[NZ] Wczoraj już minęło, jutro nie nadejdzie (17/?)

Teksty porzucone.

Postprzez Nessa » 2 kwi 2012, o 22:35

Tytuł : Wczoraj już minęło, jutro nie nadejdzie
Autor : Nessa inaczej zwana Nessa_O/ Nessa.O i wszystkie temu podobne odmiany
Gatunek : slash, angst, romans, przygoda
Paring : Harry Potter/Draco Malfoy
Klasyfikacja : 18+
Ostrzeżenia : przekleństwa, sceny erotyczne, możliwe opisy tortur
Kanon : W wydarzeniach i wyglądzie postaci tak, co do charakterów raczej tak, ale nie jestem w 100% pewna, więc zostawiam to waszej ocenie
Czas akcji : 7 rok nauki w Hogwarcie; 1997/1998;
Długość : Pozwólcie, że to określę po dodaniu pierwszych pięciu rozdziałów. Sprawa wygląda tak, że FF jest skończony, ale utraciłam pierwsze rozdziały, które teraz piszę.
Informacje dodatkowe : FF jest kompatybilny z 6 tomami HP włącznie
* - odstęp czasu
*** - zmiana perspektywy
~o~ - wspomnienie

Kilka słów od autora : Pierwszy raz coś publikuję, ale piszę od ok 7 lat. Co do tego FF, nie jest on zupełnie angstem, występują w nim zarówno radosne, jak i smutne sceny, lecz koniec jest niewesoły. Więcej nie mam nic do dodania, niech tekst broni się sam.

Dedykuję tego FF dwóm osobom bez których nigdy, by nie powstał

Caro - matce chrzestnej tego opowiadania, będącej moim zastępczym mózgiem, bez niej to ff nie miałoby prawa bytu. Nie znajduję słów, by ci podziękować, kochana :).
Ciacho - za docenianie owsiankowo–tostowych śniadań w Wielkiej Sali, cierpliwe wysłuchiwanie moich monologów i jakże by inaczej - za wspólną, nieśmiertelną miłość do Drarry, mimo prywatnych przeszkód, które po drodze napotkałyśmy.


Betowała : Morgue




Prolog


A jednak stchórzył. Miesiące spędzone na dążeniu do wypełnienia zadania, nieprzespane noce, gdy trząsł się, tłumiąc przerażenie zżerające go od środka, ryzykowanie głupimi, nędznymi próbami morderstwa - i wszystko na nic.
Biegnąc za Severusem Snape’em nie myślał o tym. Jego głowę wypełniała możliwość ucieczki, znalezienia się z dala od tego zgiełku i chaosu. Co rusz wpadał na jakieś ciało leżące na korytarzu w Hogwarcie, raz chyba nadepnął na Longbottoma, lecz nie odważył się upewnić czy to na pewno on. Draco Malfoy zawsze był tchórzem, ale teraz – właśnie teraz – zrozumiał jak wielkim.
Powietrze jaśniało od smug rzucanych zaklęć i gdyby w porę nie uskoczył, jedno trafiłoby go w ramię. Przepychał się pomiędzy walczącymi ludźmi, przeskakiwał nad leżącymi w krwi ciałami, odpierając ze świadomości pytania. Ilu z nich umarło? Ilu zostało rannych? Pansy, Crabbe, Goyle, a nawet Blaise… czy oni…? Nie miał odwagi, by dokończyć, brakowało mu jej, aby spojrzeć pojedynkującym się uczniom w twarze. Znał ich, niekoniecznie lubił, większością nawet gardził, ale jednak znał. Nie życzył im śmierci, nie naprawdę. Nie chciał, żeby umierali, a już na pewno nie przez niego. Potknął się o coś, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył Gibbona - jednego ze śmierciożerców, których tu wpuścił. Oczy miał szeroko rozwarte, puste i Draco potrzebował dwóch długich sekund, aby dotarł do niego oczywisty fakt – był martwy. Poczuł, jak z opóźnieniem zalewa go fala strachu, jak gorzka porażka chwyta za gardło, utrudniając oddychanie. Niczym zza grubej zasłony słyszał wrzaski oraz szaleńczy śmiech, a przecinające powietrze zaklęcia gwizdały w uszach. Wszystko zdawało się zwolnić, odpływać, rzeczywistość umykała, jak jakiś absurdalny sen.
— Draco! — warknął Severus, wyrywając go ze stanu odrętwienia.
Coś huknęło i zobaczył, że frontowe drzwi zostały wyważone, a uczniowie wciskali się w ściany, jakby pragnąc pozostać niezauważonymi. Rozpoznał wśród nich Susan Bones. Twarz oraz włosy Puchonki były obryzgane krwią, a jej wzrok… jej wzrok mówił…
Wypadł na dwór, a ściana świeżego powietrza niemal zwaliła Malfoy’a z nóg. Na zewnątrz panował irracjonalny spokój, tak inny od chaosu w murach zamku. Światło księżyca oświetlało srebrzystą poświatą błonia, a wokół panowała cisza, zmącona jedynie szelestem trawy, uginającej się pod podeszwami butów.
Zza pleców doszedł go odgłos wykrzykiwanych zaklęć i biegnących za nimi ludzi, ale nie odwrócił się, ani nie zwolnił. Gdy tylko zrównali się z zapyziałą budą tego olbrzyma – Hagrida - ktoś rzucił w ich kierunku Drętwotę. Czerwoną wstęgę zaklęcia dzielił jedynie cal od głowy Mistrza Eliksirów.
— DRACO! UCIEKAJ! — krzyknął, jednocześnie odwracając się do przeciwnika.
Pomimo bólu w nogach i pieczenia w oczach, gnał ile sił przed siebie, a adrenalina tłumiła wszelkie inne doznania. Musiał się stąd wydostać. Musiał uciec. Musiał…
Nagle chata Hagrida stanęła w ogniu. Pomarańczowo-czerwone jęzory ognia trawiły drewno, pożerając każdą, nawet najmniejszą jego cząstkę. Dym wkradał się przez gardło do płuc, drapiąc i gryząc niemiłosiernie. Usłyszał żałosne wycie psa oraz głos, którego nie pomyliłby z żadnym innym.
— Walcz! — ryknął Potter i Draco nie musiał się nawet odwracać, aby mieć całkowitą pewność, że to naprawdę on. — Walcz, ty tchórzliwy...!
— Nazwałeś mnie tchórzem, Potter? Twój ojciec atakował mnie, tylko wtedy, gdy miał obok siebie swoich trzech kumpli, to jak nazwiesz jego?
Nie dosłyszał więcej. Słowa wraz z inkantacjami zlały się w jeden, niezrozumiały bełkot. Dudnienie serca wypełniało mu czaszkę, a z każdym kolejnym uderzeniem miał wrażenie, że dłużej już nie wytrzyma. Nie wiedział, jak długo biegł, ale w końcu – po czasie mogącym być jednocześnie minutą jak i wiecznością – ujrzał przed sobą majaczącą bramę Hogwartu. Pokonawszy ostatni dystans oparł się o nią, czując, jak zimny pot spływa mu po karku. Cały drżąc, spojrzał na swoje knykcie, które pobielały przez siłę, z jaką zaciskał je na różdżce. Teraz musiał tylko czekać na Snape’a, a potem… - przełknął ślinę - a potem umrzeć z rąk Czarnego Pana za niewykonanie zadania. Zdusił narastający w gardle, histeryczny śmiech. Tak po prostu w jednej chwili żyjesz, a w drugiej jesteś trupem. Chociaż nie, nie. ON na pewno zadba o to, aby słono zapłacił. Avada Kadavra byłaby zbyt łaskawym potraktowaniem za takie znieważenie. Śmierć smakuje najlepiej, gdy się o nią błaga.
Drgnął, zauważając gnającego ku niemu Severusa, a nad nim wielkie, skrzydlate i skrzeczące przeraźliwie stworzenie. Zatrważająco podobne do tego cholernego hipogryfa, który zaatakował go na trzecim roku. Po Potterze nie było nawet śladu, a więc byli sami. Bez słowa chwycił ramię profesora i w następnej chwili poczuł znajomy ucisk, towarzyszący teleportacji.
Gdy otworzył załzawione oczy, nie znajdował się w swoim domu, siedzibie Czarnego Pana, ani żadnym innym znanym sobie miejscu. Stali na pustej polanie, a oprócz granatowego nieba i zielonych traw nie dostrzegał niczego innego. Żadnego człowieka, domu, nawet drzewa. Całkowite odludzie.
— Gdzie…? — zaczął, ale Severus przerwał mu uniesieniem ręki.
— Nie ma na to czasu, Draco — oznajmił oschle. Nawet w chwili takiej jak ta, wyglądał na zadziwiająco opanowanego. Tylko zaschła krew nad brwią była jedyną oznaką walki. — Mamy tylko parę minut, zanim reszta nie zorientuję się, że za długo mnie nie ma. Pamiętasz co powiedział Dumbledore o możliwości wyboru? – Kiwnął głową, niezdolny nawet się odezwać. Snape szybko kontynuował. — Teraz masz taką szansę. — Wyciągnął z kieszeni dwa niewielkie przedmioty. — Jeden świstoklik prowadzi do Malfoy Manor, drugi do miejsca przygotowanego przez Dumbledore’a, chronionego potężną magią. Będziesz tam bezpieczny.
Poczuł, jak zapada mu się żołądek. Nic nie rozumiał. Mógł dostąpić chwały, przywrócić dobre imię swojej rodzinie, ale nie zrobił tego, stchórzył. Nie potrafił wypowiedzieć dwóch prostych słów do osłabionego starca. Tak, miał szansę i stracił ją. Stracił wszystko.
— Szansa? Jaka szansa?! — parsknął gorzko, przeklinając słabe brzmienie swego głosu. — Zawiodłem, rozumiesz? Czarny Pan powiedział, że mnie zabije, że zabije moją matkę, jeśli ja nie...
— Ty głupcze — wysyczał. — Nie rozumiesz, co do ciebie mówię? Zapytałem, czy pamiętasz CO powiedział Dumbledore.
— Tak, pamiętam, ale… — urwał, a fakty zaczęły z opóźnieniem napływać do mózgu.
Jak myślisz, dlaczego nie zdemaskowałem cię wcześniej? Słowa Dumbledore’a rozbrzmiały w głowie, sprawiając ból.
Ponieważ wiedziałem, że zostaniesz zamordowany jeśli tylko Lord Voldemort dowie się, że cię podejrzewam.
…Teraz jednak możemy porozmawiać otwarcie… nie stało się jeszcze nic złego, nikogo nie skrzywdziłeś, choć miałeś dużo szczęścia, że twoje przypadkowe ofiary przeżyły… Mogę ci pomóc, Draco.
…Przejdź na właściwą stronę, a ukryjemy cię tak, że nikt cię nie znajdzie, uwierz mi. Co więcej mogę jeszcze tej nocy wysłać członków Zakonu Feniksa do twojej matki, żeby i ją ukryli. Twój ojciec jest teraz bezpieczny w Azkabanie… Kiedy nadejdzie czas, możemy i jego ochronić… przejdź na właściwą stronę, Draco… nie jesteś zabójcą… *

Zacisnął powieki, tłumiąc palące uczucie w gardle. Był niczym zwierze zapędzone w sprytną pułapkę – bezbronne i skazane na łaskę bądź niełaskę. Kimś kto w jednej chwili przegrał wszystko i oto została mu ofiarowana jakże cudowna szansa.
Umrzeć czy zdradzić? Pozostać lojalnym czy poprzeć tych, którymi gardził? Wybrać dumę czy przetrwanie?
Otworzył oczy i wyciągnął żałośnie drżącą dłoń chwytając świstoklika.
Był Draconem Malfoyem, Chłopcem Który Zawiódł.



Rozdział I


Wieczór nie należał do wyjątkowych. Granat nieba powoli zasłaniał delikatną pomarańcz zachodzącego słońca, zwiastując nadchodzącą noc. Ostatnie promienie odbijające się od spadzistych dachów, nikły w ogródkach o soczyście zielonej trawie, starannie omijając Grimmauld Place 12. Zarówno światło słoneczne jak i jakiekolwiek oznaki optymizmu zdawały się trzymać z daleka od tego domu, a może było to tylko złudne wrażenie spowodowane złym nastrojem.
Który to już dzień tu tkwił? Siódmy, ósmy, dwudziesty? Albo i cały miesiąc? Nie wiedział. Nie zaplanował tego. Po osiągnięciu pełnoletniości wraz z którą zniknęły bariery ochraniające dom Dursleyów, wyprowadził się, nie mając zbyt wielu możliwości. Chyba że, za takowe uznać tymczasowe zamieszkanie u Weasleyów, na Grimmauld lub wyruszenie z miejsca, by poszukiwać reszty horkruksów. Każda opcja wydawała się równie beznadziejna. Ostatecznie wybrał dom Syriusza, przynajmniej chwilowo, aż będzie gotów zacząć działać.
Gotów, roześmiał się do własnych myśli, siadając w fotelu naprzeciw okna. Samochody mknęły przed siebie, raz po raz świecąc w szybę.. Ciepło pitej herbaty parzyło mu język, ale ignorował to, jakby ten ból był jedynym łącznikiem z otaczającą go rzeczywistością. Parę miesięcy temu wydawało mu się, że zaczynał być gotowy, że wszystko zmierzało w dobrym kierunku, ale potem…
Dumbledore…
Spojrzał na swoje pobielałe palce z całych sił zaciśnięte na kubku. Drżał. Został Sam. Sam. Przedtem miał jego wskazówki, wsparcie, widział tlącą się na końcu korytarza nadzieję. A teraz? Musiał znaleźć punkt zaczepny, który pomoże zacząć coś. Cokolwiek!
Oczywiście jego przyjaciele chcieli pomóc, ale… ale nie. Nie zniósłby więcej śmierci.
To do niego należało zadanie, jego dotyczyła przepowiednia. To on, Harry, i nikt inny musiał wymyślić sposób na znalezienie pozostałych horkruksów Voldemorta. Samo brzmienie tego imienia burzyło krew w żyłach, pobudzało każdy najmniejszy nerw do działania. A tymczasem co robił? Siedział tu! Tu, w cholernym fotelu, w cholernej kwaterze Zakonu, cholernie bezradny.

*


Dni mijały, jeden za drugim, identyczne i równie zmarnowane, jak każdy wcześniejszy. Zwykle ciszę panującą w domu przerywali członkowie Zakonu, wpadając z mnóstwem opowieści, pytań, a niekiedy z ciężkim milczeniem. Gdy tu przebywali, z jednej strony było trochę łatwiej, a z drugiej trochę trudniej. Łatwiej, bo wraz z ukończeniem siedemnastu lat przyłączył się do Zakonu, a to dawało złudne wrażenie wykonania kroku w przód, choć w rezultacie i tak nic nie robił. Trudniej, bo bombardowali go słowami, setkami pytań na temat pamiętnej wyprawy u boku dyrektora lecz na żadne z nich nie dostali odpowiedzi, co nie zdawało się ich zniechęcać. Czasami nawet stąd wychodził. Dobra, „czasami” to za dużo powiedziane. Wyszedł jeden jedyny raz, na ślub Billa i Fleur, ale to by było na tyle, jeśli chodziło o przechadzki. Miał wrażenie, że tak naprawdę, gdyby zechciał stąd wyjść, nie powiadamiając o tym nikogo, zostałoby mu to uniemożliwione. Nie zdziwiłby się, gdyby pilnowali go na każdym kroku. Nie był głupi. Znał metody ich działania i mimo zamknięcia oraz wybiórczości Proroka, widział, co się dzieje. Ataki śmierciożerców nie miały końca. Ciągle ginęli zarówno czarodzieje, jak i mugole.
Ron z Hermioną przyjechali na Grimmauld na resztę wakacji, z czego nawet się cieszył. Obecność przyjaciół pozwalała choć na chwilę odepchnąć ponure myśli. Hermiona dalej utrzymywała, że jest gotowa darować sobie ostatni rok Hogwartu, by ruszyć na poszukiwanie horkruksów. Ale im było później, tym Harry więcej miał wątpliwości, a decyzja, którą impulsywnie podjął po czerwcowych wydarzeniach, wydawała się coraz mniej słuszna. Bo, tak szczerze, jaki miał plan? Ot tak ruszyć w świat i szukać po omacku części duszy Voldemorta? Mogły być wszędzie, a reszta wskazówek znajdowała się w Hogwarcie. Czy Dumbledore przekazał mu wszystko, co wiedział? Tyle pytań, zagadek i żadnych odpowiedzi, żadnych nadziei na nie… Chwilami czuł się przytłoczony ciężarem tego wszystkiego.
— Ciągle tam stoją — odezwała się Hermiona, wyglądając przez okno. Wiedział, kogo miała na myśli – śmierciożerców. Codziennie od jakiegoś tygodnia, przynajmniej trzech obserwowało dom.
— Dziwisz się? — spytał. — Snape na pewno im powiedział mniej więcej, gdzie Zakon ma kwaterę. — Na samo wspomnienie tego nazwiska, ścinała mu się krew w żyłach. Jak on nienawidził tego człowieka. Gdyby tylko go dopadł… gdyby tylko. Wszystko w swoim czasie, szepnęło coś w jego głowie. — Oby tylko się tu nie dostali.
— Wiesz, że to niemożliwe — Hermiona stwierdziła, odgarniając z frustracją włosy z twarzy.
Ostatnio ciągle chodziła poirytowana, jak wszyscy. Widocznie nie tylko Harry odczuwał piętno nicnierobienia.
— Co jest niemożliwe? — zapytał Ron, schodząc po schodach.
— Dostanie się tu śmierciożerców — odparła, posyłając chłopakowi uśmiech o wiele za czuły, jak na ten dla przyjaciela.
Harry odwrócił wzrok. Czuł się w takich chwilach trochę nie na miejscu. Nie chodziło o to, że miał coś przeciwko, ale… no właśnie - ale. Zawsze byli triem i nie był pewien, czy gdyby jego przyjaciele się zeszli, nie zostałby odrobinę pominięty. Jednak nie mógł im tego bronić i nie chciał. Zasługiwali na szczęście.
Nagle płomienie w kominku zamigotały, a następnie wyszło z niego co najmniej dziesięciu członków Zakonu. Była wśród nich Tonks, której twarz ociekała krwią, Lupin, Charlie oraz kilka innych osób, które Harry widział ledwie kilka razy.
— Co się stało? — zapytał, podchodząc do Remusa.
— Atak na Pokątną — wyjaśnił lakonicznie.
Harry poczuł ukłucie poczucia winy. Powinien tam być, powinien walczyć, a nie siedzieć tu bezczynnie.
— Ile…?
— Trzydzieści ofiar śmiertelnych — odparł, bardziej zmęczonym głosem niż Potter kiedykolwiek słyszał. — Ilość rannych nie jest jeszcze znana.
Hermiona, choć nie miała w tym zbyt dużego doświadczenia, zajęła się opatrywaniem ran Tonks, która mimo obrażeń, nie wyglądała na bardzo zmartwioną.
Nie powinien do siebie dopuszczać tych myśli, nie powinien sobie pozwolić na zbytnie zaangażowanie, ale jak miał pozostać obojętny w takiej sytuacji? To znowu się stało i na pewno stanie jeszcze nie jeden raz. Ludzie ginęli za niego, podczas gdy on siedział tu i czekał na cud. Remus chyba coś zauważył w jego minie, bo położył mu dłoń na ramieniu.
— Nic na to nie poradzisz.
— Powinienem tam być — odezwał się przez ściśnięte gardło. — Powinienem walczyć z wami…
— Nie bądź niemądry. Śmierciożercy tylko czekają, żeby cię dopaść. — Tak… Oczywiście. Biedny, niezaradny Harry. Prawie widział ich myśli. Musimy go chronić, by nic mu się nie stało. Musimy go chować, po to, by umarł w odpowiednim momencie. Przygryzł wewnętrzną stronę policzka, dusząc rodzącą się w nim irytację. Nie będzie się wściekał. Lupin wyglądał, jakby dokładnie wiedział, co chodziło mu po głowie, jednak nie skomentował tego, tylko rozglądnął się szybko i dodał. — Ale nie o tym chciałem rozmawiać. Możemy zamienić słowo? Na osobności?
Harry kiwnął głową i poszedł za Lupinem. Pokój, do którego weszli, był niewielki, a on nieczęsto do niego zaglądał. Ze ścian odchodziła niegdyś piękna, teraz bura tapeta, a pająki snuły pajęczyny w kątach. Mężczyzna zamknął za nimi drzwi, po czym odezwał się ostrożnie.
— Słyszałem, że nie chcesz wracać do Hogwartu.
Harry drgnął zaskoczony.
— Skąd o tym wiesz? — zapytał, nieco bardziej napastliwie niż zamierzał. — To znaczy… nie jestem jeszcze pewien, ale tak, zastanawiam się nad tym.
— Dumbledore chciał, żebyś wrócił — oznajmił, ani na moment nie spuszczając z niego oczu. — Napisał to w swoim testamencie. — Zamarł. Myśli pędziły w Harry’ego głowie, jedna niepodobna do drugiej, tworząc zgubny chaos. Co to oznaczało? Skąd Dumbledore wiedział, że będzie chciał porzucić naukę? Czy to znaczyło, że brał pod uwagę, możliwość własnej śmierci? Ale przecież… to nie miało sensu. — I zostawił jeszcze to. — Wyciągnął w jego stronę zapieczętowaną kopertę.
— Co w niej jest?
— Tylko ty możesz to odczytać — odpowiedział spokojnie Lupin, jeszcze przez chwilę obserwując go w ten nieznośnie uważny sposób, aż dodał : — Jak coś postanowisz daj mi znać, dobrze?
— Jasne.
Z szybciej bijającym sercem, nie zważając na nikogo, poszedł prosto do pokoju, który zajmował i opadł na łóżko. Koperta, mimo swej lekkości, ciążyła mu w dłoniach. Może już za chwilę dowie się czegoś więcej. Może Dumbledore umieścił w liście jakieś dalsze wskazówki, może następnego horkruksa, może… Dość tego „może”. Nieco drżącymi dłońmi przełamał pieczęć, natychmiast przesuwając wzrokiem po eleganckim piśmie. Z dołu doszły go stłumione głosy członków Zakonu.

Harry,
jeśli czytasz ten list, to znaczy, że nie żyję.


Urwał po pierwszym zdaniu, czując uścisk w piersi. Po prostu to zrobi. Po prostu przeczyta list. To nie może być takie trudne. Da radę. Wziął głęboki oddech i kontynuował czytanie.

Zapewne zastanawiasz się, skąd przyszło mi do głowy napisać taki list, ale dowiesz się wszystkiego w swoim czasie. Wiedz tylko, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda. Zdaję sobie sprawę, że w tym momencie jesteś zagubiony, a wskazówki, których Ci udzieliłem nie są wystarczające. Proszę Cię o jedno, chłopcze: Nie działaj pochopnie. Wróć do Hogwartu i kontynuuj naukę, a rozwiązania przyjdą same. Hogwart zawsze pomoże tym, którzy pomocy potrzebują. Sprawy, które poruszaliśmy, niech dalej pozostaną między nami i twoimi przyjaciółmi. To twoje zadanie. Pamiętaj o rzeczach, o których Ci mówiłem. Wierzę, że sobie poradzisz.
Albus Percival Wulfryk Brian Dumbledore

PS. Dziewiętnasty sierpnia to idealny czas na przechadzki.


Co…? Dzięwiętnasty sierpnia to idealny czas na przechadzki? Co to, do diabła, miało znaczyć? Prócz tego jednego, nic nie mówiącego zdania, nie dowiedział się niczego nowego. Nie mógł ukryć rozczarowania. Liczył na coś, na jakiś znak, wskazówkę, a tymczasem… jedyne co dostał to mgliste słowa wsparcia i jedno zdanie, które nie mówiło mu absolutnie nic.
Zeskoczył z łóżka i zawołał swoich przyjaciół. Kiedy przyszli, rzucił szybko Muffiato. O tej porze dnia, gdy kręciło się tu mnóstwo ludzi, ryzykowanie tym, ze ktoś usłyszy coś, czego nie powinien, było ostatnim, czego im trzeba.
— Dziewiętnasty sierpnia to idealny dzień na przechadzki? — powtórzyła Hermiona, kiedy przeczytał im list na głos. Miała zmarszczone brwi, a na twarzy podobny zawód, do tego odczuwanego przez Harry’ego.
— Mówi ci to coś? — zapytał, podając jej list.
Potrząsnęła głową.
— Może to wskazówka? — podsunął Ron, wyraźnie podekscytowany. — Może dziewiętnastego sierpnia list uaktywni się jako świstoklik i przeniesie Harry’ego do następnego horkruksa?
W sercu Harry’ego zatliła się nadzieja. A jeśli przyjaciel miał rację? Jeśli to naprawdę był świstoklik? Ale zanim zdążył nacieszyć się tą możliwością, Hermiona ostudziła ich zapał.
— To byłoby zbyt proste — stwierdziła sceptycznie. — Ten list na pewno przeszedł przez wiele rąk, Dumbledore nie zaryzykowałby informacją o kolejnym horkuksie. — Przy ostatnim słowie ściszyła głos. — Nie wierzę w to.
— Tylko ja mogę odczytać list — przypomniał jej brunet, ale wydawało się nie robić to na przyjaciółce wrażenia.
— Śmierciożercy i ministerstwo mają swoje sposoby na sprawdzanie nieprzeznaczonych dla nich treści.
Ron parsknął.
— Och, no jasne. Pewnie złapaliby Harry’ego, a potem ucięli mu rękę i odczytali wiadomość.
— Na przykład — zgodziła się, ignorując jawną kpinę w jego głosie.
— Skoro jesteś taka mądra…
— Ej, spokojnie — mruknął Harry, nie mając ochoty na wysłuchiwanie kolejnej sprzeczki. — Przekonamy się za dwa tygodnie, co to znaczy.
Dwa długie tygodnie, pomyślał ponuro.
Hermiona w odpowiedzi jedynie zacisnęła usta i rzuciła Ronowi spojrzenie mówiące „Sam zobaczysz, kto ma rację”. Ostatnio wykorzystywali każdy najmniejszy powód do kłótni. Harry nie wiedział czy wynikało to z napiętej atmosfery panującej na Grimmauld, czy raczej był to ich dziwny sposób flirtowania, ale właściwie chyba wolał nie wiedzieć. A tymczasem… powinien zastanowić się nad znaczeniem słów dyrektora i pomyśleć, jak powiadomić przyjaciół o zmianie planów.
*

Czy to była obsesja?
Zdaniem Hermiony prawdopodobnie tak. Spędzał całe dnie, każdą wolną minutę nad wpatrywaniem się w list, jakby od samej siły spojrzenia miał wyjawić swoje tajemnice. To było wszystko, co miał, jedyna wskazówka, jaką mu pozostawiono. Czuł na sobie wzrok członków Zakonu, wagę ciążącego mu na barkach oczekiwania. Podejrzewali, że wiedział więcej niż mówił. I cóż, w rzeczy samej, Zakon miał rację. Ale Hermiona z Ronem? Powiedział im wszystko, co wiedział. Nie miał przed nimi żadnych tajemnic, z wyjątkiem własnych wątpliwości a propos wyruszenia na poszukiwanie horkruksów.
— Czy ty czasem nie przesadzasz? — zapytała Hermiona któregoś dnia.
— Niby z czym?
Westchnęła cierpiętniczo, podnosząc wzrok z nad notatek.
— Z tym listem — wyjaśniła, spoglądając na pergamin jak na coś brudnego. — Nie uważasz, że raczej powinieneś zająć się myśleniem nad horkruksami? — ostatnie słowo bezgłośnie wyartykułowała. Dostrzegając jego brak reakcji odłożyła gwałtownie notatki na stolik. — Doprawdy, Harry. Czy ciebie w ogóle nie interesuje kim jest R.A.B?
— Interesuje — odpowiedział zirytowany pytaniami przyjaciółki. W przeciwieństwie do jej przekonań, przez całe wakacje nie myślał o niczym innym, a ona insynuowała mu coś takiego. — I może właśnie ten list jest tego rozwiązaniem.
— A może nie — upierała się. — Nie rozumiem, dlaczego tak bardzo uparliście się z Ronem, że to ma coś z tym wspólnego.
— A masz jakiś lepszy pomysł, co to może być? — Odpowiedziała mu cisza. — Tak myślałem.
Hermiona zmierzyła go od stóp do głów niezadowolonym spojrzeniem, po czym, najwyraźniej obrażona, wróciła do notatek.
Drażnili go. Harry nie powinien dopuszczać do siebie tych emocji, ale do jasnej cholery, nie był upośledzonym dzieckiem, które zupełnie nie wiedziało, co robi. Dobra, faktycznie nieco błądził po omacku, ale to on, a nie oni, znał Dumbledore’a, to on miał u niego „lekcje” przez cały rok. Nikt mu nie powie, że napisał coś takiego bez żadnego powodu. To do niego po prostu nie pasowało.

Dwa tygodnie ciągnęły się mozolnie. Prócz wieści przynoszonych przez członków Zakonu, nic się nie działo. Jedyne co się zmieniło to, to, że Moody z Remusem przestali męczyć go pytaniami, w zamian obchodząc się z nim jak z bombą, grożącą w każdej chwili wybuchem. Prawdopodobnie powinien cieszyć się z takiego obrotu spraw, ale nie potrafił.
Dziewiętnasty sierpnia w końcu nadszedł. To był pogodny dzień. Harry’ego obudziły promienie słońca tańczące na powiekach złocistą poświatą. Podniósł się do siadu, momentalnie świadom daty. Przetarł oczy, jednocześnie rozglądając się za okularami. Która mogła być godzina? Miał nadzieję, że Hermiona z Ronem jeszcze nie zaczęli krzątać się po parterze, a członkowie Zakonu już wyszli. Nie chciał, aby ktoś mu przeszkadzał. Czuł, że wiadomość była przeznaczona jedynie dla niego i właściwie żałował, iż podzielił się nią z przyjaciółmi, a przynajmniej z Hermioną. Ona nie rozumiała.
Założył na nos okulary, ubrał się i wziął głęboki wdech. A więc to już. Zaraz się przekona, co się stanie. Nawet nie brał pod uwagę, że mogło nic nie nastąpić. To coś znaczyło. Miał co do tego pewność.
Rozrywany przez nadmiar emocji wziął do ręki list, wyszeptał jego ostatnie zdanie i tak, w następnej chwili, świat naprawdę zawirował. Poczuł jak jego nogi oderwały się od podłoża, wiatr zaczął smagać twarz, jakby chciał wcisnąć się przez pory w skórze, a otaczająca go rzeczywistość zamieniła się w chaos dźwięków i barw.
Kiedy rozchylił powieki, stał na polanie oświetlonej słońcem. Drobinki pyłków z kwiatów unosiły się w powietrzu, lśniąc niczym złocisty brokat. Wszystko zdawało się takie spokojne, ciche… żadnych ludzi, żadnych zwierząt, tylko on i nic więcej. Gdzie się podział pokój z Grimmauld? Był tu zupełnie sam. Polanę ze wszystkich stron otaczał majaczący w oddali las, a na jej środku stała niewielka, drewniana chatka. Nie wyglądała na zamieszkaną. Niebo ponad nim było piękne. Widok czystego błękitu uśmierzył trochę rozkojarzenie wywołane przeniesieniem. Obserwując otoczenie, zrobił krok w przód.
I co byś teraz powiedziała, Hermiono?, pomyślał zadowolony z tego, że to jego i Rona przypuszczenia okazały się słuszne.
Co teraz? Powinien podejść i zapukać, czy może od razu spróbować wejść? Nie zastanawiając się, zapukał dwa razy, ale nic się nie wydarzyło. Wyciągnął z kieszeni jeansów różdżkę i stukając w drzwi wyszeptał „Alohomora”. Nadal nic. Westchnął zirytowany. Więc pora przejść do radykalnych kroków. Coś mówiło mu, że powinien wejść do środka. Szarpnął za klamkę raz i drugi, a kiedy to nie poskutkowało, podszedł do okna. Rzucił „Bombarda” na szybę, która momentalnie rozpadła się w drobny pył. Mając nadzieję, że w domu naprawdę nikt nie mieszkał, wdrapał się do środka i… zamarł.
Ten kogo napotkał, nie był tym, kogo spodziewał się zobaczyć. Przed nim stał nie kto inny jak sam Draco Malfoy. Trochę doroślejszy, szczuplejszy z czymś dziwnym, złamanym w szarych oczach, ale bez wątpienia to był on. Harry miał pewność, że rozpoznałby go nawet po upływie stu lat.
— Co do chole… — Malfoy urwał w pół słowa, spoglądając na Harry’ego z twarzą zastygłą w szoku. — Potter — powiedział, kiedy najwyraźniej zidentyfikował już zjawisko przed sobą.
— Malfoy.
To musi być jakiś chory żart, doszedł do wniosku Harry, Dumbledore nie zostawiłby mi takiej wiadomości tylko po to, żebym stanął oko w oko z tym cholernym Malfoyem.
Chyba, że list został sfałszowany. Co jeśli to była pułapka?
Myśl trzeźwo, rozkazał sobie, zachowaj zimną krew.
Mimo zapewnień, że list mógł odczytać tylko on, nie wierzył, że nie sprawdziło go Ministerstwo oraz Zakon. Nie dopuściliby, aby wręczyć mu do ręki zaproszenie prosto w zasadzkę. Więc o co chodziło? Miał mętlik w głowie.
— Co ty tu robisz? — Prawdopodobnie zadanie tego pytania, komuś, komu właśnie włamało się do… domu? Nie ważne, do tego czegoś, nie należało do najrozsądniejszych posunięć.
Ślizgon chyba uważał tak samo, bo zdumienie zniknęło z jego twarzy zastąpione wrogim wyrazem. Jak na komendę obaj wycelowali w siebie różdżkami.
— Mógłbym cię zapytać o to samo.
— Słuchaj, dostałem list i widocznie… — urwał, rzucając okiem na blondyna. Nie, raczej wątpliwe, aby Dumbledore podzielił się swoim planem z takim parszywym gnojkiem. Poza tym Malfoy naprawdę sprawiał wrażenie zaskoczonego. Więc musiało chodzić o coś innego. Tylko o co? Nagle go olśniło. Snape! To oczywiste! „Nie wszystko jest takie, na jakie wygląda” przypomniał sobie słowa dyrektora. — Gdzie jest Snape?
— Nie tutaj.
— Kłamiesz.
— Nie tym razem — stwierdził lekko, zaciskając mocniej palce na różdżce, ale nadal nie rzucił zaklęcia.
— Muszę z nim coś omówić.
Malfoy uniósł brew.
— Musisz, to się stąd wynieść, Potter. Wiesz, fajnie, że wpadłeś, ale czas na ciebie. — Jego głos wręcz ociekał jadem.
Harry wypuścił powietrze przez nos. Wdech i wydech… o właśnie tak, i jeszcze raz, i jeszcze… Nie rzuci w tego gnojka klątwą, nie da się sprowokować. Och, jakże by chciał móc to zrobić, ale był pewien, iż Dumbledore nie wysłał go tu w takim celu, choć Harry nie wątpił, że zamordowanie dwóch najbardziej irytujących dupków na Ziemi, byłoby dla świata przysługą. W porządku. Być może powinien porozmawiać z Malfoyem?
Taa, pomyślał ponuro, to już walka z Voldemortem to przy tym pikuś.
Odchrząknął, zbierając się w sobie.
Po prostu bądź kulturalny.
— Mieszkasz tutaj?
Oczy Malfoya błysnęły, jakby myślał „Idiota”.
— Nie, Potter — zaprzeczył drwiąco — spędzam luksusowe wakacje. — Nagle usłyszeli trzask zamykanych drzwi zmieszany z niewyraźnymi głosami co najmniej kilku osób. Malfoy spojrzał na Harry’ego z czymś, co w każdym innym przypadku uznałby za panikę. — Szlag. Są tu.
— Malfoy, o czym ty…
— Za mną — syknął na granicy słyszalności.
Zanim Harry zdążyłby zaprotestować, został pociągnięty za łokieć. Malfoy mrucząc niezrozumiałe słowa pod nosem, kreślił różdżką jakiś wzór na ścianie, a następnie, nie zważywszy na opór Harry’ego, pchnął go prosto na ścianę i… Gryfon, ku swojemu zdziwieniu, poczuł, jak przez nią przenika. Żył w świecie magii już tyle lat, a ona wciąż nie przestawała go zadziwiać. Znaleźli się w jakimś niewielkim pomieszczeniu, prawdopodobnie kryjówce. Było w niej okropnie ciasno, okropnie ciemno i okropnie blisko. Harry uświadomił sobie, że przez tyle lat jeszcze nigdy nie dzieliło ich mniej niż właśnie w tej chwili. Czuł na twarzy ciepły powiew jego oddechu.
To obrzydliwe, stwierdził w duchu, pragnąc, aby skrytka posiadała jeszcze właściwości Pokoju Życzeń i podarowała im dodatkowe kilka centymetrów przestrzeni.
— Malfoy, co się, do diabła, dzieje? — zapytał szeptem, oszołomiony całą sytuacją.
— Śmierciożercy tu są.
— To znaczy jacyś poza tobą i Snape’em? — spytał odrobinę złośliwie. — Tym lepiej. Załatwię was wszystkich jednocześnie — mruknął, posyłając w niepamięć swoją pokojową misję.
Spróbował się poruszyć, ale Ślizgon złapał go za ramię i przytrzymał w miejscu.
— Popieprzyło cię zupełnie, Potter? Możesz sobie myśleć, że jesteś jakimś superbohaterem, ale ich jest tuzin, a ty jeden. Wezmą cię prosto do Czarnego Pana.
Patrząc w ciemnościach na tę bladą, wykrzywioną irytacją i strachem twarz, Harry uświadomił sobie parę rzeczy jednocześnie.
Po pierwsze Malfoy miał rację. O ile z jednym śmierciożercą mógł sobie poradzić, to z tyloma przeciwnikami nie miał szans. Co prawda, raz mu się udało, ale to głównie dzięki szczęściu. Po drugie, choć to chore, popieprzone i zupełnie nieprawdopodobne – miał wrażenie, że to jakiś pochrzaniony sen – Malfoy właśnie z tylko sobie znanych przyczyn ratował mu tyłek. I po trzecie – ukrywał się razem z nim.
To było tak dziwne, zagmatwane i nienormalne, że nie miał nawet sił teraz o tym myśleć.
W tym samym momencie usłyszeli przez ścianę stłumiony głos Bellatriks Lestrange.
— Jeśli chłopak gdzieś tu jest, będziesz skończony, Snape.
— Jesteście żałośni, szukając go w opuszczonych chatach — stwierdził Mistrz Eliksirów.
— Czarny Pan chce chłopaka! — zawołała, a jej głos rozbrzmiał znacznie bliżej niż poprzednio. — Jeszcze się z nim nie rozliczył.
Harry zacisnął mocniej palce na różdżce, czując krążącą w żyłach, najczystszą nienawiść. Ból po stracie Syriusza wciąż mu doskwierał. Mógłby rzucić na tę sukę Crucio, mógłby.
Coś, prawdopodobnie palce Malfoya, zacisnęły się na jego nadgarstku, utrzymując go nieruchomo.
— Dlaczego ty się przed nimi ukrywasz? — zapytał wyzywająco.
— Uważaj, bo ci powiem.
— Myślę, że wiem dlaczego — stwierdził Harry, starając się mówić najciszej, jak tylko umiał. — Znowu tchórzysz, nie? Stchórzyłeś na wieży, tchórzysz i teraz, nie potrafiąc ponieść konsekwencji tego, że zawiodłeś, że jesteś zwykłym… — umilkł, czując, jak jego język przykleił się do podniebienia. Wydał z siebie stłumiony jęk, ale choć bardzo chciał, nie mógł nic powiedzieć. Co za pieprzony…!
— Stul pysk, Potter — warknął, obnażając zęby. — Jeśli natychmiast się nie zamkniesz, będziemy martwi. Obaj. — Harry niechętnie kiwnął głową na znak zgody. Ślizgon cofnął zaklęcie i mimo otaczającej ich ciemności, brunet z przerażającą dokładnością mógł sobie wyobrazić goszczący na twarzy chłopaka gniew oraz strach. Jeszcze raz wykonał podobny manewr różdżką, mamrocząc przy tym niezrozumiałe słowa. Harry obserwował go w ciszy. — Tędy wyjdziesz na tył polany. Idź jakieś dwie mile w las i stamtąd dostań się tam skąd przyszedłeś. I nigdy więcej tu nie wracaj, dociera? — Potter chciał zaprotestować, ale Malfoy kontynuował z krzywym uśmieszkiem na ustach. — Zresztą możesz spróbować, nas i tak już tu nie będzie. No, na co czekasz? Wynoś się!
Nie wiedząc, czemu właśnie teraz postanowił mu zaufać, przeszedł przez ścianę, zgodnie z tym, co mówił, wydostając się na zewnątrz. Z mętlikiem w głowie odszedł parę kroków, po czym sięgnął do kieszeni po list. Świat ponownie zawirował.

— Harry, gdzieś ty był?! — przywitał go przestraszony krzyk Hermiony, kiedy tylko z powrotem znalazł się w Kwaterze Głównej Zakonu. — Wszyscy cię szukali!
Cudownie, pomyślał, więc moje zniknięcie nie pozostało niezauważone.
Opowiedział przyjaciołom o tym, co się stało. Tak jak przypuszczał, Hermiona wyglądała na zniesmaczoną jego lekkomyślnością, a Ron na zawiedzionego, że nie wybrał się razem z nim.
— Czekaj — powiedział przyjaciel, marszcząc brwi. — Malfoy ukrył cię przed śmierciożercami i sam też się przed nimi ukrywał? — powtórzył powoli, jakby starając się pojąć każde słowo. — Czegoś tu nie łapię. Po co śmierciożerca kryję się przed śmierciożercami?
Harry zadawał sobie to samo pytanie. Teraz, gdy trochę ochłonął, na spokojnie próbował przypomnieć sobie sytuację z wieży. Bardzo dobrze pamiętał, że Dumbledore zaproponował Malfoyowi możliwość kryjówki, ale… przecież Ślizgon uciekł razem ze Snape’em. Nie przyjął ofiarowanej mu pomocy, ostatecznie odrzucając obranie dobrej drogi. A jeśli nie? Jeśli potem stało się coś, czego Harry nie widział? Od tego wszystkiego bolała go głowa.
— Na wieży powiedział, że Voldemort zabije go, jeśli nie wypełni zadania — oznajmił przyjaciołom. — Tylko myślałem, że odrzucił propozycję Dumbledore’a…
— Dlaczego w ogóle zawracasz sobie tym głowę? — zaatakowała go Hermiona, krzyżując ręce na piersi. — Być może, jest coś, o czym nie wiemy, być może Malfoy i Snape są po naszej stronie, być może to jest część dużo większego planu, ale doprawdy — urwała, spoglądając na Harry’ego jak przedszkolanka na niegrzeczne dziecko — czy choć przez chwilę zastanowiłeś się, jak ryzykujesz?
— Nie wiedziałem, co się stanie! — obruszył się.
— No właśnie! — krzyknęła. — Nie wiedziałeś. Co jeśli Malfoy wydałby cię w ich ręce? Wszystko byłoby stracone!
Jego serce objął nieprzyjemny chłód. Ach, więc o to chodziło. Oczywiście. Straciliby Wybrańca, głównego pionka w grze, kończąc przedstawienie za szybko.
Nie myśl w ten sposób, rozkazał sobie, jest twoją przyjaciółką, na pewno miała co innego na myśli.
Ale nie ważne jak chciał, nie potrafił popatrzeć na to z innej strony.
— Nie martw się — odezwał się zimno. — Nie pozwolę się zabić, póki nie przyjdzie na to pora. — Zauważył rodzący się w oczach dziewczyny ból, za to Ron sprawiał wrażenie, jakby nie chciał się w to mieszać.
— Harry — poprosiła cicho. — Wiesz, że nie o to mi chodziło.
Złapał za klamkę i nawet nie oglądając się przez ramię, rzucił na odchodne.
— A, i jeszcze jedno. Wracam do Hogwartu.
Zanim zdążyła coś odpowiedzieć, zatrzasnął za sobą drzwi.

Dlaczego Malfoy mu pomógł?
To pytanie nie dawało mu spokoju. Zdawało się płynąć w jego krwi, wypełniać swoją obecnością każdą mijającą sekundę.
Harry leżał na łóżku, apatycznie obserwując światłocienie przesuwające się po suficie, gdy jego myśli krążyły tylko wokół tej jednej rzeczy. Wokół Malfoya. Malfoya, który niewiadomo czemu ukrył go przed śmierciożercami. Malfoya, który sam się przed nimi ukrywał. Malfoya, który przez cały szósty rok wyglądał jak cień samego siebie, jakby tylko kilka oddechów dzieliło go od śmierci.
Jeszcze przed rokiem Harry nie wahałby się przed stwierdzeniem, że nienawidzi tego kretyna. Ale teraz… Malfoy nie był do końca zły. Nie mógł być. Nie zabił Dumbledore’a, chociaż miał szansę. Nie wydał Harry’ego, choć nic nie stało na przeszkodzie. Chwila w której płakał w łazience… miał wrażenie, że nigdy tego nie zapomni. Jak bardzo musiał samotny być, żeby wypłakiwać się duchowi?
Merlinie, tracę zmysły, westchnął w duchu, zastanawiam się nad samotnością cholernego Dracona Malfoya.
W porządku, mógł się zgodzić co do jednego. Malfoy nie był mordercą i prawdopodobnie czuł jak każdy inny człowiek. Oczywiście, choćby posiadał wrażliwość dziewczyny, dla Harry’ego i tak pozostawał obślizgłym dupkiem, któremu najchętniej rozkwasiłby twarz, ale…nie nienawidził go.
Aż usiadł oniemiały własnym odkryciem.
Naprawdę go nie nienawidzę.
Nie lubił, nie przepadał, nie akceptował, ale nie nienawidził.
Nie powinien o tym cały czas myśleć, ale nie potrafił przestać. Tyle pytań, tyle niejasności, zagadek, a na horyzoncie żadnych odpowiedzi. Z tego co mówili członkowie Zakonu portret Dumbledore’a miał się wybudzić za niecały miesiąc, a wtedy… wtedy dowie się wszystkiego.

***


Został sam. Śmierciożercy w końcu po czasie mogącym być wiecznością odeszli, a zanim Severus wróci, upewnić się, że wszystko z nim w porządku, minie jeszcze przynajmniej godzina. Potrzebował kilku długich chwil, aby dotarło do niego, co zrobił. Uratował Pottera. Zmarnował kolejną szansę na odbudowanie pozycji rodziny. O czym on myślał? Gdyby go wydał w ręce Czarnego Pana, być może wszystko wróciłoby na wyznaczony tor. Być może nie musiałby się dłużej ukrywać w tej obrzydliwej chacie na krańcu świata. Być może… nie, nie. Czarny Pan nigdy nie wybaczyłby mu, że choć na moment rozważył, a co dopiero przyjął propozycję Dumbledore’a.
Gra skończona. Był tym, który przegrał. Tym, który w jednej chwili przez swoje tchórzostwo stracił wszystko. Ile by dał, żeby cofnąć czas… Miał wrażenie, że nawet gdyby mu się to udało i tak nie wypowiedziałby tych dwóch małych słów. Avada Kedavra. Tylko tyle i tyle.
Przemył twarz chłodną wodą w obskurnej umywalce, przez chwilę przypatrując się zaciekowi, po czym uniósł głowę i spojrzał w taflę lustra. Blady, wyglądający na chorego chłopak obserwował go szeroko otwartymi, szarymi oczami.
Taki słaby, taki żałosny… Kim był? Naiwnym dzieciakiem przez całe swoje dotychczasowe życie wierzącym, że pieniądze i rodzinny prestiż sprawiały, że był kimś. Marnym szczurem ukrywającym się w kanałach, na łasce człowieka, którym gardził.
Czuł się oszukany przez los, przez samego siebie, a przede wszystkim przez swojego ojca.
Dlaczego pozwolił mu wierzyć w te wszystkie gówno warte idee, dlaczego trzymał go pod kloszem, dlaczego wbrew temu co mówił, pozwolił się zamknąć w więzieniu nie jak człowiek, na którego się kreował, ale zwykły szarak? Dlaczego Draco musiał płacić za jego nieudolność? Gdyby mógł go zobaczyć… nic by nie zrobił. Milczałby jak potulny, głupi dzieciak, który za bardzo bał się rozczarować rodziców, by kiedykolwiek naprawdę być sobą. Za to jaki był wygadany w szkole. Jak pieprzył głupoty o tym, kto wygra tę wojnę, jak się przechwalał swoim zadaniem, znakiem, ojcem, pieniędzmi, wszystkim. I co? Ze zgrai tych szlam i popaprańców, to on skończył najgorzej, przyparty do muru przez los. Gdy tylko ci głupcy - Zakon – dowie się, że ich cudowny Dumbledore udzielił mu schronienia, co wtedy powiedzą? Nie wątpił, że im się to nie spodoba. Nie był jednym z nich. I nigdy nie będzie.
Choć, oczywiście, mógł dzisiejszą sytuację obrócić na swoją korzyść. Jeśli zobaczyliby w nim zagubionego dzieciaka, w istocie robiącego to, by ochronić swoją rodzinę, ale w gruncie rzeczy dobrego, bo nie zabił tego starego głupca, bo uratował tyłek ich pożal się Boże Wybrańca… zaśmiał się w duchu. To, ile było w tym prawdy, pozostawało nieistotne. Najważniejsze, że mogło mu pomóc. Ułatwić jego życie, przedłużyć je choćby o rok… Jeśli Draco nauczył się czegoś przez ostatni czas, to tego, że życie miał tylko jedno i bardzo łatwo je stracić. A on chciał żyć. Mimo wszystko.


Będzie wdzięczna za komentarze :).
Ostatnio edytowano 10 wrz 2013, o 14:23 przez Nessa, łącznie edytowano 23 razy
Nessa Offline


 
Posty: 53
Dołączył(a): 10 lis 2010, o 00:28

Postprzez ruffe » 3 kwi 2012, o 00:06

Bardzo mi się podobało, ale angst?.. Błagam!
Niech to wszystko się dobrze skończy bo jak tylko się źle kończy to ja wychodzę z takiego drarry ze złamanym sercem:(
Ogólnie nie mam żadnych zastrzeżeń, mogło się trochę rozwinąć to spotkanie z Draco, ale na to pewnie trzeba jeszcze poczekać^^
ruffe Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 12
Dołączył(a): 31 sty 2012, o 19:17

Postprzez Japor » 3 kwi 2012, o 16:51

Pierwsze co przyciągnęło moją uwagę, to tytuł tego opowiadania. Naprawdę mi się spodobał :) , co zaś do samej historii: to na pierwszy "rzut oka" wydaję się być bardzo kanoniczna, w każdym razie bohaterowie zachowują kanonicznie. Na razie to początek opowiadania więc trudno jeszcze cokolwiek o nim więcej powiedzieć. Mnie ono zainteresowało i z pewnością będę śledzić dalsze poczytania bohaterów.

Pozdrawiam!
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez moaner » 3 kwi 2012, o 17:09

O tak, mnie także tytuł przypadł do gustu, mimo iż jest zdecydowanie za długi. Ale brzmi bardzo ładnie. Co do pomysłu, to jestem bardzo ciekawa, chociaż odrzuca mnie, że określono ten tekst jako angst. Nie chcę się załamywać przez kolejny tekst! Twój styl pisania jest dobry. Jeśli chodzi o błędy zauważyłam tylko to:
Harry zacisnął mocniej palce na różdżce, czując krążącą w żyłach, najczystszą nienawiść. Ból po stracie Syriusza wciąż mu doskwierał. Mógłby rzucić na tą sukę Crucio, mógłby.
chyba raczej TĘ sukę.
I nadal nie wiem w jakim celu Dumbledore zainicjował spotkanie Harry'ego i Draco. Ten stary wielbiciel dropsów nawet z zaświatów lubi mącić. ;)
Pozdrawiam ciepło i życzę weny!
Ps. W sprawie kanoniczności to bardzo podoba mi się tutaj postać Dracona. Zwłaszcza w ostatniej scenie, gdy rozmyśla. Z początku te całe jego narzekania były męczące, ale bardzo dobrze pokazałaś, że mimo wszystko on bardzo chce żyć i jest w stanie zrobić wszystko, żeby przy tym życiu pozostać. Taki kombinujący, sprytny Draco to naprawdę intrygująca postać.
moaner Offline


 
Posty: 27
Dołączył(a): 3 lut 2012, o 15:26

Postprzez Akame » 5 kwi 2012, o 18:43

Nessa napisał(a):Kilka słów od autora : Pierwszy raz coś publikuję, ale piszę od ok 7 lat. Co do tego FF, nie jest on zupełnie angstem, występują w nim zarówno radosne, jak i smutne sceny, lecz koniec jest niewesoły.

No i dzięki. Wszystkie autorki powinny tak robić. To nie będzie komentarz tekstu, bo nawet na niego nie spojrzałam, po prostu dziękuję autorce za ostrzeżenie - Akame nie czyta tekstów ze złym zakończeniem.

PS. To nie prowokacja, kpina czy ironia. Naprawdę cieszę się, że zostałam z góry uprzedzona, bo jest to raczej rzadkie w tekstach własnych. Zaoszczędziłam sobie czasu i rozczarowania, zwłaszcza że tytuł mnie urzekł i już miałam brać się za pochłanianie :)
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Niebieska Blue » 7 kwi 2012, o 18:59

Zgadzam się z Akame. Nie tyle chodzi o to, że nie przeczytałam - bo jednak nie mogłam się powstrzymać - co o to, że teksty z niewesołym zakończeniem wcale nie są fajne. No, angstowo może być, ale end powinien być happy.
Dlatego postuluję - i niech się podpisuje kto chce - ażeby zakończenie zostało rozweselone. Mocą sprawczą czytelnika jest wpływać na autora i mam nadzieję, że tym razem uda się to wykorzystać.
Powód podam bardzo błahy: wystarczająco złego dzieje się w rzeczywistości. Skoro możemy sami kreować fanfickowy świat, niech on będzie taki, by poprawiał się nam humor po czasami szarej i burej rzeczywistości. Podły nastrój to nic fajnego, a śmiech wręcz przeciwnie. Uśmiech trudniej wywołać na twarzy, niż smutek.
Och, no i kto nie słyszał o terapii śmiechem?
Mogę napisać całą rozprawkę o tym, dlaczego happy endy są lepsze od bad endów i choć z całym szacunkiem podchodzę do praw autora do wymyślania własnego zakończenia, to jednak nie zamierzam się wycofać z mojego postulatu. A nuż uda się zmienić zaplanowane już zakończenie?

Ludu, kto jest ze mną?! :-)
Niebieska Blue Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 9
Dołączył(a): 5 paź 2011, o 16:11

Postprzez Nessa » 8 maja 2012, o 18:34

Przepraszam, że tyle to trwało, następny rozdział będzie znacznie szybciej, a gdy już dobrnę do tych rozdziałów, które mam napisane, będę publikować co 2 tygodnie. Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze, wiele dla mnie znaczą, a Morgue za zbetowanie.
Zapraszam do czytania :)



Rozdział II


To był zły pomysł. To był kurewsko zły pomysł. Każda komórka ciała Dracona zdawała się przeciwstawiać pojawieniu się na dworcu King Cross. Czy kompletnie postradał rozum, że się na to zgodził? Zacisnął mocniej palce na rączce kufra. Cholerny Dumbledore i jego warunki… Gdyby powrót do Hogwartu nie był wymogiem udzielenia mu schronienia, nigdy by tu nie wrócił. Na samą myśl robiło mu się słabo. Ten rok będzie koszmarem, nie miał co do tego wątpliwości. Oczywiście tej krowie, McGonagall, nie wystarczył zapis w testamencie. Musiała przesłuchać go pod Veritaserum. Uległość z jaką opowiadał o wszystkim, co ukrywał przez cały rok, łatwość z jaką mu to przychodziło, przyprawiała go o mdłości. Jak on ich nienawidził.
„W związku ze wzmianką w testamencie Albusa Dumbledore’a oraz tym, że pomógł pan ukryć się panu Potterowi przed Śmierciożercami, sprawiło, że może pan ukończyć naukę w Hogwarcie” słowa McGonagall tkwiły w pamięci.
Och, jak cudownie. I co w związku z tym? Miał ich całować z wdzięczności po stopach?
Niedoczekanie.
Rozejrzał się po zatłoczonym peronie. Pełno uczniów stało, śmiejąc się i zapewne wymieniając nowinkami z wakacji. Na jego widok większość osób zamilkła, wbijając w niego wzrok.
Przełknął gulę w gardle. Ich oczy - śledzące, oskarżające, przeszywające na wskroś… Jak to zniesie? Zauważył Ślizgonów wchodzących do pociągu. Uświadomił sobie, że nie wiedział, jak się zachować, jak do nich podejść. To ludzie, z którymi kiedyś się zadawał i dla których teraz stał się nikim. Zdrajcą krwi. Astoria zauważając Dracona, ostentacyjnie odwróciła się do niego plecami. Daphne Greengrass razem ze swoim chłopakiem Trecey’em Davisem obdarzyła go drwiącym, pełnym pogardy uśmieszkiem. Co rusz słyszał odbijające się echem słowo „zdrajca”; ewentualnie w przypadku innych domów „Co robi tu ten śmierciożerca?”
Jego dłonie zaczęły drżeć. Nie pokaże po sobie, że się przejmuje, nie da im tej satysfakcji… A jednak coś w nim pragnęło zwinąć się w kłębek i po prostu uciec. Nigdzie nie widział Vincetna ani Gregory’ego.
— Draco…? Na Merlina, Draco! — Z dzikim okrzykiem na ustach Pansy podbiegła do niego, zatrzymała się, wywróciła oczami, po czym jednak uwiesiła mu się na szyi.
Był zbyt zaskoczony, żeby cokolwiek zrobić. Właściwie nie wiedział, jakiej reakcji po niej oczekiwać. Ich rodziny łączyło wiele powiązań politycznych i umowa ślubna w niedalekiej przyszłości, ale po wszystkim, co stało się w czerwcu obawiał się, że mogło zostać to anulowane.
W końcu wypuściła go z objęć i spojrzała na niego z wyraźnym szokiem.
— Zetrzyj ten idiotyczny wyraz zdumienia z twarzy — mruknął. — Chyba nie chcesz, żeby ci tak zostało?
Odsłoniła w uśmiechu zęby, choć wciąż wyglądała na miło zaskoczoną.
— Szczerze? Nie spodziewałam się, że wrócisz.
— A ja, że po tym wszystkim będziesz ze mną rozmawiać.
Przeciągnęła po nim długim spojrzeniem.
— Więc to prawda? — Jego mina wystarczała za odpowiedź. Machnęła lekceważąco ręką. — Cóż… moi rodzice jeszcze się nie określili w tej sytuacji, ale nawet gdyby mi zabronili, to pieprzyć ich. Sama mogę o sobie decydować. Chodź. — Pociągnęła go za łokieć do wagonu. Wspięli się po stopniach, po chwili pchając swoje kufry w stronę jakiegoś wolnego przedziału.
— Nie widziałaś nigdzie Gregory’ego i Vincenta? — spytał, z całych sił usiłując ignorować wycelowane w niego palce.
Powinien się na to przygotować. Powinien być gotów, a jednak tylko resztki samokontroli powstrzymywały go przed zgarbieniem pleców pod ich spojrzeniami.
Pansy spojrzała na niego niepewnie.
— Nie słyszałeś? — zapytała ostrożnie. — Oni, że tak powiem, poszli w twoje ślady.
Draco aż stanął.
— Co? — spytał głupio, nie wierząc własnym uszom.
— No wiesz, przyjęli znak. Nie wracają do Hogwartu.
Nie mógł w to uwierzyć. Nie chciał w to uwierzyć. Jak głupim trzeba było być, by po wszystkim przez co przeszli w zeszłym roku, dobrowolnie stać się śmierciożercą?
Owszem, zdawał sobie sprawę, że ich ulubioną dziedziną sportu było łamanie nosów; zawsze odznaczali się dość dużą brutalnością, ale liczył… Właściwie na co? Że bez niego nie podejmą żadnej decyzji? Akurat. Widocznie w ich oczach był skreślony. Jak i we wszystkich innych. Poczuł, jak jego wnętrze zalewa fala goryczy.
Pogrążony w myślach zderzył się z kimś kufrem, a kiedy podniósł oczy zobaczył wpatrującego się w niego Pottera, oczywiście, ze swoją nieodłączną świtą Szlama&Wieprzlej.
Wyglądał… cóż na zaskoczonego, to najlepsze określenie. A potem stało się jeszcze coś.
Zamiast cisnąć w niego klątwą, kiwnął mu głową i powiedział niepewnie:
— Hej — Po czym zanim z głowy Draco zniknęła myśl „Co się, kurwa, dzieje?”, po prostu go wyminął.
Malfoy potrzebował trzech długich sekund, aby uświadomić sobie, że stoi na środku wagonu, z ustami otwartymi jak skończony idiota. Zamknął je, rzucając nieprzyjazne spojrzenie na otaczających go, zdumionych uczniów. Nienaturalnie podenerwowany pchnął swój kufer.
— Co to było? — Pansy z podnieceniem wypisanym na twarzy, zrównała z nim krok.
— A na co wyglądało? — warknął. — GłuPotter powiedział mi cholerne „hej”.
— Tyle to sama zauważyłam. Ale to było po prostu… wow. — Była tym tak zaaferowana, że prawie minęli wolny przedział. — Och, nie — jęknęła nagle, kiedy weszli do środka. — Skoro jesteś po ich stronie, czy to znaczy, że w tym roku będziemy musieli go lubić?
— Kogo będziemy musieli lubić? — Głos Blaise’a Zabiniego rozbrzmiał z końca przedziału.
Półleżał na siedzeniu, obserwując ich zwężonymi oczami.
— Pottera — wyjaśniła Pansy, wpychając swoją walizkę na górną półkę. — Właśnie byłam świadkiem nowej, rodzącej się przyjaźni.
— Nie podniecaj się tak, Pansy — zadrwił Draco. — Prędzej piekło zamarznie niż to nastąpi.
Siadając przy oknie, zauważył, że Blaise mu się przygląda. Wytrzymał spojrzenie, przybierając na twarz wyraz całkowitej obojętności. Szczerze mówiąc, nie obchodziło go, co o nim myślał. Nigdy nie byli przesadnie blisko, w dodatku ze wszystkich Ślizgonów Zabini był ostatnim, którego reakcja mogłaby go niepokoić. Wychowywała go matka, która balansowała na granicy obu stron.
— Więc wszystko, co słyszałem, to prawda? — spytał powoli Blaise, uśmiechając się zimno. — Naprawdę zmieniłeś strony?
— Naprawdę twoja matka znowu sprawiła ci nowego tatusia? — odgryzł się, nie pokazując po sobie rosnącego zdenerwowania. — Który to już? Ósmy? Dziewiąty? Jak… uroczo.
Dłoń Blaise’a zacisnęła się w pięść, jednak nie przestał się uśmiechać.
— Na twoim miejscu, Draconie, nie martwiłbym się moją sytuacją rodzinną, tylko twoją w Slytherinie — zawiesił na moment głos. — Jesteś skończony wśród Ślizgonów.
Tak jakby nie wiedział.
— Twoja zdolność stwierdzania oczywistości jak zawsze mnie zdumiewa — odparł spokojnie.
Oczy chłopaka zwęziły się, ale zanim zdążył coś powiedzieć, Pansy wtrąciła:
— Ej, chłopaki, spokojnie. Blaise, masz jakiś problem? Bo jeśli tak, to lepiej wyjdź.
W odpowiedzi rzucił jej jedynie ponure spojrzenie.
Draco przekręcił twarz w stronę okna, obserwując przesuwający się za nim obraz. To dopiero początek rozrywki. Wiedział, że Ślizgoni mu tak łatwą nie odpuszczą, że zrobią wszystko, aby pożałował każdej sekundy, w której nie był po ich stronie. I jeszcze Potter… Jeśli kolejny raz będzie zabawiał się w jego starego znajomego na oczach całej szkoły, a nie odwiecznego wroga, to Draco nie będzie miał życia. Co ten dupek sobie wyobrażał? Okej, mógł zrozumieć jego rycerskość i wszystkie inne ckliwe nonsensy, które nie pozwoliły mu przejść obojętnie wobec tego, że Draco mu pomógł, ale na Merlina, to jeszcze nie powód do koleżeńskich stosunków.

*


O poranku czekała go niemiła niespodzianka. Kiedy otworzył drzwi dormitorium, aby wyjść na śniadanie, nie zauważył kolorowej smugi zaklęcia zawieszonej tuż nad progiem. Wykonał krok, a w następnej chwili poczuł, jak jego czoło pali się żywym ogniem. Mógłby przysiąc, że usłyszał złośliwy chichot ukrytych gdzieś Ślizgonów. Klnąc i osłaniając bolące miejsce dłonią, wrócił do łazienki. Spróbował przetrzeć je chłodną wodą, ale w efekcie tylko zmoczył grzywkę, a to dalej… cholernie… bolało.
Drżąc z obawy na to, na jaką pułapkę trafił, uniósł wzrok. Prawie zaniemówił.
Całe jego czoło zdobiło jedno, świecące na czerwono słowo: "Zdrajca".
— Witaj w domu, przystojniaku — zachichotało złośliwie jego odbicie.
Nie będzie reagował przesadnie emocjonalnie… nie będzie reagował przesadnie emocjonalnie… nie będzie… KURWA!
Tylko siła woli powstrzymała go od walnięcia pięścią w lustro. Skaleczona dłoń była ostatnim, czego potrzebował tego dnia. Ukrył twarz w rękach, cały drżąc. Próbował się uspokoić. Nie, to źle powiedziane. Pragnął się uspokoić, ale nie potrafił. Czemu tak się przejmował? Przecież wiedział, że tak będzie. Żył z nimi przez sześć lat, znał ich doskonale.
Po wzięciu kilku głębszych oddechów, opuścił ręce i spróbował usunąć skutek zaklęcia, jednak bez efektu. Napis dalej szpecił jego skórę, odznaczając się intensywną barwą od bladej skóry. Spróbował zaczesać na czoło grzywkę, ale napis dalej prześwitywał spod niej, czerwony i rażący. Westchnął. Pieprzyć ich. Jeśli myśleli, że złamią go jakimś żałosnymi dowcipami, to grubo się mylili. Zaczesał z powrotem włosy, tak jak zawsze, do tyłu i spojrzał ostatni raz w swoje odbicie. Przedstawienie czas zacząć.
Jeszcze nigdy, w całym swoim życiu, nie czuł się równie niepewnie. Kiedy przekroczył próg Wielkiej Sali, wszystkie oczy zdawały się być zwrócone na niego. Widział w nich pogardę, w niektórych ledwo powstrzymywany lęk, wstręt…
Bądź silny, powiedział sobie, jesteś Malfoyem, a nie jakimś rozdygotanym Puchonem.
Z podniesioną brodą, ignorując wszystkich przeszedł przez całą długość pomieszczenia wprost do stołu swojego domu. Chciał usiąść w wolnym miejscu, ale Daphne przesunęła się, uniemożliwiając mu to. Zacisnął zęby. Musiał pamiętać o samokontroli. W tej samej chwili Teodor Nott zrobił obok siebie wolną lukę. Nie mając lepszego wyjścia, usiadł obok niego.
Sięgając po jedzenie, czuł na skórze ich wzrok, jednak kiedy uniósł głowę, większość uciekła spojrzeniem. Prócz tych, na których twarzach gościła czysta pogarda, znalazł też kilku o bardziej niepewnych minach. Oczywiście. Nie wszyscy wierzyli, że naprawdę zmienił strony. Cóż, nie dziwił im się, gdyby jemu samemu ktoś przed dwoma latami powiedział, że tak się stanie, nazwałaby go naiwnym głupcem. Wziął do ręki plan zajęć, właśnie rozdawany przez Slughorna.
Cóż, przynajmniej dziś lekcje nie były takie najgorsze.
— Ładna buźka, Malfoy — skomentowała złośliwie Millicenta napis na jego czole.
Draco pojrzał na nią zimno.
— Nie tak ładna jak twój rodowód — odparował, z satysfakcją obserwując, jak blednie. — Jest w nim parę niuansów, które nie powinny ujrzeć światła dziennego, czyż nie? — spytał najbardziej niewinnie, jak tylko umiał.
Na jej policzki wstąpił gniewny rumieniec. Odwróciła twarz, udając bardzo zainteresowaną jajecznicą na swoim talerzu.
Właśnie tak. Był Malfoyem. Nie ważne po której stronie stał, nie ważne, że jego ręce drżały o wiele za często i o wiele za bardzo, jak na to ile miał lat, nie ważne, że zawiódł. Nazywał się Malfoy. I nikt nie będzie nim pomiatać.


A jednak nawet lekcje mogły okazać się koszmarne, jak przekonał się trzy godziny później.
Tak naprawdę powinien być przygotowany, na to, że nie tylko uczniowie będą niezadowoleni z jego powrotu do szkoły. Powinien, ale nie był. Jakimś sposobem zapomniał, że nauczyciele, to też ludzie i spodziewał się chociaż z ich strony świętego spokoju. Nic bardziej mylnego. Rannvá Goodwin, bo tak nazywała się ich nowa nauczycielka Obrony Przed Czarną Magią, chyba naprawdę nienawidziła wszystkiego, co z nim związane. Gdy tylko go zobaczyła, jej twarz przybrała wyraz podobny do tego, który przybiera się, czując bardzo nieprzyjemny zapach. Być może ojciec kiedyś w przeszłości zrobił coś tej kobiecie, albo komuś z jej rodziny. Nie zdziwiłoby go to. Lista ofiar Lucjusza była długa i pełna plam cudzej krwi, a Draco prawie zdołał przywyknąć do tego, że musiał płacić za jego winy czasami bardziej niż za swoje własne. Wystarczył rzut okna na nauczycielkę, aby zrozumiał, że najprawdopodobniej nie będzie miał z nią łatwo. Nie pomylił się.
— Dzisiaj na lekcji poznacie zaklęcia, które w skutkach mogą być równie tragiczne jak te Niewybaczalne, ale z różnych powodów nie zostały za takie uznane — powiedziała profesor, obserwując ich ostro. — Ktoś może podać przykład jednego z tych zaklęć? — zapytała, a ręka Granger, siedzącej dwie ławki przed Draconem, wystrzeliła w górę z prędkością światła. — Może pan Malfoy? — zaproponowała, jawnie ignorując szlamę.
Draco w ostatniej chwili ugryzł się w język, by nie spytać idiotycznie „Ja?”
— Nie znam — odparł wymijająco, nie mając ochoty na dzielenie się tego rodzaju wiedzą z resztą klasy w swoim aktualnym położeniu.
— Och, na pewno przypomni sobie pan chociaż jedno.
— Solveretos* — powiedział zrezygnowany.
— Doskonale. Mógłby pan zademonstrować nam jego działanie?
Ślizgon zamarł.
— Słucham? — spytał, blednąc.
— Działanie zaklęcia, panie Malfoy — odparła powoli i wyraźnie. Draco mógłby przysiąc, że uśmiech, który pojawił się na jej ustach był złośliwy. — Jestem pewna, że ma pan w tej dziedzinie spore doświadczenie.
— A niby co pozwala pani tak twierdzić? — odparował, wiedząc, że najlepiej zrobiłby, gdyby się zamknął, ale cholerna idiotka działała mu na nerwy.
— Minus dziesięć punktów dla Slytherinu za niewłaściwe odnoszenie się do nauczyciela. — Ślzgoni wydali z siebie zgodny jęk protestu. — Wykona pan polecenie, czy raczej woli pozbawić swój dom kolejnych punktów?
Drżąc z tłumionej wściekłości, wstał.
— Na co mam je rzucić?
— Obojętne.
Kiedy wyciągnął przed siebie różdżkę jego dłoń prawie niezauważalnie dygotała. Wściekłość z obrzydzeniem, walczyły w nim, mieszając się ze sobą.
Skąd wiedziała? było jedynym, co krążyło mu po głowie.
Czy McGonagall bez jego zgody pokazała całej kadrze nauczycielskiej jego wspomnienia?
Przecież nie mogła tego zrobić, to bez sensu. Goodwin, ta krowa, nie mogła wiedzieć, że było to jedno z pierwszych zaklęć, jakie rzucił, mając udowodnić swoją gotowość do przyłączenia do śmierciożerców. Nie mogąc odmówić sobie odrobiny złośliwości wycelował w biurko nauczycielki, mrucząc pod nosem zaklęcie. Przymknął powieki, czując ucisk w dołku.
Trzask łamanych jedna po drugiej kości… wrzask dziewczyny niewiele starszej od niego, gdy przebijały się przez ciało, z zaskakującą łatwością… Jej błagania, aby ją zabił, wciąż dźwięczały mu w uszach. Mdłości podpłynęły mu do gardła.
Otworzył oczy. Biurko było biurkiem, złamanym, zniszczonym i w niczym nie podobnym do ludzkiego ciała. Wszyscy w klasie go obserwowali, czuł spojrzenia wbite w plecy, osądzające i złowrogie. Mając nadzieję, że jego twarz nie zdradzała targających nim emocji bez słowa usiadł.
Nauczycielka odchrząknęła.
— Dobrze. Czy ktoś może wyjaśnić, dlaczego zaklęcie nie zostało zakwalifikowane do tych niewybaczalnych?
Ręka Granger ponownie wystrzeliła ku górze. Draco odwrócił od dziewczyny wzrok, zauważając, że Potter siedzący obok niej się w niego wpatruje.
— Ponieważ zostało stworzone do używania go na przedmiotach, a nie ludziach. Użycie ich na istocie żywej, jest tak samo karalne, jak użycie któregoś Niewybaczalnego — wyjaśniła Granger, za co Gryffindor został nagrodzony pięcioma punktami.

*


Cały tydzień wyglądał podobnie. Draco wstawał, jadł śniadanie na brzegu stołu Slytherinu, zostawał potraktowany jak gówno, a potem zamykał się w swoim dormitorium lub przesiadywał w bibliotece, nadrabiając zaległości w nauce. Czy codzienność mogłaby być jeszcze piękniejsza? Nie wiedział co było gorsze – zeszły rok, kiedy obawiał się o własne życie czy aktualny, gdy chwilami niemal żałował, że go nie stracił.

Właśnie szedł do biblioteki, kiedy nagle został pociągnięty w bok, wprost we wnękę w ścianie. Odruchowo wyciągnął różdżkę i wbił ją w gardło przeciwnika, z więcej niż oszołomieniem, uświadamiając sobie, że to nie kto inny jak…
— Potter — powiedział, nieco odsuwając różdżkę. — Myślałem, że… — urwał, rozmyślając się. Gryfon był ostatnią osobą, z którą miał ochotę dzielić się swoimi szkolnymi perypetiami. A już szczególnie tym, że w ciągu tygodnia trzy osoby usiłowały go pobić, a gdyby w porę nie zareagował zaklęciem skończyłoby się to obrażeniami.
— Myślałeś, że co? — spytał, rozmasowując gardło.
— Nie ważne — prychnął, rzucając okiem na rywala. Miał na twarzy tak samo tępy wyraz jak zawsze. Światło padające od okna łamało się w szkłach jego szkaradnych okularów. To jakiś popieprzony sen, Draco doszedł do wniosku. Przed rokiem, to właśnie Potter stałby pierwszy w kolejce, żeby zbić go na kwaśne jabłko, a teraz byli tu obaj i nawet się wzajemnie nie obrażali. — O co ci ostatnio chodzi? — spytał opryskliwie. — Znowu mnie śledzisz? Wiesz, rok temu to było całkiem zabawne, ale teraz trochę wieje nudą.
Oczy Gryfona nieznacznie się rozszerzyły.
— Wiedziałeś?
Draco zmierzył go pogardliwym spojrzeniem.
— No jasne. Jesteś równie dyskretny jak stado słoni przechadzających się po pustej sali. — Potter zmarszczył brwi i Malfoy nie był pewien czy aby na pewno zrozumiał ironię. — Więc? Czego chcesz?
— Chciałem... to znaczy… — umilkł, szurając butem o podłogę. Wyglądał jakby chciał coś powiedzieć, ale nie bardzo wiedział, jak to z siebie wydusić.
Draco uniósł brwi, spoglądając na niego z naglącym oczekiwaniem.
— Widzę, że to może trochę potrwać — podsumował cierpko.
— Zamknij się, Malfoy — burknął, po czym odetchnął głośno i wykrztusił. — Pomogłeś mi.
Oho, więc o to chodziło. Spędził cały tydzień na unikaniu go na wszystkie możliwe sposoby, tylko po to, żeby skończyli tutaj, we wnęce korytarza, rozmawiając dokładnie o tym, o czym on nie chciał nawet pamiętać. Jak… cudownie.
— I? — spytał, siląc się na obojętność.
— I… dlaczego?
— To nie twój interes — odparował, jeżąc się w środku.
Chwilowa szczerość zniknęła ze spojrzenia Pottera, zastąpiona błyskami gniewu.
— To jest MÓJ interes, ponieważ dotyczy MNIE — warknął, zaciskając dłonie w pięści.
Było coś, co Draco uwielbiał bardziej od obrażania Gryfona. Denerwowanie go. Przybrał na twarz poważną minę.
— Zrobiłem to, ponieważ... — Ślizgon zawiesił dramatycznie głos, łapiąc go za dłoń. Była ciepła, nieco szorstka i większa od jego własnej. Potter zamarł, gapiąc się na niego. — Kocham cię.
— Co?! Ty…
Na widok całkowicie zbitej z tropu miny Gryfona, nie mogąc dłużej się powstrzymywać, Draco wybuchnął śmiechem.
Szok zniknął z twarzy chłopaka, ustępując miejsca złości.
— Nie jesteś zabawny, Malfoy.
— Twoja mina… Nie mogę… — wykrztusił osłabiony śmiechem.
— Bardzo śmieszne — Harry podsumował kwaśno. — Dlaczego po prostu nie odpowiesz?
Potter prócz swojej głupoty, słynął jeszcze z determinacji. Uspokoiwszy się, Draco puścił go i zwiększył dzielący ich dystans. Spojrzał na upartą minę chłopaka. W sumie, dlaczego nie? Mógłby uchylić rąbka tajemnicy. Mógłby, gdyby to oznaczało, że się czym prędzej odpieprzy.
— Dobra. Zrobiłem to, bo czy istnieje lepszy akt odkupienia niż uratowanie tyłka Wybrańcowi? — zadrwił, obserwując grę emocji na obliczu Pottera. Kontynuował swobodnie: — Jeśli o mnie chodzi, to mógłbyś zdechnąć. Sam z przyjemnością wykończyłbym cię, gdyby…
— Tak jak wykończyłeś Dumbledore’a? — rzucił kpiąco Gryfon. To zabolało. Punkt dla Gryffindoru za celny strzał. Draco zmrużył oczy obserwując go z całą nienawiścią, którą posiadał. A miał jej całkiem sporo. Znalazłoby się dla każdego po trochu. — Nie zabiłbyś nawet muchy, Malfoy — dodał spokojnie, z nieznośną pewnością.
Dłoń blondyna zaciśnięta na różdżce zaczęła nieznacznie drżeć. Pieprzony dupek. Jak śmiał wyrzucać mu w twarz wszystko to, przed czym on sam uciekał?
— Ty...
— Widziałem jak się bałeś na wieży — wtrącił zapalczywie Potter. — Widziałem jak płakałeś!
— Nawet nie waż się… — wysyczał, jednym szybkim ruchem popychając go na ścianę, a różdżkę, tak samo jak na początku spotkania wciskając mu w krtań. Niemal z przyjemnością obserwował echo bólu odbijające się w zielonych oczach, kiedy Potter z trudem przełykał ślinę. — Myślisz, że mnie przejrzałeś, co, Potter? — spytał cichym, niskim głosem.
— Nie ważne co myślę — odparł ochryple. — Wiem, co widziałem. Lepiej być tchórzem, niż mordercą, Malfoy.
Draco odsunął się. Nie chciał tu być. Nie chciał z nim rozmawiać. Nie chciał przyznać przed samym sobą, że Potter miał rację. Nie chciał…
Odwrócił się, idąc prosto przed siebie, byle dalej od niego, byle w przód. Usłyszał za sobą jego krzyk.
— Świetnie! Uciekaj jak Snape, jak skończony tchórz!
Nie odpowiedział. Odszedł, zanim uwolniłoby się z jego wnętrza, wszystko to, co pragnęło wydostać się na zewnątrz.

***


Cholerny, cholerny Malfoy. Jak mógł tak po prostu odejść niczego nie odpowiadając? Chociaż, gdyby spojrzeć na to z drugiej strony, jego milczenie mógł uznać za potwierdzenie własnych przypuszczeń.
"Zrobiłem to, bo czy istnieje lepszy akt odkupienia niż uratowanie tyłka Wybrańcowi?" Słowa Ślizgona odżyły mu w głowie. Musiałby być szaleńcem, aby sądzić, że to nie było wszystko. I być może był. Cóż, przynajmniej porozmawiali, prawda? Pomijając końcówkę, ale to zawsze coś. Właściwie, powinien uznać sprawę za zakończoną. Harry nie miał żadnego powodu, aby sądzić, że Draco skłamał. Chociaż nie, błąd. To był Malfoy. Kiedy on nie kłamał?
Pogrążony w myślach nie zauważył, kiedy doszedł do wieży Gryffindoru. O tej porze, w tak słoneczny dzień, pokój wspólny był niemal całkowicie pusty. Nie licząc dwóch pierwszorocznych grających w szachy, w pomieszczeniu przebywała jedynie Hermiona.
Uśmiechnęła się niego znad książki, a gdy przesunęła wzrok niżej, jej uśmiech zbladł.
— Co ci się stało w szyję? — zapytała.
Odruchowo dotknął palcami miejsca, na które patrzyła. Trochę bolało, ale nie sądził, że było to aż tak widoczne.
— Malfoy — wyjaśnił lakonicznie, na co brwi przyjaciółki uniosły się ku górze.
— Biliście się?
O dziwo nie tym razem, pomyślał kwaśno.
— Nie, wbił mi różdżkę w szyję, gdy rozmawialiśmy. — Prawdopodobnie to zabrzmiało trochę dziwnie i sądząc po minie Hermiony, chyba sądziła tak samo. Usiadł naprzeciwko niej, głaszcząc grzbiet wylegującego się Krzywołapa.
— Chcesz mi powiedzieć, że Malfoy ot tak z tobą gawędził? — zapytała z jawnym niedowierzaniem.
— Nie, ja… ee…
— Spędziłem cały dzień na szukaniu kropki z jego nazwiskiem na mapie, a potem dopadłem go na korytarzu i zażądałem wyjaśnień – to chciałeś powiedzieć?
Rzucił przyjaciółce ponure spojrzenie.
— Mniej więcej — przyznał, zaniepokojony tym jak łatwo go przejrzała.
Hermiona głośno westchnęła, zamykając książkę, odkładając ją, a potem patrząc na przyjaciela, jak na wyjątkowo trudny przypadek.
— Czy nie wystarczająco naśledziłeś się go w zeszłym roku? — spytała, najwyraźniej uznając go za kompletnego, obłąkanego szaleńca. — Wiesz, że McGonagall nie pozwoliłaby mu tu wrócić, gdyby był taki zły. Poza tym, byłeś na wieży, sam słyszałeś, co proponował mu Dumbledore…
Tak jakby sam tego nie wiedział.
— Nie o to chodzi — burknął, nieco urażony tym, że po wszystkim, co stało się w zeszłym roku, wciąż traktowała go jak jakiegoś prześladowcę.
— Więc o co?
— Po prostu chciałem wiedzieć! — wybuchnął, kątem oka spostrzegając, jak dwójka pierwszorocznych wzdrygnęła się na ostry dźwięk jego głosu. — Chciałem wiedzieć, dlaczego mi pomógł — dodał już trochę spokojniej.
— I? — ponagliła. — Dowiedziałeś się?
— Powiedział, że zrobił to, żeby móc wrócić do Hogwartu…
— Więc chyba sprawa wyjaśniona, czyż nie? — podsumowała, sięgając z powrotem do książki.
Harry sapnął z irytacją. Niczego nie rozumiała, ani rok temu, ani teraz. Nie żeby on sam rozumiał, o co dokładnie mu chodziło, ale, do diabła, była jego przyjaciółką. Mogłaby chociaż udawać, że jego przypuszczenia są coś warte.
— On… jest jakiś dziwny — odezwał się, ignorując wymowną minę Hermiony. — Nie zachowuje się jak on. Wiesz, już w zeszłym roku był trochę mniej denerwujący, cichszy, ale teraz… — Dziewczyna uniosła brwi, a Harry warknął: — No co, nie widzisz tego? Prawie z nikim nie rozmawia! Ciągle się gdzieś zaszywa albo chodzi sam, on…
— Od kiedy obchodzi cię samopoczucie Draco Malfoya? — spytała powoli.
Harry otworzył usta, zamknął je i znów otworzył. W głowie miał całkowitą pustkę.
— Nie obchodzi, tylko… to do niego nie pasuje, sama musisz to przyznać! Nie mów mi, że zachowuje się normalnie.
— Och, Harry, pomyśl — nałożyła nacisk na ostatnie słowo. — Wrócił tutaj, gdzie większość rodzin jego znajomych służy Voldemortowi. Nie wykonał zleconego mu zadania, zniknął na dwa miesiące… Jak myślisz za kogo oni go mają? — Milczał, a Hermiona kontynuowała dobitnie: — Za zdrajcę. Rządził nimi przez tyle lat, a teraz oni są przeciw niemu. Crabbe i Goyle zniknęli, a z Parkinson i Zabinim chyba nigdy nie był aż tak blisko. Siedzi cicho, bo nie wie na co może sobie pozwolić. W dodatku z nauką ma kupę zaległości przez zeszły rok.
— Skąd o tym wiesz?
— Jestem prefektem, Harry. Mam dostęp do wykazu nauki wszystkich uczniów — odparła spokojnie, po czym dodała: — Ojciec Malfoya jest w więzieniu, on sam zawiódł, stracił respekt wśród ludzi… to chyba oczywiste, że zachowuje się dziwnie. Na pewno czuje się strasznie zagubiony i samotny.
— Samotny — parsknął drwiąco, na co przyjaciółka zmierzyła go karcącym spojrzeniem.
— Tak, samotny. Czy nie znalazłeś go wypłakującego się duchowi? To wystarczający dowód na jego samotność. — Na moment jej wzrok utkwił w bliżej nieokreślonym punkcie, po chwili jednak zamrugała i spojrzała Harry’emu w oczy. — W sumie nawet mi go trochę żal. Nie lubię go i nigdy nie polubię, ale… to tylko denerwujący dzieciak, który za dużo sobie wyobrażał.
Harry nie mógł się z nią nie zgodzić. Nie żeby życzył Malfoyowi szczególnie dobrze, ale sytuacja w jakiej się teraz znalazł… naprawdę była nie do pozazdroszczenia.
— Ha, i to niby ja za dużo obserwuję Malfoya? — dokuczył przyjaciółce.
— Tylko stwierdzam oczywiste fakty — podsumowała nieco zarozumiale.
— Jasne. — Mrugnął do niej. — Przyznaj, podoba ci się…
Hermiona popatrzyła na niego z obrzydzeniem.
— Tak, bo kręci mnie, gdy ktoś nazywa mnie szlamą — skomentowała kąśliwie, na co Harry głośno się roześmiał. — Zapewniam cię, Malfoy nie jest w moim guście.
— No tak, zapomniałem, że w twoim guście są rudzi, piegowaci, dokładnie jak…
Czerwona jak dorodny burak uderzyła go w głowie zwojem kartek, ale zamiast się uciszyć, jedynie roześmiał się głośniej, za co dostał jeszcze raz i jeszcze… W tym właśnie momencie do pokoju wspólnego wszedł obiekt zainteresowań Hermiony.
Ron spojrzał na nich zdumiony.
— Co wy robicie? Czemu bijesz Harry’ego?
Wciąż czerwona i ciężko oddychająca dziewczyna odsunęła się.
— Zasłużył — stwierdziła z dobitnym oskarżeniem w głosie, po czym wyprostowawszy się, wbiła w bruneta wzrok, wyraźnie mówiący „Harry Potterze, jesteś już martwy”. — Obawiam się, że czyjś esej z transmutacji będzie musiał napisać się sam — skomentowała, chwytając swoją książkę i odchodząc.
Razem z Ronem odprowadzili ją spojrzeniem.
— Stary, cokolwiek jej zrobiłeś, współczuję ci — odezwał się, jak na gust Harry’ego trochę za tęsknie wpatrując się w miejsce, w którym przed chwilą stała Hermiona. — Ona potrafi być w takich sprawach bardzo uparta.
— Taa, ja sobie też — zgodził się, jednak z jakiegoś powodu widmo napisania eseju nie przerażało go.
Świat się rozpadał trawiony przez wojnę, ludzie ginęli i znikali każdego dnia, nie zbliżyli się w żaden sposób do odkrycia kim był R.A.B., ani odnalezienia kolejnego horkuksa, a tymczasem on… był zadowolony. Naprawdę zadowolony. Chyba faktycznie oszalał.

*


W weekend, jak zawsze, mieli wolne, więc postanowili odwiedzić Hagrida. To był upalny dzień, jeden z tych, kiedy uczniowie wylegiwali się na błoniach lub nad brzegiem jeziora, relaksując w promieniach słońca okalających ich ciała. Powietrze było przejrzyste jak nigdy. Wzgórza rysujące się nad taflą wody stały się doskonale widoczne, tak bardzo, że dało się nawet dojrzeć ostre szczyty.
Zapukali do chatki raz i drugi, jednak bez odpowiedzi. Spojrzeli w swoje posępne twarze.
— Znowu go nie ma — odezwała się Hermiona, wyglądając na zmartwioną.
— Pewnie jest u olbrzymów — stwierdził Ron. — Myślicie, że uda mu się ich namówić, żeby poparli naszą stronę?
Harry wzruszył ramionami.
— Ostatnio nie poszło mu najlepiej, nie? — spytał retorycznie, czując nieprzyjemny ucisk w dołku.
Nie chciał dopuszczać do siebie tych myśli, nie chciał się im poddawać i pozwolić wciągnąć w błędny wir, ale bywały chwile takie jak ta, gdy było to silniejsze od niego. Myśli, od których nie znajdował ucieczki, które ciągnęły tylko w dół, a upadek bez wątpienia okaże się bardzo bolesny. Wszyscy z Zakonu coś robili, żeby wygrać tę wojnę, tylko nie on. Dlaczego tu wrócił?
— Jest inaczej, prawda? — Hermiona przerwała milczenie. Widząc pytający wzrok swoich przyjaciół, dodała: — W Hogwarcie. To już nie to samo...
— A no nie — zgodził się Harry.
— Ale wciąż masz m… nas — zreflektował się Ron, a w jego głosie pobrzmiała wyraźna nadzieja. Hermiona uśmiechnęła się do niego czule, w sposób sprawiający, że Harry pożałował, że tam w ogóle jest.
Nie tylko Hogwart się zmienił, pomyślał, udając wielce zainteresowanego biedronką spacerującą mu po bucie.
Może powinien zostawić ich samych? Może w końcu przestaliby mieć wypisane na twarzach: „Tak bardzo cię kocham, ale nie powiem ci tego, bo przyjaźnimy się od lat, a Harry zostałby sam”. Ugh. Nie, nie może tak myśleć. A jednak… Wszystko się zmieniło. I oni, i szkoła. Widmo wojny wisiało nad zamkiem, ciężkie i trudne do przeoczenia. Liczba zakazów wzrosła w tym roku dwukrotnie, co zdawało się po poprzednim niemal niemożliwe. Nie mogli wychodzić poza dormitoria po dwudziestej. Nie mogli też nawet zbliżać się do Zakazanego Lasu, na treningi qudditcha musieli mieć pozwolenie od opiekunów swoich domów i określone o stałych, nie wieczornych, porach, co często kolidowało z lekcjami. Aurorzy patrolowali korytarze, McGonagall została dyrektorką, na ten rok uczniów wróciło znacznie mniej, Malfoy zachowywał się jak nie on, Ron i Hermiona pajali do siebie tajemniczym tylko dla nich samych uczuciem… To była zaledwie tylko część nowości.
Zauważył zbliżającą się do nich żwawym krokiem postać i potrzebował chwili, aby rozpoznać w niej Ginny.
I jeszcze to.
Dlaczego, do diabła, powrót do Hogwartu wydał mu się dobrym pomysłem?
— Uch, tu jesteś! — wykrzyknęła na widok Harry’ego. — Wszędzie cię szukam.
Spojrzał na nią niepewnie. Od czasu ich zerwania, nie bardzo mieli okazję rozmawiać i kłamstwem byłoby powiedzenie, że nie cieszył się z takiego obrotu sprawy.
— Co jest? — spytał, udając, że nie widzi uradowanej miny przyjaciela. Pewnie myślał, że uda się ich zeswatać.
— McGonagall cię szuka. Powiedziała, że to pilne, chodź.
Kiedy podała mu zwitek papieru, ruszył za nią, czując się więcej niż głupio. Większą część drogi przeszli w milczeniu. Co można powiedzieć swojej byłej? Nie miał pojęcia. Co u ciebie? Jak się trzymasz? Bardzo cię zraniłem? Raczej to nie wchodziło w grę.
— Zamierzasz jeszcze kiedyś ze mną rozmawiać? — zapytała znienacka.
— Zamierzam.
Uśmiechnęła się krzywo.
— W takim razie dobrze ci idzie — podsumowała, potrząsając z irytacją głową i wbiła wzrok w korytarz przed sobą.
Boże, był beznadziejny w takich sprawach.
Myśl, powiedział sobie, znajdź jakiś temat, na pewno jest coś, co oboje lubicie…
— W środę jest trening — odezwał się, niemal natychmiast tego żałując.
Och Harry, jesteś taki romantyczny, usłyszał w swojej głowie drwiący głos.
— Więc nadal jestem w drużynie?
Harry popatrzył na nią z niedowierzaniem.
— Żartujesz? Jesteś jednym z lepszych zawodników, nie wiem, co bym bez ciebie zrobił.
Rozanielona mina Ginny, powiedziała mu, że to nie zabrzmiało do końca tak, jak powinno zabrzmieć. Cholera. Nie zamierzał jej robić żadnych nadziei. Nie chodziło o to, że nie chciał, żeby do siebie wrócili, ale… sam nie wiedział. Czuł wewnętrzną blokadę. Bycie z nim równało się byciu pierwszą osobą na lini frontu. Ginny musiała być bezpieczna.
Zanim zdążyła coś odpowiedzieć, Harry szybko wtrącił.
— To ja tu skręcam. Na razie.
Odważny Harry Potter uciekający przed swoją byłą. To by nadało się do Proroka.
Śmiejąc się pod nosem ze swojej głupoty, przeczytał hasło z kartki i w następnej chwili wjechał po schodach do góry. Zapukał, a kiedy odpowiedziało mu ciche „Proszę”, wszedł do środka.
Gabinet wyglądał dokładnie tak samo jak przed paroma miesiącami - okrągłe pomieszczenie zastawione stolikami o pajęczych nóżkach, na których terkotały różne przedziwne, srebrne instrumenty, wydające z siebie obłoczki dymu. Do dziś nie wiedział do czego służyła większość z nich. Za biurkiem siedziała McGonagall, najwyraźniej na niego czekając.
— Dzień dobry. Wzywała mnie pani? — spytał, zamykając za sobą drzwi.
— Tak, Potter. Usiądź. — Wskazała na krzesło przed biurkiem.
Więc usiadł, usiłując trzymać z dala od świadomości wszystko to, co mogło pociągnąć go w dół. Nie uszło jego uwadze, że kobieta wyglądała znaczenie starzej niż kiedy widział ją po raz ostatni. Jej twarz zdobiła sieć cieniutkich zmarszczek, a włosy spięte w ciasny kok stały się prawie zupełnie siwe. Wojna nie obchodziła się z nikim delikatnie.
— Więc… o co chodzi, pani profesor?
W odpowiedzi obdarzyła go cieniem uśmiechu.
— Profesor Dumbledore chce z tobą porozmawiać.
Harry był pewien, że się przesłyszał.
— Profesor Dumble…
— Witaj, drogi chłopcze. — Na dźwięk tego znajomego głosu prawie podskoczył.
Nie wierząc własnym uszom uniósł wzrok, aby zobaczyć to na własne oczy, przekonać się, że to prawda… i ujrzał powieszony na ścianie wraz z innymi obrazami portret Dumbledore’a. Siedział na bogato zdobionym krześle, uśmiechając się serdecznie, a jego błękitne oczy zza okularów połówek lśniły niemal tak samo jak za życia. Nie sądził, że tak szybko będą mogli porozmawiać. Ta możliwość ścisnęła Harry’ego za serce.
— Profesorze! — wykrzyknął głupio. — Pan jest…
— Portretem, w rzeczy samej, chłopcze — dokończył, nie przestając się uśmiechać. — Czy to nie zabawne jak kończą wielcy czarodzieje? — Harry nie dostrzegał w tym nic zabawnego, ale uznał, że nie będzie się na ten temat odzywać. — Minerwo, czy mogłabyś nas zostawić na chwilkę samych?
— Oczywiście — powiedziała, odprowadzona do drzwi wzrokiem byłego dyrektora, po czym jego spojrzenie z powrotem wróciło na Harry’ego.
W głowie Gryfona kłębiło się tyle pytań, myśli goniących jedna drugą, że nie wiedział od czego zacząć.
— Zapewne masz do mnie wiele pytań — stwierdził pogodnie Dumbledore. — Nie jestem w stanie odpowiedzieć na wszystkie, ale na jedno kluczowe owszem. Pozwól, że ci coś opowiem. Może ci się to nie spodobać, ale proszę, zrozum, Harry, że nie miałem innego wyjścia.
— Chodzi o Snape’a? — wypalił prosto z mostu.
Profesora Snape’a i tak.
— I Malfoya?
— Po części — przyznał, obserwując go uważnie znad okularów połówek.
— Profesor Snape nie zdradził pana, tak jak sądziłem, prawda? — spytał ponuro, spodziewając się tego co może usłyszeć, ale nie będąc na to gotowym.
Cienkie wargi dyrektora wygięły się w smutnym uśmiechu.
— Najlepiej zacznijmy od początku. Jak sam słyszałeś na wieży tamtego dnia, i jak też podejrzewałeś przez cały rok, Draco Malfoy dostał za zadanie zabicie mnie. Wiedziałem o tym od samego początku.
Wzdłuż kręgosłupa Harry’ego przebiegł nieprzyjemny dreszcz.
— Wiedział pan? Cały czas? — spytał, obawiając się, że historia, którą usłyszy będzie znacznie gorsza do zaakceptowania niż to co podejrzewał od wakacji. — Więc dlaczego pozwolił mu pan wrócić?
— Ponieważ taki był plan, Harry — odpowiedział, brzmiąc nagle poważnie. — Kiedy w zeszłe wakacje podjąłem się próby zniszczenia pierścienia Marvola Gaunta, próby, która, nie zapominajmy, powiodła się, odniosłem poważne obrażenie. — Uniósł rękę, teraz zdrową i naznaczoną jedynie zmarszczkami, jednak Harry aż za dobrze pamiętał jak wyglądała za życia. — Na pierścień nałożono okrutną klątwę, z czasem rozprzestrzeniającą się na całe ciało, powoli zabijającą. Severus osądził, że został mi nie więcej niż rok życia. — Na moment, nie dłuższy niż kilka sekund, umilkł, jakby myślami wracając do tamtych wydarzeń. Harry poczuł jak coś zimnego i ostrego, ściska mu serce. — Jednak dobrze się złożyło. To było to, Harry. Coś, co mogło pozwolić na umocnienie pozycji Severusa wśród śmierciożerców. Gdyby mnie zabił, Voldemort obdarzyłby go całkowitym zaufaniem i przychylnością. Oczywiście, jak się domyślasz, Severus nie był zachwycony tym planem, ale w końcu, po moich namowach zgodził się.
Coś ukrytego głęboko we wnętrzu Harry’ego zaczęło drżeć, bulgotać i nagrzewać się, jak wulkan chwilę przed wybuchem. Zacisnął pięści, pragnąc się uspokoić, ale spokój pozostawał nieuchwytny.
— Wiedział pan, przez cały rok… przez cały rok i nic… n-nic mi nie powiedział? — wykrztusił, z jeszcze większą złością słysząc, jak jego głos łamał się pod wpływem emocji. — Nie pomyślał pan, by przygotować mnie na to w jakiś sposób?! — ostatnie słowa praktycznie wykrzyczał.
Przypomniał sobie, jak przed dwoma laty wydzierał się na Dumbledore’a i demolował mu gabinet, a portrety dyrektorów Hogwartu obserwowały go z oburzeniem, wygłaszając swoje uwagi. Tak jak wtedy komentowały teraz jego zachowanie, tak jak wtedy Harry miał ochotę rzucać każdą napotkaną rzeczą i tak jak wtedy Albus obserwował go z niezmąconym, nieznośnym spokojem. Z małą różnicą – był martwy. A Harry żył i został sam. Sam.
Poczuł ucisk w piersi, nie pozwalający oddychać.
— Harry…
— Nie! — Nie wiedział, co dyrektor chciał powiedzieć, ale nie obchodziło go to. — Dlaczego pan mi nie powiedział? Dlaczego? Czy nie okazałem się wystarczająco godny zaufania?
— Jesteś jednym z najbardziej odważnych, godnych zaufania, młodych mężczyzn jakich znam — stwierdził łagodnie Dumbledore, nie przestając go obserwować. — Rozumiem, że cię to boli…
— Nie — przerwał mu, dysząc ciężko. Z wściekłości tańczyły mu czerwone plamy przed oczami. — Nie rozumie pan. Nie ma pan pojęcia — urwał, biorąc kilka, głębokich wdechów. — Ale to nie ważne. Nie ważne. Czy jest coś, o czym jeszcze nie wiem? — Dumbledore milczał. — Jakieś informacje o innych horkruksach? Wskazówki do tego co mam dalej robić? Wie pan kim jest R.A.B.?
— Powiedziałem ci, chłopcze, wszystko, co wiedziałem — rzekł cicho, teraz wyglądając na zasmuconego. Być może zawiedzionego nim, Harrym. Och, pieprzyć to. On też był zawiedzony.
— Czy to wszystko? — spytał zimno, chcąc jak najszybciej stąd wyjść.
Mężczyzna westchnął.
— Tak sądzę — powiedział cicho, chyba pierwszy raz w życiu wyglądając na pokonanego. Harry powiedział sobie, że nie będzie czuł się winny. Nie będzie. To, do cholery, nie była jego wina! — Mam nadzieję, że mi kiedyś wybaczysz, Harry.
— Do widzenia, profesorze — odparł, podnosząc się z fotela i zamykając za sobą drzwi.
Już chciał zbiec po schodach, kiedy zatrzymał go głos obecnej dyrektorki.
— Potter, zaczekaj. — Stanął w miejscu nie odwracając się. — W związku z wybudzeniem się portretu profesora Dumbledore’a, jutro o osiemnastej w sali transmutacji
odbędzie się spotkanie Zakonu. Musimy przedyskutować kilka spraw. Przyprowadź ze sobą Weasleya i Granger — zawahała się — i pamiętaj, że cokolwiek tam zobaczysz, nie denerwuj się.
Kiwnął głową, czego nie mogła widzieć i zbiegł po schodach, uciekając od tych przeszywających, błękitnych oczu, od bolesnej prawdy, a przede wszystkim od wagi ciężaru spoczywającego mu na barkach zadania.



* Solveretos – zaklęcie łamiące wymyślone przeze mnie. Zlepek łacińskich słów. „Solvo” oznaczy złamać „os” kość.

Grzecznie proszę o komentarze, bez nich nie wiem czy jest dobrze, czy źle.
Nessa Offline


 
Posty: 53
Dołączył(a): 10 lis 2010, o 00:28

Postprzez Nessa » 19 maja 2012, o 20:48

Tym razem nowy rozdział jest szybciutko, bo miałam wenę i czas : ). Nikt nie skomentował więc nie wiem czy było tak źle, czy dopadł was leń, no ale co zrobić :p. Standardowo, podziękowania dla Morgue za zbetowanie. Zapraszam do czytania i komentowania!


Rozdział III


Harry siedział na parapecie w swoim dormitorium i obserwował grupkę uczniów ścigających się na błoniach. Jakby chciał mieć w sobie tę beztroskę, świadomość, że jedynym zadaniem wiszącym nad karkiem były Owutemy i nic, absolutnie nic więcej.
Dumbledore…
Na dźwięk tego nazwiska zakłuło go w piersi. Nie czuł już furii i nie kipiał zgniewu. Wszystko ucichło, oddaliło się, jedyne co go przepełniało to żal i gorycz. Uświadomił sobie, że ufał temu człowiekowi najbardziej z wszystkich ludzi, których znał. Ufał mu nad życie. I co mu to dało? Okazał się tylko naiwnym dzieciakiem, ślepo wierzącym w każde jego słowo. Gdyby Dumbledore kazał mu skoczyć w ogień, zrobiłby to. Gdyby kazał
wyruszyć szukać horkruksów od zaraz, w pojedynkę, to również by uczynił.
Idź Harry, narażaj życie, narażaj zdrowie, a w podzięce odsuniemy cię od najważniejszych spraw i okłamiemy.
Prychnął, odgarniając włosy z czoła. A co jeśli Dumbledore zataił przed nim nie tylko to? Co jeśli było coś więcej? Jakiś dalekosiężny plan, w którym Harry był zaledwie pionkiem, mającym wykonać swoją część zadania i nie interesować się resztą? Co tak naprawdę wiedział? Kilka bezwartościowych informacji, wskazówek, które w rezultacie nie mówiły prawie nic. Poczuł się zmęczony, jak ślepiec wędrujący labiryntem i nie znający
drogi. A co jeśli zawiedzie? Nie, nie będzie w ten sposób myśleć. Zamierzał wygrać, bez względu na to, co jeszcze zostało przed nim zatajone. Nie miał innego wyboru. A jednak… choć w jakiś sposób rozumiał, że Dumbledore nie zrobił tego, po to, aby go oszukać, czuł się zdradzony. Ta myśl bolała o wiele bardziej niż się spodziewał. Sądził, że został obdarzony takim samym zaufaniem, jakie sam wykazał. Że był traktowany poważnie, a nie jak głupi dzieciak, przed którym lepiej ukryć niewygodne fakty. Czy w ogóle znał tego człowieka? Co tak naprawdę o nim wiedział? Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiał.
Jego rozmyślenia przerwało skrzypnięcie drzwi i czyjeś kroki.
— Harry, już czas — odezwała się Hermiona, zaglądając przez drzwi. Zauważając, jak siedzi na parapecie weszła do środka, zapewne z Ronem. Nawet nie odwrócił się w ich stronę. — Nie wybierasz się na spotkanie Zakonu?
— Wybieram — odparł. — Po prostu… myślałem nad czymś.
— Och, Harry — pisnęła przyjaciółka i przez moment miał wrażenie, że tylko siła woli powstrzymała ją od uściśnięcia go w pocieszającym geście. — Znowu się zamartwiasz Dumbledorem, prawda?
Wzruszył ramionami, czując się nagle nieco niewygodnie. Zdjął nogi z parapetu i spojrzał na swoich przyjaciół. Stali blisko siebie, tak blisko, że ich dłonie prawie się stykały.
— Nie zamartwiam — zaprzeczył, nie do końca zgodnie z prawdą.
— Ja tam ci się nie dziwię — wtrącił przyjaciel. — Też bym się wkurzył.
— Ron! — fuknęła dziewczyna, a Harry usłyszał, jak dodała szeptem: „Nie pomagasz”. — Oczywiście, że czujesz się w jakiś sposób zraniony, ufałeś mu, ale…
— Idziemy? — przerwał jej brunet, nie mając siły ani ochoty tego słuchać.
— ...ale zrozum, że postąpił tak, jak postąpił, bo nie miał innego wyjścia. Na pewno gdyby tylko mógł…
— Idziemy?!
Hermiona spojrzała na niego ze smutkiem wybijającym się ponad wszystko inne, po czym wyszli w trójkę z dormitorium.
*


Na miejscu Zakon już na nich czekał. Było to zaledwie pięć osób – Tonks, Lupin, Moody, Kingsley i McGonagall. Ławki z sali na czas spotkania zostały usunięte, a krzesła ustawione obok siebie w niedokończonym okręgu. Harry pomyślał, że wyglądało to jak przygotowanie na spotkanie anonimowych alkoholików, które widział w filmach, a nie narady Zakonu. Powstrzymał śmiech.
— No nareszcie — warknął na ich widok Moody, łypiąc na całą trójkę zarówno swoim normalnym, jak i magicznym okiem.
— Usiądźcie — powiedział Lupin i zajęli wskazane miejsca.
— Zwołałam was tutaj, by omówić kilka spraw — odezwała się McGonagall. — Wybrałam te kilka osób, ponieważ sprawy, o których będziemy rozmawiać są ściśle tajne. Nie wolno wam o nich z nikim rozmawiać. — Zmierzyła wszystkich zebranych surowym spojrzeniem, jak gdyby byli jej uczniami. — Tak jak wiecie, wczorajszego dnia portret Albusa się wybudził…
— Nie wierzę, że upiera się przy tym, by chłopak działał sam — wtrącił Moody, wyglądając na niezadowolonego to mało powiedziane. — To jakiś cholerny nonsens. A to, że Potter myśli, iż sobie poradzi w pojedynkę mogę zrozumieć – jest młody i głupi, ale Dumbledore…
— Szanujemy zdanie Albusa, Alastorze — odparła sucho dyrektorka. — Sądziłam, że ty również. — Tu zamknęło byłemu aurorowi usta. Harry popatrzył na Moody’ego. Zapewne nie on jeden myślał w ten sposób, spodziewał się, że sobie nie poradzi. Że w końcu nadejdzie chwila, gdy Zakon będzie musiał wkroczyć do akcji i pomóc mu wygrać tę wojnę. Jednak to nie wchodziło w grę. To było jego – tylko i wyłącznie jego – brzmienie. Musiał nieść je sam. — Zapewne wszyscy jesteśmy tak samo zaskoczeni tym, co Albus wyznał. Jednak nie znamy powodu, dla którego w tak łatwy sposób postanowił rozstać się z życiem. Rozmawiałam z nim, ale odmówił odpowiedzi. Powiedział, że tylko pan Potter i Severus znają całą prawdę.
Chłód w sercu Harry’ego, który mu doskwierał od wczorajszego dnia nieco stopniał, jednak wciąż za mało, aby pozbyć się całkowitego zawodu. Jak widać Dumbledore miał przed wszystkimi tajemnice. Nawet przed McGonagall.
— Chciałam zapytać czy któreś z was wiedziało o tym jeszcze? Kontaktowało się z Severusem przez ostatnie miesiące? — Odpowiedziało jej zgodne milczenie. — Tak myślałam.
— Powinniśmy znaleźć nowy sposób na skontaktowanie się z nim — zauważył Lupin, masując skroń w zamyśleniu. Powiódł po wszystkich zmęczonym wzrokiem. — Jakieś pomysły?
— Owszem, jeden — odpowiedziała McGonagall i Harry’emu zdawało się, że usłyszał w jej głosie nutę niepewności. — Ale nie jestem pewna, czy ktoś o kim myślę wyrazi zgodę…
W tym samym momencie drzwi otworzyły się, ujawniając stojącego w nich Malfoya.
Harry zamarł, przypatrując się tej szczupłej, pogardliwej twarzy, oczom, teraz przypatrującym im się z nieskrywaną niechęcią… Poczuł, jak buzują w nim sprzeczne emocje.
— Co on tutaj robi? — własny głos zabrzmiał jakby wydobywał się znad powierzchni wody.
Zauważył, że McGonagall obserwuje go, jakby sądziła, że zaraz wstanie i ciśnie w Ślizgona klątwą.
— Pan Malfoy zgodził się pokazać nam swoje wspomnienia, udowadniające niewinność jego i Snape’a — oznajmiła spokojnie, a z Harry’ego uszło całe powietrze.
To, że Malfoy nie był mordercą to jedno, ale pozwolenie mu przyjść na spotkanie Zakonu to drugie. Harry mógł zrozumieć prawie wszystko. Mógł zrozumieć, że dali mu drugą szansę, że być może ten kretyn pojął, że popełnił błąd, ale… na Merlina. To nie znaczyło, że można go wpuszczać na naradę!
Oczy zebranych były wbite w Malfoya. Potter podejrzewał, że sądzili to samo, co on, ale po rewelacjach jakie zafundował im wczoraj Dumbledore sami nie wiedzieli, co do końca o tym myśleć. Tylko Moody wyglądał, jakby całą siłę woli kosztowało go nie wygłoszenie jakiegoś komentarza na ten temat.
— Nie zmienię decyzji, jeśli Potter wyjdzie — odezwał się Ślizgon, nie zaszczycając Harry’ego nawet spojrzeniem. — I Weasley z Granger też — dodał po namyśle.
Tego już było za wiele.
— Ale… — zaczął, jednak zanim zdążył zaprotestować, dyrektorka mu przerwała:
— Zaraz was zawołamy.
Harry podniósł się usiłując nie dostrzegać na wargach Ślizgona wrednego uśmieszku. To ścinało mu w żyłach krew. Wyszedł, starając się nie wyglądać na tak wkurzonego, jak się czuł. Zaczął nerwowo krążyć po korytarzu, ignorując znaczący wzrok swoich przyjaciół.
Świetnie. Po prostu świetnie. Chciał być miły, załagodzić jakoś ich konflikt, spojrzeć ponad to, a tymczasem ten dupek…
— Harry…
…ten dupek robił wszystko, żeby to uniemożliwić. W sumie, czemu się przejmował? Gówno go obchodziło, co miał w głowie.
— Harry, uspokój się — powiedziała Hermiona, ściągając z irytacją usta.
— Jestem spokojny — burknął. — Po prostu… czemu wszyscy mogą to zobaczyć tylko nie my?
— To chyba oczywiste — stwierdziła Hermiona, równie dobrze mogąc powiedzieć: „Harry Potterze, jesteś skończonym idiotą”. — Czy nie rywalizujecie ze sobą od lat? Nie sądzę, żebyś ty piał z zachwytu, gdyby to Malfoy miał oglądać twoje wspomnienia i mógł je przeciw tobie wykorzystać.
— Nie jestem nim — mruknął, niechętnie przyznając przyjaciółce rację. Tyle, że mógł rozgadać całej szkole o tym, jak Malfoy płakał w łazience, niczym biedna, zraniona panienka, a jednak nie zrobił tego. — Dlaczego tak bardzo chcę, żeby wszyscy uważali go za dupka?
— Stary, on jest dupkiem — wtrącił Ron. — I nie ważne, co bym tam zobaczył nie zmienię o nim zdania.
— Za bardzo się przejmujesz — stwierdziła Hermiona, opierając się o ścianę i czekając.
Harry właśnie chciał wygłosić przemowę o tym, jak bardzo się nie przejmował, ale dziewczyna go ubiegła.
— Jak myślicie, ile to potrwa? — Wskazała głową w stronę drzwi. — Sądziicie, że zdążę coś doczytać na esej z transmutacji?
Ron zrobił przerażoną minę.
— Hermiono, błagam — jęknął, potrząsając z niedowierzaniem głową. — Te książki cię kiedyś zabiją.
Zaśmiała się cicho.
— Gdyby książki zabijały, to wy dwaj moglibyście być pewni, że dożyjecie setki.
Piętnaście minut ciągnęło się niemiłosiernie. Harry odliczał każdą mijającą sekundę, musząc przyznać przed samym sobą, że umierał z ciekawości. Żałował, że na własne oczy nie może zobaczyć wspomnień Malfoya. I wcale nie po to, aby użyć ich przeciw niemu. Chciał po prostu… wiedzieć. Czy to coś złego? Przez sześć lat uważał go za nikczemnego typka, zdolnego, ba, stworzonego do najgorszych rzeczy, a kiedy pod koniec szóstego roku zobaczył, iż czuł, jak wszyscy… To wciąż było trochę dziwne. I intrygujące. To jakby miał komodę, której sądził, że znał wszystkie zakamarki, a po latach odkryłby nową szufladę. Czy znalazłby się ktoś, kto nie chciałby jej otworzyć?
W końcu, po czasie mogącym być wiecznością, McGonagall zawołała ich z powrotem.
Wchodząc do Sali rozglądnął się po pomieszczeniu. Usiłował wczytać coś z ich min, odkryć, co zobaczyli. Lupin nie wyglądał na zaskoczonego, dyrektorka również, ale ona pewnie widziała to już dużo wcześniej. Tonks wyraźnie unikała patrzenia na blondyna i Harry po raz pierwszy uświadomił sobie, że byli rodziną, a zachowywali się jakby się nie znali. Tylko Moody sprawiał wrażenie nieprzekonanego, wręcz złego, a Malfoy… Malfoy siedział z założonymi rękami obok McGonagall, promieniując niechęcią. Twarz miał gładką, całkowicie nieczytelną. Właściwie Harry’ego nie dziwiła jego antypatia. Gdyby to jemu przyszło usiąść ramię w ramię ze śmierciożercami i podzielić się swoim życiem… ugh. Sama myśl była wystarczająco odrażająca.
McGonagall machnięciem różdżki odsunęła na bok kamienną myśloodsiewnię.
— Czy to wszystko? — zapytał Ślizgon, wypowiadając słowa w niedbały, lekceważący sposób, jakby wymawiał obelgę, a nie zadawał grzeczne pytanie.
— Jest jeszcze jedna sprawa — odpowiedziała kobieta, wymieniając z Lupinem dłuższe spojrzenie. — Potrzebujemy nowego informatora.
Co?! wykrzyknął umysł Harry’ego, dokładnie w tej samej w chwili, w której Malfoy udał, że się krztusi.
— Mam być waszym… szpiegiem?
— Być może. Twoim głównym zadaniem byłoby wynalezienie sposobu na kontaktowanie się z Severusem — wyjaśniła, nie spuszczając wzroku z chłopaka. — Udowodniłeś, że w wynajdowaniu wynalazków jesteś aż za dobry, Malfoy.
Harry uznał, że ktoś powinien im powiedzieć, że to chory pomysł. To był, do diabła, Malfoy. Mógł ich w każdej chwili zdradzić. Co więcej, na pewno z przyjemnością pomógłby udaremnić ich plany. Właśnie zamierzał powiedzieć, co o tym wszystkim myśli, kiedy blondyn spojrzał wprost na niego.
— To jego pomysł tak? — zapytał zjadliwie.
Harry aż się wyprostował.
— Co?! Odbiło ci? — warknął. — Nie chcę cię tu, Malfoy. Sama myśl, że mielibyśmy ci zaufać jest… jest…
— Idiotyczna? Naiwna? Głupia? — podsunął usłużnie, obdarzając go pokrętnym uśmieszkiem. — Nie sądziłem, że to powiem, ale pierwszy raz w życiu muszę się z tobą zgodzić, Potter.
— Potter nie miał z tym nic wspólnego — wtrąciła McGonagall.
Ślizgon wzruszył niedbale ramionami.
— Wszystko jedno. Miałbym pomagać bandzie szlam, wilkołaków i innych popaprańców? — wycedził, przeciągając po nich zimnym spojrzeniem. — Prędzej zatańczę przed wami namiętne tango niż to zrobię.
Ron skrzywił się z niesmakiem.
— Czyli nie zgadasz się? — zapytał spokojnie Lupin.
— Nie — odparł.
McGonagall sprawiała wrażenie rozczarowanej, za to Moody’emu wyraźnie ulżyło.
— W takim razie możesz wyjść.
Ślizgon podniósł się i nie patrząc na żadne z nich, podszedł prosto do drzwi. Trzaśnięcie oznajmiło jego wyjście, roznosząc się po sali głuchym echem.
— Dobrze — kobieta odchrząknęła, powracając do nich spojrzeniem. — W takim razie, przejdźmy do kolejnej sprawy... — zaczęła mówić, a jej głos z każdą sekundą stawał się coraz bardziej monotonny i odległy, jakby dobiegał z drugiego pomieszczenia.
Po upływie pięciu minut Harry zorientował się, że nie słucha. Nie miał pojęcia, czego dotyczyła rozmowa, co więcej, nie bardzo go to interesowało. Jego myśli krążyły daleko poza tą salą, poza sprawami Zakonu, rolą Snape’a i wszystkim tym, na czym powinien się skupić.



***


Wąż był ogromny. Jego cielsko zwijało się tuż nieopodal, łuskowate i obślizgłe. Żółte ślepia dostrzegały każdy jeden ruch, obserwowały, zdając się nasycać samym widokiem. Kły lśniły w słabym świetle pochodni powieszonej na ścianie, wyglądając na ostre, potrafiące z łatwością wbić się w ludzkie ciało.
Draco zadrżał, odwracając od Nagini wzrok. W pomieszczeniu panował półmrok, długie cienie padały na szaty śmierciożerców, zlewając się z ciemną tkaniną w jedność. Bezimienne twarze skrywały białe, upiorne maski. Obserwowali go. W duchu śmiali się, wyczuwali jego strach, jego słabość. Wiedzieli.
Wciągnął do płuc przesiąknięte wilgocią powietrze. W pomieszczeniu okropnie cuchnęło rozkładającym się ciałem, a może czymś znacznie, znacznie gorszym. Nie był pewien. Niczego już nie był pewien.
Kiedy uniósł twarz, aby spojrzeć w tę przerażającą, niemal niepodobną do ludzkiej, jego żuchwa drżała. Czuł, że nie może oddychać. Strach chwycił za gardło, a przełknięcie śliny zdawało się graniczyć z cudem. Jego dłonie były wilgotne od potu i czegoś jeszcze. Krew odznaczała się czerwienią od bladej skóry, wżerała się w tkanki, sącząc z nieruchomego ciała na ziemi. Miał wrażenie, że jeszcze chwila i się w niej utopi. Że dosięgnie jego stóp, jego ust, że odetnie drogę, uniemożliwiając ucieczkę.
To tylko trochę krwi, przekonywał siebie, trochę czerwonej mazi, to niczym nie groziło… ojciec mówił…
Co mówił ojciec? Do cholery, co mówił? Teraz wydawało mu się to śmiertelnie ważne.
Jego oddech panicznie przyśpieszył.
— Do kogo należysz, Draconie? — usłyszał pytanie.
Zmusił się, aby unieść twarz jeszcze trochę i spojrzeć w oczy Czarnego Pana.
Poruszył ustami, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
— Do kogo należysz?
— Do ciebie, Panie — własny głos zabrzmiał dziwnie cienko, dziecinnie. Odchrząknął, powtarzając głośniej. — Do ciebie, Panie.
Twarz przed nim zmieniła się. Już nie była płaska, wężowata, tylko ludzka i znacznie młodsza. Zielone oczy spoglądały na niego z niezłomną pewnością.
— Nie skrzywdziłbyś nawet muchy, Malfoy — powiedział Potter, uśmiechając się kpiąco. — Ale lepiej być tchórzem, niż mordercą.
Poderwał się na łóżku, budząc gwałtownie. Jego serce kołatało szaleńczo w piersi, jak gdyby chciało wydostać się poza klatkę ciała, uciec daleko, w bezpieczne rejony. Znak na przedramieniu palił żywym ogniem. Czuł fale bólu promieniujące przez ramię, aż do serca. Zagryzł wargę, powoli uspakajając oddech.
To tylko sen, powiedział sobie, Tylko sen…
Spojrzał w dół na znak. Teraz był doskonale widoczny, odcinał się czarnym kolorem od jasnej skóry. Przez jedną, zgubną chwilę wydawało mu się, że widzi na swoich dłoniach krew.
Nie, uspokój się, to tylko iluzja, wciąż nie wybudziłeś się do końca
, pomyślał, jednak krew nie znikała.
Podniósł się, szybko zmierzając do łazienki. Dopadł umywalki, odkręcając kurek, po czym włożył ręce pod strumień aż po łokcie. Zimno wody przejęło go do szpiku kości. Zaczął energicznie szorować dłonie, tak długo, aż zaczerwieniły się od siły tarcia. Ostatnio zdarzało mu się to coraz częściej. W środku nocy budził się z koszmarów, nie potrafiąc odróżnić rzeczywistości od iluzji. Po kilku minutach, kiedy zdrętwiały mu palce, zakręcił wodę i wrócił do pokoju.
Gdy tylko przekroczył próg, zamarł. Na środku pokoju unosiła się czerwona, świecąca kula – alarm w razie niebezpieczeństwa, o którym McGonagall wspominała na powitalnej uczcie.
Uczniowie w niebezpieczeństwie — głos wydobył się z kuli. — Powtarzam, uczniowie w niebezpieczeństwie.
Co się, do diabła, stało? Czując jak jego wnętrzności zwijają się z nerwów, założył podkoszulek i skierował się do pokoju wspólnego.
Trzecioklasista wybiegający ze swojego dormitorium, prawie na niego wpadł.
— Uważaj — syknął Draco.
W pomieszczeniu roiło się od uczniów. Stali w ciasnej grupie, wyraźnie na coś patrząc.
Kilka pierwszorocznych płakało, przytulając się do siebie, ale zdecydowana większość sprawdzała, czy nic się nikomu nie stało. Rozglądnął się w poszukiwaniu Pansy i Blaise’a. Zauważył dziewczynę, stojąca obok Daphne i Trecey'a. Przepchnął się koło nich, potrącając ich łokciami i chwycił Pansy za ramiona, odwracając ją do siebie.
— Jesteś cała? — spytał, przyglądając się jej bladej, wykrzywionej strachem twarzy.
— Tak, ale Milcenta…
Powiódł spojrzeniem za wzrokiem Pansy. Milcenta siedziała na kanapie, otoczona ramieniem przez Astorię, a jej koszulę nocną plamiła krew. Łkała i przyciskała sobie do piersi rękę. Draco poczuł, jak coś przewraca mu się w żołądku. To się nie działo naprawdę… nie mogło… W tym momencie do pokoju wspólnego weszła McGonagall z pobladłym ze strachu Slughornem. Szybkim krokiem podeszli do zranionej dziewczyny.
— Co się stało? — spytała drżącym z nerwów głosem dyrektorka. — Milcenta wyprostowała rękę, odwracając ją wewnętrzną stroną. Całe przedramię zdobił krwawy, gruby i wyryty w ciele napis: „szlama”. Draco poczuł, że zabrakło mu tchu. Kilku Ślizgonów odsunęło się od niej z odrazą. — Czy któreś z was coś widziało?
— Obudził nas jej krzyk — odpowiedziała niepewnie Daphne.
Pansy gorączkowo przytaknęła.
— Taak, spałyśmy, kiedy ona zaczęła się okropnie drzeć… Myślałyśmy, że ma jakiś koszmar, ale wtedy odsunęłyśmy zasłony łóżka i… — głos jej się złamał. — Cała kołdra była we krwi. Wtedy panią wezwałyśmy.
— Nie widziałyście, żeby ktoś wchodził do pokoju?
Obie potrząsnęły głowami.
— To był on — odezwała się cicho Milcenta, patrząc wprost na Dracona. — On mi to zrobił.
Draco poczuł, jak w jego krtani rodzi się niemy protest. Spojrzenia wszystkich wbiły się w niego. Cofnął się o krok. Spokojnie, był niewinny. Nie miał się czym przejmować. Jeśli będzie trzeba, zgodzi się na poddanie kolejny raz temu przeklętemu Veritaserum. Ale ich wzrok… Wszyscy zdawali się być wręcz przekonani o jego winie.
— Nie zrobiłem tego — własny głos brzmiał, jakby wydobywał się z głębokiej studni. — Byłem w swoim dormitorium cały czas.
Dziewczyna roześmiała się panicznie.
— Och, no jasne! — zawołała, oddychając płytko. — Tylko ty wiedziałeś!
— Tak, i mogłem to zrobić przez siedem lat. Oświeć mnie — uśmiechnął się zimno — czemu miałbym to zrobić właśnie dzisiaj? — W jej oczach pojawiło się wahanie. — Ciesz się, że to wydało się dopiero teraz, głupia suko.
— Malfoy! — warknęła McGonagall, spoglądając na niego ostro. — Uważaj na to, co mówisz.
— Są zdenerwowani, Minerwo… — wtrącił Slughorn, wykręcając sobie nerwowo palce.
— Nie wiem, jakie zasady panują w twoim domu, Horacy, ale przy mnie nie będą się wzajemnie oskarżać i wyzywać. Szczególnie teraz. Bulstrode — spojrzała na zapłakaną Ślizgonkę — widziałaś Malfoya, wchodzącego do waszego dormitorium?
— Nie — przyznała niechętnie. — Obudził mnie okropny ból… rozejrzałam się, ale nie było nikogo poza naszą trójką.
Dyrektorka jeszcze chwilę obserwowała ją uważnie, jakby chciała coś wyczytać z jej
twarzy, po czym powiedziała:
— Dobrze. Gdyby ktoś sobie coś przypomniał, proszę mnie o tym niezwłocznie powiadomić, a teraz wracajcie do łóżek. Szkołę już przeszukują aurorzy. Malfoy, idziesz że mną, a ty, Horacy, odprowadź dziewczynę do Skrzydła Szpitalnego. — Zerknęła jeszcze raz na ranę. — Pomfrey powinna coś na to poradzić. Miejmy nadzieję.
*


Następnego dnia wiedziała już cała szkoła i oczywiście wszyscy byli pewni, kto to zrobił. Być może, gdyby do tej pory nie patrzyli na Dracona jak na mordercę, odczułby jakąś specjalną różnicę, ale w swoim aktualnym położeniu była naprawdę znikoma. Ot, parę osób więcej, których miny krzyczały na kilometr: „On to zrobił! Czemu jeszcze go nie wywali?”. Tej nocy oczywiście McGonagall wypytała go o całe zdarzenie. Nie potrafił stwierdzić, czy mu wierzyła, czy też nie, ale do czasu aż dostanie zezwolenie na użycie Veritaserum wstrzymała się z jakąkolwiek formą kary. Ślizgoni w przeciwieństwie do reszty szkoły, zdawali się zbytnio nie przejmować. Wręcz przeciwnie, Draco miał wrażenie, że na wieść o pochodzeniu Milcenty byli zadowoleni z tego: co ją spotkało. Nie dziwiło go to. Nie było żadną tajemnicą, że czysta krew przez dom Slytherina była traktowana jak priorytet. Szlamy nie miały po co szukać sobie tu miejsca. Taki Nott na przykład, zaczepił go między lekcjami.
— Dobrze zrobiłeś, Malfoy — powiedział, klepiąc go po ramieniu. — Szlamy muszą wiedzieć, gdzie ich miejsce.
Prawdopodobnie był to pierwszy wyraz życzliwości w jego stronę od początku tego roku.
*


A teraz uczył się razem z Pansy w swoim dormitorium, usiłując odciąć od całego, oskarżającego go świata. Zajęła jego łóżko, plecami opierając się o poduszki, a na udach trzymając zeszyt, podczas gdy on siedział przy biurku i starał się skupić na tym, co czytał.
Poczuł, że był obserwowany.
— Sądzisz, że to ja, prawda? — spytał, nie podnosząc wzroku znad kartki.
— A nie? — odparła zdawkowo.
Uniósł głowę, spoglądając na dziewczynę z nieskrywaną irytacją.
— Nie, do diabła.
— Draco, skarbie, nie denerwuj się tak. Jeśli mówisz, że to nie ty, to w porządku, ja ci wierzę.
— Akurat — prychnął, znając ją pod tym kątem aż za dobrze. Zawsze tak było – cokolwiek by się nie stało przyjmowała jego wersję wydarzeń, nawet jeśli kompletnie w nią nie wierzyła. Właściwie cenił ją za tę lojalność.
— Wiesz — odezwała się, bazgroląc coś bezsensownego na kartce — tak naprawdę cała ta sytuacja podziałała na twoją korzyść. Mam wrażenie, że dzięki niej, niektórym wrócił do ciebie szacunek. Taka Daphne na przykład albo Trecey, uważają, że dobrze się stało.
— I Teodor — dodał. — Zaczepił mnie dziś przed zielarstwem i pogratulował dobrego uczynku. — Pansy uśmiechnęła się blado, jednak uśmiech nie obejmował oczu. Przyjrzał się jej uważnie. — Czekaj… sugerujesz, że powinienem udawać, że to zrobiłem?
Wzruszyła ramionami.
— Nie wiem — odpowiedziała szczerze. — Bez względu na to, co byś zrobił, tkwisz w jednym wielkim, śmierdzącym gównie.
— Dobrze, że mi o tym mówisz. Sam bym na to nie wpadł — zakpił, czując się wyczerpany całą tą sytuacją.
Miał wrażenie, jakby wystawiono go na scenę, nieoczekiwanie każąc odegrać główną rolę. To było cholernie męczące i irytujące. Kiedyś zależało mu na sławie, na byciu w centrum uwagi, ale kiedyś… minęło bezpowrotnie. Teraz jedyne czego potrzebował, to świętego spokoju z dala od oskarżających go spojrzeń, molestujących Potterów, chcących go wykorzystać Zakonów, pragnących go ukarać za całe zło tego świata nauczycielek.Prawdopodobnie nie powinien się nad sobą użalać. Prawdopodobnie na to zasłużył. Być może na coś znacznie gorszego.
— Wiesz, po szkole krążą plotki — odezwała się ostrożnie.
Uniósł brwi, starając się nie pokazać po sobie zainteresowania.
— Tak? Jakie niby?
Przez długi moment wpatrywała się w niego, zapewne nie będąc pewna, czy się tym z nim podzielić, ale w końcu pod jego nieugiętym wzrokiem, wydusiła z siebie:
— Ludzie mówią, że udajesz, że jesteś po stronie Pottera, a tak naprawdę…
Och, oczywiście. A tak naprawdę planował wymordować ich wszystkich.
— Ludzie są głupi — skomentował, z irytacją skreślając bezsensowne słowo na kartce. — I ty im wierzysz?
— Tego nie powiedziałam — odparła, przyglądając się mu spod pół przymkniętych powiek. — Ostatnio jesteś strasznie spięty. Pomyślałam… — Obserwował jak jej ręka zsuwa się w dół, na guziki na bluzce.
Poczuł ucisk w żołądku.
— Idę na lekcje — powiedział, z całych sił ignorując rozczarowany wyraz twarzy Pansy.
W zeszłym roku przespali się ze sobą kilka razy. Było… w porządku, jednak nie tak dobrze, jak sobie wyobrażał. Seks wydał mu się nieco przereklamowany. Jego znajomi prawie nie mówili o niczym innym. Ciągle słyszał, kto z kim, jak, gdzie… i nie pojmował tej podniety. Oczywiście, było dobrze, do diabła, miał wtedy szesnaście lat, wszystko, co było czymś więcej niż własną ręką, nie mogło być złe, ale… nie zniewalające. Powiedział sobie, że to przez stres. Oni nie mieli na głowach grożącego śmiercią zadania, ich matka nie mogła zginąć, ukarana przez nieudolność swojego dziecka… Ta sytuacja, naprawdę nie sprzyjała chęci na cokolwiek poza ucieczką. Jednakże teraz nie groziło mu nic poza spóźnieniem się na lekcje. I wciąż nie miał specjalnej ochoty.
— Idziesz, czy zamierzasz raczej zostać i masturbować się na moim łóżku? — rzucił nieco złośliwie.
Podniosła się i pokazała mu środkowy palec.
— Potrafię poradzić sobie bez ciebie — prychnęła, udając urażoną i uniosła wysoko brodę.
— Tak, coś o tym słyszałem — zgodził się i podniósł prawą dłoń, wpatrując się w swój mały palec. — Anthony Goldstein… czy jak mu tam.
— Dupek z ciebie — stwierdziła. — W dodatku aseksualny dupek — dodała nim wyszła.
Uśmiechnął się do jej pleców, pierwszy raz od dawna czując się rozbawiony.
***


Po wczorajszych wydarzeniach szkoła wrzała od mniej lub bardziej prawdziwych plotek. Wyglądało na to, że wszyscy mieli już swojego winnego. Harry słyszał co najmniej pięć wersji. Pierwsza głosiła, że Malfoy podał Milcencie na kolacji eliksir Słodkiego Snu, potem w nocy wyrył napis na jej ręce, a następnie wyszedł i ogłosił wszystkim Ślizgonom, że każdą szlamę w tym roku spotkają o wiele gorsze rzeczy niż to.
Osobiście Harry nie bardzo w to wierzył. Ta plotka i tak była jedną z normalniejszych, jednak wszystkie miały jeden wspólny czynnik – dotyczyły Malfoya. W wydawaniu wyroków na ludzi szkoła była bardzo bezwzględna, o czym on sam przekonał się na drugim roku, gdy wszyscy mieli go za dziedzica Slytherina. Bulstrode nie pojawiła się na lekcjach, więc nie mogła potwierdzić ani rozwiać pogłosek. Podobno była w szoku i Pomfrey, zostawiła ją na obserwację na jeden dzień. Harry nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Kiedy stojąc przed salą eliksirów razem z Ronem i Hermioną natknęli się na Malfoya, nie rozjaśniło to niczego w jego głowie. Ślizgon nie wyglądał specjalnie inaczej, właściwie przez cały szósty rok sprawiał wrażenie ciężko chorego, w tym roku niewiele się poprawiło, więc być może wyczerpał już limit złych symptomów w wyglądzie.
Prawdopodobnie przeszedłby koło nich, nawet nie zerkając w kierunku Harry’ego (ostatnio często udawał, że go nie widzi), gdyby nie Ron, który go zaczepił.
— Co, Malfoy? Szukasz nowych ofiar?
W pierwszej chwili chłopak znieruchomiał, a następnie jego oczy przesunęły się na przyjaciela Harry’ego, lśniąc zimno i czymś jeszcze, czego Potter nie umiał zdefiniować. Na sekundę lub dwie wzrok blondyna spoczął na Hermionie.
— Chyba już znalazłem — odpowiedział, a jego usta drgnęły w próbie chłodnego uśmiechu. — Uważaj, bo twoja droga szlama może się jutro nie obudzić.
Parkinson u jego boku zachichotała. Ron szarpnął się w jego kierunku i gdyby Harry w porę nie chwycił go za ramię, nie wiadomo, jakby się to skończyło.
— Ty…
— Daj spokój, Ron — stwierdził Harry, nie wypuszczając przyjaciela z uścisku. — Nie warto.
Wzrok jego i Malfoya na chwilę się skrzyżował. Wargi Ślizgona zadrżały, jak gdyby chciał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili się rozmyślił i wszedł do sali, nagle wydając się więcej niż rozjuszony. Parkinson pobiegła za nim.
Kiedy w trójkę weszli do klasy i mieli zająć swoje stałe miejsce, Harry zmienił zdanie. Gdyby usiadł rząd niżej, trochę bardziej w prawo, miałby dobry punkt obserwacyjny na Malfoya, a wtedy… cóż, tego jeszcze nie wymyślił. Ale na pewno była to pewna dogodność.
Pociągnął Rona za łokieć, mówiąc:
— Nie, siądźmy tutaj.
— Po co?
— Po prostu zamknij się i siadaj — mruknął, dopiero po chwili orientując się, co właśnie powiedział. Ron gapił się na niego. — Ee, to znaczy… Tam są strasznie niewygodne krzesła. To coś zmienia, gdzie siedzimy?
— Dobra, jak chcesz — westchnął, siadając ciężko obok niego.
Dziś i przez kolejne dwadzieścia siedem dni*, mieli pracować nad uwarzeniem Veritaserum. Harry zatęsknił za podręcznikiem Księcia Półkrwi. Nawet fakt, że należał do Snape’a, nie przeszkadzał mu na tyle, by nie chciał go użyć. W tym roku może i nie radził sobie tak kiepsko, jak kiedy nauczał ich Mistrz Eliksirów, ale do swojej świetności z szóstej klasy było mu daleko. Slughorn wydawał się nieco rozczarowany, za to Hermiona wyraźnie cieszyła się z takiego obrotu sytuacji.
Zerknął znad kociołka na Malfoya. Siedział w jednej z pierwszych ławek razem z Parkinson, a z miejsca, które Harry zajmował, mógł dojrzeć jego profil. Nie wyglądał na specjalnie skupionego, wręcz przeciwnie, sprawiał wrażenie nieobecnego myślami i tylko co jakiś czas przytakiwał apatycznie głową, kiedy Ślizgonka szeptała mu coś na ucho. Być może faktycznie czuł się trochę zagubiony. Czy naprawdę do takie dziwne? Gdyby to nagle Gryfoni zaczęli traktować Harry’ego, jak kogoś trędowatego, sam też nie czułby się najlepiej. Próbował ściągnąć na siebie spojrzenie chłopaka, ale na nic się to nie zdało. Jedynie Hermiona zauważyła, że nie skupia się na tym, na czym powinien i kręcąc głową z dezaprobatą zacisnęła usta w cienką linię. Oczywiście Harry niejasno zdawał sobie sprawę, że od roku poświęcał mu trochę za dużo uwagi. Tyle, że miał rację, co nie? Malfoy był typem, którego nie należało nawet na moment spuszczać z oczu, jeśli nie chciało się ściągnąć na siebie jakiś kłopotów. I jeszcze
ta sprawa z wczoraj… Naprawdę nie wiedział, co o tym myśleć. Przed rokiem nie miałby wątpliwości, że to on, ale teraz…
Zrobiłeś to czy nie? zastanawiał się, jednak plecy Malfoya nie odpowiadały.
To niekoniecznie musiał być on. Ślizgonów, którzy chętnie zrobiliby na złość nieczystokrwistej koleżance było wystarczająco wielu. Oni wszyscy wydawali się dość zgodni, co do tej jednej kwestii. A Malfoy… Czy byłby na tyle głupi, aby ryzykować czymś takim, gdy poza szkołą groziła mu śmierć? Jedno było pewne – nie dowie się niczego, wypalając wzrokiem dziurę w jego plecach.
Może powinien go zaczepić tak, jak ostatnim razem? Co prawda, Malfoy nie wyglądał na chętnego do jakichkolwiek rozmów, ale gdyby tak pomóc szczęściu…
Lekcja w końcu dobiegła końca. Bicie serca Harry’ego zdawało się zwolnić w oczekiwaniu. Ignorując naglący wzrok swoich przyjaciół, ociągał się z pakowaniem, kątem oka obserwując Ślizgona. Z tego co Harry wiedział Parkinson i Zabini nie chodzili z Malfoyem na runy i jego przypuszczenia okazały się słuszne – po chwili zostawili go samego, zapewne śpiesząc się na inną lekcję.
— Harry, długo jeszcze? — zapytała wyraźnie zniecierpliwiona Hermiona.
— Idźcie, zaraz do was dołączę.
— Chyba nie chcesz… — urwała, a jej wzrok spoczął na blondynie. Harry postarał się przybrać neutralny wyraz twarzy, ale chyba mu nie wyszło, bo Hermiona potrząsnęła z niedowierzaniem głową. — Doprawdy, twoja mania prześladowcza zaczyna mnie przerażać. — Właśnie zamierzał jej powiedzieć, że nie miał żadnej manii, kiedy złapała Rona za łokieć i pociągnęła go w stronę drzwi. — Chodź, Ron.
W porządku. Został sam. Teraz wystarczyło…
Flipendo — szepnął, ledwo zauważalnie kierując różdżkę w stronę ławki Ślizgona.
Przedmioty wypadły z jego torby, wysypując się na podłogę. Chłopak rozejrzał się po klasie, zapewne szukając intruza i przeklinając schylił się po książki. Harry go uprzedził, pierwszy chwytając podręcznik z eliksirów. Malfoy wyprostował się i spojrzał na niego z jawną niechęcią.
— To chyba twoje? — spytał Harry, starając się brzmieć tak niewinnie, jak tylko umiał.
Blondyn zacisnął usta i bez słowa wyszarpnął mu podręcznik z ręki. Lekko drżącymi dłońmi zaczął pakować swoje rzeczy do torby, ani raz nie patrząc w kierunku Pottera. Harry zmarszczył brwi. Może naprawdę miał coś na sumieniu?
— Wiadomo ci coś na temat wczorajszych wydarzeń? — przerwał milczenie, nie przestając wbijać wzroku w pochylonego nad ławką Ślizgona. Włosy na jego karku były znacznie krócej przystrzyżone niż te z przodu, odsłaniając bladą skórę. — Wiesz, kto to zrobił?
— Masz na myśli kogoś poza mną? — spytał drwiąco, denerwująco przeciągając słowa. - Nie, działałem całkiem sam. My śmierciożercy lubimy sobie pociąć od czasu do czasu ludzi. To nas podnieca.
Harry policzył w duchu do trzech. Obiecał sobie, że nie uderzy go, bez względu na to, co jeszcze powie.
— Po co ściągasz na siebie oskarżenia?
Malfoy wyprostował się i odwrócił w jego stronę. Z tej odległości głębokie cienie pod jego oczami były doskonale widoczne. Naprawdę wyglądał, jak ktoś śmiertelnie chory.
— A to coś zmienia? — odpowiedział pytaniem na pytanie. — Odpieprz się, Potter. Nie muszę ci się spowiadać.
Zamierzał wyminąć Gryfona, ale Harry uniemożliwił mu to, chwytając go za nadgarstek i przytrzymując w miejscu. Malfoy stanął, przez moment przypatrując się jego zaciśniętym palcom z osobliwym wyrazem twarzy, po czym powoli, nie śpiesząc się, obrócił się ku niemu. Od jego spojrzenia bił chłód, zdający się sięgać nawet kości.
— Nie, mi nie musisz — zgodził się Harry. — Ale McGonagall owszem. — Puścił go, obserwując nieustępliwie.
Po twarzy Ślizgona przebiegł impuls, coś jak uśmiech, i gdyby Potter nie znał go lepiej, pomyślałby, że wyglądał niemal smutno.
— Skąd wiesz, że już tego nie zrobiłem? — spytał cicho.
Kiedy wychodził, Harry zauważył na jego nadgarstku zaczerwieniony ślad. Odczekał kilka sekund i sam też wyszedł. Na zewnątrz czekali na niego przyjaciele, którzy nawet nie
raczyli udawać, że nie podsłuchiwali.
— Malfoy wyszedł z miną zbitego psa — oświadczył radośnie Ron. — Przycisnąłeś go?
— Tak jakby — stwierdził, czując się trochę dziwnie przez reakcje Ślizgona. Malfoy naprawdę nie zachowywał się normalnie.
— Czego się dowiedziałeś? — zapytała Hermiona, kiedy ruszyli korytarzem.
Ron heroicznie niósł jej torbę.
— W sumie to niczego. Stwierdził, że śmierciożercy lubią od czasu do czasu pociąć ludzi. — Tę część z podniecaniem sobie darował, bo słowo „podniecenie” i „Malfoy” w jednym zdaniu trochę go niepokoiły. Poza tym Ron z Hermioną, dobrze wiedzieli, że Ślizgon miał nierówno pod sufitem, więc nie musiał im tego dodatkowo udowadniać.
Hermiona aż stanęła.
— Przyznał się?! — wykrzyknęli jednocześnie.
— Sądzę, że ironizował, żeby się ze mną podrażnić.
— Jaki jest pewny siebie. Dupek — mruknął Ron.
— Nie wyglądał na pewnego siebie — stwierdził Harry, przywołując w pamięci posępny wyraz twarzy chłopaka. — Raczej na… — smutnego? Nie, to nie brzmiało dobrze — …na zrezygnowanego.
Ron roześmiał się z mściwą satysfakcją.
— I dobrze mu tak — skomentował, wyglądając na bardzo zadowolonego. — Biedny, cierpiący Malfoy… Niech uważa, bo mi się go żal zrobi.
Uznał, że lepiej nie wspominać przyjacielowi o tym, że faktycznie, wbrew racjonalnym faktom i okolicznościom, było mu go trochę żal. Prawdopodobnie nie mógł wybrać gorszego momentu na odkrycie ludzkiego oblicza Malfoya, niż teraz, gdy Ron na czele z całą szkołą mieli go za winnego, ale nie miał na to rady. Czego by nie robił, nie potrafił wpłynąć na własne odczucia. Nie ważne czy Malfoy zachowywał się jak palant, zasługujący na spranie, czy jak skrzywdzona dama, reakcje Harry’ego zawsze pozostawały dalekie od adekwatnych. Nie lubił Ślizgona właśnie za to – zawsze sprawiał, że Harry czuł dokładnie to, czego nie powinien. Potrafił być miły dla wszystkich, zlitować się nad zdrajcą swoich rodziców, zachować względny spokój w najgorszych sytuacjach, a wystarczył taki kretyn, Malfoy, i zachowywał się jak niezrównoważony gówniarz, zniżając do jego podłego poziomu.Jeśli Malfoy szydził z niego, Harry musiał odpowiedzieć tym samym. Jeśli rzucił w niego zaklęciem, musiał oddać mu dwa razy mocniej. Jeśli wyglądał w danej chwili głupio, nie mógł pozwolić na to, żeby to zobaczył i mógł z niego wyśmiewać się przez następne sto lat. Przegrana z jakimkolwiek innym szukającym nigdy nie bolałaby tak jak ta z Malfoyem. Prawdopodobnie cierpiał na jego punkcie na jakąś dziwną, nieodkrytą jeszcze chorobę. Oczywiście w tym roku starał się być milszy, bardziej opanowany… Ale Malfoy kolejny raz udaremniał jego plany, unikając go jak ognia. Harry niemal tęsknił za czasami, kiedy go obrażał i wszczynał kłótnie.
— Więc myślisz, że to on? — zapytała Hermiona, przyglądając mu się badawczo.
— Nie wiem. — Odgarnął z roztargnieniem włosy z czoła, zapewne sprawiając, że sterczały w jeszcze bardziej zatrważający sposób, ale miał to gdzieś. — W sumie, nie wydaje mi się.
Ron robiąc przerażoną minę przyłożył mu dłoń do czoła.
— To na pewno on — powiedział ze strachem w głosie. — W dodatku wielosokował się w Harry’ego, bo prawdziwy nigdy by tak nie powiedział.
Harry zaśmiał się.
— Nie, poważnie — zaprzeczy. — Po co miałby to robić?
— Och, no nie wiem. — Ron udał zamyślonego. — Bo nienawidzi mugolaków? Jakoś nie miał skrupułów przed podrzuceniem Katie naszyjnika…
— Wtedy miał zadanie — przypomniał, wzruszając ramionami.
— Może teraz też ma?
Pokręcił głową. Akurat, co do tego Harry nie miał wątpliwości. Może i nie oglądnął wspomnień Ślizgona, ale skoro McGonnagal je widziała i wciąż pozwalała mu tu zostać, to nie wchodziło w grę.
— Ron, byłem tam — powiedział pewnie. — Widziałem, jak go szukali. To nie mogła być gra, Malfoy nie mógł przewidzieć, że się tam znajdzie. Poza tym… nie jest głupi. Wkurzający jak jasna cholera - tak, ale nie głupi. Na pewno zdawał sobie sprawę, że byłby pierwszym podejrzanym, a gdyby wyszło na jaw, że to on, od razu zostałby wywalony ze szkoły.
— A może on wcale nie chce tu być? — zasugerował Ron i Harry nie mógł się z tym nie zgodzić.
Bo tak naprawdę, jaki powód miał, żeby chcieć tu zostać? Ślizgoni się od niego odwrócili, wszyscy uważali go za śmierciożercę albo zdrajcę, został na łasce ludzi, których nawet nie lubił. Jedyną osobą, która nadal się z nim trzymała, była Parkinson i czasami Zabini, a Malfoy przez cały czas wyglądał jakby jedyne, czego pragnął, to zapaść się pod ziemię.
Chociaż nie, miał jeden ważny powód – tu miał zapewnione bezpieczeństwo. Tak długo, jak długo pozostawał w szkole, nie mógł go dopaść Voldemort i zemścić się za zdradę. Ron zauważając jego minę, kontynuował:
— Ma pieniądze, może nie zależy mu na wykształceniu? Po co komuś takiemu jak Malfoy praca?
— Harry ma rację — wtrąciła Hermiona, kiedy skręcili w boczne skrzydło, mijając grupkę roześmianych uczniów. — Nie chodzi o wykształcenie, tylko o to, że Voldemort chce go zabić. W szkole jest bezpieczny.
— Dokładnie — zgodził się Potter.
Ron popatrzył na nich z jawnym niedowierzaniem.
— Moi przyjaciele bronią Malfoya — jęknął. — To koniec. Pora umierać.
— Zresztą, jeśli jest winny, to sprawa wyjdzie na jaw, kiedy przesłuchają go pod Veritaserum — stwierdził Harry, ignorując zalotny uśmiech Romildy, gdy obok niego przeszła.
— Tak jakby nie mogli go od razu przesłuchać…
— No bo nie mogą — odparła Hermiona, obserwując oddalającą się dziewczynę z miną, jakby co najmniej zagrażała życiu Harry’ego. Albo cnocie. Zaśmiał się we własnej głowie. Hermiona Granger – zastępczy mózg i tarcza przeciw zagrażającym jego czystości fankom. — McGonagall musi czekać na zgodę ministerstwa.
Ron skrzywił się paskudnie.
— Super. Czyli do tego czasu Malfoy może wymordować pół szkoły — stwierdził ponuro. — A teraz możemy zmienić temat? Rzygać mi się chce od ciągłego gadania o tym gnojku.
Harry stanął w miejscu. Właściwie, czemu nie podzielić się z nimi swoimi przypuszczeniami właśnie teraz? Chodziło mu to po głowie od czasu wybudzenia się portretu Dumbledore’a. Nie spodziewał się, że jego przyjaciele uznają to za prawdopodobne, ale to on znał dyrektora, a nie oni.
A przynajmniej wydawało mi się, że znam, pomyślał cierpko.
Wciąż czuł się dotknięty zatajeniem przed nim prawdy. Uważał Dumbledore’a za swojego mentora, może… przyjaciela? Ta myśl bolała o wiele bardziej, kiedy patrzył na to z tej strony, ale to nie był czas na żale, na rozpamiętywanie. Miał coś do zrobienia i musiał się z tego wywiązać, bez względu na to, ile po drodze zdradzi go ludzi, ile oszuka, a ile zostawi.
— Harry? — Hermiona z Ronem również się zatrzymali.
— Właściwie chciałem z wami o czymś pogadać. — Spojrzeli na niego zaciekawieni.
— Zastanawiałem się ostatnio nad lekcjami z Dumbledorem i tak pomyślałem… Wydaje mi się, że jeden horkruks — ostatnie słowo bezgłośnie wyartykułował — jest w Hogwarcie.
— Co?! — wykrzyknęli równocześnie, wyglądając na zaskoczonych.
— To bez sensu, stary. Po co Voldemort miałby ukryć coś tak cennego tuż pod nosem Dumbledore’a?
— Ciiiszej! — syknęła Hermiona, łapiąc ich za ręce i zaciągając w ślepy zaułek. — Chcecie, żeby ktoś nas podsłuchał? Muffiato!
Harry obejrzał się, żeby sprawdzić, na kogo rzuciła zaklęcia. Faktycznie, tuż obok nich przeszła grupka pierwszorocznych, wbijająca w niego pełen uwielbienia wzrok. Minęło już tyle czasu, a on wciąż się nie przyzwyczaił do takiego traktowania.
Ron spojrzał na Hermionę wyraźnie rozbawiony.
— Myślałem, że gardzisz zaklęciami Księcia — zauważył, szczerząc zęby.
Dziewczyna prychnęła.
— Bo gardzę — uniosła wysoko brodę — ale nie mogę przeczyć temu, że niektóre są naprawdę użyteczne. A wracając do tematu… Harry, naprawdę nie sądzę, żeby to było prawdopodobne.
Spodziewał się tego, ale nie zamierzał się tak łatwo poddać.
— Czemu nie? — obstawał przy swoim. — Dumbledore mówił, że ukrywał je w cennych dla niego miejscach. Hogwart jest jednym z nich.
— No nie wiem — zawahała się. — Nawet gdyby… Gdzie mielibyśmy zacząć szukać?
I oto jest pytanie, pomyślał.
— Tego nie wiem — przyznał niechętnie.
Przyjaciółka popatrzyła na niego ostrożnie, z miną, którą bardzo dobrze znał. Zwykle spoglądała na niego w ten sposób, gdy chciała mu powiedzieć coś, co mogło mu się nie spodobać i nie wiedziała, jak to ująć, by jak najmniej go zdenerwować.
— Harry, słuchaj… Nie uważasz, że powinieneś pozwolić sobie pomóc? — zapytała.
— Co masz na myśli?
Przygryzła nerwowo wargę, wymieniając z Ronem długie spojrzenie.
— Gdybyś powiedział Zakonowi… Jest ich więcej, to wykwalifikowani czarodzieje, a my…
— …kompletnie nie wiemy, co dalej robić — dokończył za nią Ron.
Harry popatrzył na nich, nie wierząc w to, co słyszał. Rzecz jasna, wcześniej czy później powinien się tego spodziewać. Ratowanie świata to nie było brzemię do noszenia przez trzech nastolatków.
To normalne, że w końcu poczuli się tym przytłoczeni i przerażeni
, powiedział sobie, sam też tak się chwilami czuję.
Ale to była ich i tylko ich tajemnica. Nie mogli temu nikogo wyjawiać, z nikim się dzielić, bez względu na nieprzespane noce, częstotliwość narażania życia, wszystkie niepowodzenia i zwątpienia. To nie wchodziło w grę.
— Jeśli czujecie, że to was przerasta… — odezwał się, ledwo rozpoznając własny, zduszony głos. — Jeśli nie chcecie mi dalej pomagać, to możecie zrezygnować. Zrozumiem to.
Twarz Hermiony ściągnęła się w zrozpaczonym wyrazie.
— Och, Harry, nie bądź niemądry! — powiedziała drżącym z emocji głosem. — Jak mogłeś pomyśleć, że chcemy cię z tym zostawić? Samego? Po prostu pomyśleliśmy, że może Zakon mógłby pomóc, ale jeśli dalej się upierasz przy swoim… to niech tak będzie.
Zmusił się do uśmiechu. Wiedział, że nie powinien myśleć w ten sposób, ale nie potrafił uciec od myśli, jak długo wytrzymają. Gdyby zrezygnowali… To oczywiste, że czułby żal, ale nawet by ich nie winił.
Co więcej nie dziwiłby się im. Po co mieli to robić? Po co ryzykować życiem, pakować się w beznadziejne zadanie, gdy mogli po prostu żyć i, być może, cieszyć się sobą? To jego dotyczyła przepowiednia, nie ich. To do niego ostatecznie należało zadanie. To on miał zabić Voldemorta. Ich nic nie trzymało, prócz chęci przyjacielskiej pomocy. Ta myśl bolała o wiele bardziej niż wszystko inne, do czego nie potrafiłby się głośno przyznać.

*


W nocy miał sen. Jeden z tych okropnych, ścinających w żyłach krew. Stał na środku wypełnionego mrokiem pomieszczenia, górując nad kulącą się mu u stóp postacią. Było okropnie cicho, tak cicho, że własne bicie serca wypełniało czaszkę, przeplatając się z dźwiękiem chrapliwych oddechów, prześlizgujących się przez upiorne maski. Nie znajdował się w swoim ciele, czuł to. To było dziwne, obce, a w jakiś sposób niepokojąco znajome. Był w nim już wcześniej. Być może więcej niż raz. Obraz zaczął się zmieniać w niewyraźną feerię barw i dźwięków, dudniących mu w głowie. Szeleszczące, czarne szaty, otaczające kuląca się postać… Ich nagły ruch, blask światła płynącego z różdżki, nie zielonego, nie niebieskiego, innego, którego koloru nie mógł sobie przypomnieć, choć nagle wydawał się niezwykle istotny. Płacz i wyczuwalny w powietrzu gęsty jak maź strach, czyjś śmiech, przeplatający się z dzwoniącym w uszach wrzaskiem.
— Myślisz, że ujdzie wam to na sucho? — bardziej poczuł, niż usłyszał, jak z jego ust wydobyły się te słowa.
Choć wcale nie chciał, uniósł różdżkę, a ciało kobiety, wygięło się w dziwacznym paroksyzmie bólu.
Nie, nie, nie chcę, myślał rozpaczliwie, podczas gdy osoba wrzeszczała i zwijała się na posadzce. Jej szaty plamiła jakaś ciecz – krew – rozpoznał ją, po bliższym przyjrzeniu. W jego piersi wybuchła radość, tak inna od odbierającej mu zdolność myślenia paniki. Muszę przestać, muszę…!
Harry usiadł gwałtownie, oddychając chrapliwie.Znajdował się w swoim dormitorium, otoczony przez śpiących kolegów. Ron mamrotał coś przez sen, a Neville głośno chrapał. Z powrotem się położył, obserwując światłocienie przesuwające się po baldachimie.
O kim śnił? Nie potrafił sobie przypomnieć. To pozostawało poza granicami jego możliwości tak samo, jak zaradzenie wydarzeniom, których był świadkiem. Zacisnął dłonie na kołdrze, czując przepełniającą go bezsilność i gniew.
Zasnął dopiero gdy słońce nieśmiało wkradło się przez szparę w zasłonie, zwiastując nowy dzień. Nie śnił już o niczym.



* 27 dni – tyle trwało ważenie Veritaserum.
Nessa Offline


 
Posty: 53
Dołączył(a): 10 lis 2010, o 00:28

Postprzez Niebieska Blue » 20 maja 2012, o 15:13

Ja nie skomentowałam tutaj, ponieważ skomentowałam na Gospodzie. Pamiętaj, że ludzie, którzy czytają tam i na innych potterowskich forach, czytają też tutaj, a na pewno nie będą komentować dwa razy, więc jeśli gdzieś nie będzie żadnych komentarzy to się nie przejmuj :-)
Swoją drogą podoba mi się, że rozdziały są długie, chociaż z drugiej strony to mniej fajnie, że pojawiają się tak rzadko. Zdążę zapomnieć, co się wydarzyło wcześniej, nim pojawi się kolejny rozdział.
Mam wrażenie, że będzie to długie opowiadanie. To dobrze, byleś tylko nie straciła zapału w połowie drogi. Wtedy się wkurzę. Nic mnie tak nie irytuje jak porzucone opowiadanie.
Draco... szpiegiem. Oby nie. Jeszcze go zabiją albo przetorturują i jak się będzie mogło dalej nasze drarry rozwijać? Nie zrobisz tego, prawda? I w ogóle póki co brakuje mi samego drarrowego wątku, chociaż widać, że coś się kroi. W sumie mogłoby być nieco więcej rzeczy z perspektywy Draco, bo póki co właściwie nie wiadomo, co on myśli o Harrym. A że Harry o Draco myśli praktycznie bez przerwy i to już od szóstego roku to chyba i tak wszyscy wiedzą. Ta jego mania jest na swój sposób słodka.
Och, brakuje mi takiego zwykłego, szkolnego drarry z wojną w tle, ale też z takim zwyczajnym kryciem się przed przyjaciółmi, wrogami i nauczycielami na pierwszym planie. Brakuje mi takiego drarry, o którym nie wiedzieliby ani Ron ani Hermiona, ani też nikt inny i tylko wszyscy czytelnicy z niecierpliwością czekali by na comming out. Przy okazji Harry powiedziałby Draco o horkruxach i razem opracowaliby jakiś plan jak zmieść Voldemorta z powierzchni planety.
Oj, chyba bredzę. Ale przynajmniej wiesz już z grubsza czego bym chciała ^^
Czekam na nowy rozdział i oby był prędzej.
Pozdrawiam,
Niebieska Blue (Regina z Gospody pod Złamanym Piórem)
Niebieska Blue Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 9
Dołączył(a): 5 paź 2011, o 16:11

Postprzez Nessa » 7 lip 2012, o 20:28

Bardzo przepraszam za tak długą przerwę. Na swoje usprawiedliwienie mam tyle, że najpierw nie miałam czasu, potem nie miałam weny, a na koniec dostałam anginy ropnej i zdychałam przez dwa tygodnie. A betowała, jak zawsze, Morgue.



Rozdział IV


Draco siedział w Wielkiej Sali na śniadaniu, pomiędzy Pansy a Blaisem, usiłując wmusić w siebie jedzenie. Doskonale zdawał sobie sprawę, że od roku chudł i z każdym dniem wyglądał coraz bardziej jak cień samego siebie. Jego skóra, jeśli kiedyś można ją było nazwać alabastrową, teraz przedstawiała się nadzwyczaj chorobliwie blado. Pansy zwykła mawiać, że jest przystojny, ale ona byłaby skłonna powiedzieć, że był ósmym cudem świata, gdyby tylko Draco tego chciał. Oczywiście jego zmiany w wyglądzie miały swoje plusy. Przynajmniej jeden – przestał tak łudząco przypominać ojca.
Pansy rozmawiała o czymś z Blaisem, co chwilę wybuchając rechoczącym śmiechem. Nie słuchał ich. Byli tacy… dziecinni i nudni. I choć siedział koło nich, i choć co jakiś czas zwracali się do niego, czuł jakby oddzielała go od nich gruba, szklana ściana. Gdyby myślał w tych kategoriach, mógłby przyznać, że niemal tęsknił z Vincetem i Gregorym. Oni niewiele mówili, jeszcze mniej myśleli, a za to na każde jego słowo reagowali natychmiast, robiąc dokładnie to, czego chciał. Ale ich już nie było i dawnego Dracona Malfoya również nie.
Sowy przeleciały nad głowami, roznosząc gazety oraz przesyłki. Nie czekał ani na jedno, ani na drugie, więc kiedy Blaise chwycił gazetę, a po chwili powiedział „Mogłoby cię to zainteresować”, poczuł się zaskoczony. Wyciągnął rękę, ale Pansy ubiegła go.
Spojrzał na nią rozeźlony.
— Co ty wyprawiasz? — spytał, orientując się, że przy ich stole wzniósł się gwar. Ludzie zaczęli szeptać między sobą. Oczy wszystkich od pierwszo- do siódmoklasistów, wbiły się w niego. Coś przewróciło mu się w żołądku. — Daj mi gazetę.
— Draco, nie…
— Po prostu daj mi tę pieprzoną gazetę — syknął, powoli tracąc nad sobą panowanie.
Pansy spojrzała na niego jednocześnie ze strachem, jak i współczuciem, po czym, wyglądając na zrezygnowaną, podała mu gazetę.
Z ciężko bijącym sercem spojrzał w dół na tekst.

Dnia 25 września zaginęła Narcyza Malfoy, żona znanego śmierciożercy Lucjusza Malfoya. Jej dotychczasowe miejsce pobytu nie było znane, jednak jak powiedział jeden z aurorów ją chroniących, usłyszał krzyk, a kiedy przyszedł sprawdzić, co się stało, nikogo już nie było. Możemy podejrzewać, że za zniknięciem kobiety stoją śmierciożercy, którzy chcą zemścić się za zdradę lub, że zmiana stron rodziny Malfoyów od początku była fałszem, mającym zmylić postronnych. Syn Malfoyów, Dracon Malfoy, przebywa bezpiecznie w Szkole Magii i Czarodziejstwa (…)

Oderwał wzrok od tekstu, całą siłą woli zmuszając się do spokojnego odłożenia gazety. Czuł jak napiął się każdy mięsień w ciele, paraliżując go i sprawiając, że mógł tylko siedzieć i z całych sił usiłować nie panikować. To jest to. Żadnej paniki. Po prostu musi odetchnąć głębiej i… Merlinie. Jego matka zniknęła. Zniknęła. Krew odpłynęła mu z twarzy. W ostatniej chwili powstrzymał się od zwymiotowania prosto na talerz. Miał ochotę ukryć twarz w dłoniach i się po prostu popłakać, jednak nie było to coś, na co jakikolwiek Malfoy mógł sobie pozwolić, szczególnie publicznie.
— Na co się gapicie? — wycedził, omiatając spojrzeniem stół. — Nie macie nic lepszego do roboty?
Kilka osób odwróciło pośpiesznie wzrok. Dłoń Pansy zawisła nad jego ramieniem, jakby chciała go dotknąć, a nie miała odwagi.
— Draco…
— Zapomniałem eseju — skłamał, nie mogąc znieść współczucia w jej głosie. — Widzimy się za chwilę.
Wyszedł czym prędzej, ignorując śledzące go pary oczu. A już w szczególności tę jedną. Po chwili wślizgnął się do swojego dormitorium i rzucił się na łóżko, głowę przykrywając poduszką.
Oddychaj głęboko, powiedział sobie. Wdech, wydech, wdech, wydech… Właśnie tak…
Nie chciał dopuścić do swojej świadomości tych faktów. Nie chciał w to uwierzyć. Jego matka… denerwująca, traktująca go jak małe, nieporadne dziecko przez cały zeszły rok, ale jednak matka… Gdy zamknęli ojca, tylko ona mu została. A teraz zniknęła. Został sam, na łasce ludzi którymi gardził, idiotów, którzy nie potrafili nawet przypilnować bezbronnej kobiety. Czy upadł na głowę, że im zaufał? Czemu niby ci zdrajcy krwi mieliby się przyłożyć i przejmować losem jego matki? Powinien być mądrzejszy, słuchać ojca, kiedy mówił, że nikomu nie można ufać, nikomu powierzyć całości sprawy. Dlaczego nie potrafił być tak silny i bezwzględny, jak on…?
Rodzina była wszystkim, co miał. Pieniądze mogły zniknąć, chwała i sprzymierzeńcy odejść, ale więzy krwi na zawsze pozostaną niezmienne. Czy jego matka właśnie teraz płaciła za błędy swojego męża i syna? Torturowali ją? Zabiją? Zadrżał. To była ta część, o której bał się nawet myśleć.
Musiał ją znaleźć, choćby przyszło mu płacić za to niemożliwie wysoką cenę.
Usłyszał pukanie.
— Zostaw mnie — warknął, mocniej naciągając poduszkę na głowę. Intruz nie posłuchał i po krokach poznał, że to Pansy. — Jeśli nie masz pomysłu jak znaleźć moją matkę, to radzę ci wyjść. Teraz.
— Właściwie to mam — doszła go odpowiedź.
Zrzucił poduszkę i usiadł, spoglądając na dziewczynę wyczekująco.
— Jaki?
— Cóż, wspominałeś, że Zakon chciał, żebyś do nich dołączył. Może gdybyś się zgodził, to wtedy…
— To nic nie da — przerwał jej, czując wewnętrzny wstrząs. Nie chciał, żeby oglądała go w tak godnym pożałowania stanie, ale w sytuacji w jakiej się znalazł odrzucenie pomocy, byłoby zbrodnią. — Mieli ją ochraniać, a i tak zniknęła, co zmieni moja obecność tam?
— Więc Potter.
Draco zamarł, czując jak jego żołądek zamienia się w ciężki kamień. Miał nadzieję, że się przesłyszał.
— Co Potter? — powtórzył wolno.
— Zwróć się do niego o pomoc — stwierdziła głosem tak lekkim, jakby oznajmiała, że ładną mieli dziś pogodę.
Usiadła obok niego na łóżku, przyglądając mu się uważnie.
Draco wybuchnął zimnym, pozbawionym krzty radości śmiechem.
— Upadłaś w dzieciństwie na głowę czy urodziłaś się tak głupia? — spytał, mając głęboko gdzieś, że nie zasłużyła na takie traktowanie. Wiedział, że chciała tylko pomóc. — To Potter. Nie pomoże mi. Zresztą, o czym ja mówię, prędzej umrę, niż kiedykolwiek poproszę go o cokolwiek, a sama myśl o tym jest wystarczająco odrażająca, żeby…
— Doprawdy, Draco — westchnęła z politowaniem. — Kiedy przestaniesz udawać? Możesz oszukiwać siebie, możesz oszukiwać Pottera, a nawet całą szkołę, ale mnie nie oszukasz. Oboje dobrze wiemy, że gdyby nie odrzucił twojej propozycji przyjaźni, nie wyżywałbyś się na nim przez te wszystkie lata.
Kolejny raz zatęsknił za Crabbe’em i Goylem. Nagle zrozumiał, dlaczego tak bardzo lubił ich obecność – nigdy nie kwestionowali jego decyzji, a co dopiero komentowali jego zachowanie czy styl życia. Pansy była mądrzejsza, a przede wszystkim bardziej spostrzegawcza niżby sobie tego życzył. W dodatku miała wystarczająco dużo tupetu by nie bać się go skrytykować, w przeciwieństwie do większości ludzi.
— Dobra — prychnął zrezygnowany. — Załóżmy, że masz rację. Cóż, tak czy owak… zapomniałaś o małym, maleńkim szczególe – on mnie nienawidzi.
— Naprawdę? — spytała drwiąco. — Szczerze, Draco, potrafisz być strasznie denerwującym dupkiem, ale nie powiedziałabym, że w tym roku Potter zionie do ciebie nienawiścią. Właściwie, jeśli ktoś zrzuca twoje rzeczy z ławki tylko po to, żeby móc je podnieść i zamienić z tobą słowo, to powiedziałbym, że raczej chce się pogodzić. — Draco zmarszczył brwi. Powinien był się domyślić, że zrobił to ten palant. Pansy poklepała go po dłoni, przyglądając mu się z uśmiechem na ustach. — Myśl, kochany, myśl. Ty nie nienawidzisz jego, a on nie nienawidzi ciebie. Co możesz z tym zrobić?
— Nie zamierzam się przed nim płaszczyć — warknął, zakładając na siebie ręce.
— A kto ci każe? To Potter, on kocha ratować ludzi, ratowanie tych upadłych powinno przysporzyć mu jeszcze więcej przyjemności. Wykorzystaj jego chęć zbawienia całego świata i to, że ma wobec ciebie dług wdzięczności. Założę się, że wystarczy słowo Wybrańca, aby przyłożyli się do poszukiwań dwa razy mocniej. — Draco przyjrzał się twarzy dziewczyny. Oczywiście, w pewien sposób miała rację, ale sama myśl, że miałby prosić się kogokolwiek o cokolwiek, a tym bardziej Pottera była… odrażająca. Ale chodziło o coś więcej. O jego matkę. — Ten jeden raz mógłbyś przestać być tak cholernie dumny. Przemyśl to. — Podniosła się, zmierzając do drzwi.
Czuł walczące w nim sprzeczne impulsy. Nie przywykł do słuchania ludzi poza swoim ojcem.
— Pansy?
Zatrzymała się.
— Tak?
— Czemu to robisz?
Choć stała odwrócona do niego profilem, zauważył na jej ustach cień uśmiechu.
— Bo ktoś musi przypilnować, żeby twoja głupia duma kompletnie nie spieprzyła ci życia. A skoro mam za ciebie wyjść — zawiesiła na moment głos — muszę dbać o swoje przyszłe interesy.

Dracon pochylał się nad kartką z piórem w ręce, a protest rósł w jego piersi.
Nie zrobi tego. Nie może. Miał swoją dumę, do diabła.
I matkę, która zaginęła, szepnął zdradziecki głosik w głowie. Potter potrafi uratować niemal wszystkich, wykorzystaj to…
Nie, nie, nie, to był chory pomysł. I jedyny jaki miał. A co jeśli zrobi to, jeśli zhańbi się na tyle, a on odmówi? Co wtedy? Malfoy wolałby umrzeć, niż nosić w sobie taki wstyd. Dlaczego Potter w ogóle miałby się zgodzić? Draco na jego miejscu wyśmiałby się i kazał iść do diabła, a potem rozpowiedział wszystkim, jak to zniżył się na tyle, by prosić o pomoc. Ale Potter nie był nim. Był pieprzoną, chodzącą, nieskalaną złem światłością. Zapewne znalazłby w sobie wystarczająco dużo miłosierdzia, by wybaczyć samemu Czarnemu Panowi. I może Pansy miała rację. Może faktycznie nie nienawidził go… Och, do diabła z tym. Po prostu da mu ten cholerny liścik, a potem najwyżej nie przyjdzie na wyznaczone miejsce. Tak właśnie. To nie było nic zobowiązującego, z czego nie mógłby się wycofać.
Mając wrażenie, że jego wnętrzności wiły się niczym węgorze, napisał krótkie zdanie. Początkowo zamierzał wręczyć mu liścik osobiście, ale uznał, że zaczepianie kogoś, tylko po to by wręczyć mu wiadomość, zamiast poinformować go osobiście, byłoby głupie. Poza tym ktoś mógłby ich zobaczyć, a Draco nie miał ochoty na pogorszenie swojej, i tak złej, sytuacji wśród Ślizgonów.
Kryjąc się w ciemnościach korytarza na trzecim piętrze, zaczepił jakąś Gryfonkę z drugiego roku.
— Daj to Potterowi — oznajmił, wciskając jej w rękę liścik.
Spojrzała na niego rozszerzonymi oczami.
— Harry’emu Potterowi?
— A znasz jakiegoś innego? — syknął, uświadamiając sobie, że powinien być przynajmniej neutralny, jeśli chciał, żeby to zrobiła. — I nie mów mu, że to ode mnie.

***


„ O 22 na wieży astronomicznej” .

Harry gapił się na krótką wiadomość, próbując odgadnąć, kto ją napisał. Pismo Hermiony, podobnie jak Rona, bardzo dobrze znał. Poza tym żadne z nich nie musiało spotykać się z nim potajemnie. Próby wyciągnięcia z dziewczynki nazwiska nadawcy okazały się nie tylko nieskuteczne, ale i bardzo rozczarowujące. Wyciągnął szyję, przeczesując wzrokiem pokój wspólny, jednak niczyja twarz nie zdradzała jakiś podejrzanych emocji.
Pokazał więc notkę swoim przyjaciołom.
— To pułapka — osądziła Hermiona z niezłomną pewnością w głosie. — Chyba nie zamierzasz tam iść?
— To randka — stwierdził Ron. — Chyba nawet nie myślisz, żeby odpuścić taką okazję?
Hermiona głośno prychnęła tym samym pokazując, co sądziła o tego typu okazjach.
Osobiście Harry nie sądził, że to było ani jedno, ani drugie.
— Dobrze, załóżmy, że to propozycja randki — poddała się Hermiona. — Co jeśli jest od Romildy?
— Mówisz jakby to było zło wcielone — odparł Ron, mrugając do Harry’ego porozumiewawczo. — Najgorsze co mu grozi z jej strony, to popchnięcie na podłogę, związanie, a następnie…
— Ronaldzie Weasley, jesteś obrzydliwy — wycedziła dziewczyna. — Założę się, że Harry nawet jej nie lubi, a co dopiero miałby myśleć o niej w taki sposób.
Cóż... W rzeczy samej Harry jej nie lubił, ale to nie przeszkadzało mu myśleć o niej w tym kontekście raz czy dwa.
— Rób, jak uważasz — oznajmiła przyjaciółka, odgradzając się od nich stertą książek. — Ale żeby później nie było, że nie ostrzegałam.

I Harry zrobił, jak uważał. Tak naprawdę jego wrodzona ciekawość nie pozwoliłaby mu ot tak po prostu zignorować tej wiadomości. Nawet jeśli była od Romildy lub jakieś innej dziewuchy jej pokroju, po prostu musiał się przekonać. Dziesięć minut przed dwudziestą drugą zarzucił na siebie pelerynę niewidkę i zszedł do pokoju wspólnego. Znajdowali się w nim jedynie Ron z Hermioną, którzy siedzieli na kanapie, rozmawiając o czymś przyciszonymi głosami i jedząc owoce. Ich kolana stykały się, a ramiona przylegały do siebie. Harry nagle pożałował, że się na nich natknął.
— Jesteś tu trochę… — Ron wskazał swoją brodę — brudna.
— Tu? — spytała, pocierając miejsce po przeciwnej stronie.
— Nie, czekaj. — Pochylił się nad dziewczyną i kciukiem starł sok. — Już — oznajmił, jednak nie odsunęli się od siebie. Właściwie, siedząc tak, i wpatrując się w swoje twarze, wyglądali jak spetryfikowani.
Świetnie, Harry pomyślał skrępowany. Zaraz stanę się świadkiem tego, jak się migdalą.
Nieszczególnie mając ochotę to oglądać, najciszej jak potrafił, ruszył w przód i przypadkiem potrącił szklankę z wodą, która stała na stoliku. Zerknął na swoich przyjaciół. Po romantycznej atmosferze nie został nawet ślad, oboje patrzyli na potłuczone szkło. Czując się nieco winnym wyślizgnął się przez portret Grubej Damy i skierował swoje kroki na wieżę astronomiczną. O tej porze zamek był prawie całkowicie pusty. Co prawda, natknął się na jeszcze jedną parkę, ale byli zbyt pochłonięci sobą nawzajem, żeby zwracać uwagę na otaczający ich świat.
Kiedy doszedł na miejsce, w pierwszej chwili nikogo nie zauważył. Musiało minąć parę sekund, aby spostrzegł stojącą przy barierce postać.
Malfoy, doszedł do wniosku Harry, nie mogąc nie rozpoznać tych charakterystycznych, jasnych włosów. Z niezrozumiałych przyczyn coś przewróciło mu się w żołądku. Czy to on wysłał mu wiadomość? I jeśli tak - czemu wybrał akurat to miejsce? Przykre dla nich obu, jak przypuszczał Harry.
Ślizgon nie miał na sobie szkolnych szat, tylko podkoszulek z rękawami podwiniętymi do łokci i jeansy. Stał odwrócony do niego tyłem, plecy mając zgarbione, a szyję schowaną w ramionach; spoglądał w dół. Światło księżyca tańczyło na konturach jego sylwetki, oświetlając je, a włosom nadając srebrzysty blask.
— Malfoy — odezwał się Harry, ściągając z siebie pelerynę. Chłopak drgnął, ale nie odwrócił się w jego stronę. — Nie zamierzasz skoczyć, prawda? — spytał zaniepokojony, a Malfoy roześmiał się krótkim, chrapliwym śmiechem, który z radością nie miał nic wspólnego.
— Nie mam skłonności samobójczych — odparł i dopiero teraz popatrzył na Harry’ego. — W przeciwieństwie do niektórych — dodał znacząco.
— Ty do mnie napisałeś? — Ślizgon odwrócił wzrok i niechętnie przytaknął. — O co chodzi? — Uwadze Harry’ego nie uszło, że Malfoy wyglądał jeszcze gorzej niż ostatnio, co samo w sobie było sporym osiągnięciem. Przygaszony, z czymś dziwnym, złamanym w oczach. Sprawiał wrażenie niemal zdesperowanego – coś, czego Harry nigdy wcześniej u niego nie widział. Malfoy zawsze kojarzył mu się z dumą i arogancją, nie z czarną rozpaczą. Coś było stanowczo nie tak. Oczywiście jeszcze zostawała opcja, że planował wpakować Harry’ego w kłopoty, ale to nie tłumaczyło jego dziwnego zachowania. — Dobrze się czujesz? Wyglądasz, jakbyś uciekał przed stadem dementorów.
— Znakomicie — odpowiedział pustym głosem.
Harry naprawdę zaczął się niepokoić.
— Ktoś cię przeklął? Dał jakiś eliksir? A może znowu stało się coś któremuś Ślizgonowi, to dlatego chciałeś się ze mną spotkać?
— Nie.
— Więc? O co chodzi?
Przez chwilę Malfoy milczał, ale wystarczająco długo, by Harry pomyślał, że już się nie odezwie, gdy ten powiedział cicho:
— To był zły pomysł. — Spróbował wyminąć Pottera, jednak Gryfon zagrodził mu drogę. Zrobił krok w drugą stronę i Harry również. Malfoy rzucił mu poirytowane spojrzenie.
— Potter, do cholery…
— Nie wyjedziesz stąd, póki nie powiesz mi, o co chodzi. Nie po to łamię dla ciebie regulamin, żebyś jak zwykle tchórzył i uciekał.
Blondyn odetchnął głośno, wyglądając przy tym, jakby wszystkie siły kosztowało go nie wygłoszenie jakiejś obraźliwiej uwagi. Cofnął się o krok i obrócił twarz tak, by nie patrzeć na Harry’ego.
— Moja matka zaginęła — oznajmił niespodziewanie.
— Tak, czytałem, przykro mi.
Malfoy zamrugał i spojrzał na niego wyraźnie zaskoczony.
— Co?
— Przykro mi, Malfoy. To nic przyjemnego stracić rodziców. — Coś o tym wiem, dokończył w myślach Harry.
Ślizgon chyba był zaskoczony tym przejawem współczucia. Hermiona kiedyś powiedziała Harry’emu, że miał w sobie za wiele dobra i to go kiedyś zgubi. Dopiero teraz zrozumiał, że prawdopodobnie miała rację. Być może ludzie pokroju Malfoya czy Snape’a nie zasługiwali na litość. Być może wszystko z ich strony było z góry zaplanowaną grą, ale nawet gdyby, Harry nie byłby sobą, gdyby teraz wyśmiał Malfoya. Zapewne on na jego miejscu właśnie by tak zrobił, jednak nawet świadomość tego niczego nie zmieniała. Poza tym wciąż pamiętał zapłakane oblicze chłopaka… Wtedy nie mógł grać.
— Czy mógłbyś… — Ślizgon urwał, wyglądając, jakby znalezienie odpowiednich słów kosztowało go życie. — Możesz powiedzieć Zakonowi, żeby ją znaleźli?
Prawie nie usłyszał pytania, tylko wyczytał je z ruchu jego warg. To go zaskoczyło. Spodziewał się wielu rzeczy, ale nie tego, że nastanie dzień, w którym Draco Malfoy schowa dumę do kieszeni i niemal poprosi go pomoc. Z drugiej strony czemu się tak dziwił? Wbrew swojej arogancji, egoizmu i powierzchownego chłodu chłopak pokazał, że aby ochronić własną matkę, był gotów zaryzykować własne życie. Być może pod tą zimną otoczką miał w sobie więcej człowieczeństwa niż Harry podejrzewał.
— Czemu akurat ja? Nawet mnie nie lubisz.
— Ale oni cię uwielbiają — odpowiedział prosto z mostu. — Jesteś ich Wybrańcem.
Harry skrzywił się. Nie przepadał za tym określeniem, za to Malfoy lubił je wypowiadać, jak coś śmiesznego, godnego pożałowania. Ale nie w tej chwili. Teraz wydawał się wystraszony, złamany i zupełnie nieszkodliwy. W jakimś stopniu mógł sobie wyobrazić, co czuł. Jego ojciec utkwił w więzieniu na wiele lat, matka zaginęła… Malfoy został praktycznie sam. Harry aż za dobrze wiedział, jak to jest nie mieć nikogo.
— Nawet ja nie jestem w stanie wpłynąć na wszystko, co robią.
— Więc powiedz, że moja matka ma to, czego szukasz — odparł, a Harry zamarł, zastanawiając się, czy się nie przesłyszał.
— Skąd wiesz, że… — urwał, uświadamiając sobie, że i tak już za dużo powiedział.
Malfoy wykrzywił wargi, lecz był to zaledwie cień jego zwykłego, drwiącego uśmieszku.
— Och, Potter, powiedzmy, że Dumbledore nie często zabiera swoich uczniów na wycieczki.
Harry zmierzył go spojrzeniem. Jak dużo wiedział? I skąd?
— Wiesz czego szukam?
Blondyn wzruszył ramionami w nonszalancki sposób.
— Jakiejś broni? — spróbował zgadnąć, a na Harry’ego spłynęła ulga. — Nie obchodzi mnie to. Po prostu zrób to, o co cię…
— Prosisz? — dokończył Harry. — Tak, właściwie to jest kluczowe słowo.
Oczy Ślizgona zwęziły się, a twarz wykrzywiła odraza.
— Odpieprz się, Potter. — Gryfon posłusznie zrobił kilka kroków w stronę wyjścia, czuł na sobie spojrzenie Malfoya. Zdawał sobie sprawę, że pogrywanie z nim w ten sposób było trochę okrutne, ale mimo tego, iż był skłonny mu pomóc, nie zamierzał być na każde jego zawołanie. Ktoś powinien nauczyć go pokory. Harry nie wątpił, że za czasów, kiedy miał oboje rodziców, dostawał wszystko czego chciał. — Czekaj — zatrzymał go, brzmiąc na zrezygnowanego. Harry stanął, cierpliwie czekając. Niemal widział walczące w chłopaku sprzeczne emocje, duma przeciw desperacji, nienawiść przeciw braku lepszego wyjścia. — Nie będę cię prosił, Potter.
Odwrócił się i ich spojrzenia napotkały się w połowie drogi. W świetle księżyca tęczówki Ślizgona były niemal srebrne.
— Wydawało mi się, że właśnie po to tu przyszedłeś.
— Dobrze się bawisz? — syknął, zaciskając pięści.
— Nie tak dobrze jak ty, gdy utrudniałeś mi życie przez sześć lat. I po tym wszystkim sądzisz, że nie musisz nawet prosić, tylko polecę na skrzydłach ci pomóc? — Harry zadał pytanie, nawet nie kryjąc niedowierzania. — Czemu miałbym to zrobić, Malfoy? Nie zasługujesz na to.
Ujrzał wpływającą na oblicze Ślizgona rezygnację. Widok ten był dla niego niemal wstrząsem. Nigdy wcześniej nie widział go równie odsłoniętego, z emocjami wydostającymi się poza maskę obłudy.
— Masz rację — stwierdził głosem matowym i nieobecnym. — Zapomnij. — Ruszył w stronę wyjścia, ani raz nie oglądając się za siebie.
Harry wiedział, że powinien pozwolić mu odejść. Wiedział, że każdy normalny człowiek tak właśnie by postąpił. Wiedział, ale nie mógł.
— Malfoy — powiedział cicho. Był świadomy wszystkich powodów, dla których nie powinien tego robić, jak i tych sprawiających, że nie potrafił odmówić. Poza tym, przypomniał sobie, jestem mu to winny. On mi pomógł, choć nie musiał. Zatrzymał się, ale nie obejrzał się za siebie. — Zrobię to — oznajmił, a Malfoy obrócił się szybko w jego stronę. Oczy miał rozszerzone z zaskoczenia. — Pomogę ci, ale pod jednym warunkiem. Jeśli zajdzie taka potrzeba, weźmiesz udział w poszukiwaniach swojej matki, a nie będziesz siedział i czekał, aż odwalą za ciebie całą robotę.
— Nie pozwolą mi wziąć udziału w żadnej akcji. Nie jestem w Zakonie.
— Cóż, to już twój problem — stwierdził Harry, na pozór obojętnie.
— Więc to jednak był twój pomysł.
— Nie — zaprzeczył spokojnie. — Mówiłem ci: nie chcę cię tam, Malfoy. Ale widocznie McGonagall ma swoje powody, dla których uważa, że byłbyś przydatny.
— Mam wam pomagać, a wy pomożecie mnie? — spytał powoli. Harry przytaknął, obserwując go. Malfoy nie wyglądał na zgorszonego propozycją, tylko jakby chłodno kalkulował, czy mu się to opłaca. — Zgoda.
Potter niewiele myśląc, wyciągnął ku niemu rękę. Chłopak wyraźnie się zawahał, ale z gorzkim uśmiechem na ustach, uścisnął mu dłoń. Harry zastanowił się, czy tak samo jak on przypomniał sobie chwilę na pierwszym roku, kiedy odrzucił propozycję przyjaźni. Kto by pomyślał, że siedem lat później będzie gotowy odrzucić dawne urazy i zawiesić broń. I tym bardziej, kto by pomyślał, że będzie z tego powodu zadowolony.

*


— Jak tam się udała randka? — zapytał Ron o poranku, gdy jedli śniadanie. — Kim jest ta tajemnicza wielbicielka?
— Ee, to nie była randka — odparł Harry, bardzo pragnąc by przyjaciel przestał mówić o swoich urojeniach tak głośno, szczególnie kiedy Ginny siedziała kilka krzeseł dalej. — Właściwie… nikt się nie zjawił — skłamał, nie do końca wiedząc dlaczego.
Ron sprawiał wrażenie zawiedzionego, natomiast Hermiona spojrzała na nich zza gazety, w końcu przestając ich ignorować.
— W takim razie, czemu wróciłeś tak późno? — dopytywał przyjaciel.
Mózg Harry’ego pracował na najwyższych obrotach.
— Czekałem pół godziny, a potem włóczyłem się po zamku.
— Gratuluję — prychnęła Hermiona, z powrotem wbijając wzrok w artykuł. — Bardzo rozsądne zachowanie w tych okolicznościach.
Popatrzył na nią trochę zirytowany. Ron zrobił komiczną minę i podsumował zachowanie dziewczyny, układając usta w słowa „ma okres”. Harry w ostatniej chwili powstrzymał się od parsknięcia w swój talerz. Ignorując chwilową wesołość, która go ogarnęła, zmusił się, żeby spytać poważnie:
— Jakich okolicznościach?
W pierwszej chwili wydawało mu się, że Hermiona go nie usłyszała, bo zamiast odpowiedzieć, wbiła wzrok w Rona i patrzyła na niego tak długo, aż zrobiło mu się głupio.
— No co? — burknął rudowłosy.
Dziewczyna odetchnęła i z wymuszonym spokojem zwróciła się do Harry’ego.
— Takich, że być może w zamku jest ktoś, kto chce skrzywdzić więcej uczniów. Może Milcenta była tylko ostrzeżeniem, a tymczasem ty paradujesz po ciszy nocnej i narażasz się na największe niebezpieczeństwo.
— Hej, przecież nic się nie stało — obruszył się Harry. — Zresztą miałem pelerynę.
— Tak, tym razem nic się nie stało.
— Chyba nie sugerujesz, że po szkole grasuje Vol…
— Nie wymawiaj tego imienia — jęknął Ron z zapchanymi ustami. — A przynajmniej nie wtedy, gdy jem. Nie psuj mi śniadania, stary.
— Oczywiście, że nie — odparła Hermiona, wywracając oczami. — Cóż, nie wiemy kto to jest. Może to nawet nie ma z nim nic wspólnego, ale ostrożności nigdy za wiele. Jeśli to jakiś śmierciożerca…
— Taaak, ciekawe który — zakpił Ron, a Harry poczuł nienaturalną irytację. Nagle zrozumiał, dlaczego przyjaciele w zeszłym roku mieli go dość – ciągłe mówienie o Malfoyu, jako o śmierciożercy, było naprawdę męczące. W tej samej chwili Ślizgon wszedł do Wielkiej Sali, kierując się w stronę swojego stołu. — O wilku mowa — mruknął rudowłosy.
Malfoy popatrzył na Pottera i ich spojrzenia na chwilę się spotkały.
Było mu trochę głupio, że okłamał swoich przyjaciół i to z jego powodu. Ale… to do niego zwrócił się o pomoc, a nie do ich trójki. Poza tym Ron z Hermioną też mieli swoje sprawy, w które wcale go nie wtajemniczali. Przyjaźń nie wymagała dzielenia się absolutnie wszystkim. Prawda?

***


Draco czuł się źle z powodu tego, że zwrócił się z tą sprawą właśnie do Pottera. To, że Pansy stwierdziła, iż jest z niego dumna, tylko go dobiło. On nie był z siebie dumny i wątpił, czy mógł upaść jeszcze niżej. Gdyby ojciec się dowiedział… pierwsze co nasuwało mu się na myśl, to że byłby nim rozczarowany i powtarzał do znudzenia, że nie mógł bardziej zhańbić rodowego nazwiska, ale z drugiej strony… czy przez te wszystkie lata nie był trochę zły, że Draco zrobił sobie wroga właśnie w Potterze? Zawsze powtarzał, że trzeba umieć się podlizywać ludziom u władzy, by samemu ją osiągnąć. A cóż, choć młody Malfoy nie chciał tego przyznawać, Potter miał władzę - władzę, z której chyba sam nie do końca zdawał sobie sprawę. Większość ludzi pokładała w nim nadzieję, widziała Wybrańca… I czy Draco nie był równie głupi jak i oni, skoro sądził, że to właśnie on może mu pomóc? Przynajmniej nie odmówił. W sumie czemu się dziwił? Potter co najmniej od roku poświęcał mu znacznie więcej uwagi, a Ślizgon mu na to pozwalał. Pozwalał się śledzić, specjalnie nakręcał jego podejrzenia wobec siebie, jak wtedy w przedziale… gdyby nie on, niczego by nie powiedział swoim znajomym. A przynajmniej nie aż tyle. Sama myśl o Potterze podsłuchującym z rozdziawioną gębą, sprawienie, że przez cały rok nie myślał prawie o niczym innym, było całkiem satysfakcjonujące. Tyle że Draco nie przewidział w swoich działaniach porażki, nie przewidział łez i napotykającego się na niego w chwili słabości Pottera, a już z całą pewnością nie przewidział, że ten raptownie zmieni o nim zdanie. I nie wiedział, co teraz robić. Gdy się po prostu nienawidzili, było znacznie prościej.
Ustalili, że początkowo Draco miał nie wspominać o powodach swojej zmiany zdania, co do wstąpienia do Zakonu, natomiast Potter miał sam skłonić ich do poszukiwania jego matki, ale wszystko w swoim czasie. Więc zrobił zgodnie z postanowieniem. Powiedział McGonagall, że zgadza się na jej warunki. Sprawiała wrażenie trochę zaskoczonej, ale nie odmówiła mu, podała jedynie datę narady.
Spotkanie Zakonu przebiegło tak, jak Draco oczekiwał. Większość osób, prócz McGonagall, Lupina i Pottera była oburzona samą jego obecnością, z Moodym i Weasleyem na czele. Przymknął powieki, przypominając sobie szczegóły narady. Obraz McGonagall stanął mu przed oczami.

~o~


— Dumbledore zdawał sobie sprawę z zadania Malfoya i jak widzimy słusznie. Wierzył, że go nie wykona. Albus chciał drugiej szansy dla chłopaka i sam mu ją podarował — powiedziała dyrektorka, upijając małego łyczka z filiżanki herbaty.
Pamiętał, jak go obserwowali. Żadne drgnięcie nadgarstka, dłuższe mrugnięcie powiek nie zostało niezauważone. Musiał prowadzić tę grę pozorów do samego końca. A gdy koniec już nastanie, będzie mógł zejść do swojego dormitorium, leżeć godzinami, wpatrując się w sufit i powtarzać sobie, że tak widocznie miało być.
— Co jeśli Dumbledore się mylił? — pytanie czarnoskórego mężczyzny przebiło mętną ciszę — Co jeśli Malfoy przy najbliższej okazji zdradzi plany Zakonu?
Zgodne pomruki wypełniły pomieszczenie, po milczeniu nie zostawiając choćby śladu. Każdy z nich wydawał się mieć mu coś do zarzucenia.
Uniósł wyżej brodę, to była tylko gra. Jak quidditch z latającym złotym zniczem, jak eksplodujący dureń, jak te rożne dziecięce zabawy, które zawsze chciał za wszelką cenę wygrywać. Tylko gra.
— Będzie całkowicie tajnym członkiem Zakonu, odsuniętym od większości spraw — wyjaśnił zmęczonym głosem Lupin, przeczesując siwe pasma włosów. Było ich więcej, niż Draco pamiętał. — Dlatego zostało wybrane ścisłe grono, które wiedziałoby o jego uczestnictwie i umiało dochować tajemnicy. Nikt poza nami nie może się o tym dowiedzieć.
— A gdyby tak kazać złożyć mu Przysięgę Wieczystą? — zaproponował Moody, trochę zanadto entuzjastycznie. Blizny szpecące jego oblicze zabłysły w świetle kominka, nadając mu wygląd jeszcze bardziej obłąkanego. — Przynajmniej mielibyśmy stuprocentową pewność.
— To niemożliwe — zaprzeczyła Granger, skupiając na sobie uwagę zgromadzonych. Siedziała tak idealnie wyprostowana, przekonana o swojej racji. — Złożenie Przysięgi Wieczystej, która miałaby na celu działanie przeciw V… Voldemortowi, jest niemożliwe. Mroczny Znak jest już swego rodzaju przysięgą, więc złożenie jednej przysięgi przeciw drugiej nie dość, że byłoby całkowicie nieskuteczne to i ryzykowne. Mogłyby wejść w negatywną interakcję, na przykład pozbawiając przysięgającego jego magicznej mocy — rzetelnie wytłumaczyła, roztaczając wokół siebie aurę mądrości.
— Trafne spostrzeżenie, Hermiono. — Różowawy pąs objął jej policzki na wypowiedzianą przez Lupina pochwałę. Wyciągając szyję, wydawała się pęcznieć z dumy. Tak, to było to - sęk niechęci Dracona. Jej naiwne przekonanie, że wyuczając się wszystkich książek świata będzie traktowana na równi z innymi, czystokrwistymi. Pomyłka. Wielka, przygniatająca pomyłka. Takie jak ona ginęły pierwsze. — Chcesz coś jeszcze dodać?
— Tak, w sumie to tak. — Poruszyła się na krześle.
— No więc słuchamy.
Zakładając za ucho niesfornego, lśniącego loka, zaczęła mówić.
— Istnieją inne sposoby na dozgonne milczenie. Co prawda Przysięga Wieczysta jest powszechnie uważana za tą najskuteczniejszą, ale występują też różnego rodzaju rytuały. Jeden z nich, wykonywany w pierwszej kwadrze księżyca, dosłownie mówiąc, wiąże język przysięgającemu, uniemożliwiając mu powiedzenie choćby słowa na zaprzysiężony temat. Jest to…
— Rytuał Milczenia — dokończył cicho Draco, czując obejmującą ciało falę chłodu. Potrząsnął głową, śmiejąc się sucho. — Dzięki, że mnie pytacie. W końcu od czego mam drugie wolne ramię…
— Malfoy — warknął Potter, przyszpilając go spojrzeniem.
To jedno słowo wystarczyło do sprowadzenia go na ziemię; uświadomiło, że czy mu się to podobało, czy nie - przystając na ich warunki, nie miał nic do gadania. Nie był do tego przyzwyczajony. To wywoływało gniew i duszącą bezsilność. Ale jego matka zniknęła. Robił to dla niej, musiał o tym pamiętać.
— Nie ważne — mruknął, podnosząc wzrok na twarze zebranych. — Kiedy?
— Za cztery dni — odparł Lupin
.

~o~


Te cztery dni minęły błyskawicznie. Zanim zdążył się obejrzeć stał na szczycie Wieży Astronomicznej parę minut przed czasem, usiłując nie szczękać zębami z zimna, wchłaniającego się pod warstwy ubrań. To była chłodna, już październikowa noc. Połowa księżyca jaśniała na czarnym niebie pomiędzy tysiącem migoczących gwiazd. Północ nadeszła nieproszenie szybko, a odliczane godziny zmyły się w jednolitą całość, przyprowadzając go tutaj. Zaciskając palce na murku otaczającym wieżę, odpychał od siebie myśl, co o tym wszystkim sądziłby ojciec. Gdyby tylko widział, co jego syn zamierzał (naprawdę zamierzał?) zrobić.
Draco usłyszał za sobą kroki, ale nie odwrócił się nawet na milimetr, dalej uparcie wpatrując w ciemne okna chaty olbrzyma. Zwykle to one stanowiły jedyny jasny punkt w otaczających błonia ciemnościach.
— O, Draco, już jesteś. — Zauważył Lupin z tym samym przygnębiającym zmęczeniem, co zawsze. Blondyn kątem oka spostrzegł drugą parę spracowanych rąk, opierających się o murek. Stał tuż obok. — Zaraz powinna zjawić się reszta i rozpoczniemy.
W odpowiedzi kiwnął jedynie głową, chcąc jak najszybciej zakończyć tę nikomu niepotrzebną rozmowę. To, że zgodził się przyjąć idiotyczny rytuał to jedno, ale zupełnie czym innym byłyby pogadanki z tymi szlamami i wilkołakami. — Gdybyś miał jakieś pytania odnośnie rytuału…
— Zapewne pan podczas pełni miał się do kogo z nimi zwracać — przerwał mu sucho, mając coraz bardziej dość tej szopki.
Z wyzwaniem w oczach spojrzał na zaniedbanego mężczyznę stojącego tuż obok. I mimo tego, że Lupin drgnął, nie odwrócił wzroku, a co więcej, lekki uśmiech zagrał mu na wargach.
— Jak już przeżyjesz trochę lat, to będziesz wiedział, że ta butność na nic się nie zdaje — stwierdził spokojnie mężczyzna, bez cienia zaczepności, a pomimo to dłonie Dracona zacisnęły się mocniej.
Niech się zacznie, pomyślał tłumiąc złość, strach i uczucie zawodu samym sobą. Na dobre.
W drzwiach prowadzących na wieżę po kolei pojawiały się zarysy postaci, które zapamiętał ze spotkania Zakonu: czarnoskóry Kingsley, szpetny Moody magicznym okiem omiatający otoczenie, McGonagall z ustami zaciśniętymi w cienką linię i spowita w purpurowe szaty, Tonks i na samym końcu Granger trzymająca jakąś grubą księgę, a tuż za nią Potter i Weasley.
Oderwał wzrok od jego sylwetki marząc o tym, aby ta noc, ta wieża, ci ludzie sycący się jego upokorzeniem, żeby to wszystko okazało się koszmarem. Wytworem chorej wyobraźni.
— To jak? Gotowy na rytualik? — Tonks klasnęła z zadowoleniem w dłonie, szczerząc zęby i najwyraźniej nic sobie nie robiąc z jego miny.
Świat się kończył. Nie było na to innego wyjaśnienia. Żaden chwilowy, mający szybko minąć kataklizm nie pozwoliłby mu stanąć tu, wśród tych… ścierw. Tylko to oni, właśnie te ścierwa, trzymały asa w rękawie i nagła rezygnacja prowadziłaby już tylko w dół. Niżej i niżej, nieodwracalnie go pogrążając.
Poczuł, jak pomarszczona ręka McGonagall zaciska się na jego ramieniu.
— Potrzebujesz chwili na przygotowanie? — zapytała cicho, jakby obawiając się, że usłyszy to ktoś poza nim.
Strzepnął jej dłoń, nie siląc się na uprzejmość.
— Nie. Chcę jak najszybciej zacząć – stanowczo odpowiedział, lekko drżąc. Z nieugiętą determinacją powiedział sobie, że to od zimna. Nie ze strachu. Z zimna.
— W takim razie zaczynajmy. Kingsley, zajmij się okręgami, Panna Granger - wpisaniem runów… Remusie, ty rzucisz zaklęcie. – Zatrzymała wzrok na wspomnianym mężczyźnie, który potwierdził polecenie skinieniem głowy. — A pan Malfoy, niech się rozbierze…
— Rozbierze?! — krzyknął Draco, zaczynając zastanawiać się, czy to nie jakiś podły żart.
— …do połowy – dokończyła cierpliwie dyrektorka, unosząc sugestywnie brwi.
Świetnie. Wręcz wspaniale. Tylko tego brakowało do kompletnego obrazu szczęścia.
Bardzo, bardzo powoli sięgnął do rozpięcia płaszcza, robiąc to na tyle ostentacyjnie, by nikomu nie uszło uwadze, co o tym myślał.
— Nie było mowy o striptizie — prychnął pod nosem, rozsuwając zamek do końca i nagle zmieniając zdanie. Nie chciał już, żeby na niego patrzyli. — Możecie się czymś zająć? Nie zasługujecie, żeby oglądać od tak takie widoki.
— Malfoy, mógłbyś się przymknąć i choć raz postarać się nikogo nie denerwować? — niskawy głos Pottera dobiegł go gdzieś z zacienionej przestrzeni przed sobą.
Draco nie mógł go zobaczyć, ale świadomość tego, że on widział jego… Z impetem ściągnął płaszcz.
— Nie bądź taki niecierpliwy, Potter. Ja wiem, że jedyne okazje, jakie masz do pooglądania kogoś nago, to tylko takie, ale…
— Chłopcy! — zawołała z oburzeniem McGonagall, odrywając spojrzenie od Kinglsey’a, wyczarowującego trzy, umieszczone w sobie okręgi.
Gryfon zamarł z ręka zaciśnięta na różdżce, a blondyn sięgnął do pierwszego guzika koszuli. Własne palce nigdy wcześniej nie wydały mu się tak powolne i ślamazarne, przynajmniej do trzeciego guzika. Potem było coraz lepiej i z każdym następnym, mógł udawać, że nie czuł kompletnie niczego. Koszula zsunęła się z ramion, upadając lekko na posadzkę. Zimny wiatr natychmiast owiewając ciało, przyprawił go o gęsią skórkę. Tak naprawdę jego ciało nie było ładne – chude, blade, naznaczone bliznami po Sectusemprze.
Gdyby ktoś przed rokiem powiedział mu, że będzie pomagał "Bandzie Światłości", wyśmiałby go i na dzień dobry potratował jakąś wyjątkowo nieprzyjemną klątwą, każąc odwołać obelgę. Tylko, że to teraz nie było głupim żartem, docinkiem, ani niczym takim. To była rzeczywistość.
Spojrzał na trzy okręgi, oddzielone od siebie w idealnych proporcjach. Utworzono je na samym środku wieży, gdzie srebrzysta łuna księżyca padała na najmniejsze koło, uwydatniając je. Granger stojąc poza granicą tego największego, rysowała różdżką skomplikowane kształty na obrzeżach kół. Rozpoznał w nich starożytne runy.
— Już czas — oznajmił Lupin, spoglądając na bezchmurne niebo. — Draco, wejdź do okręgu.
Nie chciał tego robić. Naprawdę nie chciał. Wszystko w nim wrzało, sprzeciwiając się temu. To było niczym ostatni krok pieczętujący to, kim miał się stać. Czarną owcą w stadzie. Zdrajcą.
Przypomniał sobie ojca wychowującego go w pogardzie dla ludzi, których teraz miał poprzeć. I swoją matkę niemal błagającą go, żeby nie przyjmował znaku.
Stanął w samym środku otoczony runami z czterech stron. Każda widniała naprzeciw drugiej, znacząc co innego. Nie wiedział co… nie był pewien, czy chce wiedzieć.
— Rytuały mają to do siebie, że znaczącą rolę gra poświęcenie. — W rękach przemawiającego mężczyzny pojawił się niewielki, srebrny sztylet, lśniący w nocnej poświacie. — Krew również. Tworzy to swego rodzaju więź, która umacnia przysięgę, uniemożliwiając wycofanie się.
Dracon wziął nóż, czując pod palcami gładkość ostrza. Jeżeli to zrobi - nie będzie miał możliwości odwrotu. To była jedna z tych rzeczy nieodwołalnych, których konsekwencje ponosi się przez wiele, wiele lat, a czasem i do samego końca.
Czuł na sobie ich wzrok pełen niedowierzania i ponurej przewrotności. Magia płynęła zewsząd, nim cokolwiek się zaczęło. Była zamknięta w klindze drżącej w smukłej dłoni, wisiała w powietrzu, niosąc dożywotnią obietnicę, świszczała, trzepotała... Nadchodziła.
Niektórzy czarodzieje uważali, że magię się po prostu ma. Mylili się. Zawsze chciała coś w zamian. Moc wirowała wokół niego, nie kolorowa i jaskrawa, lecz ciemna i gęsta, mającą w sobie coś niepokojącego.
Wyciągając przed siebie rękę na wewnętrznej stronie dłoni wykonał płytkie cięcie. Czerwona, czysta krew splamiła skórę.
Zdradziecki głos u spodu czaszki krzyczał: Zdrajca, zdrajca, zdrajca!
Kinglsey podsunął złoty kielich, do którego spłynęło parę kropli. Ślizgon wiedząc, że to nie wystarcza, naciął odrobinę głębiej. Wąski, karmazynowy strużek napełnił dno naczynia. Zraniona ręka drgnęła, ale natychmiast się opanował. Nie mógł pozwolić sobie na jakąkolwiek oznakę słabości, a już na pewno nie przy nich.
Degaz, Mannaz — powiedział Lupin, a czarnoskóry mężczyzna przechylił kielich, aż po kropli spłynęło do dwóch pierwszych runów — Raidho, Nuthiz, Jera. — Po wypowiedzeniu ostatniej nazwy, trzy umieszczone w sobie okręgi rozbłysły złotym światłem, rażąc zebranych.
Niespodziewanie niebo przestało być przejrzyste i pokryło się ciemnogranatowymi chmurami, zasłaniającymi gwiazdy. Wiatr rozwiewał włosy chłodząc odsłoniętą skórę, jego wycie zakłócało nocną ciszę. Usłyszał grzmot, a z oddali zaszeleściły gałęzie lasu. Moc nadciągała, groźna i zachłanna, wypełniała szczeliny kamienia, tkanki; wszystko to, czego mogła sięgnąć. Już było za późno. Nawet gdyby chciał zawrócić, to pogrzebał drogę powrotną.
Cienkie, wyczarowane linki oplotły go, jakby chcąc powstrzymać przed możliwą ucieczką. Chcieli się bawić, tak? Pragnęli poczuć, jak to jest mieć choć przez chwilę władzę nad którymś z Malfoyów? Wykrzywił się drwiąco.
Lupin wycelował różdżką w blondyna, szepcząc pod nosem formuły niedosłyszalnych zaklęć. Czas zwolnił. Srebrzysta, niewielka kula wyłaniająca się z końca różdżki leciała ku niemu. W rzeczywistości nie mogło to trwać dłużej niż dwie sekundy. Jemu zdawało się, że trwa całą wieczność, nim w końcu wchłonęła się w gardło.
Nie było tak, jak sobie wyobrażał. Niewidzialne więzy zaciskające się wewnątrz krtani zatamowały przełyk; magia nie istniała już tylko na zewnątrz – była w nim, w środku, wyczuwał ją w ślinie, w krwi krążącej w żyłach i tętnicach. Płynęła w nich po całym ciele, aż sięgnęła mrocznego znaku. Z ust wyrwał mu się niekontrolowany krzyk, a kolana ugięły się pod nim. Uderzając o kamienną posadzkę, czuł rozrywający ból. O to właśnie chodziło, czyż nie? Im mniej chciał się poddać, tym bardziej miało boleć. Zagryzł wargi, a usta wypełnił metaliczny smak krwi. Ciało rzucało się spazmatycznie poza jego kontrolą, a utrzymanie oczu otwartych, sprawiało coraz większą trudność. Stracił ostrość widzenia, a pod powiekami wirowały czerwone plamy, większe i większe, aż prawie przysłoniły cały obraz. Nie był już silny i pewny, lecz żałośnie słaby, zaskakująco śmiertelny. I jeżeli to miało być karą… to nie, nie czuł skruchy. Wypełniało go najczystsze obrzydzenie – do nich stojących nieruchomo, do siebie klęczącego i duszącego jęk. Lewe ramię na zmianę paliło i pulsowało, a napuchnięte naczynia krwionośne prześwitywały przez cienką skórę. To było gorsze niż wszystko, czego kiedykolwiek doświadczył i co zdawało się być wtedy nie do przetrwania. Czuł jakby miażdżono mu kości, niemal słyszał ich chrupnięcia. Mógłby odgryźć sobie rękę, gdyby tylko to coś dało… Gdyby umorzyło ból…
Myśli traciły na wartości, stawały się nielogiczne i nieskładne, pozbawione sensu. Błądziły gdzieś pomiędzy smakiem czekolady, zapachem domu i lepkością zaschłej na ścianach krwi. Sylwetki zebranych na wieży ludzi rozmywały się w srebrzyste kleksy. Były jak zjawy stojące na progu rzeczywistości, niedotykalne a jednocześnie przerażająco widoczne. Nim kompletnie stracił siły i osunął się bezwładnie z kolan na plecy, dojrzał obserwujące go zielone tęczówki. Trochę nieprzytomnie odwrócił twarz, niewidzącymi oczami wpatrując się w czarne niebo nad głową. Nie widniała na nim ani jedna gwiazda, chmury też zdawały się rozpłynąć. Tylko ta bezgraniczna czerń osuwającą się w dół, coraz niżej. W płucach brakowało mu tlenu.
Czyjeś ręce chwyciły go, unosząc ku górze, a nozdrza wypełnił smród szlam. Słyszał głosy, podniesione i niezrozumiałe, łączące się w jeden chaotyczny bełkot. A potem na ich tle usłyszał wyraźne pytanie, nie płynące z zewnątrz, lecz z środka czaszki.
Kim jesteś?
Ból wstrząsnął ciałem, wykrzywiając kończyny i wyrywając z gardła krótki, urwany krzyk. Ręce na ramionach go puściły. Echo pytania wciąż i nadal brzęczało w uszach.
Kim jesteś?
Rozciągnięta nad nim czarna otchłań zdawała się chcieć go pochłonąć. Magia wibrowała w powietrzu, którym nie potrafił dłużej oddychać, krztusząc się nim, aż ślina skapnęła z brody. Chciał ją zetrzeć, ale pulsujące bólem ręce odmawiały posłuszeństwa.
Kim jesteś?
Jestem Malfoyem, nie był pewien czy wypowiedział to na głos, czy tylko w własnej wyobraźni.
Kręgi wokół zaświeciły mocniej.
Malfoyem? Tym dumnym, arystokratycznym, o nieskazitelnie czystej krwi?
Nie umiał stwierdzić czy mówiła to kobieta, czy mężczyzna, czy to w ogóle się działo, a może już zwyczajnie nie żył. Ale był pewien, że słyszał to wyraźniej niż wszystko inne, prawdziwiej niż bicie swojego serca.
Tak. Właśnie tym.
Odpowiedział mu upiorny, zimny śmiech, zadziwiająco podobny do jego własnego. Znak na ramieniu niemal wypalał skórę, z ust wydobywając nieustający jęk. W żyłach nie płynęła krew lecz igły.
Więc gdzie podziała się ta duma? Arogancja? Żaden prawdziwy Malfoy nie tarzałby się wśród szlam we własnej krwi. Żaden prawdziwy Malfoy nie przelewałby jej ot tak, podpuszczał głos, każdą zgłoską potęgując niewyobrażalny ból jakby, jedno z drugim było nieodłącznie powiązane.
Jestem Malfoyem. I mam cel.
Jak zza zasłony ponownie poczuł ręce, zaskakująco ludzkie i żywe.
— Co się dzieje? Dlaczego on majaczy?
— Do diabła, niech nikt nie pozwoli mu zasłabnąć, słyszycie?!
— Remusie, jeśli chłopakowi coś się stanie…
Krzyki oddalały się, cichły, aż w końcu nie pozostało po nich nic. Oczy obróciły się wgłąb czaszki. Ogarnęła go martwa cisza i czerń.
Ostatnio edytowano 2 wrz 2012, o 19:54 przez Nessa, łącznie edytowano 1 raz
Nessa Offline


 
Posty: 53
Dołączył(a): 10 lis 2010, o 00:28

Postprzez ruffe » 7 lip 2012, o 22:53

To jest fenomenalne.... Po prostu aż brak mi słów, żeby to opisać. Bardzo podobny schemat bardzo często ja sobie tworzę w głowie, ale w zyciu nie umialabym tego tak niesamowicie opisać.
Czy jest jakiś sens błaganie o litość i zrobienie z tego, opowiadania z happy endem? Bo będę musiała na jakiś prozac przejść jak to się wszystko źle skończy... :(
Nie mogę się doczekać następnego rozdziału, będę czekać, ale bardzo niecierpliwie!:)
ruffe Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 12
Dołączył(a): 31 sty 2012, o 19:17

Postprzez Nessa » 2 wrz 2012, o 19:53

Nie wiem, co mogę powiedzieć. Chyba po prostu - przepraszam. Wakacje zabiły we mnie wenę i chęci do publikacji. Co prawda mam wolne jeszcze ponad miesiąc, ale jesienny klimat, który powoli wkradł się w moje krakowskie okolice zachęcił mnie do pisania. Następny rozdział jest już gotowy, czeka tylko na zbetowanie, więc wrzucę go za jakiś tydzień, może dwa.

Serdecznie dziękuję Ruffe za komentarz i zapraszam wszystkich do przeczytania :).
Betowała Morgue jak zawsze.



Rozdział V


— Nadal jest nieprzytomny — oznajmiła madam Pomfrey, kiedy Harry odwiedził skrzydło szpitalne.
Tak naprawdę usłyszenie innych - niż to - informacji byłoby sporym zaskoczeniem. Od trzech dni diagnoza Malfoya brzmiała niezmiennie i kiedy Harry przychodził upewnić się czy jego stan nie uległ poprawie, zawsze zastawał go nieprzytomnego. Włosy chłopaka sterczały w dziwnym, zupełnie mu niepasującym nieładzie, tak innym od ulizanej perfekcji, którą zawsze miał na głowie, a jego pierś unosiła się w miarowym oddechu. W gruncie rzeczy Malfoy bez tego swojego cynicznego uśmieszku i morderczych spojrzeń wyglądał całkiem przyjaźnie.
Na tyle przyjaźnie, na ile może wyglądać uśpiona bestia, pomyślał Potter.
Nie przyznał się przyjaciołom, że raz dziennie do niego zaglądał. Nie miał ochoty, by to komentowali, poza tym - nie zrozumieliby. Sam Harry nie do końca rozumiał, ale w jakiś sposób czuł się za to odpowiedzialny. Oczywiście Malfoy z własnej woli zgodził się na rytuał, ale na pewno nie przewidywał, że może skończyć się to śpiączką lub, nie daj Merlinie, czymś znacznie gorszym.
Gdy tylko przekroczył próg pokoju wspólnego, wystarczył rzut oka, żeby zauważył, że coś jest nie w porządku. Uczniowie sprawiali wrażenie nienaturalnie pobudzonych i Harry szybko odnalazł Hermionę z Ronem.
— Słyszałeś, co się stało? — zapytał przyjaciel, przesuwając się w bok, żeby zrobić mu miejsce.
Harry potrząsnął głową, siadając obok.
— Jęcząca Marta zastygła — powiedziała Hermiona.
— Co zrobiła? — spytał Harry niepewien czy dobrze usłyszał.
— Jest jak sparaliżowana.
Poczuł, jak jego żołądek zamienia się w ciężki kamień. To nasuwało aż za jasne skojarzenia.
— To znaczy… ktoś ją spetryfikował?
Hermiona przygryzła wargę, wyglądając na zmartwioną. Zapewne jej myśli krążyły wokół tego samego, co jego własne.
— Nie wiadomo. Dopiero przed chwilą ją znaleźli…
— Cóż, to przynajmniej wyklucza jedną rzecz. — Przyjaciele spojrzeli na niego bez zrozumienia. — Malfoy tego nie zrobił.
Ron jęknął, a przyjaciółka zacisnęła usta w cienką linię.
— Stary, znowu zaczynasz…
— Nie, tylko stwierdzam oczywiste fakty — wtrącił, zadowolony, że temu nie mogli przeczyć. Nie ważne, jak bardzo by chcieli powiązać Ślizgona z tą sprawą, sytuacja przedstawiała się jasno – czy im się to podobało, czy też nie, od trzech dni leżał nieprzytomny.
— Wcale tak nie pomyślałam — zaperzyła się dziewczyna. — Tak samo, jak nigdy nie powiedziałam, że to Malfoy wyrył na ręce Milcenty ten ohydny napis… Ale ktokolwiek za tym stoi — podniosła głos, zauważając, jak Harry otworzył usta, żeby coś wtrącić — jedno jest pewne. Dzieje się coś złego.

*


Następnego dnia atmosfera w szkole była nieco napięta. Wszyscy uczniowie zdawali się zmartwieni, jakby sądzili, że po kanałach Hogwartu ponownie przemieszcza się bazyliszek. Harry choć nie chciał, to i tak dostrzegał wbite w niego spojrzenia. Spojrzenia łaknące pocieszenia, uspokojenia, pełne nadziei, jakby i tym razem mógł ich uratować. Chciałby. Naprawdę. Ale wiedział tyle samo, co i oni.
Poza tym, przypominał sobie, może to nic nie znaczy. Może te dwie sprawy wcale nie są ze sobą powiązane.
Jakakolwiek była prawda - nie znał jej.
Nie potrafiąc odpędzić od siebie tych ponurych myśli, ponownie odwiedził skrzydło szpitalne. Nigdzie nie dostrzegał Pomfrey, a Malfoy zajmujący łóżko na samym końcu był jedynym pacjentem. Twarz miał odwróconą w przeciwnym kierunku, więc ocenienie, czy nadal się nie wybudził, sprawiało problem, ale nadzieja na to była raczej marna.
Nic tu po mnie, stwierdził Harry jeszcze bardziej ponury. Odwrócił się, aby wyjść.
— Nie śpię.
Niemal podskoczył na dźwięk tego głosu. Ponownie się obrócił, czując, jak jego serce podjeżdża do gardła. Cóż, to dobrze, że się wybudził, ale… Teraz doszedł do wniosku, że jednak wolałby go zastać kolejny raz nieprzytomnego. Przynajmniej nie musiałby się tłumaczyć, co tutaj robi.
Malfoy usiadł, opierając się plecami o poduszki, a chłodne spojrzenie wbił w Harry’ego. Światło padające od wysokich okien tańczyło na jego włosach i kołdrze.
— Czemu zawdzięczam tę niewątpliwą przyjemność? — spytał drwiąco.
Widocznie wszystko było z nim w porządku, skoro miał wystarczająco dużo siły, żeby z niego kpić. Prawdopodobnie cieszenie się z tego, było trochę dziwne. Może nawet więcej niż trochę.
— Chciałem zobaczyć, czy wszystko z tobą w porządku — oznajmił, szybko dodając, zanim kolejny raz by z niego zadrwił : — Kiedy się obudziłeś?
— Jakąś godzinę temu. — Faktycznie, sprawiał wrażenie nieco zaspanego. Zmarszczył brwi. — Ile spałem?
— Trzy dni. — Oczy Malfoya rozwarły się szeroko. — Więc… Jak się czujesz?
— Jakbym ostatecznie i dożywotnie przeszedł na stronę wroga. Jednym słowem - zajebiście.
— Nie musisz być taki ironiczny — burknął, będąc trochę zawiedziony jego bojową postawą. Liczył… Na co? Że od tej pory będą rozmawiać normalnie? Dobre sobie.
— Oj, naprawdę? — prychnął, uśmiechając się cynicznie. — Często odwiedzasz swoich wrogów w szpitalu, Potter? Kiedy walczysz z Czarnym Panem, upewniasz się, że nie zraniłeś go zbyt mocno?
Rozczarowanie zaczęło przemieniać się w złość. Obiecał sobie, że nie będzie kłócił się z tym dupkiem, ale Malfoy był taki… taki cholernie niemożliwy.
— Uważaj, Malfoy — warknął ostrzegawczo. — Bo zdaję mi się, że zgodziłeś się zawiesić broń.
Ślizgon uniósł się jeszcze trochę i Harry zastanowił się mgliście, czy czasem nie zamierza wstać i mu przyłożyć. Jednak nic takiego nie nastąpiło.
— Tak, zawiesić broń. A wiesz, co to oznacza? Bo na pewno nie odwiedzanie mnie w skrzydle szpitalnym, nie zaczepianie mnie na korytarzu i mówienie cholernego „cześć”, nie śledzenie mnie! — krzyknął, oddychając płytko. Harry zamarł, zaskoczony tym nagłym wybuchem. Chyba jeszcze nigdy nie widział go równie wytrąconego z równowagi. — A teraz, skoro wyjaśniliśmy sobie, co to oznacza, bądź tak miły i spieprzaj. Jestem naćpany jakimś gównem i nie panuję nad tym, co mówię.
— Malfoy, posłuchaj…
— Wynoś się.
— Malfoy, do cholery!
Ślizgon uniósł się jeszcze trochę, tak, że teraz opierał się na całkiem wyprostowanych rękach i spojrzał na Harry’ego wyraźnie wzburzony.
— Czego ode mnie chcesz, Potter? Tak naprawdę? Szukasz przyjaciół? Bo jeśli tak, to w złym miejscu. Podejrzewam, że zejście się dwójki najlepszych przyjaciół musi być raczej przykre, kiedy zamiast spędzać z tobą czas, obmacują się po kątach, ale…
— Ron z Hermioną nie są razem — wtrącił, dodając kwaśno w myślach: jeszcze.
Malfoy nagle uśmiechnął się, a chwilowy napad złości zdawał się go opuścić. Opadł w poduszki.
— Wybacz, w takim razie. Sądziłem, że gdy Gryfoni wylizują komuś migdałki, oznacza to związek, ale co ja mogę o was wiedzieć. Nie podejrzewałem Gryfonów o taką otwartość seksualną.
Harry uświadomił sobie, że gapi się na niego z otwartymi ustami, więc zamknął je szybko.
— Oni… Kiedy…?
— Cztery dni temu, koło schowka na miotły na parterze. Właśnie wracałem z treningu — oznajmił, wyglądając na zadowolonego. Harry nigdy nie podejrzewał, że Malfoy może być typem plotkarza. Widocznie za dużo przebywał z Parkinson. Nie ma z kim innym przebywać, przypomniał sobie. — Swoją drogą, Weasley w sytuacji intymnej… Ohyda. Będę miał uraz do końca życia. — Ponownie usiadł i napił się wody ze szklanki stojącej na stoliku. Kiedy przestał, dodał lekko: — A teraz, jak już sobie pogawędziliśmy, wyjdź.
— Zamknij się i posłuchaj — warknął, tracąc cierpliwość. — Wydawało mi się, że chciałeś, żebym ci pomógł. — Malfoy wymownie milczał. — Nie muszę tego robić, wisi mi to, więc jeśli naprawdę ci zależy, to choć przez chwilę przestań zachowywać się jak skończony dupek.
Ślizgon skrzyżował ręce i wydął wargi, przez co wyglądał jak niezadowolone dziecko.
— Więc — zaczął sztucznie przyjaznym głosem — powiedziałeś im?
— Tak. Ostatnio — odparł spokojniej. — Ale nie o to mi chodzi, tylko… Miałem sen. Właściwie koszmar. — Blondyn nagle pozieleniał na całej twarzy. — Malfoy, wszystko okej?
— Tak, mów… Mów dalej.
— Wydaje mi się, że to była twoja matka — wyznał, przypominając sobie szczegóły. Wciąż miał przed oczami powykręcane bólem ciało i dzwoniące w uszach wrzaski. — To była kobieta… jasnowłosa; śmierciożercy ją torturowali. Ona… — W tym momencie Malfoy obrócił się na bok i zwymiotował. Harry przez chwilę gapił się na niego w szoku. — Jezu, Malfoy. — Krzywiąc się z obrzydzenia podał mu stojąca dwa lóżka dalej miskę. Chłopak chwycił ją i zwymiotował po raz kolejny. Włosy weszły mu do oczu. — Mam wezwać Pomfrey?
Ślizgon pokręcił słabo głową i kiedy w jego żołądku nie zostało już nic, opadł na łóżko.
— Którzy śmierciożercy? — spytał ochrypłym głosem.
— Bellatriks i chyba Avery; reszty nie rozpoznałem.
— Gdzie to było?
— Nie wiem.
— Aurora to z ciebie nie będzie — stwierdził kwaśno.
Harry właśnie przygotowywał się do jakiejś ciętej riposty, ale zauważył, że Malfoy przymknął oczy, wyglądając na zmęczonego i schorowanego. Co ten rytuał mu zrobił? Miał nadzieję, że to tylko skutki uboczne, które szybko miną.
— Pójdę już. Um… Gdybyś czegoś potrzebował…
— To przyjedziesz na białym koniu potrzymać mi miskę, kiedy rzygam? Twoja heroiczność nie ma granic, Potter. Po prostu spadaj.
Co miał powiedzieć na pożegnanie? „Trzymaj się”? „Na razie?” Nie wiedział, więc nie powiedział niczego.

*


Z wszystkiego, co Malfoy powiedział tego dnia, najbardziej wytrąciła go z równowagi informacja o Ronie i Hermionie. Dlaczego był zaskoczony? Nie powinien. Nie od dziś było wiadomo, że na coś się między nimi zanosi. Gryfoni nawet zakładali się, kiedy ta dwójka się zejdzie… A jednak Harry nie mógł ulec wrażeniu, że to i tak stało się za szybko. Chciałby mieć więcej czasu, żeby się na to przygotować… Choć tak szczerze: czy czas coś by zmienił? Chodzili ze sobą. Koniec i kropka. Nie pozostawało mu nic innego do zrobienia, niż to po prostu zaakceptować.
Przez cały dzień zbierał się w sobie, żeby zapytać o to któreś z nich, aż w końcu, późnym wieczorem, kiedy przebierali się do snu, zdobył się na zadanie pytania.
— Czemu mi nie powiedziałeś? O tobie i Hermionie?
Ron zastygł w połowie ściągania podkoszulka. Kiedy się z niego wyłonił, jego twarz była równie czerwona jak i włosy.
— Chciałem, ale…
— Ale? — Nie bądź zły, upominał się, nie masz do tego powodu.
— No nie wiem. Hermiona powiedziała, że powinnyśmy poczekać na dobry moment. Baliśmy się twojej reakcji.
— Mojej reakcji? — powtórzył, uświadamiając sobie, że zabrzmiał nieco agresywnie. Wypuścił powietrze przez nos. — Spodziewałem się tego już od zeszłego roku, więc na serio nie jest to dla mnie żadnym zaskoczeniem. Niby co miałbym zrobić? — Przyjaciel wzruszył ramionami, wyraźnie unikając patrzenia mu w oczy. — Zabronić wam? Nie bądź głupi.
— Możesz się poczuć trochę pominięty… — zauważył Ron, i jak Harry zgadywał, te słowa również należały do Hermiony.
— Nie czuję się — zapewnił, nie do końca zgodnie z prawdą, ale nie chciał stać im na przeszkodzie. Zasługiwali na coś więcej.
— Więc… Nie masz nic przeciwko?
— Nic a nic.
Kłamca, szepnął zdradziecki głosik w jego głowie, ale zignorował go.
Ron w końcu popatrzył na niego i zmarszczył brwi.
— Skąd w ogóle wiesz?
Och… Tak, tego nie przemyślał. Przecież nie powie mu, że od Malfoya, bo na samą wiadomość, że w ogóle potrafi porozmawiać z nim w miarę normalnie, Ron odeśle go do Munga.
— Od… Wiesz, ee, wszyscy gadają — skłamał, a brwi przyjaciela podskoczyły.
— Wszyscy?
— No… Już od dawna obstawiali, że się zejdziecie więc nikogo to nie zaskoczyło.
Ron wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią. Czując ulgę, Harry wskoczył do łóżka, a po chwili przyjaciel poszedł w jego ślady.
— Stary, ona jest niesamowita — westchnął po chwili z rozmarzeniem. — To znaczy nadal się kłócimy, ale wiesz…
— Nie?
— Ja… Chyba się zakochałem — wyznał tak cicho, że Harry ledwie to usłyszał.
Poczuł jakby dostał z pięści w brzuch.
— To… To wspaniale, Ron — wykrztusił, mając nadzieje, że nie brzmiał na tak zszokowanego, jak był.
Zakochany… Nie sądził, żeby znał znaczenie tego słowo. Jasne, wiedział co oznacza, ale nigdy tego nie czuł. Nie naprawdę. Ani do Ginny, ani do Cho… Owszem był podekscytowany w ich pobliżu, plątał mu się język i pragnął być bliżej nich ale… To było za mało. Coś jak chwilowe zauroczenie, które minęło. Myślał, że będzie tęsknił za Ginny, że patrzenie na nią i nie bycie razem, sprawi mu ból, a tymczasem… Nie czuł prawie niczego. Co najwyżej trochę zażenowania z niewiedzy, jak się teraz zachowywać.
Wyglądało na to, że z jego przyjaciółmi to coś znaczenie poważniejszego. Kim by był, żeby im tego bronić? Żeby mieć żal? Nie robili nic złego. W końcu nie ma się wpływu na to, kogo się kocha, prawda? Nie żeby coś o tym wiedział, ale… Po prostu musi się przyzwyczaić. Miał tylko nadzieję, że Ron nie będzie się tak publicznie obcałowywał z Hermioną, jak to miało miejsce w przypadku z Lavender. Wtedy Harry faktycznie musiałby poszukać nowych przyjaciół.
Po jakimś czasie usłyszał chrapanie Rona i równe oddechy reszty kolegów. Zasunął zasłony, owinął się szczelniej kołdrą i spróbował zasnąć. Nie spał za wiele tej nocy.

***


Dracon ze skrzydła szpitalnego wyszedł następnego poranka. Właściwe czuł się całkiem dobrze, na pewno nie jakby wyjęto mu z życia trzy dni i był bliski śmierci. Co prawda Pomfrey zabroniła mu jakiegokolwiek wysiłku fizycznego, ale on i tak nie posłuchał. Po lekcjach poszedł prosto na trening; wystarczająco darował sobie grę w zeszłym roku, a to, że nadal chcieli go w drużynie - przy reputacji - którą zyskał, wypadało uznać za cud. Latanie od dziecka sprawiało mu przyjemność, zostawiało problemy na lądzie, daleko pod nim. Gdy tylko jego stopy odrywały się od twardego gruntu, czuł się wolny. Wysoko nad ziemią nie miało znaczenia jego nazwisko ani porażka, nie liczyła się zdrada, istniało tylko to – powietrze trzepoczące w ubraniach, trzonek miotły reagujący na najmniejszy ruch i precyzja wykonywanych manewrów. Miotła była częścią jego, a on był częścią miotły. Ten dzień był wprost idealny na latanie. Słońce świeciło wysoko na niebie, jednak nie oślepiając, w dodatku temperatura nie dokuczała, wręcz przeciwnie. Krążył wokół boiska, kątem oka obserwując resztę zawodników. W tym roku zmieniła się większość drużyny, ponieważ trzech uczniów skończyło już naukę; Crabbe z Goylem odeszli na własne życzenie, a na ich miejsce wskoczył Blaise z Milicentą (doprawdy, Draco nie wyobrażał sobie, że miotła będzie w stanie unieść to cielsko, ale cóż, magia nie ma granic, jak mawiał ojciec). Ze starych zawodników został tylko on, Harper i Vaisey. I, jak można było się spodziewać, ze względu na zeszły rok - nie został kapitanem drużyny. Treningi miały w sumie tylko jedną, znaczącą wadę – latając wysoko w powietrzu stawał się wyjątkowo łatwym celem. A żadną tajemnicą nie było, że co najmniej trzy czwarte Ślizgonów chętnie widziałoby go „lekko” poturbowanego. Oczywiście mieli na tyle rozumu w głowach, by nie uszkodzić go tak poważnie, by nie mógł grać. W Slytherinie nie było nikogo, kto nadawałby się na jego zastępstwo, co i tak nie przeszkadzało im sfaulować go raz czy dwa. Quidditch, podobnie jak życie wśród Ślizgonów, stało się walką o przetrwanie. Więc Draco zaciskał zęby i grał, bynajmniej nie tylko na boisku.
Trening przebiegł tak, jak zazwyczaj – wypatrywał i łapał znicz starając się przy tym nie oberwać w głowę. Kiedy kolejny raz tłuczek przeleciał niebezpiecznie blisko jego ramienia, po prostu nie wytrzymał. Podleciał do Pritcharda, wyrwał mu z ręki pałkę i uderzył go dwa razy w plecy. Mocno.
— Co ty, kurwa…
— Jeszcze raz — Draco wycedził przez zęby. — Jeszcze raz wyceluj tym pieprzonym kaflem w moją stronę, a przysięgam, że wsadzę ci tę pałę w dupę.
— Draco! — wrzasnęła Milcenta, podlatując do nich i usiłując go odciągnąć. — Co ty wyprawiasz?
— Przypadkowy faul — stwierdził, wciskając mu w ręce pałkę i odlatując.
Nie zdziwiłby się, gdyby to właśnie ona napuściła na niego Pritcharda. Chyba nadal sądziła, że to naprawdę on oszpecił jej rękę. Głupia idiotka.
Pół godziny później, kiedy trening dobiegł końca, zeszli z boiska, udając się do szatni. Nie czekając na nikogo, poszedł prosto pod prysznic, wiedząc, że zanim tu dotrą, jeszcze trochę czasu minie. Zdejmując z siebie ubranie i odkręcając wodę, słyszał dobiegające z drugiego pomieszczenia rozmowy. Niski baryton Blaise’a mieszał się z głosami innych zawodników. Ciało Dracona nadal było napięte niczym struna, nerwy towarzyszące dzisiejszemu treningowi nie opuściły go. Przymknął oczy, oblewając sobie twarz gorącym strumieniem. Napięcie spływało z niego wraz z wodą do czasu, aż drzwi zaskrzypiały, a do środka weszła reszta kolegów.
— Mamy szanse na wygraną — oznajmił Vaisey. — Weasley nadal jest obrońcą, więc to żadna sztuka.
— To samo mówiliście rok temu — przypomniał Blaise, niespiesznie ściągając strój. — Poza tym, póki Potter jest szukającym, szanse zawsze są marne.
Draco nie chciał patrzeć, nie powinien, a jednak nie potrafił się powstrzymać. Jego podbrzusze przeszył gwałtowny skurcz. Zacisnął powieki, usiłując odgrodzić się od rzeczywistości, ale obraz ciała Blaise’a wciąż tam był - ostry i rażący, niczym wyryty w kamieniu. Ciemna skóra opinająca mięśnie, które poruszały się przy każdym, nawet najmniejszym ruchu; woda ściekająca po szerokich plecach, nadając ciału lśnienia; ścieżka czarnych włosów biegnąca od pępka w dół… Zagryzł wargę, czując, jak jego oddech robi się płytki. Odwrócił się do nich tyłem, aby nie zauważyli, co się z nim działo. Pragnął przycisnąć dłonie do tego ciała, zbadać jego krzywizny i wklęsłości, zlizać krople za uchem, a potem wbić w kark zęby… I to nie było obce pragnienie. Czuł to co najmniej od trzech lat, jeśli nie dłużej. Malutka, odmienna cząstka jego samego, którą usilnie chciał z siebie wyrzucić. Sprawić, żeby zniknęła, żeby znów był normalny. Potrafił całe życie oszukiwać wszystkich innych, ale przed samym sobą nie dało się wiecznie grać. Był drzazgą w oku rodu Malfoyów, cholernym odmieńceń. Heteroseksualność stanowiła termin tak odległy jak mugolski sprzęt. Tym trzem latom towarzyszyła nikła nadzieja, że to wszystko wina niesamowicie dowcipnych hormonów, ale nie - to nie znikało. Pogłębiało się z każdym dniem, aż zaczął unikać wszelkich miejsc, w których jego dziwactwo mogłoby wyjść na wierzch. Jeśli tylko mógł, do szatni quidditcha przychodził jako pierwszy i wychodził najszybciej, jak mógł; o prysznicach po treningach nie wspominając. Nikt nie zwracał uwagi na te sprytne triki, zwalając to na jego pochodzenie i zarozumialstwo. To zabawne, ile ludzie potrafili sobie wytłumaczyć jego arogancją. To było wręcz kurewsko śmieszne. Już dawno temu zrozumiał, że nie zawsze chodzi o to, czego się chce. Czasami chodzi o to, czego chcieć się nie powinno i należy zniszczyć pragnienie już w samym zarodku. Usiłował to zrobić. Usiłował zgnieść, zmiażdżyć, wyrzucić z siebie tę plugawą część. Nie umiał.
Zerknął przez ramię dostrzegając, niech to szlag, wpatrującego się w niego Blaise’a. Czy zauważył, jak on sam wcześniej na niego patrzył? Czy wiedział? Nie, nie, spokojnie. To była jego tajemnica, prędzej by umarł, niż pozwolił, żeby ktoś się o tym dowiedział. Oczywiście z Blaise’em to nie było nic głębokiego. Pociągał go fizycznie; zresztą nie on jeden. Lista podobających mu się facetów była długa, a górowali na niej ci w stu procentach heteroseksualni, u których Dracon nie miał żadnych szans. W sumie nawet gdyby miał, to nie wiele by zmieniało. Nie mógł sobie na to pozwolić; bez względu na to, jak bardzo chciał. Ślizgoni nie należeli do najbardziej tolerancyjnych ludzi na świecie, a on dał im już wystarczająco wiele powodów, by go tępili. Pieprzenie Pansy było nie wiele lepsze, niż pieprzenie własnej ręki, ale przynajmniej zamykało usta Ślizgonom.
Kiedy wyszedł spod prysznica wytarł się i zamierzał już wyjść, jednak zatrzymał go głos Zabiniego.
— Czekaj, gdzie tak pędzisz?
Draco odmruknął coś zbywczego w odpowiedzi, ale poczekał, aż się z nim zrówna. Razem wyszli z szatni i zaczęli zmierzać do zamku. Słońce nie świeciło już tak wysoko, a niebo powoli przybierało barwy dorodnej pomarańczy, gdzie nie gdzie przełamanej odcieniami różu.
— Wydawało mi się, czy byłeś podczas treningu trochę nerwowy? — zagadnął, ze sztuczną niewinnością w głosie.
— Źle ci się wydawało — odparł Draco. — Być może Potter nie jest jedyną osobą, która potrzebuje drugiej pary oczu.
Blaise uśmiechnął się krzywo.
— Mówię tylko, że jeśli będziesz tak grać, to nigdy nie wygramy.
— To dopiero twój siódmy trening. Ja gram od pięciu lat. Masz dla mnie jeszcze jakąś złotą radę? — spytał, siląc się na obojętny ton.
Chłopak otworzył usta i wyglądało na to, że zamierzał to jakoś skomentować, ale widząc spojrzenie Malfoya - zrezygnował. Dracon zaśmiał się w duchu. To zawsze działało.
— A skoro o Potterze mowa… Jak tam między nim a Weasleyówną? Wciąż jest wolna?
— Skąd mam wiedzieć?
— Cóż… Podobno odwiedził cię w skrzydle. Chodzą plotki, że się zaprzyjaźniliście.
Draco słysząc to, omal się nie potknął. To nic nie znaczyło. Nic nie znaczyło. Popadał w paranoję.
— Od kiedy słuchasz plotek? Zresztą… Sądziłem, że nie dotknąłbyś żadnej zdrajczyni krwi.
Zabini machnął lekceważąco ręką.
— Ty bratasz się z wrogami, to równie dobrze ja mogę z nimi sypiać — stwierdził lekko Blaise.
— Próbuj szczęścia… W sumie to może być zabawne. — Zaśmiał się rozweselony tą myślą. — Już widzę wściekłość Pottera.
— Nie sadzę, by go to obchodziło. To on ją spławił.
Tak, słyszał o tym i wcale go to nie dziwiło. Wszyscy Weasleyowie byli obrzydliwi, może i Potter w końcu przejrzał na oczy?
Reszta drogi upłynęła im na gadaniu o głupotach.



W pokoju wspólnym znajdowało się sporo uczniów, jednych zajętych nauką, innych rozmawianiem. Wśród nich zobaczył Pansy siedzącą na jednej z kanap przed kominkiem. Nie wiele myśląc, usiadł obok niej, bliżej niż było to konieczne.
— O, wróciłeś — zauważyła, na moment przestając malować paznokcie. — Jak było na treningu?
Nerwowo. Niebezpiecznie. Beznadziejnie.
— W porządku — powiedział jednak, walcząc z samym sobą.
Przez moment przyglądał się twarzy dziewczyny. Pansy nie była zbyt urodziwa, choć ciało miała w porządku, jeśli ktoś lubił piersi i tego typu rzeczy. Spostrzegła, że jej się przygląda i uniosła wzrok.
— Co? — zapytała ze śmiechem. Mógłby to zrobić. Po prostu tak, jak zawsze, zamknie oczy i będzie całkiem nieźle. To nic wielkiego. Żaden wyczyn. Przynajmniej ludzie przestaną gadać, cokolwiek gadali, jeśli gadali. To było trochę okrutne, ale z drugiej strony… Pansy preferowała seks bez zobowiązań i to nie tylko z nim. — Draco? — Pomachała mu ręką przed twarzą.
Złapał ją za nadgarstek, przyciągając do siebie i całując prosto w otwarte ze zdziwienia usta. W pierwszej chwili znieruchomiała, ale wystarczyła sekunda, żeby objęła go za szyję i odpowiedziała więcej niż chętnie. Smakowała błyszczkiem, papierosami i resztką pasty do zębów. Obrysowując językiem jej miękkie wargi rozpaczliwie łaknął poczuć… Coś. Podniecenia każącego błądzić rękami po drugim ciele w bolesnym pragnieniu kontaktu z obcą skórą... Ale nie czuł tego. Było nijako, zimno, sztucznie. Gdy dłonie Pansy gładziły go po plecach, uświadomił sobie, że on sam nawet jej nie dotknął, więc zmusił się do objęcia dziewczyny. Kiedy przestali dla zaczerpnięcia oddechu, popatrzyli sobie w oczy.
— To jakieś święto? — zapytała rozbawiona.
— Nie — zaprzeczył spokojnie. — To propozycja.
Uniosła brew, jednocześnie przygryzając wargę.
— Kim że jestem, żeby odmówić?

***


Hermiona nienawidziła czegoś nie wiedzieć. Od zawsze, a przynamniej od kiedy dostała pierwszy list z Hogwartu, zaczęła się maniakalnie uczyć. Nie było zadania, które by ją przerastało, zagadki, której nie umiałaby rozwiązać. Wystarczyło tylko poszukać, poczytać, nauczyć się, a odpowiedź na większość pytań leżała w zasięgu ręki. Przez sześć długich lat zmieniło się wiele rzeczy – zrozumiała, że od wiedzy ważniejsza jest przyjaźń, a od posiadania racji czasem lepszym wyjściem jest kompromis. Ale nigdy nie przyszło jej do głowy, że bez względu na to jak bardzo będzie się starać, znalezienie rozwiązania będzie takie trudne. A prawda była taka, że tkwili w miejscu. Minęły miesiące, a oni nie posunęli się ani trochę naprzód. Podejrzewali czym jest większość horkruksów, ale to, gdzie zostały ukryte, pozostawało dla nich zagadką. Początkowo razem z Ronem mieli nadzieję, że Harry wiedział coś więcej. Że istniał jakiś dalekosiężny plan i wystarczy trochę czasu, aby go wyjawił. Ale im później, tym bardziej do nich docierało, że Harry wszystko co wiedział, już im powiedział. Przerażało ją to bardziej niż chciała przyznać, ale nie pokazywała tego po sobie. Harry potrzebował wsparcia, a nie strachu i zwątpienia, a Hermiona bez względu na okoliczności, była gotowa mu to dać.
Tego ranka, zupełnie niespodziewanie, dostała odpowiedź na swoje modlitwy. Jak zwykle przed śniadaniem siedziała w bibliotece, przeglądając najrozmaitsze książki w nadziei, że natknie się na jakąś wskazówkę i pchnięta przeczuciem, sięgnęła po spis uczniów Hogwartu. Przerzucała strony, ignorując wpatrujące się w nią twarze ze zdjęć. Nie wiedziała czego szuka, ale coś mówiło jej, że zmierza dobrym tropem.
I wtedy zobaczyła to.
Chłopiec nie mogący mieć więcej niż siedemnaście lat patrzył na nią z jednego ze zdjęć. Miał czarne włosy i ciemne oczy, błyszczące przebiegłością. Rysy jego twarzy przypominały Syriusza.
Z szybko bijącym sercem, odczytała jego imię i nazwisko.
Regulus Arkturus Black.
— O mój Boże! — wykrzyknęła i nie zważając na niezadowolony wzrok pani Pince, podeszła do jej biurka, wypożyczyła książkę i pognała do wieży Gryffindoru.
Harry z Ronem na pewno jeszcze spali, ale w świetle tego, co odkryła chyba nie będą mieli jej za złe pobudki. Najciszej jak potrafiła, żeby nie obudzić całego dormitorium, podeszła do łóżka Harry’ego i szturchnęła go. Słyszała, że przyjaciel miał lekki sen, ale nie sądziła, że aż tak. Kiedy tylko musnęła jego ramie, natychmiast otworzył oczy, spoglądając na nią z szokiem.
— Her… Hermiona? — zapytał zaspany, siadając i na oślep sięgając ręką po okulary. Uprzedziła go, wciskając mu je do ręki. — Co…?
— Nie tutaj — szepnęła, po czym podeszła do Rona.
Potrząsnęła nim, ale tylko obrócił się na bok i wymamrotał:
— Jeszcze chwila, mamo… — Harry walnął w niego poduszką, co natychmiast poskutkowało. Przecierając oczy, podniósł się. — O so chozi?
— Ubierzcie się, będę czekać na dole.
Krążyła po pokoju wspólnym nie mogąc się doczekać, aż podzieli się z nimi dobrymi nowinami. Oczywiście, nie miała stu procentowej pewności, że trop, na który trafiła, był prawdziwy, ale zdawał się idealnie pasować do układanki niczym zaginiony puzzel. Po pięciu minutach obaj zeszli na dół, Harry bardziej rozczochrany niż zwykle, a Ron wyraźnie zaspany.
— Cokolwiek to jest, nie mogło poczekać do śniadania? — zapytał jej chłopak nieszczęśliwy z powodu wczesnej pobudki. — Wiesz, która jest godzina?
— Gdyby mogło, to by poczekało — odparła, zbyt podekscytowana nowym odkryciem, by przejmować się humorkami Rona. — Byłam rano w…
— …w bibliotece — dokończyli za nią zgodnym chórem.
— I kiedy uporałam się ze wszystkim, co zaplanowałam, coś mnie tknęło — kontynuowała niezrażona — więc postanowiłam przejrzeć spis uczniów Hogwartu i… spójrzcie co znalazłam!
Pokazała im konkretną stronę. Obaj pochylili się, aby lepiej przyjrzeć się chłopakowi ze zdjęcia.
— Regulus Akturus Black — przeczytał Harry, marszcząc czoło. Podniósł głowę, patrząc na Hermionę bez zrozumienia. — No i co?
Musiała się powstrzymać, aby nie westchnąć z irytacją. Doprawdy, czasami tak ciężko myśleli…
— R.A.B, Harry — wyartykułowała powoli. — R.A.B.
— Brat Syriusza?
— Tak. Sami pomyślcie, rodzina Blacków…
— …od zawsze służyła Voldemortowi — dokończył za nią Harry. — Może Syriusz nie był jedynym, który przeciwstawił się rodzinie.
— Dokładnie!
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy z nieskrywaną ekscytacją. Powietrze wokół zdawało się być lżejsze, miała wrażenie, że niewiele brakuje, by uniosła się nad ziemię. Oceniając po radosnej minie przyjaciela, on czuł to samo. Zobaczenie na jego twarzy emocji innych niż zamyślenie czy zmartwienie było naprawdę przyjemne. Prawie już zapomniała, jak wygląda, kiedy się uśmiecha.
— Hermiono, jesteś… jesteś genialna — stwierdził z zachwytem Harry. — Mam ochotę cię ucałować.
Roześmiała się, rozbawiona zarówno tym, co powiedział, jak i reakcją Rona, który natychmiast objął ją obronnie ramieniem.
— Ej, stary, nie rozpędzaj się tak. To moja dziewczyna — powiedział, a Hermiona wywróciła oczami. — Więc… myślicie, że medalion może być na Grimmauld?
— To możliwe. Przynajmniej idąc logicznym tokiem rozumowania. Skoro Regulus chciał go zniszczyć, nie miał żadnego powodu, aby go ukrywać, prawda?
— No tak — potwierdził Harry, wbijając wzrok w bliżej nieokreślony punkt i wyraźnie nad czymś myśląc. — Pogadam z portretem Dumbledore’a, zobaczymy, co on powie.
— Dobry pomysł — pochwaliła przyjaciela.
Pierwszy raz od kiedy dowiedziała się o horkruksach i o tym, że nie ma żadnego planu, pomyślała, że może jednak im się uda. Że może, przy odrobinie szczęścia i logicznego myślenia odnajdą i zniszczą je wszystkie, a później, za kilka miesięcy lub lat, wojna będzie tylko nieprzyjemnym wspomnieniem. W tej chwili wypełniała ją jedynie nadzieja i szczęście.

***


Mimo ciągłej urazy do Dumbledore’a Harry postanowił omówić z nim swoje przypuszczenia. Żal żalem, ale to była wojna, a w niej nie ma miejsca na osobiste animozje. Każda wskazówka mogła okazać się przydatna. Odkrycie Hermiony sprawiło zarówno ulgę, jak i nadzieję. W końcu na coś trafili, w końcu mogli coś zrobić. Wcześniejsza bezsilność go zabijała, nienawidził każdej minuty, w której siedział bezczynnie w zamku zamiast wędrować po świecie, poszukując horkuksów.
Po lekcjach, pełen nadziei, udał się do gabinetu dyrektorki. Zapukał, a kiedy odpowiedziało mu ciche proszę, wszedł do środka.
W pomieszczeniu panowała nieprzyjemnie ponura atmosfera. McGonagall siedziała za biurkiem, sprawiając wrażenie starszej i bardziej zmęczonej niż kiedykolwiek. Harry pomyślał, że wyglądała jak ktoś bliski poddania się. Wystarczyło zerknięcie na zmartwione twarze portretów, aby zrozumiał, że stało się coś złego.
— Potter — powiedziała, zanim zdążył się odezwać. — Coś się stało?
— Nie, nic — zaprzeczył szybko, więcej niż zaniepokojony. — Chciałem tylko porozmawiać z profesorem Dumbledore’em.
Ramiona kobiety odrobinę opadły.
— Przykro mi, Potter, ale to nie będzie możliwe.
Nie był pewien, czy chciał poznać odpowiedzieć, ale jednak zapytał:
— Dlaczego?
— Widzisz… Portret dyrektora zniknął.
Nessa Offline


 
Posty: 53
Dołączył(a): 10 lis 2010, o 00:28

Postprzez My-chan » 3 wrz 2012, o 13:56

Przeczytałam jedynie Prolog, bo na chwilę obecną nie mam czasu, ale podzielę się chociaż kilkoma spostrzeżeniami. Mam nadzieję, że Autorka nie zje mnie żywcem albo nie potraktuje brzydkim zaklęciem, może nawet klątwą?

Na dobry początek:

A jednak stchórzył.


Wyjątkowo podoba mi się ten początek. Taki mocny i konkretny. Czytający zostaje przedstawiony przed jakimś faktem i wie, że on jest słuszny, ale jednocześnie przy dokładniejszym pomyśleniu o tym, nie wie zasadniczo dlaczego tak się dzieje, więc czyta dalej. Wyjaśnienie pojawia się chwilę później i naprawdę nie roztacza niczego przyjemnego. Już na samym wstępie mamy jasno powiedziane, że jesteśmy świadkami niepowodzenia. W pewien sposób to wzbudza współczucie i jednoczesną solidarnośc z bohaterem. Przynajmniej w moim przypadku tak było, a już już zdanie:

Draco Malfoy zawsze był tchórzem, ale teraz – właśnie teraz – zrozumiał jak wielkim.


zupełnie mnie przekonuje, co do tego, jak wygląda sytuacja Draco. I jeszcze otaczająca go bitwa i niemoc, z którą nigdy go nie kojarzyłam. Dobry początek, podziwiam.

I jeszcze na dodatek to zakończenie Prologu:

Był Draconem Malfoyem, Chłopcem Który Zawiódł.


Porównanie Draco do Harry'ego Pottera, który zawsze był Wybrańcem. Jest to w jakiś sposób bardzo symboliczne i ciekawe z jednej strony. Tak naprawdę, to Draco od zawsze był przeciwieństwem Harry'ego. Miał wszystko: rodziców, pieniądze, szacunek. A Potter jedynie szpecącą bliznę i sławę, której nie chciał. Tutaj rola została odwrócona. Podoba mi się ten wstęp. Naprawdę. Jest taki smutny i dobijający, jednocześnie w sumie niewiele się w nim dzieje, nie zapowiada żadnych wydarzeń, jedynie wprowadza. Zatraciło się pojęcie prawdziwego prologu... Mimo to, piekielnie mi się podoba.

Mimo że czasami w tekście pojawiały się co najmniej dziwni sformułowane zdania, niektóre nie pasowały do postaci, inne do kontekstu, ale jednak ten kawałek tekstu bardzo mi się podobał. Z pewnością niebawem przejdę do przeczytania reszty naprawdę obiecującego moim zdaniem fanfika. Teraz jednak uciekam, jeżeli będę miała chwilę, wypiszę jeszcze te fragmenty niezręczności. Poza tym wydaje mi się, że jednak w fandomie przyjęło się, że nazwy wszelkich zaklęc zapisujemy kursywa, prawda? Tak pierwowzorze albo tłumaczeniu. U ciebie tego nie było. Jednak to tylko konwencja. W sumie, to jedynie zabieg stylistyczny.

Pozdrawiam,
Niebieska Myszka.
My-chan Offline


 
Posty: 3
Dołączył(a): 16 cze 2012, o 12:06

Postprzez Japor » 4 wrz 2012, o 20:18

Cóż mogę powiedzieć?
Początek tej historii, bardzo mnie zaciekawił, ale prawdę mówiąc myślałam, że to pójdzie w innym kierunku. Teraz mam trochę mieszane uczucia i sama nie wiem co o tym myśleć (może to i dobrze). Malfoy w tym wydaniu nie szczególnie mi się podoba, z jednej strony niby taki zagubiony bez niczyjego wsparcia, pełen wątpliwości , a z drugiej w dalszym ciągu hołdujący poprzednim ideo (choć przekonał się chyba na własnej skórze jak bardzo bezwzględny może być Voldemor. Porwanie jego matki i prawdopodobnie poddanie torturom, dobitnie pokazało iż „czysto krwiści” wcale nie są chronieni przed gniewem Czarnego Pana). Nie da się ukryć, że Draco potrzebuję pomocy Harrego, a mimo to w dalszym ciągu zachowuję się wobec niego i jego przyjaciół w okropny sposób (te jego wstawki o szlamach) dziwie się tylko, że Potter nie reaguję na to w jakiś znaczący sposób.
Bynajmniej nie chodzi mi oto aby nagle Malfoy stał się wcieleniem słodyczy i uprzejmości, ale jego ślizgońska natura powinna wiedzieć, że bardziej opłaca mu się trochę spuścić z tonu, aby osiągnąć to co chce, niż tak jawnie okazywać pogardę wobec osób od których w dużej mierze zależy jego życie, a teraz i życie jego matki
Mimo tych „zastrzeżeń” ;) w dalszym ciągu z wielką niecierpliwością wyglądam, każdego nowego rozdziału. Historia robi się coraz bardziej intrygująca i jestem ciekawa jak potoczą się dalsze losy bohaterów, a w szczególności relację Malfoya i Pottera.
Pozdrawiam!
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez My-chan » 5 wrz 2012, o 17:55

Dobrze, przeczytałam pierwszy rozdział i muszę przyznać, że teraz mam raczej mieszane uczucia wahające się między zadowoleniem z przyjemnego tekstu, a stanem lekkiej irytacji z powodu zachowania Harry'ego i kilku innych rzeczy. Ale o nich napiszę za chwilę. Muszę również przyznać, że w pewien sposób jest to zaleta. Podobnie odczuwałam działania bohatera, kiedy czytałam pierwowzór. Ciągłe zirytowanie i gniew z powodu jego lekkomyślności i gonienia za czymś, bez jakiejkolwiek refleksji nad jego rolą i konsekwencjami. Pozostanie przy kanonicznym Potterze udało Ci się autorko bez wątpienia.

Poza tym przez większą część rozdziału powracamy do to narracji z perspektywy Harry'ego. To już nie jest takie dobre, a przynajmniej wprowadza poczucie wtórności. Jedynie na koniec poczęstowałaś nas zdawkowymi przemyśleniami Draco. To jest moim zdaniem trochę za mało. W ogóle przez cały rozdział miałam wrażenie, że gnam jakimś pociągiem. Akcja przeskakiwała z jednego końca na drugi. Ledwie pojawiła się chwila spotkania z Draconem zaraz jest kłótnia z przyjaciółmi i takie niepodobne do niego zachowanie.

Dobrze ukryta, ale już przebijająca sympatia do największego rywala wydaje mi się wprowadzona zbyt szybko. Za łatwo stosunek Harry'ego do Malfoya się zmienił. Od zawsze nie cierpiał Draco, a teraz przyłapuje się na tym, że jednak to było coś innego. Nienawiść nie wchodzi w grę? A mnie się wydaje, że po wydarzeniach na wieży, to właśnie ona powinna się pojawić na pierwszym miejscu, choć irracjonalna i niewłaściwa w takich okolicznościach.

I przede wszystkim język. Harry pochodzi ze świata mugoli, to jeszcze rozumiem, że nie przebiera w słowach, ale Draco? Jego dobre wychowanie na to nie pozwala, a przynajmniej narracja w fanfiku powinna być przystępna, potoczna, ale w którymś momencie miałam wrażenie, że to zupełnie inna osoba.

Jeżeli o mnie chodzi, polecałabym ci poświęcić więcej uwagi Draco. Jeżeli tak dobrze zaczęłaś, właśnie od niego, mogłaś to spróbować kontynuować. Dac się porwać temu i na razie odstawić punkt widzenia Harry'ego. To chyba najpoważniejsze wady, jak mam w stosunku do twojego tekstu. W dodatku zachowanie członków Zakonu Feniksa i jakiś brak większej interakcji, a jedynie wzmianki o wypytywaniu... I tutaj pojawia się znowu pędzenie z akcją. Wszystko jest za szybko.

Dobra, teraz powiedzmy o tym, co niewątpliwie mi się podobało.

Ładne opisy, zwięzłe, ale przyjemne. Opisywanie wychodzi ci bardzo ładnie, wplatasz w wypowiedzi zgrabne opisy czynności, jakie wykonują postacie i łączysz je równie płynnie z reakcjami. Styl masz ładny, ale tutaj też pojawia się kilka niezręczności. Są one jednak w mniejszości i to raczej przeoczenia niż naprawdę poważne błędy pojawiające się notorycznie.

Jednym słowem będę czytałam, bo mnie zaciekawiło, w którą stronę pójdziesz. Masz spory wachlarz możliwości i to może okazać się zaletą, ale także wadą. Zobaczymy w następnym rozdziale.
My-chan Offline


 
Posty: 3
Dołączył(a): 16 cze 2012, o 12:06

Następna strona

Powrót do Lochy

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości