwszy lód. Twarz Draco była cała posiniaczona, a spojrzenie… przygaszone, ale wypełnione przerażeniem. — Ach, od razu lepiej, prawda? — stwierdził z zadowoleniem Voldemort, a śmierciożercy zachichotali. — Powiedz mi, Draco… jak to jest zhańbić swoją rodzinę? Jak to jest być zdrajcą krwi? — Usta Ślizgona zadrżały, ale nie odpowiedział. — I to dla kogo? Dla tych szlam? Naprawdę myślałeś, że można uchronić się przed Lordem Voldemortem? Myślałeś, że obronią cię jak kogoś swojego? Gdzie jest ten wspaniały Harry Potter, teraz, chwilę przed twoją śmiercią? — Wąż pojawił się przy boku Voldemorta, wijąc się i otwierając paszczę, jakby tylko czekał, aż zatopi kły w świeżym mięsie. Oczy Draco rozwarły się, a on sam drgnął, zapewne chcąc się cofnąć, ale siła zaklęcia zatrzymała go w miejscu. Voldemort delikatnie pogładził łeb wężycy. — Spokojnie, Nagini — powiedział. — Moja przyjaciółka, Draco, jest bardzo głodna, jednakże… naprawdę nie lubię przelewać czystej krwi. Doszły do mnie ciekawe informacje… gdyby okazały się prawdziwe… zlitowałbym się nad tobą — umilkł, a Harry jedyne, o czym potrafił myśleć to: nie słuchaj go, nie słuchaj go, nigdy nie wybaczyłby żadnemu zdrajcy! — Podobno ty i Harry Potter… zaprzyjaźniliście się. Czy to prawda? Och, nie odpowiadaj. Sam znajdę odpowiedź. — Harry pragnął coś zrobić, ale mógł tylko stać i biernie patrzeć, jak Voldemort, z oczami czerwonymi niczym krew, pochylił się nad roztrzęsionym Malfoyem. To była ledwie sekunda, ale miał pewność, że znalazł w umyśle Dracona to, czego szukał, bo gdy się odsunął, wyglądał na niezmiernie zadowolonego. — A więc, jednak jest dla ciebie nadzieja. Czy Potter ci ufa? — Draco milczał. — Odpowiedz!
— T-tak… chyba tak… — głos chłopaka był zachrypnięty i gardłowy, jakby nie pił od dłuższego czasu.
Twarz Voldemorta wykrzywił zadowolony, mściwy uśmiech.
— Przyprowadź go do mnie, a okaże tobie i twojej rodzinie łaskę. — Harry poczuł jak coś lodowatego i ciężkiego osadza mu się w lędźwiach. Draco chyba musiał odczuć to samo, bo cała krew odpłynęła z jego twarzy. — Zrobisz to, Draco?
Żuchwa chłopaka zaczęła się trząść, kiedy pokręcił przecząco głową, a łzy popłynęły po jego twarzy.
— Zapytam jeszcze raz. Przyprowadzisz do mnie Harry’ego Pottera?
— N-nie…
— Czy przyprowadzisz do mnie Harry’ego Pottera?
— Nie! N-nie, ja nie, nie mogę…
CRUCIO!
Cały świat zdawał się skurczyć do tej jednej chwili – rozdzierającego wrzasku i oślepiającego, białego światła.
Nie!, chciał krzyknąć Harry, ale żaden dźwięk nie opuścił jego ust, Nie! Zostawcie go! Przyjdę sam, zrobię wszystko, tylko go zostawcie!!!
Nessa Offline


 
Posty: 53
Dołączył(a): 10 lis 2010, o 00:28

Postprzez banialuka » 10 wrz 2013, o 16:28

Przeczytałam oba rozdziały w wersji niebetowanej i, mimo błędów, które wyłapałam, naprawdę mi się podobały.
Rozdział szesnasty (właściwie już go skomentowałam, ale nie pod tym postem) to będzie pewnie jeden z moich ulubionych rozdziałów, ponieważ coś się wydarzyło. Draco ma absolutną rację, ich związek nie zostałby dobrze przyjęty ani przez Voldemorta, ani przez cały czarodziejski świat. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, dlaczego ludzie po prostu przyzwyczajają się do ich widoku w innych tekstach, albo troszkę się buntują (szczególnie Ron), ale w końcu im przechodzi. Bo to, mimo wszystko, choć my, pasyjne drarrystki bardzo tego pragniemy, nie jest normalny związek. To wrogowie. Wrogowie mają się nienawidzić, bić, kopać, wchodzić sobie na głowę. Wrogowie się nie całują. I czarodzieje z kręgu chłopców albo spoza niego chcą wierzyć, że Harry jest normalny. Molly ma nadzieję, że Ginny i on będą razem. Czarownice wysyłają Harry'emu zdjęcia swoich córek. Nikt nie spodziewa się, że ich bohater okaże jakiekolwiek uczucia w stosunku do... no cóż, syna Śmierciożercy.
Co do rozdziału siedemnastego, nie spodziewałam się, że Draco zniknie. Naprawdę. Zaskoczyłaś mnie mocno, akcja ruszyła do przodu i mknie z szybkością światła, jednakże jest to zaskoczenie pozytywne i, no cóż, jestem ciekawska. Co będzie, jak będzie i czy naprawdę ktoś torturował Draco, czy Harry'emu się tylko wydawało. I najważniejsze: Draco go bronił, prawda? Draco nie da mu zginąć, co może przypłacić własną... śmiercią?
Życzę powodzenia, pisz, pisz, czekam z niecierpliwością :)
banialuka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 40
Dołączył(a): 16 cze 2012, o 18:42

Postprzez kawon123 » 10 lis 2013, o 23:35

Trafiłam na to opowiadanie wcześniej - śledzę je i bardzo czekam na kolejne rozdziały.
Opowiadanie jest napisane świetnie, postacie tak żywe, że byłyby prawie prawdziwe, gdyby tylko nie były umieszczone w magicznym świecie - choć to akurat bez znaczenia, jest w tym opowiadaniu tyle emocji, że gdziekolwiek akcja miałaby miejsce, to czytanie byłoby równie zajmujące.
Fabuła jest spójna, napięcie dawkowane w bardzo przemyślany sposób - nie karz czekać długo na następne rozdziały, proszę.
Gdzieś tam przemknęło we wstępie, że przymierzasz się do napisania książki - mam nadzieję, że projekt się powiódł, a mnie uda się trafić w księgarni na Twoje dzieło.
Pozdrawiam i życzę dużo nowych pomysłów.
kawon123 Offline


 
Posty: 3
Dołączył(a): 10 lis 2013, o 23:15

Poprzednia strona

Powrót do Lochy

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość