[NZ] Wczoraj już minęło, jutro nie nadejdzie (17/?)

Teksty porzucone.

Postprzez Nessa » 24 paź 2012, o 16:41

Wstyd się przyznać, ale zapomniałam, że nie wrzuciłam tego rozdziału. Przez ostatnie niecałe 2 miesiące troszkę uciekłam z fandomu potterowskiego, aby skupić się na planowaniu swojej własnej książki i tak jakoś, moja skleroza osiągnęła najwyższy level. Gdyby się to powtórzyło, to polecam kopać mnie w tyłek, a na pewno sobie momentalnie przypomnę. Dla tych zmartwionych (jeśli tacy tu są)nie porzuciłam tego FF. Jak już wspominałam jest SKOŃCZONY, tylko niestety straciłam pierwsze rozdziały, zostało jeszcze kilka do nadrobienia. Czasami pisanie od początku mnie przerasta, czasami nie widzę w tym sensu, ale pamiętam jak zawsze sama się irytowałam, gdy ktoś nie poprowadził czegoś do końca, dlatego temu opowiadaniu to nie grozi.

Co do tego rozdziału jest on spokojny i od następnego zaczyna się więcej dziać. A teraz koniec tego nudnego gadania, zapraszam do czytania.
Dziękuję za wszystkie komentarze (odpowiadam na nie w prywatnych wiadomościach) a betowała, jak zawsze, Morgue.



Rozdział VI


Harry krążył po zamku zdeterminowany, aby znaleźć swoich przyjaciół i podzielić się nie najlepszymi wieściami. Podejrzewał, że szanse na spotkanie ich były raczej marne – w sobotę nigdy nie mieli lekcji, więc zapewne wylądowali w jakieś opuszczonej klasie lub w innym dogodnym miejscu. Jednak mimo tego, wbrew racjonalnym przypuszczeniom, postanowił sprawdzić jeszcze w bibliotece. I nie zawiódł się. W odległym kącie, przy oknie, na dziale poświęconym eliksirom zaawansowanym, zobaczył przyjaciółkę pochylającą się nad książką. Rona nie było obok.
— Gdzie jest Ron? — zapytał, kiedy usiadł obok niej.
— Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi — prychnęła, jak na gust Harry’ego trochę za gwałtownie zamykając książkę.
Pierwsza kłótnia? chciał zapytać, ale ugryzł się w język. Wystarczyło zerknąć na zaczerwienione oczy dziewczyny, żeby poznać odpowiedź. Poza tym, nie był zbyt dobry w pocieszaniu. Miał nadzieję, że jego przyjaciele nigdy się nie rozstaną, bo gdyby do tego doszło, nie wiedziałby, które z nich wybrać.
— Jak poszła rozmowa z Dumbledore’em?
— Nie poszła — odparł. — Jego portret zniknął.
Hermiona prawie upuściła pióro.
— Jak to… zniknął?
Wzruszył ramionami. Sam zadawał sobie to pytanie, a im więcej myślał, tym mniej wiedział. To wszystko wydawało się równie nieprawdopodobne, jak wszystkie sny, które miał, z tą różnicą, że teraz nie mógł się obudzić. To działo się naprawdę.
— Nie wiem jak. Po prostu zniknął — powiedział ponuro.
— Ale przecież gabinet jest wypełniony innymi portretami. Żaden z nich nic nie widział? — zapytała z niedowierzaniem, marszcząc czoło.
— Nic a nic — odmruknął. — To trochę dziwne, no nie? Nic nie znika ot tak. W dodatku Marta jest spetryfikowana, a Bulstrode oszpecono…
— Nie wiem, czy sprawa Bulstrode ma coś z tym wspólnego. Równie dobrze to mogła być jakaś okrutna zemsta któregoś z uczniów, ale spetryfikowanie ducha lub zniknięcie obrazu to już poważna sprawa. Och — pisnęła nagle, strasząc Harry’ego. — Myślisz, że ktoś to zrobił, aby uniemożliwić nam pomoc ze strony Dumbledore’a?
Wcześniej nie przyszło mu to do głowy, ale teraz, gdy o tym myślał…
— Nie wiem — powiedział jednak.
— Ktoś wie, że czegoś szukamy?
Owszem, Malfoy, pomyślał, jednocześnie nie chcąc wyjawić tego Hermionie. Być może Ślizgon miał coś z tym wspólnego, a może nie. Póki Harry nie zyska pewności, nie chciał ściągać na niego kłopotów. Poza tym… Tak naprawdę nie sądził, żeby on to zrobił. Prawdopodobnie Harry oszalał, ale wszystko, co przeżył, nauczyło go jednego – ufać instynktowi.
Przyjaciółka zauważając jego minę, sapnęła.
— Harry, jeśli komuś powiedziałeś…
— Nikomu nic nie powiedziałem — zaprzeczył, wewnętrznie kuląc się pod wzrokiem dziewczyny. — On... Sam się domyślił.
— Kto? — zapytała z obawą.
— Malfoy.
Hermiona wypuściła głośno powietrze.
— Skąd wiesz, że on wie? — Wina na twarzy Harry’ego chyba była dobrze widoczna, bo dziewczyna westchnęła. — Och, na Merlina… To z nim spotkałeś się wtedy na wieży? — Chciałby móc powiedzieć „nie”. Chciałby, ale nie potrafił tego z siebie wydusić. Kolejny raz przeklinał swoją przyjaciółką za bezbłędną domyślność. — Czyś ty kompletnie postradał rozum?
— Nie wiedziałem, że to on będzie na mnie czekać — obruszył się, choć w głębi duszy był świadom, że nawet gdyby wiedział, to i tak by poszedł. Może nawet bardziej chętnie.
— I? Czego chciał? Szantażuje cię?
Harry popatrzył na nią z oburzeniem.
— Myślisz, że pozwoliłbym się mu zaszantażować?
— To by tłumaczyło, czemu tak uparcie twierdzisz, że jest niewinny…
— Ty też tak uważałaś — wypomniał jej, czując się nieco rozgniewanym. Nie chciał sprzeczać się z Hermioną, ale sugerowanie mu, że ktoś pokroju Malfoya mógłby go szantażować i wykorzystywać, było po prostu… Śmieszne. — Poza tym on nie wie nic konkretnego. Domyślił się, że czegoś szukamy, ale nie wie czego. Zresztą nie wyglądał jakby go to obchodziło. Nie zapominaj, że jest teraz po naszej stronie i… — urwał, zauważając, że się w niego wpatruje. — Co?
— Och, nic, po prostu… — Przygryzła wargę, wyglądając jakby bardzo nie chciała go urazić. — Gdy chodzi o Malfoya, zachowujesz się…
— Jak?
— Nieracjonalnie. — Rzuciła mu przepraszające spojrzenie. — Cały zeszły rok uważałeś go za złoczyńcę, a teraz nagle masz go za najbardziej niewinną osobę w całej szkole.
To nie była prawda. Oczywiście, że nie uważał go za niewinnego. To był Malfoy. Może w ostatnim czasie trochę bardziej przygaszony i nie rzucający się w oczy, ale Harry pamiętał, jaki potrafił być.
— Nie zapomniałem kim jest — powiedział, zastanawiając się, jak to ująć, żeby dobrze zrozumiała, co miał na myśli. — Wiem, że jest dupkiem, Hermiono. I wiem, że potrafi być okrutny, ale… Ostatnio zachowuje się inaczej. W dodatku, co jeśli naprawdę nie ma z tymi wydarzeniami nic wspólnego, a przeze mnie wszyscy by go obwiniali? Nie chcę ściągać na niego oskarżeń, póki nie ma dowodów. I… Mogłabyś nie mówić o tym Ronowi? Przynajmniej na razie?
Hermiona zamarła, spoglądając na Harry’ego, jakby wyrosła mu druga głowa.
— Mam go... okłamać?
— Nie — zaprzeczył spokojnie. — Po prostu przemilczeć tę jedną rzecz przez jakiś czas. — Wiedział, że o wiele prosi, ale jednocześnie miał pewność, jakby się to potoczyło, gdyby przyjaciel dowiedział się o tym wszystkim. — Wiesz, że Ron go nienawidzi.
Wzrok dziewczyny przeszywał go na wskroś, zdawał się sięgać nawet kości. Poruszył się niespokojnie na krześle.
— A ty? — zapytała.
— Co ja?
— Nienawidzisz go?
Tym razem to Harry zamarł, niepewien czy ma ochotę wypowiedzieć na głos to, co odkrył już jakiś czas temu.
— Nie — odparł, zauważając, że przyjaciółka nie wygląda na specjalnie zaskoczoną tą informacją. — Nienawidzę Voldemorta, a Malfoy… Malfoy jest tylko irytujący, to wszystko.
Dziewczyna uśmiechnęła się, jakby Harry był niesfornym dzieciakiem, który mimo wszystko ją rozczula.
— I ma więcej szczęścia niż zasługuje — podsumowała.
— Szczęścia? — powtórzył Harry, niepewien czy dobrze rozumie.
— Tak, szczęścia, bo na świecie są wciąż ludzie, którzy potrafią wybaczyć niemal wszystko.

*


Bywały dni wprost stworzone do latania i ten był jednym z nich. Mimo że październik zaczął się już dobrych kilka dni temu, pogoda nie stała się ani trochę jesienna. Słońce świeciło wysoko na niemal bezchmurnym niebie, a jego promienie przyjemnie grzały ciało pod warstwami ubrania, oświetlając wzgórza i mieniąc się rozmaitymi kolorami w tafli jeziora. Po rozmowie w bibliotece Harry wziął swoją błyskawicę i udał się na boisko. Potrzebował odprężenia, odcięcia się od wszelkich domysłów i po prostu chwili oddechu.
Oczekiwał, że zastanie boisko całkowicie puste, lecz niestety rozczarował się. Stał w złocistych promieniach październikowego słońca, usiłując rozpoznać szybko się poruszający po niebie kształt. Wystarczyło tylko kilka sekund, aby zorientował się, że to nikt inny, jak Malfoy.
Początkowo zamierzał zignorować obecność chłopaka i po prostu zacząć latać, ale po chwili zmienił zdanie. Malfoy tutaj był niczym odpowiedź na jego modlitwy, więcej niż Harry mógłby prosić. Postanowił usiąść na trybunach i poczekać aż skończy ćwiczyć i wtedy zadać mu kilka pytań. Szanse, że Ślizgon będzie chętny do rozmowy były raczej marne, ale cóż, mógł chociaż na tyle się zgodzić, skoro Harry mu pomagał. Nie miał wątpliwości, co na ten temat powiedzieliby jego przyjaciele, ale uciszył tę myśl.
Nie robię nic złego, powiedział sobie, po prostu… Chcę wiedzieć.
Nigdy wcześniej nie miał okazji przyjrzeć się grze Ślizgona. Zawsze spotykali się podczas meczy, a wtedy goniony przez czas i presje, aby złapać znicza jako pierwszy, nie miał czasu ani głowy skupiać się na równie prozaicznych rzeczach. Teraz, siedząc i nie mając nic lepszego do roboty, mógł go do woli obserwować. A Malfoy latał dobrze. Nawet bardzo dobrze - musiał z bólem przyznać. Zwykle wygrywał z innymi szukającymi, tylko z Harrym nie miał szczęścia. Jego lot był płynny, a ruchy elastyczne i pełne gracji. Malfoy i miotła zdawali się być niepodważalną jednością. To on powinien zostać kapitanem ślizgońskiej drużyny, ale z drugiej strony, dobre radzenie sobie w powietrzu nie miało nic wspólnego z byciem dobrym strategiem. Harry w roli kapitana nie czuł się najlepiej.
Nie wiedział, jak długo go obserował, ale w końcu, kiedy słońce świeciło nieco niżej, Malfoy wylądował na ziemi. Jego wzrok spoczął na Harrym i na moment – nim jego twarz ponownie przybrała swój beznamiętny wyraz – wyglądał na zaskoczonego. Bez słowa, trzymając mocno miotłę, ruszył przed siebie.
Harry nie zastanawiał się ani sekundy. Zrównał się z chłopakiem, widząc, jak usilnie Malfoy stara się go ignorować.
— Hej — rzucił na powitanie.
Chłopak popatrzył na niego z absolutną odrazą. Posklejane kosmyki włosów opadały mu na czoło zroszone potem.
— Szpiegujesz innych zawodników, Potter? Chcesz ukraść nam strategie?
— Wydawało mi się, że oszukiwanie jest specjalnością Ślizgonów — odparł, uśmiechając się lekko. Malfoy prychnął i ponownie wbił spojrzenie przed siebie, choć szedł już trochę wolniej. — Gdybym zamierzał cię szpiegować, użyłbym peleryny niewidki. Po prostu postanowiliśmy tak samo spędzić popołudnie.
— Tak, jesteśmy tacy podobni — zadrwił blondyn. — To na pewno znak, że powinniśmy się zaprzyjaźnić. Wezmę to pod uwagę, gdy urodzę się po raz drugi.
Harry nie wiedział, czy chłopak usiłował go sprowokować, miał takie uosobienie, lub jedno i drugie, dlatego postanowił puścić pomimo uszu ostatnią uwagę.
— Niezły manewr ten ostatni — pochwalił go, wskazując głową na niebo. — Jak się nazywa?
Przez chwilę był pewien, że Malfoy każe mu się odpieprzyć, ale w końcu odezwał się niechętnie i nieco zarozumiale.
— Nie nazywa się. Sam go wymyśliłem.
— Wiele manewrów wymyśliłeś?
Malfoy zmarszczył brwi.
— O co ci chodzi, Potter? To jakieś pytanie-podstęp?
— O nic — odpowiedział szybko Harry, myśląc, że poniekąd cała ta rozmowa była podstępem. Nie czuł się z tym zbyt dobrze. — Po prostu pytam.
— I mamy tak sobie gawędzić? Odbiło ci?
Tak, odbiło mu. Był wręcz kompletnie stuknięty.
— Właściwie… Moglibyśmy zagrać.
Teraz Malfoy wyglądał, jakby zobaczył Harry’ego pierwszy raz w życiu i uważał go za kogoś niepoczytalnego. Prawdopodobnie miał rację.
Miałem mu zadać kilka pytań, przypomniał sobie Gryfon, a nie grać z nim.
— My? — powtórzył Ślizgon z niedowierzaniem.
Harry wzruszył ramionami.
— Czemu nie? Wiesz… Poznasz moje tajne techniki.
Dopiero gdy Malfoy uniósł brwi, a na jego ustach zagrał sugestywny uśmieszek, Harry uświadomił sobie, jak to zabrzmiało. Co żałosne, poczuł, że się czerwieni.
— To na takie teksty wyrwałeś Weasleyównę? — zapytał denerwująco przeciągając słowa.
— Zamknij się, Malfoy — warknął, zdeterminowany, żeby nie dać się sprowokować. — A może zwyczajnie się boisz?
Blondyn ponownie prychnął. To było chyba jego nawykiem.
— Boję? Niby czego? Nie bądź śmieszny, Potter.
— Tego, że jak zwykle przegrasz.
Przez chwilę Malfoy miał taki wyraz twarzy, jakby zamierzał go uderzyć, ale w końcu odetchnął i uśmiechnął się cynicznie, w sposób, który Harry bardzo dobrze znał. Gdy tak robił, jego nos wydawał się odrobinę krótszy.
— Dobra. Każda okazja, by zetrzeć cię na proch, jest równie dobra.
— Chciałbyś — odparł Harry, szeroko się uśmiechając. — Jakieś zasady gry?
— Który z nas złapie trzy na pięć razy znicza wygrywa — oznajmił Malfoy i nie zważając na reakcje Harry’ego wypuścił z dłoni złotą piłeczkę, a następnie przerzucił nogę przez miotłę i odbił się od ziemi.
Harry nie czekając ani chwili poszedł w jego ślady. Wzbił się w powietrze, czując przyjemny powiew wiatru na twarzy. Nie miał znaczenia absurd tej sytuacji ani to, że mogli zostać przez kogoś zauważeni. Byli tylko oni dwaj, ziemia daleko pod spodem i błysk znicza, mieniącego się w promieniach słońca. Trenowanie w pojedynkę było przyjemne, ale nie umywało się do latania we dwóch. Ta czysta radość, rywalizacja wyostrzająca wzrok, zostawienie wszystkiego za sobą, wprawiało serce Gryfona w dziki trzepot.
Wznosił się wyżej i wyżej, ponad granicę na której rozgrywał się mecz. Podczas ich trwania latanie tak wysoko nie miało najmniejszego sensu, bo znicz bardzo rzadko pojawiał się ponad bramkami. Im wyżej leciał, tym powietrze stawało się chłodniejsze, a wiatr silniejszy. Spojrzał w dół, obserwując pomniejszającą się sylwetkę Malfoya, trybuny, pętle, murawę, aż to wszystko zamieniło się w niewielkie, rozmyte punkty. Przez moment zastygł tak, na jednej wysokości, delektując się miniaturowym widokiem wszystkiego, po czym znurkował w dół. Powietrze wokół trzepotało, szarpiąc za włosy i ubrania, a boisko z każdą sekundą stawało się coraz większe. Czuł się wolny i szczęśliwy, prawdopodobnie pierwszy raz odkąd umarł Dumbledore. Zepchnął tę myśl, daleko poza granicę świadomości – to nie było miejsce na to ani czas. Teraz powinien jedynie cieszyć się wspólną grą, możliwością pokonania Ślizgona kolejny raz.
Coś błysnęło niedaleko trybun, więc praktycznie położył się na miotle, by przyśpieszyć lot, ale kiedy dotarł do zamierzonego punktu, odkrył, że to tylko włosy Malfoya zalśniły w słońcu, przez ułamek sekundy do złudzenia przypominając znicz. Przeklinając pod nosem, zbliżył się do Ślizgona, który widocznie musiał zauważyć niezadowolenie na jego twarzy, bo sam uśmiechnął się szyderczo.
— Wzrok cię zawodzi, Potter? — zawołał.
— Po prostu daję ci taryfę ulgową! — odkrzyknął Harry i wtedy to zauważył.
Znicz unosił się tuż przy twarzy Malfoya, jeśli nie czuł ruchu maleńkich skrzydełek na swoim policzku, to był cud. Ale Malfoy zdawał się tego nie zauważać. Wcale, sądząc po tym, że nawet nie drgnął.
Harry ruszył do przodu, przy prędkości z którą leciał niemal strącając chłopaka z miotły. Malfoy krzyknął i szarpnął gwałtownie miotłą, aby utrzymać się w powietrzu, ale znicza już nie było. Potter zacisnął z frustracji zęby. Nie minęły dwie sekundy i znowu zobaczył znicza, unoszącego się kilkadziesiąt stóp dalej. Tym razem blondyn również go dostrzegł. Jak na komendę obaj pognali do przodu, lecąc blisko, bliżej niż kiedykolwiek. Praktycznie czuł ramię Malfoya przyciśnięte do swojego, wystarczyłby drobny ruch, wręcz minimalny, aby jeden z nich stracił równowagę i runął w dół.
Oblizując spierzchnięte od wiatru wargi położył się bardziej na miotle, wyciągnął rękę w przód i… W następnej chwili usłyszał zwycięski okrzyk.
Mokra od potu dłoń Malfoya zaciskała się na zniczu, a on sam obrócił się triumfalnie na miotle. Jego twarz zdobił aż nazbyt radosny uśmiech. Coś, czego Harry, chyba nigdy u niego nie widział. Owszem, Malfoy się uśmiechał – cynicznie, drwiąco, z satysfakcją, mściwie – ale nigdy, przez siedem lat, Harry nie widział na jego twarzy szczęścia.
Z oszołomieniem pomyślał, że ten widok był niemal miły, gdyby nie oznaczał, że on sam przegrał.
Ponownie wypuścili znicz, zaczynając od nowa grę.

Jakiś czas później Harry usiadł niezadowolony na trybunach. Nie mógł w to uwierzyć. Malfoy pokonał go dwukrotnie. Wygrywanie z Harrym chyba górowało na liście ulubionych zajęć Malfoya, bo siedział teraz obok, wyraźnie zadowolony. Harry bardzo starał się nie wyglądać na równie sfrustrowanego, jak się czuł.
Zachciało mu się grać z tym dupkiem.
Co mi odbiło?, pomyślał ponuro.
— To chyba nie jest twój dobry dzień, co? — zagadnął Ślizgon, nawet nie starając się nie brzmieć złośliwie.
Harry przygwoździł go spojrzeniem.
— Raczej twój wyjątkowo szczęśliwy. Lepiej przyznaj się skąd wziąłeś Feliks Felicis.
— Nie oszukiwałem — odparł lekko, w ogóle nie urażony sugestią. Po chwili uśmiechnął się przebiegle. — Przynajmniej nie tym razem.
Harry wywrócił oczami, uznając, że musi mężnie pogodzić się z porażką. Właściwie zaskoczyło go, że wzmianka o Feliks Felicis nie uraziła chłopaka – widocznie był w zbyt dobrym nastroju, by cokolwiek mogło go zepsuć. Dobrze pamiętał, jak bardzo zależało mu wtedy na lekcji na zdobyciu eliksiru. Zapewne myślał, że pod jego wpływem bez problemu uda mu się zabić Dumbledore’a. Gryfon zadrżał na tą myśl. Kto by pomyślał, że rok później Malfoy poprze ich stronę, co więcej będzie spędzał z nim czas.
Nagle w ręce Ślizgona pojawiła się butelka wody.
— Hej, skąd ją masz? — zapytał, sekundę później tego żałując, bo Malfoy popatrzył na niego z wyższością.
— Zaklęcie przywołujące — odparł, przechylając butelkę i biorąc spory łyk. Jego wilgotne od potu gardło poruszało się kiedy pił. — Doprawdy, Potter, nawet dzieci znają jego niewerbalną wersję. Oczekiwałem trochę więcej po Zbawicielu Świata.
— Jeszcze go nie zbawiłem — mruknął, niezadowolony z przytyku.
— Ale masz to zrobić.
— A ty w to wierzysz?
Malfoy obrócił się w stronę Harry’ego; usta Ślizgona lśniły od resztek wody. Potter uniósł wzrok na jego zmrużone podejrzliwie oczy. W świetle zachodzącego słońca szare tęczówki nabrały złotawej barwy.
— To znaczy, że ta przepowiednia… jest zmyślona? — zapytał powoli, wyglądając na naprawdę zaskoczonego.
— Tego nie powiedziałem. — Gryfon wzruszył ramionami. — Po prostu zapytałem czy ty w to wierzysz.
— W co wierzę, to już nie twoja sprawa, Potter — uciął sucho, odwracając wzrok. — Choć, nie przeczę, gdyby to ode mnie zależało, wybrałbym na swojego zbawcę kogoś bardziej rozgarniętego. Ale z drugiej strony, jak to mówią, głupi ma zawsze szczęście…
Harry przygryzł wargę, aby się głośno nie roześmiać. Obronna postawa Malfoya jaką momentalnie przyjmował, kiedy tylko zeszli na bardziej prywatny grunt, była niemal ujmująca. Z rozbawieniem pomyślał, że Ślizgon przypominał zwierzątko – trochę dzikie, grożące ugryzieniem, ale gdy wiedziało, gdzie je pogłaskać, stające się całkiem niegroźne.
Spojrzał w pomarańczowe chmury nad nimi. Dzień powoli przeistaczał się w wieczór, a niebo mieniło się dorodną czerwienią, gdzie niegdzie przeplatane fioletowymi smugami. Jak na tą porę było zaskakująco ciepło. Spojrzał z ukosa na Malfoya. Opierając się na łokciach, a twarz wystawiając w stronę słońca, wyglądał na niemal odprężonego. Mimo że milczenie, które pomiędzy nimi zapadło było niemalże przyjazne, Harry zapragnął coś powiedzieć, wypełnić ciszę milionem słów. Ale co? Co miało sobie do powiedzenia dwóch byłych rywali? Przypomniał sobie o swoich prawdziwych zamiarach, ale nie wiedział jak zacząć temat, by nie zerwać ten nici cichego porozumienia.
— Słyszałeś co się stało? — wypalił, kątem oka zauważając, jak Malfoy się momentalnie spiął.
— Doceniam twoją wiarę we mnie, Potter, ale nawet ja nie jestem w stanie spetryfikować ducha.
— Nie o tym mówię — odrzekł, zastanawiając się czy rozmowa z chłopakiem na ten temat w ogóle miała jakikolwiek sens. — Obraz Dumbledore’a zniknął.
Ślizgon drgnął, ale poza tym nie pokazał w żaden sposób, że ta informacja zrobiła na nim jakieś wrażenie.
— I oczywiście sądzisz, że ja za tym stoję?
— Na Merlina, Malfoy, zawsze jesteś taki drażliwy? — westchnął Harry. — Nie o to mi chodziło. Po prostu mówię, że gdybyś coś wiedział…
— To na pewno pierwsze, co zrobię, to przybiegnę do ciebie i podzielę się nowinami.
— Nie wszyscy mają cię za winnego. — Nie wiedział po co to mówi, ale czuł, że musi.
Wargi Malfoya zadrżały w szyderczym uśmiechu.
— Och, czyżby? — zapytał, a oziębłość w jego głosie, sięgnęła niemal kości Harry’ego. — No tak, zapomniałem, że świat jest pełen ludzi chętnych do rozdawania drugich szans.
Choć to głupie – bo czego spodziewać się po tak niewdzięcznym gnojku, jak Malfoy? – poczuł w sercu chłód.
— Czasami, Malfoy — zaczął powoli, zważając na każde słowo — wystarczy jeden człowiek, żeby odmienić nasze życie na lepsze. I wydaję mi się, że ty już dostałeś swoją szansę, tylko nie jesteś zbyt chętny ani jej docenić, ani wykorzystać.
Przez chwilę wpatrywali się w siebie, a napięcie wisiało pomiędzy nimi, elektryzując skórę. Powietrze zdawało się nieco zgęstnieć.
Po kilku sekundach Malfoy widocznie odzyskał panowanie nad sobą, bo jego głos był lodowaty i drwiący, tak samo jak zawsze.
— Och wybacz, Wielki Harry Potterze, mam uklęknąć, żebyś uznał moją wdzięczność?
— Malfoy, ja nie… — zaczął, bo przecież wcale nie o to mi chodziło, ale Ślizgon mu przerwał.
— Pieprzyć to. — Wstał. Tak mocno ściskał trzonek miotły, że jego knykcie pobielały. — Bynajmniej, jakby ta rozmowa fascynująca nie była, pozwól, że sobie pójdę.
Zszokowany Harry gapił się na jego plecy, kiedy schodził po stopniach. Co, do diabła, poszło nie tak? Och, Boże. Przecież nie chciał… wcale nie miał tego na myśli! Nie o taką wdzięczność mu chodziło!
Czując niewytłumaczalne rozczarowanie bezradnie obserwował oddalającą się sylwetkę chłopaka.
Taa, pomyślał posępnie, to by było na tyle, jeśli chodzi o dobry nastrój i poprawę stosunków.

*


Harry śnił. Stał nad kamienną misą, obserwując szmaragdową substancję, jarzącą się w ciemnościach fosforowym blaskiem. Poświata była jaśniejsza niż pamiętał, a na dnie nie spoczywał żaden medalion.
Powiedziony instynktem wyciągnął rękę, by dotknąć nieruchomej powierzchni, ale tak samo jak wtedy, jego dłoń nie przeniknęła przez ciecz i tak samo jak wtedy, napotkała niewidzialną barierę. Spróbował jeszcze raz i jeszcze, nie wiedząc czego szukał, ale musząc to znaleźć. Nie myślał o niczym. Jego umysł był całkowicie czysty, jakby zamienił się w maszynę zaprogramowaną na określone zachowania.
Nagle substancja poruszyła się. Na dotychczas gładkiej powierzchni zaczęły tworzyć się okręgi, które zamiast się rozchodzić, płynęły do wnętrza. Spróbował cofnąć rękę, ale pozostała w miejscu, niczym przytrzymana przez niewidzialną siłę. Szarpnął nią, czując ukłucie paniki. Musiał się stąd wydostać. Musiał uciec. Tu nie było niczego, a jednak czuł zagrożenie dyszące w kark.
— Lord Voldemort nie chciałby natychmiast uśmiercić kogoś, kto dotarł na tę wyspę — powiedział stojący z jego prawej strony Dumbledore.
Mimo że nie żył i mimo że wcześniej go tu nie było, Harry’ego nie zaskoczyła jego obecność.
— Profesorze, czy ja umrę?
Dumbledore uśmiechnął się.
— Tylko jeśli się poddasz.
Harry kiwnął głową, przyjmując to do wiadomości. Spojrzał z powrotem w mętną taflę.
— Co jest pod powierzchnią?
— Dlaczego się nie przekonasz? — zapytał spokojnie. Gryfon powstrzymał prychnięcie. Tak jakby nie próbował. — Nie możesz bać się patrzeć w głąb siebie.

***


— Och, nie wiem, co mi odbiło, że wzięłam sobie rozszerzone eliksiry — narzekała Pansy, kiedy siedzieli w odległym kącie biblioteki, nad trudnym esejem. — A najgorsze jest to, że wszystkie składniki mi się mylą. Za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, co dodaje się w drugiej kolejności do Eliksiru Euforii.
— Pancerzyki chitynowe — przypomniał jej Draco, nawet nie odrywając wzroku od pergaminu.
— Racja — westchnęła, ze znudzeniem opierając policzek o pięść. Czuł wbite w niego spojrzenie dziewczyny, ale nie pokazał tego po sobie. Pansy często go obserwowała, szczególnie w tamtym roku. Im bardziej się w niego wpatrywała, tym bardziej on miał ochotę udać, że wszystko było w najlepszym porządku. — Po twoim nastroju nie powiedziałabym, że znasz na niego recepturę.
— To, że wiem, jak go zrobić, nie znaczy, że go używam.
— A powinieneś. Nie zaszkodziłoby ci kilka kropli. Ciągle chodzisz taki smutny.
— Och, proszę, Pansy, nie jestem smutny — prychnął, skreślając ostatnie zdanie eseju — tylko zmęczony.
— Jeśli nasze nocne orgie tak cię wykańczają, wystarczy powiedzieć — rzuciła wesoło.
— Nie mogę narzekać.
Jakaś jego część miała ochotę porozmawiać z Pansy, porozmawiać z kimkolwiek, ale to nie wchodziło w grę. I tak był z nią o wiele za blisko niż powinien. Wiedziała o nim rzeczy, których nikt nie powinien wiedzieć. Malfoyowie nie bywali smutni, zmartwieni, zagubieni. Nie posiadali prawdziwych przyjaciół, którzy poszliby za nimi na śmierć. Szczerość była dogodnością, na którą nie mógł sobie pozwolić. Ani teraz, ani nigdy.
— Wiesz, że podobno Milcenta jest lesbijką? — zagadnęła Pansy, a Draco w pierwszej chwili zamarł, nie wierząc w to, co usłyszał.
Dotychczas sądził, że był jedynym innym w całej szkole. Ciągle słuchał o romansach uczniów – kto, z kim, gdzie, i w jaki sposób – ale nigdy, przez cały ten czas, nie słyszał, by choć jeden uczeń spotykał się z kimś o takiej samej płci. Poczuł ukłucie strachu. Dlaczego Pansy mówiła to akurat jemu? Czy możliwe, że… Nie, spokojnie. Nie domyślała się. Nikt się nie domyślał. Nie bez powodu pieprzył ją ostatniej częściej niż przez cały zeszły rok. Kiedy miał już pewność, że panował nad emocjami, odezwał się:
— Żartujesz? — Potrząsnął głową, śmiejąc się. — W takim razie powinna się cieszyć, że nikt nie wyrył jej na ręce napisu: Wolę cipki. — Pansy Wybuchnęła śmiechem tak głośnym, że pani Pince spojrzała na nich z naganą z drugiego końca biblioteki. — Skąd w ogóle o tym wiesz?
— Daphne mi powiedziała.
Ach, Daphne. Jeśli w szkole była większa plotkara od Pansy, to właśnie ona. To, że się nie przyjaźniły, pozostawało dla Draco zagadką.
— To faktycznie rzetelne źródło informacji — zakpił, w tym samym momencie zauważając stojącą przy ich stoliku dziewczynkę.
Musiała być co najwyżej z drugiego roku i wlepiała w nich trochę przestraszone spojrzenie.
— Draco Malfoy? — pisnęła, wyglądając, jakby chciała czmychnąć.
— Tak, o co chodzi? — spytał, obracając się w jej stronę.
— Pani dyrektor chcę cię widzieć — oznajmiła cicho, chyba bojąc się na niego patrzeć. Tak naprawdę nie dziwiło go to. Te najmłodsze dzieciaki chyba sądziły, że może je w każdej chwili zabić.
Pansy patrzyła na niego z niepokojem. On sam zdusił strach. Cokolwiek się stało, po cokolwiek McGonagall chciała go widzieć, nie mogło to być gorsze od wszystkiego, co dotychczas go spotkało.
— Weźmiesz mój esej do dormitorium? — spytał dziewczyny.
— Jasne, idź. — Chyba chciała uścisnąć jego dłoń, ale ostatecznie zrezygnowała.
Wyszedł z biblioteki, kierując się prosto do gabinetu dyrektorki.


*


Jego matkę odnaleziono – nie od razu przyswoił tę informację. Początkowo ta wiadomość zdjęła z serca niewidzialny ciężar, ale to co następnie usłyszał, sprawiło, że nie wiedział czy cieszyć się, czy martwić. McGonagall nie powiedziała mu zbyt wiele, prócz tego, że Potter się mylił, jego matki nie torturowano, ani nie porwano, tylko sama wyszła, a następnie, prawdopodobnie doznała amnezji. Zanim Draco zdążyłby ogarnąć nagromadzenie informacji, został wysłany do św. Munga w towarzystwie dwóch aurorów.
I tym oto sposobem znalazł się na oddziale chorób nieznanych. Wszędzie było przeraźliwie biało i sterylnie, a szpital cuchnął lekami, środkami neutralizującym zapach fizjologicznych wydzielin oraz szaleństwem. Draco zdawał sobie sprawę, że wariactwo nie posiada żadnej woni, ale i tak je czuł – mętne, oblepiające skórę i wszechobecne. Większość uzdrowicieli wyglądała niczym wyjęta z obrazka. Sztuczne uśmiechy, sztuczna grzeczność, sztuczna próba zrobienia czegokolwiek; lecz byli też ci drudzy - ponurzy, o pustych, obojętnych oczach jakby zobaczyli zbyt dużo, by przejąć się jeszcze czymkolwiek. Dzięki Merlinowi, nie widział wielu pacjentów. Zapewne większość pozostawała szczelnie zamknięta w salach. Słyszał szczekanie psa, choć w szpitalu nie można było przetrzymywać zwierząt.
Podszedł do recepcjonistki. Pulchnej, niskiej kobiety o rumianych policzkach i znudzonym spojrzeniu.
— Komu chce pan złożyć wizytę? — spytała, nawet nie unosząc głowy znad karty przyjęć.
— Narcyzie Malfoy — odparł, zyskując dość lękliwe spojrzenie. Większość ludzi zazwyczaj patrzyła na niego w ten sposób, jakby bali się, że zaraz wyjmie różdżkę i ich pozabija. — Jestem jej synem.
— Sala dwieście osiem — oznajmiła już neutralnym tonem, mimo to wyczuwał w nim niechęć oraz strach. Podsunęła mu pergamin. — Proszę wypełnić i może pan iść.
Złożył zamaszysty, pełny zbyt długich i krętych ogonków podpis, mgliście myśląc, że kreślił go tak długo po to, aby opóźnić spotkanie. Nim zdążył przejść całą długość korytarza, już czuł się nienaturalnie zmęczony i podenerwowany. Gdy przekroczył próg sali dwieście osiem, jego serce biło dwa razy szybciej, tak głośno, że miał wrażenie, iż wszyscy to słyszeli. Aurorzy zostali na zewnątrz.
Pokój był niewielki. Podobnie jak korytarz sterylnie czysty i - dzięki Merlinowi - jednoosobowy. Znajdowało się w nim duże okno z widokiem na park, przez które wdzierały się promienie wiosennego słońca, tańczące na konturach drobnej sylwetki, półleżącej w łóżku. W pierwszej chwili niemal jej nie rozpoznał. Ta zmizerniała osoba, o matowych włosach i odziana w szeroką, białą koszulę w niczym nie przypominała tej oglądanej przez tyle lat. Żadnego śladu po lśniących, zadbanych, spływających do pasa niczym jedwab włosach; żadnego śladu po drogich, srebrzystych, tańczących wokół ciała przy najmniejszym poruszeniu szatach; żadnego śladu po wyniosłej, aroganckiej minie, nakazującej zachować dystans. Była za to pustka w oczach i poszarzała twarz. Jego matka.
Poczuł, jak zapadł mu się żołądek, a serce na moment zdawało się przestać bić. Zacisnął pięści, usiłując stłumić natychmiastową chęć ucieczki.
— Odwiedziny? — dźwięk głosu wyrwał Dracona z odrętwienia.
Dopiero teraz zauważył przystojnego uzdrowiciela o ciemnych włosach i śniadej skórze, odcinającej się barwą od jasnego koloru uniformu. Mieszał coś w fiolce, zapewne kolejny eliksir.
— Tak — odparł, przeklinając w duchu, jak ochryple to zabrzmiało. — Jestem synem.
— Giorgio Botticelli — przedstawił się, z wyraźnym, włoskim akcentem. Draco uścisnął wyciągniętą dłoń, marząc, aby zostać z matką sam na sam albo najlepiej w ogóle stąd wyjść. Mężczyzna uśmiechnął się, odsłaniając białe, równe zęby. — Jestem uzdrowicielem pańskiej matki.
Doprawdy, sam bym się nie domyślił, zadrwił jedynie we własnej głowie, w zamian mówiąc z oschłą uprzejmością:
— Co jej dolega?
Kobieta sprawiała wrażenia zamkniętej we własnej myślach, nie zwracając na nich najmniejszej uwagi. Po prostu siedziała oparta o wezgłowie łóżka z rękami leżącymi bezwładnie na kołdrze i z twarzą zwróconą w stronę słońca.
— Prawie całkowicie straciła magię — urwał, jakby chcąc dać mu czas na przyswojenie wiadomości. — Podejrzewamy, że to Virecuitum. Cechuje je samoistne wyzbywania się własnych mocy, zarówno magicznych, jak i tych witalnych, wywołanego silnymi wyrzutami sumienia.
Draco przełknął ślinę. Oczywiście, że zdawał sobie sprawę, że matka przez ostatni rok śmiertelnie się zamartwiała. Może i nie była typem ciepłej kobiety, ale musiałby być ślepy, żeby tego nie widzieć. A potem, po czerwcowych wydarzeniach, nie mieli pojęcia, gdzie przebywa drugie. Wszystko, co musiało im starczać, to listy.
— Są jakieś szanse na wyleczenie? — spytał, a mina jaką został obdarzony, wystarczyła za tysiąc słów.
— Przykro mi — oznajmił magomedyk. Podszedł do swojej pacjentki, poprawiając poduszki za jej plecami. — Narcyzo? — spytał, nie dostając w zamian żadnej reakcji. Wciąż wpatrywała się w okno, nucąc pod nosem coś, czego blondyn nie mógł dosłyszeć. — Masz gościa. Twój syn cię odwiedził.
Drgnęła, zwracając swoje przywodzące na myśl martwe oczy na Draco. Spróbował przełknąć narastający ból, jednak bez skutku. Jej nieobecne spojrzenie; poszarzała, cienka skóra, przez którą prześwitywały naczyńka; całkowita pustka w twarzy… To było za dużo.
— Draco? — odezwała się cicho i poczuł, jak uszło z niego całe powietrze.
— Tak — odparł, usiłując zmusić mięśnie twarzy do uśmiechu. Sądził, że wyszło mu coś bardziej podobnego do grymasu niż czegokolwiek innego. Postąpił krok do przodu, przeklinając w duchu, że nogi nie odmówiły mu posłuszeństwa albo nie zaniosły w przeciwnym kierunku. Z dala od zapachu leków, od nicości, od tego... Tego wszystkiego, z czym nie do końca potrafił się zmierzyć. Przysuwając sobie krzesło, usiadł przy łóżku, ignorując wypowiedziane przez uzdrowiciela „Zostawię was samych”. — Jak się czujesz? — zapytał, głównie dlatego, że nic innego nie przychodziło mu do głowy.
— Nie powinieneś tu przychodzić — powiedziała, nie patrząc wprost na niego lecz gdzieś nad ramieniem. Jej dłonie przeraźliwie drżały, choć udawał, że tego nie widział. — Wyglądam okropnie. Nie pozwól swojemu ojcu tutaj przyjść. Nie może mnie zobaczyć w takim stanie.
— On tu nie przyjdzie — oznajmił cicho, ale na matce nie wydawało się to wywrzeć wrażenia. Właściwie wyglądała, jakby w ogóle go nie usłyszała.
— Nie może mnie zobaczyć w takim stanie — powtórzyła żarliwie, uczepiając się kołdry jak tonący koła. — Nie może…
— Ojciec jest w Azkabanie. Nie pamiętasz?
Kobieta na moment znieruchomiała, obserwując go szeroko rozwartymi oczami. Najwyraźniej w końcu zrozumiała, co do niej mówił.
— Urosły ci włosy — stwierdziła nagle, dość pogodnie, a Draco poczuł, że ostatnia nadzieja prysła. Uciskany przez dławiący ból, zamarł, pozwalając matce dotknąć swoich pasm. — Coraz bardziej go przypominasz. Jesteście tacy podobni… — Stłumił irracjonalną chęć wstania i ogolenia się na łyso. — Wyglądasz zupełnie jak swój ojciec za dawnych lat. Jego idealna, młodsza kopia — szepnęła z uwielbieniem, nawijając na palce końce jego włosów. Zdusił krzyk niemal przegryzając sobie język. Pomyślał, że nie da dłużej rady.
Kochał ją, bo była jego matką, kimś dzięki komu istniał, kimś kto go wychowywał i z kim będzie zawsze związany. Ale patrzenie na nią w takim stanie, w tej okropnej, taniej pościeli, obserwowanie, jak zamknęła się w kręgu własnych myśli, wspomnień, szczelnie odgradzając od rzeczywistości… To bolało. Przeniosła rękę z włosów Ślizgona na jego policzek, muskając gładką, zapadniętą powierzchnię. — Na pewno jest z ciebie dumny.
Drżąc na całym ciele, chwycił ostrożnie dłoń matki i położył na udach zakrytych cienką warstwą kołdry. Nawet nie zwróciła na to uwagi, patrząc w bliżej nieokreślonym punkcie.
— Ja… Muszę już iść. Przepraszam, muszę… — zamilkł, dobity świadomością, że równie dobrze mógł mówić do ściany. — Zabiorę cię stąd i będzie… Będzie jak dawniej.
Z bólem rozsadzającym pierś wypadł na korytarz, gnając przed siebie, byle w przód, byle na zewnątrz, byle z dala od zapachu eliksirów i leków, przyprawiających go o mdłości.
Gdy nagle wpadł na jednego z pacjentów, mającego grubą gałąź zamiast ręki, prawie dostał zawału. Ptaki wyleciały z gniazda spowitego pomiędzy liśćmi, wściekle ćwierkając i wplątując się Malfoyowi we włosy. Usiłował je odgonić, ale te cholerne, pierzaste stworzenia wyrwały mu parę pasm, wplątując się bardziej i bardziej, aż zaczął się zastanawiać, czy zaavadowanie piskląt groziło wyrokiem.
— Och, bardzo pana przepraszam — powiedziała uzdrowicielka, łapiąca swojego pacjenta za… gałąź i odciągnęła go w przeciwnym kierunku. Aurorzy pobiegali za nim.
Nessa Offline


 
Posty: 53
Dołączył(a): 10 lis 2010, o 00:28

Postprzez gyniol » 5 lis 2012, o 15:47

Wygrywanie z Harrym chyba górowało na liście ulubionych zajęć Malfoya, bo siedział teraz obok, wyraźnie zadowolony. Harry bardzo starał się nie wyglądać na równie sfrustrowanego, jak się czuł.
Zachciało mu się grać z tym dupkiem.


Hahah.. słodkie! :)

Wyglądasz zupełnie jak swój ojciec za dawnych lat. Jego idealna, młodsza kopia — szepnęła z uwielbieniem, nawijając na palce końce jego włosów. Zdusił krzyk niemal przegryzając sobie język. Pomyślał, że nie da dłużej rady.
Kochał ją, bo była jego matką, kimś dzięki komu istniał, kimś kto go wychowywał i z kim będzie zawsze związany. Ale patrzenie na nią w takim stanie, w tej okropnej, taniej pościeli, obserwowanie, jak zamknęła się w kręgu własnych myśli, wspomnień, szczelnie odgradzając od rzeczywistości… To bolało. Przeniosła rękę z włosów Ślizgona na jego policzek, muskając gładką, zapadniętą powierzchnię. — Na pewno jest z ciebie dumny.


Bradzo intymna scena. Byłam w stanie sobie wyobrazić, jak Narcyza wspomina swoje lata w Hogwarcie i pierwsze zauroczenie Lucjuszem.

Usiłował je odgonić, ale te cholerne, pierzaste stworzenia wyrwały mu parę pasm, wplątując się bardziej i bardziej, aż zaczął się zastanawiać, czy zaavadowanie piskląt groziło wyrokiem.
— Och, bardzo pana przepraszam — powiedziała uzdrowicielka, łapiąca swojego pacjenta za… gałąź i odciągnęła go w przeciwnym kierunku. Aurorzy pobiegali za nim.


Genialne pomieszanie smutnego akapitu z komicznym zakończeniem! ;)

Coś czuję, że Pansy domyśla się o "przypadłości" Draco. ;> I bardzo dobrze! Potrzebuje teraz przyjaciółki. To miłe z jej strony, że mu pomaga :) Gra Harry`ego i Dracona przypomniała mi scenę chyba ze "Związanych" (ale nie jestem pewna), gdy chłopcy pojedynkowali się 1 na 1. Zapadło mi wtedy takie stwierdzenie w pamięć, że Harry wygrywa zawsze dzięki wsparciu swojej drużyny i choćby przeciwnik był nie wiem jak dobry, to i tak i tak przegra bo w przyjaźni siła.

Czekam na kolejny rozdział. Życzę weny i przyjemnej pracy. :))
" - Z miłością jest jak z kolką nerkową. Dopóki cię nie chwyci atak, nawet sobie nie wyobrażasz, co to takiego. A gdy ci o tym opowiadają, nie wierzysz
- Coś w tym jest - zgodził się wiedźmin
- Ale są i różnoce. Przed kolką nerkową rozsądek nie chroni. Ani jej nie leczy
- Miłość kpi sobie z rozsądku. I w tym jej urok i piękno.
- Głupota raczej"
"Pani Jeziora" A.Sapkowski
gyniol Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 20
Dołączył(a): 4 lis 2012, o 12:56

Postprzez Nessa » 29 lis 2012, o 17:01

Przed Wami kolejny rozdział, chyba najdłuższy z dotychczasowych, choć mogę się mylić. Mimo jego długości i tak nie zmieściłam tego co planowałam, więc obiecane "Będzie się więcej dziać" zostało przeniesione do kolejnego rozdziału, który jest już napisany i czeka na zredagowanie.

Betowała jak zawsze Morgue.



Rozdział VII


Harry może i był lekkomyślny, gwałtowny i nie zawsze wiedział, co powiedzieć, ale kilka rzeczy wiedział na pewno.
Po pierwsze – to było jego zadanie. Nie miały znaczenia bezsenne noce, strach chwilami ściskający za gardło i dusząca bezsilność, gdy nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie: Co dalej? Wybór ani rezygnacja nie zostały dołączone do pakietu bycia Wybrańcem.
Po drugie – Ron z Hermioną tego nie rozumieli. Widział w ich oczach zwątpienie i lęk. Nie chodziło o to, że się od siebie oddalili. Po prostu sytuacja chwilami ich przerastała. Nie byli superbohaterami, tylko trojgiem nastolatków rzuconych naprzeciw zadaniu, do którego nie wystarczyła ani odwaga, ani setka przeczytanych książek. Czasami żałował, że im powiedział, że ich w to wciągnął. Nie zgadzali się z nim, co do samotnego działania w sprawie horkruksów, ale szanowali jego zdanie na tyle, by to przemilczeć.
Po trzecie – Dumbledore zabronił mu mówić o tym komukolwiek poza przyjaciółmi. Musiałby być ślepy, aby nie wiedzieć, czego najbardziej by chcieli – żeby powiedział McGonagall, a najlepiej całemu Zakonowi o horkruksach i zajęli się tym wspólnie. Ale to nie wchodziło w grę.
Mimo odmiennego zdania w tej kwestii, prawdopodobieństwo odkrycia nazwiska, kryjącego się pod inicjałami R.A.B., wprawiło ich w lepsze nastroje. Ponieważ Harry upierał się przy swoim, okazja do odwiedzenia Grimmauld Place 12 nadarzyła się dopiero po tygodniu, gdy starsze klasy wybierały się do Hogsmeade. Będąc już na miejscu, skręcili w boczną uliczkę, a stamtąd wspólnie teleportowali się prosto pod dom Syriusza. Na szczęście budynek okazał się pusty; gdyby ktoś wszedł nie mieliby żadnej wymówki dla tego, co tutaj robili.
W przedpokoju panowała całkowita ciemność, dopóki Hermiona nie machnęła różdżką, a wzdłuż ścian zapłonęły staroświeckie lampy gazowe, rzucając na nich rozdygotane, słabe światło. Rozejrzeli się wokół. Dom wyglądał tak samo ponuro jak zawsze - nieprzyjemnie martwy, wypełniony ciężkimi, rzeźbionymi meblami, kiedyś wartymi sporą sumkę, dziś za bardzo zniszczonymi, aby być drogocennymi. Podwieszony pod sufitem żyrandol dyndał nad ich głowami spowity mnóstwem grubych, srebrzystych pajęczyn. Prawie podskoczyli słysząc dobiegające echo głosów, ale po chwili, przypomnieli sobie, że to tylko przodkowie Syriusza upamiętnieni na portretach.
Accio horkruks — odezwał się niespodziewanie Ron.
Przez moment czekali w napięciu, ale nic się nie wydarzyło.
— To było do przewidzenia — stwierdziła Hermiona, trzymając różdżkę w pogotowiu, jakby bała się, że zaraz coś wyskoczy i ich zaatakuje. — Tak proste zaklęcia nie zadziałają na żadnego horkruksa. Są strzeżone potężną magią.
Tak, Harry pamiętał to aż za dobrze.
— To co? Zaczynamy szukać? — zapytał. — Chyba będzie szybciej, jak się rozdzielimy. Zacznę od pokoju Regu…
— Harry — powiedziała cicho Hermiona, zatrzymując go w pół kroku. — Zdajesz sobie sprawę, że szanse na to, że dziś uda nam się przeszukać cały dom są raczej marne? — zapytała ostrożnie. Miał ochotę zapytać: I co w związku z tym?, ale ubiegła go. — Będziemy musieli tutaj wrócić. Może więcej niż raz. Rozumiesz, co się z tym wiąże?
Poczuł ucisk w żołądku. Oczywiście, że rozumiał. Musieli powiedzieć McGonagall albo, co byłoby znacznie lepszym rozwiązaniem, znaleźć sposób, by niepostrzeżenie wymykać się z Hogwartu. Tylko że wszystkie tajemne wyjścia ze szkoły zostały zablokowane…
— Coś wymyślę — powiedział, ignorując znaczące spojrzenie, które ze sobą wymienili. — Lepiej bierzmy się do roboty, zanim zauważą w Hogsmeade, że nas nie ma.
I tak też zrobili. Ruszył po skrzypiących schodach, usiłując nie patrzeć na pokurczone, odrąbane głowy skrzatów domowych powieszone na ścianie. Kiedy stanął przed drzwiami brata Syriusza, zaczerpnął powietrza, odczytując słowa z srebrnej, eleganckiej tabliczki.
Regulus Arcturus Black.
Spędził tu całe wakacje, przechodził tędy setki razy i nigdy, nawet przez moment, nie przyszło mu do głowy, że to właśnie on mógł kryć się za tajemniczym R.A.B’em.
Z szybciej bijącym sercem pchnął drzwi, nie chcąc pozwolić sobie na przesadną nadzieję. Jednak to była ich jedyna szansa… Jedyne co przychodziło mu do głowy, jeśli tutaj nie będzie medalionu…
Potrząsnął głową, odganiając od siebie uporczywe myśli. Pomieszczenie było podobne do tego należącego do Syriusza, tylko trochę większe i bardziej eleganckie. W przeciwieństwie do pokoju jego chrzestnego brak tu było plakatów czy innych młodzieńczych gadżetów. Regulus na każdym kroku podkreślał swoją przynależność do Slytherinu.
Przez dobre półtorej godziny próbował wszystkich zaklęć, które przyszły mu na myśl i zaglądał w każde możliwe miejsce, ale bez skutku. Poszukiwania jego przyjaciół również nie przyniosły większych efektów, zapytali nawet Stworka, czy czegoś nie widział, ale niestety wszelkie próby spełzły na niczym. W końcu, rozczarowani, musieli pogodzić się z prawdą – dziś tu medalionu nie znajdą.

Porażka na Grimmauld, brak nowych śladów i zacieśniająca się obręcz wojny z każdym dniem pochłaniająca więcej ofiar nie wprawiła Harry’ego w dobry nastrój. Zbliżenie się jego przyjaciół do siebie, również. Nie był zazdrosny. No dobrze, trochę. Może więcej niż trochę. Chciał dla nich dobrze, tyle że… Odsunięcie na bok i niemożność działania, doprowadzała go chwilami do szału. Wiedział, że starali się spędzać z nim tyle samo czasu, co dawniej, ale nie był ślepy – wyraźnie widział, kiedy chcieli być sami, tylko nie mieli odwagi o to poprosić, a on nie był na tyle bezczelny, by siedzieć i czekać, aż skończą.
No i było jeszcze coś, a może raczej ktoś – Malfoy.
Harry choć nie chciał, musiał sam przed sobą przyznać, że liczył, iż całe to zaginięcie Narcyzy popchnie ich relacje do przodu i potrwa trochę dłużej, a tymczasem wraz z zakończeniem sprawy, zakończyły się i oni. Niechętnie uświadomił sobie, że szukał powodów i okazji, by być bliżej Ślizgona. Im bardziej chciał, tym mniej miał ku temu pretekstów, a Malfoy zaczął go unikać. Tak naprawdę nie miał powodu, by z nim porozmawiać. Żadnego. To nie powinno być czymś, co go martwiło. Miał przecież ważniejsze sprawy na głowie, a jednak… Nie potrafił tego niczym sensownym wytłumaczyć. Jasne, mógłby poruszyć sprawę odnalezienia jego matki… Tylko po co? Szczerze, Malfoy wydawał się ostatnią osobą, która miałaby ochotę o tym rozmawiać, w przeciwieństwie do połowy szkoły. Harry słyszał sporo plotek. Jedna z okropniejszych głosiła, że kobieta postradała rozum i nawet nie rozpoznała własnego syna. Oczywiście zapytanie o to Ślizgona, było równie dobrym pomysłem, jak zadanie pytania Voldemortowi, czemu jest taki zły. Efekt byłby podobny – Harry prawdopodobnie by zginął.
Nie odnajdywał żadnego sensownego usprawiedliwienia, dlaczego ciągnęło go do niego. Owszem, Malfoy okazał się nie być tak straszny i pozbawiony sumienia, jak Harry sądził przez ostatnie sześć lat, ale naprawdę, czy to było wystarczające, żeby chcieć się z nim zadawać? Każdy normalny powiedziałby: Nie. Rok temu miał chociaż słuszne uzasadnienie. Chłopak knuł przez cały rok i Potter po prostu to wyczuł. Ale teraz? Jaki miał powód? Mógłby się zasłonić wydarzeniami w szkole, tyle że nawet nie podejrzewał go o to. To było coś… Coś ponad to. Harry nie tylko pragnął wiedzieć, czy Malfoy za tym stał, ale też rzeczy, które w ogóle nie powinny go obchodzić. Co lubił? Jak spędzał wolny czas? Jakiej muzyki słuchał? Jak się odnajdywał w swoim obecnym położeniu? Czy Ślizgoni naprawdę tak bardzo nie dawali mu żyć? Był z tą krową, Parkinson, czy też nie?
To na pewno nie znajdowało się na liście rzeczy, które koniecznie trzeba wiedzieć, by wybawić świat. To było popieprzone, męczące i absurdalne, jednak nie przeszkadzało mu wrócić do starych nawyków. Może i nie mógł porozmawiać ze Ślizgonem, ale to nie znaczyło, że nie mógł go obserwować. Pomiędzy lekcjami a treningami, zaczął śledzić małą kropkę na mapie. Malfoy większość czasu spędzał samotnie na boisku, wieży astronomicznej albo – co dziwne, bo jego wyniki w nauce nigdy nie wskazywały na bycie kujonem – w bibliotece, ewentualnie w towarzystwie Parkinson i Zabiniego. Potem Gryfon posunął się o krok dalej. Zaczął go śledzić. Choć osobiście wolał nie używać tego słowa.
Pewnego razu, uprzednio sprawdzając, gdzie jest Malfoy, zaniepokoił nawet Rona.
— Idę do biblioteki — oznajmiła Hermiona.
— Pójdę z tobą — odpowiedział natychmiast Harry, trochę zbyt chętnie, jak na okoliczności. — Owutemy się zbliżają, wiecie… Wypadałoby się pouczyć.
— Wypadałoby… Co? — zapytał słabo Ron. — Stary, dobrze się czujesz?
Hermiona miała na ten temat odmienne zdanie.
—To wspaniale, Harry! — powiedziała, pełnym entuzjazmu krokiem zmierzając do biblioteki. Ron stanowczo odmówił pójścia. — W końcu Owutemy ma się tylko raz w życiu, prawda?
Zajęli ten sam dział, co Malfoy. Hermiona zaczęła się usadawiać, na co Harry natychmiast zareagował.
— Możemy zamienić się miejscami?
— To ma jakieś znaczenie? — zapytała, ale jednak przesiadła się.
Z tego miejsca miał doskonały punkt obserwacyjny na chłopaka. Malfoy siedział pod oknem, na końcu przejścia, pochylając się nad jakąś grubą księgą, a policzek opierał na pięści. Przednie kosmki włosów wchodziły mu do oczu. Nie wydawał się zwracać uwagi ani na Harryego, ani na cały otaczający go świat.
W końcu po upływie jakiś dziesięciu minut Harry nie wytrzymał.
— Myślisz, że co tu robi?
Przyjaciółka uniosła głowę znad pergaminu, rozglądając się nieprzytomnie.
— Kto? — spytała, marszcząc czoło.
— Malfoy.
— Och, no nie wiem… Może czyta? Wiesz, niektórzy ludzie to lubią. Albo się uczy, jak my wszyscy — odparła, swoją miną wyraźnie sugerując, by nie zawracał jej głowy takimi głupotami. Ani nauka, ani czytanie dla rozrywki nie pasowało mu do Ślizgona, ale z drugiej strony, co on o nim wiedział? — A teraz może w końcu skupisz się na swojej pracy? Zapewniam cię, że gdy na egzaminie wpiszesz słowo „Malfoy”, to oblejesz.
Przez następny kwadrans przynajmniej starał się stwarzać pozory nauki. W końcu, wydawałoby się po wieczności, Malfoy go zauważył. Ich spojrzenia spotkały się na moment, a potem, bez słowa, chłopak wstał i wyszedł.
Tak samo było na korytarzach i lekcjach, a wszelkie próby rozmowy spełzały na niczym. Prawie każdy wieczór Ślizgon spędzał na wieży astronomicznej, zdając się być nieświadomy obecności Harry’ego ukrytego pod peleryną ani coraz chłodniejszych nocy. Zwykle opierał się o barierkę, spoglądając w dół, a czasami siedział na ziemi, obserwując gwiazdy.
O czym myślisz? Gryfon pytał jedynie w swoich myślach, ale plecy chłopaka, tak jak i martwa cisza, która ich otaczała, nie odpowiadały.
Pewnej nocy, koło dwudziestej trzeciej, stało się coś, na co Harry nie był gotowy, a znalezienie usprawiedliwienia okazało się zbyt trudne. Dopiero co przyszedł i przykucnął w kącie, obserwując ostro zarysowany profil chłopaka na tle księżyca, gdy ten nagle przemówił.
— Dobry wieczór, Potter.
W pierwszej chwili myślał, że się przesłyszał, ale wtedy Ślizgon obrócił się i spojrzał tylko odrobinę w lewo od miejsca, w którym stał.
— Skąd… — wyjąkał, zszokowany.
— Jesteś jedyną osobą, która ma w szkole pelerynę niewidkę i jedyną na tyle popieprzoną, by mnie śledzić — wyjaśnił, uśmiechając się chłodno. — To ci się nigdy nie znudzi, prawda? — zapytał niskim głosem, a Harry nie wiedział, co odpowiedzieć. Miał całkowitą pustkę w głowie. Totalne zero. — Ale niech ci będzie.
— Niech mi będzie? — powtórzył, nie będąc pewien, czy myślą o tym samym.
— Wygląda na to, że nie przestaniesz, póki się nie zgodzę. Więc skoro tak bardzo pragniesz mojego towarzystwa…
Miał na końcu języka powiedzenie, że wcale tego nie pragnął. W ogóle.
Chodzi o wydarzenia w szkole. O to, czy za tym stoisz. Mógłby to powiedzieć. Mógłby skłamać. Ale nie chciał. Gdyby teraz się tego wyparł, prawdopodobnie nie dostałby drugiej takiej szansy.
Ściągnął z siebie pelerynę i usiadł obok chłopaka, czując się odrobinę niezręcznie. Podłoga była chłodna, podobnie jak rześkie, październikowe powietrze. Malfoy ubrał się zadziwiająco lekko jak na tę porę i temperaturę. Miał na sobie jeansy oraz sprawiający wrażenie miękkiego, kaszmirowy sweter, zapewne warty więcej niż wszystkie rzeczy Harry’ego razem wzięte. Żadnej kurtki, płaszcza, niczego. Z odległości, w której siedzieli dostrzeżenie gęsiej skórki na jego przedramionach nie sprawiało najmniejszego problemu. Było tam też coś, czego zdecydowanie nie chciał oglądać – Mroczny Znak.
Malfoy musiał zauważyć, że mu się przygląda, bo momentalnie opuścił rękawy. Kiedy się odezwał, brzmiał na nieco zdenerwowanego.
— I czego się dowiedziałeś podczas swojego śledztwa? Odkryłeś coś mrocznego? Fascynującego? Jak daleko się posunąłeś? Byłeś w moim dormitorium?
— Nigdy w nim nie byłem — odparł, odzyskując głos, choć brzmiał, jakby wydobywał się z głębi studni. — Choć odwiedziłem kiedyś wasz pokój wspólny — wyznał, zadowolony z ciekawości, która pojawiła się w oczach chłopaka. — Na drugim roku. Myśleliśmy z Ronem, że jesteś dziedzicem Slytherina, więc wielosokowaliśmy się w Crabbe’a i Goyla.
— Nie dość, że podglądacz, to jeszcze świr — skomentował Ślizgon. — O tym nie wspominają w gazetach.
Harry uśmiechnął się.
— Naprawdę sadziłeś, że można zarobić Avadą w głowę i być całkiem normalnym? — zażartował, wywołując na ustach Malfoya lekki uśmiech.
Zapadło pomiędzy nimi milczenie przerywane jedynie dźwiękami nocy. Słyszał szum ocierających się o siebie, suchych gałęzi drzew, a gdzieś daleko zahuczała sowa. To była chłodna, lecz pogodna noc. Idealnie okrągły księżyc odznaczał się na tle czystego, granatowego nieba, usłanego migoczącymi gwiazdami. Harry chciał jakoś podtrzymać rozmowę, ale nie wiedział jak. Malfoy, przynajmniej przy nim, nie był typem gawędziarza; zwykle siedział nadąsany albo spięty, a kiedy już się odzywał, robił to z książęcą łaską. Mimo to Harry chciał z nim przebywać.
— Więc… Z kim teraz mieszkasz w dormitorium? — zapytał ostrożnie Gryfon. Słyszał, że ze względu na większą ilość uczniów w Slytherinie ich dormitoria były trzy-, a nie pięcioosobowe.
— Z nikim — odparł, choć wyraźnie się spiął.
— A Zabini, Nott i Vaisey?
— Mieszkają w innym. Ja dzieliłem pokój z Crabbe’em i Goylem.
Lochy nie należały do najprzyjemniejszych miejsc w Hogwarcie, a co dopiero mieszkanie w nich całkiem samemu. Nie wyobrażał sobie nie mieć do kogo się odezwać przed snem. To było… uch. Malfoy w ostatnim czasie musiał być naprawdę samotny.
— To musi być trochę dobijające.
— Nie. Jest idealnie. Nie potrzebuję niczyjego towarzystwa.
Przekręcił głowę w bok, aby posłać mu pełne niedowierzania spojrzenie, ale Malfoy na niego nie patrzył.
— Żartujesz, Malfoy? Ty kochasz być w centrum uwagi.
Słowa poskutkowały, bo blondyn zamiast dalej obserwować nieboskłon, przeniósł wzrok na niego. W jego oczy wdarł się chłód przypominający arktyczny lód.
— Och, teraz myślisz, że mnie znasz, tak, Potter? Wydaję ci się, że wystarczy za kimś pochodzić, żeby przejrzeć go na…
— Nie trzeba za nikim chodzić, aby ocenić, czy jest szczęśliwy, czy też nie.
W tej chwili stało się coś nieoczekiwanego. Malfoy przysunął się bliżej niż Harry pamiętał, by był kiedykolwiek wcześniej.
— Chcesz mnie uszczęśliwić, Potter? — zapytał cicho, a jemu zrobiło się nieswojo. Praktycznie czuł ciepło cudzego oddechu na swojej skórze. — Przestań za mną chodzić. Przestań mnie wypytywać. Przestań myśleć, że możesz zbawić świat od kolejnej złej duszy.
Znowu się cofamy, pomyślał ze smutkiem.
— Sam pozwoliłeś mi tu zostać — przypomniał, nie wiedząc, czemu głos mu drżał. Zmusił się, aby pozostać w miejscu i nie odsunąć się ani o milimetr.
Malfoy uśmiechnął się zimno.
— I to był zły pomysł — stwierdził i zmierzył go zuchwałym wzrokiem. — Zdradzę ci pewien sekret. Nie wszystkich da się naprawić — powiedziawszy to, odsunął się, a Harry poczuł, jakby z barków spadł mu niewidzialny ciężar. Z tymi dodatkowymi kilkunastoma centymetrami przestrzeni czuł się dużo lepiej, co jednak nie trwało długo, bo w następnej chwili Ślizgon wstał i zrobiło mu się znacznie gorzej.
Niewiele myśląc chwycił go za kostkę u nogi. Malfoy popatrzył na niego z góry z nieskrywaną wściekłością.
— Puszczaj — syknął, ale zamiast tego Harry wzmocnił uścisk.
— Poczekaj — poprosił, nie chcąc przed samym sobą przyznać, że to, co pobrzmiało w jego głosie, do złudzenia przypominało desperację. Dlaczego mi zależy? Nie wiedział. — Nie będę o nic pytał — zapewnił. — W ogóle. Jeśli chcesz.
Malfoy uniósł brwi, wyglądając na zaintrygowanego jego reakcją, co nie powinno go dziwić.
Myśli, że zwariowałem.
Prawdopodobnie miał rację.
— Odzyskam kiedyś swoją nogę? — zapytał, a Potter potrzebował chwili, aby zrozumieć o czym mówił.
Pośpiesznie rozluźnił uchwyt, kątem oka obserwując, jak Ślizgon ponownie siada obok niego. Przynajmniej tym razem nie odszedł obrażony Merlin wie o co. Malfoy wyraźnie wściekał się od razu, gdy tylko Harry zaczął zadawać prywatne pytania, niczym zwierzę broniące swojego gniazda. O czym to świadczyło? Może się bał, że wykorzysta zdobyte informacje przeciwko niemu? Tyle że Harry taki nie był. To on prędzej powinien się tego obawiać.
Rozmyślanie Harry’ego przerwał dźwięk dobiegający jakby z wnętrza szkoły. Gwałtownie się obrócił, wpatrując w ciemność przed sobą.
— Słyszałeś? — szepnął.
— Coś poza twoim upierdliwym głosem? — zapytał ze znudzeniem. — Obawiam się, że…
— Zamknij się i posłuchaj.
O dziwo Malfoy tak właśnie zrobił. Przez chwilę obaj nasłuchiwali, ale nic się nie działo. Mógłby przysiądź, że coś słyszał.
Ślizgon spojrzał na niego.
— No i?
— Tam ktoś jest — stwierdził, pewien własnych słów, na które blondyn zareagował wywróceniem oczu.
— Tak, to faktycznie niesssamowite. W końcu obecność ludzi w szkole jest czymś nadzwyczaj zaskakującym.
I wtedy znowu to usłyszał. Coś jak… jęk. Malfoy też musiał, bo drgnął i wlepił wzrok w drzwi prowadzące na korytarz.
— Ktoś jęknął — powiedział Harry.
— Może jakaś para się zabawia — podsumował lekko.
— Na środku korytarza?
Malfoy wzruszył ramionami.
— Czemu nie?
Gryfon popatrzył na niego z niedowierzaniem. Wolał nie wiedzieć co, gdzie i z kim robił Dracon Malfoy.
— Lepiej to sprawdźmy — zaproponował, podnosząc się na nogi.
— Potter, to że ty masz manię prześladowczą, to nie znaczy, że i ja ją mam. Nie zamierzam nikogo podglą… — Ale nie zdążył dokończyć, bo Harry pociągnął go za rękę, zmuszając do wstania.
Malfoy przeklął i wymamrotał coś pod nosem, ale Gryfon nie zwrócił na to szczególnej uwagi. Wyszli na oświetlony korytarz, rozglądając się wokół. Po nikim nie było nawet śladu. Mimo to wyczuwał tu obecność czegoś złego, jakby ktoś lub coś śledziło każdy ich ruch, szykując się do ataku. A może popadał w paranoję?
— Pusto — osądził, ale nie był do końca przekonany.
— Och, jesteś pewien? — zakpił Malfoy. — Może Czarny Pan ukrywa się w kącie i zamierza wystawić cię na śmierć?
— To nie jest śmieszne — warknął.
— Racja. To ty jesteś śmieszny — odparł jadowicie blondyn, wyraźnie nie dopuszczając do siebie możliwości ewentualnego zagrożenia. Harry mgliście zastanowił się, czy wynikało to ze strachu, czy może naprawdę tak uważał. — To Hogwart. Strzeżony potężną magią. Naprawdę sądzisz, że coś mogłoby się tu stać?
Właśnie tak sądził.
— Z tego co pamiętam, szesnastolatek potrafił wpuścić do szkoły śmierciożerców, omijając wszystkie bariery ochronne.
Dopiero gdy policzki Malfoya poczerwieniały, a oczy zwęziły się, Harry uświadomił sobie, co powiedział. Niech to szlag. Wcale nie zamierzał mu wypominać tego, co zrobił, chciał jedynie pokazać, że istnieją sposoby, by dostać się do szkoły pomimo przeszkód.
— Jeśli zamierzałeś… — zaczął, wyraźnie wściekły, ale Potter nie pozwolił mu dokończyć.
— Nie. Słuchaj… Chodziło mi tylko o to, że da się obejść te wszystkie zaklęcia. Kto zaatakował Milicentę? Kto spetryfikował ducha? Kto ukradł portret? — wypowiedział na głos pytania, które ani na moment nie opuszczały jego umysłu. Te słowa chyba nieco udobruchały Ślizgona, bo jego twarz złagodniała, choć nie odpowiedział; jedynie patrzył mu w oczy, milcząc. Blask świec odbijał się od jasnych włosów, tworząc wokół głowy chłopaka złudną aureolę. Harry przypatrywał mu się z napięciem, pragnąc zapytać: Wiesz coś czy nie? Ale to nie było na to ani miejsce, ani pora. — W szkole dzieje się coś złego.
— Mówiłem ci, Potter — zaczął, jakby czytał mu w umyśle — ja nic nie wiem. Zresztą twoje małe śledztwo chyba pokazało ci, jak fascynująco spędzam… — W tym momencie Harry poczuł podmuch chłodnego powietrza, ogień na knotach świec zadrżał, a w następnej chwili zgasł. Otoczyła ich nieprzenikniona ciemność; jedynym źródłem światła była poświata księżyca wdzierająca się przez okno. — Potter? — szept Malfoya przerwał nieprzyjemną ciszę. Już nie brzmiał na tak pewnego siebie. Na oślep wyciągnął rękę, palcami muskając brzuch Harry’ego. Gdy tylko poczuł, że go dotknął, cofnął dłoń jak oparzony. — Potter? — powtórzył spanikowany.
— Jestem tu — odparł Harry, trochę rozbawiony jego reakcją. Wiele można było powiedzieć o Malfoyu, ale na pewno nie to, że należał do ludzi odważnych. Wyciągnął różdżkę, szybko wypowiadając zaklęcie. — Lumos. — Na jej końcu zapaliła się niebieska kula, rzucająca światło na pobladłą twarz stojącego przed nim chłopaka. — Nie bój się — powiedział, tak naprawdę samemu nie wiedząc po co. Wątpił by, Malfoy docenił ten gest.
— Kto się niby boi? — prychnął, choć nerwowy sposób w jaki się rozglądał, świadczył o tym, że właśnie on. Zaczął przeszukiwać kieszenie. — Nie mam… Nie mam różdżki.
— Co?
— Nie mam różdżki! — powtórzył znacznie głośniej, teraz wyglądając na wręcz przerażonego.
Harry przekonywał siebie, że nie było powodu do obaw. To o niczym nie świadczyło. To tylko przypadek.
— Spokojnie, Malfoy. Pewnie wypadła ci na wieży, gdy siedziałeś. Chodź sprawdzimy.
Faktycznie, różdżka leżała na środku podłogi. Widział ulgę na twarzy Malfoya, kiedy tylko ją podniósł i sam również rzucił zaklęcie.
Wrócili na pogrążony w ciemnościach korytarzach, powoli zmierzając w kierunku schodów. Wyczarowane, błękitne światło drgało, tak samo jak dłoń Malfoya, w której ściskał różdżkę. Harry nie pozwolił sobie na strach. Musieli trzeźwo myśleć, panikowanie w niczym by nie pomogło. Poza tym, może to była jakaś awaria. Może wcale nie stało się coś złego. Nikły blask rozjaśniał pusty korytarzach przed nimi. Zbroje lśniły, obijając od siebie światło. Nie podobała mu się ta wszechobecna cisza, jakby ktoś pozbył się całego życia z Hogwartu. Oddech Ślizgona słyszał równie wyraźnie jak swój.
— Myślisz, że co się stało? — zapytał Malfoy, przerywając nieprzyjemne milczenie.
— Nie wiem. Może coś jak awaria prądu?
— Awaria czego? — zapytał, unosząc różdżkę na wysokość nosa Gryfona, przez co trochę go oślepił.
Harry zmrużył oczy, odsuwając jego rękę sprzed swojej twarzy.
— To coś, dzięki czemu mugole mają między innymi światło i całą elektronikę. — Malfoy gapił się na niego bez zrozumienia. Harry w duchu westchnął. Czasami zapominał, że w tym świecie o niektórych rzeczach czarodzieje nie mieli pojęcia, a już szczególnie tacy jak Malfoyowie. — Nie ważne.
— Jeśli to śmierciożercy… — wyglądało na to, że Malfoy albo nie miał odwagi, albo ochoty mówić dalej.
— To zdążysz uciec. Mnie będą chcieli dorwać pierwszego — odparł Harry, kątem oka zauważając, że teraz chłopak wyglądał, jakby tylko siła woli powstrzymywała go od zwymiotowania. Zaskoczyło to Pottera, bo dotychczas nie sądził, by w ogóle coś go obchodziło jego życie. — Ee, Malfoy. To miało być pocieszenie.
— W takim razie nigdy więcej mnie nie pocieszaj — mruknął.
— Tu nikogo nie ma, widzisz? — Silnej oświetlił korytarz. Zaklęcie nie docierało do oddalonych zakamarków, ale było oczywiste, że nie przebywał tu nikt poza nimi dwoma.
Nie mówiąc nic więcej zeszli po marmurowych schodach, oświetlając każdy możliwy kąt. Piętro niżej było tak samo cicho, ponuro i pusto. Żadnych uczniów. Żadnych duchów. Nikogo. Harry poczuł ucisk w gardle, z całych sił chcąc wyprzeć strach.
To po prostu awaria, powtarzał sobie, po prostu awaria. Musiało paść zaklęcie zasilające światło.
To Hogwart, ich dom. Strzegła go potężna magia, gdyby Voldemort znalazł sposób, by przełamać bariery, zrobiłby to już dawno. Byli bezpieczni.
Przez cały ten czas Malfoy zdawał się zapomnieć o swojej pozie pewnego siebie i trzymał się blisko Harry’ego, jakby odruchowo sądził, że może go obronić. To było… dziwne. Choć w jakiś sposób dobre. Zeszli jeszcze dwa piętra niżej, nie wymieniając ani słowa i nikogo nie spotykając.
I wtedy Harry to zauważył – małą kulkę światła zbliżającą się z naprzeciwka, z każdą chwilą większą i większą. Ich zaklęcie nie docierało tak daleko, by oświetlić postać. Malfoy przysunął się jeszcze trochę, tak blisko, że praktycznie ich ramiona się zetknęły, ale nie opuścił różdżki.
Osoba weszła w krąg światła.
— Harry? — usłyszał, a z ciemności wyłoniła się Hermiona. Miała na sobie szlafrok i włosy w większym nieładzie niż zazwyczaj. — O mój Boże, Harry! — Rzuciła mu się na szyję i mocno uścisnęła, a kiedy już się odsunęła, jej spojrzenie padło na Ślizgona, jednak nic nie powiedziała, tylko wróciła wzrokiem do przyjaciela. — Tak się martwiliśmy! Wszyscy cię szukają!
— Co się stało? — zapytał, wdzięczny, że w żaden sposób nie skomentowała obecności Malfoya.
— Ty mi powiedz — odparła, owijając wokół siebie ramiona i wyraźnie drżąc. — Chyba padło zaklęcie zasilając całe oświetlenie w szkole, a ciebie nigdzie nie było. Myśleliśmy, że coś ci się stało.
— Nic mi nie jest. Byłem z... — urwał, zerkając na blondyna, który wyglądał, jakby rozważał między ulotnieniem się, a rzuceniem w Hermionę jakąś paskudną klątwą. — Z, ee, Malfoyem.
Przyjaciółka przybrała minę wyraźnie mówiącą: I właśnie to mnie martwi. Popatrzyła na Ślizgona z jawnym oskarżeniem.
— Co mu chciałeś zrobić?
— Zabić oczywiście — odparł gładko. — A potem poćwiartować i rzucić na kolację wielkiej kałamarnicy.
— Nie zdziwiłabym się.
Oczy Malfoya błysnęły, a kiedy się odezwał, jego głos był znacznie niższy i bardzo nieprzyjemny.
— Słyszałem, że woli mięso szlam. Powinnaś na siebie uważać, Granger. To niebezpieczne czasy.
— Malfoy! — warknął Harry, a w jego piersi smutek i złość walczyły ze sobą. Ślizgon od początku tego roku zdawał się nie zwracać szczególnie uwagi na Hermionę, aż do teraz. Czego się spodziewałeś? zapytał głos w jego głowie. To Ślizgon. Niektóre rzeczy się nie zmieniają. — Nawet nie waż się jej obrażać.
— Och, daj spokój, Harry. Mnie nie obchodzi, co myśli o mnie jakiś śmierciożerca — prychnęła pogardliwie Hermiona, a na reakcję chłopaka nie trzeba było czekać. Momentalnie wycelował w nią różdżką.
— Przestańcie! — krzyknął Potter, a jego głos poniósł się echem po pustym korytarzu. — Opuść różdżkę — rozkazał, ale chłopak nie posłuchał. — Opuść różdżkę, Malfoy.
Uśmiechnął się, choć było w tym uśmiechu coś, co sprawiło, że Harry zadrżał. Ani na moment nie oderwał nienawistnego wzroku od twarzy Hermiony.
— Wygląda na to, że masz już towarzystwo — powiedział powoli, a potem opuścił różdżkę i skinął mu głową. — Dobranoc, Potter.
Co to właściwie miało być? zastanawiał się, obserwując plecy oddalającego się Malfoya tak długo, póki nie zniknął w ciemnościach. Potrząsnął głową. Nie miał siły teraz o tym myśleć.
Kiedy tylko stało się jasne, że chłopak naprawdę sobie poszedł, Hermiona od razu przeszła do werbalnego ataku.
— Czy ty kompletnie postradałeś rozum? Włóczyć się z nim po nocach?
— Właściwie to pierwszy raz od tygodni, kiedy ze sobą rozmawialiśmy — mruknął, ostatnie na co mając ochotę, to krytyka przyjaciółki.
— Harry, on jest śmierciożercą.
— Był śmierciożercą — wypomniał jej, z dziwną mieszanką emocji obserwując, jak zamyka oczy, jak gdyby poniosła osobistą klęskę.
— Jesteś cudownym człowiekiem i wiem, że chcesz dobrze, ale… Nie wszystkich da się zmienić. — Nie wszystkich da się naprawić, Potter, w pamięci odżyły mu słowa Malfoya. — On robi to, co musi, żeby przeżyć, a nie dlatego, że zmienił się na lepsze. Gardzi takimi ludźmi jak my, jest okrutny i małostkowy. Naprawdę chcesz się z kimś takim przyjaźnić?
Odpowiedź nie powinna brzmieć: tak, lecz innej prawidłowej nie było.
— Nie znasz go — burknął, nie chcąc tego słuchać, ani w ogóle o tym myśleć.
— A ty go znasz?
— Ja… — chciałbym, dokończył jedynie we własnej głowie. Zacisnął szczęki. Mocno. Z niewytłumaczalnego powodu poczuł w sercu ból. Hermiona musiała to zauważyć, bo delikatnie dotknęła jego ramienia.
— Zrobisz, jak uważasz, ale przemyśl to sobie.
Reszta drogi upłynęła im na dyskutowaniu o tym, co lub kto (i w jakim celu) mógł stać za awarią światła w szkole. Tak naprawdę Harry myślami był daleko stąd. Cały czas miał przed oczami ściągnięta przesadnym strachem twarz Malfoya. Dlaczego tak bardzo się wystraszył? To było tylko światło. Nigdy wcześniej podobna awaria nie miała miejsca, ale czy to od razu powód do paniki? Oczywiście Harry też nieco się zaniepokoił, ale jego strach był ledwie ziarenkiem do ogromu paniki widocznej w każdym ruchu Malfoya. Powinien przypisać to jego tchórzliwości czy może raczej wyjść z założenia, że obawiał się czegoś więcej? Albo kogoś. Może naprawdę coś wiedział. Może znał jakiś sposób, aby ominąć bariery ochronne i wpuścić do szkoły śmierciożerców bądź inne zagrożenie.
Stanął w miejscu niczym porażony prądem.
O Boże. Jak mógł o tym wcześniej nie pomyśleć? Był sposób, by dostać się do szkoły. I Malfoy go znał, sam nad nim pracował. Szafka zniknięć. Czy jest możliwe, żeby wciąż tam była? Istniał tylko jeden sposób, aby się przekonać.
— Harry? — zapytała Hermiona, również stając i patrząc na niego przez ramię.
— Muszę coś sprawdzić, nie czekaj na mnie — powiedział, puszczając się biegiem.
Usłyszał za swoimi plecami, jak zawołała: Harry!, ale zignorował to. Czas na wyjaśnienie przyjdzie później.
Poruszanie się w ciemnościach po Hogwarcie było jednocześnie trudniejsze i lepsze niż w normalnych warunkach. Trudniejsze, bo wpadnięcie na jakieś przedmioty stawało się dużo bardziej prawdopodobne, ale też trochę lepsze, ponieważ nie musiał używać peleryny niewidki, aby pozostać niezauważonym. Nie rzucił Lumos, tylko biegł najszybciej, jak mógł. Malfoy raczej nie spał, skoro rozeszli się ledwie piętnaście minut temu.
To nie jest dobry pomysł, myślał pokonując kolejne stopnie. Z drugiej jednak strony… Czy miał jakiś lepszy?
Kiedy w końcu dotarł do lochów, zaklęciem oświetlił sobie drogę. Było tu nadzwyczaj zimno, ponuro, a w powietrzu wyczuwał wilgoć.
Jak oni tu wytrzymują?
Podniósł wyżej różdżkę, rzucając krąg błękitnego światła na ścianę przed sobą. Wyglądała znajomo.
Przełknął narastające zdenerwowanie i zaczął się dobijać. Zniecierpliwiony i czując w pięściach ból, już zamierzał odejść, ale wtedy ściana rozsunęła się, a przed sobą zobaczył twarz Blaise’a Zabiniego. Bardzo niezadowolonego Blaise’a Zabiniego.
— Co, do diabła… — umilkł, zszokowany rozpoznając Harry’ego.
— Ee — wykrztusił Harry. Nie, to nie był najlepszy początek. — Um. Możesz zawołać Malfoya? Muszę z nim porozmawiać.
— Śpi.
Cholerny kłamca.
— Wiem, że nie śpi. Widziałem się z nim piętnaście minut temu.
Brwi Zabiniego podskoczyły i Harry mgliście zastanowił się, czy Malfoy mógł mieć jakieś dodatkowe problemy wśród Ślizgonów przez zadawanie się z nim. Pewnie tak. Na pewno tak. Powinien uważać na to, co mówi, a nie bezsensownie paplać.
— Nawet gdyby, zapewniam cię, Potter, że jesteś ostatnią osobą, którą ma ochotę…
— To miłe, Blaise, że wiesz lepiej ode mnie kiedy i kogo chcę widzieć — odezwał się Malfoy sztucznie miłym głosem, pojawiając się tuż za plecami drugiego Ślizgona.
Ten raptownie zamarł.
— Draco — powiedział, odwracając się w jego stronę. — Skoro chcesz z nim gadać… — Obrzucił Harry’ego nieprzyjemnym spojrzeniem.
— Jesteśmy przyjaciółmi, prawda, Blaise? — zapytał z udawaną nonszalancją, a Zabini skinął głową. — W takim razie, jak zapewne wiesz, niektóre rzeczy zostają tylko między przyjaciółmi. — To nie brzmiało jak prośba, tylko groźba i nie tylko Harry to pojął.
— Jasne — odparł, wędrując wzrokiem między Harrym a Malfoyem tak długo, aż Gryfon poczuł się nieswojo. A potem powiedział. — No to dobranoc.
Gdy tylko odszedł, blondyn wyszedł na korytarz i zatrzasnął z hukiem ścianę.
Skrzyżował ręce i popatrzył na Harry’ego z wyzwaniem. Nie wyglądał na szczególnie zadowolonego. Nie, zdecydowanie tak nie wyglądał.
— Czego, do cholery, chcesz? — zapytał, nawet nie kryjąc rozdrażnienia.
— Malfoy — powiedział, myśląc jakich słów użyć. — Przepraszam, jeśli będziesz miał przez to problemy.
— Och, czyżby? — syknął, mrużąc oczy. W świetle Lumos nabrały czysto błękitnej barwy, tylko brzegi tęczówek były srebrne. — Może gdybyś czasem używał tego organu, który nazywamy mózgiem, przyszłoby ci to do głowy, ale jak przypuszczam, to zbyt duże wymagania wobec Wybrańca.
Harry zacisnął zęby, obiecując sobie, że nie odpowie na zaczepkę. Przyszedł tu porozmawiać z Malfoyem, może nawet uzyskać od niego coś na kształt pomocy, a nie kłócić się z nim.
— Chodzi o Szafkę Zniknięć — wyjaśnił, obserwując przebłysk zaskoczenia na tej szczupłej twarzy, nim znowu stała się nieczytelna. — Wiesz może, czy wciąż tam jest? I czy działa?
— Niby skąd? — prychnął. — Nie wchodziłem tam odkąd… — urwał, zaciskając usta i wyraźnie nie chcąc o tym mówić.
Co właściwie nie powinno zaskoczyć Harry’ego. Prawdopodobnie to był drażliwy temat, a wspomnienia z tamtego miejsca nie mogły należeć do tych najprzyjemniejszych.
— Czy mógłbyś…
— Nie, nie mógłbym — przerwał mu, nie bawiąc się w grzeczności. — A przynajmniej nie teraz. Wiesz, która jest godzina? Naprawdę, Potter. Te wszystkie plotki, jaki to jesteś dobry i przejmujesz się innymi, muszą być wyssane z palca, skoro wydaję ci się, że możesz przyjść do mnie w środku nocy i żądać pomocy.
Nie myślał o tym w ten sposób, ale gdyby się nad tym zastanowić… Być może Ślizgon miał rację. Właściwie zrobiło mu się trochę głupio z powodu własnego narwania.
— Pasuje ci jutro?
Malfoy patrzył na niego bez słowa, jakby dokładnie to kalkulował.
Nie zgodzi się, doszedł do wniosku Harry, każe mi spieprzać.
— Niech będzie — powiedział w końcu łaskawie, zaskakując Pottera.
— Um, o dwudziestej pierwszej, przed Pokojem Życzeń?
— Cudownie. Wprost nie mogę się doczekać — zadrwił. — Postaraj się jakoś beze mnie wytrzymać ten czas. — Nim zniknął za ścianą, Harry zobaczył jeszcze jego złośliwy uśmieszek. — Dobranoc, Potter.
Wcale nie chodzi o ciebie, ty nadęty dupku, chciał powiedzieć Harry, ale już nie miał komu. Został sam.

***


Od kiedy Draco pamiętał, zawsze uczono go dobrych manier. Musiał się poprawnie wysławiać, znać savoir vivre przy stole, być punktualnym i emanować swoim pochodzeniem oraz wysoką pozycją społeczną. Miał niemal w głowie wyryte słowa: Panuj nad ciałem, panuj nad emocjami, panuj nad umysłem.
Gdyby rozdawano medal za hipokryzje i grę pozorów, jego rodzina bez wątpienia zdobyłby pierwsze miejsce. To nic, że ręce ojca plamiła krew, to nic, że matka wiedziała o wszystkich kochankach, to nic, że od lat służyli Czarnemu Panu... To nic. Dokładnie o dziewiętnastej każdego wieczoru, musieli usiąść razem przy o wiele za długim stole i odstawić szopkę wysoko postawionej, idealnej rodzinki. Dopiero gdy zamknęli jego ojca, czar prysł. Matka nie przypominała dawnej siebie, ale nawet będąc na skraju załamania, starała się tego nie okazywać i dalej udawać. Balansowali na granicy prawdy i gry pozorów, mieli to zakorzenione pod skórą, wręcz wpisane w nazwisko Malfoy. Nie dało się tak po prostu przestać. I choć jakaś jego część szczerze tego nienawidziła, inaczej nie potrafił. Co nie oznaczało, że zawsze przestrzegał zasad. Właściwie większość z nich była zupełnie do bani. Na przykład punktualność. Sama w sobie nie była zła, ale wiązała się ze znacznie gorszymi rzeczami. Przyjście na czas oznaczało szacunek dla drugiej osoby, może nawet nić sympatii, a Draco wolałby ogolić się na łyso niż sprawić, by Potter doszedł do podobnych wniosków (co prawda coś w jego umyśle mówiło mu, że łatwiej i lepiej było po prostu nie przyjść, ale uciszył ten głos). Dlatego też postanowił się spóźnić okrągłe piętnaście minut.
Na jego nieszczęście Potter spóźnił się jeszcze więcej. Po jakiś pięciu minutach, gdy irytacja Dracona osiągnęła alarmujący stopień, Potter wyłonił się zza rogu w czerwonej bluzie poplamionej atramentem i z granatową smugą na policzku. Draco skrzywił się na ten widok, ale wspaniałomyślnie postanowił tego nie komentować.
— Przepraszam za spóźnienie — wysapał Gryfon.
— Właśnie przyszedłem — skłamał gładko.
A co, niech idiota nie myśli, że na niego czekał.
— Hermiona zagroziła, że przywiąże mnie do fotela, jak nie napiszę eseju z eliksirów.
Draco nie mógł się powstrzymać od drwiącego uśmieszku.
— A co Weasley na wasze igraszki?
Co było łatwe do przewidzenia - Potter się zaczerwienił.
— My nie…
— Och, proszę cię. Cała szkoła wie, że po tym jak rzuciłeś Weasleyównę, występowanie u ciebie jakiegokolwiek życia seksualnego jest równie prawdopodobne, jak ubranie przeze mnie różowej sukienki.
Niestety Gryfon ani się nie zażenował, ani nie zezłościł, raczej sposób w jaki na niego patrzył, można było uznać za rozbawiony.
— Myślę, że do twarzy byłoby ci w różowym — powiedział, teraz wręcz się uśmiechając. Cholerny idiota. — Wiesz, pasowałoby do twoich blond włosów…
Gdyby spojrzenie Dracona mogło zabić, Potter padłby trupem.
— Mówiłem już, że cię nienawidzę? — zapytał zjadliwie. — Więc gdybym to przypadkiem ominął, powtarzam raz jeszcze: nienawidzę cię. A teraz wchodź do tego cholernego pokoju. — Zanim ktoś nas zobaczy, dokończył w myślach, czując w żołądku ukłucie zdenerwowania.
Potter wyszczerzył zęby - niepodważalny dowód na to, że jednak był psychiczny. Nikt normalny nie cieszyłby się z czegoś takiego, prawda? Ale czego oczekiwać po Chłopcu, Który Oberwał Avadą?
Malfoy wbił wzrok w ścianę przed sobą, przełykając zgęstniałą ślinę. Nie wchodził do Pokoju Życzeń od tamtej nocy. Nie miał ani takiej potrzeby, ani tym bardziej odwagi, choć był pewien, że nigdy nie zapomni, jak wyglądał. Spędził tu cały rok, można by wręcz powiedzieć, że tu zamieszkał, każdego dnia czując coraz większy strach, presję… Uświadomił sobie, że stoi przed pustą ścianą, jak skończony idiota, a Potter się w niego wpatruje.
Zepchnął nieprzyjemne myśli w głąb umysłu, bo nie mógł, nie będzie tracił przed nim twarzy.
Potrzebuję miejsca, w którym wszystko jest ukryte, pomyślał, jak tysiące razy w zeszłym roku, przechodząc wzdłuż ściany.
Nie minęła sekunda, a drzwi pojawiły się przed nimi. Wszedł przez nie; Potter wsunął się za nim niczym cień.
Pokój Życzeń wyglądał dokładnie tak, jak pamiętał. Od podłogi aż po sufit piętrzyły się stosy najrozmaitszych przedmiotów z wąskimi ścieżkami pomiędzy nimi, co przywodziło na myśl miasteczko albo labirynt. Nie było żadnych okien, tylko stosy rupieci i dzwoniąca w uszach cisza. Serce Dracona waliło w piersi, jakby chciało się wydostać poza klatkę ciała. Miał wrażenie, że nawet Potter stojący obok mógł usłyszeć jego bicie.
Wspomnienia atakowały ze wszystkich stron; Czarny Pan dający mu to przeklęte zadanie, mające być karą, cegiełką do ich rodzinnego grobowca; cholerna szafka, która nie chciała działać, choć Draco robił wszystko, co mógł, wszystko, co tylko potrafił… Matka zamieniająca się w cień samej siebie; śmierciożercy tutaj, gotowi na zobaczenie jego porażki… Aż w końcu on sam, nie potrafiący wypowiedzieć dwóch głupich słów do bezbronnego starca. Uświadomił sobie, że drży.
— Malfoy? — głos Gryfona wyrwał go z odrętwienia.
Powstrzymał się od spoliczkowania samego siebie.
Weź się w garść, powiedział sobie, choć czuł, jak wszystko w jego wnętrzu wali się niczym domki zbudowane z kart. To tylko pokój.
Odnalezienie drogi do szafki nie zajęło mu nawet minuty. Bez słowa podszedł do niej i zbadał palcami wyrzeźbione wgłębienia.
— Nie zablokowałeś jej, prawda? — odezwał się Potter, przerywając błogosławioną ciszę. — To dlatego tak wystraszyłeś się wczorajszej nocy… Bałeś się, że śmierciożercy dostali się do szkoły.
— Po czymś takim, jedynie idiota zostawiłby ją odblokowaną — odpowiedział, wdzięczny za opanowane brzmienie swego głosu. — Ale nie, nie zrobiłem tego. Cóż, sprawdźmy to. Avis. — Z końca jego różdżki wyleciało stado ptaszków. Chwycił jednego z nich, wdzięczny za refleks szukającego. Widząc zdumioną minę Pottera, uśmiechnął się półgębkiem. — Co? Chyba nie sądziłeś, że będę eksperymentował na sobie? — Zanim Potter zdążył coś odpowiedzieć, otworzył szafę i wepchał do niej jedno z piskląt. — No to zabawę czas zacząć — mruknął, zamykając oczy i wypowiadając cicho tak dobrze znane słowa. — Harmonia Nectere Passus. — W duchu odliczył minutę i otworzył drzwiczki.
Ptak wciąż tam był. I to w dodatku martwy.
Potter wyglądał na wstrząśniętego.
— Czy on…
— Nie żyje, tak — potwierdził Draco, jeszcze dla upewnienia szturchając końcem różdżki bezwładne pisklę. Kiedy nie zareagowało, rzucił na nie Incendio. Pomarańczowe jęzory ognia błyskawicznie pochłonęły niewielkie ciało, a nieprzyjemny smród palonego pierza wdarł się w nozdrza. — Jeśli chcesz usłyszeć moją małą radę, to w najbliższym czasie nie polecam podróżowania tą szafką.
Gdy ponownie spojrzał na Pottera, na jego twarzy malowała się dziwaczna mieszanka emocji - wyglądał na zasmuconego, złego i zdeterminowanego jednocześnie.
— Myślisz, że potrafiłbyś ją odblokować? — zapytał ochrypłym głosem.
— Być może — odparł zdawkowo. — Ale to nie ja ją zablokowałem i nie ja powinienem odblokować. Zapytaj Flitwicka.
— Potrzebuję szafki do wydostania się ze szkoły — oznajmił Potter, a Draco w ostatniej chwili ugryzł się w język, by nie rzucić drwiącej uwagi. — Jak wiesz, wszystkie tajne wyjścia z Hogwartu zostały zamknięte. Więcej nie mogę powiedzieć.
— A ja nie mogę ci pomóc — stwierdził obojętnie, zamierzając się odwrócić i wyjść.
Oskarżenie w spojrzeniu Gryfona sprawiło, że stanął w miejscu.
— Więc po co w ogóle to przyszedłeś?
To akurat była kwestia, której Draco w ogóle wolał nie poruszać.
Bo się nudziłem. Bo mogłem. Bo chciałem.
Żadna z odpowiedzi nie kwalifikowała się do tych odpowiednich.
— Powiedzmy, że mam swoje powody — odparł oschle, w duchu modląc się, żeby chłopak nie drążył tematu.
— Malfoy, potrzebuję tej szafki — Czysta prośba w głosie Pottera, zabarwiona zarówno desperacją, jak i zdecydowaniem, zaskoczyła go.
Oczywiście, że nie mógł się zgodzić. To byłoby wariactwo. Szaleństwo. Nie chciał spędzać w tym przeklętym pokoju ani jednego dnia więcej. A w dodatku odmówienie czegoś Potterowi, czegoś, czego tak bardzo potrzebował, kiedyś przyniosłoby mu niezłą satysfakcję. Ale kiedyś minęło bezpowrotnie i tamta jego część również umarła. Co nie znaczyło, że nie mógł sprawić, by błagał go jeszcze trochę.
— Więc poproś McGonagall albo któregoś ze swoich fanów, założę się, że przynajmniej stu z nich zemdleje na samą możliwość pomocy Wybrańcowi.
Szczęka Pottera zacisnęła się w wyrazie tłumionej złości, na widok której Draco zaśmiał się w duchu.
— McGonagall nie może o niczym widzieć, a ja potrzebuję kogoś, kto się na tym zna i zrobi to szybko.
Malfoy uniósł brwi. No, no, to było akurat interesujące. Potter nie ufał tej starej wiedźmie?
— Załóżmy, że się zgodzę — stwierdził, przeciągając leniwie słowa. — Co z tego będę miał?
Gryfon bez mrugnięcia okiem odpowiedział:
— Zapłacę ci.
Dracon roześmiał się.
— Doprawdy, Potter, choćbyś opróżnił całą swoją skrytkę Gringotta, nadal nie uzbierasz sumy, która mogłaby mnie zainteresować.
— Więc? Czego chcesz?
— Peleryny.
— Co?! — zapytał zszokowany Gryfon. — Peleryny niewidki?
— Nie, przeciwdeszczowej, bo pasuje mi pod kolor oczu — zadrwił, rozdrażniony jego głupotą. — Oczywiście, że niewidki, ty idioto.
Zawsze jego twarz zdradzała wszystkie emocje, niczym otwarta księga, którą z łatwością można odczytać i teraz nie było inaczej. Potter wyraźnie się wahał.
— Ale… po co ci ona?
Ostatecznie Draco stwierdził, że odrobina szczerości go nie zabije. Nawet w stosunku do Pottera.
— Powiedzmy, że ty potrzebujesz wydostać się ze szkoły, a ja w niej zniknąć.
Teraz mina Gryfona diametralnie się zmieniła. Wyrażała smutek, a nawet wyrozumiałość. Malfoy odwrócił wzrok od tego przebłysku zrozumienia, współczucia, wszystkiego, czego nie mógł dostać i na co nie zasługiwał.
— Dlaczego po prostu sobie jej nie kupisz? — zapytał, kiedy krępująca cisza zaczęła się przeciągać.
— Ostatnio śmierciożercy spalili cały magazyn najlepszego wytwórcy peleryn, a cała reszta, jak wiesz, nie jest warta złamanego knuta.
Kiedy był już pewien, że na twarzy Pottera nadal nie gości ten okropny wyraz współczucia, spojrzał na niego ponownie.
Wyglądał, jakby naprawdę poważnie to rozważał.
— Dobra — zgodził się, mimo wszystko zaskakując Malfoya. — Dam ci ją, kiedy odblokujesz szafkę.
Draco wiedział, że lepiej zrobiłby, gdyby się wycofał. Gdyby powiedział, że jednak Potter nie ma niczego, czego on mógłby chcieć, gdyby skłamał, gdyby wyszedł i udawał, że nie odrzucił kolejnej szansy, a następnej mogło nie być, bo nikt, nawet Potter nie mógł ich w nieskończoność rozdawać.
Tak właśnie powinien zrobić. Ale nie potrafił.

*


Ostatecznie Malfoy musiał przyznać, że Potter nie był najgorszym towarzyszem na świecie. Co prawda, jego elokwencja, tak jak i zatrważający brak manier, pozostawiały wiele do życzenia, ale poza tym dało się go znieść. W ciągu następnych trzech tygodni był kilka razy w Pokoju Życzeń, kiedy Draco pracował nad szafką. Nieraz zastanawiał się czy Potter nie ma nic lepszego do roboty, czy może zwyczajnie go pilnuje, ale nigdy nie odważył się o to zapytać. A może bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że bardziej od samego pytania, bał się tego, co mógł usłyszeć.
Dracona tłumy nienawidziły, a Potter choć przez tłumy wielbiony, zdawał się być wśród nich całkiem sam. Choć byli stworzeni z kontrastów, jak biel i czerń, dzień i noc, pod tym kątem, w jakiś popieprzony sposób pasowali do siebie. Przez ten czas Malfoy nie tyle pozwolił zbliżyć mu się do siebie, co stał się zmęczony ciągłym trzymaniem tak dużego dystansu. Potter, ze swoim natręctwem i niemalże dziecięcą szczerością, przypominał irytująca muchę, na którą w końcu przestaje się zwracać uwagę i toleruje jej obecność.
Ślizgon właściwie był niemalże zadowolony z pracowania nad szafką. Dzięki temu mógł skupić się jedynie na tym, a od wszystkiego innego definitywnie odciąć. Tylko praca, pochłaniające dążenie do doskonałości. Żadnego myślenia, żadnych uczuć, żadnych emocji.
Zbawienna pustka nie mogła trwać wiecznie. Jeśli Draco udawało się zapomnieć, to zawsze znalazł się ktoś, kto z przyjemnością wypomniał mu wszystko, co zrobił i czego zrobić nie powinien. Ponura rzeczywistość dobijała się drzwiami i oknami, bez względu na to, jak bardzo starał się ją ignorować, nie znajdował od niej ucieczki. I tym razem nie było inaczej.
Zwykle lubił lekcje. Głównie przez to, że na siódmym roku zazwyczaj musieli pracować sami, mieli mało czasu, trudne zadanie i nikt nie zwracał na niego szczególnej uwagi. Ale oczywiście, to co dobre, szybko się kończy.
Tego dnia Slughorn wymyślił sobie, że powinni pracować w trójkach, ponieważ, jak to powiedział: W życiu przyjdzie wam współpracować z różnymi ludźmi. Cholerny idiota.
Draco wątpił, aby w całej szkole znalazło się chociażby pięć osób, które najchętniej nie widziałby go martwego lub za kratkami, dlatego sama wizja pracowania z kimkolwiek, nie napawała go optymizmem. A jego obawy okazały się jak najbardziej słuszne. O ile na wiadomość, że ma być w grupie z Michaelem Cornerem zareagował względną obojętnością (póki nie zobaczył wyrazu jego twarzy, gdy podniósł się, żeby do niego podejść), o tyle na wieść o współpracy z Potterem, poczuł w żołądku skurcz.
Cóż, pocieszył się, przynajmniej Potter nie chce widzieć mnie martwego.
Weasley ze współczującym wyrazem twarzy poklepał bruneta po plecach, jak gdyby wybierał się w daleką podróż, z której może nie wrócić, a nie do sąsiedniej ławy.
I tak Draco skończył z Cornerem po swojej lewej stronie i Potterem po prawej. Kiedy tylko Krukon położył swój kociołek i wszelkie potrzebne narzędzia na blacie, wbił w Malfoya nienawistne spojrzenie.
— Jesteś pewien, że poradzisz sobie z tym zadaniem, Malfoy? — zapytał dalekim od przyjaznego tonem. — A może wycofasz się w ostatnim momencie? — Drwiąca uwaga zatańczyła na końcu języka, ale Dracon obiecał sobie, że choćby obdzierano go ze skóry, nie odezwie się ani słowem. W zeszłym roku nie odpuściłby słownej potyczki, ale dwa ostatnie miesiące nauczyły go, że wdawanie się w dyskusję z takimi jak Corner, prowadziło do nikąd. — Już nie ma przy tobie tatusia, który wszystko za ciebie załatwi…
— Masz jakiś problem, Corner? — odezwał się niespodziewanie Potter.
Draco poczuł, jak napinają mu się wszystkie mięśnie.
— Co? —zapytał zaskoczony Krukon.
— Zapytałem, czy masz jakiś pieprzony problem?
Potter, zamknij się, błagam, błagam, powtarzał w myślach Draco, ale Gryfon nie zamierzał się zamknąć. Właściwie wyglądał jakby powstrzymywał się od sięgnięcia przez Dracona do Cornera i strzelenia go w pysk. Nie żeby Malfoy z przyjemnością na to nie popatrzył, ale na Merlina, nie potrzebował dodatkowych sensacji na swój temat.
— Bronisz tego parszywego śmierciożercy? — zapytał ze zdumieniem, ale i pewną dozą nieprzyjemnego rozbawienia. — Wszyscy mówią, że już dwa lata temu ci odbiło, ale teraz…
— Łatwo jest mówić to komuś, kto nigdy nie musiał wybierać — odparł Potter chłodno. Ślizgon miał wielką ochotę spojrzeć na niego jeszcze raz, ale powstrzymał się. — Komuś, komu największym problemem jest poprawne zrobienie eliksiru.
Mimo że nie odważył się podnieść głowy, praktycznie czuł, jak mierzą się spojrzeniami tuż nad jego karkiem.
Więc tak musi czuć się znicz ścigany przez dwóch szukających.
— Wiecie — przemówił Draco, dochodząc do wniosku, że jednak lepiej było coś powiedzieć, jeśli nie chciał wyjść na kompletnego bezmózga. — Jeśli zamierzacie się bić, to możecie przejść na środek klasy? Niektórzy tu chcą pracować…
Gdy tylko słowa opuściły jego usta, natychmiast tego pożałował. Teraz obaj wpatrywali się w niego, jakby wyrosła mu druga głowa.
Po chwili na twarzy Cornera pojawił się zadowolony uśmieszek.
— Widzisz, Potter — rzucił lekko. — Na takich jak on, nie warto marnować nawet słów. Nie ma w nich za knut wdzięczności.
Malfoy zacisnął palce, nie mając odwagi spojrzeć w twarz Potterowi.
Czasami, Malfoy, wystarczy jeden człowiek, żeby odmienić nasze życie na lepsze. I wydaje mi się, że ty już dostałeś swoją szansę, tylko nie jesteś zbyt chętny ani jej docenić, ani wykorzystać, odżyły mu w pamięci słowa Gryfona.
Wdzięczność nie była jednym z uczuć, do których przywykł, a już w szczególności w stosunku do Harry’ego Pottera. To, że cały świat całował go w dupę, nie oznaczało, że Draco też zamierzał. Zresztą, musiał spojrzeć prawdzie w oczy - Potter nie robił tego ze względu na niego, tylko dlatego, bo jego pieprzony kompleks bohatera nie pozwalał mu zostawić samotnie kogokolwiek, nawet Dracona Malfoya.
Choć nigdy, przenigdy, nie przyznałby się do tego, na tę myśl, poczuł coś na kształt smutku.

***

O ile jawna wrogość Cornera do Malfoya zaskoczyła Harry’ego, to i tak nie mogła się równać z praktycznym brakiem reakcji Ślizgona. Malfoy nigdy, przez te wszystkie lata, nie pozwolił się po prostu obrażać. Zawsze miał w zanadrzu jakąś cięta uwagę, ostatnie słowo musiało należeć do niego, a jeśli nie, to do pięści jego osiłków. Wniosek był prosty – Malfoy albo się zmienił, albo bardzo dobrze udawał. Pytanie brzmiało: Po co? A może Harry po prostu wpadł w paranoję i za zachowaniem blondyna nie kryło się absolutnie nic, prócz potrzeby świętego spokoju? Cokolwiek za tym stało, nie mógł szybko poznać odpowiedzi.
Z zadowoleniem dotknął fiolek ukrytych w kieszeniach szaty. Miał wszystko czego potrzeba, musiał jeszcze tylko powiedzieć swoim przyjaciołom o planie. Okazja nadarzyła się późnym popołudniem, kiedy w trójkę siedzieli w dormitorium, a po reszcie współdomowników nie było śladu.
— Niedługo możemy ponownie przeszukać Grimmauld — oznajmił z pozoru lekko.
— Postanowiłeś powiedzieć McGonagall? — zapytała z nadzieją przyjaciółka.
— Nie — zawahał się. Znał ich wystarczająco dobrze, by być pewnym, że gdy poznają prawdę, nie będą zachwyceni jego pomysłem. Wziął głęboki oddech i rzucił: — Możemy użyć Szafki Zniknięć.
Ron z Hermioną wymienili spojrzenie z typu: Oho, zaczyna się.
— Niby jak, stary? Przecież nie możemy ot tak pojawić się w sklepie Borgina, nie zdążymy nawet…
— Możemy tam wejść jako Ślizgoni.
— A niby skąd weźmiemy… — Hermiona umilkła od razu, gdy Harry wyjął z kieszeni trzy fiolki.
— To włos Parkinson, Zabiniego i Notta — oznajmił, z zadowoleniem przypatrując się zdobyczom zamkniętym w szkle. Przygryzł wargę, sięgając po czwartą, znacznie większą fiolkę – bura maź o konsystencji szlamu, poruszyła się pod wpływem ruchu. — A to eliksir wielosokowy, prosto z zapasów Slughorna.
Cisza. Obserwowali go oniemiali, jakby oświadczył, że pogodził się z samym Voldemortem i jutro idą wypić kremowe piwo.
— Jak… Jak zdobyłeś ich włosy? — zapytała Hermiona, gdy już odzyskała głos. Nie minęła sekunda, a na jej twarzy zagościł błysk ponurego zrozumienia. — O nie, tylko mi nie mów, że za tym stoi Malfoy.
Blisko, ale jednak nie do końca. Nawet nie tracił czasu na zwracanie się z tym do Malfoya. Wątpił, żeby jego życzliwość i chęć pomocy sięgała aż tak daleko. Chyba że w zamian za duszę Harry’ego lub coś innego, równie cennego. Harry sam zdobył włosy. Wymagało to sprytu, ostrożności i oczywiście peleryny niewidki, ale udało się.
— Cóż, właściwie akurat w to nie był zamieszany — odpowiedział ostrożnie.
— Akurat w to? — powtórzył z obawą Ron.
Teraz albo nigdy, pomyślał, biorąc głęboki wdech.
— Pracuję nad odblokowaniem szafki, została zabezpieczona jakimś zaklęciem — wyrzucił, doskonale świadom wszystkiego, co zaraz usłyszy. I nie pomylił się.
— Odbiło ci? Mieszać w to Malfoya? — zapytał przyjaciel. — Założę się, że ten dupek jeszcze specjalnie coś uszkodzi, byleby tylko ściągnąć na nas kłopoty.
— Ten dupek jest po naszej stronie — przypomniał, gotując się w środku.
— Och, no jasne. I ty w to wierzysz?
Harry policzył do trzech i przywołał w pamięci sto powodów, dla których uderzenie swojego najlepszego przyjaciela nie było najlepszym posunięciem.
Nie będę się wściekał, obiecał sobie, choć już był wściekły.
Ron z Hermioną nie rozumieli po prostu pewnych rzeczy… Nie żeby on sam je rozumiał. Ale miał jakieś inne wyjście?
— Wszystkie wyjścia z Hogwartu są zamknięte. To nasza jedyna szansa. Możemy zaryzykować albo siedzieć kolejne miesiące i nie robić zupełnie nic — powiedział, starając się, żeby jego argumenty brzmiały na jak najbardziej słuszne.
Hermiona wyglądała jakby już się łamała, ale, co było łatwe do przewidzenia, Ron w sprawach choć odrobinę związanych z Malfoyem był dużo bardziej oporny.
— Malfoy tak po prostu się zgodził? — zapytała z niedowierzaniem przyjaciółka.
Och, to była akurat ta sprawa, o której Harry nie lubił nawet pamiętać, a co dopiero o niej mówić.
— Chce mojej peleryny — wyznał niechętnie, z pewną porażką obserwując przerażenie, wpływające na twarze przyjaciół.
— Co?! — wykrzyknęli równocześnie.
— Możemy jej potrzebować w wielu sytuacjach!
Tak jakbym o tym nie wiedział, pomyślał ponuro.
— Coś wymyślę — mruknął, nie wiedząc, kogo z nich chce tym pocieszyć.
— To się mogło udać bez Malfoya — stwierdziła cicho Hermiona. — Mogłam rzucić okiem na tą szafkę…
— To trwałoby dwa razy dłużej, a nam zależy na czasie. Malfoy zna tą szafkę jak nikt inny. Potrzebujemy go.
Coś pojawiło się w minie przyjaciółki, coś na co Harry nie miał ani ochoty patrzyć, ani tym bardziej się z tym zmierzyć.
— Nie — zaprzeczyła dobitnie. — To ty go potrzebujesz.
Równie dobrze mogła mu przyłożyć z pięści w brzuch. Nie było żadnego powodu do wstydu, prawda? A jednak, mimo to, czuł, jak jego twarz płonie.
Przyjaciele przypatrywali mu się, jak komuś ciężko choremu, kto zachowuje się kompletnie niedorzecznie, ale z powodu złego stanu zdrowia, pozwolą mu na to.
Harry nie był chory. Chciał po prostu załatwić sprawę jak najszybciej. Jakie znaczenie miało, kto im pomoże w osiągnięciu celu? Liczył się efekt. Prawda? Więc dlaczego, do diabła, uważali, że zachowuje się dziwnie? To z nimi było coś nie tak.
— Nie wiem, o czym mówisz — odezwał się, gdy już odzyskał głos, choć nie brzmiał jakby należał do niego. Podniósł się, nie do końca skutecznie skrywając złość. Nie miał ochoty patrzeć na nich ani chwili dłużej. — Jak już wpadniecie na jakiś genialny pomysł, to dajcie znać. A do tego czasu zostańmy przy moim planie.


*


Następnego dnia wciąż był zły na Rona i Hermionę. Początkowo zamierzał o tym po prostu zapomnieć, ale gdy zszedł rano do pokoju wspólnego, a oni raptownie zamilkli, gniew odżył na nowo, jak rana, która nie zdążyła się jeszcze dobrze zabliźnić, a ponownie ją rozdrapano. Rozmawiali o nim – to było więcej niż pewne.
Oczywiście chcieli dla niego dobrze. Wiedział to. Ale, na Merlina, może i bywał lekkomyślny, ale czy to od razu powód, żeby traktować go jak kogoś niepoczytalnego? Bądź co bądź, oczekiwał trochę więcej wiary po swoich przyjaciołach.
Nie chciał do siebie dopuszczać ponurych myśli, ale te coraz częściej go prześladowały. Żałował powrotu do Hogwartu. Żałował, że wciągnął w to Rona i Hermionę. Żałował, że nie zajął się tym sam. Quidditch, wypracowania oraz zwykłe uczniowskie życie, wydawały się niewłaściwymi zajęciami, kiedy nieuchronnie zbliżała się wojna.
Nie powinno go tu być. Nie powinno. A jednak, na zmianę decyzji było już za późno.
Zerknął na ludzi w klasie. Skrupulatnie notowali, nie wydając się myśleć o niczym innym niż o lekcji. Poza jedną osobą. Poza Malfoyem. Opierał policzek na pięści, gapiąc się w przestrzeń. Tępo nie było nigdy słowem, którego Harry użyłby w stosunku do niego, ale teraz wydawał się kompletnie nieobecny.
Prawdopodobnie nie tylko ja żałuję powrotu tutaj, pomyślał smętnie, po chwili dochodząc do wniosku, że myślenie o Malfoyu też nie zaliczało się do odpowiednich zajęć.
Może Ron z Hermioną mieli rację. Może naprawdę wariował.
Lekcja dobiegła końca i wszyscy zaczęli pchać się w stronę wyjścia. Kiedy usiłował się przecisnąć, jakiś uczeń nadepnął mu na pięty, ale wtedy stało się coś jeszcze – poczuł na swojej dłoni ruch, jakby ktoś jej dotknął i usiłował coś w nią włożyć. Harry zatrzymał się, podczas gdy reszta uczniów przepychała się obok niego. Powoli rozwarł palce, zauważając w dłoni zwitek pergaminu.
Podniósł go do oczu, odczytując: Udało się.
Nessa Offline


 
Posty: 53
Dołączył(a): 10 lis 2010, o 00:28

Postprzez Nessa » 25 sty 2013, o 19:48

Przepraszam za przerwę, miałam chwilową awersję pisarską (choć ten rozdział powstał nim mnie dopadła, ale brakowało mi chęci, by go wrzucić), która najprawdopodobniej minęła. Nie potrafię powiedzieć, kiedy pojawi się następny rozdział, mam jego początek, ale aktualnie czekają na mnie projekty i inne sprawy.

Betowała Morgue, której serdecznie dziękuję.

Miłego czytania :).


Rozdział VIII


Zmierzając do Pokoju Życzeń Harry starał się nie mieć zbyt dużej nadziei. Nie przychodził mu do głowy nikt, poza Malfoyem, kto mógłby zostawić podobną wiadomość i w jakim celu, jednak… Nie chciał się rozczarować.
Przez cały dzień starał się zająć swoje myśli czymś innym niż szafką i nawet mu się udawało, dopóki zegar nie wybił dwudziestej pierwszej. Jego przyjaciele nawet nie zapytali, gdzie idzie i był z tego powodu więcej niż zadowolony.
Z ciężarem na sercu chwycił pelerynę niewidkę pod pachę, starając się nie dopuścić do siebie głupiej sentymentalności. Jeśli Malfoyowi udało się odblokować szafkę, miał ją w rękach ostatni raz… Czując, jak zaciska mu się gardło, potrząsnął głową. Wszystko ma swoją cenę. Coś za coś.
Kiedy doszedł na miejsce, chłopak już tam był. Te kilka razy, gdy sprawdzał, jak idą prace nad szafką, nie posunęły specjalnie ich znajomości do przodu, ale Malfoy przynajmniej nie wściekał się cały czas.
— Hej — rzucił na powitanie Gryfon.
Ślizgon coś odmruknął, ale nawet na niego nie spojrzał.
Cóż, zdecydowanie o coś chodziło. Ale o co? I co tym razem zrobił nie tak?
Jasne, była sytuacja z tym dupkiem, Cornerem, ale… Przecież wtedy chciał tylko pomóc. Tyle, że Malfoy nienawidził, gdy ktoś – a już w szczególności Harry – mieszał się w jego prywatne sprawy, bez względu na to, jakie miał zamiary.
Nie miał pojęcia, co o tym wszystkim myśleć, więc zrobił pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy – po prostu zapytał:
— E, jesteś na mnie zły?
— Zły? — powtórzył gładko Malfoy, głosem tak jedwabistym i niewinnym, że nie zabrzmiało to ani trochę naturalnie. — A dlaczego miałbym być zły?
Ponieważ jesteś przewrażliwioną fretką? Nie, nie mógł tego powiedzieć.
— Nie rozmawiasz ze mną, nie patrzysz na mnie, a od sytuacji z Corn…
— Obawiam się, że mam lepsze rzeczy do roboty niż gawędzenie z tobą całymi dniami — przerwał mu chłodno, wciąż na niego nie patrząc.
Potter poczuł, jak jego cierpliwość jest wystawiana na poważną próbę.
— Chciałem tylko pomóc.
— Rozumiem. Ratowanie świata nie jest wystarczająco zajmujące, musisz jeszcze ratować mnie.
— To nie jest nic osobistego — powiedział, choć nie zabrzmiało to tak, jak powinno. — To po prostu…
— Och, oczywiście, że nie jest — wtrącił kolejny raz, ale przynajmniej jego spojrzenie w końcu było utkwione w twarzy Harry’ego. Zimne i wyzywające, ale zdecydowanie lepsze niż wcześniejsza ignorancja. — Po prostu spełniasz swój chory kompleks bohatera.
Gryfon poczuł, jakby sytuacja wymykała się spod kontroli, ale nie miał pojęcia, jak ją naprawić. Och, do cholery, przecież chciał dobrze!
— To nie tak, Malfoy — zaprzeczył, nie wiedząc, jak odeprzeć zarzuty. — Miałem po prostu pozwolić mu wygadywać te wszystkie okrutne rzeczy?
— A dlaczego nie? — zapytał, z każdą sekundą wyglądając na coraz bardziej wściekłego. Podniósł się ze starego fotela i stanął tuż przed Harrym. Te kilka cali, o które go przewyższał, teraz stały się bardziej widoczne. — Co cię to w ogóle obchodzi? To nie twój pieprzony interes.
I wtedy Harry’ego olśniło.
Malfoy nie zachowywał się tak, żeby mu dokuczyć. Zachowywał się tak, bo sam czuł się winny. Ponieważ gdzieś w głębi siebie musiał uważać, że zasłużył na samotność, na wszystkie niemiłe słowa, na wymierzone ciosy. Na karę. Z oszołomieniem pomyślał, że Ślizgon nigdy, nawet wtedy w łazience, nie odsłonił się tak bardzo jak w tej chwili. Rzecz jasna niezamierzenie, ale to nie miało znaczenia, bo Harry zdążył już dostrzec prawdę.
— Malfoy — zaczął Harry, zastanawiając się, jak ująć w słowa to wszystko, co chciał powiedzieć. — Wiem, jak to jest, gdy ludzie osądzają cię przez pryzmat tego, co zrobiłeś, bądź czego nie zrobiłeś, ale wszystko opierają na swoich domysłach, nie zastanawiając się nawet nad przyczyną — powiedział cichym, choć mocnym głosem, nie odrywając wzroku od tej bladej twarzy. Coś się w niej zmieniło, lecz jeszcze nie wiedział co. — Na piątym roku wszyscy uważali, że zwariowałem. Niektórzy nadal tak uważają. Ty tak sądzisz, och, do diabła, nawet Ron z Hermioną tak sądzą — umilkł, z zażenowaniem słuchając jak łamie mu się głos. Po co to mówił? Nie wiedział, ale teraz było za późno, by się wycofać. — Chodzi o to… by się tym nie przejmować. Żeby być ponad to. Żeby oni poznali prawdę, a nie bezmyślnie powtarzali te głupoty.
— Nikogo nie obchodzi prawda — odparł ponuro Malfoy, już nie wyglądając na wściekłego.
Mnie obchodzi.
Rzadko się zdarzało, żeby Malfoy nie miał w zanadrzu jakieś ciętej riposty, ale teraz najwyraźniej go zamurowało. Przez dłuższą chwilę patrzyli na siebie bez słowa.
Harry chciał powiedzieć więcej, wytłumaczyć mu, że wierzył w to, iż każdy może popełnić błąd, ale to wydawało się za dużo na ten jeden raz.
Och, do cholery, to wyczerpywało jego zdolności oratorskie na całe życie.
Po chwili, kiedy cisza stała się nienaturalna, a gapienie na siebie co najmniej dziwne, Malfoy odkaszlnął i oznajmił:
— Szafka jest gotowa. — Wyglądał, jakby zamierzał odejść, ale Harry go powstrzymał.
— Peleryna — przypomniał, wyciągając ręce z zawiniątkiem w stronę chłopaka. Ten nawet nie drgnął. — No, weź ją. Jest twoja. — Jakaś malutka część Pottera miała nadzieję, że blondyn się rozmyśli, ale właśnie wtedy, z pewną dozą niedowierzania wziął ją od niego. Ledwo zdążyła opuścić jego ręce, a już za nią tęsknił.
To tylko głupi przedmiot, powiedział sobie, choć wcale w to nie wierzył. Kiedyś należała do jego ojca, ale teraz nie miało to znaczenia, bo przeszła w posiadanie Malfoya.
— Jak zwykle honorowy — skwitował Ślizgon, przesuwając palcami bo gładkiej tkaninie. — Zawsze dotrzymujesz słowa, co?
— Tak — odparł szczerze. Po chwili, kiedy sentyment minął, przyszło mu coś do głowy. — Wiesz, jeśli chciałeś ją głównie po to, by się przede mną ukryć, to jest to na nic.
— Co?
— Wciąż będę mógł cię widzieć — rzucił, czerpiąc przyjemność z zaskoczonej miny Ślizgona, zanim zakrył ją swoją zwykłą maską. — Naprawdę myślisz, że peleryna niewidka, to jedyna rzecz, dzięki której mogłem się poruszać po szkole i nie zostać złapanym?
Malfoy zmarszczył brwi, jakby nie był do końca pewien czy żartował, czy mówił całkiem poważnie.
— Och, zawsze sądziłem, że Harry’emu Potterowi wolno po prostu więcej.
— Nie — zaprzeczył pogodnie. — Mam coś jeszcze.
— Starasz się mnie zaciekawić? — zapytał; chyba w zamierzeniu miało to zabrzmieć lekceważąco, ale nie do końca mu wyszło.
Harry nie mógł powstrzymać uśmiechu.
— A udaje mi się?
Malfoy prychnął.
— Chciałbyś, Potter.
— Przez chwilę miałem wrażenie, że mi się udało.
— Więc pora kupić nowe okulary. — Spojrzał znacząco na oprawki Gryfona. — Te nie dość, że szkaradne, to jeszcze zawodzą.
Harry zaśmiał się, a blondyn spojrzał na niego z ukosa, choć jego wargi drżały, jakby sam się powstrzymywał.
On chyba myśli, że jeden prawdziwy uśmiech w moją stronę, mógłby go zabić.
— Więc… Pokażesz mi, jak uruchomić szafkę? — zapytał, mając nadzieję, że Malfoy nie pomyśli, iż starał się specjalnie przedłużać tę chwilę.
Ślizgon bez słowa wyciągnął różdżkę i zbliżył się do Szafki Zniknięć. Tak jak wiele razy wcześniej, wyczarował ptaki, jednego z nich chwycił i zamknął w środku. Zdaniem Harry’ego było to trochę okrutne, ale nigdy nie powiedział tego na głos. Nie chciał drażnić Malfoya, a już szczególnie teraz, gdy, jak mu się wydawało, zawarli nić cichego porozumienia.
— Tutaj przyłóż różdżkę — oznajmił, wskazując jej czubkiem na niewielkie zagłębienie — a tu dłoń.
— Dłoń? — powtórzył głupio Harry.
— Tak, dzięki temu poczujesz przepływ magii… Będziesz wiedział, który moment jest tym odpowiednim. — Gryfon mgliście zastanowił się, czy Malfoy nie robi sobie z niego jaj, ale ten wyglądał całkiem poważnie. — Gdy już go wyczujesz, rzucasz zaklęcie. Spróbuj. — Odsunął się, robiąc Harry’emu miejsce.
Obmacując szafkę, czuł się co najmniej głupio, choć nie skarżył się na głos. Malfoy stał obok, z założonymi rękami i przypatrywał mu się, jakby czekał, aż porazi go prąd, a on będzie mógł się śmiać z Harry’ego do końca świata. Ale Malfoy nie wiedział, czym jest prąd, a Harry, bez względu na to, jak bardzo się starał, nie rozpoznał żadnego przepływy magii.
— Nie, nie, nie — westchnął blondyn z irytacją, kiedy kolejne wypowiedzenie zaklęcia nie przyniosło żadnego efektu. — Przestań, Potter. Robisz to do dupy. — Zrobił dwa kroki w przód, stając za Harrym. — Musisz poczuć magię. — Położył swoją dłoń na tej należącej do niego i przycisnął ją mocniej. — Czujesz?
Owszem, Harry czuł. Tyle że rękę Malfoya. Na swojej.
Prawdopodobnie nie było powodu do zdenerwowania, ale to właśnie ono go ogarnęło.
Chociaż, gdyby się dłużej zastanowić, miał powód do niepokoju. Byli sami w tym pokoju, nikt nie mógł ich usłyszeć, a Malfoy – były śmierciożerca – stał tuż za jego plecami.
Przestań, powiedział sobie, choć czuł, jakby w żołądku ruszały mu się macki kałamarnicy. Nie ma powodów do zmartwień. Gdyby chciał, zaatakowałby cię już milion razy. A on ci pomógł. I to nie raz. Co prawda teraz za opłatą, ale liczył się sam fakt…
— Potter?
— Um, tak? — wyjąkał, wdzięczny, za to, że nie mógł zobaczyć wyrazu jego twarzy.
— Ktoś cię spetryfikował? — zapytał, przekręcając głowę i przypatrując mu się dziwnie.
— Nie — bąknął.
Muszę się skupić, co wcale nie było zadaniem tak łatwym, gdy dłoń Malfoya wciąż spoczywała na jego.
Och, pieprzyć to. Nie było powodu do niepokoju. Zamknął oczy, mając nadzieję, że nie wygląda jak kompletny idiota, a to nie jest jakiś głupi żart. I wtedy to poczuł – na początku lekkie niczym muśnięcie wiatru, ale po sekundzie wyraźniejsze – magia promieniowała od metalu, ciepła i żywa, rozchodząc się aż do łokcia. Mgliście zastanowił się, czy Malfoy też ją czuł.
Harmonia Nectere Passus — szepnął, dopiero po chwili otwierając oczy.
Blondyn odsunął się, a wraz z nim zniknęło ciepło jego dłoni. Właściwie, to głupie, ale zawsze wydawało mu się, że skóra Malfoya powinna być zimna. Zwykłe, ludzkie ciepło nie pasowało do jego sposobu bycia. Ale przecież był człowiekiem.
O czym ja myślę?
Otworzył drzwiczki, od razu zauważając, że ptak zniknął.
Szafka była gotowa.
*


Z wdrążeniem planu w życie musieli czekać niestety aż do weekendu. Przede wszystkim ze względu na to, aby ich zniknięcie nie wzbudziło żadnych podejrzeń, ale też dlatego, że Harry zapomniał o bardzo istotnym elemencie – ubraniach Ślizgonów. Gdyby chodziło o uczniów z innych domów, nie byłoby problemu, mogliby iść w swoich, ale Ślizgoni nigdy nie pokazaliby się w czymś choć odrobinę zbliżonym do tego, co nosił on, Ron lub Hermiona. Początkowo zamierzali ukryć się w którymś zaułku szkoły i rzucić zaklęcie oszałamiające, ale przyjaciółka wpadła na znaczenie lepszy pomysł – jednym machnięciem różdżki przywołała ich szkolne szaty. Niby banalne, a jakie skutecznie.
Przy planowaniu pojawienia się w sklepie Borgina Harry praktycznie zapomniał o złości na swoich przyjaciół. Uznał, że nie będzie tego rozpamiętywał, póki oni kolejny raz nie zarzucą mu, że postradał rozum. Im bliżej było tego zdarzenia, tym większe targały nim wątpliwości. Powtarzał sobie, że robili już znacznie niebezpieczniejsze rzeczy od pojawienia się w czarnomagicznym sklepie i próby odkupienia szafki, ale nie mógł przestać myśleć o tym, co stanie się, gdyby jednak coś poszło nie tak. Jeśli Borgin rozpozna ich prawdziwą tożsamość szanse na powrót, ba, ujście z życiem, praktycznie malały do zera. Żaden śmierciożerca nie zastanawiałby się ani sekundy, co z nimi zrobić.
Nie myśl o tym, powtarzał sobie, jednak jego żołądek skręcał się z nerwów. Mamy eliksir, mamy włosy, mamy ich szaty… Niby jak miałby nas rozpoznać?
Harry nie był jedynym, który się tego obawiał.
Hermiona, jeśli tylko zaistniały ku tego odpowiednie warunki, do znudzenia omawiała wszystkie punkty planu, tak długo aż wraz z Ronem nauczycieli się ich na pamięć. Potter z doświadczenia wiedział, że ich plany na nic się nie zdają, i w końcu są skazani na swoją intuicję i szczęście, ale wiedział, że Hermiona ciągle dodając, bądź skreślając jakiś punkt, czuła się pewniejsza.
W końcu weekend nastał.
Stojąc już w Pokoju Życzeń, w ubraniach Ślizgonów, z fiolkami w dłoniach, czuł się, jakby znów mieli po dwanaście lat i zamierzali wtargnąć do pokoju wspólnego Slytherinu. Tyle że tym razem groziło im coś znacznie gorszego od szlabanu.
Wrzucili włosy do eliksiru i stuknęli się fiolkami.
— No to zdrowie — mruknęła Hermiona.
Jak na komendę w trójkę wypili eliksir wielosokowy.
Przełykając gęstą substancję, pomyślał, że choćby pił ją codziennie, nigdy nie przyzwyczaiłby się do tej obrzydliwej konsystencji i jeszcze obrzydliwszego smaku. Na efekty nie trzeba było długo czekać; nim minęła minuta, poczuł, jak jego wnętrzności skręcają się, kurczą i rozciągają na przemian. Musiał zatkać dłonią usta, aby powstrzymać uderzającą do gardła falę mdłości. W następnej sekundzie ból przeszył jego ciało, jakby ktoś rozciągał go w górę i w dół, w bok iw szerz, usiłując rozerwać na pół. Jego nogi wydłużyły się, barki rozrosły, a skóra stopniała niczym wosk, ustępując miejsca innej, o wiele ciemniejszej.
Kiedy metamorfoza ustała, spojrzał na swoich przyjaciół, ale zamiast nich, ujrzał tylko dwie, niewyraźne plamy. Okulary! Racja. Zdjął je pośpieszenie, wsuwając do kieszeni spodni i wtedy… zaniemówił z wrażenia. Wiedział, że Zabini jest wysoki, ale dopiero znajdując się w jego skórze, zrozumiał jak bardzo. Patrzenie na świat z góry przy jego marnym wzroście było uczuciem, którego nigdy wcześniej nie zaznał. Dotknął swojej, a właściwie ślizgońskiej twarzy, badając opuszkami palców obce rysy. Po chwili, poczuł się jakby kogoś molestował, więc przestał i spojrzał na pozostałą dwójkę.
Bez wątpienia eliksir zadziałał. Zamiast Hermiony stała przed nim idealna kopia Pansy Parkinson. Okrągła, nieco płaska twarz, otoczona była średniej długości, ciemnymi, idealnie prostymi włosami, tak innymi od loków Hermiony; jedynie łagodna, jeszcze nieco oszołomiona przemianą mina dziewczyny nie pasowała do tej ślizgońskiej, zwykle wykrzywionej pogardą.
Ron w ciele Teodora Notta również wyglądał tak, jak powinien. Jego ogniście rude włosy ustąpiły miejsca tym brązowym, o nieco mysim odcieniu, sięgającym początku uszu i zasłaniającym jedną brew. Cały on zmalał i skurczył się, do średnich rozmiarów chłopaka. Po piegach nie było nawet śladu.
Popatrzyli na siebie jeszcze trochę zszokowani.
— Hermiono — Ron odezwał się z zachwytem. Harry uświadomił sobie, że nigdy wcześniej nie słyszał głosu Notta. — Ty masz piersi!
Zanim zdążył się powstrzymać parsknął śmiechem. Hermiona spojrzała na nich w sposób, przez który— przez dwie długie sekundy— wydawało mu się, że mają do czynienia z prawdziwą Pansy Parkinson.
— Tak — wycedziła. — Mam piersi, nawet dwie, gdybyś nie zauważył. Może nie takie, jak ta krowa, Parkinson, ale bez wątpienia je mam.
— Nie to miałem na myśli — burknął Ron, błagalnie zerkając w stronę Pottera.
— Ty już lepiej w ogóle nie myśl, Ronaldzie Weasley — prychnęła, odwracając się do nich plecami i podchodząc do szafki.
— Gotowi? — zapytał Harry, zanim zdążyli wszcząć kłótnie. Nie patrząc na siebie, kiwnęli głowami. — No to wchodzimy. Może być trochę ciasno…
Owszem, było ciasno, nawet bardzo. Otoczyła ich gęsta ciemność, rozświetlana jedynie jasną smugą wydobywającą się ze szczeliny. Wzrok przysłoniła absolutna, nieprzenikniona czerń. Żaden dźwięk, prócz bicia własnego serca, zdawał się tu nie istnieć. Ze skrępowaniem poczuł, jak szaty Hermiony lub Rona otarły się o jego własne i już tak zostało. Gdyby ktoś kazał mu wskazać, które kończyny należały do niego, nie potrafiłby odpowiedzieć. Z trudem uniósł różdżkę, dotykając nią (a przynajmniej miał taką nadzieję) wewnętrznej ściany szafki. Dlaczego nie pomyślał, by przećwiczyć z Malfoyem rzucanie zaklęcia od środka? Cóż, teraz i tak było już na to za późno. Musieli działać. Natrafił na jakieś wgłębienie i po chwili wyraźnie to poczuł – magię płynącą od szafki, przez różdżkę, aż do jego serca. Czyjś oddech parzył mu ucho.
Harmonia Nectere Passus — powiedział.
Wszystko pochłonął wir oślepiającego światła.

*

Od razu poczuli, kiedy podróż się skończyła. Ponownie otaczała ich ciemność, ale uczucie wirowania zniknęło. Hermiona wyjęła różdżkę, rzucając na nich Lumos.
— Twoja mina — szepnęła w kierunku Harry’ego.
— Co? — Zamrugał.
— Nie obraź się, ale wyglądasz, jakbyś oberwał tłuczkiem… w dodatku ciężkim tłuczkiem. — Zmarszczył brwi, mając nadzieję, że to choć trochę pomoże. — O tak, od razu lepiej.
Spojrzeli w swoje twarze otoczeni wyczuwalnym napięciem. Jeśli opuszczą szafkę, nie będzie odwrotu, wiedzieli to.
— No to co…? Idziemy? — zapytał cicho Ron.
Z obawą zalegająca na sercu Harry pchnął drzwiczki i ledwie postawili stopy poza szafką, ledwie zauważył to ponure wnętrze, które tak dobrze pamiętał — te czaszki i inne obrzydlistwa zalegające na półkach — a stało się coś strasznego. W ich uszach rozległ się okropny pisk. Trudno było zgadnąć, skąd dobiega, ale zdawał się być wszędzie – na zewnątrz, wewnątrz, nawet w ich czaszkach, gotów je rozsadzić.
Zanim Borgin zdążył wyjść z zaplecza, Harry wiedział już, że ich plan, bez względu na to jakby go dopracowali, nie mógł się powieść. Byli w pułapce.
— Oszuści! — usłyszeli krzyk, a zaraz potem zobaczyli Borgina. — Szlama w moim sklepie!
Kątem oka zobaczył, jak Hermiona odbiła jego zaklęcie. Ron chciał się dołączyć, ale Harry widząc to, powstrzymał go.
— Nie! — krzyknął, starając się logicznie myśleć, mimo adrenaliny, którą czuł. — Zablokuj drzwi!
Zrobił tak, jak kazał, ale alarm wciąż nie ustawał. Wiedział, że tylko kwestią czasu było, zanim zbiegnie się tu cała chmara śmierciożerców i rozpęta się prawdziwe piekło. Musieli zabrać szafkę. Musiał coś zrobić. Oszołomienie Borgina na nic by się nie zdało, ale gdyby tak zmusić go, żeby zdjął zabezpieczenia z szafki…
Musisz tego naprawdę chcieć, przypomniał sobie słowa Bellatriks.
I, och Boże, chciał.
Imperio! — krzyknął, celując różdżką w sprzedawcę.
Dziwne wrażenie spłynęło przez jego żyły i ścięgna, drażniące, osłabiające i zbyt dogłębne, ale zaklęcie trafiło, a Borgin momentalnie zamarł. Harry w życiu nie widział równie tępego wyrazu twarzy.
Ja to zrobiłem?, pomyślał oszołomiony.
Czuł na sobie spojrzenie przyjaciół.
— Harry, co ty… — zaczęła Hermiona, ale nie pozwolił jej dokończyć.
Nie cofając zaklęcia, powiedział do Borgina.
— Zdejmij zabezpieczenia z szafki. — Mężczyzna bez słowa protestu ukląkł przy przedmiocie i zaczął mruczeć pod nosem inkantacje. Kiedy przestał, odsunął się i Harry kazał mu odejść.
Hermiona przypatrywał się przyjacielowi z przerażeniem. Jej wyraz twarzy zdawał się mówić: Nie poznaję cię. Odwrócił od niej wzrok, niezdolny dłużej patrzeć w oczy przyjaciółce. Przecież zrobił to, co konieczne. Gdyby nie on…
— Co ty wyprawiasz?! — zawołała, wyraźnie drżąc.
— Nie ma na to czasu! Lepiej mi pomóż. — Spróbował podnieść szafkę, ale była cholernie ciężka.
Hermiona potrząsnęła głową.
— Och, doprawdy — prychnęła, machnąwszy różdżką. — Reducto!
Na ich oczach szafka zaczęła się pomniejszać, aż osiągnęła rozmiary figurek wieży Eiffla, które kiedyś widział w mugolskim sklepie. Poczuł się jak idiota przez to, że sam na to nie wpadł. — Łap! — Bez problemu chwycił maleńki przedmiot, wciskając go do kieszeni. Dziewczyna zmarszczyła brwi, jakby jej głowę zaprzątała jakaś nieprzyjemna myśl. — To nie jest kradzież, co nie…? — zapytała niepewnie przyjaciółka, zarabiając sobie ich zdumione spojrzenia. — Może chociaż zostawmy pieniądze…
— Odbiło ci? — zapytał Ron, wyglądając nerwowo za szybę. — Ten sukinsyn nas zaatakował, a ty chcesz mu jeszcze za to płacić?
— Och, no dobrze.
Zza szyby Harry zauważył zbliżających się do sklepu śmierciożerców. Było ich co najmniej pięciu i, jeśli tu wejdą, nie mieli z Ronem i Hermioną żadnych szans. Pierwszy raz od kiedy tylko się tu dostali, poczuł coś poza krążącą w żyłach adrenaliną – strach.
— Ron, spadajmy! — zawołał, ale było już za późno.
Cztery zakapturzone postacie wpadły przez drzwi, a dzwoneczek powieszony nad nimi zadygotał, wydając z siebie ponury dźwięk. Śmierciożercy nie zastanawiali się na ich widok nawet sekundy – na oślep zaczęli rzucać zaklęciami.
Harry odbijając jedno z nich, mgliście zastanowił się, skąd wiedzieli, że nie byli Ślizgonami. Przecież eliksir zadziałał. Ten alarm zdradzał obecność nieczystokrwistych czy może coś więcej?
Expulso! — krzyknął, celując w grupkę śmierciożerców.
Niewidzialna siła odepchnęła ich, powalając z nóg.
Ron stojący odrobinę bliżej wyjścia uderzył kolejnego, wbiegającego śmierciożercę z pięści prosto w nos.
Petrificus Totalus! — zawołał, kiedy mężczyzna upadł, a maska spadła z jego twarzy, ujawniając jego tożsamość.
Avery, Harry od razu rozpoznał tę twarz. Poczuł, jak w żyłach pulsuje mu nienawiść. Już raz użył niewybaczalnego i nie zawahałby się zrobić tego ponownie. Hermiona nie miała racji w swoim oburzeniu. Nie liczyło się samo rzucenie klątwy, ale powód, przez który się to robiło.
Chwila nieuwagi wystarczyła, żeby oberwał. Ledwie zauważył czerwoną smugę zaklęcia, a w następnej chwili poczuł, jak leci w tył, aż wpadł za ladę, uderzając plecami w regał. Czaszki spadły, rozsypując się wokół niego. Z bólu pociemniało mu przed oczami.
— HARRY! — krzyknęła Hermiona i to był błąd.
Czas zdawał się stanąć w miejscu, wszyscy zamarli, wbijając w niego wzrok.
Krzywiąc się, podniósł się na nogi.
— Harry? — powtórzył jeden śmierciożerca, którego głosu nie rozpoznawał. — Harry Potter?
Och, kurwa. Hermiona rzuciła mu przepraszające spojrzenie, ale nie odwzajemnił go. Jeśli przedtem znajdowali się w złej sytuacji, to nie wiedział, jak nazwać tę, w której tkwili teraz.
Confringo! — wrzasnął Ron, celując w regał, na którym stały słoiki z gałkami oczu zanurzonymi we formalinie.
Słoje pękły, obrzucając ich wszystkich szkłem, gęstą mazią oraz oczami. Harry mimowolnie skrzywił się, czując, jak jedno z nich obiło mu się o policzek, zostawiając po sobie obślizgły ślad.
Drętwota! — krzyknął, rzucając zaklęcia niemalże na oślep. — Conjunctivitis! Expelliarmus!
W całym tym zgiełku i chaosie, ledwie zaważył, jak jeden ze śmierciożerców chwycił Hermionę, ciągnąc ją w kierunku wyjścia. Wierzgała się i gryzła, a Harry niewiele myśląc, rzucił w niego pierwszym lepszym zaklęciem. Mężczyzna jęknął i upadając, zbił szybę w drzwiach. Hermiona nie tracąc ani sekundy, na czworakach zaczęła iść w stronę swojej różdżki, która musiała jej wypaść, ale nie zdążyła.
Dołohow chwycił ją za włosy, brutalnie odciągając jej głowę w tył. Krzyknęła, usiłując się wyrwać, a serce Harry’ego zamarło.
Expelliarmus! — wrzasnął, ale chybił.
Mężczyzna zaśmiał się okrutnie.
— Co, Potter, bronisz swojej małej, szlamowatej przyjaciółeczki? — zapytał, ścinając mu w żyłach krew. A w następnej chwili zrobił coś znacznie, znacznie gorszego. — Crucio!
Wrzask Hermiony zagłuszył nieustający pisk alarmu, rozrywając serce Harry'ego na tysiące krwawiących odłamków.
— HERMIONA! — krzyknął Ron, jednak nie mógł nic zrobić, poza odpieraniem ataków dwóch innych śmierciożerców.
Dziewczyna uderzyła policzkiem o brudną podłogę, nie przestając krzyczeć i wić się, jakby chciała wyrwać się poza własne ciało. To rozprostowywała, to zaciskała pięści, a jej plecy wyginały się w coraz dziwniejszych paroksyzmach bólu. Harry niemal go czuł.
Zaatakował Dołohowa kolejnym i kolejnym zaklęciem, co nie było łatwe, gdy musiał robić uniki przed innymi, ale w końcu wydawałoby się po wieczności, trafił. Dołohow upadł z głuchym łoskotem, przygniatając nogę Hermiony, ale ta nie ruszyła się z miejsca.
Leżała tak skulona, trzęsąc się i poruszając ustami, z których nie wydobywał się już żaden dźwięk. Ron, oszołamiając mężczyzn, z którymi walczył, upadł przy Hermionie na kolanach i objął ją. Przywarła do niego płacząc oraz drżąc. Harry, czując krążącą w jego ciele, wciąż świeżą chęć mordu, bezsilnie obserwował, jak zaciskała dłonie na poszarpanej szacie przyjaciela.
— Cii — szepnął Ron, całując jej włosy. — Już dobrze…
Nie było dobrze. Nie było, kurwa, dobrze. Stali pośród oszołomionych śmierciożerców, w rozwalonym sklepie, Hermiona dopiero co oberwała jedną z najgorszych możliwych klątw, a on, nie zdołał jej przed tym ochronić. W dodatku, gdy zwolennicy Voldemorta odzyskają przytomność, od razu wszystkich powiadomią, że tu byli, a co za tym szło, McGonagall się dowie i już nigdy, aż do końca roku nie opuszczą szkoły, a poszukiwanie horkruksów pozostanie w zakresie nierealnych fantazji.
Ugodzony świadomością tego wszystkiego, prawie zwymiotował.
Skup się, powiedział sobie, panicznie starając się znaleźć rozwiązanie. I wtedy go olśniło.
— Stary, co… — zaczął Ron, widząc, jak stanął nad jednym ze śmierciożerców celując w jego pierś różdżką.
Obliviate — mruknął, obserwując strumień zaklęcia i powtarzając to na sześciu kolejnych, nieprzytomnych śmierciożercach.
Powinienem ich zabić, pomyślał ponuro, a nie usuwać im pamięć.
Nie chciał przerywać swoim przyjaciołom, ale to nie był najlepszy czas na czułości ani pocieszenie. Jeśli się nie pośpieszą, mogą oberwać czymś znacznie gorszym od Cruciatusa.
Uniósł głowę, zauważając przez szybę kolejnych dwóch śmierciożerców.
— Na zaplecze! — zawołał, pomagając wstać przyjaciółce. — Szybko, szybko!
Ledwie zdążyli wybiec przez drzwi, a usłyszeli mieszający się z alarmem dźwięk dzwoneczka. Teleportowali się w ostatniej chwili.

*


Kiedy tylko uderzyli stopami o twardy grunt, a uczucie wirowania w przestrzeni ustało, Harry od razu otworzył oczy. Znaleźli się w miejscu, którego nigdy wcześniej nie widział. Wyglądało na to, że wylądowali w zwykłym, mugolskim domu, urządzonym w znacznie lepszym guście od tego, w którym mieszkał on sam.
— Gdzie jesteśmy? — zapytał, nie przestając się rozglądać.
— U mnie w domu — wyjaśniła Hermiona, ukradkiem wycierając łzy, ale i tak zdążyli je zauważyć. — Uznałam, że pojawienie się z tą szafką na Grimmauld wzbudziłoby podejrzenia… No i nie moglibyśmy wpadać tam bez uprzedzenia, nie chcąc natknąć się na kogoś z Zakonu. — Racja, o tym nie pomyślał. Szanse na to, że zastaliby dom pusty przy takiej ilości ludzi były naprawdę marne. — A moi rodzice nie będą jej nawet ruszać.
— Właśnie, gdzie oni są? — zapytał Ron.
— Pewnie u moich dziadków na obiedzie — odparła. — Zostawię im kartkę z wyjaśnieniami.
Harry zebrał się w sobie i w końcu spojrzał na przyjaciółkę. Była potwornie blada, oczy miała zaczerwienione i opuchnięte od łez, a jej twarz nosiła echo bólu, choć może tylko sobie to wyobraził. Wyrzuty sumienia prawie podcięły mu nogi. Powtarzał sobie, że to nie jego wina, że nie miał wpływu na wszystko, co ich spotykało, że przyjaciele sami zaoferowali pomoc… Ale im dalej, tym bardziej przekonywał się, że powinien działać sam.
Przełknął dławiące poczucie winy, mówiąc:
— Hermiono, ja… Tak mi przykro — umilkł, starając się znaleźć odpowiednie słowa. — To chyba nie był najlepszy plan.
— Jesteśmy cali i mamy szafkę. — Zmusiła się do uśmiechu. — To najważniejsze. To co teraz? Grimmauld?
Zgodnie z przewidywaniami Hermiony na Grimmauld Place 12 cały czas kręcił się ktoś z Zakonu. Usiedli po drugiej stronie ulicy, obserwując okna, tak jak w wakacje robili to śmierciożercy. Jedynie z tą różnicą, że dla Harry’ego, Rona i Hermiony Kwatera Główna była całkowicie widoczna.
— Może wejdziemy i powiemy, że szukamy czegoś po Syriuszu? — zaproponował bez entuzjazmu jego przyjaciel.
— Odpada — stwierdził Potter. — McGonagall dowiedziałaby się, że opuściliśmy szkołę.
Tak więc spędzili na dworze jeszcze godzinę moknąc i marznąć, aż w końcu pogodzili się z faktem, że tym razem do domu Syriusza nie wejdą.

*


Przez kolejne dni w ogóle nie ruszyli z miejsca. Znalezienie okazji, aby ponownie odwiedzić Grimmauld okazało się nie tyle trudne, co i prawie niemożliwe. Niektóre lekcje mieli w zupełnie innym czasie, a jeśli już mieli wspólną, wolną chwilę, to albo przytłaczał ich ogrom zadań domowych, albo treningi. Harry czasami był bliski przyznania, że może powiedzenie o horkruksach McGonagall stanowiłoby najsłuszniejsze wyjście, co więcej, sporo by ułatwiło, ale… czuł wewnętrzną barierę. Nie wiedział skąd się brały ani dlaczego wciąż brzmiały mu w uszach słowa Dumbledore’a o tym, że mają zająć się tym sami.
— Gdybym przełożył czwartkowy trening — zaczął temat, kiedy wraz z Hermioną siedział w bibliotece — to ewentualnie wtedy moglibyśmy się wybrać na Grimmauld.
— Nie sądzę, że jest po co — odparła, wertując jakąś grubą księgę.
— Co masz na myśli? — Zamiast odpowiedzieć, podniosła się i poszła do innego działu, po chwili wracając z jeszcze grubszym od poprzedniego tomiszczem. Wyglądało na bardzo stare, a okładka sprawiała wrażenie, jakby w każdej chwili mogła się rozpaść w rękach. Zerknął na tytuł. „Zwyczaje czarodziejskie”. — Hermiono, co…
Uniosła dłoń, uciszając go.
— Daj mi chwilę.
Oparł policzek na pięści, cierpliwie czekając. Jego myśli, niczym muchy, krążyły wokół śmierdzących spraw, o których wcale nie miał ochoty myśleć. Było jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, tyle horkruksów do znalezienia, do zniszczenia, a oni, mimo naprawienia szafki, nie mogli nawet wyjść z Hogwartu… Wydarzenie sprzed kilku dni boleśnie przypomniało mu, że bez względu na to jak dokładnie wszystko obmyślą, zawsze istniało ryzyko, że coś pójdzie nie tak. Ostatnio tak mało brakowało, by zostali złapani przez śmierciożerców… A przecież wszystko zaplanowali, nie byli nawet w swoich skórach, a gdyby nie szczęście, nie siedzieliby dziś w bibliotece.
Nagle Hermiona wydała z siebie radosny okrzyk, przez co nawet Pince spojrzała na nich podejrzliwie.
— Może być tak, jak sądziłam — radośnie oznajmiła, z wypiekami na twarzy pochylając się nad księga. — „Jednym z najstarszych zwyczajów — przeczytała przyciszonym głosem — jest chowanie czarodziei z ich różdżkami, bądź innymi cennymi przedmiotami.” — Podniosła głowę, przypatrując się Harry’emu lśniącymi z ekscytacji oczami.
Harry poczuł przypływ entuzjazmu.
— To znaczy…
— …że medalion Salazara…
— …może być w grobie Regulusa?
— Tak!
Przez chwilę patrzyli w swoje twarze przejęci i wyjątkowo radośni.
Wiedział, że cieszenie się już teraz było trochę na wyrost, ale i tak nie mógł powstrzymać kiełkującej w piersi nadziei.
— Zostaje tylko dowiedzieć się, gdzie Blackowie mają grób — stwierdził, zastanawiając się czy Syriusz kiedykolwiek o tym wspomniał.
Hermiona błysnęła uśmiechem.
— Chyba nawet wiem jak.
Wstała i zniknęła pomiędzy regałami, po jakiś pięciu minutach wracając z Malfoyem. Bardzo niezadowolonym Malfoyem, który krocząc tuż za nią, wyglądał, jakby sam nie wierzył w to, co robi. Uczniowie wokół nich zaczęli szeptać. Kiedy Hermiona z powrotem zajęła swoje miejsca, spojrzała wyczekująco na Pottera, jak gdyby sądziła, że posiadał dar wyciągnięcia z Malfoya najskrytszych tajemnic.
Niech cię diabli, Hermiono, pomyślał, zdecydowanie woląc załatwić to bez gapiów, ale na to było już za późno.
Malfoy skrzyżował ręce i spojrzał na nich niczym władca, który łaskawie postanowił poświęcić chwilę uwagi swoim poddanym.
— Ee… — bąknął Harry.
— Widzę, że to może trochę potrwać — skwitował Ślizgon, z drwiącym uśmiechem na ustach.
— Może siądziesz? — zaproponował, czując się jak skończony idiota.
Jestem skończonym idiotą.
Hermiona dyskretnie rzuciła na nich Muffliato, choć Malfoy zdawał się nie zwrócić na to szczególnej uwagi, przewiercając spojrzeniem Harry’ego i ignorując nie tylko Hermionę, ale i cały otaczający ich świat.
— Postoję — odparł, a wyraz jego twarzy pozostał kpiący i zdystansowany. Jeśli Harry nauczył się o nim czegoś w ostatnim czasie, to właśnie tego, że Malfoy zdecydowanie nie lubił niczego ułatwiać. Wręcz przeciwnie. — A właściwie, zanim mnie przesłuchacie, jest jedna, mała sprawa… — Rozłożył egzemplarz Proroka Codziennego sprzed dwóch dni i pomachał nim przed ich oczami. — Moim znajomym w dziwnych okolicznościach zniknęły ubrania, a potem ktoś włamał się do sklepu Borgina. — Głos chłopaka wyraźnie sugerował, że doskonale wiedział, jakie to były okoliczności. — Masz mi coś do powiedzenia, Potter?
— Raczej nie — odpowiedział, czując na sobie nerwowe spojrzenie przyjaciółki.
Wyraz twarzy blondyna zmienił się. Już nie wyglądał na zdystansowanego, prędzej na zadowolonego z informacji, które posiadał.
— Och, wydaje mi się, że twoja przyjaciółeczka powinna wiedzieć, dzięki komu mogliście się tam dostać.
— Hermiona o wszystkim wie — odparł, zaciskając zęby, a Hermiona przytaknęła.
Wtedy Malfoy zrobił coś nieoczekiwanego – pochylił się i konspiracyjnie wyszeptał.
— Cokolwiek kombinujecie, radziłbym przestać.
Harry poczuł ciepło jego oddechu i czując się z tym nieco dziwnie, odsunął się tak tylko trochę, odrobinę, jednak wystarczająco, by i Hermiona, i Ślizgon, to zauważyli.
— To groźba, Malfoy? — zapytała Hermiona, obserwując chłopaka zmrużonymi oczami.
— Raczej ostrzeżenie. — Wyprostował się i obdarzył ich trudnym do określenia uśmiechem. — Tutaj ściany mają uszy.
Bez słowa obrócił się i wyszedł. Harry gapił się w puste już drzwi, mając mętlik w głowie.
Przyjaciółka pochyliła się nad blatem stołu i syknęła:
— No, na co czekasz?
— Co? — zapytał rozkojarzony.
— Idź za nim! Przecież jego matka pochodzi z rodu Blacków, tak? Na pewno wie, gdzie jest ten cmentarz — wyjaśniła, a Harry powstrzymał się, żeby nie pacnąć się w czoło. Racja, że też wcześniej o tym nie pomyślał! — Jak do niego podeszłam, to kompletnie mnie zignorował, ale gdy wspomniałam o tobie… zgodził się porozmawiać. On chyba cię lubi. W jakiś dziwny, malfyowski sposób, ale jednak lubi. I nie zapominaj, że chciał się kiedyś z tobą przyjaźnić…
Harry chwycił swoją torbę i wybiegł z biblioteki. Jakoś wątpił w lubienie Malfoya, choć kto wie, jak działa ślizgońska psychika… I faktycznie, trudno było zapomnieć o propozycji przyjaźni sprzed ponad sześciu lat, ale odważyłby się stwierdzić, że był to prędzej rozkaz Lucjusza niż osobiste chęci jego syna. Jednak z drugiej strony… Malfoy wyraźnie odmawiał jakiegokolwiek kontaktu z Ronem czy z Hermioną, ale gdy chodziło o Harry’ego, z łaską, niechęcią i animuszem drwiny, mimo wszystko, zgadzał się z nim porozmawiać. I w końcu się pogodzili. Tak jakby.
Dostrzegł wyprostowaną sylwetkę chłopka, której nie mógłby pomylić z nikim innym.
— Malfoy! — zawołał, ale to nie poskutkowało. — Malfoy, czekaj! — Zatrzymał się, obracając w jego stronę ze zniecierpliwionym wyrazem twarzy. — Nie chcę ci zawracać głowy… — zaczął, a chłopak zrobił taką minę, jakby chciał powiedzieć: Mhm, uważaj, bo ci jeszcze uwierzę. — Ale wyszedłeś zanim zdążyłem zapytać…
— Tak się zastanawiam — wtrącił chłopak nienaturalnie pogodnym głosem — naprawdę jestem ci potrzebny do tych wszystkich spraw czy to marne wymówki, żeby pozawracać mi głowę?
Harry uświadomił sobie, że miał idiotycznie otwarte usta i całkowitą pustkę w głowie.
— To pierwsze. Tak sądzę. — Odkaszlnął. Dlaczego mi głupio? — Chodzi o twoją matkę.
Uśmiech zastygł na twarzy Ślizgona, jednak jego oczy stały się wręcz lodowate.
— Jeśli wydaje ci się, że zamierzam…
— Zanim się wściekniesz i oplujesz mnie jadem — przerwał mu Harry, chcąc załatwić tą sprawę jak najszybciej i to bez kolejnej kłótni wywołanej przewrażliwieniem chłopaka — pozwól, że skończę, okej? — Malfoy zacisnął usta i, o dziwo, wyglądało na to, że zamierza go wysłuchać. Może naprawdę mnie lubi? A może nie. Cokolwiek nim kierowało, warto było to wykorzystać. — Twoja matka pochodzi z rodu Blacków, no nie? Chodzi o to…Chciałem odwiedzić grób Syriusza, to mój chrzestny i kuzyn twojej matki… Może kojarzysz? — To jedyna wymówka, jaka przyszła mu na myśl.
— Wiem, kim był Syriusz Black — prychnął zarozumiale. — Uczyłem się swojego drzewa genealogicznego na pamięć.
— W każdym razie, chciałem odwiedzić jego grób i pomyślałem… że może wasze rodziny leżą na tym samym cmentarzu ze względu na pokrewieństwo?
Malfoy obserwował go uważnie.
Wie, że ściemniam, pomyślał, wytrzymując palące spojrzenie.
— Rozumiem, że logiczne myślenie trochę cię przerasta, ale nietrudno się domyślić, że zdrajcy nie leżą w rodzinnych grobowcach. — Jego głos odrobinę zadrżał przy słowie zdrajca. — Ich grobowiec jest w Wiltshire.
— Dzięki! — powiedział, już gotów się odwrócić i podzielić z Hermioną nowinami.
— Tak na marginesie — rzucił lekko Malfoy — te twoje podchody, śledzenie mnie i wplątywanie w sprawy, w które wcale nie chcę być zamieszany, są na dłuższą metę naprawdę meczące — oznajmił, sprawiając, że Harry zastanowił się czy zmierzał do tego, do czego wydawało mu się, że zmierza. — Powiem to jasno, bo jesteś trochę niekumaty. Jutro o szesnastej nad jeziorem. — Zanim zdążył otrząsnąć się z szoku i coś odpowiedzieć, Ślizgon obdarzył go pokrętnym uśmieszkiem i dodał: — No to na razie.
Nessa Offline


 
Posty: 53
Dołączył(a): 10 lis 2010, o 00:28

Postprzez Nessa » 16 mar 2013, o 00:11

Jak zwykle przepraszam za swoje żółwie tempo dodawania. Tym razem przerwa nie była z powodu braku weny ani lenistwa, lecz moja kochana beta miała problemy z internetem, które mam nadzieję zostały zażegnane. W ramach (mam nadzieję) dobrych informacji, powiem, że dzięki łaskawemu czasowi oraz Wenie w ostatnim miesiącu spłodziłam 5 kolejnych rozdziałów, więc ich publikacja zależy już tylko i wyłącznie od tempa betowania. Tym samym mogę również zdradzić, że został mi jeszcze jeden rozdział do napisania i nowa część tekstu sklejam ze starą. (Dla zapominalskich : ten FF jest SKOŃCZONY, straciłam kilka pierwszych rozdziałów, kilka postanowiłam napisać od nowa, ale duża część tekstu zostanie taka jaka była pierwotnie).

A teraz skończywszy moje nudne ględzenie, zapraszam do czytania! :)


Rozdział IX


Nie istniało żadne sensowne wytłumaczenie, dlaczego stresował się spotkaniem z Malfoyem. Przecież ludzie się umawiali. No i co z tego? W dodatku spędzili już razem trochę czasu w Pokoju Życzeń i się nie pozabijali, co według Harry’ego było całkiem obiecującym znakiem. Jasne, wtedy odbyło się to na nieco innych warunkach… Łączyła ich krótkotrwała sprawa, nie mająca nic wspólnego z dobrowolnym widywaniem się. A to teraz… cóż, Harry nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Nie spodziewał się, że Ślizgon kiedykolwiek zgodzi spotkać się z nim tak po prostu, a co dopiero sam wyjdzie z taką propozycją. Chociaż słowo propozycja nie było tutaj zbytnio adekwatnym określeniem. Właściwie Malfoy kazał mu przyjść, kompletnie ignorując możliwe plany Gryfona, jak i osobiste chęci.
Malfoy był nieznośnym, zarozumiałym dupkiem. Z jakiegoś powodu Harry’emu to nie przeszkadzało.
Następnego dnia, o godzinie szesnastej, Potter pełen obaw przyszedł na umówione miejsce spotkania. Malfoy już czekał nad brzegiem jeziora i wrzucał do niego kamienie. Spokojna tafla wody burzyła się za każdym razem, rozchodząc w okręgach. Jeśli chłopak zauważył jego obecność, nie pokazał tego po sobie w żaden sposób. Harry pomyślał, że wyglądał dziwnie, siedząc na pożółkłej trawie, w eleganckim czarnym płaszczu, ze ślizgońskim szalikiem niedbale przerzuconym przez szyję; to było takie… niemalfoyskie.
Dźwięk kamieni dochodzący spod podeszew butów musiał wyrwać Malfoya z zamyślenia, bo spojrzał przez ramię wprost na Harry’ego.
— Jesteś — stwierdził, jakby spodziewał się, że jednak się nie pojawi. A potem jego wzrok przesunął się z twarzy Gryfona w dół, wprost na jego spodnie i mina blondyna zamarła w pełnym grozy niedowierzaniu. — Potter… co to jest? — Spojrzał sugestywnie na dół jego ubrania. — Przyszedłeś w piżamie?
— To nie jest piżama — burknął, zirytowany już na wstępie.
— Ty naprawdę starasz się robić wszystko, żebym cię dalej nie lubił, prawda? — zapytał Ślizgon całkiem poważnie, a Harry wypuścił głośno powietrze.
— O co ci chodzi, Malfoy? Co jest złego…
— Co jest złego w tym czymś? — Prawdopodobnie Ślizgon był jedynym człowiekiem na Ziemi, który potrafił w dwa słowa włożyć taki ogrom obrzydzenia. — Na Merlina! Czy twoja mugolska rodzinka nie nauczyła cię podstawowych zasad funkcjonowania? Nie możesz umawiać się z ludźmi - w dodatku z ludźmi, którzy chcesz, by cię polubili - przychodząc w krawieckiej katastrofie!
Skąd pomysł, że chcę byś mnie lubił, ty nadęty dupku? pomyślał, zgrzytając zębami, ale zachował to dla siebie.
— A ty nie masz prawa mówić ludziom, w czym mają chodzić — warknął. — Jakie, do cholery, ma znaczenie, w czym przyjdę? To tylko głupie szmaty.
— Ubrania, tak jak pieniądze, wzbudzają szacunek.
Co za bzdura.
— Nie jestem tak bogaty jak ty i chodzę, jak to nazwałeś, w krawieckiej katastrofie, a mimo to ludzie mnie lubią i szanują, czego nie można powiedzieć o tobie, bez względu na to, ile ci zostało pieniędzy na koncie i jak dobrze wyglądasz. — Uświadomił sobie, co powiedział w chwili, w której słowa opuściły jego usta.
O cholera, pomyślał z narastającą rozpaczą, o jasna cholera!
Dlaczego się po prostu nie zamknął? Teraz Malfoy wkurzy się i odejdzie, a cały plan poznania pójdzie się, kulturalnie mówiąc, kochać.
Blondyn zamarł, wyraźnie blednąc. Jeszcze nie wstał, ale Harry podejrzewał, że to przez zaskoczenie na przejaw jego chamstwa.
Wykrztuszenie z siebie przepraszających słów w stosunku do Malfoya było o wiele trudniejsze niż do kogokolwiek innego.
Po prostu to powiem, postanowił.
— Malfoy… przepraszam — wykrztusił, czując w ustach smak zbrukanej dumy. — Przepraszam, nie powinienem… Nie chciałem… Nie miałem na myśli…
— Na Merlina, przymknij się już — prychnął, przybierając neutralną minę. — Nie dość, że oślepnę od tych łachów, to jeszcze ogłuchnę od słuchania twojego jąkania. — Potter rzucił mu urażone spojrzenie, ale postanowił nic nie mówić, skoro chłopak przynajmniej się nie obraził i nie poszedł. Malfoy wstał, otrzepał swój płaszcz z grudek ziemi i piasku.— Chodź, Potter. Mam coś do zrobienia. — Harry bez protestu poszedł za nim, zastanawiając się, jak zniesie dogryzki i cięte uwagi chłopaka, nie uderzając go przy tym. — Poza tym — kontynuował blondyn, jakby wcale nie porzucili wcześniejszego tematu — to ma głębszy sens.
— Głębszy sens?
— Jeśli wszyscy są ładni- to nikt nie jest — podsumował lekko, a Harry aż zaniemówił z oburzenia. Malfoy jednym zdaniem nie tylko potrafił go obrazić, ale i połechtać własną próżność. Co za… — Choć dalej twierdzę, że jedna, porządna para jeansów jeszcze nikogo nie zabiła. — Zerknął sugestywnie na spodnie Harry’ego, marszcząc przy tym nos.
Obiecał sobie, że cokolwiek jeszcze nie powie, nie uderzy go.
— Ta — mruknął Gryfon zgryźliwie. — Dzień bez Ulizanej też nie.
Malfoy popatrzył na niego zaskoczony, ale zamiast się wkurzyć, odchylił głowę i się roześmiał.

***


Po przywołaniu swoich mioteł, przedostali się na niewielką wysepkę, umiejscowioną na środku jeziora, bo Malfoy uparł się, że tylko tam znajdzie to, co jest mu potrzebne.
Zeskakując z miotły, Harry rozejrzał się. Przez tyle lat nigdy tu nie zawędrował. Wyspa była naprawdę mała i porośnięta, nawet jak na tę porę roku, bujną roślinnością. Suche gałęzie drzew kontrastowały z różnego rodzaju kolorowymi kwiatkami; niektóre na ich oczach w ciągu pięciu minut z pączków rozwijały się w kwiaty, a następnie więdły. Inne, nieco większe, wywijały pędami na wszystkie strony, jakby starały się ich dosięgnąć.
Harry cofnął się o krok, aż za dobrze pamiętając diabelskie sidła.
— Więc czego szukamy? — zagadnął, ze zdumieniem obserwując, jak jedna z roślin otworzyła paszczę i połknęła przelatującego obok owada.
— Viola can reichenbachiana. — Widząc nierozumną minę Pottera, potrząsnął z irytacją głową i westchnął. — Fiołkowy kwiatek o sercowych płatkach, świecący w ciemnościach.
— Fiołkowy…?
— Jasny fiolet — warknął.
Ta, to była bardzo pomocna wskazówka, w szczególności, że rosły tu całe kępki chaszczy.
— Malfoy, nie chcę cię martwić, ale tu jest mnóstwo fioletowych… — zamilkł w momencie, w którym Ślizgon wyjął coś z kieszeni i rzucił przed siebie.
Peruwiański Proszek Natychmiastowej Ciemności, doszedł do wniosku Harry, rozpoznając zjawisko. Poszukiwane kwiaty rozbłysły w ciemnościach fioletowym, migotliwym światłem. Malfoy bez słowa schylił się i zerwał kilka z nich, a następnie machnął różdżką, tym samym likwidując działanie proszku.
— Gotowe — stwierdził. — Możemy wracać.
Z nie do końca znanych sobie przyczyn Harry nie chciał jeszcze tego robić.
— Zostańmy jeszcze chwilę. Dziś jest całkiem ładnie.
Blondyn zerknął na niego z ukosa, ale usiadł na pniu drzewa, który zachybotał w proteście, ale jednak się nie rozpadł.
Faktycznie, jak na połowę listopada, pogoda dopisywała. W ciągu dnia było całkiem ciepło i pierwszy raz od wielu dni nie padał deszcz, a nawet słońce wyjrzało z pomiędzy burych chmur. W tej chwili, kiedy dzień powoli przeistaczał się w wieczór, z miejsca, które zajęli, widzieli tylko oświetlone okna Hogwartu, migające w zapadających coraz szybciej ciemnościach. Odległe wzgórza otaczające szkołę stały się niemal niewidoczne, a ich ośnieżone szczyty odbijały się wraz z niebem w spokojnej tafli wody.
Harry przekręcił głowę, aby spojrzeć na zerwane chwilę wcześniej kwiaty. Teraz świeciły same z siebie, nie potrzebując peruwiańskiego proszku.
— Po co ci te kwiaty? — Wskazał na nie brodą. — Robisz bukiet na randkę?
Malfoy zrobił dziwną minę, której nigdy wcześniej nie widział na jego twarzy.
— Na randkę? — powtórzył z niedowierzaniem. Wyglądał na bardzo zdziwionego, a mina ta była Harry’emu zupełnie obca. Ślizgon zwykle starał się ukrywać emocje, pokazując tylko te najsilniejsze, ale w tej chwili zdawał się zupełnie odsłonięty. — Udajesz tak tępego czy naprawdę jesteś? Jak… wydaję ci się, że w tych okolicznościach, przy reputacji, którą zyskałem, często chodzę na randki?
— Myślałem… Cóż, zawsze się ktoś znajdzie, nie? — powiedział, czując się głupio przez to, że poruszył niewygodny temat. Problem w tym, że z Malfoyem niemal każdy temat był niewygodny. Niełatwo ot tak zapomnieć o sześciu latach wzajemnej niechęci i zostawić to po prostu za sobą. Nawet gdy się chciało, a Harry chciał, zawsze znalazło się coś, co wiązałoby się z przeszłością.
— Tak — wycedził. — Jedyny pocałunek na jaki mogę liczyć to ten dementora.
Choć nie powinien, roześmiał się, a Malfoy po chwili do niego dołączył. Kiedy przestali, Harry zapytał o coś, co zaprzątało mu głowę od jakiegoś czasu.
— A Parkinson?
— Nie chcę o niej rozmawiać — odparł, a mięśnie na jego ramionach wyraźnie się napięły. Drażliwy temat? chciał zapytać, ale powstrzymał się. — A ty? Słyszałem, że dziewczyny podrzucają ci eliksiry miłosne.
— Och. Ee... — Co, do diabła, powinien odpowiedzieć? — Tak, była taka jedna, ale to się chyba nie liczy.
— Nie liczy? — powtórzył Ślizgon, uparcie wbijając wzrok w taflę wody.
— No wiesz, nie lubiła mnie za to jaki jestem, tylko dlatego, że widziała we mnie Wybrańca.
To wystarczyło, by Malfoy w końcu na niego spojrzał. Wyglądał, jakby nigdy nie spotkał kogoś równie głupiego.
— Czekaj… Chcesz mi powiedzieć, że dziewczyny pchają ci się do łóżka, a ty odprawiasz je z kwitkiem, bo nie lubią cię za to, jaki jesteś? — Harry ku swojej złości poczuł, że się rumieni. — Boże, Potter, zawsze sądziłem, że oberwałeś w głowę, a nie w jaja.
Gryfon z narastającą złością pomyślał, że tym, który zaraz oberwie, będzie Malfoy.
— Odpieprz się. Jeśli tak bardzo zależy ci na zaliczeniu połowy szkoły, to proszę bardzo- wyrwij mi garść włosów i łyknij wielosokowego — prychnął, ku swojemu przerażeniu zauważając ożywiony błysk w oczach blondyna, jakby poważnie to rozważał.
— Naprawdę? Mogę?
— Jasne, że nie! — krzyknął, osłabiony samą wizją, że mógłby… W jego ciele… Uch... To była zła, arcyzła myśl. — Na Merlina, Malfoy, jesteś zepsuty do szpiku kości. Nikt mi nie mówił, że Ślizgoni poza byciem wrednymi typkami, są też dewiantami.
— I mówi to ktoś, kto kradnie innym ubrania i paraduje w cudzych ciałach po Nokturnie — zauważył z rozbawieniem.
Harry potrząsnął głową, postanawiając tego nie skomentować. Nie cierpiał tego, że ten nieznośny kretyn prawie zawsze miał w zanadrzu jakąś ciętą ripostę. Poczuł się urażony swoją konwersacyjną porażką. Nie żeby to była jakaś nowość.
— Poza tym, to żadna przyjemność — wyrwało mu się.
— Seks?
— Nie, otaczanie się ludźmi, którzy sądzą, że cię znają, a tak naprawdę nic o tobie nie wiedzą. — Coś o tym wiesz, czyż nie? powstrzymał się przed wypowiedzeniem ostatniego zdania na głos. Właściwie, po co w ogóle poruszał ten temat? Malfoy nie należał do tego typu ludzi, którym powinno się zwierzać, jeśli potem nie chce się, by wykorzystał to przeciwko tobie. Ale moneta ma dwie strony. Gdyby pozwolił chłopakowi bliżej się poznać, szanse na to, że on sam rozszyfruje, co kryje ta blond głowa, znacznie wzrastały.
Poza tym, przypomniał sobie, po co miałby robić coś przeciwko mojej osobie? Nie wydał mnie, gdy mógł.
Oczywiście dopatrywanie się w tym czynie altruistycznych intencji, graniczyłoby z głupotą. Malfoy nie był przyjazny, nie był miły, ani tym bardziej nie był bezinteresowny. Zrobił to, by samemu coś zyskać – w tym przypadku, możliwość powrotu do Hogwartu. Tyle że wtedy, tkwiąc w rozpadającej się chacie na krańcu świata, w otoczeniu Śmierciożerców, gdy sekundy dzieliły ich od schwytania, czy znalazłby dostatecznie dużo czasu na przemyślenie tego wszystkiego? I nie zamordował Dumbledore’a. Może z tchórzostwa, a może po prostu ze zwykłego, ludzkiego odruchu, którego Lucjusz nie zdążył w nim zabić. Harry nie wiedział i to doprowadzało go do szału.
Uświadomił sobie, że nieco odpłynął dopiero wtedy, gdy czyjaś dłoń – niewątpliwie Malfoya – pomachała mu przed oczami. Kiedy przeniósł na niego spojrzenie, uświadomił sobie, że chłopak nie wyglądał na rozbawionego, prędzej na nieco zaniepokojonego, choć nie mógł mieć, co do tego całkowitej pewności przez ciemność, która ich otaczała. Jedynie światło bijące od kwiatów nadawało skórze i włosom Ślizgona różowego blasku.
— Co jest, Potter? Doznałeś objawienia? — Przy ostatnim słowie jego głos nieznacznie zadrżał.
— Skąd…
— Wszyscy wiedzą o twoich koszmarach. Tak a propos tego, że nikt cię nie zna.
— Naprawdę? Więc co takiego możesz o mnie powiedzieć, poza tym, że przeżyłem Avadę i być może jestem Wybrańcem?
Malfoy spojrzał na niego z ukosa, jakby węsząc w tym pytaniu podstęp, ale po chwili wzruszył ramionami i wbił wzrok przed siebie tak, że Harry dostrzegał jedynie jego profil.
Odkrył, iż ciekawiło go to, co może usłyszeć. Zapewne nie mogło być to nic miłego, zważywszy na sześć lat wzajemnej niechęci, ale nieszczególnie go to zniechęcało.
— Myślę, że nie jesteś taki święty, jak wszystkim się wydaje — stwierdził, zaskakując tym Pottera. Zwykle ludzie, bez względu na to czy ci bliżsi, czy dalsi, widzieli w nim nieskazitelne dobro, bohatera zawsze gotowego i chętnego do poświęceń. A to… to było coś nowego. — Choćby bardzo prosty przykład – jesteś zazdrosny o związek Wiewióra i Granger.
— Ja nie…
— Och, proszę, Potter. W ich obecności wyglądasz jak zbity pies albo jakby zbierało ci się na wymioty. — Harry zacisnął usta w cienką linię. Naprawdę tak wyglądał? Nie chciał zazdrościć swoim przyjaciołom, przecież życzył im dobrze, jednak nie dało się ukryć, że nieco się od niego odsunęli. Nie podobało mu się, że to czuł, nie podobało mu się, że było to po nim widać, a jeszcze bardziej, że ze wszystkich ludzi, to właśnie Malfoy dostrzegł to jako pierwszy. — A teraz najchętniej byś mi przyłożył, bo nie podoba ci się to, co mówię. W dodatku, zostawiłeś Weasleyównę, bo ci się znudziła…
— Wcale nie dlatego! — zaprzeczył oburzony. — Miałem ku temu poważne powody.
— Czyżby zbawienie świata? — zapytał drwiąco, a ponura mina Harry’ego wystarczyła mu za odpowiedź. — No tak, powinienem był się domyślić. Tragiczni kochankowie rozdzieleni przez los, jakie to romantyczne… Chyba zwymiotuję. — Stężenie jadu w głosie chłopaka sprawiło, że faktycznie musiał się powstrzymać, by go nie uderzyć. Malfoy nigdy nie miał dobrego zdania o Weasleyach, a wysłuchiwanie teraz tego, zwłaszcza w stosunku do Ginny, było ponad jego wytrzymałość.
— Zamknij się, Malfoy — burknął, żałując tego, że w ogóle go o to zapytał.
— Oho, kolejna cecha: nieumiejętność wysłuchania krytyki.— Zgiął jeden z pięciu palców, jakby odhaczając to na liście. Wydawał się przy tym niezmiernie zadowolony. — Dodajmy do tego grzebanie w czarnomagicznych księgach, gdy jesteś ostatnią osobą, która powinna sobie na to pozwalać.
— Nie grzebałem w żadnych czarnomagicznych księgach — wycedził przez zaciśnięte zęby.
— Jasne — parsknął. — A Sectusemprę sam wymyśliłeś.
Poczuł, jak uszło z niego całe powietrze, a twarz stężała. Unikał wracania do tego wydarzenia, unikał myśli, że cudza krew plamiła mu dłonie… Oczywiście, że Malfoy miał rację, może nawet bardziej niż sądził – Harry nie był święty. Nikt do końca dobry nie rzuciłby Crucio ani Imperio, nikt całkowicie dobry nie byłby gotów to powtórzyć. Przypomniał sobie szok na twarzy przyjaciółki, tam u Borgina, ten sam szok, którego odbicie ujrzał w oczach Malfoya na ułamek sekundy przed tym nim dotknęła go klątwa. Chciał go wtedy zranić, ale nie tak, nie tak poważnie… Uświadomił sobie, że z poczucia winy prawie nie może oddychać. Wiedział, co powinien teraz zrobić, ale nie miał pojęcia, jak się za to zabrać.
— Malfoy… — zaczął, nie będąc pewien czy zwykłe przepraszam w obliczu tak poważnych ran i po takim czasie mogło w ogóle wystarczyć.
— Jestem potwornie głodny. Wracamy? — zapytał, całkowicie ignorując wcześniejszy temat.
Harry odkrył, że Ślizgon prócz umiejętności doprowadzania go do szału posiadał jeszcze jeden doskonały talent – ucinania niewygodnych tematów.

***


Dwa dni później, około dwudziestej pierwszej, Draco siedział na Wieży Astronomicznej, absolutnie nie czekając na Pottera. Co dziwnego w tym, że o tej porze marzł i kreślił gwiazdozbiór na astronomię, zamiast uczyć się w zaciszu własnego dormitorium? To normalne. Całkowicie. Spojrzał na własne bazgroły na pergaminie, które nie miały żadnego sensu.
Kogo chciał oszukać?
Spotkania z tym idiotą były lepsze niż powinny, ale może nie powinien się dziwić. Miłą odmianą było przebywanie w towarzystwie kogoś, kogo iloraz inteligencji wynosił więcej niż dziesięć. Co prawda elokwencja Pottera pozostawiała wiele do życzenia, a on sam przejawiał denerwującą chęć grzebania mu w głowie, ale nie był tak głupi i bezmózgi, jak Draco lubił myśleć przez ostatnie sześć lat. Mimo starań nie umiał sobie tego odmówić. Pansy była świetna, ale na dłuższą metę mogła naprawdę zmęczyć, a cała reszta uczniów… cóż, lepiej gdy w ogóle się do nich nie zbliżał. Wśród tych wszystkich ludzi to właśnie cholerny Potter wciąż patrzył na niego jak na osobę, a nie jedynie śmierciożercę. I, oczywiście, dzięki niemu Draco mógł zyskać choć odrobinę spokoju – skoro sam Harry Potter nie uważał go za skończonego drania, to istniała szansa, że i reszta ludzi przestanie.
Jakaś jego część mówiła mu, że zadawanie się z nim nie jest najlepszym pomysłem, że to nie może skończyć się dobrze… Nie przywykł do szczerości, długich rozmów, przejmowania się drugą osobą (nie żeby teraz się przejmował). Zwykle mówił ludziom, co mieli robić i to robili. Przyjaciele, którymi się wcześniej otaczał pochodzili z jego świata, podsunięci pod nos przez rodziców. Dzieciaki z wpływowych rodzin i z czystą krwią, czyli wszystkim tym, czego Potter nie miał. Było też wiele innych powodów, dla których nie powinien tego ciągnąć. Czuł, jakby wpadał w króliczą norę, ciągle i głębiej, nie chcąc myśleć nad tym, jak bardzo zaboli upadek.
Usłyszał skrzypnięcie drzwi, a następnie pytanie Gryfona:
— Zwariowałeś? — Draco obrócił się i spojrzał na niego spod uniesionych brwi. — Zdajesz sobie w ogóle sprawę z tego, jak jest zimno? — Zanim zdążył zareagować, Potter przekształcił pierwszą lepszą rzecz w coś miękkiego i ciepłego. Koc, doszedł do wniosku. Wstrętny, plugawy koc… Ale nieuprzejmie byłoby go zrzucić, czyż nie? Miał tylko nadzieję, że nie będzie musiał go z nim dzielić. Nie był pewien czy by to przetrwał. Potter usiadł obok niego, bliżej niż Draco sobie tego życzył, ale postanowił nie marudzić. Kiedy Harry zajrzał mu ciekawsko przez ramię, poczuł na skórze jego ciepły oddech. Zacisnął mocniej palce na piórze.
— Astronomia? — idiotycznie zapytał. — Na Merlina, z ilu przedmiotów zamierzasz zdawać OWUtemy?
— Z siedmiu — odparł, ledwie rozpoznając swój głos.
Potter spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Po co z aż tylu? Przecież ledwo zaliczyłeś zeszły rok…
— Dziękuję za przypomnienie. Chcesz mi jeszcze powiedzieć coś miłego? — zapytał kąśliwie.
Potter wyglądał, jakby się zmieszał, co nieco złagodziło jego irytację.
— Nie to miałem na myśli. Ty… byłeś nieco zajęty. — Słysząc to, Ślizgon nie mógł nie parsknąć gorzko. Nieco zajęty było delikatnym określeniem wszystkiego, co robił.
— Moi rodzice tego oczekiwali — wyznał, uznając to za informację, którą mógł się podzielić.
— Oczekiwali też wielu innych rzeczy nie do końca dobrych ani właściwych. — Draco zamarł, nie wierząc w jego bezczelność. Ale czemu się dziwił? To był pieprzony Potter, który myślał, że tylko jedna droga jest słuszna, a wszystko inne to zło absolutne. Musiał zauważyć na jego twarzy rodzący się gniew, bo natychmiast dodał: — Chodzi mi tylko o to, że powinieneś brać pod uwagę to, czego sam chcesz.
Draco wbił wzrok w pergamin, starając się odsunąć od siebie niechciane emocje. Myśli, które zrodziły się niegdyś w jego głowie, których unikał i od których nie było ucieczki. Kłamstwem byłoby powiedzenie, że przez te wszystkie lata jedynie dążył drogami wyznaczonymi przez ojca; chciał tego. Może nie na wszystko był gotowy i z niektórych rzeczy nie zdawał sobie do końca sprawy, ale wiedział, co robią śmierciożercy, wiedział, komu służą i w jakim celu. Jednak czym innym było wiedzieć, a czym innym robić to. Nie lubił szlam, ale nie chciał ich mordować; jego odwaga kończyła się tam, gdzie zaczynało działanie. Całe życie potrafił jedynie pieprzyć o tych, którzy przegrają. Ostatecznie to on przegrał, a wszystko, czego nauczył go ojciec, okazało się zgubne. Teraz… teraz nie wiedział, czego chciał; jak być nie tylko Malfoyem, ale po prostu Draconem.
— Czasami, Potter, to czego chcemy ma najmniejsze znaczenie — odezwał się cicho, nie podnosząc na niego wzroku, choć czuł wbitą w siebie parę oczu. — Kto, jak kto, ale ty powinieneś o tym wiedzieć. Ludzie oczekują od ciebie mnóstwa rzeczy, począwszy od wywiadów, a skończywszy na zbawieniu.
— Ale ostatecznie, to ja mam ostatnie słowo. To ja decyduję czy się na to zgadzam, czy nie. Naprawdę myślisz, że jestem tak głupi i chętny poświęcać własne życie, bo inni mają takie widzimisię? — Głos Pottera brzmiał mocno, jakby nic, żadna siła tego świata, nie mogło zmienić jego przekonań. Podniósł wzrok i przekręcił głowę trochę w prawo, by spojrzeć na bruneta; twarz Pottera wyrażała ten sam upór, wiarę i determinację, tak jak i jego słowa. — Robię to, bo w to wierzę, bo tego chcę. Ja. Nie oni.
— Po co mi to mówisz? — odparł, czując się zbyt zmęczony tą rozmową, żeby znalazło się jeszcze miejsce na irytację. — Jeśli starasz się mnie nawrócić, to mówiłem ci…
— Nie — zaprzeczył spokojnie. — Staram się ciebie zrozumieć.
A ja nie chcę, byś mnie rozumiał, pomyślał, ale zdusił tą dziecinną odzywkę.
— Wydajesz się być taki… nie tylko zagubiony, ale zobojętniały — kontynuował. — Mam wrażenie, że gdyby pojawili się tu teraz śmierciożercy, nawet nie próbowałbyś walczyć. — Niech szlag weźmie Pottera i jego wzniosłe gadki. Dlaczego ze wszystkich ludzi to właśnie on odgadywał jego myśli? Zawsze miał się za cholernie dobrego aktora. — Jest w tobie coś, co sprawiło, że nie powiedziałeś Avada Kedavra, coś, co kazało ci pomóc mi się ukryć, zamiast mnie złapać i oddać Voldemortowi, i to coś nie jest wynikiem wychowania przez twojego ojca.
— Boże, Potter, mam dość słuchania tego pseudofilozoficznego pierdolenia — powiedział i na zwieńczenie tych słów, wyjął z kieszeni paczkę papierosów, po czym zapalił jednego z nich.
Oczy Harry'ego rozwarły się w zaskoczeniu i niedowierzaniu.
Draco uśmiechnął się w duchu, zadowolony z jego reakcji i zaciągnął się.
— Ty… palisz?
— Cóż za godna podziwu spostrzegawczość. Od dwóch lat. I wiesz co? Gdyby wtedy mój ojciec się o tym dowiedział, zrobiłby coś znacznie gorszego niż odebranie mi kieszonkowego.
Potter bez słowa obserwował, jak wypuścił z ust obłok dymu, który uformował się w malutkiego jednorożca; przebiegł w koło, po czym zniknął. Niestety błogosławiona cisza nie mogła trwać wiecznie.
— To tylko utwierdza mnie w tym, co sądzę.
— Czyli w czym? — zapytał ze znudzeniem, tylko dla świętego spokoju.
— Że nie wyprano ci mózgu tak bardzo, jak zamierzano.
Prawdopodobnie w innych okolicznościach poczułby się obrażony tymi słowami… ale skoro Potter tak bardzo pragnął widzieć w nim dobro, to czemu mu bronić? Co miał do stracenia? Nic. Bo stracił już wszystko.
— Jestem wzruszony twoją wiarą we mnie — zadrwił i zgasił niedopałek papierosa. — A teraz jeśli chcesz tu zostać, to się zamknij. Usiłuję odrobić zadanie — powiedziawszy to, po rzuceniu na nich zaklęcia ogrzewającego, położył się na brzuchu z mapą nieba przed sobą. Zapowiadała się długa noc.

***


Draco leżał, czując jak odmęty snu opuszczają jego umysł nagle i ostatecznie. Przez jeszcze jedną, błogą chwilę nie otwierał oczu, chłonąc nieznajomy zapach oraz ciepło, a kiedy w końcu rozchylił powieki, użył całej samokontroli, żeby nie wrzasnąć.
To musi być sen. Cholernie przerażający wytwór wyobraźni.
Usiadł i przetarł zmarzniętymi dłońmi twarz, nie wierząc w to, co widział.
Obok niego spał Harry Potter. Harry Pieprzony Potter. A właściwie bliższe prawdy było powiedzenie, że to Draco spał na nim. Jeszcze ledwie przed chwilą przyciskał policzek do ramienia chłopaka. O Boże. O Boże. Nie, spokojnie… Co się właściwie stało? Siedzieli na Wieży Astronomicznej i widocznie zasnęli. I co z tego? To się zdarza; tyle, że bezdomnym, a nie jemu. Nie miał w zwyczaju sypiać w miejscach publicznych na ramieniu Pożal-Się-Boże-Wybrańca i to w dodatku w połowie listopada. Może ktoś napoił go jakimś eliksirem? Ale przecież nie pił nic podejrzanego tego dnia. Gdyby Pansy o tym usłyszała, miałaby niezły ubaw. Jego żołądek zacisnął się z nerwów na samą myśl. Nikt nie może się o tym dowiedzieć. Nikt. Nigdy. O ile – zerknął panicznie na drzwi – już ktoś ich nie widział.
Co powinien, do diabła, zrobić? Ulotnić się, jakby nigdy nic czy może obudzić tego imbecyla? Westchnął, starając się rozprostować skostniałe palce. Miał wrażenie, że każda, nawet najmniejsza komórka w jego ciele zamarzła, a poruszenie kończynami prawie graniczyło z cudem. Jak na tę porę roku pogoda i tak dopisywała, ale spanie na podłodze całą noc (och, Merlinie) w jednej pozycji, gdy zaklęcie ogrzewające działało ledwie kilka godzin, dawało się we znaki.
Ostrożnie spojrzał na leżącego obok chłopaka, wiedząc, że nie powinien się gapić, ale cóż... Nie często widywało się pogrążonego we śnie Harry’ego Pottera. Spał odwrócony do niego plecami, skulony w pozycji embrionalnej, tak, że nie mógł dostrzec jego twarzy. Przyłapał się na wpatrywaniu w punkt na wygiętych w łuk plecach; gdyby nie kurtka, był pewien, że dostrzegłby zarys kręgów tuż pod skórą.
No dobra. Czas na pobudkę.
— Potter — odkaszlnął, lekko szturchając go w ramię.
Reakcja była natychmiastowa – otworzył oczy, w których pomimo zaspania, pojawił się szok.
Tak, Potter, też to czułem przed momentem.
Jakaś inna część jego umysłu odnotowała, że naprawdę miał tak lekki sen, jak gadała cała szkoła.
— Zanim zdasz jakieś idiotyczne pytanie — rzucił. — Nie, nie porwałem cię i nie ogłuszyłem. Właściwie, to nie wiem, co się stało. Chyba zasnęliśmy.
— Nawet o tym nie pomyślałem — mruknął, podnosząc się i bezskutecznie usiłując przyklepać swoje sterczące włosy.
Zapadło niewygodne milczenie, przerywane jedynie głuchym wyciem wiatru obijającego się o drzewa. Nie patrząc na Pottera i absolutnie nie myśląc o tym, jakie to jest kurewsko żenujące, wcisnął mapę z gwiazdozbiorem do torby, następnie chwycił pióro, którym się ukłuł, wypuścił je i przeklął. Jeśli żaden z nich czegoś nie powie, to zaraz oszaleje.
Ale co mógł powiedzieć? Na dzień dobry było już za późno, a jak się spało? brzmiało zdecydowanie za miło i wolałby już odgryźć sobie język. Poza tym nie przywykł do budzenia się u boku kogokolwiek. Nawet z Pansy nigdy nie zasypiali razem; po seksie każde rozchodziło się w swoją stronę, tak było wygodnie.
Draco wziął głęboki wdech i rzucił:
— Muszę ci coś powiedzieć.
Gryfon spojrzał na niego jak człowiek, który spodziewa się usłyszeć, że został mu miesiąc życia.
— Tak?
— Jesteś najgorszą poduszką, na jakiej kiedykolwiek spałem.
Przez chwilę Potter gapił się na niego tępo, aż w końcu, kiedy najwyraźniej dotarło do niego, co powiedział, zaśmiał się.
Draco z ulgą poczuł, jak napięcie opadło.
— Jeśli kiedyś by się to powtórzyło, to postaram się być nieco miększy. — Malfoy słysząc to, omal nie udławił się własnym językiem. Bez skojarzeń. Bez skojarzeń. Bez… och, do diabła z tym. Miał twarde skojarzenia. — Nie w TYM sensie, Malfoy! — krzyknął, trafnie odczytując jego minę.
Zamknął oczy. Wdech i wydech. Właśnie tak.
— Potter, lepiej już nic nie mów. — Poranek okazał się chociaż na tyle łaskawy, że kiedy weszli do szkoły pomięci i potargani, nikogo nie spotkali. — Nie wierzę, że spałem w miejscu publicznym — odezwał się Draco bardziej do samego siebie, niż do tego idioty, ale niestety podłapał temat.
— Jeśli cię to pocieszy, to też nie mam tego w zwyczaju. Chociaż komórka pod schodami nie jest o wiele wygodniejsza.— Ślizgon spojrzał na niego, niepewien, jak zareagować. Potter złapał jego spojrzenie i zmarszczył brwi. — No co?
Co powinien odpowiedzieć? Oczywiście, że słyszał w jakich Potter żył warunkach u swojego wujostwa; znalezienie kogoś w Wielkiej Brytanii, kto by o tym nie wiedział, byłoby sukcesem, ale… jakoś tak… zawsze wydawało mu się, że podkoloryzowano to dla lepszej sprzedaży i tak już wystarczająco dramatycznej historii.
— Mam ci współczuć? — Zanim te słowa opuściły jego usta, już ich żałował.
Coś dziwnego przemknęło po twarzy bruneta, coś, czego Draco nie umiał przypisać żadnym znanym sobie emocjom, ale zamiast odpowiedzieć, Potter potrząsnął głową i wbił wzrok przed siebie.
Draco przeklął w myślach. Nie chciał mu dokuczyć. Cóż, przynajmniej nie tym razem.
Idąc w milczeniu, ze zgrozą uświadomił sobie kierunek swoich myśli. Albo odziedziczył rodzinną skłonność do problemów z psychiką albo świat się kończył, bo w pełni władz umysłowych Draco Malfoy nigdy, przenigdy nie rozważałby przeproszenia Harry’ego Pottera. Zatęsknił za czasami, kiedy go bezlitośnie dręczył, nie mając przy tym za knut wyrzutów sumienia. Przebywanie w jego obecności zdecydowanie mu szkodziło. Jak to mawiają, z kim się zdajesz, takim się stajesz… Ugh, wolałby rzucić na swoje żyły Sectusemprę niż do tego dopuścić.
Potter nagle stanął jak wryty i Draco obejrzał się za nim, zirytowany przeciąganiem tego i tak już koszmarnego poranka. Jeśli się nie pośpieszą, będą mogli zapomnieć o wpuszczeniu na Zaklęcia.
— Co tym razem? — zapytał zrzędliwie.
— Czy to jest… — urwał, robiąc krok w kierunku ściany i przechylając głowę, żeby się lepiej przyjrzeć. — ...Filch?
— Co ty bre… — słowa zamarły na ustach Ślizgona, gdy tylko spojrzał w tamtym kierunku. Poczuł, jak jego żołądek ściska się, a twarz tężeje z niepokoju. Nie chcąc tego robić, zbliżył się do Pottera i spojrzał w dół. Tak, to bez wątpienia był Filch.


***


Od razu rozpoznał woźnego w postaci leżącej nieruchomo przy ścianie. Te zabrudzone, o spranym kolorze szaty, rzadkie włosy, które od dawna nie zostały choćby dotknięte szczotką… Wystarczająco wiele razy ukrywał się przed nim po nocach, by nie móc pomylić go z kimkolwiek innym.
Poczuł przy swoim ramieniu ruch; Malfoy zrobił w ich stronę dwa kroki.
— Myślisz, że nie żyje? — szept Ślizgona rozbrzmiał w pustym korytarzu.
Harry pochylił się jeszcze trochę, od razu zauważając pierś unoszącą się w miarowym oddechu.
— Wygląda jakby… spał — ocenił, modląc się w duchu, by naprawdę było to tym, na co wygląda.
— Mój ojciec zawsze mówił, że warunki kadry nauczycielskiej w Hogwarcie, to jakaś kpina, ale to już przesada.
Gryfon popatrzył na Malfoya z niedowierzaniem, ale ten w odpowiedzi wywrócił jedynie oczami. To nie był najlepszy czas na wygłupy. Jasne, nie stało się nic strasznego, ale czuł wewnętrzny niepokój. A może naprawdę popadał w paranoję?
— Myślisz, że powinniśmy go obudzić?
— Zwariowałeś?
— Przecież nie możemy go tak zostawić!
— Ja mogę — stwierdził obojętnie Malfoy, a Harry z frustracji zacisnął szczękę. Czy do tego idioty naprawdę nie docierało, że działo się tu coś złego? Ktoś musiałby próbować go porwać albo zamordować, by to w końcu pojął? Ale wtedy może być już za późno na reakcję, za późno na przechytrzenie wroga… Pytanie brzmiał: kim był wróg? I co to wszystko miało na celu, prócz oczywistego wywołania strachu? Do czego zmierzał? Blondyn musiał dostrzec jego minę, bo westchnął z rezygnacją i rzucił — Dobra, obudźmy go, ale chociaż z rozsądnej odległości. — Pociągnął Harry’ego za łokieć w najbliższą wnękę korytarza i wystawiając sam koniec różdżki wymruczał pod nosem zaklęcie.
Strumień wody wystrzelił do przodu, trafiając Filcha prosto w twarz. Momentalnie się poderwał, wyglądając na więcej niż zdezorientowanego nieprzyjemną pobudką, co nasuwało oczywiste wnioski, że nie tylko im tej nocy zdarzyło się równie niespodziewanie zasnąć. Mimo powagi sytuacji, Harry stłumił chichot; obserwowanie mokrego i skołowanego Filcha było więcej niż zabawne. W milczeniu poczekali, aż mężczyzna sobie pójdzie, a gdy tylko zniknął z im z oczu, Ślizgon odsunął się i wbił w Pottera pełen satysfakcji wzrok.
— Żadnych nowych sensacji, kolejny dzień bez ratowania świata… Musisz być rozczarowany, co, Potter?
Zastanowił się czy Malfoy naprawdę był takim ignorantem, czy dla własnego spokoju odmawiał zauważenia oczywistych faktów. Patrząc na jego pobladłą, zmęczoną twarz, doszedł do wniosku, że zapewne to drugie. Być może jedynie ukrywał swoje prawdziwe emocje przed Harrym, nie chcąc przyznać się do słabości. Ostatnim razem, gdy zgasło światło, odsłonił się bardziej niż kiedykolwiek. Harry dobrze pamiętał jego wykrzywioną strachem twarz, lęk dostrzegalny w najmniejszym geście, to jak kurczowo przy nim trwał… Do dziś było mu z tym dziwnie, a Malfoyowi zapewne jeszcze bardziej.
— Myślę, że powinniśmy o tym komuś powiedzieć. Najlepiej McGonagall — zawyrokował.
— Ta, jasne — prychnął Malfoy. — Zaraz po tym, jak powiesz, że spędziliśmy razem noc… Och, nie, czekaj, czy to nie zabrzmi dziwnie? Nie wspominając o zakazie wychodzenia z dormitoriów po dwudziestej pierwszej. McGonagall będzie zachwycona. Tak bardzo, że w nagrodę wlepi nam szlaban.
— Mam gdzieś szlaban. W szkole dzieje się coś złego, ludzie nie zasypiają ot tak w miejscu publicznym, a może powiesz mi, że dałeś mi jakiś eliksir, bo miałeś ochotę pospać na moim ramieniu? — warknął, dostrzegając na policzkach drugiego chłopaka cień rumieńca. Malfoy się czerwienił. A to ci dopiero nowość.
— Nic ci nie dałem — syknął, wbijając w niego wściekły wzrok.
— Tak, wiem o tym, Malfoy — przyznał, czując się nagle potwornie zmęczony. Irytowało go to, że nie wiedział, o co chodzi, że znaki były tak subtelne, że równie dobrze mogły graniczyć z urojeniami. — Po prostu stwierdzam, że wszystko, co wydarzyło się od początku roku, nie jest normalne. — Malfoy już otwierał usta, by coś wtrącić, więc Harry szybko dodał: — Może masz rację, może to nic nie znaczy, ale rozsądniej jest zignorować sygnały czy im się przyjrzeć?
Draco wyglądał tak, jakby zamierzał powiedzieć coś niemiłego, ale po chwili westchnął i przebiegł palcami po jasnych włosach.
— Rób, co chcesz, Potter, ale mnie w to nie mieszaj. Jak już pobiegniesz wszystko wyśpiewać McGonagall, to postaraj się nie wspominać o mojej obecności, bo mam już wystarczająco problemów i bez tego. A teraz, bez względu na to jak fascynujące jest poskramianie zła z samego rana, to idę się przebrać. Niektórych z nas jeszcze dotyczą tak przyziemne sprawy, jak lekcje.

***


Subtelność nigdy nie była mocną stroną Harry’ego, ale jakoś udało mu się podpytać swoich przyjaciół o to czy tej nocy nie widzieli czegoś podejrzanego. Hermiona jak zwykle uczyła się do późnych godzin, a Ron szybko zasnął i widocznie nic nie przerwało jego kamiennego snu, bo nie zauważył braku obecności przyjaciela. Dzięki Bogu. Harry wolał nawet sobie nie wyobrażać reakcji Rona na wieść, że spędził całą noc w towarzystwie Dracona Malfoya. Prawdopodobnie wezwałby egzorcystę.
Przez następne kilka dni Harry nie miał czasu spotkać się ze Ślizgonem. Razem z Ronem i Hermioną postanowili, że w najbliższy weekend wybiorą się do Wiltshire odszukać grób Regulusa, więc każdą wolną chwilę poświęcali na omówienie szczegółów planu, co nie było zadaniem tak łatwym, jak mogło się wydawać. Ciągle otaczali ich inni uczniowie, chętnie nadstawiający uszy, żeby coś podsłuchać. Muffliato stało się niemal nieodłącznym elementem ich rozmów. Osobiście Harry uważał, że i tak całe to omawianie nie miało najmniejszego sensu; ich plany nigdy nie wypalały, zawsze musieli liczyć na swój refleks i więcej niż odrobinę szczęścia. Po ostatnim nieudanym wypadzie do Borgina chciał poszukać horkruksa sam, ale przyjaciele kategorycznie się temu sprzeciwili. Im bliżej było weekendu, tym bardziej czuł się zarówno lepiej, jak i gorzej. Wizja ruszenia do przodu, możliwości znalezienia prawdziwego medalionu, napawała go optymizmem, ale zaraz potem jego wnętrzności zaciskały się w obawie – jeśli tam nie będzie horkruksa, to nie miał więcej pomysłów, gdzie jeszcze szukać.
Kiedy pił resztki eliksiru wielosokowego, dopadło go nieprzyjemne uczucie deja vu; miał nadzieję, że tym razem nie napotkają żadnych przeszkód. Poza tym… Regulus chciał zniszczyć horkruksa, nie było żadnego sensu, bu rzucił na niego zaklęcia ochronne, prawda? Tłumiąc uczucie zdenerwowania, pod postacią innych osób i dzięki szafce zniknięć dostali się do domu państwa Granger, a stamtąd prosto w wyznaczone miejsce.
Cmentarz, którego szukali, znajdował się w miasteczku Chippenham, niedaleko rzeki Avon. Kiedy wylądowali, od razu poczuli różnicę temperatur; zaczął żałować, że nie wziął rękawiczek. Podczas gdy okolice Hogwartu przedstawiały iście jesienny klimat, tutaj wkradła się już zima. W nocy musiał spaść śnieg, bo cienka warstwa białego puchu zalegała na ziemi i wszystkich krzewach, a płatki sypały się obficie z nieba. Rękawem przetarł zaparowane szkła okularów i spojrzał w górę.
Na cmentarz nie prowadziła brama, a powierzchnię nie otaczały żadne mury. Zamiast tego, tuż przed nimi, z zziębniętej ziemi wznosiły się ruiny budowli, mierzące co najmniej jedenaście stóp wysokości. A raczej pozostałości tego, co kiedyś musiało być wejściem do niegdyś pięknej, gotyckiej katedry. Białe łuki nachodziły na siebie, tworząc strzelisty kształt. Może była to prawda, a może ledwie złudzenie, ale miał wrażenie, że pozbawione liści, suche gałęzie drzew, rosnących wokół cmentarza i pokryte grubymi kolcami, poruszały się złowrogo, ocierając o siebie. Wydawało mu się, że może wyłowić z tego słowa, będące ledwie szeptem, ale i ostrzeżeniem: Nie zbliżaj się.
Spojrzał na swoich przyjaciół, wyglądających jakby trawiła ich ta sama niepewność, co i jego.
— Nie podoba mi się tu — odezwała się cicho Hermiona, jakby bała się, że zmarli mogą to usłyszeć i się obrazić. Objęła się mocniej ramionami. — Wyczuwam tu coś… niepokojącego.
— Chodźmy — powiedział Harry, podejmując decyzję.
Stojąc tu i marznąć, nie znajdziemy horkruksa, pomyślał i nie oglądając się na nich, przekroczył ruinę, wychodząc na drugą stronę. Skrzypiący śnieg pod podeszwami butów powiedział mu, że przyjaciele ruszili za nim. Cmentarz wewnątrz wyglądał równie ponuro, jak na zewnątrz. Kamienne nagrobki, gdzie niegdzie ozdobione wieńcami, przysłaniała warstwa śniegu.
— Rozdzielmy się, może szybciej znajdziemy grób Regulusa — zaproponował i tak też zrobili.
Każde z nich poszło w innym kierunku, w milczeniu przechadzając się wąskimi alejkami. Harry nie mógł pozbyć się wrażenia, jakby coś lub ktoś obserwował ich z ukrycia, śledząc każdy krok, cierpliwie czekając. A może mu się wydawało? Może popadał w paranoję? Usiłując nie myśleć absolutnie o niczym, odgarniał dłonią napisy na nagrobkach, póki palce nie zmarzły mu tak bardzo, że prawie stracił czucie; wtedy przerzucił się na różdżkę. Nie miał pojęcia, jak długo to trwało, nim usłyszał wołanie Hermiony.
— Harry, Ron! Chodźcie tu!
Brnąc przez śnieg, w końcu znaleźli ją prawie na końcu cmentarza. Wystarczył rzut oka, aby było jasne, że grobowiec należał do Blacków. Zbudowany z ciemnego marmuru, z przesadną ilością zdobień był doskonale widoczny już z daleka. Aż dziwne, że go od razu nie zauważyli.
— Nie ma Regulusa — zauważył ponuro Ron, wskazując palcem na wymienionych członków rodziny. — Więc musieli się zorientować, że ich zdradził…
Harry poczuł obejmujący go żal, ale nie dopuścił tego do siebie. To, że Regulus nie leżał z resztą chorej rodzinki, nie oznaczało jeszcze, że w ogóle nie było go na tym cmentarzu.
Zaciskając zęby i usilnie ignorując doskwierające im zimno, ponownie zaczęli szukać. Po godzinie każdy nagrobek, alejka, a nawet nazwiska wyglądały tak samo, ale tego jednego, poszukiwanego, jak na złość nigdzie nie było. Przystanął, rozcierając skostniałe palce. Jego zęby szczękały, a policzki szczypały od mrozu. Właśnie wtedy, gdy był już prawie bliski poddania, zauważył jeden grób. Opuszczony i porośnięty dziką roślinnością, po której teraz zostały jedynie zlodowaciałe łodygi, stał w oddali. Najszybciej jak mógł dotarł do niego, rękami rozrywając cienkie gałązki zasłaniające płytę. Jego serce dudniło mocno w piersi, kiedy zobaczył napis:
Regulus Arkturus Black
ur. 1961, zm. 1979

Gdyby nie świadomość tego, co będzie musiał zrobić, rozpierałoby go szczęście.
— Mam go! — zawołał, a jego głos poniósł się echem. — Znalazłem!
Minęła chwila zanim do niego dotarli, a gdy tylko to zrobili, popatrzyli w swoje pobladłe twarze.
— Więc teraz powinniśmy… — zaczął Ron, milknąc, widocznie niezdolny dokończyć.
Harry przełknął z trudem ślinę.
— Tak.
Nadszedł czas na tę część planu, której omówienia unikali jak ognia – dostania się do horkruksa, a co za tym szło, do zwłok. Na samą myśl czuł wzbierające w gardle mdłości, a każda komórka w jego ciele sprzeciwiała się temu. Ale nie mieli innego wyjścia, prawda? Żadnego dodatkowego sposobu, aby poznać prawdę. Bywały rzeczy ważne i ważniejsze. Robili to w słusznej sprawie. Po jego głowie krążyły pytania, nad którymi nigdy wcześniej się nie zastanawiał. Ciało czarodzieja rozkładało się w takim samym tempie jak mugola? Zastaną same kości, mumie, a może robactwo drążące rozkładającą się tkankę? Zamknął oczy, z całych sił starając się odgonić ten obraz. Nie miał pojęcia czego się spodziewać. Hermiona pewnie wiedziała… ale nie miał odwagi jej o to zapytać. Może lepiej, gdy nie wiedział. Może tak będzie łatwiej.
Spojrzał na przyjaciółkę, która wyglądała, jakby miała lada chwila zemdleć.
— Nie powinniśmy tego robić — szepnęła, a w jej oczach tliły się łzy. — To przestępstwo, to bezczeszczenie zwłok…
— Jak tego nie zrobimy, to sami niedługo będziemy zwłokami — odparł Harry, ostrzej niż zamierzał.
Wydała z siebie zduszony dźwięk i obróciła twarz, by patrzeć wszędzie, byle nie na grób. Ron natychmiast znalazł się przy niej, obejmując ją jednym ramieniem.
— Hermiono, daj spokój — powiedział łagodnie, ciasno ją do siebie przyciskając. — On i tak jest martwy. Co to dla niego za różnica? — Dostrzegając minę swojej dziewczyny, lekko poczerwieniał. — To znaczy… Sam chciał zniszczyć medalion, no nie? Na pewno nie będzie miał nam tego za złe.
— Wiem, to po prostu… — Zamknęła oczy. — Zróbmy to. Im szybciej, tym lepiej.
— Myślicie, że medalion naprawdę tu jest? — zapytał Ron, wyraźnie prosząc, by któreś z nich zaprzeczyło.
— Mam taką nadzieję — stwierdził Potter.
Im szybciej tym lepiej. Im szybciej tym lepiej, Harry powtarzał sobie te słowa, chcąc w nie wierzyć. Wierzyć, że w ogóle jest w stanie to zrobić. Apatycznie obserwował, jak Hermiona trzymając w drżącej dłoni różdżkę, wypowiedziała jakieś zaklęcie, którego nigdy wcześniej nie słyszał. Płyta nagrobka pękła, a on miał wrażenie, jakby to jego ciało rozkrajano na pół, usiłując dostać się do organów…
Nie myśl o tym, powiedział sobie twardo, nie myśl o niczym.
Wspólnymi siłami odsunęli kamień na bok, patrząc w dół, wprost na zlodowaciałą ziemię.
Razem z Ronem szybkim Incendio rozgrzali grunt, by łatwiej się wbić, a następnie wyczarowane imitacje łopat zanurzyli w ziemi. Mimo że rękę wspomagała magia, czuł w dłoni najprawdziwszy ciężar. Odrzucili pierwszą warstwę, a potem drugą, trzecią… Hermiona odeszła na bok, zapewne nie chcąc tego oglądać.
Harry skupił się na ruchu swojego przedramienia – w górę i w dół, w górę i w dół, w górę i w dół. W tym samym, równomiernym rytmie zdawało się bić jego serce. Pot spływał mu po plecach, a w ręce czuł już ból; nie miał pojęcia, ile razy powtórzył tę czynność, ale kiedy napotkali opór – trumna, pomyślał z przerażeniem – było już całkiem ciemno.
Harry i Ronem popatrzyli na siebie, a potem jednomyślnie zaklęciem podnieśli trumnę, wyciągając ją na powierzchnię. Ciemną, dębową trumnę, zbyt ubogą, jak na rodzinę Blacków. Trumnę, w której leżał trup. Którą mieli otworzyć. Teraz.
Po prostu to zrobię.
Powstrzymując odruch wymiotny, otworzył wieko, jeszcze chwilę wzbraniając się przed popatrzeniem w dół. Smród dostał się do nozdrzy, przylgnął do skóry jak insekty, które kiedyś musiały drążyć to ciało.
A potem zajrzał do środka.
W trumnie leżał szkielet, gdzie niegdzie z resztką nadgniłej tkanki oplatającą kości. Potter wypuścił wstrzymywany oddech, jednocześnie starając się zasłonić nos. Dzięki Merlinowi, że minęło już prawie dwadzieścia lat. Nie wyobrażał sobie zajrzeć do środka w początkowej fazie rozkładu. Na samą myśl… Zamarł, dostrzegając na tle kości błyszczącą ozdobę. Wąż zrobiony ze szmaragdów, wygięty w kształcie litery S, dawał jasny przekaz, do kogo niegdyś należał medalion. Więc nie pomylili się. Znaleźli medalion Salazara Slytherina, kolejnego horkruksa… Nagły przypływ radości sprawił, że zapominając o obrzydzeniu i ostrożności, wyciągnął rękę.
— Harry, nie! — krzyknęła Hermiona, doskakując do niego. — Jeśli jest przeklęty…
Ale spóźniła się, już ściskał go w dłoni, czując pomiędzy zziębniętymi palcami bicie maleńkiego serduszka. W pierwszej chwili nie stało się nic strasznego, a potem coś jak prąd przeszyło jego zaciśniętą dłoń, powędrowało ku górze przez pierś, aż uderzyło do głowy. Ból przeszył jego bliznę, zdając się palić żywym ogniem, rozrywać czaszkę na setki kawałków. Pomyślał, że dłużej tego nie wytrzyma… że nie da rady… Pół świadomie osunął się w dół. Cmentarz pochłonęła ciemność.
Nessa Offline


 
Posty: 53
Dołączył(a): 10 lis 2010, o 00:28

Postprzez Japor » 18 mar 2013, o 14:08

Choć w mojej pamięci już nieco zatarły się poprzednie rozdziały (sporo czasu już minęło od ukazania się pierwszego). Musze przyznać, że ten rozdział naprawdę przypadł mi do gustu. Jest tutaj sporo Draco i Harrego (a to lubię najbardziej). Dialogi między nimi są ciekawe, a ich wzajemne relację idą w dobrym kierunku.
Część w której Potter opowiada jak to inni ludzie (dziewczyny) nie postrzegają go jako Harrego ale jako Wybawce, i w ogóle nikt nie zna go tak naprawdę... itp., itd. jest dość oklepana (pojawia się chyba w większości opowiadań). Jednak reakcja Draco mnie powaliła.
— No wiesz, nie lubiła mnie za to jaki jestem, tylko dlatego, że widziała we mnie Wybrańca.
To wystarczyło, by Malfoy w końcu na niego spojrzał. Wyglądał, jakby nigdy nie spotkał kogoś równie głupiego.
— Czekaj… Chcesz mi powiedzieć, że dziewczyny pchają ci się do łóżka, a ty odprawiasz je z kwitkiem, bo nie lubią cię za to, jaki jesteś? — Harry ku swojej złości poczuł, że się rumieni. — Boże, Potter, zawsze sądziłem, że oberwałeś w głowę, a nie w jaja.
Gryfon z narastającą złością pomyślał, że tym, który zaraz oberwie, będzie Malfoy.
— Odpieprz się. Jeśli tak bardzo zależy ci na zaliczeniu połowy szkoły, to proszę bardzo- wyrwij mi garść włosów i łyknij wielosokowego — prychnął, ku swojemu przerażeniu zauważając ożywiony błysk w oczach blondyna, jakby poważnie to rozważał.
— Naprawdę? Mogę?

Wydaję mi się, że opowiadanie zaczyna się rozkręcać, więc z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział

Pozdrawiam!
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez Nessa » 1 kwi 2013, o 20:21

Bardzo dziękuję za komentarz i każde miłe słowo :). Beta szybko się wyrobiła, więc rozdział wędruje do was. POSZUKUJĘ dodatkowej bety. Ponieważ od tej pory tekst właściwie jest skończony (zostały mi jedynie do usunięcia i dopisania pewne fragmenty, ale to już takie drobnostki a nie pisanie kilkunastu rozdziałów na nowo) chciałabym, aby publikacja poszła sprawnie. Byłabym zadowolona z dodania dwóch rozdziałów na miesiąc, ale jednej becie ciężko temu sprostać, dlatego potrzebuje drugiej. Nikt nie musi zobowiązywać się redagować do samego końca, wystarczy parę rozdziałów. Będę bardzo wdzięczna. Jak ktoś byłby zainteresowany, to proszę o PW, a teraz zapraszam do czytania :).

Rozdział X


— Chyba się budzi — usłyszał znajomy głos, który zdawał się dochodzić z dna bardzo głębokiej studni. — Harry? Harry!
Otworzył oczy, nie od razu rozpoznając otaczające go kształty i miejsce. Nad sobą dostrzegał tylko niewyraźne, bordowe coś, a kiedy podniósł się do pozycji siedzącej, zauważył dwie rozmyte plamy. Poczuł, jak ktoś wsuwa mu w dłoń okulary i z ulgą założył je na nos, a świat momentalnie nabrał prawidłowej ostrości oraz barw. Był w Hogwarcie, w swoim dormitorium i łóżku. Ulga, która na niego spłynęła, prawie wgniotła go w poduszki.
Zmarszczył brwi, usiłując sobie przypomnieć niedawne wydarzenia. Co się właściwie stało? Pamiętał ponury cmentarz i… - wzdrygnął się - rozkopywanie grobu, a w nim, na szyi kościotrupa wiszącego horkruksa. A może to mu się tylko przyśniło?
Zerknął na swoich przyjaciół – wyglądali na przerażonych i zmęczonych, więc to musiała być prawda. Hermiona ściskała w dłoni mokry okład; widocznie przemywała mu czoło, kiedy… spał.
— Nic wam nie jest? — zapytał zaniepokojony.
— Nie, nam nic — odparła cicho Hermiona. — Ale ty… Baliśmy się, że coś ci się stało! Nie mogliśmy cię dobudzić przez dwie godziny. Jak się czujesz?
Poczuł, jak coś zapada mu się w żołądku. Dwie godziny? Nie pamiętał, aby miał w tym czasie jakąś wizję, sen, cokolwiek…
— W porządku — odrzekł, nie do końca zgodnie z prawdą, ale nie chciał ich martwić. — Jak…?
Ron opowiedział mu w skrócie, jak z cmentarza teleportowali się do domu Hermiony, a stamtąd szafką z powrotem do szkoły. Dopiero w Hogwarcie napotkali trudności; musieli wmówić uczniom, że nic mu nie jest, jedynie zemdlał z przemęczenia i nie, zdecydowanie nie potrzebował opieki pielęgniarki, to nic takiego. Następnie położyli go do łóżka i czekali, aż odzyska przytomność.
Właśnie wtedy w Harrym coś zaskoczyło – w tym wszystkim prawie zapomniał o tym, co najważniejsze.
— A horkruks?
— Spokojnie, stary, mamy go.
Wyciągnął rękę po medalion, udając, że nie dostrzegł spojrzenia wymienionego przez przyjaciół.
— Harry — zaczęła dziewczyna, wyraźnie się wahając — nie jestem pewna czy…
— Po prostu mi go dajcie.
Hermiona niechętnie wsunęła mu w dłoń horkruksa, obserwując go z taką miną, jakby spodziewała się, że lada moment Harry’emu eksploduje głowa. Zacisnął na nim palce, a kiedy nic się nie wydarzyło, cała trójka odetchnęła z ulgą. Medalion był powtórnie zimny, choć wyraźnie wyczuwał jego drżenie i jeszcze coś - energię tak subtelną, że prawie nienamacalną, tętniącą na uwięzi w tym małym, złotym medalionie.
Życie, doszedł po chwili do wniosku, cząstka duszy Voldmorta.
Świadomość tego sprawiła, że poczuł pragnienie zniszczenia go tu i teraz. Ale na to niestety musieli jeszcze poczekać. Wyciągnął medalion na długość ręki, czując jak maleńkie serduszko przyśpiesza w jego dłoni, bijąc trzy razy szybciej. Zaintrygowany zawiesił sobie go na szyi tuż pod bluzą, a wtedy, gdy chłodny metal dotknął jego skóry, serduszko zwolniło, dostosowując się do rytmu jego serca.
— Nie rozumiem — odezwała się Hermiona, obserwując Pottera ze zmarszczonymi brwiami. — Dlaczego wtedy zemdlałeś, a teraz nie?
Harry’ego również to zastanawiało, dlatego powiedział na głos jedyne, co przyszło mu na myśl.
— Nie wiem, może… wzbraniał się przed intruzem. Regulus nie nałożył na niego żadnych barier ochronnych, ale wydaje mi się, że horkruksy same w sobie również się bronią, ale teraz… — Jak to im powiedzieć? — Teraz wydaje się spokojny, jakby mnie rozpoznał, jakby nic mu nie groziło. Ta więź, moja i Voldemorta… On oddał mi część swoich umiejętności, więc może horkruks… wyczuwa we mnie coś znajomego. Wiecie o co mi chodzi?
Przeniósł wzrok z medalionu na swoich przyjaciół. Mieli takie miny, jakby właśnie oznajmił, że zmienia strony i od dziś popiera Voldemorta. A w następnej chwili stało się coś nieoczekiwanego – zanim zorientował się w sytuacji Hermiona rzuciła się na niego, siadając na nim okrakiem, a dłonie wsuwając mu pod bluzę. Musiał minąć moment, zanim otrząsnął się z szoku na tyle, by zrozumieć, że przyjaciółka nie dobierała się do niego, tylko usiłowała zdjąć mu z szyi medalion.
— Co ty…
— Musisz… go… zdjąć! — wycedziła, ze słowami oddzielonymi równą przerwą, jak łuski smoka wrzucane do eliksiru, teraz się z nim siłując. Jakoś zdołał chwycić nadgarstki dziewczyny, wyjąć je spod swojego ubrania i unieruchomić. Hermiona spojrzała na niego z malująca się w oczach determinacją. Była tak blisko, że zdołał dojrzeć w brązowych tęczówkach pojedyncze, żółtawe punkciki. Poczuł się… nieswojo.
— Hermiono, przestań.
— Nie możesz go nosić! Już nie pamiętasz, jak Voldemort próbował dostać się do twojej głowy? To może mu ułatwić manipulowanie tobą!
Harry rozumiał to tak wyraźnie, jak wyraźnie czuł na sobie jej ciężar. Nigdy nie myślał o Hermionie w kontekście erotycznym (no może raz, lata temu, ale to dawno i nieprawda), ale miał cholerne siedemnaście lat, a ona siedziała na nim i się wierciła. I to na oczach Rona.
O Merlinie, Ron, pomyślał rzucając okiem na przyjaciela.
Stał z boku, wyglądając jakby zastanawiał się, które z nich zabić jako pierwsze.
— Rozumiem to, ale… możesz ze mnie… zejść? — wykrztusił, a w oczach Hermiony coś pojaśniało, jakby dopiero teraz dotarł do niej podtekst ich położenia.
— Och — pisnęła, zeskakując z niego szybciej niż wskoczyła. Włosy Rona przy czerwoności policzków Hermiony były blade. — Ja… przepraszam. Nie pomyślałam… — umilkła, rzucając spłoszone spojrzenie na swojego chłopaka.
— Udam, że tego nie widziałam — mruknął, a ta uwaga wystarczyła, by Hermiona otrzeźwiała.
— Och, proszę, Ron — prychnęła z irytacją. — Harry jest dla mnie jak brat. Już nie masz być o co zazdrosny? Poza tym, gdybyś miał w sobie nieco empatii, zauważyłbyś, że Harry’emu podoba się ktoś inny.
— Podoba mi się ktoś inny? — powtórzył głucho Potter, całkowicie zaskoczony. Ron spojrzał na niego z zainteresowaniem. — E, to znaczy, tak! Tak, właśnie. Jest ktoś inny, ktoś… wyjątkowy — skłamał dla świętego spokoju, jednak przyjaciel patrzył na niego podejrzliwie.
— Ginny? — zapytał ostro.
— Nie, to nie Ginny — odparł, starając się brzmieć przekonująco. Oszukiwanie nigdy nie należało do jego mocnych stron. — To… Nie chcę o niej mówić, póki nic nie będzie wiadomo.
Nienawidził kłamać, ale przynajmniej Ron nie spoglądał na niego tak, jakby Harry miał mu zaraz ukraść dziewczynę. Właściwie poczuł się tym urażony, znali się tyle lat, jak mógł w ogóle pomyśleć, że byłby do tego zdolny?
Medalion na jego piersi podskoczył, jakby chcąc przypomnieć o swojej obecności. Skupili na nim wzrok, z powrotem wracając do ważniejszych spraw. Zwykłe rozterki nastolatków niestety nie były dla nich.
— Jak go zniszczymy? — zapytał Ron.
Harry dotknął horkruksa przez materiał. Na wzmiankę o unicestwieniu wydawało mu się, że drgnął. Czy horkruksy miały świadomość? Czy czuły? Z drugiej strony, Voldemort prócz gniewu i nienawiści nie czuł niczego, nie posiadał ludzkich emocji. Może jego ostatni pierwiastek człowieczeństwa umarł wraz z rodzicami Gryfona.
Nagle to Harry’ego zalała fala nienawiści.
— Zostawcie to mnie. Mam pewien pomysł… ale najpierw muszę go sprawdzić.

***


Okazja, żeby porozmawiać z Hermioną sam na sam, nadarzyła się dopiero następnego dnia, późnym popołudniem po Astronomii, na którą chodziła sama, a Ron nie mógł po nią przyjść, bo tkwił na szlabanie u Filcha. Dzisiaj rano oblał test z Transmutacji i opinia, która wyraził, delikatnie mówiąc, nie spodobała się McGonagall.
Harry zamierzał powiedzieć Hermionie, co sądzi o tym, jak go wrobiła. Przez pół nocy Ron męczył go, by zdradził mu, kim jest owa dziewczyna, a gdy Harry odmówił wyjawienia jej imienia po raz trzeci, przyjaciel chyba się obraził i poszedł spać. Harry był poirytowany, nie, był wkurzony. Co miał do cholery zrobić? Z nikim się nie spotykał, nikt go nie interesował, nie miał teraz głowy do takich spraw, a jego najlepszy przyjaciel obrażał się o kogoś, kto nawet nie istniał.
Do końca lekcji zostało jeszcze ledwie parę minut, więc oparł się o ścianę, cierpliwie czekając. W końcu, po czasie zdającym się być wiecznością, usłyszał kroki zbiegających z wieży uczniów; niestety Hermiony wśród nich nie było. W grupce ludzi rozpoznał jasną głową.
— Hej — powiedział, odsuwając się od ściany.
Malfoy obejrzał się za siebie, wyraźnie zaskoczony jego widokiem. Nic dziwnego. Stał z boku, w zacienionej wnęce, do której światło pochodni nie docierało. Zauważenie go bez specjalnego przyglądania się, było raczej trudne.
— Potter — odezwał się, skinąwszy mu głową. — Czekałeś na mnie? — zapytał, robiąc w stronę Harry’ego dwa kroki.
— Nie, tym razem na Hermionę. — Uśmiechnął się, choć Ślizgon tego nie odwzajemnił. Trzy dziewczyny popatrzyły na nich i coś szeptając, poszły dalej, ale, co zaskakujące, Malfoy zdawał się tym nie przejmować. Do tej pory bardzo starał się unikać jakiegokolwiek kontaktu z Harrym w miejscach publicznych, więc co się zmieniło? Wzruszył ramionami. Cokolwiek to wywołało, była to zmiana na lepsze. — Chyba nie wagaruje, co? — zażartował.
— Granger? — zapytał z niedowierzaniem. — To ona w ogóle zna znaczenie tego słowa? Nie, wykłóca się z Sinistrą, że źle oceniła jej pracę. To może trochę potrwać. — Harry znał wystarczająco długo Hermionę, by nie móc się z tym nie zgodzić. — Słyszałem, że wczoraj dałeś niezłe show, mdlejąc na środku korytarza. Stęskniony za uwagą, Potter?
— Dzięki za troskę — odparował Harry, ani trochę nie rozeźlony. — Miło, że pytasz. To nic takiego. Trochę się przemęczyłem.
Malfoy prychnął, a Gryfon musiał przygryźć wargę, by powstrzymać drżący na ustach uśmiech.
— Zapewniam cię, jedyne, czym się martwię, to tym, że ktoś, kogo poparłem, nie zdąży dożyć ostatecznej bitwy, bo wcześniej rozwali sobie swój głupi łeb o próg.
Harry roześmiał się, rozbawiony zachowaniem chłopaka. Malfoy rzucił mu ponure spojrzenie, wyraźnie niezadowolony z nieudanej próby dogryzienia mu.
Nagle ze zdumieniem oraz pewną dozą niepokoju uświadomił sobie, że... miło było go widzieć. Oczywiście widywali się – na lekcjach, na korytarzach, posiłkach – ale nie zamieniali ze sobą ani słowa, a w ostatnim tygodniu Harry nie miał czasu, zaaferowany planowaniem wydobycia horkruksa. Poczuł się nieco nieswojo ze świadomością tego. Czym innym było akceptowanie Malfoya, a czym innym lubienie go. Szczególnie, że wcale nie zmienił się nagle w kogoś miłego i pomocnego, jednak Harry’emu odpowiadał jego sposób bycia.
Jestem masochistą.
— Malfoy, robisz coś dzi…
— Co to jest? — zapytał w tym samym momencie, szeroko otwartymi oczami wpatrując się w punkt na szyi Pottera. Minęła chwila, nim Harry zrozumiał, o co pyta. Medalion. Zauważył medalion; jakimś cudem musiał wysunąć się spod podkoszulka. Z ukłuciem paniki szybko go schował, bardzo starając się zasłonić dłonią symbol.
— To nic takiego — powiedział, starając się brzmieć zbyt przekonująco, by dobrze to wyszło.
— Wiem, co to jest! — oznajmił, tak ożywiony, jak Harry jeszcze w życiu nie słyszał. — To medalion Salazara Slytherina. Mój ojciec był gotów oddać za niego kupę kasy, ale nigdy nie udało mu się go zdobyć. Skąd go masz?
Malfoy spoglądał na niego, niczego nie ukrywając. Jego emocje były tak czytelne, jak nigdy; Harry widział na tej szczupłej twarzy zaintrygowanie, może nawet… coś na kształt podziwu? Zaimponował mu? Poczuł się na tą myśl przyjemnie połechtany. Płomienie świec odbijały się w szarych tęczówkach. Nagle zadowolenie zniknęło. Nie chciał okłamywać Malfoya, ale nie mógł powiedzieć mu prawdy. Jak mógł z kimkolwiek nawiązać znajomość, skoro musiał ukrywać o sobie tak ważne fakty?
— Dostałem od Syriusza — skłamał, nienawidząc siebie za to i nie mając innego wyjścia.
Ślizgon zmarszczył brwi i w tym samym momencie usłyszeli kroki na schodach.
— To pewnie Granger — stwierdził, i czy Harry’emu się wydawało, czy uznanie zniknęło z jego spojrzenia, ustępując miejsca… niepokojowi? — Pójdę już.
Harry skinął głową, dławiąc w sobie idiotyczny smutek. Nagle na środku korytarza dopadło go wszystko to, co od siebie odsuwał. Dlaczego tutaj? Dlaczego chociaż nie w dormitorium?
Pomyślał o Ginny, którą zostawił właśnie z tego powodu – nie mógł z nią być do końca szczery, nie mógł narażać jej na niebezpieczeństwo. A teraz nie dane mu było nawet nawiązanie zwykłej znajomości. I nie chodziło o nic romantycznego – Ron z Hermioną byli parą, a Harry nie chciał ciągle przebywać sam. Chciał kogoś kto… kto by go zrozumiał. Lubił za bycie Harrym, a nie Wybrańcem.
— Uwierzysz, że Malfoy dostał lepszą ocenę ode mnie? — zapytała rozjuszona Hermiona, schodząc ze schodów obładowana stosem papierów. — To jakaś kpina! Spędziłam pięć nocy na rysowaniu tej mapy, jestem pewna, że nie przeoczyłam żadnej gwiazdy w Oktantcie, a Sinistra upiera się, że tak!
— Lepiej mi to daj — powiedział, odbierając od niej pergaminy.
— Byłam pewna, że ją nakreśliłam, ale ona znikła! To po prostu… — umilkła, zerkając na niego. — Harry, co się stało?
— Nic — odparł, przybierając neutralną minę.
— Przecież widzę, że…
— Nic mi nie jest. Naprawdę — zapewnił, nie chcąc zamęczać Hermiony swoimi troskami. Wiedział, że by go wysłuchała, pewnie nawet podniosła na duchu, ale nie mogła zmienić tego, co do niego należało. Nie ważne, jak bardzo by chciała, po prostu nie mogła. Nikt nie mógł.
Obserwowała go jeszcze chwilę, po czym dała za wygraną.
— Więc? O czym chciałeś ze mną porozmawiać?
A, właśnie. Rozmowa. Przez swoje użalanie nad sobą prawie o tym zapomniał. Musiał się wziąć w garść. Były rzeczy ważniejsze niż relacje z innymi ludźmi, a przynajmniej chciał w to wierzyć.
— Mogę wiedzieć czemu naopowiadałaś Ronowi takich głupot?
— Głupot? — powtórzyła. — Niby jakich?
— O tym kimś, kto mi się niby podoba — burknął, starając się nie brzmieć na rozgniewanego.
Wiedział, że chciała wybrnąć tylko z beznadziejnej sytuacji, ale mogła wybrać na to lepszy sposób.
— Ale to nie głupoty. Przecież widzę, jak chodzisz z głową w chmurach, ciągle gdzieś znikasz, jesteś nieobecny myślami i cały czas gapisz się na ślizgoński stół… — wyliczyła, uśmiechając się na widok jego ponurej miny. Wbiła mu łokieć w bok. — Och, daj spokój, Harry. Nie chcesz na razie mówić, to nie mów, szanuję to. Chyba, że to Parkinson. — Harry potknął się o własne nogi, a wszystkie mapy wyleciały mu z rąk, opadając wokół nich niczym papierowy deszcz. Hermiona spojrzała na niego ze współczuciem. — Więc to ona, tak? — Skrzywiła się, a potem wzięła głęboki wdech. — Cóż, jeśli tak chcesz… Chociaż chyba powinieneś wiedzieć, że dwa tygodnie temu, gdy po ciszy nocnej patrolowaliśmy z Ronem korytarze, natknęliśmy się na nią w jednej z klas z Zabinim i Vaiseyem. — Wzdrygnęła się na samą myśl. — Chyba nie muszę ci mówić, na co to wyglądało. Puszczalska krowa. — Harry był w zbyt ciężkim szoku, by jakoś sensownie zareagować. Chociaż samo wyobrażenie tego nie było takie złe… właściwie całkiem… W tym momencie przyjaciółka zdzieliła go przez głowę jedną z podniesionych map.
— Au! — zawołał, łapiąc się za uderzone miejsce. — Za co to?!
— Za to, co ci chodzi po głowie, Harry Potterze — prychnęła. — To było ostrzeżenie, a nie zachęta do udziału w ślizgońskich orgietkach.
— Nie sądzę, żebym dostał zaproszenie. Chyba, że potrzebowaliby ofiary i mojej krwi do wezwania demonów ciemności. — Przez chwilę śmiali się rozweseli tą myślą. W końcu, kiedy ochłonęli, Harry uznał, że trzeba sprecyzować te wyssane z palca podejrzenia. — I, naprawdę Hermiono, Parkinson? Przecież ona ma twarz jak mops!
— Och, tak tylko powiedziałam. Możesz się pośpieszyć? Mam dzisiaj dwa eseje do napisania, a ostatnio przez ciągłe myślenie o sam-wiesz-czym, za nic nie mogę się skupić.
Harry zwolnił kroku, rozważając wszystkie za i przeciw. Myślał o horkruksie przez całą noc i cały poranek, usiłując odgrzebać w pamięci wszystkie informacje, jakie dał mu Dumbledore, ale im dłużej się zastanawiał, tym mniej wiedział. W pewnym momencie zorientował się, że nie potrafił odróżnić, co naprawdę usłyszał, a co zakrzywiła wyobraźnia. Jednak jedno wspomnienie było wystraczająco wyraźne i prawdziwsze niż wszystkie inne. Wątpił, by kiedykolwiek mógł o tym zapomnieć. Początkowo zamierzał zrobić to sam, jednak potem dotarło do niego, jakie ryzyko to ze sobą niosło. Istniało spore prawdopodobieństwo, że horkruks wyczuwając zagrożenie będzie się bronił wszelkimi możliwymi sposobami. Może chcieć wpłynąć na Harry’ego, uszkodzić go, może nawet próbować zabić. W takim wypadku działanie samemu byłoby czystą głupotą.
— Poczekaj — poprosił, podejmując, jak miał nadzieję, słuszną decyzję. Hermiona obejrzała się na niego, sprawiając wrażenie zmartwionej. — Właściwie chciałem o nim — dotknął medalionu pod swoim podkoszulkiem — pogadać. Chyba… chyba wiem, jak go zniszczyć.
Oczy przyjaciółki rozwarły się w zaskoczeniu, a troski momentalnie zniknęły.
— Jak?
— Już to kiedyś zrobiłem, no nie? W Komnacie Tajemnic, kłem bazyliszka.
Hermiona wydała z siebie zduszony okrzyk, a kiedy zbliżyła się do niego, była wyraźnie rozpromieniona.
— O mój Boże! Faktycznie — przyznała. — Że też sama o tym nie pomyślałam! Myślisz, że kły nadal tam są?
Miał nadzieję, że tak. Przycisnął palce mocniej do medalionu, nawet przez materiał wyczuwając wyraźne bicie maleńkiego serca. Teraz biło szybciej, jakby wyczuwając nadchodzące zagrożenie.
— Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać.
— Harry, czekaj, ty chcesz tam iść… teraz?
— A na co mamy czekać?
— Ale Ron… — zaczęła, wyraźnie się wahając.
— Jest na szlabanie, a znając Filcha wróci dopiero w nocy. A co do medalionu… — urwał, zastanawiając się, jak to ująć, by nie przestraszyć przyjaciółki. Z całej trójki wydawała się mieć największe obawy co do jego więzi z Voldemortem. On też się bał i to bardziej niż chciałby przyznać. — Im szybciej go zniszczymy, tym lepiej. Wydaje mi się, że zwlekając z tym, on… stanie się silniejszy. Nie wiem dlaczego, ale to żyje, Hermiono. I na pewno będzie próbowało się bronić. — Spojrzał w oczy przyjaciółki; była teraz tak blada, że te kilka piegów, które miała na nosie, stały się teraz doskonale widoczne. I wtedy coś do niego dotarło. Może o za wiele prosił. Może naprawdę powinien zrobić to sam. To o nim mówiła przepowiednia, nie o nich. — Jeśli nie chcesz ze mną iść… to powiedz. Nie będę zły, ani nic. Wolałbym, gdybyś przy mnie była, ale jeśli to za dużo…
Hermiona uniosła dłoń, tym jednym gestem uciszając go.
— To nie jest coś, z czego razem z Ronem możemy się wycofać. To nie dodatkowy przedmiot, który można sobie odpuścić w każdej chwili. Siedzimy w tym razem. Bez względu na wszystko.
Słysząc to, poczuł wzruszenie ściskające za serce, ale i cień wstydu na właśnie głupie zachowanie, zazdrość o ich związek… Byli lepszymi przyjaciółmi niż mógł sobie wymarzyć. I jedynymi jakich naprawdę miał. Stracił już tyle ludzi, nie mógł stracić kolejnych.
— Hermiono…
Odgarnęła mu niesforne włosy z czoła i uśmiechnęła się.
— Lepiej już chodźmy.

***


Kiedy doszli na miejsce, łazienka była na szczęście całkowicie pusta. Jedynie duch Jęczącej Marty unosił się nad jedną z kabin, jednak inny niż zwykle – materia jej istoty nie przypomniała teraz czegoś na kształt mgły tylko lodową rzeźbę. Marta z twarzą zastygłą w zdziwieniu patrzyła tępo przed siebie. Jej wzrok był tak… zamrożony, martwy, że Hermionę przebiegł dreszcz. Od kiedy ducha spetryfikowano – choć to tylko umowna nazwa, bo w rzeczywistości nikt nie wiedział, co jej jest – wszyscy unikali przychodzenia tutaj, jakby sami bali się, że zamienią się w kamień. Żaden z nauczycieli nie wiedział również, jak ją przenieść.
Bez słowa Harry podszedł do umywalek i pochylił się, palcami muskając bok jednego z kranów. Hermiona dopiero po chwili zobaczyła, że dotykał wyrzeźbionego węża.
— Harry — odezwała się z obawą — zanim tam wejdziemy, masz jakiś pomysł, jak się wydostaniemy? Z tego co pamiętam, mówiliście z Ronem, że ostatnim razem był z tym problem.
Ze zmarszczonymi w zamyśleniu brwiami, przeniósł na nią wzrok.
— Może miotłą? — zaproponował. — Przywołaj ją, a ja otworzę to cholerstwo. Mam nadzieję, że Dumbledore nie zablokował wejścia.
Przywołała Błyskawicę, obserwując, jak przyjaciel skupił wzrok na wyrzeźbionym kształcie, a kiedy ponownie się odezwał, jego głos brzmiał jak syk.
W tej samej chwili kran rozjaśnił się białym blaskiem, zaczęła obracać się w miejscu cała umywalka, a sekundę później zamiast niej stali u wylotu ogromnej rury. Popatrzyła wprost w ziejącą pod nimi, zdającą się nie mieć końca ciemność.
Nic się nie stanie, pomyślała, powtarzając sobie, że była Gryfonką. Nie takie rzeczy robiłam.
Ledwo wyczuwalnie drżąc, podniosła wzrok na Harry’ego. Jego twarz nie nosiła nawet najmniejszych oznak strachu. Jak to robił?
Złapał jej spojrzenie.
— Skaczemy na trzy. Raz… Dwa… — Wzięła głęboki wdech. — Trzy!
Harry stojący obok przycisnął miotłę do piersi i skoczył w dół, a Hermiona równocześnie poszła w jego ślady.
Jako dziecko parę razy wybrała się z rodzicami na basen i zjeżdżała na przeróżnych, zabudowanych zjeżdżalniach; wrażenie było bardzo podobno do tego, co teraz czuła – tylko nie tak długie, nie tak zawiłe i nie grożące obiciem bioder przy każdym zakręcie. Nie wiedziała, jak długo to trwało, ale kiedy w końcu z impetem wypadła z rury, do gardła podpłynęły jej mdłości. Walcząc z nimi, podniosła się, a Harry obok zrobił to samo.
Lumos — powiedzieli jednocześnie.
Pomieszczenie rozświetliło się niebieskawym blaskiem, co wcale nie sprawiło, że poczuła się tu bezpieczniej.
— Lepiej nie patrz w dół — poinstruował, jednak ona nie posłuchała, czego od razu pożałowała.
Och, na Merlina… Całe podłoże pokrywała gruba warstwa kości szczurów oraz innych, małych stworzeń. Drżąc, strzepnęła ze stopy coś, co z całą pewnością wyglądało na kręgosłup.
— Biedne zwierzęta — szepnęła, a przyjaciel rzucił jej niedowierzające spojrzenie.
— Już im nie pomożesz, lepiej chodź.
Panowała tu całkowita cisza; idąc przed siebie w milczeniu jedyne dźwięki, jakie im towarzyszyły to chrupot kości pod podeszwami butów oraz ich świszczące oddechy. W pewnym momencie w blasku zaklęcia zobaczyła coś, jakiś kształt… Kiedy nakierowała na niego różdżką, wydała z siebie stłumiony okrzyk.
— Hermiono, co u licha… — zapytał, podchodząc do niej i brzmiąc na zlęknionego. — Przestraszyłaś mnie, myślałem, że coś ci się stało! To tylko skóra bazyliszka. Wtedy też tu leżała. — W szkłach okularów złamał się niebieski odblask, kiedy pochylił niżej głowę, żeby lepiej się przyjrzeć. — Swoją drogą, była tak samo obrzydliwa.
Ruszyli dalej; gdyby nie światło wytworzone przez zaklęcie w tunelu panowałaby nieprzenikniona ciemność. W powietrzu z łatwością dało się wyczuć wilgoć. Jak głęboko pod ziemią byli? Mile? Może nawet pod jeziorem? Każdemu kroku towarzyszył chrupot szkieletów. Słysząc to, usiłowała się nie wzdrygać.
Po jakimś czasie doszli do gruzowska, na którego widok, Harry jęknął z rozpaczą.
— No nie! Ron zrobił w nim dziurę, ale… musiał się zawalić. To potrwa wieki!
— Och, doprawdy, Harry — fuknęła, potrząsając z irytacją głową. Wycelowała różdżką w gruzowisko. — Bombarda Maxima!
Gdyby w porę nie uskoczyli, siła eksplozji zwaliłaby ich z nóg. Skulili się w swoich ramionach, czując przelatujące nad i obok kamienie; jeden z nich musiał zahaczyć o Harry’ego, bo ten syknął z bólu. Kaszląc i strzepując kurz, podnieśli się do pionu. Z policzka przyjaciela ściekał cienki strużek krwi, jednak nie wyglądało to na nic poważnego. Kiedy minęli jeszcze jeden zakręt, zobaczyli przed sobą solidny mur, a na nim dwa splecione, wyrzeźbione w kamieniu węże. Ich szmaragdowe oczy lśniły w blasku zaklęcia. Hermiona poczuła, jak mięśnie w jej ciele napinają się niczym struna. Harry zdawał się dobrze wiedzieć, co robić. Podszedł do muru. Przymykając powieki, ponownie coś wysyczał; zapewne: Otwórz się w wężomowie.
Dźwięk, który towarzyszył rozsuwaniu się węży, wywołał u dziewczyny wrażenie, jakby ktoś rozpruwał ją na pół. Po chwili mur rozsunął się i nie było już niczego, co uniemożliwiałoby im wejście do środka.
Mimo że Harry opowiadał o Komnacie Tajemnic, zobaczenie jej na własne oczy robiło wrażenie. Wszystko co usłyszała, nie mogło równać się z tym, co teraz widziała. Pomieszczenie było podłużne, a po prawej i lewej stronie rozciągał się rząd kolumn w kształcie węży, których łby podpierały sklepienie. Natomiast daleko w przodzie, widniała wyrzeźbiona twarz Salazara Slytherina. Już sama wielkość posągu zapierała dech w piersiach; zajmował całą ścianę, a włosy okalające jego twarz rozchodziły się na boki, przypominając wijące węgorze.
Dygocąc z irracjonalnego strachu, popatrzyła w dół. Tuż nad wilgotnym podłożem unosiła się zielonkawa mgła, a na jego środku leżał... bazyliszek. Prócz ilustracji w książkach nie miała pojęcia, jak wyglądał, ale teraz sprawiał wrażenie zabitego ledwie chwilę temu. Jego cielsko nie uległo najmniejszemu rozkładowi. Robiąc kilka kroków w przód, miała nieodparte wrażenie, że puste oczodoły kamiennych węży śledzą ich ruchy. Krokom Harry’ego towarzyszył chlupot wody pod podeszwami butów.
— Jest… ogromny. Gdy mnie zaatakował, zobaczyłam w lusterku jedynie parę wielkich, żółtych ślepi — powiedziała, kiedy podeszli do cielska. Harry uklęknął na jednym kolanie tuż przy ogromnej paszczy. — Uważaj, żeby się nie ukłuć. Jad jest…
— Śmiertelny, wiem — wtrącił, choć nie brzmiał na rozeźlonego. — Prawie od niego umarłem, ciężko o tym zapomnieć.
Dokładnie w tej samej chwili, w której jej zrobiło się głupio, Harry ostrożnie wyjął kła, a następnie krzyknął, ciskając nim na oślep przed siebie.
— HARRY! — wrzasnęła, z przerażeniem do niego doskakując.
Obserwowała, jak przyjaciel skulił się na podłodze, dysząc i dotykając swojej szyi, jakby sam siebie dusił. Miotał się, zaciekle walcząc z niewidzialną siłą, z każdą mijającą sekundą wdrążając do jej serca panikę i rozpacz, z każdą sekundą wyraźnie słabnąc… I wtedy to do niej dotarło – to horkruks wiszący na szyi chłopaka wyczuł zagrożenie i zaczął się bronić. Trzęsącymi dłońmi spróbowała szarpnąć łańcuszek, ale ten ani drgnął; zdawał się zaciskać coraz mocniej, wręcz wrastać w ciało, jakby zdeterminowany, żeby zabić; co więcej, po chwili bezskutecznego szarpania zaczął się rozgrzewać, aż poparzył jej palce. Puściła go, czując, jak strach łapie ją w swoje sidła.
Jeśli czegoś nie zrobię, to on umrze.
Harry niebezpiecznie zsiniał na twarzy; nawet przestał walczyć. Jego ręce bezwładnie opadły wzdłuż ciała. Gdy się odezwał, ledwie wypowiadał słowa:
— Zrób… coś…
Usilnie szukała w głowie jakiegoś przydatnego zaklęcia, wyczytanej informacji, która mogłaby to przerwać. Nagle na jej skołowany umysł spłynęła okrutna świadomość. Już wiedziała, co robić, tylko nie była pewna, czy jest do tego zdolna. Wyciągnęła przed siebie różdżkę. Jej dłoń tak okropnie drżała… A co jeśli trafi Harry’ego? Przycisnęła koniec różdżki do medalionu.
— Nie ruszaj się — poprosiła.
Nie mogła tego zrobić. Nie mogła. Tylko musiała. Nie istniało inne rozwiązanie. To tylko dwa słowa. Tylko dwa.
Avada Kedavra. — Zaklęcie wystrzeliło; zobaczyła zielony błysk odbijający się w szkłach okularów, szok w wyrazie twarzy przyjaciela sekundę przed tym, zanim czar wchłonął się w medalion. Łańcuszek natychmiast puścił. Harry podniósł się do siadu, oddychając tak ciężko, jak ktoś, kto przed chwilą się topił. Ściągnął z szyi medalion i popatrzył na nią wyraźnie zdumiony.
— Jesteś genialna — wysapał. — Szalona, ale genialna.
Uśmiechnęła się smutno; wolałaby, gdyby nigdy nie musiała rzucić tego zaklęcia. Wzrok Gryfonki ześlizgnął się na szyję przyjaciela; brzydki, czerwony ślad pokryty bąblami ciągnął się wokół.
— Harry… Twoja szyja…
— To nic takiego — odparł, mimowolnie się krzywiąc. — Co z horkruksem? Myślisz, że już…
— Na pewno nie. To byłoby… zbyt proste. — Poczuła zalewającą ją gorycz na te słowa. Nigdy nie sądziła, że uzna rzucenie zaklęcia niewybaczalnego za coś łatwego i niemalże normalnego.
Kiedy patrzysz w otchłań, otchłań może zacząć patrzeć w ciebie, przypomniała sobie cytat niemieckiego filozofa.
— Przemówię do niego w wężomowie, a jeśli się otworzy, cokolwiek by się nie działo, choćbym stracił przytomność, zaczął się rzucać, choćbyś musiała mnie uszkodzić, wbij w niego kieł. — Wiedziała, o czym mówił, choć nie chciała tego do siebie dopuścić – o jego połączeniu z Voldemortem. Horkruks mógł mieć tego świadomość, chcieć to jakoś wykorzystać, wpłynąć na niego. Harry może przestać być sobą, próbować go bronić, a nawet walczyć z nią. — Obiecaj, że bez względu na wszystko zrobisz to.
— Ale…
— Obiecaj!
Przygryzła wargę pod powiekami czując ciepło wzbierających łez.
— Obiecuję — szepnęła, jednocześnie schylając się po rzucony kieł.
— Gotowa? — zapytał, a kiedy potwierdziła, zasyczał do medalionu.
Wzdrygnęła się słysząc wężomowę, ale efekt był natychmiastowy. Medalion otworzył się. Choć nie powinna tego robić, pokierowana ciekawością, a może czym innym, zajrzała do wnętrza otwartego medalionu. Było tam… serce. Miniaturowe, wyglądające jak ludzkie serce, bijące teraz tak szybko… to żyło. Naprawdę żyło.
— Dźgaj! — rozkazał, ale jej ręką nawet nie drgnęła.
Nie mogła tego zrobić. Po prostu nie mogła. To miało w sobie życie.
Życie Voldemorta, przypomniała sobie, on nie zastanawiałby się ani sekundy nad tym, żeby nas zabić.
Biorąc głęboki wdech, po części dla uspokojenia się, a po części dla dodania sobie odwagi zacisnęła palce mocniej, uniosła rękę i wbiła kieł. Usłyszała dziwny, nieludzki dźwięk, mieszający się z wrzaskiem Harry’ego. Przestraszona, zerknęła na przyjaciela, który leżał z powrotem na plecach, jęcząc i trzymając się za czoło. W pierwszej chwili chciała podejść do niego, ale potem sobie przypomniała jego słowa: Bez względu na wszystko. Oblizując wargi, wbiła ponownie kieł. Trochę za lekko i chyba zbyt płytko, więc powtórzyła. Ściana krwi bryznęła na nią, oblepiając jej oczy i usta. Ciepła, lepka krew… Nie, to iluzja, to musi być iluzja, nic tak małego nie mogło mieć w sobie litrów krwi. A jednak czuła ją, tak realną i obrzydliwą… A serce wciąż biło. Wbiła ponownie, jeszcze raz i jeszcze. I w końcu… zamarło. Nie biło, nawet nie drgało, zakrwawione i przedziurawione w środku. Upadła na kolana, tuż przy przyjacielu, trzęsąc się oraz walcząc z płaczem.
— Harry? — zapytała cicho. Żadnej reakcji. — Harry…? — Wzbierając w sobie całą odwagę, spojrzała na niego. Leżał oblepiony czerwoną mazią, tak samo jak ona, ale jego twarz… Całkowicie pustym wzrokiem gapił się w sufit. To sprawiło, że jej serce na sekundę czy dwie zamarło z przerażenia. — Harry! — Potrząsnęła nim, w jednej z dłoni wciąż trzymając kieł. Musiała musnąć jego bokiem ramię przyjaciela, bo nagle, jakby podskoczył i spróbował się odsunąć.
— Nie! — krzyknął, kuląc się. — Nie pozwolę ci! Nie zabijesz mnie! Nie… — Zacisnął powieki, trzęsąc się i podciągając kolana do klatki piersiowej. Spróbowała go dotknąć, ale jeszcze dalej się odsunął. — Myślisz, że taka szlama jak ty może mi coś zrobić?
Co? Była zbyt zszokowana, żeby zareagować. Co się działo? Przecież horkruks został zniszczony, więc dlaczego Harry tak się zachowywał? Kiedy odłożyła kieł, przyjaciel wyraźnie się uspokoił. Ostrożnie odgarnęła z jego czoła włosy i dotknęła go. Był cały rozpalony, a w miejscach, gdzie nie został umazany krwią dostrzegała nie krople, a strugi potu.
Co się dzieje?
Nie tak miało być, nie tak… Zatęskniła za Ronem, który niczego nieświadomy pewnie szorował puchary na szlabanie… który, gdyby tylko wiedział, mógłby im pomóc… ale nie było go tu. To ona musiała ich stąd wydostać. Zastępując rozpacz chłodną determinacją, zostawiła majaczącego przyjaciela i wyrwała jeszcze kilka kłów, po czym schowała je do torebki. Kiedy sięgała po medalion, nieco się zawahała, ale gdy go dotknęła, nic się nie stało. Z całą pewnością udało się go zniszczyć. Następnie jakoś zdołała zaciągnąć Harry’ego do tego samego tunelu, którym przyszli, usadziła go przed sobą na miotle i polecieli w górę. Nie potrafiła lądować ani hamować, więc praktycznie zwalili się z miotły. Przynajmniej trafili do tej samej łazienki. Starając się nie słuchać majaczenia przyjaciela, oparła go o bok kabiny. Wciąż się nerwowo wierzgał, ale przynajmniej jej nie wyzywał i nie starał się zaatakować. Co powinna zrobić? Była zbyt osłabiona, aby sama wyczarować nosze, poza tym mogłaby w drodze napotkać ucznia albo co gorsze nauczyciela. Drżącą ręką sięgnęła po odznakę prefekta z wymalowanymi czterema herbami. Istniał jeden sposób… Szalony i ryzykowny, choć może mniej niż rzucanie avady w kierunku własnego przyjaciela. Sięgnęła po różdżkę, zastanawiając się, który z domów wybrać. Wystarczyło, że koniec przycisnęłaby do jednego z herbów, a prefekci danego domu zostawali nie tylko powiadomieni o niebezpieczeństwie, ale instynktownie wiedzieli, gdzie iść. Gdyby nacisnęła po kolei wszystkie cztery zostałaby powiadomiona dyrekcja. Pracowała nad tym z Flitwick, który był z niej bardzo dumny. Pomyślała o wezwaniu Rona, ale Filch, choćby atakowali szkołę, nigdy nie wypuściłby go ze szlabanu. Im mniej ludzi wiedziało tym lepiej… Harry chciałby, żeby i to się udało zataić.
Zawahała się, a potem podjęła decyzję.
— Obyś się co do niego nie mylił — powiedziała cicho do nieświadomego przyjaciela.
Przyjdź sam, modliła się w duchu, przyjdź sam, przyjdź…
Po pięciu minutach – a może minęła już cała wieczność? – drzwi się otworzyły. Hermiona nigdy nie sądziła, że nastanie chwila, w której ucieszy się na widok Dracona Malfoya, ale tak właśnie było. Gdy tylko przekroczył próg i ich dostrzegł zamarł. Nagle dotarło do niej, jak wyglądali – cali oblepieni krwią, brudni, w dodatku Harry pół-przytomny.
— Granger — odezwał się głosem tak zmienionym, że ledwo go rozpoznała. — Co się, kurwa, stało?
— Nie ma na to czasu — odparła, z trudem podnosząc się na nogi. — Musimy przenieść go do skrzydła. Przywołaj pelerynę niewidkę.
Malfoy spojrzał na nią, wyglądając na zaskoczonego, ale chwilę później trzymał w rękach pelerynę. Niechętnie podał ją Hermionie, po czym ukląkł naprzeciwko Harry’ego. Chyba dostrzegł oparzenie, bo znieruchomiał, a następnie bardzo delikatnie pociągnął podkoszulek nieco w dół, by się lepiej przyjrzeć.
— Co mu się stało?
— Malfoy, błagam, przestań pytać. Jeśli naprawdę jesteś po naszej stronie, to się zamknij i nam pomóż. Proszę. — W jej głosie pobrzmiała wyraźna desperacja i Ślizgon też musiał ją usłyszeć, bo nic więcej nie powiedział. W tym samym momencie Harry otworzył oczy i spojrzał na blondyna z taką nienawiścią, o jaką Hermiona nigdy go nie podejrzewała. Nawet Malfoy wyglądał na przejętego, a jego szok wzrósł, gdy Harry się odezwał – ale nie po angielsku, tylko w wężomowie. Nie miała pojęcia, co mówił, ale sposób w jaki to robił… Każde słowo wręcz wypluwał, nasączone gniewem oraz wstrętem.
— Co on wygaduje?
— Nie wiem, Malfoy — odpowiedziała, mając już dość wrażeń, jak na dzisiejszy wieczór. — Nie mam pojęcia. Próbowałam go uciszyć, ale mi się nie udało, w dodatku… — W tym momencie Ślizgon lekko uniósł Harry’ego, a następnie - ku przerażeniu Hermiony - pchnął go mocno na ścianę tak, że uderzył o nią tyłem głowy. Harry momentalnie zamilkł, właściwie, chyba stracił przytomność. — MALFOY!
— Powiedziałaś, że chciałaś go uciszyć.
— Uciszyć, a nie bić!
— Nie histeryzuj, Granger. Potter ma twardą głowę. Skoro nawet avada go nie zabiła, to co dopiero takie błahe obrażenie.
Malfoy był nieczułym draniem, ale też ich ostatnią deską ratunku.
— Dasz radę lewitować go przez całą drogę do skrzydła? — zapytała, odsuwając od siebie gniew. Kiedy Malfoy skinął głową, narzuciła na przyjaciela niewidkę, a siebie wyczyściła zaklęciami. — Nikt nie może go zobaczyć.
W milczeniu, lewitując przed sobą nieprzytomnego Harry’ego, szli do Skrzydła Szpitalnego. O tej porze, dawno po ciszy nocnej, korytarze były puste, a nawet gdyby kogoś spotkali, miała przygotowaną wymówkę. W końcu oboje byli prefektami, więc mogli mieć wspólną, nocną straż. Gdy tylko dotarli na miejsce, Madame Pomfrey przywitała ich okrzykiem przerażenia.
— Co się stało?!
Kiedy odwróciła się, by ułożyć chłopaka na jednym z łóżek, Hermiona zrozumiała, co powinna zrobić. Nie było to zgodne z prawem ani ze wszystkim, w co wierzyła, ale przez te lata zrozumiała, że istniały rzeczy ważniejsze niż ściśle narzucone zasady – a mianowicie przyjaźń. Dumbledore nie chciał, by ktoś wiedział o tym prócz nich, tak samo Harry. Lekko drżącą ręką, ale przekonana o słuszności tego czynu, wycelowała w plecy pielęgniarki. Kątem oka zobaczyła zdumienie wpływające na twarz Malfoya, ale nie odważył się jej powstrzymać.
Obliviate — szepnęła, a złota smuga zaklęcia trafiła w kobietę, która nagle się wyprostowała i odezwała, jakby nigdy nic:
— To oparzenie wygląda paskudnie, ale coś na nie poradzimy. — Zniknęła w drugim pomieszczeniu, zapewne szukając odpowiedniego eliksiru.
Czuła na sobie spojrzenia Malfoya i w końcu zdobyła się na odwagę, by spojrzeć mu w oczy. W drżącej ręce wciąż ściskała różdżkę.
— Czy ty właśnie…
— Zmodyfikowałam wybrane wspomnienie — wyjaśniła łamiącym się głosem. Nie mogła rozkleić się przy tym draniu. Nie mogła. Może za sprawą światła, a może emocji, Malfoy wydał jej się jeszcze bledszy. — Myśli, że zaatakowały go Płonące Pnącza w szklarni. Mam nadzieję, że gdy się ocknie, będzie już normalnie się zachowywał.
Nagle dotarła do niej cała ta sytuacja. Wezwała Malfoya, który może i nie dowiedział się, co takiego robili, ale wszystko wyraźnie wskazywało, że nie było to nic legalnego. Był świadkiem majaczącego Harry’ego, rzucenia przez nią zaklęciem modyfikacji pamięci na szkolną pielęgniarkę… Nigdy ich nie lubił, mógłby komuś na nich donieść, a wtedy ciężko byłoby wybrnąć kłamstwem z sytuacji. Może nawet daliby im Veritaserum. Chyba, że zmieniłaby też wspomnienie Malfoya… Te myśli przebiegły jej przez głowę w ułamku sekundy. Dotarło do niej, że musi to zrobić dokładnie w tej samej chwili co i do Malfoya.
Jak na komendę wycelowali w siebie różdżkami.
Malfoy obdarzył ją cwanym uśmieszkiem.
— Nawet nie waż się, Granger — powiedział, choć pod tą pozą pewnego siebie, wyczuła coś na kształt strachu. — Takie szlamy jak ty zjadam na śniadanie.
— Po tym jak stchórzysz czy przed?
Ręka chłopaka drgnęła, ale nie opuścił jej. Wyglądał, jakby walczył z samym sobą o opanowanie.
— Nic nikomu nie powiem. Chcę wiedzieć tylko jedno. Czemu wybrałaś akurat mnie?
Hermiona odetchnęła z ulgą; na to pytanie mogła odpowiedzieć.
— Bo Harry wierzy, że pod tą powłoką wstrętnego gada jesteś dobrym człowiekiem.
— Mam się wzruszyć, Granger? — zakpił, choć coś w jego twarzy się zmieniło.
— Nie — zaprzeczyła. — Masz nie zawieść jego oczekiwań, bo następnym razem nie będę się wahać ani sekundy — powiedziawszy to opuściła różdżkę.
Malfoy wyglądał na zaskoczonego, ale po chwili powtórzył gest. Zarzucił na siebie pelerynę niewidkę i rozeszli się, nie mówiąc już nic więcej.
Jakiś czas późnej, leżąc już w swoim dormitorium i tęskniąc za obecnością Rona, uświadomiła sobie jeden, straszny fakt. Gdy rozpakowywała torebkę, nie znalazła w niej zniszczonego horkruksa.

***


Czuł, jakby wracał z bardzo daleka. Z miejsca, gdzie jedyne, co widział to ciemność, gdzie jedyne, co czuł, to wszechobecny ból i gniew, jedyne, co słyszał, to nieustające szepty, zawsze i w każdej chwili szemrające gdzieś w pobliżu. Szepty nienawistne, podjudzające, ciągnące go w dół, coraz głębiej w pustkę, umiejscowioną w nim samym. Szumiały mu w głowie, opowiadając historie, których nie chciał słyszeć. Biegł przed siebie, a może płynął? Powierzchnia była tak daleko, nieosiągalna i ledwie widoczna, ale nie zatrzymywał się, słysząc, jak śmiały się z niego. Miał wrażenie, że nigdy się stąd nie wydostanie, że zostanie tu na wieczność i jeszcze dłużej, aż ta nicość pochłonie i jego.
Usłyszał dochodzący z nad powierzchni głos, jednak inny niż te, które go ścigały. Nie nosił śladów szyderstwa, był znajomy, może nawet… zaniepokojony?
Harry wyciągnął się w stronę tego dźwięku, a mrok otaczający go ze wszystkich stron rozstąpił się. Widział szare kształty, teraz trzymające się z daleka, jakby bały się wejść w krąg światła. Jeden ruch dzielił go od powierzchni. Rzeczywistość zaczęła mu umykać, a może był to zwykły koszmar? Pomiędzy jedną nieskończonością a drugą, przez barierę nieświadomości doszły do niego słowa:
— Potter. Potter, przestań, ciii...
Gdy wreszcie się obudził, nozdrza zaatakował ostry zapach eliksirów. Otaczała go ciemność jednak nie tak złowroga, jak ta przed momentem. Czuł na czole zimny dotyk materiału i potrzebował chwili, aby dotarło do niego, że to Malfoy stał nad nim i go trzymał. Było to tak nierealne, że przez chwilę Harry pomyślał, że zwariował.
— Przestać… z czym? — wychrypiał, decydując się odezwać.
Chłopak drgnął, natychmiast zabierając rękę z okładem.
— Krzyczałeś — wyjaśnił, wyglądając na trochę zmieszanego, ale przede wszystkim na zmęczonego, jakby nie spał od wielu dni. Co tu robił? I co się, do cholery, stało? Harry ostatnie co pamiętał, to niszczenie horkruksa, a późniejsze wydarzenia mu umknęły. — Lepiej się już czujesz?
To musi być sen. Kolejna dawka koszmaru; w prawdziwym świecie Malfoy nigdy nie zwróciłby się do niego w ten sposób, w prawdziwym świecie ledwo znosił jego obecność, więc to nie mógł być prawdziwy świat, bo ten Draco Malfoy przypatrywał mu się niemal ze zmartwieniem. Nie, zaraz musiał mieć pewność…
Harry z trudem podźwignął się do siadu i nie zważając na tępy ból, który odezwał się z tyłu głowy, chwycił nadgarstek chłopaka. Trochę za szczupły, ale ciepły i zdecydowanie realny. Czuł pod palcami puls. Malfoy zamarł, jakby nie wiedział, jak się zachować.
— Naprawdę… Naprawdę tu jesteś — stwierdził z ulgą Gryfon.
Blondyn popatrzył na niego z pożałowaniem.
— Oczywiście, że jestem — prychnął i wyszarpnął rękę. — Od tego syczenia pomieszało ci się w głowie?
Syczałem? — zapytał, czując, jak coś zapada mu się w żołądku.
— Tak, Potter. Właściwie od dobrych kilku godzin nie robisz nic innego tylko syczysz, rzucasz się albo wydzierasz w niebogłosy. Gdyby Granger nie zmieniła Pomfrey wspomnień, pewnie leżałbyś już na oddziale w Świętym Mungu.
Harry opadł w poduszki, przez chwilę obserwując cienie przemykające po suficie. Malfoy nie przestawał mu się przypatrywać, ale miał to gdzieś. Więc leżał tu już kilka godzin… Widocznie Hermiona musiała wydostać ich z Komnaty Tajemnic i przenieść do skrzydła. Zniszczyła horkruksa? I co tu robił Malfoy?
— Nie rozumiem — wyraził na głos swoje myśli.
— A to ci dopiero nowość — stwierdził drwiąco, ale Gryfon zignorował zaczepkę. Przez to, że się przed chwilą podniósł kręciło mu się w głowie. Barwy zaczęły mieszać się ze sobą, światła drgać niczym małe świetliki, a wszystko lekko wirowało… — O nie, nawet nie waż się zasypiać. Gdziekolwiek byłeś, następnym razem może nie być stamtąd powrotu. — Harry półświadomie poczuł, że został złapany pod ramionami i dźwignięty do siadu. — Pij — rozkazał Malfoy; ostry ton jego głosu nie pasował do delikatności, z którą podtrzymywał mu głowę, gdy pił wodę. Kiedy skończył osunął się z powrotem w dół, po czym z trudem utrzymując otwarte oczy, spojrzał na chłopaka.
— Kim jesteś i co zrobiłeś z Draco Malfoyem? — zażartował ochryple, a jedyną odpowiedzią jaką dostał, było lekkie wygięcie warg. Oczy blondyna miały dziwnie pusty wyraz.
— Granger nie powinna była cię tu zostawiać samego — stwierdził cicho.
Co miał na myśli? Czy to znaczyło, że on trwał przy nim cały czas? Nie zdążył się dowiedzieć, bo z powrotem zasnął.
Obudził się parę godzin później, kiedy światło dzienne wpadało przez ogromne okna. Sen musiał zregenerować jego siły, bo teraz siedzenie nie sprawiało mu najmniejszego problemu. Tępy ból głowy również zniknął, jedynie oparzenie na szyi nieco szczypało. Musnął je palcami, a z ust wyrwało mu się niekontrolowane syknięcie. Spojrzał na sąsiednie łóżko; Malfoy leżał w poprzek, przedramieniem zasłaniając sobie oczy. Harry nie był pewien czy spał, czy tylko odpoczywał, bo obok, tuż przy jego biodrze, leżała otwarta gazeta.
Postanawiając mu nie przeszkadzać sięgnął po szklankę z wodą, ale niestety upadła, rozbijając się w drobny pył.
Malfoy poderwał się, przez kilka sekund wyglądając na zdezorientowanego. Harry rzucił chłopakowi przepraszający uśmiech.
— Powinieneś leżeć. — Było pierwszym co wyszło z ust Ślizgona.
— Już mi lepiej. Um, przepraszam, że cię obudziłem — powiedział, dodając ze zdziwieniem: — Byłeś tu całą noc?
Blondyn wzruszył ramionami, unikając patrzenia mu w oczy. Wyglądał na zażenowanego, złego i zmęczonego jednocześnie. Kiedy się odezwał, nie brzmiał zbyt miło:
— Nawet gdyby, to co z tego?
— I Hermiona pozwoliła ci tu ze mną zostać?
Tym razem wytrzymał spojrzenie Harry’ego, a na jego usta wpełzł pełen zadowolenia uśmieszek.
— Wy, Gryfoni, jesteście tacy naiwni. Wystarczyło, że narzuciłem na siebie pelerynę niewidkę i trzasnąłem drzwiami, a już myślała, że sobie poszedłem. — Wcisnął rękę do kieszeni, po chwili coś z niej wyjmując i rzucając w stronę Harry’ego. Ten natychmiast złapał. — To chyba twoje.
Gryfon spojrzał na swoją dłoń, w której ściskał zniszczony medalion Salazara Slytherina. Teraz nie wyczuwał pod palcami bicia serca ani najmniejszego przepływu magii.
Udało się. Naprawdę się udało.
— Skąd to masz? — zapytał, starając się nie zabrzmieć podejrzliwie. Nie chciał drażnić Malfoya, szczególnie po tym, jak czuwał przy nim całą noc.
— Chyba wypadł tobie albo Granger w łazience — wyjaśnił, a potem, nim Harry zdążył zadać kolejne pytanie, dorzucił: — Wezwała mnie wczoraj.
Harry nie miał pojęcia ani co o tym myśleć, ani tym bardziej, jak zareagować.
— Aha — odparł, a Malfoy wypuścił z frustracją powietrze.
— I co? Nie zamierzasz nic powiedzieć? — Harry milczał, a to widocznie nakręciło chłopaka. — Znalazłem was umazanych we krwi, ślęczałem nad tobą całą noc, zmieniałem pieprzone okłady, mogłem wtedy spać albo robić cokolwiek innego, zamiast wysłuchiwać twoich jęków i po tym wszystkim nie zasługuję nawet na wyjaśnienia?
— Nikt cię o to nie prosił. — Gdy tylko te słowa opuściły jego usta, od razu tego pożałował. Zabrzmiało to tak bezdusznie i niewdzięcznie, że aż sam miał ochotę zdzielić siebie po twarzy. Przyszło mu do głowy, że Malfoy zachował się tak tylko dlatego, bo chciał mu się podlizać i sprytnie wydobyć z niego prawdę, ale odsunął od siebie tę myśl. Prawdopodobnie chłopak pierwszy raz zachował się w stosunku do niego miło, a on tak mu dziękował. Podejrzeniami i zbywaniem. Ale przecież nie mógł mu powiedzieć. Nie mógł. — Malfoy, słuchaj… Jestem ci wdzięczny, ale naprawdę nie mogę…
Ślizgon wstał i spojrzał na Harry’ego z zawodem graniczącym z odrazą, jakby dokładnie wiedział, o czym myślał.
— Granger powiedziała… — urwał i potrząsnął głową. — Zresztą nie ważne. Severus miał rację. Wystarczy jedna zła decyzja i ludzie nigdy ci nie wybaczą, a ty jesteś taki sam. Całe to twoje gadanie o dawaniu drugich szans, było tylko zwykłym pierdoleniem, nie? Lepiej powiedz, o co chodziło z tą — wskazał pomiędzy nich — znajomością, czy cokolwiek to jest.
— O nic mi nie chodziło — powiedział, czując się źle z tym, jak Malfoy to odebrał. Choć to było raczej oczywiste, wychowywał się w takim właśnie środowisku – podstępów, interesowności, towarzyskich gierek… Nic dziwnego, że trudno było mu uwierzyć, iż zainteresowanie Harry’ego nie miało niczego złego na celu. Uświadomił sobie, że nie chciał, żeby sobie poszedł, bo gdyby to zrobił, zawarta przez nich nić porozumienia odeszłaby razem z nim. Może mógłby… powiedzieć mu część prawdy? Nie całą i nie o horkruksach, ale chociaż niewielką cząstkę, by uwierzył. — Wczoraj... nie byliśmy w łazience, tylko w Komnacie Tajemnic.
Ślizgon popatrzył na niego, jakby uważał, że chce go nabrać.
— No jasne — zadrwił. — A nie spotkałeś tam czasem swojego starego kumpla, bazyliszka?
Harry zmarszczył brwi.
— Był tam, martwy. — Malfoy prychnął. — O co ci chodzi? Mówię prawdę, a ty dalej jesteś niezadowolony!
— Takie bajeczki, Potter, to możesz opowiadać kiedyś swoim dzieciom na dobranoc, a nie mnie.
Świetnie, po prostu świetnie. Nadal mi nie wierzy.
— Co jest bajeczką, Malfoy? Bazyliszek? Komnata Tajemnic? A może przepowiednia też jest bajeczką, co? — Uświadomił sobie, że wstał dopiero wtedy, gdy Malfoy zrobił krok w tył. — Twój tatuś nie powiedział ci, że to właśnie po nią był wtedy w ministerstwie? — Oceniając po zszokowanej minie Ślizgona, nie, nie miał o tym zielonego pojęcia. — Może zmyśliłem sobie też śmierć swoich rodziców?! Albo w ogóle istnienie Voldemorta? — Malfoy skrzywił się na dźwięk tego nazwiska. — A, więc jednak jego imienia się boisz, a to chyba znaczy, że on naprawdę żyje. Zresztą, czy nie widziałeś go na własne oczy? A może sam zrobiłeś sobie ten znak?! — Chwycił go za lewę przedramię. Malfoy szarpnął ręką, jakby chciał ją oswobodzić, ale Harry trzymał mocno. — To. — Przesunął opuszkami po kształcie czaszki, wyczuwając pod nimi wibrującą magię. Prócz tej delikatnej, wyczuwalnej energii, nie różnił się w dotyku; był tak samo ciepły jak reszta skóry. Powędrował palcami nieco wyżej, muskając węża. Malfoy nie odważył się odezwać; Harry nie wiedział czy z obawy, że rozzłości go jeszcze bardziej, czy z zaskoczenia na niespodziewany dotyk. — Jest takim samym dowodem na jego istnienie i wszystkiego, co mówię, jak i to. — Puścił jego rękę, wskazując na bliznę na swoim czole. — Chcesz jeszcze jakiegoś dowodu, Malfoy? — zapytał, ledwie rozpoznając swój głos tak bardzo był niski i ochrypły. Odszedł parę kroków i wyjął różdżkę spod poduszki, mając nadzieję, że Hermiona jeszcze nie zdążyła ich zabezpieczyć. Wymruczał zaklęcie, a po chwili w jego dłoni pojawiło się, to co chciał. Stał teraz bokiem więc Ślizgon nie mógł zobaczyć, co takiego trzymał. Blizna rozpaliła jego czoło, jakby mogło pęknąć na pół. Zignorował to. — Daj rękę.
— Co? — zapytał, w końcu odzyskując zdolność mówienia. — Znowu będziesz mnie macał po znaku? To jakiś twój fetysz, Potter? Podnieca cię to?
Harry zaśmiał się nerwowo.
— Nie. No dawaj. — Malfoy wyciągnął lewą dłoń, najwidoczniej naprawdę sądząc, że znowu chce obejrzeć jego znak. — Tę drugą. — Wsunął mu do ręki kieł.
Ból momentalnie zniknął.
Blondyn wpatrywał się w to, co trzymał, jakby nie mogąc uwierzyć własnym oczom.
— Czy to jest…?
— Kieł bazyliszka — potwierdził. — Czy teraz wierzysz, że byłem w Komnacie Tajemnic? — Mina chłopaka wystarczyła za odpowiedź. Wyglądał podobnie, jak ledwie wczoraj w korytarzu – trochę zdumiony, ale w pozytywny sposób. Harry westchnął, uznając, że było jeszcze coś, czego Malfoy w nim nie lubił i co wymagało sprostowania. Poczuł się jak w piątej klasie, gdy musiał wygłosić podobne przemówienie na spotkaniu GD. — Wiem, że myślisz, że moim hobby jest ryzykowanie swoim życiem i wiem, że te wszystkie rzeczy, które mnie spotkały brzmią nierealnie i bohatersko, ale… to nie ono mną kierowało. Pięć lat temu zszedłem do Komnaty Tajemnic, bo bazyliszek spetryfikował moją najlepszą przyjaciółkę i porwał siostrę mojego kumpla. Co w tym dziwnego, że chciałem im pomóc? Ty też chciałeś chronić swoją matkę. Na cmentarzu nie wylądowałem dlatego, że miałem na to ochotę, ale zostałem w to wrobiony. Do Ministerstwa Magii nie poleciałem pościgać się ze śmierciożercami, tylko dlatego, że byłem przekonany, że przetrzymywany jest tam mój ojciec chrzestny, jedyna rodzina jaka mi została i którą kolejny raz mi odebrano. Zabiję Voldemorta nie przez jakąś przepowiednię, tylko dlatego, bo on zabił moich rodziców. Czy to naprawdę takie dziwne?
Malfoy milcząc i wyraźnie myśląc nad tym, co powiedział, wpatrywał się w kieł w swojej dłoni.
— Naprawdę nim jesteś — stwierdził po chwili. — Wybrańcem.
— Właśnie o tym mówię, Malfoy. Nie ma znaczenia czy według przepowiedni jestem nim, czy nie. Zrobię to, bo tego chcę; ale tak — urwał, mając nadzieję, że tak bezpośredni przekaz dotrze do Ślizgona — jestem nim, jeśli to cię uspokoi.
— Dlaczego mi to mówisz?
A nie wkurzyłeś się właśnie o to, że tego unikałem?
— Bo pytasz.
— Nigdy tego oficjalnie nie potwierdziłeś. Nie powiedziałeś nawet McGonagall.
— No… nie.
— Ani nikomu z Zakonu.
— Zgadza się.
— Więc dlaczego mnie?
Harry trochę nie nadążał. Najpierw Malfoy wygarnął mu, że wszystko ukrywa, a kiedy uległ, dziwił się. A może… może chodziło o co innego? Nie tyle o fakty i prawdę, co o dowód na to, że… Harry go lubił? Że nie patrzył na niego tylko przez pryzmat mrocznego znaku, że jego słowa coś znaczyły, że naprawdę dał mu drugą szansę?
— Bo czasami, Malfoy, musimy komuś zaufać, żeby nie zwariować.
Ślizgon obrócił twarz w stronę okna, a poranne, złote światło omiotło jego profil. Potter spodziewał się ujrzeć na jego twarzy oznakę zadowolenia czy chociaż ulgi, ale zamiast tego, zobaczył tylko pustkę, tak podobną do tej oglądanej czasem w lustrze. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale nim zdążył ubrać to w słowa, usłyszeli kroki. Niewiele myśląc, Harry wskoczył do łóżka, a Malfoy pod pelerynę. Nie minęła minuta, a do skrzydła szpitalnego weszli jego przyjaciele.
Hermiona widząc, że nie śpi obdarzyła go uśmiechem i usiadła na brzegu łóżka.
— Lepiej się już czujesz? — zapytała, a w niego uderzyło wrażenie deja vu; w nocy to samo pytanie zadał mu Malfoy, choć teraz wydawało się to jeszcze bardziej nierealne.
— Tak, dzięki — odparł.
— Gdybyście mnie ze sobą zabrali, nie doszłoby do tego — burknął Ron, sprawiając wrażenie nieco obrażonego.
Hermiona spojrzała wymownie w sufit.
— Chciałem to zrobić jak najszybciej — wyjaśnił Harry, ale przyjaciel nie dał się tak łatwo udobruchać.
— Obawiam się, że w tej sytuacji nikt nic nie mógł zdziałać — wspomogła go.
— Mogłem wam chociaż pomóc! — warknął Ron. — Przynajmniej zrobiłbym to ja, a nie jakiś dupek pokroju Malfoya…
— Ron! — syknęła dziewczyna, a Harry poczuł w żołądku bryłę lodu. Obrażanie Malfoya w jego obecności, gdy przyjaciele nie byli tego kompletnie świadomi, było ostatnim czego potrzebował. Modlił się, żeby tylko nie poruszyli tematu horkruksów. — Harry nawet nie wie…
— Wiem — wtrącił, miętosząc nerwowo kołdrę. — E, powiedział mi o tym, gdy tu przyszedł.
Popatrzyli na niego jakby co najmniej wyrosła mu druga głowa.
— Malfoy tu był? — zdziwiła się Hermiona. — Kiedy? Zresztą to ma teraz najmniejsze znaczenie. To, co się wczoraj stało…
O nie, tylko nie to.
— Hermiono, możemy o tym pogadać później? Jestem zmęczony i…
— Nie, nie możemy. Pamiętasz w ogóle coś z wczoraj, po tym jak zniszczyłam medalion? — Pokręcił głową, rozpaczliwie myśląc, jak zmienić temat. — Ty… byłeś chory. Bardzo chory. Miałeś chyba z czterdzieści stopni gorączki i… mówiłeś straszne rzeczy. — Przełknęła głośno ślinę. Na samo wspomnienie wydawała się przerażona, więc co wtedy musiała czuć? — A potem… zacząłeś mówić w wężomowie, rzucać się… Byłeś półprzytomny, ale wyglądało to tak, jakby horkruks tobą zawładnął. — Harry zamknął oczy, niemalże zgnieciony tym, co się właśnie stało. Owszem, przestawił dziś Malfoyowi część prawdy, ale nigdy nie zamierzał mówić mu o horkruksach. Hermiona udrękę na jego twarzy musiała przypisać swoim słowom, bo dodała. — Zastanawiałam się: jak to możliwe? Przecież go zniszczyłam.
— I do jakich wniosków doszłaś? — zapytał ponuro; i tak już wszystko się wydało. Nie było nic więcej do stracenia.
Hermiona przygryzła wargę, wyraźnie się wahając.
— Ja… Jeszcze do żadnych. Ale gdy już czegoś się dowiem, od razu dam ci znać.
Nessa Offline


 
Posty: 53
Dołączył(a): 10 lis 2010, o 00:28

Postprzez gyniol » 2 kwi 2013, o 11:05

Ja również mam nadzieję, że znajdziesz drugą betę i szybciej będziesz wstawiać rozdziały! :)
Rozdział jak zwykle, bardzo fajny. Czyta się to bardzo płynnie, nie ma nudnych momentów i relacja Harry-Draco wydaje się prawdziwa, a nie naciągana. Pomysł z Szafką Zniknięć i poproszeniem o pomoc jest w stylu Harry'ego - ryzykowny i trochę bezmyślny, ale to ci dało wymówkę, by wkręcić Draco w ich misję - sprytne :) Fajnie, że Harry nie jest tutaj takim jąkającym się idiotą, tylko wie czego chce i potrafi o to zawalczyć. Kruchość ich relacji i to czekanie oraz zamartwianie się, jak drugi chłopak zareaguje jest urocze. Draco doroślał. Mam tylko nadzieję, że ich "zbliżenie" nie będzie zbyt szybkie, no i że będzie niezapomniane :D
Ciakwa jestem, jak rozwiniesz to połączenie między horkruksami i Potter'em. Mam swoją teorię, ale poczekam, czy jest prawidłowa.
Co do zarzutu, że Harry użala się nad sobą, bo nikt nie widzi w nim "prawdziwego ja" i jest to do znudzenia powielane, to myślę właśnie, że jest to realistyczne. Pewnie poczuł się trochę odrzuocny przez przyjaciół i stąd te myśli. Nie przeszkadza mi to :)
Hermiona jest fajna, taka... naturalna, a nie irytująco przemądrzała, jak prawie we wszystkich opowiadaniach z lat szkolnych. Brawo! Tylko ta Avada mnie przeraziła... :shock: to takie nie w jej stylu, po za tym dlaczego horkruks zareagował na Avadę? Hary pewnie cały się ruszał - w końcu się dusił i Hermiona nie bała się, że chybi? Z drugiej znów strony, jest to świetny obraz, że nawet ta druga strona musi nagiąć reguły - to jest fajne, że nie są tacy święci - obliviate, avada... co dalej?

Perełki:
Nagle ze zdumieniem oraz pewną dozą niepokoju uświadomił sobie, że... miło było go widzieć.


Fajnie to napisałaś, nie ma tego szaleńczego pragnienia zobaczenia Draco, tylko lekka satysfakcja płynąca z ich rozmowy - po prostu lubienie się :)

— Nie wiem, Malfoy — odpowiedziała, mając już dość wrażeń, jak na dzisiejszy wieczór. — Nie mam pojęcia. Próbowałam go uciszyć, ale mi się nie udało, w dodatku… — W tym momencie Ślizgon lekko uniósł Harry’ego, a następnie - ku przerażeniu Hermiony - pchnął go mocno na ścianę tak, że uderzył o nią tyłem głowy. Harry momentalnie zamilkł, właściwie, chyba stracił przytomność. — MALFOY!
— Powiedziałaś, że chciałaś go uciszyć.
— Uciszyć, a nie bić!
— Nie histeryzuj, Granger. Potter ma twardą głowę. Skoro nawet avada go nie zabiła, to co dopiero takie błahe obrażenie.

Błahahaha! :lol2:

Życzę szczęścia w szukaniu bety! Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział. Nie miałabym nic przeciwko, jeśli trochę byś nas porozpieszczała i wstawiła go jak naszybciej :whistle:

PS. Mam nadzieję, że będzie więcej Pansy, bo bardzo ją lubię w tym opowiadaniu ;)
" - Z miłością jest jak z kolką nerkową. Dopóki cię nie chwyci atak, nawet sobie nie wyobrażasz, co to takiego. A gdy ci o tym opowiadają, nie wierzysz
- Coś w tym jest - zgodził się wiedźmin
- Ale są i różnoce. Przed kolką nerkową rozsądek nie chroni. Ani jej nie leczy
- Miłość kpi sobie z rozsądku. I w tym jej urok i piękno.
- Głupota raczej"
"Pani Jeziora" A.Sapkowski
gyniol Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 20
Dołączył(a): 4 lis 2012, o 12:56

Postprzez Nessa » 17 kwi 2013, o 22:22

Rozdział wyjątkowo zredagowany przez Almari, której jestem bardzo wdzięczna.
Dziękuję za komentarz i zapraszam do czytania. :)

Rozdział XI



Kiedy Ron z Hermioną opuścili Skrzydło Szpitalne Harry czekał, aż Malfoy zdejmie pelerynę i… Właściwie nie miał cholernego pojęcia, jak w tej sytuacji powinien się zachować. Zostawienie mu wspomnień o horkruksie byłoby szaleństwem, ruchem, który mógł przesądzić o wyniku wojny. Ale na samą myśl, że miałby wycelować w niego różdżką i wypowiedzieć inkantacje… Wzdrygnął się. To co robili nie było ani moralne, ani dobre; czasami przemykało mu przez głowę czy właśnie to miał na myśli Dumbledore, mówiąc, że nikt za wszelką cenę nie może się o tym dowiedzieć. Jednak to nie jakieś widzimisię; te zaklęcia, przekraczanie własnych granic… były w imię lepszego jutra, były wręcz konieczne. Tylko o wiele łatwiej celować różdżką w bezimiennego wroga niż w kogoś, kogo się znało, a co jeszcze gorsze, lubiło.
— Malfoy? — zapytał, ale odpowiedziała mu głucha cisza.
O czym to świadczyło? Zwiał? Cóż, może sobie uciekać nawet całą nieskończoność, Harry i tak go znajdzie, a wtedy… jeszcze nie doszedł do tej części planu.
Pomfrey nie chciała go wypuścić, ale w końcu po wykłócania się i zapewnianiu, że wszystko z nim w porządku, udało mu się wyjść po porze obiadowej. Brzydki ślad wypalony przez horkruksa na szyi i częściowo na piersi został, ale nie rozpaczał z tego powodu. Czarna magia zawsze zostawiała po sobie ślady i to nie był pierwszy. Uznał, że im szybciej dojdzie do tej rozmowy tym lepiej, dlatego od razu udał się do lochów. Była teraz dwugodzinna przerwa, więc miał nadzieję, że Malfoy nie spędzał jej w jakiś kreatywny sposób poza swoim dormitorium.
Uderzył kilka razy w ścianę skrywającą ślizgoński dom, i nie minęła chwila nim otworzyła mu Parkinson. Na jego widok wytrzeszczyła oczy, przez co jeszcze bardziej przypomina mopsa, ale szybko się opanowała.
— Potter.
— Parkinson — odparł, a ona wykrzywiła usta w kpiącym uśmiechu.
— Nie powiem, że miło cię widzieć. Czegokolwiek od niego chcesz przyjdź lepiej później, Draco jest teraz… — ale nie pozwolił dziewczynie skończyć, od razu przepychając się obok niej. — Potter, ty bezczelny draniu!
Czas dla pokoju wspólnego zdawał się zatrzymać. Wszystko od zielonych, obitych skórą kanap, po zwisające z sufitu na grubych łańcuchach lampy wyglądało tak samo, jak pięć lat temu. To samo długie, ponure pomieszczenie, w którym wilgoć i chłód unosiły się w powietrzu. Nie przebywało tu teraz jakoś specjalnie wielu Ślizgonów, ale ci, którzy byli, zamarli, jakby nie wierząc własnym oczom. Nott siedzący przy kominku wypuścił z wrażenia książkę. Wszystkie rozmowy, śmiechy umilkły łącznie ze skrobaniem piór. Harry pomyślał, że tak się musiał czuć gladiator, stojąc na arenie w otoczeniu wygłodniałych lwów, z tą różnicą, że jego otaczały węże.
— Ktoś może mi wskazać korytarz prowadzący do dormitorium Malfoya? — Nikt nie odpowiedział. Nie wiedział czy z lojalności czy raczej z szoku. — Okej, poradzę sobie sam — stwierdził i ruszył przed siebie.
— Chodź, Potter, zaprowadzę cię — westchnęła Parkinson, widocznie zmieniając zdanie. Poszedł za nią, a gdy tylko opuścili pokój wspólny, pchnęła go na ścianę, różdżkę wbijając mu w krtań. Harry poczuł, że z trudem oddycha.
— Czego od niego chcesz? — syknęła, obserwując go zmrużonymi oczami.
— Porozmawiać — odparł, ciężko przełykając.
— O czym?
— Nie twoja sprawa. — Wbiła mocniej różdżkę, przez co skrzywił się w bólu. Parkinson z powodzeniem mogłaby kandydować na posadę kolejnego goryla Malfoya, o ile już jej nie dostała.
— W takim razie Draco nie będzie rozmawiał z wrogiem.
— Nie jestem już jego wrogiem. Jestem… chciałbym być przyjacielem.
Oczy dziewczyny rozwarły się w zdziwieniu. Odsunęła się, nadal nie spuszczając go z oczu, jakby usiłowała przyłapać go na kłamstwie.
— Trzecie drzwi na prawo — powiedziała oschle. Nie oglądając się za siebie, nim skręcił, doszły go ciche słowa : — I lepiej spraw, Potter, żebym tego nie żałowała.
Uniósł pięść czując, jak jego podbrzusze zacisnęło się w zdenerwowaniu. Dalej nie wiedział jak postąpić, a fakt, że Malfoy na jego widok raczej się nie ucieszy, nie poprawiał tej sytuacji. Zapukał, ale odpowiedziała mu cisza, więc to powtórzył. Nie minęło dziesięć sekund, a drzwi się otworzyły.
— Czego, do diabła, znowu ch… — umikł, wydając z siebie taki odgłos, jakby właśnie połknął swój język. — Potter — stwierdził, kiedy najwyraźniej rozpoznał zjawisko przed sobą.
— E, mogę wejść?
Malfoy zrobił mu miejsce, choć wciąż patrzył na Harry’ego jak na zjawę.
— Jak się tu dostałeś? Och nie, tylko nie mów mi, Pansy cię wpuściła, tak? — Potrząsnął głową, zamykając z głuchym trzaskiem drzwi. — Co za zdrajczyni.
Coś jest nie w porządku, pomyślał Harry, wpuścił mnie i jeszcze się nie wściekł.
Robiąc krok do przodu obrzucił pomieszczenie ciekawskim spojrzeniem. Kolorystyka dormiotrium odpowiadała jego wyobrażeniom. Zieleń i biel wykluczyły wszelkie inne barwy, ograniczając je do minimum - szmaragdowa pościel, szmaragdowe obicia foteli, szmaragdowe wstawki… — Ee, zielono tutaj.
Draco stojący tuż za nim prychnął.
— Czego się spodziewałeś? Puchatych dywanów i różowej pościeli w serduszka?
Na pewno spodziewał się jakiegoś rodzaju luksusu. Może to głupie, ale zawsze wydawało mu się, że Malfoy nie będzie mieszkał w takich samych warunkach jak wszyscy. A tymczasem postawiono tu tylko trzy łóżka, przy których stały nocne stoliki; podłużne biurko podsunięto pod wielkie okno, zza którego było widać głębiny jeziora. Jakiś tryton właśnie przyciskał nos do szyby, spokojnie dryfując w zielonkawych odmętach. Harry słyszał kapanie wody, choć nigdzie nie dostrzegł przecieku. Z niepokojem zastanowił się, czy istniała jakaś szansa, aby woda dostała się do środka. Nie wyobrażał sobie budzić się, nigdy nie czując na twarzy promieni porannego słońca.
Dojrzał na biurku dwie ramki z ruchomymi zdjęciami. Na jednym widniał perfekcyjny wizerunek Narcyzy; lekko wyginając wargi patrzyła zapewne na autora zdjęcia, a diamenty w jej uszach lśniły w ten sam chłodny sposób, co i jej oczy. Przypominała lodową rzeźbę. Harry z zaskoczeniem zauważył, że Malfoy nie był całkowitą kopią Lucjusza; zawsze sądził, że tylko w niego się wdał, ale im dłużej oglądał zdjęcie, tym więcej dostrzegał podobieństw do jego matki. Taki sam kolor tęczówek, kształt oczu; marszczył nos w ten sam sposób, co ona. Przeniósł spojrzenie na drugą fotografie - nieco młodsza Pansy wisiała na szyi Malfoya, wpatrując się w niego z wypisanym na twarzy uwielbieniem, a on spoglądał prosto w obiektyw, sprawiając wrażenie zadowolonego i pewnego siebie. Fotograficzny odpowiednik dziewczyny stanął na palcach i coś szepnął mu do ucha, a blondyn zaśmiał się. Za nimi w oddali majaczył dziedziniec Hogwartu. Pewnie Crabbe lub Goyle robił to zdjęcie.
— To rewizja, Potter? — odezwał się niespodziewane, przez co Harry prawie podskoczył. — Bycie Wybrańcem jeszcze nie czyni cię aurorem.
Poczuł jakby został przyłapany na podglądaniu, choć przecież nic złego nie robił. Odwrócił się w stronę chłopaka, dopiero teraz zauważając, że nie był ubrany ani w to co rano, ani w szkolny mundurek. Malfoy był chudy, ale nie wychudzony; szary podkoszulek, który założył przylegał do ciała, podkreślając zarys mięśni na jego ramionach, a na nogach miał granatowe, dresowe spodnie.
A moich spodni się czepiasz, pomyślał z przekąsem, jednak zaraz przypomniał sobie, że Ślizgon czuwał przy nim całą noc, więc może właśnie zamierzał uciąć sobie popołudniową drzemkę.
— Zamierzasz usiąść czy będziesz tak tylko sterczał? — zapytał, a Harry natychmiast zajął jeden z foteli przy oknie. — Czego się napijesz?
— Obojętne. — Czemu się nie wściekasz? zastanawiał się, podczas gdy Malfoy podał mu szklankę z sokiem dyniowym. Sam usiadł na parapecie, uginając jedną nogę. Nie założył butów, pantofli ani skarpetek. Jak wytrzymywał w takiej temperaturze tak letnio ubrany? Było tu co najmniej siedem stopni mniej niż w całej reszcie zamku. — Gdy tu szedłem widziało mnie paru Ślizgonów. Nie jesteś zły ani nic? — Malfoy pokręcił głową. — Do tej pory nie chciałeś, żeby ludzie wiedzieli, że… — Jak to ująć? — zadajemy się ze sobą. Co się zmieniło?
— Doszedłem do wniosku, że i tak bardziej przerąbane mieć nie mogę. — Napotykając wyczekujące spojrzenie Harry’ego, westchnął z frustracją i przeczesując palcami włosy, dodał: — A to… może raczej pomóc.
— Pomóc? — powtórzył Harry, marszcząc brwi. Nic już nie rozumiał.
— Niektórzy ludzie uważają, że jesteś potężniejszy od Czarnego Pana. Wiele Ślizgonów się ciebie obawia, a jeśli nie stricte ciebie, to tego, że Go pokonasz, sprzątniesz ich rodziców, wsadzisz ich za kratki… — Harry doszedł do wniosku, że chyba nie chciał dalej słuchać. — Dlatego doszedłem do prostego wniosku, że jeśli będę się z tobą zadawał, to automatycznie oni będą obawiać się, że się wkurzysz jeśli mi nadepną na odcisk. — Nie powinien czuć rozczarowania, ale to właśnie ono ścisnęło jego serce. Czego się spodziewał? Przecież wiedział, jaki jest. Ślizgoni nie robili niczego ot tak, za wszystkim krył się jakiś interes… Mina musiała go zdradzić, bo Malfoy dodał po chwili. — A poza tym nie jesteś taki zły.
W porządku, to już brzmiało lepiej. Właściwie z ust Malfoya chyba powinien uznać te słowa za komplement. A teraz pora na znacznie gorszą część rozmowy. Wziął głęboki oddech.
— Malfoy, to co dziś usłyszałeś w skrzydle… Czy w ogóle zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji?
— Nawet nie wiem czym jest ten cały holux.
— Horkruks — poprawił go Harry. — Nikt o tym nie wie, nikt, prócz mnie, Dumbledore’a, Hermiony, Rona i teraz ciebie.
Twarz blondyna przybrała ten sam pusty wyraz, który widział w skrzydle szpitalnym, a gdy przemówił, jego głos również nie nosił śladów emocji.
— Po prostu to zrób.
— O czym ty mówisz? — zapytał, obserwując go z niepokojem.
— Teraz będziesz udawał niewiniątko, Potter? Myślisz, że nie wiem, jakie macie metody pozbywania się niewygodnych świadków? „Pamięć wyczyszczona do zera” tak napisali w Proroku o śmierciożercach u Borgina. — Harry mimowolnie zadrżał, czując się winnym, że choć przez chwilę to rozważał. — A Granger? Wczoraj była na tyle łaskawa, że zmieniła Pomfrey jedynie wspomnienie. Ilu ludzi tak załatwiliście? Zresztą to bez znaczenia, rób, co trzeba i spadaj.
Zrozumiał, że nie da rady, nie może rzucić zaklęcia. Szaleństwem było ryzykowanie wygraną, ale widocznie był szaleńcem. Może lepiej zwariować niż dążyć do wygranej po trupach.
— Nie zamierzam zrobić żadnych z tych rzeczy — oznajmił, zaniepokojony tym, że Malfoy tak zwyczajnie po prostu poddałby się temu, nawet nie walcząc. — Usiłuję ci tylko powiedzieć, że od tego zależy nasza wygrana. Gdyby to dotarło do Voldemorta…
Malfoy zaśmiał się gorzko, w sposób, przez który plecy Harry’ego przebiegł nieprzyjemny dreszcz.
— Och, no jasne, czekaj sekundę, już Mu wyślę sowę. — Sarkazm użądlił Gryfona; Malfoy zeskoczył z parapetu i teraz nad nim górował. — Jak głupi jesteś? Nie dociera do ciebie, że jestem skreślony? Zresztą, nawet gdybym nie był, to nigdy… — głos mu się złamał — nie wróciłbym tam. Nigdy. — Usiadł z powrotem, podciągając kolana pod brodę i opierając o nie ręce; twarz ukrył pomiędzy nimi. Chyba drżał i Harry nie miał pojęcia jak, do cholery, powinien się zachować. Bał się odezwać, poruszyć, zrobić cokolwiek dla polepszenia tej beznadziejnej sytuacji. Napięte ramiona Malfoya dygotały i przez jedną, straszną sekundę, myślał, że płacze. Wzrok Harry’ego ześlizgnął się na jego bose stopy. Miał śmieszne palce, kościste, a ten drugi był dłuższy od pozostałych.
— Powinieneś założyć coś na nogi. — Prawdopodobnie była to najgorsza rzecz, jaką mógł właśnie powiedzieć.
Malfoy poderwał głowę z niedowierzeniem wymalowanym na twarzy, a potem odchylił się i zaśmiał. Cóż, przynajmniej nie wyglądał już jak na skraju załamania nerwowego. Przez dłuższą chwilę żaden z nich nic nie mówił. Ślizgon siedział nieruchomo, obserwując sufit, zamknięty w kręgu własnych myśli, aż w końcu się odezwał.
— We wakacje przed szóstą klasą odwiedziłem ojca w Azkabanie. — Harry zamrugał, zaskoczony tą nagłą zmianą tematu. Uważnie obserwował jego twarz, śledząc każdą zachodzącą na niej zmianę, ale te emocje były zbyt złożone, aby umiał je jasno określić. — Stwierdził, że już jesteśmy martwi, bo wie, że nie zdołam wypełnić zadania, a jeśli się wycofam… to nie będzie miał już syna. Powiedział „Jesteś tak samo słaby jak swoja matka”. — Przełknął głośno ślinę, a grdyka na jego gardle podskoczyła. Wciąż patrzył w jeden, niezmienny punkt. Harry poczuł się oszołomiony jego słowami i niespodziewaną szczerością. — Jak widzisz, nie mogę wrócić ani do Czarnego Pana, ani do domu. Nie mam gdzie wrócić.
Harry siedział, milcząc zszokowany i zdruzgotany jednocześnie. To była najbardziej osobista rzecz, jaką kiedykolwiek usłyszał od Malfoya. Zawsze zdawał sobie sprawę z tego, że Lucjusz to zwykły psychol i sukinsyn, ale dopiero teraz zrozumiał jak wielki. Powiedzieć coś takiego własnemu synowi, jedynemu dziecku mógł nie człowiek lecz potwór. Poczuł impuls, by… uścisnąć mu dłoń, przytulić go, zrobić coś, cokolwiek, ale nie ruszył się z miejsca. Nie przywykł do pocieszania ludzi w ten sposób, a Malfoy z całą pewnością do bycia pocieszanym.
— Twój ojciec to chory skurwiel — wyrwało mu się, a oceniając po zwężających się oczach Ślizgona, nie to chciał usłyszeć. — Przez całe życie usiłował ci zrobić wodę z mózgu, a potem zniknął, obarczył cię własnymi błędami i jeszcze ma pretensje. Kto normalny tak robi? Co z niego za ojciec?
— Jest moim tatą — wycedził przez zaciśnięte zęby, zaskakując Harry’ego. Malfoy zawsze miał ojca i matkę, nie mamę i tatę. — Ale co ty możesz wiedzieć, twoi rodzice umarli, zanim zacząłeś ząbkować.
Harry poczuł, jakby dostał kopniaka prosto w brzuch. Ze wściekłości poczerwieniało mu przed oczami.
— Wolę już nie mieć rodziców niż mieć takich jak ty.
Malfoya najwyraźniej zamurowało, bo przez sekundę czy dwie nic nie mówił, a potem popchnął go tak mocno, że gdyby Harry nie zdążył złapać go za łokieć, upadłby.
— Spieprzaj… ode… mnie! — wysyczał Ślizgon i przez moment szamotali się, ciężko oddychając. Tętno łomotało Harry’emu w uszach, w żyłach krążyła adrenalina. Wbił palce mocniej, wyczuwając pod nimi gorąc jego ciała, napięte mięśnie gotowe do zadania ciosu… Półprzytomnie uświadomił sobie, że jeśli któryś z nich się nie uspokoi, to zaraz się pobiją. Następnie dotarło do niego, że Malfoy na pewno nie umiał się bić, bo inaczej nie nasyłałby na innych swoich goryli. A gdyby Harry mu przywalił złamałby mu szczękę jednym ciosem. Nie chciał go krzywdzić. Nie chciał. Przyszedł porozmawiać, a nie wdawać się w bójkę, poza tym, szczerze, to co powiedział było nieco okrutne, choć niewątpliwie prawdziwe.
Poczuł w żebrach ból, ale szybko pojął, że Malfoy nie starał się go uderzyć, jedynie siłą odsunąć.
— Malfoy… Draco! — krzyknął, a na dźwięk własnego imienia chłopak przestał wściekle wierzgać. — Uspokój się — powiedział, a potem nie mając pojęcia dlaczego ani po co, położył jedną rękę na jego plecach i przyciągnął go do siebie.
Ślizgon zamarł, a właściwie wręcz skamieniał; Cały świat zdawał się stanąć, skurczyć do tej jednej chwili. Harry poczuł jak ciało Malfoya się napięło, a potem rozluźniło. Osobliwa woń – męskich perfum, nikotyny i czegoś, co pewnie było jego naturalnym zapachem – uderzyło do jego nozdrzy. Serce biło mu szaleńczo, a oddech zatrzymał się w połowie tchawicy. Dłonie Ślizgona zacisnęły się na jego podkoszulku z siłą mogącą wyrywać dziury. Czuł lekkie drżenie Dracona, gdy jego czoło znalazło się gdzieś pomiędzy szyją a ramieniem, a gorący, niemal wilgotny oddech owiewał skórę. Właściwie cały Malfoy płonął; Harry miał wrażenie, że temperatura nagle skoczyła do tysiąca.
Trzymam w ramionach Draco Malfoya, uświadomił sobie, a jego podbrzusze przeszył gwałtowny skurcz zdenerwowania.
Boże, nie wierzył, że to robił, że to się działo naprawdę. Ich położenie było co najmniej dziwne i usiłował nie panikować. Nie przywykł do przytulania ludzi po to, by ich uspokoić, pocieszyć, ogólnie rzadko to robił, może nawet nigdy. A to teraz… Para oddechu owiewającą ucho, ciało przylegające całą płaszczyzną do jego ciała… To było naprawdę dziwne.
Nie miał pojęcia jak w końcu zdołał się ruszyć, ale udało się. Zrobił krok w tył, a otaczające go ciepło zniknęło. Miał nadzieję, że nie wyszło to nerwowo i nienaturalnie. Napotkał spojrzenie chłopaka; niczym sparaliżowany wpatrywał się w twarz Gryfona, jakby szukał na niej odpowiedzi. Harry nie wiedział jakiej, nie miał pojęcia nawet, co się właśnie stało i co mu odpieprzyło, by to zrobić,
Przynajmniej już nie jest wściekły, pomyślał. Oszołomiony, bliski ataku serca, ale zdecydowanie nie wściekły.
Usiłował sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek wcześniej czuł się równie idiotycznie, czy kiedykolwiek wcześniej jego policzki paliły tak bardzo, jakby zaraz miały stanąć w ogniu. Po prostu go objął. I co z tego? W końcu chciał się z nim przyjaźnić, a przyjaciele tak właśnie robią, prawda? Nie pamiętał, żeby zdarzyło się to kiedyś z Ronem, z Hermioną owszem, parę razy, ale ona była dziewczyną, a Malfoy z całą pewnością nie. I wciąż na niego patrzył w ten sposób.
Błagam, przestań się tak na mnie gapić.
— Ugh, Potter, jesteś obrzydliwy — skomentował, a Harry w tej chwili pożałował, że go nie uderzył. — Mam nadzieję, że nie praktykujesz podobnych rzeczy z Weasleyem, bo w innym wypadku…
— Zamknij się, Draco. — Drugi raz zwrócił się do niego po imieniu, zaskoczony, że właściwie nie czuł żadnej różnicy. — E, mogę tak do ciebie mówić?
Wzruszenie ramion Harry uznał za tak.
Przez długą chwilę żaden z nich nic nie powiedział. Malfoy z twarzą nieco poczerwieniałą nawet na niego nie patrzył, tym bardziej sprawiając, że Harry nie wiedział, jak się zachować. Cóż, może powinien sobie pójść. Draco – bo tak miał przecież na imię – nie spał całą noc, musiał być zmęczony.
— Pójdę już — odezwał się odchrząkując. — Sory za najście.
— Ty i tak nie potrzebujesz żadnego pozwolenia, czyż nie? — to nie było pytanie.
Potter nie wiedział czy miał na myśli wtargnięcie do jego dormitorium, objęcie (uh, to naprawdę brzmiało źle) czy może wszystko naraz. Mamrocząc „no to na razie” zamknął za sobą drzwi.

***

Gdy tylko Potter wyszedł, Draco absolutnie zabraniając sobie myśleć o tym, co się właśnie stało (bo przecież nic się nie stało!) zarzucił na siebie bluzę, ubrał skarpetki, buty i udał się na boisko Qudditcha zrobić parę okrążeń. Jego ciało drżało napięte niczym struna, gotowe na coś czego nie miał dostać ani teraz, ani nigdy. Zimne powietrze uderzyło w niego, ale zignorował to. Zaraz się rozgrzeje i będzie mógł zacząć racjonalnie myśleć.
Ruszył przed siebie, biegnąc stałym rytmem, ale nawet wysiłek fizyczny nie odganiał z jego głowy świeżego wspomnienia, uczucia ciała Pottera przyciśnięte do jego własnego, ramienia go obejmującego i to… Merlinie. Nie będzie panikował, nie będzie panikował, nie… Och, kurwa mać. Potter mu się podobał. No i co? Nie on pierwszy, nie ostatni. Zresztą to nie żadne nowe odkrycie. To nie stało się nagle, obyło się bez wielkiego BUM, eksplozji zwalającej z nóg. Rozwijało się po cichu, a Draco zawzięcie ignorował wszelkie symptomy i sygnały. Nawet nie pamiętał, kiedy się zorientował. Jednego dnia patrzył na Pottera, pragnąc złamać mu kark, a następnego przyciskać go do podłogi w nieco innym celu. Kiedy to się stało? W czwartej klasie? W piątej? Czas mijał i zdawało się, że szaleństwo bladło. Bywały chwile, długie i coraz częstsze, podczas których nie znajdował dla Pottera miejsca w swojej głowie. Mógł myśleć o wszystkim i o niczym, mógł patrzeć na niego i nie czuć absolutnie niczego. Mógł być sobą- aroganckim synem Lucjusza Malfoya, i choć nikt nigdy nie zauważył różnicy, to dobrze było czuć się we własnej skórze jak dawniej. Obrastał w skorupę otoczony błaznami i nudziarzami zbyt dziecinnymi, aby zrozumieć cokolwiek. Nie wrzeszczał, nie płakał, nie rzucał się bezradnie, tylko patrzył na wszystko ze wrastającym dystansem, wierząc, że kiedyś przyjdzie dzień, w którym jego umysł całkowicie opanuje reakcje ciała. Tworzył mur między sobą a sobą, jakby te dwie części nie tworzyły wspólnej jednej. Nie chciał by tworzyły. Chciał, żeby została tylko ta prawdziwsza, doskonała, nie posiadająca skazy. Myślał, że mu się udało, że znów stawał się normalny, a zhańbienie własnego nazwiska było chwilową zaćmą. Ale potem przyszedł szósty rok, który zmienił wszystko i zrozumiał jak wielkim był idiotą, głupcem i tchórzem. Następnie siódmy w pakiecie z Potterem, który nagle nie uważał go za zło wcielone, który łaził za nim więcej niż kiedykolwiek wcześniej, który był wszędzie - na śniadaniu, na lekcjach, na językach ludzi. Nawet gdyby chciał, myślenie o nim stało się niemal niemożliwe. A potem jeszcze zaczął go męczyć z tą całą chęcią pogodzenia się. Mógłby wymienić co najmniej pięciu innych, pociągających go facetów, tyle, że Potter działał na niego wyjątkowo mocno. Może przez to, że ich wzajemna rywalizacja zawsze zakrawała o obsesje, może też miał znaczenie fakt, że Draco, od kiedy dowiedział się kim jest, chciał być blisko niego, a może dlatego, że był cholernym Harrym Potterem, który poza zbawieniem świata zdawał się mieć jeszcze jeden cel – upokarzanie Draco i utrudnianie mu życia.
Zatrzymał się, pochylając i opierając dłonie o kolana. Pot spływał mu po czole i plecach, a oddychanie sprawiało trudność. Jeśli miał być szczery nie wywołało tego bieganie.
Potter go objął. Objął. Co tylko dowodziło, że nie miał o niczym najmniejszego pojęcia. Widocznie przez jego bliznowaty łeb nawet nie przemknęła myśl, by podważyć jego orientacje. Draco pogodził się z myślą, że go pragnął, to i tak nie miało najmniejszego znaczenia, bo to Potter – ulubieniec Wielkiej Brytanii i mediów, a on miał znak na ramieniu. Tylko naprawdę, naprawdę o wiele łatwiej o tym pamiętać, gdy nie przyciska go do siebie. Nawet nie chciał myśleć, co mógłby zrobić pod wpływem impulsu. Boże. Wyprawiłby Wybrańca na drugą stronę jednym pocałunkiem.
Usłyszał zdławiony dźwięk i uświadomił sobie, że to on go wydał. Stał w połowie boiska mokry i przerażony, śmiejąc się jak szaleniec.
Przecież wiedział, że nie powinien zgadzać się na tą znajomość. Wszystko mówiło mu, by tego nie robił, a jednak, kolejny raz uległ słabości, a teraz… teraz było już za późno na wycofanie. Co miałby powiedzieć? „Sory, Potter, nie mogę dłużej się z tobą widywać, bo na ciebie lecę, a ty dajesz mi mylne sygnały. Och, no tak, zapomniałem wspomnieć, że jestem gejem”. To… kurwa. Kurwa!
Usiłując skupić się na biegu, zrobił jeszcze trzy okrążenia, a następnie wrócił do ślizgońskich kwater. Ślizgoni od jakiegoś czasu chyba znudzili się gnębieniem go i w zamian ignorowali, jakby Draco Malfoy nigdy nie istniał. Właściwie wolał taki obrót sprawy, ale oczywiście po dzisiejszym dniu i jakże dyskretnym wparowaniu Pottera wszyscy znów się na niego gapili. Przynajmniej nic nie mówili. Jeszcze.
Zamierzał iść prosto pod prysznic, żeby zmyć z siebie całe napięcie i brud, ale w połowie drogi zatrzymała go Pansy.
— Gdzie byłeś? — Półleżała na kanapie, czytając najnowszy numer Czarownicy.
— Biegałem — odparł.
Po prostu wyglądaj na opanowanego, Pansy nie domyśli się, że Potter ci się podoba.
— Co się stało?
…albo i tak.
— Co się miało stać?
— Zawsze biegasz, jak coś się dzieje — wyjaśniła, a Draco rzucił jej poirytowane spojrzenie. — Więc co takiego zrobił Potter?
— Nic nie zrobił. Zawracał mi głowę, jak zawsze.
Pansy popatrzyła na niego, jakby znała jakiś dowcip, którego on nie rozumiał.
— Biedactwo — zacmokała, wyraźnie z niego drwiąc.
Wróciła do czytania gazety, ale nim Draco zdążył ruszyć się z miejsca, podszedł do niego Teodor Nott. Znał go choć nigdy nie nawiązali jakoś szczególnie zażyłej znajomości. Jego ojciec był śmierciożercą i czasem wpadał wraz z synem do ich rezydencji. Z obserwacji Malfoya wynikało, że chłopak zaliczał się do ludzi z rodzaju samotników, choć nie jakoś szczególnie odosobnionych. Z nikim się chyba nie przyjaźnił, ale rozmawiał z wieloma ludźmi, utrzymując z nimi dobre stosunki. Był… inny niż reszta Ślizgonów. Nigdy nie wypowiadał się na temat stron w wojnie, popieraniu Czarnego Pana, działalności własnego ojca ani szlam, nie licząc tego jednego razu na początku tego roku. Właściwie Draco nie miał pojęcia, co o nim myśleć.
— Hej, Draco — rzucił, całkowicie ignorując Pansy. — Słyszałeś o tym projekcie z Eliksirów? Masz już partnera?
Oczywiście, że nie miał. Została mu tylko Pansy, która zapisała się na Eliksiry tylko dlatego, że on na nie chodził i nie miała o nich pojęcia. To jak zdołała dostać Powyżej Oczekiwań pozostało dla niego tajemnicą. Każdy byłby lepszy niż ona, no może z wyjątkiem Crabbe’a i Goyla.
— Nie, a co?
— Możesz być w parze ze mną — oznajmił, po chwili dodając z wahaniem: — Jeśli chcesz.
— Dobra. — Pansy przestała udawać, że czyta i rzuciła mu piorunujące spojrzenie. Draco zmusił się do uśmiechu. Jeśli ktoś jeszcze chciał z nim współpracować, to tylko głupiec by odmówił. — Jutro o piętnastej w bibliotece?
— Okej, no to do jutra — uśmiechnął się i zniknął w jednym z korytarzy, odprowadzony jadowitym spojrzeniem Pansy.
Nie przepadała za Nottem, od kiedy odmówił pójścia z nią do łóżka i jeszcze dorzucił do tego parę niemiłych słów.
— Mój Boże, Teodor Nott przemówił. A myślałam, że jest niemową.
Popatrzył na nią z jawnym rozbawieniem.
— Naprawdę, Pansy, powinnaś przestać żyć przeszłością. To, że cię kiedyś olał nie znaczy jeszcze, że masz go nienawidzić do końca świata.
— I kto to mówi — prychnęła. — Ten, który gnębił Pottera przez sześć lat tylko dlatego, że odrzucił jego przyjaźń.
— I spójrz, jak się teraz świetnie dogadujemy — rzucił, tylko po to by jej dogryźć.
Coś przewróciło mu się w żołądku. Tak świetnie, że aż się obejmujemy.
Powstrzymał się przed wybuchnięciem histerycznym śmiechem.
Pansy, najwyraźniej nie znajdując na to ciętej riposty, ponownie utkwiła wzrok w gazecie, a po chwili, nieco marszcząc nos, powiedziała:
— Powinieneś się umyć. Śmierdzisz.
— Dzięki, właśnie zamierzałem to zrobić, ale jakaś natrętna baba mnie zatrzymała.
W odpowiedzi pokazała mu środkowy palec.

*

Następnego dnia Draco zmierzał na umówione spotkanie z czymś w rodzaju dławiącej obawy. Nigdy nie miał problemów w nawiązywaniu nowych znajomości, pozycja ojca sprawiała, że większość Ślizgonów sama z siebie chciała się z nim zdawać, ale w tym roku mógłby policzyć ludzi, z którymi rozmawiał na palcach jednej ręki. Gdyby nie Pansy, Potter, no i czasem Blaise, pewnie zapomniałby, jak się mówi. Czasami, a szczerze mówiąc nawet bardzo często, żałował powrotu do Hogwartu. Uczniowie nie traktowali go tak jak dawniej i mieli rację – w dużej mierze był inny. Cały zeszły rok spędził przerażony tym, co miał zrobić, jak i przekonany, że szkoła to dziecinada, która na nic się nie przyda, ale jego głupia arogancja kolejny raz wyprowadziła go w pole. Wciąż tu tkwił, otoczony ludźmi, którzy go nienawidzili, odrabiając lekcje, grając w qudditcha i udając, że cudze romanse coś go interesują, ale bez względu na to, jak bardzo chciałby oszukać zarówno siebie, jak i innych, Mroczny Znak wciąż plamił jego skórę. Czuł, jakby usiłował żyć życiem, które przeminęło.
Kiedy doszedł na miejsce Nott już na niego czekał. Siedział w ustronnym kącie biblioteki, ze stolikiem zawalonym rozmaitymi księgami. Był drobnej budowy, średniego wzrostu chłopakiem; włosy o mysim kolorze niemal zawsze opadały mu na czoło. Draco bez słowa usiadł naprzeciwko, a Nott musiał zauważyć ruch, bo podniósł głowę i spojrzał wprost na niego. Za uchem miał włożone zapasowe pióro. Jakkolwiek głupio to wyglądało Malfoy postanowił tego nie komentować. Wyjął z torby swój zeszyt i kilka pomocniczych książek, które wypożyczył jakiś czas temu.
— Zaznaczyłem przydatne fragmenty — oznajmił, otwierając na poszczególnych stronach.
— Świetnie — odpowiedział Teodor, błyskając zębami w uśmiechu. — Już widzę, że nie będę żałował wyboru partnera.
Draco przez chwilę walczył z męczącym go pytaniem, ale w końcu postanowił je zadać.
— A co cię skłoniło do tego, żeby wybrać właśnie mnie?
— Jesteś całkiem niezły z eliksirów — wyjaśnił neutralnym tonem. — W dodatku potrafisz skupić się na zadaniu, a poza tym chyba przyda cię się towarzystwo. — Mrugnął do niego i napisał coś na pergaminie.
Z pewnością przydałoby mu się też coś więcej. Na przykład wyjaśnienie, dlaczego syn czynnego śmierciożercy zapragnął nagle współpracować ze zdrajcą.
— A twój ojciec? Chyba nie będzie zachwycony, gdy się o tym dowie.
Coś przemknęło po twarzy Notta, wyglądającego jak cień, a może grymas bólu.
— Moi rodzice nie żyją od ponad roku. — Draco zamurowało. Nic o tym nie słyszał, ale z drugiej strony, od kiedy ojciec trafił do Azkabanu nie miał dostępu do takich informacji, a Prorok nie miewał w zwyczaju opłakiwania śmierciożerców. Trup nie równał się trupowi; nikt nie myślał, że poplecznicy Czarnego Pana również mieli rodziny, dzieci, które zostały osierocone, i które czuły, jak każdy inny człowiek. To nie było sprawiedliwe, ale z drugiej strony, nic takie nie było. — Nie miej takiej miny — powiedział łagodnie. — Ja sobie radzę z tym całkiem nieźle, gorzej z Bastienem. — Racja, Bastien Nott, jego młodszy brat. Chyba chodził na trzeci rok. A może już na czwarty? — Staram się myśleć o lepszych stronach tej sytuacji.
Malfoy nie miał najmniejszej ochoty dalej o tym rozmawiać, ale z czystej grzeczności zapytał:
— To są takie?
Na szczupłej nieco lisiej twarzy Notta zagościł wyraz zadumy, jakby zastanawiał się ile mu powiedzieć, a ile nie.
— Powiedzmy, że mój ojciec nie rozumiał słowa „nie” — to brzmiało aż nazbyt znajomo. — Nie docierało do niego, że nie zamierzam zostać śmierciożercą. Wyglądasz na zaskoczonego.
Owszem, Draco był zaskoczony. Gdyby on sam spróbował sprzeciwić się swojemu ojcu od razu formalnie przestałby być jego synem. Poza tym tak naprawdę nigdy nawet nie myślał o jakimkolwiek buncie.
— Ale nie tak dawno powiedziałeś, że nie lubisz szlam — zauważył.
— Bo nie lubię. — Wzruszył ramionami, a popielato-brązowa grzywka opadła mu na oczy. Włosy na karku miał znacznie krótsze. — Ale to nie znaczy, że życzę im śmierci. Niech sobie żyją, byle z dala od nas.
— Racja.
Z ulgą pomyślał, że to chyba koniec tematu, ale wtedy chłopak zapytał;
— A co z twoim ojcem? Też niespecjalnie wyrozumiały typ, co?
Draco poczuł ucisk w gardle. Mając nadzieję, że jego głos zabrzmi normalnie, odpowiedział najbardziej oschle, jak tylko umiał:
— Bez zmian.
Teodor skinął głową, dzięki Merlinowi, chyba domyślając się, że to ostatnia rzecz o której Malfoy chciał dyskutować. Temat ojca zaliczał się do tabu. Nie rozmawiał o tym z nikim. Nawet Pansy miała na tyle rozumu w głowie i kultury, by go nie poruszać, a matka… cóż. Nigdy nie słynęli ze szczerych, rodzinnych pogaduszek. Ich konwersację zwykle opierały się na nic nieznaczących nowinkach. Gdy zamknięto ojca wszystko się zmieniło. W matce nagle odezwał się instynkt macierzyński, zaczęła go traktować niczym małe, nieporadne dziecko potrzebujące opieki na każdym kroku, a Draco doprowadzało to do szału. Nie wiedział, która jej wersja była gorsza – obojętna i ograniczona do nudnych grzeczności czy matkująca do przesady. Oczywiście po czasie i wszystkich wydarzeniach wybrałby tę drugą. Był głupim gówniarzem, który wolał udawać dorosłego, zgrywać się, że nie potrzebuje niczyjej pomocy, a teraz… oddałby wszystko, by móc z nią porozmawiać o czymkolwiek. Pozwoliłby się tak długo głaskać po głowie i tłamsić, jak tylko by chciała, byleby tylko znów była zdrowa.
Poczuł lekkie kopnięcie w łydkę i podniósł wzrok na siedzącego naprzeciwko Notta. Obserwował go z czymś lekkim, radosnym w oczach, co rozświetlało jego szczupłą twarz, sprawiając, że wyglądał, hm, pociągająco było dobrym słowem.
— Eliksiry, pamiętasz? — zapytał lekko, a Draco, odwzajemnił jego uśmiech.


Niecałe dwie godziny później, kiedy ich projekt zaczął nabierać odpowiednich kształtów, poczuł jak odznaka prefekta pali i nie zastanawiając się ani sekundy, przeprosił Notta i udał się we wskazane miejsce. Starał się powstrzymywać strach – ostatnio w podobnej sytuacji znalazł Pottera i Granger oblepionych krwią, w dodatku Harry wyglądał jak opętany. Harry. Naprawdę nazwał go w myślach po imieniu? Uch, skrzywił się. To, że on się tak do niego zwracał jeszcze nie znaczyło, że i Draco zamierzał. Bez przesady.
Kiedy doszedł na miejsce zastał tam Pottera. Całego i zdrowego Pottera, który opierając się plecami o ścianę prowadzącą do Pokoju Życzeń, podrzucał coś w dłoni.
— Potter — odezwał się nie bez zdziwienia. — Coś się stało?
Chłopak spojrzał na niego, wyglądając na trochę winnego.
— Nie, nic — odparł, a jego grdyka poruszyła się, kiedy przełknął ciężko ślinę. Draco dopiero teraz spostrzegł, czym się bawił – odznaką prefekta. Zauważając na co patrzy, od razu wyjaśnił: — Pożyczyłem od Rona.
— Po co?
— Powiedział, że w ten sposób możecie się komunikować i wzywać w poszczególne miejsca.
— Nie o to pytam.
Czy mu się wydawało, czy Potter się zaczerwienił? Draco poczuł, jak coś przewróciło mu się w żołądku.
— Och, ee… pomyślałem, to znaczy, wydawało mi się, że nie będziesz chciał się spotkać tak po prostu.
I masz cholerną rację, pomyślał, ale nie powiedział tego na głos.
Uświadomił sobie, że już nigdy więcej nie będzie w stanie spojrzeć na Pottera, nie mając w pamięci, jak przyciskał go do siebie, trzymając mocno w ramionach. Jego zapach i siła, nie tyle fizyczna, co magiczna, wyraźnie skumulowana w tym szczupłym ciele… na samo wspomnienie zrobił się twardy.
Merlinie, jęknął w myślach, pragnąc jednocześnie uciec gdzie pieprz rośnie i pchnąć Pottera na ścianę. Powinien to zakończyć nim oszaleje, albo zrobi coś znacznie, znacznie gorszego.
— Potter, słuchaj…
— Przepraszam za wczoraj — wtrącił z wyraźną skruchą zarówno w głosie, jak i na twarzy. — Nie powinienem był mówić w ten sposób o twoim ojcu. Nie zmienię tego, co o nim myślę, ale… to było nie w porządku. Nigdy więcej nie będę się na jego temat wypowiadał, chyba że sam tego będziesz chciał. — Draco milczał, bo przecież wcale nie był zły o to co powiedział na temat ojca, a wyznanie prawdy nie wchodziło w grę. Harry popatrzył na niego z pełnym skrepowania uśmiechem. — Więc… przyjmujesz przeprosiny?
— No nie wiem. Chyba musisz się bardziej postarać — powiedział, tylko po to by mu dokuczyć, ale idea drażnienia, chyba nie docierała do chłopaka, bo odparł:
— Okej, to co mam zrobić?
Draco na moment zamknął oczy, walcząc z samym sobą o opanowanie. Potter chyba naprawdę się niczego nie domyślał.
— Nic, po prostu… zapomnijmy o tym — odpowiedział zbyt ochryple, by zabrzmiało to naturalnie.
Potter przygryzł wargę i Draco użył całej swojej samokontroli, by nie przycisnąć go do ściany i nie zrobić tego za niego.
— Czyli między nami w porządku?
— Tak, Potter, w porządku.
Zapadła napięta cisza. Draco rozpaczliwie myślał nad jakąś sensownie brzmiącą wymówką, która mogłaby zakończyć tą katastrofalną znajomość, ale wtedy usłyszeli kroki. Obaj spojrzeli w tamtym kierunku – to była Pansy, która szła w ich stronę z krzywo zapiętym sweterkiem, odsłaniającym zbyt wiele i rozczochranymi włosami.
Potter nieświadomie zerknął na jej dekolt, a Draco poczuł wypełniający go, idiotyczny żal. To tyle, jeśli chodzi o orientacje Pottera. Nie żeby kiedykolwiek były powody, by mieć nadzieję na cokolwiek innego.
— Co się stało? — zapytała zdyszana, marszcząc brwi na ich widok.
— Nic — odparł Draco, wzruszając ramionami. — Potter bawił się odznaką.
Pansy popatrzyła na Gryfona, jakby zabił jej matkę.
— Niech zgadnę: użyłeś jej, żeby wezwać Draco?
Potter miał na tyle przyzwoitości, by się zaczerwienić.
— Ee, właściwie…
— Wy dwaj pasujecie do siebie bardziej niż myślicie - dwa uparte, egoistyczne dupki. — Malfoy właśnie miał zamiar zaprotestować, ale Pansy kontynuowała. — Macie pojęcie w czym mi przerwaliście? Nie, oczywiście, że nie macie. Byłam na randce z Michaelem Cornelem — zrobiła pauzę, jakby czekała, aż zaczną jej bić brawo — i właśnie zaczęło robić się całkiem interesująco, kiedy to cholerstwo — wskazała na odznakę — zaczęło mnie palić. Wiesz, Pottter, gdybym cię choć trochę lubiła kazałabym ci w ramach przeprosin postawić sobie drinka, ale że szczerze cię nie znoszę, to sobie tego oszczędzę. Na razie — powiedziała i błyskawicznie oddaliła się w przeciwnym kierunku.
Harry przez chwilę patrzył w tamtą stronę, a kiedy dziewczyna zniknęła z pola widzenia, przeniósł spojrzenie na Draco. Wyglądał, jakby nie nadążał za jakimś faktem.
— Czy to… czy ona nie jest czasem twoją dziewczyną?
Draco ponownie wzruszył ramionami.
— Tak jakby.
— I poszła na randkę z Michaelem Cornelem? — w jego głosie dało się wyczuć niedowierzenie.
Draco poczuł rosnącą irytacje. Był zmęczony walczeniem z pożądaniem do tego idioty, zmęczony pytaniami, zmęczony nauką, zmęczony całym tym gównem i naprawdę nie miał ochoty na wysłuchiwanie jakiejś umoralniającej gadki.
— Tak, Potter. Poszła z nim na randkę. Tak samo jak z Anthonym Goldsteinen, Blaisem i z paroma innymi facetami — wyjaśnił, nawet nie kryjąc rozdrażnienia. — I ubiegając twoje następne pytanie, nie, nie jestem zazdrosny. W ogóle mi to nie przeszkadza. Taki mamy układ.
Harry patrzył na niego wyraźnie obrzydzony nabytymi informacji. No jasne. Gryfon w stu procentach.
— To… chore — wydusił, wzdrygając się. — Gdyby Ginny ze mną była…
— Ale nie jest — przerwał mu, trochę chamsko, ale miał to już gdzieś. — Więc może poszukaj sobie jakiejś dziewczyny i bądź z nią jak tylko zechcesz, ale mi oszczędź świętoszkowatego wykładu na temat związków — wycedził, widząc jak szczęką Pottera zaciska się z gniewu. Fantastycznie. Znowu się zaraz pokłócą. Draco westchnął, pocierając grzbiet nosa. — Potter, słuchaj… Wy, Gryfoni, wiążecie się z kimś dlatego, bo wam się podoba, kochacie go i temu podobne nonsensy, a my Ślizgoni podchodzimy do tego inaczej. Jeśli ktoś nam się podoba to idziemy z tą osobą do łóżka, może nawet więcej niż raz, ale to wszystko. Wchodzimy w związki ze względu na opłacalność, a nie uczucia.
— Jak tak można? — wymamrotał cicho.
— Normalnie. Jeśli Pansy zdecyduję się za mnie wyjść, to będę zadowolony. To świetna dziewczyna, dobrze się dogadujemy, nie mamy przed sobą tajemnic… nigdy nie będziemy musieli babrać się z rozwodami, podziałem majątku, alimentami i innymi bezsensownymi przykrościami. Ja zapewnię jej spokój i wysoki standard życia, ona mi potomka i parę politycznych ułatwień. To sensowny układ — mówił o tym tak, jak zawsze bez cienia emocji. W przeciwieństwie do Pottera było to dla niego zupełnie normalne, wręcz naturalne. W kręgu, w którym obracała się jego rodzina wszyscy właśnie tak robili. Jeśli Potter woli skończyć bez knuta na koncie i ze złamanym sercem, to jego wybór.
Szczęka Harry’ego opadła.
— Ty… jej się oświadczyłeś?
— Nieoficjalnie jesteśmy zaręczeni od siódmego roku życia. Oficjalnie… nie. To już trochę bardziej skomplikowane. — Tego nie zamierzał mu akurat tłumaczyć. Rodzice Pansy według społeczeństwa uchodzili za zaginionych, więc Draco nie mógł poprosić jej o rękę, nawet gdyby chciał. Najpierw musieli wyrazić zgodę na to jej rodzice. — Już? Odpowiedziałem na wszystkie nurtujące cię pytania?
— Jesteście popieprzeni — mruknął, ale wywrócił oczami. — Masz teraz czas? Pomyślałem, że może mógłbym, um, wynagrodzić ci jakoś moje wczorajsze zachowanie?
Najlepiej klęknąć przede mną i to nie w takim celu, jak myślisz.
Nie powiedział tego na głos. Następną godzinę spędzili na boisku, ścigając się i łapiąc znicz. Niewątpliwie był masochistą, że się na to godził.

***

W miejscu, do którego przybył było bardzo ciemno; postać skulona w kącie przypominała bardziej cień niż żywą istotę. Dla zwykłego człowieka pozostałby on niewidoczny, tak samo jak panujący tu smród – mieszanina krwi i moczu – stały się nie do wytrzymania, ale nie dla niego, o nie, już dawno pokonał te ograniczenia, żałosne, ludzkie słabości… Jego wzrok, słuch i węch wyostrzyły się, odczuwanie bólu znacznie zmalało. Coraz mniej przypominał człowieka i był z tego dumny.
Spojrzał w zacieniony róg, a w jego piersi wybuchło poczucie triumfu. To on, naprawdę on. Znalezienie go nie należało do najłatwiejszych zadań, ale dla niego nic nie było za trudne. W końcu miał prawdę na wyciagnięcie ręki, dowie się, a jeśli nie będzie chciał mówić, zmusi go do tego. Znał wystarczająco wiele sposobów na łamanie takich przegranych, o tak… Szok rozświetlił oczy starca, tak samo jak zaklęcie, które rzucił… Chyba miał nadzieję, że zdoła się ukryć, głupiec, co on sobie myślał? Nikt tego nie potrafił, więc dlaczego to właśnie jemu miałoby się udać?
Nagle obraz rozmył się, poczuł jakby powietrze wsysało go, ciągnąc w przeciwnym kierunku; jego ciało zaczęło tracić kształt, przypominać, przeźroczystą materie, rzeczywistość wokół niego rozpadała się na setki kawałków… zobaczył nad sobą baldachim. Nie! Nie, to się nie mogło dziać, nie, musiał się skupić… Wyciągnął przed siebie rękę, a zasysanie ustało. Z powrotem stał nad tym głupim starcem, celując w niego różdżką.
— Odpowiedz — zażądał, ale ten jedynie uśmiechnął się z politowaniem. Zacisnął palce mocniej na różdżce. — Mów albo cię zabiję!
— Więc zrób to — roześmiał się jak obłąkaniec, ukazując zniszczone, pożółkłe zęby. To szaleniec, nic z niego nie wyciągnie, ale miał zbyt cenne informacje… — No dalej, nie obchodzi mnie to już. To tylko życie. Kiedyś też to zrozumiesz.
Wydał z siebie wściekły ryk i rzucił Imperio oraz Crucio. Ciało mężczyzny wygięło się w dziwacznym paroksyzmie bólu, mógłby złamać się na pół jedynie od tego. I dobrze. Wypowiedział kolejną inkantacje, upajając się jego krzykiem, chrzęstem łamanych kości i krwi bryzgającej na ścianę, gdy jedna z nich przebiła pomarszczoną skórę na przedramieniu. Z lubością obserwował bezsilnie wierzgające kończyny, strużkę śliny płynącej z ust i oczy obracające się wgłęb czaszki. Niech cierpi, niech zrozumie, że jemu się nie odmawia. Nigdy. Niech się nauczy, choć na naukę już nieco za późno… Miał swoją szanse.
Pochylił się nad starcem.
— Więc powiesz mi co wiesz? — wspaniałomyślnie powtórzył pytanie, dając mu ostatnią szansę. — Jest nim?
Mężczyzna zacisnął wargi, drżąc i kuląc się. Spróbował odczytać jego myśli, ale nawet teraz pozostały szczelnie przed nim zablokowane.
Wypełniła go wściekłość. Zmarnował tylko czas przychodząc tu, powinien się domyślić, że tortury nic nie dadzą… miał ochotę go zabić, ale o wiele okrutniejsze od Avada Kedavry byłoby pozostawienie go tu, złamanego i powoli wykrwawiającego się na śmierć…
Harry obudził się mokry od potu, czując przeszywający czoło ból. Podziękował w duchu za rzucenie na siebie zaklęcia wyciszającego, gdyby tego nie zrobił, postawiłby wszystkich na nogi. Oczami wyobraźni zobaczył torturowanego staruszka, bladą kość wystającą z mięsa… mdłości podpłynęły mu do gardła i musiał pobiec do łazienki, aby nie zabrudzić poduszki. Na czworakach dopadł muszlę klozetową, objął ją i zatrząsł się. Zwymiotował resztki niestrawionej kolacji, po czym opuścił deskę i przez chwilę po prostu tak trwał, klęcząc na ziemi i trzymając się muszli niczym koła ratunkowego.
Ile by dał, aby móc sobie powiedzieć „To tylko zły sen”. Ale to nie był zły sen, lecz okrutna prawda. Voldemort – bo to jego oczami przez chwile musiał patrzeć – torturował kolejnego człowieka. Starca, którego twarz Harry’emu kompletnie nic nie mówiła. Kim był? Kimś ważnym, wnioskując po euforii odczuwanej przez Voldemorta na jego widok… O co go pytał? Próbował sobie przypomnieć, ale im dłużej grzebał we wspomnieniu, tym bardziej obce się stawało.
Kiedy wrócił do swojego łóżka reszta kolegów dalej spała, choć listopadowe słońce powoli wspinało się po niebie. Nie czując senności spojrzał na zegarek. Szósta pięćdziesiąt trzy. Nie opłacało się z powrotem zasypiać. Nie mając nic lepszego do roboty sięgnął po Mapie Huncwotów. O tak wczesnej porze znalezienie właściwych kropek z nazwiskami było o wiele prostsze, bo większość uczniów pozostawała w jednym, stałym miejscu – w swoich łóżkach. Przesunął wzrokiem po pergaminie, przyglądając się ślizgonskim kwaterom, ale Draco w nich nie było. Po chwili znalazł odpowiadająca mu kropkę krążąca po boisku. Harry zmarszczył brwi. Co tam robił o tej porze? Miał ochotę wstać i to sprawdzić, ale Malfoy pewnie wściekłby się, że znów go śledzi. Zatęsknił za peleryną niewidką.
Ciekawe czy chociaż założył rękawiczki, idiotycznie pomyślał, a w pamięci odżyły mu bose, blade stopy chłopaka.
Przyłapał się na zastanawianiu czy były ciepłe tak jak jego dłonie czy może wiecznie zimne…
O czym, do cholery, myślał?
Godzinę później, kiedy zszedł na śniadanie kiepska noc musiała dać się we znaki, bo Hermiona na jego widok zapytała zmartwiona :
— Co się stało? Wyglądasz… — umilkła, gdy Ron pocałował ją na dzień dobry — …jakbyś uciekał przed stadem hipogryfów.
— Dzięki — mruknął, z udawanym zainteresowaniem, wpatrując się w półmisek kiełbasek, podczas gdy jego przyjaciele wymienili kolejny pocałunek. Napotkał spojrzenie Draco, który na nich spoglądał ze stołu naprzeciwko, a na widok czułości Rona i Hermiony udał, że wymiotuje. Harry zagryzł wargę, aby się nie roześmiać.
— Więc? — zapytała nieco zdyszana.
Niechętnie powrócił do nich spojrzeniem.
— Nic się nie stało — odparł. — Po prostu nie spałem dzisiaj zbyt dobrze.
— Kolejny sen o Sam-Wiesz-Kim? — zapytał Ron, niczym torpeda zapełniając swój talerz jedzeniem.
— Ta. Torturował kogoś, chciał się czegoś dowiedzieć… ale nie pamiętam czego. Usiłowałem sobie przypomnieć, ale nic z tego. — Hermiona obserwowała go z miną podobną do tej widzianej często na twarzy McGonagall. Wyraźnie mówiła „Nie podoba mi się twoje zachowanie”. Stracił cierpliwość. — Co? O co chodzi?
— Dobrze wiesz o co — fuknęła, pochylając się w jego kierunku. — Nie możesz wpuszczać go do swojej głowy. To niebezpieczne i…
— To przydatne — wtrącił twardo. — Dzięki temu, możemy się czegoś dowiedzieć, poza tym nie mam na to wpływu. Myślisz, że go tam zapraszam?
— Trzeba było nauczyć się oklumencji.
— Super — warknął, czując gniew buzujący tuż pod skórą, przypominając pęcherze na lawie, chwilę przed wybuchem wulkanu. — Masz dla mnie jeszcze jakąś złotą radę, Pani Nieomylna? — Hermiona wyglądała na zranioną i Harry momentalnie poczuł się winny. Gniew zniknął równie szybko, jak się pojawił. — Przepraszam.
Hermiona skinęła głową i bez słowa więcej zaczęła jeść. Boże, chciała dla niego dobrze, a on zachowywał się jak zwykły dupek.
Nie mogąc się powstrzymać ponownie spojrzał na ślizgoński stół. Po prawej stronie Draco siedziała Pansy, która śmiała się z czegoś z Zabinim, a po lewej… Harry zmarszczył brwi. Czy to był Nott?
— Co on tam robi?
— Hm, kto? — zapytał nieprzytomnie Ron.
— Nott. — Całe trio, jak na komendę, wbiło w nich spojrzenie. Ślizgon pokazywał mu coś na pergaminie, a Malfoy pochylił się w jego kierunku pewnie po to, by się lepiej przyjrzeć. Z nieznanych sobie przyczyn Harry zapragnął złamać kark przynamniej jednemu z nich. Po chwili Draco uniósł głowę i uśmiechnął się… olśniewająco, chyba było najodpowiedniejszym słowem. Cała jego twarz zdawała się rozświetlić, zniknęły wszelkie ślady zmartwień pozostawione przez zeszły rok, jego oczy błyszczały i… Harry uświadomił sobie, że trochę za mocno ściska nóż. Odłożył go, przełykając gulę w gardle. — Nie wiedziałem, że się przyjaźnią — mruknął, tracąc resztki apetytu.
Hermiona rzucając kanapkę obserwowała chłopców.
— Nie brzmisz na szczęśliwego z tego powodu — zauważyła, a on nie potrafił nawet zaprzeczyć. Czemu go to złościło? Przecież nie przeszkadzało mu, gdy rozmawiał choćby z Zabinim. — W każdym razie, to chyba dobrze, że z nim rozmawia? Może to znaczy, że odzyskuje sympatię swojego domu.
Tak, ale jakoś nie potrafił się z tego cieszyć.
— Jeszcze jeden mający ojca-śmierciożerce dupek. Faktycznie, świetne towarzystwo.
— Nott wydaję się całkiem w porządku. Wiesz, że wpłacił kiedyś dziesięć galeonów na nasze W-E-S-Z?
Ron, który właśnie jadł dwie kiełbaski naraz zakrztusił się.
— Co? Nott wsparł twoje wszy?
— W-E-S-Z — przeliterowała Hermiona, wysuwając podbródek. — I nie moje, tylko nasze.
W tym samym momencie do Wielkiej Sali wleciały sowy z przesyłkami, szelestem swoich skrzydeł zagłuszając wszelkie rozmowy.
Harry wciąż wbijał wzrok w stół Slytherinu. Hermiona miała rację. To powód do zadowolenia, a nie poczucia żalu, a jednak… Nie chciał się nim dzielić. Oczywiście, myślenie o tym w ten sposób nie miało większego sensu, bo on nie należał do niego w żaden sposób, nawet się nie przyjaźnili, ale, choć to egoistyczne, lubił świadomość, że jako jeden z nielicznych zadaje się z Draco. Im więcej ludzi, tym mniej czasu, zresztą czy Malfoy ponownie otoczony wielbiącymi go Ślizgonami w ogóle miałby po co utrzymywać jakiekolwiek kontakty z Harrym?
Zadaje się z tobą, bo jesteś mu potrzebny, a oni się ciebie obawiają… szepnął zdradziecki głosik w głowie.
Spróbował odsunąć od siebie te myśli. Wszystko szło w dobrym kierunku, Draco zaczynał się przed nim otwierać… Na pewno nie zrezygnowałby tylko dlatego, że jakiś Nott sobie o nim przypomniał, prawda?
— Co ci przysłali rodzice? — Głos Rona wyrwał go z zamyślenia.
— To nie od rodziców — powiedziała nerwowo Hermiona, a Harry w końcu oderwał wzrok od Ślizgonów i spojrzał na paczkę. — W ogóle nie wiem od kogo. Obcując z potworami uważaj, aby nie stać się jednym z nich. Tylko tyle napisano. — Ostrożnie roztargała papier, z którego wyłoniła się… księga. Gruba i wyglądająca jakby miała z tysiąc lat. Ledwie trzymała się w całości, wystające z niej kartki były pożółkłe i postrzępione, a z brązowej okładki… spoglądało na nich oko. Chociaż „spoglądało” to nie najlepsze słowo. Nie miało źrenicy ani tęczówki, samo białko przeplatane czerwonymi, cienkimi żyłkami. Oko mrugnęło i Harry czując wzbierające w sobie obrzydzenie, spojrzał na tytuł.
„Tajemnice Najczarniejszej Magii”.
We trójkę zamarli.
Nessa Offline


 
Posty: 53
Dołączył(a): 10 lis 2010, o 00:28

Postprzez gyniol » 3 maja 2013, o 11:37

Już nadrabiam zaległości w komentowaniu! :)
Jak zwykle rozdział świetny, a zmagania Draco z samym sobą są przeurocze! Jest w tym twoim opowiadaniu taka.. swojskość. Podobnie miałam w Światełku. Czyta się je płynnie (dopiero zaczęłam czytać, a już koniec rozdziału?!), postacie nie męczą, podobnie jak fabuła - wszystko jest takie realne. Fakt, że akacja dzieje się w latach szkolnych, tylko dodaje temu wszystkiemu zalet, bo poruszamy się po znanym gruncie, gdzie wiele rzeczy mamy już wyobrażonych, choć czasem sama autorka przedstawia coś inaczej. Może właśnie to sprawia, że czytam twoje opowiadanie z ogromną przyjemnością! Relacja Harry-Draco też super rozwinięta, wydaje się możliwa, ale o tym pisałam już wcześniej, więc nie będę się powtarzać.

Coś co zamieniło mój mózg w papkę i tłumiłam chichot przez dobre 5 min:
— Nawet nie wiem czym jest ten cały holux.
— Horkruks — poprawił go Harry.


Holux skojarzył mi się z haluksem, a wizja Voldemorta z haluksami już nie jest taka przerażająca!

Merlinie, jęknął w myślach, pragnąc jednocześnie uciec gdzie pieprz rośnie i pchnąć Pottera na ścianę.


Dajesz Draco, dajesz! Pchnij go na ścianę i całuj - która z nas nie lubi, gdy chłopcy przyszpilają sobą o ściany i całują do utraty tchu? TAAAKKK! :devil:

Aaaaa! Jeszcze jedna rzecz. Bardzo podoba mi się, że nie poszłaś za jakimś dziwnie przyjętym zwyczajem, czyli... osobną kwaterą Draco. Super, że chociaż mieszka on sam to jednak nie z powodu uprzywilejowania, ale niechęci domowników. Nigdy nie wydawało mi się możliwe, by Dumbledore tolerował takie podziały. :)
" - Z miłością jest jak z kolką nerkową. Dopóki cię nie chwyci atak, nawet sobie nie wyobrażasz, co to takiego. A gdy ci o tym opowiadają, nie wierzysz
- Coś w tym jest - zgodził się wiedźmin
- Ale są i różnoce. Przed kolką nerkową rozsądek nie chroni. Ani jej nie leczy
- Miłość kpi sobie z rozsądku. I w tym jej urok i piękno.
- Głupota raczej"
"Pani Jeziora" A.Sapkowski
gyniol Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 20
Dołączył(a): 4 lis 2012, o 12:56

Postprzez Nessa » 7 maja 2013, o 16:18

Serdecznie dziękuje za komentarz :)
Rozdział zbetowany przez Morgue i częściowo przez Zuzę.

Rozdział XII


Listopad powoli dobiegał końca, a zima nieśmiało wkradała się na tereny Hogwartu, pokrywając cienką pierzyną śniegu malownicze okolice. Szron ozdobił suche gałęzie drzew, mieniąc się w promieniach słońca niczym brokat. Ośnieżone szczyty wzgórz niknęły w mlecznych chmurach, a u ich podnóża lśniła zamarznięta tafla jeziora. Niebo było miejscami przejrzyste i niebieskie, a temperatura choć niska, tak bardzo nie dokuczała. Harry szczególnie lubił tutaj tę porę roku. Wszystko stawało się takie… magiczne i klimatyczne, na każdym kroku dało się wyczuć nadchodzące święta. Wszyscy byli jakby radośniejsi, z wyjątkiem Hermiony, która cały swój wolny czas poświęcała na wertowanie tej przerażającej księgi. Razem z Ronem zaproponował, że też mogą ją przejrzeć, ale stanowczo odmówiła. Właściwie zmiany jakie w niej zachodziły, trochę go niepokoiły. Każda minuta poświęcona Tajemnicom Najczarniejszej Magii zdawała się wręcz wysysać z przyjaciółki zarówno energię jak i szczęście. Jakby nosiła pod pachą miniaturkową wersję dementora. Blada i zmęczona pochylała się nad nią, a cienie pod jej oczami były coraz widoczniejsze, choć bardzo starała się je zatuszować.
Martwię się o ciebie powiedział jej któregoś wieczoru, a w odpowiedzi posłała mu pozbawiony grama radości uśmiech i dodała, że niedługo skończy ją czytać i wszystko wróci do normy. A skora mowa o normach… Praktycznie codziennością stało się spotykanie z Draconem. Rzeczy, które ich dzieliły zapewne nigdy nie znikną, ale gdy przymykał na nie oczy, dogadywali się całkiem nieźle. Naprawdę lubił spędzać z nim czas.
Spojrzał znad swojej pracy domowej na Ślizgona. Siedział po turecku na kanapie, na kolanach trzymając długi esej. W tej pozycji włosy opadały mu na oczy i co chwilę odgarniał je z twarzy, co nie przynosiło żadnych efektów. Nagle uniósł brodę i pochwycił jego spojrzenie.
— Już? Napatrzyłeś się? — zapytał, unosząc brwi.
— Ee, na co? — bąknął, przeklinając w myślach rumieniec, który wkradł mu się na twarz.
— Gapisz się — wyjaśnił, a Harry’emu zrobiło się jeszcze bardziej głupio. — Na mnie. Od jakiś pięciu minut. To mnie rozprasza.
— A ja powiedziałbym, że odrabianie przy mnie lekcji dobrze na ciebie wpływa — rzucił lekko.
— O czym znów bredzisz, Potter?
— Ostatnio Hermiona powiedziała, że narysowałeś mapę na Astronomię lepiej od niej. Gratuluję.
Co było do przewidzenia, Malfoy nawet nie raczył udawać onieśmielonego komplementem. Wyraźnie zadowolony z siebie nieco się wyprostował i trzymając brodę odrobinę za wysoko, skomentował zarozumiale:
— Mugole nie mają pojęcia o gwiazdach.
Harry policzył w myślach do pięciu i gdy miał już pewność, że jego głos nie nosi śladów gniewu, powiedział:
— Hermiona jest czarownicą.
Pół-czarwonicą.
— Nie, czarownicą— upierał się, z całych sił usiłując panować nad rosnącą wściekłością. — Taką samą jak ja czy ty. — Usta Dracona wygiął nieco szyderczy uśmieszek i Harry zapragnął bronić Hermiony jeszcze bardziej. — Poza tym, gadasz straszne głupoty. Mugole dzięki technologii badają kosmos, a nawet bez niej całkiem nieźle sobie radzili. Tacy Majowie na przykład.
Uśmiech Dracona nieco się poszerzył.
— I ty wierzysz, że oni byli mugolami? — zapytał pogardliwie, a jego oczy błyszczały czymś zimnym i wyzywającym.
Prowokuje mnie.
— Nawet gdyby nie, to dzięki mugolskiej technologii wiemy to wszystko o kosmosie. A może chcesz mi powiedzieć, że umiesz teleportować się na księżyc? Bo jeśli tak, to ja się chętnie z tobą wybiorę.
Zadowolenie zniknęło z twarzy Malfoya i zmroził Pottera spojrzeniem.
— Dobrze, Potter, niech ci będzie. Trochę osiągnęli dzięki tej swojej technologii, ale to nie zmienia faktu, że tymi wszystkimi maszynami tylko starają się nam dorównać i przypisują sobie nasze zasługi.
— Niby jakie?
— Całe mnóstwo! — prychnął oburzony, z taką gwałtownością podrywając rękę, że esej spadł na podłogę. — Choćby: to czarodzieje zbudowali piramidy, ale mugole są święcie przekonani, że to ich dzieło. Musimy oddawać im swoje zasługi, co gorsze, ukrywać się przed nimi! Gdzie tu sprawiedliwość?
— Więc się nie ukrywajmy. Po co w ogóle to robimy?
Draco popatrzył na niego jak na skończonego idiotę.
— Może od razu stańmy na stosach? Jak głupi jesteś? Nie wiesz, co działo się parę wieków temu, a może uważasz to za historyczny wymysł? To fakty, Potter, i teraz robiliby to samo. Tylko z ich obecną technologią nie musieliby babrać się z nami pojedynczo, wykończyliby nas masowo jakąś bronią biologiczną.
Harry zmarszczył brwi; był właściwie zaskoczony, że niechęć Malfoya do mugolskiego społeczeństwa miała w ogóle jakieś racjonalne podłoże. Zawsze sądził, że jego uprzedzenie nie było podparte żadnymi sensownymi argumentami, tylko tępił ich, bo taki mieli rodzinny zwyczaj. Nigdy, przez całe swoje życie, nie pomyślał o tym w ten sposób. I teraz… mógł poniekąd może nie tyle zrozumieć poglądy chłopaka, ale je zaakceptować. W pewnym stopniu.
— W porządku, ale czemu od razu zakładasz, że wszyscy są tacy sami i chcą tego samego? — zapytał zaskakująco spokojnie.
— Och, może nie wszyscy, ale zdanie jednostek nie ma znaczenia. Nienawidzą magii. Boją się jej. Mają nas za dziwadła. A może powiesz mi, że twoje wujostwo radowało się na wieść, że jesteś czarodziejem? — Harry milczał, by nie musieć kłamać. Draco niemal zmiażdżył go triumfalnym spojrzeniem. — No właśnie. Tyle że to nie my jesteśmy dziwni, tylko to oni są kalekami. Magia była pierwsza, przed człowiekiem, wodą, powietrzem, przed wszystkim. A przez mieszanie się z nimi zanika.
Przyjrzał się Draconowi. Oddychał szybciej, a po jego obliczu przemykały setki ożywionych emocji. Naprawdę wierzył w to, co mówił i może nie tylko dlatego, że tak wmówił mu ojciec. Harry mógł pogodzić się z jego punktem widzenia, ale nadal nie podobało mu się, że nie podchodził do mugoli jak do zwykłych, czujących jak wszyscy, ludzi. Może i byli pod kątem magicznym kalekami, jednak czy kaleka jest w czymś gorsza od kogoś w pełni sił? Odpowiedź brzmiała: nie.
— W porządku, ale to nie zmienia tego, że Hermiona jest świetną czarownicą. A zresztą, ja też jestem pół-krwi i jakoś nie wypominasz mi tego na każdym kroku.
Draco zacisnął usta w cienką linię i podniósł swój esej z podłogi.
— Ty to co innego — mruknął niechętnie. Harry wciąż wbijał w niego wzrok i w końcu Ślizgon wywrócił oczami i kontynuował. — Masz w sobie magię porównywalną ilością do równowartości mocy przynajmniej trzech w pełni rozwiniętych magicznie czarodziei.
Harry zmarszczył czoło, trochę zaskoczony tym stwierdzeniem. Jasne, potrafił mówić w wężomowie, czy zdarzyły mu się te incydenty z ciotką Murriel, wężem w zoo i paroma innymi, ale… to chyba nic specjalnego, prawda?
— Czemu tak sądzisz?
— Gdy cię dotykam — skrzywił się przy ostatnim słowie — to ją czuję.
Czujesz?— powtórzył zdumiony.
— Tak, Potter, czuję. Czy mówię niewyraźnie? — syknął, wyglądając teraz na bardzo zakłopotanego, co było widokiem raczej niecodziennym. Jego zwykle blada twarz nabrała rumieńców, a palce odrobinę za mocno zacisnęły się na pergaminie. — Ona promieniuje od ciebie, łączy się z moją magią, jest… prawie namacalna. — Przełknął ciężko ślinę i w końcu spojrzał na Harry’ego. — Ale oczywiście ty jesteś na tyle głupi, że wolisz ignorować swoje możliwości zamiast je rozwinąć.
— Więc co niby powinien zrobić?
— Świadomie ją kontrolować. Założę się, że gdybyś trochę poćwiczył i wystarczająco się skupił, to bez najmniejszego problemu posługiwałbyś się magią bezróżdżkową.
Postanowił to rozważyć, a może nawet w chwili wolnej poćwiczyć… Przez głowę przemknęła mu myśl, ile mógłby zyskać dzięki takiej umiejętności. Na polu walki każda sekunda miała znaczenie, w dodatku, przeciwnik przyjmował obronną postawę widząc różdżkę, a gdyby jej nie było, poczułby się złudnie bezpieczny… Te ułamki sekund przewagi z całą pewnością mogłyby przesądzić o pokonaniu nawet samego Voldemorta.
Przez następne pół godziny z powrotem skupili się na swoich esejach. Z wiru nauki wyrwał go znudzony głos Draco.
— Potter. — Harry nie zareagował. — Poootter… Pooooootter…
Harry poczuł, jak dostał czymś miękkim w głowę. Podniósł leżącego obok papierowego smoka.
— Rozpraszasz mnie, wiesz o tym?
— A ty mnie ignorujesz. — Wydął wargi, do złudzenia przypominając marudne dziecko.
— Jutro mija termin oddania tego cholerstwa, jeśli tego nie zrobię…
Draco machnął ręką.
— Och, dobrze, rób sobie, co tam chcesz, ja tu posiedzę i poumieram z nudów… Kto by się mną przejmował.
Harry westchnął, opuścił pióro i spojrzał na niego.
— Czemu nie robisz swojej pracy?
— Bo już skończyłem — stwierdził dumny z siebie i przybrał złośliwą minę. — Widzisz, Potter, zawsze byłem od ciebie mądrzejszy i sprytniejszy, a to tylko kolejny dowód na to.
— Super, więc pław się w swoim zwycięstwie, a mi pozwól dokończyć — mówiąc to, skreślił jedno nie mające najmniejszego sensu zdanie. Przez chwilę usiłował się skupić, ale wzrok Malfoya śledzący każdy jego ruch skutecznie mu to uniemożliwiał.
— Wiesz — zaczął Draco, tonem zbyt pogodnym, by to mógł być dobry znak — mógłbym ci pomóc.
Harry z wrażenia prawie wypuścił pióro.
— Przepraszam…Co? Pomóc? Tak właśnie powiedziałeś? — zapytał dla upewnienia, a Ślizgon skinął twierdząco. Potter przyjrzał mu się więcej niż podejrzliwie. — Co tym razem miałbym oddać? Swoją duszę?
Draco wybuchnął śmiechem, rozpierając się wygodniej na kanapie, a gdy już przestał, odparł:
— Za surowo mnie oceniasz. Zdarza mi się pomagać bezinteresownie… Raz na jakieś sto lat.
Harry zmarszczył brwi.
— Jak na razie masz siedemnaście.
— No właśnie.
Merlinie, Malfoy był nieznośny… Wywrócił oczami, właściwie będąc trochę rozbawionym i, co oczywiste, zaciekawionym. Co takiego mógł chcieć?
— Więc? Czego chcesz? — zapytał, a chłopak uśmiechnął się tak promienie, jak gdyby Boże Narodzenie przyszło wcześniej.
— Pomogę ci, a potem będziemy robić to, co ja chcę.
Harry wciąż przyszpilał go spojrzeniem.
— Tępić pierwszorocznych?
— Litości, doceń mnie choć trochę — jęknął, wznosząc oczy ku sklepieniu. — Robienie w kółko tego samego jest nudne.
Draco był niemożliwy, a Harry najwidoczniej szalony, skoro się zgodził.
Niecałe piętnaście minut później pluł sobie w brodę. Co mu odbiło, by ulegać nieznanym pomysłom Malfoya?
Nigdy więcej, nigdy więcej nie zgodzę się na nic, póki nie będę wiedział, co to jest.
Czując narastający opór, bezradnie patrzył, jak Ślizgon majstrował przy zamku do drzwi. Po chwili się otworzyły i Harry wszedł niechętnie do środka, nie wierząc, że się na to godzi. Włamali się do pokoju nauczycielskiego. Włamali. Gdyby Hermiona to widziała, osobiście postarałby się o wlepienie mu miesięcznego szlabanu, a może nawet o ścięcie głowy. Rozglądnął się, dochodząc do wniosku, że pomieszczenie wyglądało na jedno z najskromniejszych w całym Hogwarcie. Znajdował się tutaj tylko okrągły stół otoczony fotelami, duże okno z widokiem na przykryte śniegiem błonia, a całą jedną ścianę zajmowały szafki z wypisanymi na poszczególnych szufladach nazwami przedmiotu i rocznikiem.
— Nie możemy wykraść czyjejś pracy i ją spisać — mruknął Harry. Nie żeby nigdy wcześniej nie łamał regulaminu, ale zawsze robił to w uczciwym celu. — Miałeś mi pomóc!
— I to właśnie robię, niewdzięczniku — prychnął, zaklęciem otwierając szufladę oznaczoną jako transmutacja, r VII. — Z, hm, niewielką pomocą innych — dodał, jednym machnięciem różdżki podrywając większość esejów do góry i zwinnie je łapiąc. Kiedy Harry zbliżył się do niego, od razu wręczył mu połowę. — Sprawdź te. Musimy wybrać kogoś dobrego, żeby nie spisać jakiegoś badziewia.
Do Harry’ego nagle coś dotarło.
— Draco?
— Hm? — wymruczał, nawet na chwilę nie przestając przeglądać nazwisk autorów prac. Promienie słońca podkreślały jego profil i mieniły się złotymi refleksami we włosach.
— Nie zrobiłeś swojego eseju, no nie?
Podniósł głowę przyglądając się mu z rozbawieniem.
— Oczywiście, że nie — potwierdził, nawet nie udając zawstydzenia swoim perfidnym kłamstwem. — Wystarczająco dużo czasu w tym roku zmarnowałem na naukę. Przestań jęczeć jak panienka i pośpiesz się. O! — Zatrzymał się przy jednym z wypracowań. — Mam esej Granger!
— Zapomnij! Nie spiszę pracy Hermiony! — Bez tego będę miał wystarczająco przerąbane, jak się o tym dowie, dokończył w myślach.
— Dobrze, już dobrze. Abbott, Finch-Fletchley, Greengaars— odczytywał pod nosem nazwiska, odrzucając je z niezadowoleniem. — Jest Goldstein! Chodź tu, spiszemy to raz raz.
— Malfoy, jesteś…
— Zamierzasz to zrobić czy będziesz tylko ględził? — przerwał mu, a Harry zacisnął zęby.
Na kolanie spisał wypracowanie, zmieniając niektóre słowa. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę to robi. Draco go demoralizował, skłaniał do niegodziwych rzeczy, i co gorsza, Harry czuł się z tym całkowicie wspaniale. Właściwie nie pamiętał, kiedy ostatni raz pozwolił sobie na taką całkowitą beztroskę i zrobienie czegoś… bardziej dla wygłupu niż czegokolwiek innego. Żadnego większego celu, zwyczajne życie obecną chwilą. To było… zaskakująco dobre. Kiedy wyszli na korytarz odezwał się rozbawiony:
— Nie wierzę, że włamaliśmy się do pokoju nauczycielskiego.
— Właściwie tylko ty się włamałeś — stwierdził lekko, a Harry nie potrafiąc ocenić czy jest bardziej oburzony, czy zaskoczony, aż stanął.
— Co?
Draco rzucił na niego okiem, a jego wargi delikatnie zadrżały.
— No wiesz, jestem prefektem, mogę tam wchodzić.
— CO?!
— Przestań krzyczeć, Potter — fuknął, krzywiąc się pod siłą jego głosu. — Przez ciebie ogłuchnę. I pośpiesz się. Coś mi obiecałeś, pamiętasz?
Harry nie przestawał się na niego gapić. To jak go wrobił, to było… On był po prostu niemożliwy. Nie-mo-żli-wy. Ale nie potrafił nawet gniewać się z tego powodu. Wiedział, że powinien bardziej zaniepokoić się świadomością tego, jak łatwo Malfoy wpływał na niego i co gorsza, potrafił nim zwinnie manipulować, jednak… intencje Dracona nie wydawały się złe. Zrobił to dla wygłupu, ułatwienia sprawy, nie było powodów do zmartwień. Właśnie zamierzał zapytać o to, co chciał robić, gdy usłyszał dziwne, powolne dudnienie.
— Słyszałeś? — zapytał cicho, a Draco spojrzał wymownie w sufit.
— O nie, tylko nie to twoje złowieszcze słyszałeś.
Jednak odgłos powtórzył się, brzmiąc teraz o wiele bardziej donośniej. Obaj spojrzeli w kierunku miejsca z którego dochodził. Pierwsze, co ukazało się im oczom to ogromna, bezkształtna stopa… Przesunęli wzrokiem w górę, zauważając całą, wysoką na co najmniej czternaście stóp sylwetkę ohydnego stwora. Wyglądał jak posąg ulepiony z gliny z tą różnicą, że żył. Ogromne kończyny poruszały się ze zbyt gwałtowną siłą, jednym ruchem glinianej pięści zrobił ogromną wyrwę w suficie. Śnieg zaczął padać do środka zamku wirując w powietrzu wraz z pyłem i gruzem. Stwór wydał z siebie przeraźliwy ryk i Harry skrzywił się. W pamięci odżył mu obraz trolla wpuszczonego przez Qurille’a na pierwszym roku. Małe oczka ledwie widoczne z pomiędzy fałd gliny spoczęły na nich. Musiał ich zauważyć, bo ruszył w tym samym kierunku.
— Co… Co to jest?! — zapytał zszokowany, ale nie uzyskał żadnej odpowiedzi. — Draco? — Zerknął w bok, ale Ślizgona tam nie było.
Spojrzał za siebie, od razu dostrzegając oddalającą się w błyskawicznym tempie sylwetkę Malfoya. Biegł tak szybko, że to wręcz cud, że się za nim nie kurzyło. Co… Czy on uciekł? Potrząsnął z niedowierzaniem głową. Przynajmniej tym razem nie wrzeszczał. Naprawdę, jak można być aż tak wielkim tchórzem? Wziął głęboki oddech i wyjmując z kieszeni różdżkę ponownie zwrócił twarz w stronę stwora. W takim razie będzie musiał radzić sobie sam.

***


Draco nawet przez sekundę nie rozważał ucieczki. Po prostu uciekł. Biegł przed siebie ile sił i ile tchu zdeterminowany, żeby znaleźć się jak najdalej od tego czegoś i, zawsze ściągającego na niego całe zło tego świata, Pottera. A właśnie skoro o nim mowa…O matko. Potter. Stanął, rozglądając się wokół siebie, ale wiedział, że nie ważne jak długo by czekał, Harry się nie zjawi. Czy ten idiota naprawdę tam został? Co za…! Ktoś powinien nauczyć tego obrzydliwie gryfońskiego imbecyla, że czasem lepiej wziąć nogi za pas, a nie bawić się po raz setny w superbohatera. Trzymając różdżkę w pogotowiu i usiłując nie panikować na myśl o tym, co go czeka, wrócił do miejsca, gdzie kretyna zostawił. Oczywiście Potter wciąż tam był.
Co za zaskoczenie.
W jakże inteligentny sposób Gryfon ciskał w potwora zaklęciami, tym samym jeszcze bardziej go rozwścieczając. Stwór w furii chwycił stojącą w pobliżu zbroję i cisnął nią z całej siły. Gdyby Potter w porę nie uskoczył, dostałby prosto w ten swój głupi łeb.
— Ty debilu! — krzyknął, doskakując do chłopaka. — Ty szalony, gryfoński do przesady, debilu! — Potter spojrzał na niego z zaskoczeniem, a Draco w tym samym momencie rzucił zaklęcie tarczy. Lecące w ich kierunku zbroje, obrazy i wszystko, co tylko stwór znalazł w zasięgu ręki, odbijały się od niewidzialnej ściany, jednak Draco nie potrafił ocenić, jak długo bariera ochronna wytrzyma. Zaciskając palce na nadgarstku Harry’ego pociągnął go w najbliższy, prostopadły korytarz. Przylgnęli plecami do chłodnej ściany, stojąc ramię w ramię, a ciężkością oddechów mogąc ze sobą konkurować. Draco nie wiedząc czy był bardziej wściekły, czy przerażony, wyrzucił z siebie:
— Czy kiedyś dotrze do ciebie, że niebezpieczeństwo nie zawsze oznacza ryzykowanie własnym życiem, ale ratowanie siebie?!
— Musimy go powstrzymać — zawyrokował Potter, a Ślizgon musiał przekręcić głowę, by rzucić mu niedowierzające spojrzenie. — Tam często przesiadują pierwszoroczni! Jeśli tam są, nie poradzą sobie!
Jak na podkreślenie jego słów usłyszeli dziki ryk, który Draco niemal poczuł w swoich trzewiach. Zamknął oczy i modląc się o odrobinę szczęścia, wyskoczył za Potterem na korytarz. Jak on go nienawidził… Czemu wraz z zawarciem z nim znajomości, nie dostarczano informacji Ściąga śmiertelne niebezpieczeństwo?
Nim wypowiedział pierwszą inkantację, pospiesznie nacisnął na swoją odznakę prefekta, mając nadzieję, że szybko przyjdzie pomoc. Kolorowe smugi zaklęć błyskały w powietrzu, by po chwili niknąć w nierównej warstwie gliny. Stworzenie ledwo reagowało.
To na nic. Ten cholerny stwór prawie nie czuje!
Bardziej zobaczył niż naprawdę poczuł, jak część zbroi leci w jego kierunku, by po chwili uderzyć go w twarz. Niczym przez mgłę usłyszał chrzęst łamanej kości, a coś ciepłego i gęstego zalało mu usta.
Krew, uświadomił sobie półprzytomnie, nawet nie odczuwając w pełni bólu. Jego nos nieprzyjemnie pulsował, a w głowie nieco wirowało, ale nic ponad to. Nagle wezbrała w nim złość. Żaden pieprzony stwór nie będzie go atakował! Musiał być jakiś sposób, wszystko posiada swój słaby punkt… Spojrzał na Pottera, który jak w amoku wymachiwał ręką i nie zanosiło się na to, aby przestał, a potem przeniósł spojrzenie wyżej, wprost na ogromnego stwora. Kiedyś o tym czytał, niemal widział oczami wyobraźni ruchomą ilustrację z książki o magicznych stworzeniach…
Golem*, przypomniał sobie nazwę stwora, istota utworzona z gliny, pozbawiona duszy. Reagująca jedynie na dotkliwie drażniące bodźce…
Rictusempra!— zawołał, a na efekt nie trzeba było długo czekać.
Golem wydał z siebie odrażający dźwięk, podobny do zmutowanego chichotu, po czym trzęsąc się, runął na podłogę. Równocześnie w odmętach gruzu uskoczyli do tyłu, cudem unikając zgniecenia. Cóż, może nie do końca go pokonał, ale przynajmniej tymczasowo unieszkodliwił. Potter stojący tuż obok z niedowierzaniem wpatrywał się w wijące się stworzenie.
— Czy ty rzuciłeś zaklęcie łaskoczące? — zapytał zdumiony.
— Widzisz, Potter, czasami spryt jest lepszy od siły — odparł, ale jego głos nie zabrzmiał tak jak powinien, co ściągnęło uwagę chłopaka. Spojrzał na Dracona, a jego oczy rozwarły się w wyrazie niepokoju.
— Twój nos — powiedział i jak na zawołanie w Malfoya uderzyła fala promieniującego bólu. Chciał dotknąć uszkodzonego miejsca, ale gdy tylko spróbował, z ust wyrwał mu się niekontrolowany jęk. Choć nikt o to nie prosił, Potter doskoczył do niego, łapiąc go pod brodę. — Pozwól mi… Episkey!— Ponownie chrupnęło, a jego kość przeskoczyła w odpowiednie miejsce, łącząc się z drugą połową. — Lepiej? — zapytał, wciąż nie zabierając ręki. Draco nieco oszołomiony kiwnął głową.
Dlaczego jeszcze mnie nie puścił?
Zamiast się odsunąć, delikatnie wzmocnił ucisk na jego brodzie, nieco ją unosząc, a kciukiem starł krew. Draco nie poruszył się, zapomniał nawet, jak się oddycha, ogłuszony niespodziewanym dotykiem, bliskością, jak i falą emocji, która w niego uderzyła. Mógł tylko stać i modlić się, by Potter nie usłyszał łomotania jego serca. Zsunął kciuk niżej, ścierając krew z jego górnej wargi, a Draco odruchowo przełknął ślinę, przez co jego usta nieco się rozchyliły. Palec Harry’ego zahaczył o jego przednie zęby i dotknął czubek języka. Draco ledwo zdołał się powstrzymać przed pochwyceniem go zębami, wessaniem do środka, by następnie przeciągnąć językiem od paznokcia aż po miejsce, gdzie palec łączył się z resztą dłoni. Skóra Pottera była gorąca, a może to on sam płonął?
Powinien się odsunąć, uderzyć go, odezwać się, zrobić coś, cokolwiek, ale z całą pewnością nie całować go.
Och, Merlinie… Nie mogę pocałować Pottera, nie mogę, nie…
Nie wiedział jakim cudem, ale w końcu zdołał coś z siebie wykrztusić.
— Powinienem… — głos go zawiódł. — Powinienem iść do skrzydła.
Do Pottera chyba w końcu dotarło, że praktycznie wciska mu palec w usta, bo gwałtownie zabrał rękę i spojrzał mu w oczy, jakby nie do końca wiedział, co się właśnie stało.
— Ee, tak. Powinieneś… Tak…
Właśnie ten moment wybrali sobie prefekci większości domów na zjawienie się w korytarzu. Draco jeszcze nigdy w życiu nie cieszył się na widok Weasleya i Granger, aż do teraz. Szlama od razu zaczęła wypytywać, co się stało, ale od odpowiedzi został wybawiony przez Pansy.
— Nie widzisz, że jest ranny? — syknęła do Granger, momentalnie doskakując do Malfoya. Cóż, to nie była już do końca prawda, ale każda wymówka była dobra, by stąd zwiać. — Och, Draco, bardzo cię boli?
— Trochę — mruknął, będąc wciąż w zbyt wielkim szoku, by konstruować całe zdania.
— Potter, jesteś pieprzonym barbarzyńcą! — krzyknęła w stronę chłopaka, który też chyba ledwo kontaktował.
— Ja nie…
— Harry mu nic nie zrobił! — obronił go Weasley.
— Wystarczy, że ciągle pakuje go w kłopoty! Nie wszyscy są nieśmiertelni, a Draco jest delikatny…
— Nie jestem delikatny — zaprzeczył, krzywiąc się na widok drwiącego uśmiechu na tej obleśnej mordzie Wieprzleja.
— Oczywiście, kochanie — zbyła go. — A teraz chodź, idziemy do skrzydła.
Przez całą drogę narzekała na głupotę Gryfonów, ale Draco ledwo ją słuchał, pogrążony we własnych myślach. To co się stało… cóż, nic się nie stało, ale to już drugi raz, o ile nie trzeci, gdy Potter dotknął go w ten sposób i Draco czuł się nieco… zdezorientowany. Dobra, to delikatne określenie, był kurewsko przerażony, zdumiony i, o zgrozo, podniecony jednocześnie, a co gorsza mało brakowało, by pocałował tego niczego nieświadomego kretyna i… naprawdę nie wiedział czy następnym razem zdoła się powstrzymać.
— Chłopcze, nie mam teraz czasu na takie drobne zadrapania! — wykrzyknęła na ich widok Madame Pomfrey.
— A co ma pani lepszego do roboty? — najeżyła się Pansy, a kobieta posłała jej chłodne spojrzenie.
— Ta dziewczyna — wskazała na Orle Quirke, Krukonkę z piątego roku, płaczącą na łóżku — straciła przed chwilą całą swoją magię.
— Jak to…
— Nie mam czasu! Przyjdźcie później! — Praktycznie wypchnęła ich za drzwi, zatrzaskując je za nimi z hukiem.
Draco nie miał siły nawet o tym myśleć. Najpierw golem szalejący po korytarzu, potem Potter macający go po twarzy, a teraz jeszcze to…
Została ledwie godzina do jego nocnej straży z Pansy, ale jakoś zdołał ją zbyć, zmył krew z twarzy i rzucił się na łóżko. Uniósł dłoń, opuszkami palców muskając swoje wargi. Żywe wspomnienie zatańczyło w jego umyśle; niemal mógł poczuć ciepło cudzego dotyku, wyobrazić sobie, że to nie palce wsuwał w jego usta… Przygryzł wargę, usiłując zwalczyć podniecenie. Nie może leżeć i podniecać się Potterem, ostatnio zdarzało mu się to stanowczo za często. Jasne, miał pieprzone siedemnaście lat, był napalony przez większość czasu, ale dotychczas fantazjował o wielu różnych facetach, a ostatnio niemal non stop tylko o nim. Jeszcze trochę i nabawi się jakiegoś skrzywienia seksualnego - potteroseksualizmu. Parsknął histerycznie, wciskając rozgrzaną twarz w poduszkę.
Nie jest nawet przystojny, powtarzał sobie to wielokrotnie, niestety jego ciało z lubością ignorowało ten fakt.
O co chodziło Potterowi? Była Chang i Weasley, więc na pewno nie zaliczał się do grona homo, ba, nawet szanse na jego biseksualizm były marne, więc… czemu to robił? Czemu go dotykał? Och, a może Draco padł ofiarą jakiejś wstrętnej intrygi? Może całe to pogodzenie się i mizianie przy każdej, sprzyjającej temu okazji, miało na celu doprowadzenie go do takiej frustracji, aż sam rzuci się na niego, a potem Potter będzie mógł opowiedzieć swoim durnym przyjaciołom i wszystkim innym, że Draco Malfoy jest cholernym pedałem?
Odetchnął, przewracając się na plecy. Nie, to nie pasowało do Harry’ego; był zbyt prostolinijny. Jeśli chciałby go skrzywdzić, złamałby mu nos, a nie marnował miesiące na tego typu podchody. No i takie zachowanie zdecydowanie nie leżało w gryfońskiej naturze.
Powinien się z kimś przespać. I to nie z Pansy, tylko z jakimś facetem, może wtedy przestałby tak świrować na punkcie Pottera i jedno muśnięcie twarzy nie sprawiałoby, że stawał się twardy jak skała. Żałosne. Przyszedł mu do głowy Nott. Nie miał zbyt dużego doświadczenia w uwodzeniu, ale pewne sygnały były dość oczywiste… Jego nagłe zainteresowanie, sposób w jaki się na niego patrzył i przyciskał swoje kolano do jego, gdy pracowali nad projektem… Naprawdę mógłby to zrobić? Od lat powstrzymywał się, by nie dotknąć żadnego chłopaka, ale… sytuacja się zmieniła. Ojciec siedział w więzieniu, matka w szpitalu, istniało spore prawdopodobieństwo, że gdyby to odpowiednio rozegrał, nikt by się nie dowiedział… Och, musi, musi coś zrobić, bo inaczej oszaleje albo naprawdę rzuci się na Pottera, a wtedy jedyne, co mu pozostanie, to strzelenie sobie w głowę Avadą.
Usłyszał pukanie do drzwi i dotarło do niego, że musiała minąć już godzina. Pansy weszła do środka, a na żałosny widok, który sobą przedstawiał, uniosła wymownie brwi.
— Pamiętasz, że zaraz zaczyna nam się warta? Dziś przez tego stwora, pewnie będziemy mieć dwa razy więcej roboty…
— Nigdzie nie idę — odparł głosem stłumionym przez poduszkę, którą przycisnął sobie do twarzy.
— Źle się czujesz? — zapytała z autentyczną troską. Och, kurwa, czy źle się czuł? Tak źle, jak tylko mógł sobie wyobrazić. — Przynieść ci jakiś eliksir od Pomfrey?
— Jedynym lekarstwem będzie zabicie mnie — mruknął.
Łóżko skrzypnęło, kiedy na nim usiadła.
— Och, kochanie, na pewno nie jest tak źle — stwierdziła, delikatnie zabierając poduszkę z jego twarzy. Przyjrzała mu się nieco pobłażliwie. Pragnął zostać tu do końca świata i nigdy nie musieć pokazać się komukolwiek na oczy, a już szczególnie Harry’emu.
— Jest gorzej niż źle.
— To ty wpuściłeś tego golema? — zapytała lekko zaniepokojona.
Że co? A po jaką cholerę miałby to zrobić?
— Coś gorszego.
— Coś gorszego? Och, czekaj, daj mi minutę, niech się tylko zastanowię…
Nie może jej powiedzieć. Nie może. Obiecał sobie, że zachowa to do grobu, a Pansy była największą plotkarą w całej szkole; powierzenie jej takiej informacji, równało się z samobójstwem. Ale gdyby kogoś miał nazwać swoim przyjacielem, to właśnie ją. Znali się od dziecka, wiedzieli o sobie większość rzeczy, nie musieli przed sobą grać, w dodatku sprawy związane z seksem Pansy traktowała wyjątkowo lekko. Nawet za lekko. I ich przyszłe małżeństwo… To właśnie dlatego z nią chciał się związać. Właśnie dlatego, by nie musieć kłamać. Tylko naprawdę, kiedyś wolałby umrzeć, niż żeby ktoś się o tym dowiedział, ale teraz tak wiele rzeczy się zmieniło. Miał wrażenie, że błądzi w ciemnościach po omacku i nie ma nikogo,
nikogo
, kto mógłby wskazać mu drogę. Czuł, że jeszcze chwila i eksploduje.
— Mało brakowało, a pocałowałbym Pottera — wyrzucił z siebie, zaciskając oczy, jakby czekał na cios.
Och, Boże, naprawdę to powiedział? Twarz go paliła i miał wrażenie, że umrze. Naprawdę nie przywykł do zwierzania się komukolwiek.
Pansy przez chwilę milczała, a potem wybuchnęła śmiechem i poklepała go po ramieniu.
— Dobre, a tak serio? — Draco otworzył oczy i rzucił jej ponure spojrzenie. Na widok jego miny zamarła z otwartymi ustami. — Na Merlina… Mówisz poważnie? Łał! Startować do Wybrańca? No, ambitny jesteś!
Zastanowił się czy ogłuchła, czy dobrze bawiła się jego kosztem.
— Pansy… czy ty słyszałaś, co powiedziałem? Prawie pocałowałem faceta. Pottera.
— No wiem.
Uniósł się na łokciach, patrząc na nią wyczekująco.
— I?
— No i co? Bo chyba nie łapię.
Wypuścił z frustracją oddech.
— Nie zamierzasz mi powiedzieć, że jestem chorym odmieńcem i takich jak ja jeszcze nie tak dawno leczono?
Popatrzyła na niego, jakby w życiu nie słyszała czegoś równie głupiego.
— Chyba nie wierzysz w te bzdury wygadywane przez naszych rodziców? — zapytała rozbawiona, a Draco zacisnął zęby. Sam już nie wiedział, w co wierzył. W ciągu roku jego życie skręciło w ulicę Bardzo Popieprzoną. Bał się, że im dalej pójdzie, tym gorzej będzie. — Och, mój drogi, żyjemy w dwudziestym wieku. Jakie znaczenie ma czy sypiasz z kobietą, czy facetem? Życie jest takie krótkie, czasy niebezpieczne… trzeba eksperymentować! — Widząc jego pobladłą twarz, poklepała go po dłoni. — Jeśli to cię pocieszy, spałam z jedną dziewczyną, a może dwiema? Nie jestem pewna… Cóż, w każdym razie, zdarzyło się. No i co? Świat stanął w miejscu? Stało się coś strasznego? Naprawdę, Draco, musisz trochę wyluzować.
— Mój ojciec… — zaczął, ale Pansy prychnęła.
— Twój ojciec to fanatyczny drań, wystarczająco utrudniał ci życie, teraz masz od niego spokój, więc korzystaj z tego. — Nienawidził, gdy mówiła w ten sposób, ale nie miał sił się spierać. — Jak dla mnie możesz pieprzyć się z kim chcesz. Z Potterem, Nottem, McGanagall, a nawet z Wielką Kałamarnicą, naprawdę, to nie ma dla mnie znaczenia, chyba że się zakochasz i nici z naszych planów.
— Nie bądź śmieszna — prychnął, bawiąc się fałdą materiału na poduszce. Na samą myśl o tym, jego podbrzusze przeszył nieprzyjemny skurcz. Uczucia były dla głupców i tych, którzy chcieli stracić wszystko. Już dawno temu zrozumiał, że o wiele bezpieczniej jest nie czuć absolutnie niczego.
Przełknął ślinę, czując się nagle nienaturalnie odsłonięty. Nie przywykł do szczerości, a już na pewno nie aż takiej. W dodatku, nieco martwiło go, że Pansy nie była zszokowana, z drugiej strony, jej w kwestiach seksualnych chyba nic nie mogło zdziwić. Ale czy na pewno? Może… może to było po nim widać lub - och, na Merlina - jego orientacja należała do powszechnych informacji, o których wiedzieli wszyscy? Nie, to nie możliwe. Ślizgoni w tym roku nie darowaliby mu czegoś takiego.
— Ty… nie wyglądasz na specjalnie zaskoczoną.
— No bo nie jestem. Nie żebym wcześniej o tym wiedziała, ale gdybym się nad tym dłużej zastanowiła, to pewnie doszłabym do podobnych wniosków. Nigdy nie interesowały cię żadne dziewczyny, seks ze mną… Nie wyglądałeś na specjalnie usatysfakcjonowanego. Myślałam, że może się znudziłeś, ale zawsze tak było, prawda? No i ta obsesja na punkcie Pottera trwająca od sześciu lat…
— Nie mam żadnej obsesji!
— …właściwie to całkiem jasne. Ale nie musisz się obawiać, nie powiem nikomu — stwierdziła, a Draco miał nadzieję, że ten jeden raz, gdy postanowił komuś zaufać, nie zawiedzie się. Pansy przyglądała mu się dłuższą chwilę i zanim ponownie otworzyła usta, już wiedział, o co zapyta. Wywrócił oczami. — Więc? — Wyszczerzyła zęby. — Powiesz mi w końcu, jak do tego doszło?
Głosem najbardziej beznamiętnym na jaki było go stać opowiedział w skrócie całe dzisiejsze zdarzenie. Gdy skończył, Pansy patrzyła na niego, jakby sądząc, że zataił przed nią jakieś erotyczne smaczki.
— To wszystko?
— Tak, to wszystko, ty niewyżyta nimfomanko — syknął, a ona uśmiechnęła się, niewzruszona obelgą.
— Hmm, więc Potter na ciebie leci…
Draco spiorunował ją spojrzeniem.
— Zawsze zbyt łatwo dawałaś się ponieść fantazji. Nie leci na mnie, to Harry Potter, nadzieja ludu, Wybraniec, ach, zapomniałem jeszcze o jednym, małym szczególe – jest hetero.
— Tego nie możesz być pewien.
— Była Chang i Weasleyówna, to chyba dostateczny dowód?
— To że lubię mleczną czekoladę, oznacza od razu, że nie lubię białej? — zapytała wesoło, a Draco zaczął powoli żałować, że jej powiedział. Znając ją, zaraz podeśle mu całą listę kandydatów, z których pewnie sporą część sama przetestowała. Nie pomylił się. — A zanim się przekonasz czy jest bi, zawsze możesz popróbować z kimś innym. Choćby z Nottem. Jemu na pewno się podobasz. To przynajmniej tłumaczy czemu mi odmówił…
— Pansy, doprawdy, golem uszkodził mi nos, a nie mózg — fuknął, akurat w tej sprawie nie potrzebując żadnej rady. — Umiem rozpoznać, kiedy ktoś się mną interesuje. A to z kim będę się pieprzył, to już nie twoja sprawa.
— To dobrze, bo już się martwiłam, że przez tę obsesję na punkcie Pottera, zmarnujesz taką okazję… A w końcu fiut to fiut, prawda? Nie ma znaczenia czyj.
Popatrzył na nią z niedowierzaniem graniczącym z rozbawieniem.
— Na Merlina, czy mogłabyś być jeszcze większą dziwką?
Roześmiała się, odchylając głowę.
— Chyba nie. A teraz wstawaj, warta na nas czeka.

***

Trzy dni później, kiedy siedział nad projektem, dotarło do niego, że odebranie zachowania Notta jako zainteresowania, nie było tak szalone, jak chwilami myślał. O tej porze dnia w bibliotece panował względny spokój; jedynym dźwiękiem zagłuszającym ciszę było skrobanie piór i śnieżyca wyjąca za oknami. Po dwóch godzinach pracy nad projektem dotarli do punktu, w którym mózg Dracona powoli przestawał pracować, więc kiedy usłyszał pytanie, w pierwszej chwili pomyślał, że chyba słuch go zawiódł.
— Słyszałeś o mikołajkowym wyjściu do Hogsmeade? — Draco skinął twierdząco głową, ale nie uniósł wzroku. — Może pójdziemy razem?
— Czemu nie? Tylko zapytam Pansy i Blaise’a czy im pasuje.
— Właściwie… — Teodor zawahał się, a Draco poczuł, och boże, jak trącił go stopą, przesuwając nią po łydce nieco wyżej, w bardzo jednoznacznym geście. — Miałem na myśli tylko ciebie i mnie.
Och. Jego podbrzusze zacisnęło się na te słowa, a serce gwałtownie przyśpieszyło. Więc jednak nie widział tylko tego, co chciał, Nott naprawdę zamierzał dobrać mu się do spodni. Powinien mu na to pozwolić? Ostatnio, gdy nad tym myślał, był nieco bardziej zdecydowany, ale teraz… nie wiedział czy to rzeczywiście taki świetny pomysł.
Pieprzyć to, postanowił, przełykając gulę w gardle, Pansy miałaby ubaw, gdyby dowiedziała się, że się waham.
To tylko seks, nic zobowiązującego. Trochę zabawy, no i wcale nie musieli iść od razu na całość… Właściwie wolałby ominąć całe to Hogsmeade i od razu się pieprzyć, ale gdyby jednak zmienił zdanie, to to dawało większe pole manewru. W końcu uniósł wzrok i spojrzał na chłopaka. Nie był szczytem jego erotycznych fantazji, ale go pociągał. Pansy miała rację – fiut to fiut. Nie zamierzał się z nim wiązać, tylko zabawić. Naprawdę nie było niczego, co stałoby temu na przeszkodzie.
Teodor musiał odebrać jego milczenie jako odmowę, bo wyglądając na zażenowanego, wyrzucił z siebie szybko:
— Sorry, jeśli nie chcesz…
— Nie, nie — zaprzeczył, podejmując decyzję. — Chodźmy.
Nott uśmiechnął się, a jego oczy błysnęły w bardzo sugestywny sposób.
— Super — stwierdził, po czym rzucił pióro na biurko i przeciągnął się. — Mam dość na dziś, a ty?
— Ja jeszcze dokończę jeden esej.
— Okej. — Podniósł się, zgarnął swoje rzeczy do torby i popatrzył na niego równie intensywnie jak przed chwilą. Wnętrzności Dracona przewróciły się na ten widok. — Co do Hogsmeade… — urwał, lekko muskając dłonią jego ramię. Draco spiął się w reakcji na ten dotyk, choć miał nadzieję, że nie było tego widać. — To jeszcze się dokładniej zgadamy.
— Jasne.
Nott obdarzył go ostatnim uśmiechem i wyszedł z biblioteki. Gdy tylko zniknął, ciało Malfoya gwałtownie się rozluźniło. Z jękiem udręczenia oparł czoło o stos notatek. Cztery dni. Cztery pieprzone dni zostały do mikołajek, a wtedy… Cóż, wtedy spędzi parę namiętnych chwil z Nottem i może przestanie tak świrować. Stanowczo za długo nie uprawiał seksu. Od ostatniego razu z Pansy minął chyba miesiąc.
— Ciężki esej? — głos Pottera wyrwał go z zamyślenia i prawie podskoczył na jego dźwięk.
Podniósł głowę i spojrzał na Gryfona. Siedział naprzeciwko, przyglądając mu się z zaciekawieniem. Jak on to robił? Skąd zawsze wiedział, gdzie go szukać? Draco miał wrażenie, że gdyby uciekł na kraniec świata, to Potter pojawiłby się tam pięć minut później.
— Trochę — odparł, a sekundę później obdarzył go cwanym uśmieszkiem. — Wiesz, coś obiło mi się o uszy, jak to lubisz pomagać innym…
— Zapomnij. To Puchoni słyną z uczynności, a nie Gryfoni.
Draco wydął wargi, udając obrażonego.
— Te wszystkie plotki o tym, jaki to jesteś dobry i uwielbiasz ratować ludzi z opresji, są stanowczo przereklamowane — zamarudził, a Potter uśmiechnął się, ale po chwili przygryzł wargę, jakby się nad czymś zastanawiał.
— Robisz coś w mikołajki? — zapytał, a Draco poczuł, jak uchodzi z niego całe powietrze. Fantastycznie. Najpierw Teodor, a teraz Potter… Przez cały zeszły rok umierał z samotności, a teraz nagle miał do dyspozycji całe grono kandydatów. Z tą różnicą, że Nott przynajmniej miał na niego ochotę, a Potter… cholera wie, czego chciał. Jedno było pewne jak w banku - na pewno nie tego czego pragnął Draco. Harry kontynuował, wykręcając sobie nerwowo palce. — Wiesz, Ron z Hermioną pewnie woleliby być sami, więc pomyślałem, że, um, moglibyśmy iść razem, no bo i tak spędzamy ze sobą czas, więc co za różnica czy…
— Jestem już z kimś umówiony — przerwał ten gorączkowy słowotok.
Potter wydał z siebie coś, co zabrzmiało jak zawiedzone Och.
— Z Parkinson?
— Nie, z Nottem — oznajmił, śledząc zmianę emocji zachodzącą na twarzy Harry’ego, kiedy zmarszczył brwi.
— Nie wiedziałem, że się przyjaźnicie.
— Bo nie przyjaźnimy — sprecyzował, naprawdę nie mając ochoty się z tego tłumaczyć. — Robimy razem projekt.
— I to projekt będziecie tam robić? — zapytał nieco gniewnie.
Okeeej… Zarówno ton, jak i cała ta rozmowa zmierzała w zdecydowanie powalonym kierunku. Potter nie miał prawa mieć o nic pretensji, to Draco miał do nich prawo, bo ten idiota był źródłem wszystkich jego problemów. W dodatku zachowywał się w ten dezorientujący sposób, a przecież na pewno był całkowicie hetero. Musiał być. Więc lepiej niech się odpieprzy i przestanie robić to, co robi, zanim Draco… nie wytrzyma i zrobi coś, czego żałowałby do końca życia.
— To nie twoja sprawa, Potter, co będziemy robić — wycedził, pokrywając swoje zdenerwowanie oschłością.
— On mi się nie podoba — burknął Gryfon, a Draco wypalił:
— To nie tobie ma się podobać.
O cholera. Dlaczego nie ugryzł się w język? Teraz Potter patrzył na niego szeroko rozwartymi oczami, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Wyglądał na zaskoczonego, niepewnego i… Draco zastanowił się czy można spalić się ze wstydu. Jego twarz płonęła, jakby lada chwila miała stanąć w ogniu. Praktycznie przyznał się mu do bycia gejem. To po prostu… Kurwa! Kurwa, kurwa i jeszcze raz kurwa!
Harry wciąż nie wstał. Nie wyglądał na zniesmaczonego ani jakby cokolwiek naprawdę zrozumiał, może… może był zbyt tępy, by pojąć tak oczywisty przekaz, a może Draco musiałby go ugryźć w tyłek, by naprawdę pojął to, co trzeba. Tak naprawdę chłopak sprawiał wrażenie wkurzonego.
— Dobra, nie ważne, zapomnij, że chciałem… — umilkł i podniósł się, od razu kierując się do wyjścia.
W głowie Dracona toczyła się walka pomiędzy tym, czego chciał a tym, co powinien. Wiedział, że nie miał powodów do robienia sobie nadziei, ale czy to możliwe, by Potter zachowywał się w ten sposób, jeżeli nie był nim ani trochę zainteresowany? Nie wiedział już, co o tym myśleć. Wolał iść z Harrym, ale pójście z nim nie mogło przynieść niczego satysfakcjonującego poza jeszcze większa dozą dezorientacji, a wyjście z Nottem miało jasno sprecyzowany cel.
— Potter — zatrzymał go. Harry odwrócił się, patrząc na niego bez zrozumienia. Nie, nie może z nim pójść. Nie może sobie tego zrobić. To zakrawało o masochizm, a on miał już wystarczająco wiele ran. — Nie ważne.
Obdarzył go jeszcze jednym, długim spojrzeniem i wyglądając na jeszcze bardziej rozgniewanego, zamknął za sobą drzwi.
Draco - bardzo starając się, żeby emocje nie wzięły nad nim góry - wpatrywał się tępo w stos pergaminów przed sobą.
W co on się najlepszego wpakował?


* golem – istota nie jest wymyślona przez autorkę. W tradycji żydowskiej golem został utworzony z gliny na kształt człowieka, ale nie miał duszy rozumiejącej neszama, a zatem również zdolności mowy.
Nessa Offline


 
Posty: 53
Dołączył(a): 10 lis 2010, o 00:28

Postprzez Japor » 8 maja 2013, o 10:12

Bardzo spodobał mi się ten rozdział. Zdecydowanie zbyt szybko się skończył :D Opowiadanie z rozdziału na rozdział coraz bardziej wciągające.
Atmosfera między Draco i Harrym robi się coraz "gęściejsza", a przy tym jest na prawdę zabawnie. Włamanie do pokoju nauczycielskiego, aby przepisać cudze prace - naprawdę ślizgońskie zagranie :hahaha:

Pozdrawiam!
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez kajamoko » 17 maja 2013, o 17:15

Założyłam konto specjalnie po to by napisać komentarz do tego opowiadania.
Zakochałam się w nim! :D Od dość dawna czytam na tej stronie ale żadne z przeczytanych przeze mnie nie było takie cudowne *.* Wciągnęło mnie bezpowrotnie! Czekam z niecierpliwością (wielką) na kolejny rozdział. Bardzo mi się to podoba, że znajomość chłopców rozkręca się bardzo powoli, że Harry stara się powoli zdobywać jego zaufanie sam nie wiedząc czemu... To się staje takie romantyczne...
Dziękuję! I czekam na kolejne. :)
Te chwile chcę pamiętać, gdy nadejdzie moja senna puenta,
Chciałbym wiecznie czuć tak wiele magii jak Tolkiena legenda...

~ L.U.C
kajamoko Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 1
Dołączył(a): 17 maja 2013, o 17:05

Postprzez Nessa » 21 maja 2013, o 20:05

Za to, że tak ładnie komentujecie, w nagrodę wrzucam szybko kolejny rozdział. :)

Beta: Morgue


Rozdział XIII


Nieszczęsny szósty grudnia nadszedł o wiele za szybko, nim Draco zdążyłby się do tego psychicznie przygotować. Coś mówiło mu, że nie ważne, ile dni by minęło, nigdy nie byłby na to gotów, a teraz nie miał możliwości odwrotu. Poza tym nawet gdyby miał… w dużej mierze chciał tego. Zostawała też ta malutka część jego samego, wyhodowana w nim od dziecka, odpowiadająca za posłuszeństwo i stosowanie się do ścisłych reguł narzuconych przez ojca. Wolał nawet nie myśleć o tym, co zrobiłby, gdyby się o tym dowiedział. Wydziedziczyłby go? A może stwierdziłby, że potajemnie może robić, co mu się żywnie podoba tak długo, jak długo oficjalnie spełnia wszelkie rodowe warunki? Cóż, już się tego nie dowie. Ani teraz, ani prawdopodobnie nigdy.
Tego roku wyjścia do Hogsmeade były większym wydarzeniem niż we wcześniejszych latach. Nikt przy zdrowych zmysłach nie spodziewał się, że w ogóle będą możliwe, a jednak szkoła poczyniła ku temu wszelkich możliwych starań. Na magiczne miasteczko nałożono potężne bariery ochronne, siłą zbliżone do tych otaczających Hogwart. Teleportacja tam stała się praktycznie niemożliwa, a czarodzieje przekraczający granicę Hogsmeade zostawali poddani ścisłej kontroli aurorów. Każdy, kto chciał tam wejść, a nie był uczniem lub nauczycielem Hogwartu (o mieszkańcach miasteczka nie wspominając), musiał mieć ku temu dobry powód. Znacznie lepszy niż wypicie dwóch Ognistych.
Droga do Hogsmeade minęła całkiem przyjemnie. Teodor mówił tyle, ile trzeba i wiedział też, kiedy lepiej milczeć, co stanowiło cechę raczej pożądaną. Rozmawiali na lekkie tematy, śmiejąc się i miło spędzając czas. Zanim Draco się oglądnął, doszli na miejsce. Postanowili wybrać się do lokalu Feniks położonego w ścisłym centrum, ale życie towarzyskie rozkwitało w nim dopiero w nocy.
Rankiem odrodzisz się na nowo, głosił szyld.
Czując ukłucie zdenerwowania, pchnął drzwi i rozejrzał się zaskoczony. Wnętrze przypominało elficki las, a nie knajpę. Nie dochodziło tutaj światło dzienne, ciemność rozświetlały maleńkie elfy powoli dryfujące w powietrzu, trzymając w łapkach niebieskie lampiony. Sufit, tak samo jak Wielkiej Sali, został zaczarowany tak, by przypominać nocne niebo usłane gwiazdami. Coś, co wyglądało jak polana, musiało być parkietem otoczonym wieloma stolikami, a ławki ozdobione zielonymi poduszkami wyrzeźbiono w wielkich konarach drzew. Przyjemna muzyka rozbrzmiewała w pomieszczeniu, delikatnymi, hipnotyzującymi dźwiękami zdając się wciągnąć głębiej. Każdy element robił wrażenie.
— Łał — skomentował stojący tuż obok Teo, najwidoczniej podzielając jego zdanie. — Jest lepiej niż sądziłem. Gdzie chcesz usiąść?
— Obojętne, byleby nas nie było widać — powiedział i tak też zrobili, zajmując jeden ze stolików, ulokowanych w zamglonym kącie.
Ledwie zdjął płaszcz, a Nott omiótł jego ciało pożądliwym spojrzeniem i głosem nieco niższym zapytał:
— Idę do baru. Co ci wziąć?
— Ogden's Old*. Weź od razu dwie. — Teo uniósł brwi, ale nie komentując tego, oddalił się.
Draco nieco zapadł się w poduszkach. Całe jego ciało było napięte do granic możliwości, nie potrafił ocenić czy w oczekiwaniu na to, co ma się stać, czy zwyczajnie z tremy. Zatęsknił za Pansy. Z nią wszystko było takie proste. Chcieli się pieprzyć, to się pieprzyli. Nie chcieli, to nie. A te całe podchody… Naprawdę potrzebował alkoholu. Całego morza alkoholu.
Po chwili Nott wrócił z zamówieniem i usiadł tuż obok niego, bliżej niż to konieczne. Draco czuł jego kolano przyciśnięte do swojego. Wyglądało na to, że nie potrafił przestać go dotykać.
Prawie jak Potter, pomyślał, natychmiast odsuwając od siebie tę myśl.
W duchu podziękował za ciemność i mgłę w pomieszczeniu, co czyniło ich praktycznie niewidocznymi. To, że zdecydował się z nim zabawić, jeszcze nie oznaczało, że wszyscy mieli o tym wiedzieć.
— Nie sądziłem, że się zgodzisz — powiedział Nott, najwyraźniej mając na myśli spotkanie.
— Czemu miałbym nie? — odpowiedział pytaniem Draco, jednym haustem opróżniając szklankę.
Trunek zapalił go przyjemnie w gardło.
— Nigdy nie zwracałeś na mnie szczególnie uwagi.
— A ty na mnie — odparł spokojnie. Po co w ogóle o tym gadali? — Więc co się zmieniło?
Chłopak uśmiechnął się, przez co jego twarz stała się przystojniejsza.
— Ty — stwierdził i przysunął się jeszcze trochę, kciukiem muskając jego ramię. Draco nie wiedział czy miał na myśli wygląd, czy zachowanie, ale uznał, że to bez znaczenia. Przyjemny dreszcz przeszył jego ciało, kiedy powędrował palcem nieco wyżej, głaszcząc bok szyi, by następnie wsunąć go pod podkoszulek, tuż przy obojczyku. Wbrew rozsądkowi odchylił głowę, a widocznie Teo uznał to za zachętę, bo pochylił się i potarł wargami o wrażliwy punkt na jego szyi. Och. Spodziewał się tego, ale później, w zaciszu dormitorium, a nie w miejscu publicznym, gdzie mimo ciemności i mgły, gdyby ktoś wytężył wzrok, mógłby ich zobaczyć. Jedną ręką objął plecy chłopaka, a drugą sięgnął po różdżkę, rzucając na nich zaklęcie. Nott trochę się odsunął i oczami pociemniałymi z pragnienia spojrzał na niego z konsternacją.
— Zaklęcie Kameleona — wyjaśnił Draco, przyciągając go z powrotem do siebie.
Teodor ponownie pocałował go w szyję, tym razem używając przy tym języka i Draco zamknął oczy, poddając się temu uczuciu. Musiał zagryźć wargę, żeby nie jęknąć, kiedy go ugryzł. Czym się wcześniej przejmował? Tak naprawdę nie miało znaczenia czy ściskał w ramionach faceta, czy kogokolwiek innego. To było, uch, gorące i przyjemne, i naprawdę nie liczyło się nic poza odczuwaniem... Nott powędrował ustami wyżej, pieszcząc teraz jego żuchwę, policzek i Draco przekręcił głowę tak, że ich wargi zetknęły się ze sobą. Wsuwając język w to ciepłe, mokre wnętrze, pogłębił pocałunek. Czuł ucisk w podbrzuszu, przenikające całe jego ciało dreszcze i to było… niezłe, naprawdę niezłe. Podobało mu się, że ramiona ściskając jego własne, odpowiadały z podobną siłą, że zamiast miękkości biustu czuł twardą klatką piersiową, zapach wody kolońskiej i… Oderwał się, gdy pocałunek zrobił się zbyt natarczywy; miał wrażenie, że jeszcze chwila, a Teodor wylizałby mu migdałki.
— O nie — jęknął, półprzytomnie rozpoznając trzy osoby wchodzące do środka. Tylko świętej trójcy brakowało mu tu do szczęścia.
— Co? — zapytał zamroczony Nott; jego nabrzmiałe wargi aż za dobrze mówiły, co przed chwilą robili. Rozejrzał się, bardzo szybko zauważając, w którym kierunku patrzył. — Chodzi o Pottera? — Draco w odpowiedzi zacisnął usta, modląc się, żeby ich nie zobaczył. Co mu odbiło, by obcałowywać się z chłopakiem w miejscu publicznym? — Myślałem, że się pogodziliście.
— Bo pogodziliśmy — przyznał, żałując, że wypił dwie whisky w tak szybkim tempie. Pocałunki i alkohol sprawiły, że trochę kręciło mu się w głowie.
— Więc? O co chodzi?
— Uważaj, bo ci powiem — odparował ostrzej niż zamierzał. Nott skrzywił się i wypił duszkiem swój trunek. — Po prostu… nie chcę o tym rozmawiać — sprecyzował łagodniej, co niestety chłopak musiał uznać za zachętę, bo ponownie się przybliżył.
— Och, jasne — szepnął, z ustami tuż przy jego wargach. — Jak dla mnie nie musimy rozmawiać. Wcale. — Pochylił się tak nisko, że Draco mógł poczuć na skórze jego oddech.
Nie myśląc jasno, podniósł się, ściągając na siebie zdumione spojrzenie Teodora.
— Pójdę po więcej Ognistej — stwierdził, przeklinając własne idiotyczne zachowanie.
Co on wyprawiał? Właśnie robiło się całkiem interesująco, gdy zobaczył tego kretyna i zaczęło mu odbijać. Na jego nieszczęście Potter wybrał sobie ten sam moment na podejście do baru.
— Znowu mnie śledzisz? — Harry gwałtownie się obrócił, by na niego spojrzeć. — Wiesz, Potter, że to można podciągnąć pod paragraf prześladowania?
— Nawet nie wiedziałem, że tu będziesz — powiedział, a w Malfoya nagle uderzyło, że wyglądał na bardzo smutnego.
Kąciki jego ust były opuszczone, jakby od dawien dawna się nie uśmiechał. Draco zerknął ponad ramieniem Gryfona od razu zauważając Wieprzleja i Granger usiłujących pożreć swoje twarze. Nic dziwnego, że Potter wyglądał jak kupka nieszczęścia, skoro jego przyjaciele zamiast z nim rozmawiać, obmacywali się po kątach.
Ślizgon pochylił się, by zobaczyć, co zamówił.
— Piwo kremowe? — Skrzywił się z niesmakiem. — Ależ ciebie panienka.
— Och, odwal się — burknął Gryfon, upijając łyk.
Draco niewiele myśląc, zamówił dla nich całą kolejkę Smoczej Wódki. Część jego umysłu odpowiadająca za racjonalizm mówił mu, że to nienajlepszy pomysł, ale kazał się jej zamknąć.
Potter nieco podejrzliwie spojrzał na zawartość kieliszka.
— Jeśli Filch wykryje tym swoim czujnikiem alkohol, to będziemy mieć przerąbane — mruknął.
Draco lekceważąco wzruszył ramionami.
— Od czego są zaklęcia trzeźwiące? — retorycznie zapytał. — No to zdrowie, Harry!
Draco nie był pewien, co wywołało u Pottera tak silne krztuszenie – nazwanie go po imieniu czy ostry smak alkoholu.
Trzy kieliszki później - a może nawet czwarty? - świat odrobinę wirował, a twarz Pottera jawiła się przed jego oczami jako nieco rozmazany kleks. Wydawało mu się, czy okulary prawie zsunęły mu się z nosa?
Wyciągnął rękę ściągając je jednym, delikatnym ruchem. Harry zamrugał, sprawiając wrażenie zmieszanego i w jakiś sposób... bezbronnego. Draco zmrużył oczy, by mu się lepiej przyjrzeć. Miał zaskakująco długie rzęsy, intensywny kolor tęczówek w końcu nie był tłumiony przez szkło i ogólnie cała jego twarz była bardziej, hm, dojrzała, to dobre słowo. O tak, bez tych szkaradnych okularów wyglądał o niebo lepiej.
— Eee, dzięki — wymamrotał, a Draco, ku swojemu przerażeniu, uświadomił sobie, że ostatnie zdanie wypowiedział na głos. Stanowczo za dużo alkoholu. — A teraz mógłbyś mi je oddać? Nic nie widzę.
— Och, no nie wiem. Może powinieneś się bardziej postarać…
Proszę.
Dla sprawdzenia pomachał mu dłonią przed twarzą, którą Harry momentalnie złapał. Jego ucisk był gorący i silny, a Draco uświadomił sobie, że serce biło mu trochę za szybko, jak na tak niewinną sytuację.
— Nic nie widzisz? — zapytał z powątpieniem, jednak głos zawiódł go, łamiąc się przy końcu.
— Prawie nic — sprecyzował, wciąż go nie puszczając. — Ma się ten refleks szukającego — rzucił, chyba pierwszy raz tego dnia się uśmiechając. Przesunął rękę niżej, jakby sprawdzając czy naprawdę nie ukrywał nigdzie jego okularów. Dopiero gdy go puścił, do Dracona dotarło, że przez cały ten czas wstrzymywał oddech.
Jakież to żałosne.
Zabraniając sobie o tym myśleć, wsunął mu do wolnej dłoni okulary. Uśmiech zniknął z twarzy Harry’ego równie szybko, jak się pojawił
— Rozchmurz się, Potter. Wyglądasz, jakby ktoś ci umarł.
— Nie bawię się najlepiej — wymamrotał, widocznie będąc typem, któremu nawet procenty nie mogą poprawić nastroju. — Czego chyba nie można powiedzieć o tobie.
— Potem będę bawił się jeszcze lepiej — konspiracyjnie wyszeptał, pochylając się ku niemu.
Potter zmarszczył brwi, taksując go spojrzeniem.
— Jesteś pijany — stwierdził powoli.
Draco prychnął. Znalazł się Pan Spostrzegawczy.
— Nie jestem — zaprzeczył, machnąwszy przy tym ręką tak zamaszyście, że prawie wytrącił drinka czarownicy obok. — Cóż, może trochę. Odrobinę — zaśmiał się, samemu nie wiedząc, co go tak bawi.
Potter nie wyglądał na uradowanego.
— Upijanie się z nieznajomym nie jest zbyt mądre.
— Ale Teo nie jest nieznajomym. Chodzimy do jednej szkoły od ponad sześciu lat.
— Właściwie gdzie on jest? — zapytał, przyglądając mu się ciekawsko.
Draco zamarł. O cholera. O jasna cholera! Teodor. Jak mógł o nim zapomnieć? Miał iść tylko po następną porcję whisky, a nie wracał od dobrych dwudziestu minut, jak nie lepiej. Pieprzony Potter i pieprzony alkohol. Nie wiedział, przez co bardziej tracił głowę. Przyszedł tutaj w jasno określonym celu, a wystarczyło, że zamienił słowo z Potterem, a wszystko wyparowało z jego pamięci, jak za dotknięciem różdżki. Miał tylko nadzieję, że chociaż Nott nie zobaczył, co, a raczej kto, tak go zajął. Zniknięcie na tak długo po całkiem przyjemnym całowaniu nie należało do najlepszych technik podrywu.
Świetnie sobie radzisz, zakpił głos w jego głowie, tak świetnie, że prawdopodobnie przepuściłeś jedyną okazję do zabawienia się z jakimkolwiek kolesiem.
Po zamówieniu obiecanej Teodorowi whisky zbył Harry’ego jakąś nędzną gadką (nie patrz na jego minę, nie patrz na jego minę, nie…) i ruszył do ich stolika.
O dziwo Nott wciąż tam czekał. Opierając policzek na pięści, potrząsał pustką szklanką, obserwując uderzające o ścianki kostki lodu. Draco postawił przed nim trunek i wdzięcznie opadł obok. Chłopak poderwał głowę, spoglądając na niego z jawnym zaskoczeniem i – czy mu się wydawało? – ulgą.
— Już myślałem, że uciekłeś — odezwał się żartobliwie, nie wyglądając na złego.
Może to właśnie powinienem zrobić, stłumił tę myśl, w zamian obdarzając go olśniewającym uśmiechem.
— Przepraszam — powiedział, starając się brzmieć na skruszonego. Właściwie, naprawdę zrobiło mu się głupio, choć nie było to uczucie, do którego przywykł. — Coś mnie zatrzymało.
— Tym czymś był Potter? — zapytał z uśmiechem, choć jego oczy pozostały chłodne.
Odebrał te słowa jak cios w brzuch. Poczuł, jak coś ścisnęło go w żołądku.
— Skąd ten niedorzeczny pomysł?
— Czy to ważne? — Jeśli udawał, że go to nie interesuje, to wychodziło mu to bardzo dobrze. — Wiesz, Draco, jeśli coś was łączy, to mi to nie przeszkadza, ale mam wrażenie, że tobie tak — słysząc to, omal się nie zakrztusił. Cudownie. Po prostu cu-dow-nie. Tylko tego mu brakowało, by Nott się wycofał i to z powodu czegoś, co nawet nie istniało. — A jeśli tak, to naprawdę nie zamierzam z nim konkurować…
— Och, proszę — prychnął, przeklinając swoje zamroczenie alkoholowe, uniemożliwiające wymyślenie sensownego wytłumaczenia. — Tylko się pogodziliśmy, to wszystko.
— Jesteś pe…
— Tak, jestem pewien — warknął, tracąc cierpliwość. Panuj nad sobą. — Mam ci przynieść zaświadczenie czy może sam wolisz go zapytać?
— Nie. Wolałem się tylko upewnić.
— I? Upewniłeś się? — Nott nie wyglądał na przekonanego, a ostatnie, czego Draco potrzebował, to wyssanych z palca plotek na swój i Pottera temat. Prorok miałby o czym pisać przez najbliższy miesiąc, rozgrzebując ich przeszłość, teraźniejszość i pewnie zarzucając mu jakąś złowieszczą intrygę albo, jeszcze lepiej, kolejne zadanie od Czarnego Pana. Dotarło do niego, że był tylko jeden sposób, żeby go przekonać. Przybliżył się i ustami prawie dotykając jego warg, zapytał znacznie niższym głosem. — A może wolisz stąd wyjść i żebym ci to udowodnił bardziej… bezpośrednio?
Oczy Teodora rozbłysły od tej oczywistej aluzji.
— Myślę, że nie miałbym nic przeciwko.
***


Mikołajki minęły, a wraz z tym wróciła szara rzeczywistość codziennej nauki. Ponieważ całą klasą zostali uprzedzeni, że następne zajęcia OPCM będą różniły się od wszystkich wcześniejszych, Harry’ego nie specjalnie zaskoczył widok niemal pustej sali. Wszystkie ławki, krzesła oraz przedmioty wykrywające czarną magię zostały usunięte, ustępując miejsca wolnej przestrzeni. Uczniowie powoli zapełniali klasę, stając wśród swoich znajomych przy ścianie i co jakiś czas rzucając okiem na czarę postawioną na biurku nauczycielki, wyglądem zbliżoną do tej wybierającej uczestników Turnieju Trójmagicznego. Harry poczuł w żołądku skurcz. Miał nadzieję, że tym razem obejdzie się bez niebezpiecznych zadań. Ale w końcu… to tylko kolejna lekcja, prawda? Jednak nie mógł pozbyć się meczącego go złego przeczucia.
Naprawdę popadam w paranoję, ponuro pomyślał.
Ron stojący tuż obok niego wyglądał na podekscytowanego, tak jak i większość osób. Tylko Malfoy zajmujący odległy kąt klasy wraz z Pansy i Zabinim wydawał się nie podzielać tego entuzjazmu. Harry jakoś mu się nie dziwił.
Rannvá Goodwin, ich nauczycielka Obrony Przed Czarną Magią, weszła do sali omiatając ich srogim spojrzeniem, a za nią, małymi kroczkami, wszedł Flitwick.
— Tak jak już mówiłam, dzisiejsza lekcja będzie inna od wielu wcześniejszych — odezwała się, niezrażona podnieconymi szeptami. — Wraz z profesorem Flitwickiem postanowiliśmy, oczywiście za zgodą dyrekcji, bardziej… bezpośrednio przygotować was na grożące wam niebezpieczeństwo. W obecnych czasach niektóre informacje są na wagę złota, dlatego też poćwiczycie dziś Oklumencję i Legilimencję. — O nie, jęknął w myślach, tylko nie to! — Ktoś wie, na czym to dokładnie polega?
Ręka Hermiony wystrzeliła do góry.
— Legilimencja to zdolność magicznego penetrowania umysłu, uczuć oraz wspomnień wybranej osoby — błyskawicznie wyjaśniła. — A Oklumencja pozwala bronić się przed niechcianą legilimencją.
— Doskonale, panno Granger — pochwaliła ją. — Pięć punktów dla Gryfindoru. Jakieś pytania?
Harry czuł wewnętrzny, rosnący w piersi sprzeciw. Samo wspomnienie beznadziejnych rezultatów ze Snape‘em na piątym roku było wystarczająco zniechęcające, by chciał jeszcze kiedykolwiek tego spróbować, z tą różnicą, że teraz miał do ukrycia rzeczy o wiele ważniejsze niż pocałunek z Cho. Gdyby ktoś w klasie dowiedział się o horkruksach… Merlinie. Nie mógł do tego dopuścić. Co powinien zrobić? Hermiona musiała odgadnąć tok jego myśli, bo delikatnie ścisnęła mu dłoń. — Skoro nie ma żadnych…
— Ja mam — wszedł kobiecie w słowo Draco. Harry spojrzał na niego, od razu zauważając, że był jeszcze bledszy niż zazwyczaj. No tak, na pewno nie chciałby, aby wszyscy poznali szczegółu służby Voldemortowi i, co gorsze, Harry zadrżał, też wie o horkruksach. Nauczycielka spojrzała na Ślizgona z udawaną życzliwością. — Czy te zajęcia są obowiązkowe?
— Oczywiście, panie Malfoy.
— Co jeśli odmówię brania w nich udziału? — to bardziej brzmiało jak wyzwanie, niż grzeczne pytanie i niestety Goodwin też to wyczuła.
— Nie zostanie pan dopuszczony do OWU-temów — odparła słodko, teraz bardzo przypominając Umbridge. Draco zacisnął zęby, nie przestając wbijać w nią chłodnego wzroku, choć teraz… sprawiał wrażenie zaniepokojonego. Kobieta klasnęła w dłonie. — Doskonale. Dzisiaj zostaniecie podzieleni na dwie grupy, na następnych zajęciach będzie zamiana. „L” oznacza osoby, które będą rzucać zaklęcie, a „O”, te które będą je odpierać. Proszę napisać swoje imię i nazwisko na świstkach pergaminu i wrzucić je do czary. Po chwili wyrzuci je z określoną na dziś grupą.
Uczniowie jeden po drugim wkładali świstki do czary, nie wydając się niczym przejmować. Oczywiście. Co większość z nich miała do ukrycia? Co najwyżej sekretny romans, nic mogącego zadecydować o wyniku wojny… Nieco drżącą ręką wrzucił swoje nazwisko i odszedł na bok, czekając na wynik.
Błagam, tylko nie oklumencja, tylko nie oklumencja, tylko nie… powtarzał w głowie tak długo te słowa, że niemal wyryły się w jego umyślę.
Nauczycielka powoli zaczęła odczytywać rezultaty, po kolei wymieniając uczniów. Kiedy powiedziała:
— Hermiona Granger — Serce Harry’ego podskoczyło, a potem opadło prawie do żołądka.— O.
Przyjaciółka rzuciła mu zaniepokojone spojrzenie i zrezygnowana przeszła na drugi koniec sali tam, gdzie miała czekać jej grupa. Powiedział sobie, że nie było powodów do zmartwień. To Hermiona, najlepsza uczennica tej szkoły, nie istniało zaklęcie, z którym nie dałaby sobie rady.
To nie może być takie trudne, przypomniał sobie słowa przyjaciółki. Widocznie za mało się starasz. Teraz nie sprawiała wrażenia równie przekonanej o łatwości tegoż zadania.
Ku jego uldze, Ronowi przypadło L, a potem, po chwili zdającej się trwać całą nieskończoność, usłyszał:
— Draco Malfoy. O. — Gdyby Harry nie znał go lepiej, pomyślałby, że ta informacja nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia. Wyprostowany, z twarzą pozbawioną jakichkolwiek emocji, stanął obok Hermiony, Deana, Boota oraz kilku innych osób. Gryfon posłał w jego stronę uśmiech, mający na celu podniesienie go na duchu, ale nie odwzajemnił go, patrząc obojętnie przed siebie.— Harry Potter. L. — Wypuścił wstrzymywany oddech. Och, w porządku. Więc dzisiaj z jego strony nikt się niczego nie dowie, a do następnych zajęć może uda mu się trochę poćwiczyć. Teraz mógł mieć jedynie nadzieję, że Draco z Hermioną dostatecznie dobrze umieli się bronić.
Po chwili wszyscy mieli już przypisaną swoją grupę i ustawili się naprzeciw siebie. Zadanie wyglądało następująco: każdy z grupy L miał rzucić zaklęcie legilimencji na osobę z grupy O i próbować przez pięć minut włamać się do jej umysłu. Bez względu na rezultat, po upływie czasu zmieniał się partner na kolejnego, kolejnego i kolejnego, aż każdy poćwiczył z każdym. Harry mając na uwadze to, jak sam ciężko znosił penetrowanie swojej pamięci, wątpił, by ktokolwiek dał radę wytrzymać godzinę, ale wolał zachować to dla siebie. Po kilku instrukcjach zaczęli trenować. Zaklęcia wirowały w powietrzu wraz z wypowiadanymi inkantacjami. Harry tylko początkowo zwracał uwagę, w kogo celował różdżką, później wszystkie echa wspomnień zlały się w jeden niezrozumiały wir, było ich zbyt dużo, a to czyje były, straciło na znaczeniu. Do czasu, aż stanął przed Draconem.
Wyglądał blado, choć od jego postawy biła aura arogancji. Do Harry’ego dotarło, że w ten sposób jedynie bronił swojej wrażliwości.
— Gotowy? — zapytał, a Ślizgon skrzywił drwiąco usta.
— Potrzebujesz specjalnego zaproszenia, Potter?
Najpierw nie zamierzał przyłożyć się do rzucenia zaklęcia, ale potem…zrozumiał, że dzięki temu mógł tak wiele się o nim dowiedzieć. Poznać odpowiedzi na dręczące go pytania, pytania, na które Malfoy sam chętnie by nie odpowiedział… To nie było do końca uczciwe, ale z drugiej strony, na tym polegało zadanie, prawda? Nie wahając się dłużej, rzucił zaklęcie.
Świat wokół zawirował i kiedy ponownie rozwarł powieki, nie znajdował się na błoniach, w zamku, ale w zupełnie innym miejscu. To był ogród - ogromny, wypełniony symetrycznymi alejkami utworzonymi z krótko przystrzyżonych żywopłotów. Na końcu jednej z dróżek stała huśtawka ozdobiona wielkimi poduszkami, a w niej siedziała Narcyza Malfoy z Draconem, który przyciskał twarz do jej ramienia, nie mogąc mieć więcej niż sześć lat. Chyba czytała mu książką. W niczym nie przypominała tej zmanierowanej, wyniosłej bryły lodu, jaką zapamiętał. Po prostu normalna mama spędzającą czas ze swoim synkiem. Nie rozumiał, dlaczego ta myśl była taka niepokojąca, nie pasująca do odwiecznego obrazka, który uchował w głowie. Ważki latały wokół nich, trzepocząc kolorowymi, lśniącymi skrzydełkami. Chłopiec złapał owada i wyrwał jedno z nich, ze śmiechem podstawiając matce przed twarz zmasakrowaną ważkę. Narcyza zmarszczyła z niesmakiem nos, wreszcie wyglądając jak ta kobieta, którą Harry znał, ale zamiast coś powiedzieć, pogładziła dziecko po głowie. Jej długie, blade palce, tak podobne do tych należących do Malfoya, zanurzyły się w niemal białych włosach. Obraz zadygotał i zmienił się. Tym razem również nie rozpoznał miejsca; stał w pogrążonym w ciemnościach pomieszczeniu, a jedyne co dostrzegał to dwie sylwetki – Dracona, odrobinę starszego niż przed chwilą, bladego, z twarzą zastygłą w tłumionym przerażeniu, a obok niego Lucjusza, beznamiętnie obserwującego dziwacznie wykrzywioną sylwetkę kota leżącego u ich stóp. Było tam zimno, ciemno, a w ustach wyczuł metaliczny posmak krwi. I znów zawirowało, rzeczywistość wspomnień zaczęła dygotać i ujrzał samego siebie, mającego jedenaście lat i nieprzyjmującego wyciągniętej dłoni bladego chłopca. A potem grunt zadrżał, wspomnienia zaczęły przesuwać się przed oczami niczym kolorowa, nieskończona taśma filmowa. Zobaczył dwunastoletniego Dracona stojącego ze swym ojcem w sklepie z miotłami i gdy w jego rękach spoczął najnowszy model, w przypływie dzikiej radości uwiesił się zdumionemu Lucjuszowi na szyi. Sklep zniknął tak, jak i oni dwaj, a zamiast nich pojawiła się czternastoletnia, rozwścieczona wersja Hermiony uderzająca Malfoya w twarz. Harry uśmiechnął się. Wyjątkowo lubił to wspomnienie. I kolejna zamiana, i następna, ciąg fragmentów przeżytych chwil atakował z każdej strony. Crabbe i Goyle bili jakiegoś Krukona, młodszy Draco po prostu obok nich stał, obserwując scenę z mściwym uśmieszkiem. A potem nagle znaleźli się na boisku Quidditcha i blondyn złapał znicz, tuż przed nosem puchońskiego ścigającego, z ustami wygiętymi w najszczerszym, szczęśliwym uśmiechu. Pansy Parkinson siedziała blisko chłopaka na błoniach, ich dłonie leżące na trawie niemal się dotykały, a Malfoy chwycił lekko jej brodę, obrócił do siebie i pocałował prosto w rozdziawione ze zdziwienia usta. Czyżby pierwszy pocałunek? I z powrotem Lucjusz, tłumaczący coś swojemu synowi, a cierpliwość na twarzy mężczyzny graniczyła z wyrazem irytacji. Draco słuchał ojca z czymś, co nawet słowo uwielbienie nie w pełni oddawało.
I następna zmiana – wspomnienie, które teraz widział, sprawiło, że zatrzymał się na dłużej.
Stał w podłużnej, ponurej sali bez okien, a mrok pomieszczenia rozświetlały świece zrobione z kręgosłupów, rzucające rozdygotane światło na dwie postacie. Od razu rozpoznał w klęczącym na jednym kolanie chłopaku Dracona, a w stojącym nad nim mężczyźnie Voldemorta. Harry wiedział, że nie powinien tego oglądać, ale nie mógł się powstrzymać. Przysunął się bliżej, obserwując wpatrującego się w podłogę młodego Malfoya. Nie trzeba było być specjalnie spostrzegawczym, by zauważyć, że mimo swych usilnych prób drżał.
Kiedy usłyszał głos Voldemorta, wypełniła go czysta nienawiść. Bezsilnie obserwował, jak pokonał dzielącą ich odległość, podchodząc do klęczącego chłopaka.
— Twoja rodzina, młody Malfoyu, była mi posłuszna do czasu aż twój ojciec… zawiódł mnie.
— Ja nie zawiodę — zaprzeczył żarliwie Draco, a Voldemort machnąwszy różdżką, wyrwał z ust chłopaka krótki, lecz głośny krzyk.
— Nie pozwoliłem ci się odezwać. — Ślizgon, zapewne ze strachu przed kolejnym Cruciatusem, nie ośmielił się nawet drgnąć. — Co byłbyś w stanie zrobić, aby zmyć winy swojego ojca? — Draco milczał, a Voldemort roześmiał się złowrogim, zimnym śmiechem. — Głupi chłopaku, możesz mówić, gdy zadaję ci pytania.
— Wszystko — szepnął na granicy słyszalności.
— Wszystko? — powtórzył jedwabiście, robiąc w stronę Malfoya jeszcze dwa długie kroki, aż jego stopy musiały znaleźć się w kręgu widzenia chłopca. — Wszystko? Tak właśnie powiedziałeś?
— Zrobię wszystko, czego sobie życzysz, Mój Panie — potwierdził, a jego broda jednym palcem została uniesiona ku górze. Nie dotykaj go, chciał krzyknąć Harry, choć dobrze wiedział, że to przeszłość, której nie da się zmienić.
— Spójrz na mnie, chłopcze. — Draco posłuchał, natychmiast unosząc wzrok. Dla nieznajomego mina Ślizgona mogłaby ujść za obojętną, ale Harry rozpoznał pod tą maską beznamiętności ukrywany strach. Voldemort musiał być zadowolony z tego, co ujrzał, bo powiedział: — Dobrze się składa, bo mam dla ciebie zadanie. — Malfoy na jedną, zdradziecką sekundę zamarł. — Ach, czy to strach widzę w twoich oczach, Draco? — zapytał z czymś na kształt rozbawienia.
— Jedyne, czego się obawiam, to że niedostatecznie dobrze spełnię twoje oczekiwania, Panie — odparł automatycznie, głosem tak służalczym, że Harry’emu zrobiło się niedobrze.
— Czyżby? — zapytał, sondując go wzrokiem. — Nie da się skłamać Czarnemu Panu — stwierdził chłodno, teraz wbijając palce w skórę chłopaka tak mocno, że Potter był pewien, iż zostaną ślady. — Boisz się, Draco… Widzę twój strach. Boisz się o swoją matkę, o siebie, boisz się… śmierci — umilkł, jakby sycąc się promieniującym od Dracona przerażeniem. — I, oczywiście, obawiasz się mnie. Ale to akurat naturalne. Strach przede mną wzbudza szacunek, wymusza posłuszeństwo… A ty umiesz być posłuszny, prawda?
— Tak, Panie.
Zmierzył go jeszcze jednym, długim spojrzeniem, po czym wypuścił jego brodę ze stalowego uścisku. Malfoy prawie się zachwiał, choć jakimś cudem udało mu się pozostać w miejscu. Voldemort zaczął przechadzać się po sali, jakby rozważając wszelkie za i przeciw.
— Jedyne, co mnie martwi, to twoje uczucia względem matki… — odezwał się chyba bardziej do siebie samego, niż swojego przyszłego śmierciożercy. — Dobry sługa nie ma uczuć, nie przejmuje się rodziną... Od chwili, gdy przyjmujesz znak, nie ma miejsca na wahanie, jesteś mój i na każde moje skinienie, w innym wypadku... kara jest sroga. Rozumiesz to?
— Tak, Mój Panie.
— Zobaczymy, czy rozumiesz — stwierdził z chorym zadowoleniem. — Zanim powiem ci, na czym ma polegać twoje właściwe zadanie, mam dla ciebie małą niespodziankę. Wstań. — Draco podniósł się, jak kukła pozbawiona własnej woli, sterowana przez sznurki. Voldemort klasnął w dłonie, a dwóch zamaskowanych śmierciożerców wprowadziło do pomieszczenia… Bellatriks. Harry zastygł z szoku tak samo jak Ślizgon. To była jego ciotka, jego rodzina. Voldemort doskonale wyczuwał ludzkie słabości i jeszcze doskonalej je wykorzystywał. Jeśli Draco przedtem się bał, Harry nie potrafił wyobrazić sobie, co czuł teraz na myśl o tym, w jaki sposób ma udowodnić swoją gotowość. Bellatriks nie sprawiała wrażenia wystraszonej, raczej złaknionej wybaczenia, niemal perwersyjnie gotowej na każdą możliwą karę za zawiedzenie swojego Mistrza. — Zawiodła mnie tak, jak twój żałosny ojciec, ale przynajmniej uniknęła Azkabanu. Udowodnij mi, że jesteś godzien mi służyć. Ukaż ją, spraw, żeby krzyczała, pluła krwią, błagała o litość… o śmierć. Jesteś gotów, młody Malfoyu?
Skoro Harry widział, jak różdżka w ręce Dracona drżała – Voldemort też musiał.
— Wystarczy jedno słowo, Panie.
— Powiedziałem już ich za wiele. Zaczynaj!
Harry cofnął się, czując podpływające do gardła mdłości. Nie chciał zobaczyć, jak torturuje kogokolwiek, nawet tę sukę. Odprowadzony rozdzierającym wrzaskiem, wybiegł z sali, a gdy tylko jego stopa znalazła się na zewnątrz z powrotem wpadł w wir chaotycznych wspomnień. Wylądował, o matko, pod prysznicem, a nagi, mokry Draco Malfoy uderzał wściekle w kafelki, mając już na ręce Mroczny Znak. Łzy na jego policzkach mieszały się z wodą. Następnie zobaczył go w jakimś przesadnie bogatym pokoju, skulonego na łóżku, jakby jego ciało trawiła gorączka, a Narcyza Malfoy pochyła się nad nim.
— Draco, pozwól sobie pomóc… — poprosiła, głosem tak łagodnym, o jaki Harry nawet jej nie podejrzewał.
Draco odepchnął troskliwą rękę matki z wściekłością zrywając się z łóżka.
— Nie potrzebuję niczyjej pomocy! Nie jestem dzieckiem! Zostaw mnie samego!
Obraz ponownie uległ zmianie. Znalazł się w wagonie Ślizgonów, od razu rozpoznając tę scenę. Draco leżał z głową ulokowaną na kolanach Parkinson, pozwalając gładzić jej swoje włosy. Pansy, Crabbe, Goyle i Blaise gapili się na niego z rozdziawionymi gębami. Harry dobrze pamiętał, co ich tak zdziwiło.
— Może jego nie obchodzą moje kwalifikacje? Może to, na czym mu zależy, wcale nie wymaga specjalnych kwalifikacji? — zapytał zrozumiale, emanując pewnością siebie, choć już wtedy wyglądał o wiele marniej niż w zeszłym roku.
Harry obrócił się, nie chcąc ponownie przeżywać swojej porażki i oglądać, jak łamie mu nos. Kolejna zmiana. Zobaczył siebie w stroju do Quidditch, wracającego z treningu, a za nim szesnastoletnia, wyglądająca na jeszcze bardziej chorą, wersja Malfoya, po prostu gapiąca się na jego spocone ciało, póki Gryfon go nie spostrzegł i mina blondyna uległa natychmiastowej zmianie. Realny Harry zamrugał zdumiony. To, co zobaczył na twarzy chłopaka… to było to, co myślał, czy tylko mu się wydawało? Obraz znów zmienił się, Draco najwidoczniej załamany kopał wściekłe Szafkę Zniknięć. A potem jego położenie zmieniło się, leżał w kałuży krwi, powoli umierając i Harry zacisnął oczy, nie chcąc, nie potrafiąc zmierzyć się z tym ponownie, a gdy już je otworzył, ujrzał Dracona wymiotującego pod ścianą, dygocząc na całym ciele, a nad nim Severusa Snape, mówiącego coś z miną świadczącą jedynie o bezwzględności. I znów on sam, Harry, tym razem ciasno obejmujący chłopaka, przyciskając go do siebie… Następne wspomnienie sprawiło, że zamarł.
Och, to było... nieco szokujące. Nott przyciskał Draco do kolumny łóżka, całując jego wyciągniętą szyję. Oceniając po miękkich dźwiękach wyrywających się z ust Malfoya, musiała być ona wyjątkowo wrażliwa na dotyk. Draco miał przymknięte powieki, a oddech krótki i urywany. Wystarczył rzut oka, by wiedzieć, że zmierzali w bardzo konkretnym kierunku. Wnioskując z tego, w co Draco był ubrany, albo raczej z tego, z czego go rozbierano, rzecz miała miejsce podczas wyjścia do Hogsmeade. Harry wiedział, że powinien się ruszyć i przestać patrzeć, ale nie potrafił. Czas zdawał się zwolnić, sekundy zamieniając w wieczność. Draco był niemal nagi, gdyby nie liczyć jeansów. Ciało miał szczupłe, można by powiedzieć nawet chude, Harry mógłby policzyć każde jedno żebro, ale mimo tego mięśnie rysowały się na jego ramionach, klatce i brzuchu. Wąska, nieco ciemniejsza niż te na głowie, smużka włosów ciągnęła się od pępka w dół, znikając w spodniach, do których Nott usiłował wcisnąć rękę. Draco jęknął, odtrącając jego dłonie i samemu rozpinając zamek. Harry przełknął ślinę, usiłując przenieść spojrzenie gdziekolwiek indziej, ale nagła, niespodziewana potrzeba była za silna, żeby choć przez chwilę przestał patrzeć. Skóra chłopaka lśniła od potu, a Draco ponownie wił się w ramionach chłopaka, w niczym nie przypominając swojej zwykłej, opanowanej wersji. Zdawał się być ucieleśnioną potrzebą, tak spragniony, otwarty, gotowy na więcej i…
Niespodziewanie odrzuciła go do tyłu niewidzialna siła. Rozwierając załzawione z bólu powieki, zobaczył górującą nad sobą sylwetkę Ślizgona. Znów był w sali, a twarz Dracona nie wyrażała niczego, absolutnie niczego, poza czystą wściekłością. Przez jeden, straszny moment, Harry był pewien, że jak przed rokiem złamie mu nos. Och, przydałby mu się kopniak. I to porządny kopniak. Może wtedy każda najdrobniejsza część Harry’ego przestałaby płonąć. Leżał tam sparaliżowany, przerażony i, o zgrozo, cholernie podniecony. Pomyślał mgliście, że od nadmiaru wrażeń eksploduje mu głowa.
I spodnie, dodał złośliwy głosik na dnie czaszki.
Draco obdarzył go jeszcze jednym, nienawistnym spojrzeniem, po czym bez słowa wymaszerował z klasy. Prawdopodobnie, gdyby Harry wciąż nie trwał w tak ciężkim szoku, skuliłby się pod siłą jego wzroku. Nieco dygocząc, podniósł się na nogi. Wszyscy, na czele z Hermioną i Ronem, gapili się na niego.
Po prostu panuj nad twarzą, powiedział sobie ledwie formułując myśli, nikt nie domyśli się, że właśnie podglądałeś macanki Malfoya z Nottem i co gorsze, podobało ci się to.
— Ja… Muszę… iść do łazienki — skłamał, niczym oparzony wybiegając z sali.
Gdy tylko dobiegł do swojego dormitorium, rzucił się na łóżko i zasunął zasłony. Gapił się w bordowy baldachim, usiłując nie czuć absolutnie niczego.
Nie myśl o tym, rozkazał sobie, tylko o tym nie myśl.
Ale bez względu na to, jak bardzo by się starał, ciągle wracał do tego wydarzenia. A co gorsza, ponad szok wybijało się uczucie zgoła inne – podniecenie.
Jęknął, uderzając głową o poduszkę. To nie prawda, nie mogła być, to Draco Malfoy, zarozumiały dupek, eks-wróg, eks-śmierciożerca, Harry ledwie zdążył go polubić, poza tym w przeciwieństwie do niego był całkowicie hetero i nie mógł go pragnąć. Nie mógł. Jednak jego ciało z lubością ignorowało te przeciwwskazania, nie zostawiając nic na obronę przed samym sobą. Wszystko, co o sobie wiedział, własne przekonania, plany, cała istota ja nagle i nieodwracalnie legła w gruzach, zastąpiona czystą, prawie bolesną żądzą. Bo tak, o zgrozo, pragnął. Pragnął być na miejscu Notta. Przycisnąć Draco do kolumny łóżka, zjechać dłońmi w dół, znacznie niżej, badając rękami oraz ustami to zbyt szczupłe ciało. Pragnął poczuć, jak reaguje na jego dotyk, jak jęczy, wiję się i prosi o więcej, i… Och Boże.
Może… może gdyby sobie ulżył, wszystko by minęło? Nieco drżącą ręką, usiłując nie myśleć, że właśnie ma zamiar masturbować się, mając w głowie obraz Draco Malfoya, odpiął guzik spodni i wsunął rękę w bokserki. Nie pamiętał, kiedy był równie pobudzony, nawet z Ginny… Zagryzł wargę, aby nie jęknąć, gdy zacisnął pięść na swoim twardym członku. Przesunął dłonią po trzonie w górę i w dół, nieco zwiększając nacisk przy główce i tak naprawdę wystarczyło parę ruchów, żeby doszedł. Oddychając ciężko, poczekał aż się uspokoi i rzucił na siebie zaklęcie czyszczące.
Przywołał w pamięci obraz Dracona, nawet po zrobieniu sobie dobrze, równie pociągający. Okej, naprawdę źle z nim. Więc to nie chwilowe podniecenie. Właściwie… Jeśli miał być szczery, to było jak wskoczenie trybików we właściwe miejsce, jak klucz zgubiony dawno, dawno temu. Wyjaśniało to, czego wiedzieć wcale nie chciał, całą niezdrową obsesję zawsze za mocną, żeby mogła ujść za normalną. Jeszcze nigdy, w całym swoim życiu nie czuł się równie skołowany, chory, a zarazem… kompletny. Jak mógł wcześniej się nie zorientować? To przynamniej tłumaczyło, czemu tak bardzo irytowała go obecność Notta. Teraz wiedział, że to, co rozrywało mu pierś, każąc ukręcić łeb co najmniej jednemu z nich, było po prostu zazdrością. Nie żeby to coś zmieniało. Harry nie mógł przecież… Mógł? Nie, to szalone. Malfoy miał Pansy, Notta i Merlin wie, ilu jeszcze ludzi na boku, a Harry naprawdę nie potrafiłby być jednym z wielu.
Wydaje ci się, że w tych okolicznościach, przy reputacji, którą zyskałem, często chodzę na randki?, przypomniał sobie jego słowa.
Co za ściema. Może wiedział o uczuciach Harry’ego o wiele wcześniej niż on sam i zwinnie nim manipulował? Nie. Spokojnie. To bez sensu. Minęły miesiące zanim Draco zgodził się z nim pogodzić i wyglądał na zszokowanego, kiedy go objął… Uch, Harry zakrył twarz rękami, pragnąc spalić się ze wstydu albo chociaż zniknąć. To takiej odpowiedzi wtedy szukał. Albo... gdy ścierał mu krew spod nosa, praktycznie pieszcząc wargi Ślizgona… Boże, Boże, Boże! Jak wielkim idiotą trzeba być, żeby się nie zorientować, co do własnych uczuć i co do Malfoya?
Przecież jego twarz wręcz krzyczała: Przestań mnie dotykać, Potter, bo inaczej sam cię dotknę tak, że nie pozbierasz się przez najbliższy miesiąc!
Właściwie, czemu tego nie zrobił? Przynajmniej odkryłby prawdę o sobie w… przyjemniejszych okolicznościach. Może po prostu miał silną wolę albo nie odwzajemniał zainteresowania Harry’ego? Tylko jeśli nie, to czemu tyle razy pozwolił się dotknąć w tak, cóż, nie oszukujmy się – intymny sposób. Harry nie miał wątpliwości, że gdyby Ron chociaż spróbował wyciągnąć rękę w kierunku Dracona, to by ją stracił.
Więc… Więc Draco był gejem. Właściwie, sam mu się do tego przyznał, wtedy w bibliotece. Cóż, to rzucało jasne światło na jego wypowiedź o Pansy; stanowiła wręcz rozwiązanie idealne, wymarzone alibi. I Harry też był… homo to za duże słowo, ale bi nie brzmiało tak… przerażająco. W końcu podobały mu się dziewczyny. Miał Cho i Ginny i… dobra, nigdy z żadną z nich nie posunął się za daleko, ale naprawdę chciał. Chyba.
Skrzywił się. Od myślenia bolała go głowa. Usiłował przypomnieć sobie czy kiedykolwiek, poza Malfoyem, pomyślał o jakimś facecie w kontekście seksualnym, ale niczego takiego nie znalazł.
Wdech i wydech… Po prostu musi przyjąć do wiadomości ten prosty fakt – podobał mu się Draco Malfoy. No i co? To nie koniec świata. W zeszłym roku wpadła mu w oko Ginny i był pewien, że będzie to trwać do końca świata i jeden dzień dłużej, a minęło samo z siebie, więc… Zamarł, zmrożony nagłą myślą. A co jeśli Draco podobał mu się już wtedy? Mógłby trwać w błogiej nieświadomości przez półtora roku? Zresztą, co za różnica… Teraz to teraz i powinien zastanowić się, co dalej. Nic. Powiedzenie o tym swoim przyjaciołom nie wchodziło w grę, a Malfoyowi… Jeśli będzie chciał coś z nim robić, to sam wykona jakiś ruch, no nie? W końcu Harry, nieświadomie bo nieświadomie, ale zachęcał go wystarczająco wiele razy. A do tego czasu… Jeśli Draco nie poruszy tematu, uda, że o niczym nie wie i niczego nie widział. Tak chyba będzie najlepiej.
Drzwi zatrzasnęły się, zwiastując przyjście któregoś z jego kolegów.
Tylko nie Ron, prosił w duchu, proszę tylko nie on, nie mogę teraz…
— Harry? — zapytał niepewnie Neville.
Potter wypuścił z ulgą wstrzymywany oddech i odsunął zasłony.
— Tak? — odparł, mając nadzieję, że nie wygląda na tak skołowanego, jak się czuł.
— Jak tam?
Świetnie, pomyślał ponuro, właśnie robiłem sobie dobrze myśląc o Draco Malfoyu.
— W porządku — skłamał.
Neville rzucił mu jeszcze jedno, zaniepokojone spojrzenie, ale zanim zdążył coś powiedzieć, do dormitorium wparował Ron. Harry z obawą rzucił na niego okiem. Nie wyglądał na zadowolonego, nie, wcale tak nie wyglądał. Bardziej na zaniepokojonego, wkurzonego i Merlin jeden wie, co jeszcze. Harry naprawdę nie czuł się gotowy na rozmowę z nim. Co więcej, obawiał się, że Ron tylko mu się przyjrzy i wszystkiego się domyśli. Ale z drugiej strony przecież nie był Hermioną. To jej domyślności Harry powinien się bardziej obawiać.
— Mógłbyś zostawić nas samych? — zapytał niezbyt grzecznie przyjaciel, a Neville ukradkiem zerkając na nich, wyszedł.
Przyjaciel skrzyżował ręce, obrócił się w jego stronę i popatrzył wyczekująco.
— Więc?
— Więc… co? — powtórzył, grając na zwłokę.
Nie wyglądaj na winnego, powiedział sobie.
— Co takiego zobaczyłeś we wspomnieniach Malfoya, że obaj wybiegliście jak oparzeni?
— Nic takiego…
— To on jest odpowiedzialny za te ataki w szkole? — Te słowa sprawiły, że Harry poczuł, jakby dostał tłuczkiem w brzuch.
Cudownie. Jak mógł o tym nie pomyśleć? Zachowując się w ten sposób, mógł tylko ściągnąć na Draco niesłuszne podejrzenia. Nikt przy zdrowych zmysłach nie pomyśli, że przeraził się dlatego, bo zrozumiał, że pożąda Malfoya, tylko, że zobaczył w jego wspomnieniach coś strasznego; tak strasznego, że tylko śmierciożerca byłby do tego zdolny. Którym Draco był i zawsze będzie mimo zmian stron, a przynajmniej dla nich. Przypomniał sobie zawód w głosie Ślizgona, kiedy sądził, że Harry mu nie ufa i jego słowa o nie dawaniu drugich szans, o nie wybaczeniu... Och Boże. Czemu choć przez chwilę nie pomyślał, zanim wybiegł?
Jestem niesamowicie głupi.
Ron wciąż na niego patrzył z wymalowanym na twarzy przekonaniem, co do znalezienia winnego.
— Stary, wiem, że… dałeś mu drugą szansę, ale teraz sam widzisz, to był błąd. Kto został śmierciożercą, nie przestaje nim być. Rok temu dostał zadanie i teraz też, więc po prostu…
— To nie on — wtrącił, myśląc, że jeszcze słowo więcej i zwymiotuje. — To nie jego sprawka.
Przyjaciel zmarszczył brwi.
— Chyba nie zamierzasz go nadal bronić?
— Nie słyszałeś, co powiedziałem? — warknął, siląc się na spokój. — To nie on. Nie to zobaczyłem w jego wspomnieniach.
— Więc co takiego niby zobaczyłeś? — spytał drwiąco, wyraźnie mu nie wierząc.
Och, Ron, gdybyś tylko wiedział…Gdybyś tylko wiedział, pewnie nie stałbyś tu teraz.
— To jego prywatne sprawy i naprawdę nie chcę…
— Wstawaj — oznajmił, zaskakując go.
— Po co? — Popatrzył na niego nieufnie.
— Skoro nie chcesz ze mną gadać, to zabieram cię do Hermiony. Ona przemówi ci do rozsądku.
— Nie ma o czym gadać, Ron! — wybuchnął, podrywając się do siadu. To było za dużo, za dużo stało się tego dnia, najpierw te wspomnienia, wszystko zmieniające uświadomienie, a teraz jeszcze oskarżanie Dracona o coś, czego nie zrobił. Poczuł się chory i bardziej wściekły niż nakazywała sytuacja. — Nigdzie się nie wybieram.
Przyjaciel popatrzył na niego z malująca się w oczach wściekłością, a nawet czymś na kształt poczucia zdrady.
— Och, no jasne — stwierdził ponuro. — Teraz masz kogoś innego do pogaduszek, no nie?
Harry zaniemówił z niedowierzania.
— Co ty pieprzysz? — w końcu zdołał wykrztusić.
— Myślisz, że jestem głupi? — zapytał ze zjadliwą goryczą. — To nie z żadną dziewczyną się spotykałeś, tylko z tym gnojem, nie? — Harry milczał, zmrożony prawdziwością tych słów. Panika przetoczyła się przez jego ciało niczym trucizna. Czy to znaczyło, że Ron się domyślił? Czy było to po nim widać? Sam ledwie odkrył swoje uczucia, nie był gotowy na tłumaczenie się z nich komukolwiek, nawet swojemu najlepszemu przyjacielowi. Widocznie jego milczenie jeszcze bardziej rozjuszyło Rona, bo warknął: — Kurwa, a miałem nadzieję, że się mylę.
— O co ci chodzi?
— Chodzi mi o to, że zapomniałeś, jakim Malfoy jest dupkiem!
— Nie zapomniałem…
— Nie pieprz mi tutaj bzdur, Harry — prychnął przyjaciel, czerwieniejąc ze złości. — Jesteś na każde jego skinienie, manipuluje tobą, jak chce, a ty dajesz się na to nabierać!
— Nie obrażaj go!— krzyknął, ledwie nad sobą panując. — Nie wiesz, jaki on jest!
— Lepiej powiedz, co takiego zrobił, że zapomniałeś o swoich prawdziwych przyjaciołach!
Harry zerwał się na równe nogi, uświadamiając sobie, że dygocze z targającego jego ciałem gniewu. Wichura wiała za oknami z siłą mogącą wyrywać drzewa, ale była niczym marny wietrzyk przy wściekłości, która nim wstrząsnęła.
— Ja zapomniałem o swoich przyjaciołach? — powtórzył, nie pragnąc teraz niczego bardziej od uderzenia go. — JA?! A kto się migdali całymi dniami?!
Zanim Harry się zorientował, Ron doskoczył do niego, ale nim zdążył go uderzyć, zostali siłą rozdzielni. Hermiona, która nagle wbiegła do środka, odciągnęła Rona i trzymała go mocno, jakby bojąc się, że znowu spróbuje zaatakować. Wpatrywał się w Harry’ego, jak gdyby pragnął samą siłą wzroku go zgnieść. Harry odwzajemnił się tym samym. Stali naprzeciw siebie, ciężko dysząc i mierząc się złowrogimi spojrzeniami.
— Co tu się dzieje? — zapytała drżącym z emocji głosem Hermiona, wciąż nie puszczając swojego chłopaka. — Co wy wyprawiacie?!
— Harry oszalał — wyjaśnił Ron wciąż tak samo rozjuszony. — Zobaczył, że to Malfoy jest winny tym atakom, a nadal go broni!
— To prawda? — zapytała przyjaciółka, przyglądając się Harry’emu niepewnie.
— NIE! — wrzasnął, zaciskając oczy, aby się uspokoić. Pod powiekami tańczyły mu czerwone plamy. — Draco jest niewinny!
Ron słysząc to imię z jego ust, skrzywił się, a Hermiona przygryzła wargę, jakby rozmyślając nad tym, co powiedział i zastanawiając, jak dobrać słowa, by nie rozwścieczyć go bardziej.
— Harry, posłuchaj… Możesz zadawać się z kim chcesz, ale jeśli Malfoy jest winny…
— TO NIE JEGO SPRAWKA! — ryknął, a to że mury Hogwartu nie zadrżały pod siłą jego głosu, było cudem.
— I jesteś tego pewien? — upewniła się.
Odliczył w duchu do pięciu, a po chwili, gdy miał pewność, że odzyskał panowanie nad sobą, powiedział:
— Tak, jestem pewien, tak samo jak twojej niewinności czy Rona.
Jego przyjaciel chyba nie był zachwycony tym porównaniem, ale wyglądało na to, że chociaż się uspokoił.
— Jeśli jesteś tego pewien, to ja ci wierzę. — Hermiona spojrzała wyczekująco na swojego chłopaka, a gdy ten nie zareagował, szturchnęła go.
— A ja uwierzę, jeśli powiesz nam, co takiego zobaczyłeś.
Harry popatrzył na niego z niedowierzaniem. To akurat było ostatnim, co zamierzał. Kiedyś… Kiedyś byli całością, ale potem jego przyjaciele się zeszli i sami tworzyli jedność. Ron już nie był Ronem, tylko połową Hermiony. Osobno zdawali się prawie nie istnieć. Nagle stwierdził, że wcale nie muszą wiedzieć o nim absolutnie wszystkiego. Oni też mieli swoje sprawy, których Harry nie był częścią i nie zwierzali mu się z każdej, pieprzonej rzeczy, więc dlaczego on miałby? To nie ich sprawa. Tylko jego oraz Draco i niczyja więcej.
— No to masz problem, bo ja nie zamierzam ci tego powiedzieć. To prywatne sprawy Draco — oświadczył twardo, a cienka nić porozumienia została gwałtownie zerwana.
— A od kiedy bycie śmierciożercą i atakowanie uczniów jest czyjąś prywatną sprawą? — odparował gniewnie Ron.
Ze wściekłości czuł się chory. Nie miał ochoty słuchać ani słowa więcej. Nie zamierzał. Za kogo go miał? Za nie w pełni sprawnego umysłowo? Cały zeszły rok mu nie wierzył w sprawie Malfoya, po czym okazało się, że miał rację, więc czemu Ron nie potrafił mu zaufać w tak podobnej kwestii? Zresztą teraz to bez znaczenia. Musi stąd wyjść, nim straci nad sobą kontrolę i mu przyłoży.
Nie obrzucając ich choćby krótkim spojrzeniem wyszedł z dormitorium. Za sobą usłyszał jeszcze wołania Hermiony, ale zignorował je.
Trochę później, siedząc na boisku i moknąc od nieustannie padającego śniegu, dopadło go poczucie samotności. Chciał móc się komuś zwierzyć. Powiedzieć o dręczących go sprawach, o horkruksach, o snach, o Draco, o Ronie, o… o wszystkim. Niestety nie miał komu.









* Ogden's Old - jedna z najpopularniejszych marek ognistej whisky.
Nessa Offline


 
Posty: 53
Dołączył(a): 10 lis 2010, o 00:28

Postprzez banialuka » 3 cze 2013, o 15:54

Nie pisałam wcześniej, a widzę, że szybciej dodajesz rozdziały, jeżeli doczekasz się odzewu :D
Tak, czytam. Tak, lubię. Tak, wciągnęła mnie ta fabuła. Tak, spodobał mi się stopniowy rozwój akcji, a co za tym idzie - relacji głównych bohaterów. Szczególnie podoba mi się tutaj Draco - jest sarkastyczny, a jednocześnie uroczy, kiedy walczy z uczuciem do Pottera wewnątrz siebie. Nie jest przy tym absolutnie uległy, co zdradzają jego relacje z Nottem. Myślę, że to sprawia, iż jego postać wydaje się bardziej wiarygodna.
Cóż więcej mogę powiedzieć? Jedynie tyle, że z niecierpliwością czekam na kolejne części Twojego opowiadania i życzę Ci powodzenia!
banialuka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 40
Dołączył(a): 16 cze 2012, o 18:42

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Lochy

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość