Strona 2 z 4

Re: [NZ] [R] Szczerość na śniadanie (3/?)

PostNapisane: 6 lut 2012, o 23:21
przez ruffe
super rozdział! :D Tak dalej.
Jestem ciekawa co takiego zrobiła lub powiedziała Parkinson.
Kiedy następny rozdział?:>

Proszę o pisanie komentarzy zgodnych z regulaminem.
A.

PostNapisane: 11 lut 2012, o 16:38
przez karmelowa
Kolejny rozdział. Mam nadzieję, że się spodoba.

***

Rozdział 4

Cały dzień minął Harry’emu błyskawicznie. Był skupiony jedynie na obmyślaniu zaklęć, których będzie uczył członków Gwardii Dumbledora. Myślał, że nie zaśnie, ale udało mu się to wyjątkowo łatwo i niemalże nie zauważył, gdy już nastał ranek. Szybko się podniósł i wziął poranny prysznic.
Na miejsce dotarł dziesięć minut przed czasem, ale Malfoy już tam był. Siedział na zielonej kanapie i smarował bułkę masłem. Pomieszczenie było spore. Srebrne ściany, drewniana podłoga, a w kącie, przy oknie, mięciutki dywan w kolorze laguny, stoliczek, kominek i kanapa.
- Czemu jesz? – spytał głupio Harry, nie wiedząc gdzie usiąść. Błyskawicznie naprzeciw kanapy Malfoya pojawił się mięciutki czerwony fotel.
- Nie wiem jak ty, Potter, ale ja zazwyczaj najpierw jem, a dopiero potem zajmuję się ważnymi sprawami.
- No… Ja… - W brzuchu chłopaka coś się przekręciło i oboje usłyszeli głośne burczenie. Blondyn jedynie uniósł do góry lewą brew. Dalej spokojnie smarował masłem pieczywo, a Harry zaczął się zastanawiać dlaczego tak się na tym skupia.
- No cóż… Skoro ty już jesz, to ja właściwie też mogę – mruknął. Tuż przed jego nosem pojawił się talerz z pachnącą jajecznicą na kiełbasie, a obok nich mały talerzyk z pomidorami i twarożkiem.
- Cóż za barbarzyńskie śniadanie. – Malfoy skrzywił się brzydko. – Jak możesz jeść kiełbasę, Potter? Czy ty nie masz choćby odrobiny ogłady?
- Co jest nie tak z kiełbasą? – zdziwił się Harry, patrząc jak chłopak wreszcie kładzie na bułkę delikatną szynkę parmeńską, kawałek rucoli i mozarellę.
- Jest taka… Plebejska. Ale nie łudzę się, że zrozumiesz – mruknął jeszcze Ślizgon, wbijając swoje idealnie białe i proste zęby w bułkę. Ta wydała z siebie delikatne chrupnięcie, a sam Harry nie mógł oderwać wzroku od Malfoy’a. Wyglądał tak dumnie, nawet jedząc kanapkę, że Potter’owi rzeczywiście zrobiło się głupio z powodu jajecznicy.
Przez długie, spokojne pięć minut jedli w ciszy. Słońce delikatnie wkradało się do pomieszczenia, tańcząc na talerzach i delikatnym srebrnym obrusie, a ogień w kominku cicho trzaskał.
- Będziesz tak siedział i przeżuwał jak krowa, czy wreszcie się odezwiesz? – prychnął wreszcie Malfoy, sięgając po filiżankę herbaty.
- Nie za bardzo wiem, od czego zacząć – przyznał Gryfon.
- No tak. Wielki Harry Potter chce szkolić swoją małą armię przeciw Voldemortowi, a nawet nie umie wymyślić odpowiedniego planu. Świetnie. Czego się mogłem po tobie spodziewać? Proponuję, żebyśmy sami się pojedynkowali. W ten sposób będziemy się dowiadywać, co umiemy. Jeżeli użyję jakiegoś czaru, jakiego nie znasz, powiedz. Nauczę cię go, a potem ty przekażesz mój geniusz swoim durnowatym przyjaciołom.
- Czy chcesz uczestniczyć w samych spotkaniach?
- Oczywiście. Będę się zajmował Ślizgonami, bo nie wierzę w to, że ty zechcesz im cokolwiek przekazać.
- No dobrze… A… Eee…
- Tak, twoja elokwencja rzeczywiście jest zatrważająca.
- Myślę, że się powtarzasz – mruknął Harry. – W każdym razie, kogo chcesz tu przyprowadzić?
- Boisz się, że zje cię jakiś Śmierciożerca? Chcę Pansy.
- Tylko?
- Nie wiem, czy inni zasłużą. Na razie chcę tylko Pansy. Zjadłeś już? Mam ochotę stłuc ci tyłek, Potter.
- Jasne.
- Bombarda! – Tuż przed nosem Harry’ego stolik, na którym jeszcze przed sekundą kładł szklankę po soku dyniowym wybuchnął, odrzucając go do tyłu.
- Stała czujność, Potter – wysyczał Malfoy, z drugiego końca sali.
- Incendio!
- Immobilus!
¬– Harry odskoczył, unikając zaklęcia. Ślizgon roześmiał się głośno.
- Exepeliarmus!
- Nie ze mną takie sztuczki, Potter! Inkarserus!
Harry błyskawicznie zniwelował działanie zaklęcia, uwalniając się z pęt, a walka zaczęła się na dobre. Przerzucali się klątwami, badając nawzajem swoje reakcje i ucząc się ruchów tego drugiego. Ślizgon poruszał się niezwykle szybko i zwinnie, ale Potter wcale nie był gorszy od niego. Długie lata spędzone jako szukający Gryffindoru nauczyły go precyzji, szybkości oraz cierpliwości. Niestety, Malfoy również mógł się pochwalić takim przygotowaniem.
Po pół godzinie ciągłego treningu na ich twarzach pojawił się pot, a ubrania wyglądały jak marne strzępki. Włosy Ślizgona już dawno uwolniły się spod wpływu magicznego lakieru i opadały długimi pasmami na twarz, ramiona i kark chłopaka, co Harry widział po raz pierwszy w swoim życiu. Uznał w duchu, że w takim wydaniu Ślizgon wygląda jednak lepiej.
- Zawsze chciałem to zrobić. Móc ci przyłożyć tak, żebyś wreszcie pożałował! – krzyknął.
- Niby czego? Tego, że cię poznałem? Nie martw się, już żałuję!
- Tego, jak traktujesz mnie i moich przyjaciół! – Uderzył kolejnym zaklęciem.
- Masz na myśli szlamę i wiewióra? – Malfoy się odwzajemnił.
- Nie waż się tak o nich mówić, ty cholerny Śmierciożerco! Nie umiesz robić nic innego, tylko ranić i obrażać innych!
- A ty za to musisz kogoś bronić, bo inaczej czułbyś się kompletnie bezużyteczny i pewnie byś się zabił. I powodzenia, byłoby mniej problemów!
- Jesteś gnidą.
- A ty pozerem!
- Ja? To ty wciąż myślisz o swoim wyglądzie!
- Ale ty nie umiesz przeżyć tygodnia bez pojawienia się w gazecie!
- Jesteś taki jak twój ojciec! Dobrze, że go zatłukłem.
- Zniszczę cię, Potter – wysyczał wściekle Malfoy, rzucając kolejne zaklęcie.
- Będziesz mnie musiał najpierw zabić. – Harry zwinnie uniknął trafienia.
- Och, to nie będzie wcale takie trudne. Sectusempra! - wykrzyczał w końcu Draco, a ciało Harry’ego zapłonęło bólem. Chłopak upadł na ziemię, patrząc bezradnie jak poszczególne części jego ciała pokrywają się ciętymi ranami.
- Chyba mogę uznać się za wygranego – stwierdził spokojnie Malfoy.
- Ty dupku – warknął Harry. – Expelliarmus! – Różdżka chłopaka wystrzeliła w powietrze, jednak zanim to się stało, zdążył rzucić dokładnie to samo zaklęcie, wiedząc, że Potter coś planuje. Harry rzucił się z pięściami na Ślizgona, zaraz jednak upadł, nie mogąc wytrzymać bólu.
- Chciałeś się bić, to się biliśmy – stwierdził spokojnie Draco, kiedy Gryfon dyszał ciężko.
- Ty dupku.
- Już to mówiłeś – prychnął, ale zaraz potem Harry złapał go za nogę i pociągnął w dół. Ślizgon gruchnął ciężko o ziemię. Kiedy tylko się pozbierał oddał Potterowi prosto w nos, łamiąc go przy tym. Gdy ten zaczął się szarpać, usiadł na nim i przygwoździł jego nadgarstki do podłogi. Oboje dyszli ciężko, słone krople spływały po ich twarzach, a rany na ciele Pottera obwicie krwawiły, wydobywając z niego ciche jęki. Harry zarumienił się, nagle kompletnie niedorzecznie skupiając zmysły na zapachu blondyna, w którym nadal dało się wyczuć pomarańczę i cynamon.
- Wygrałem – warknął Malfoy tuż nad ustami Harry’ego. Chłopak przymknął oczy, otulony ciepłym oddechem.
- Wcale nie… Ty też… Ty też leżysz – dodał po chwili ciszy.
- Nie. Ja tylko przygważdżam cię do ziemi – sprecyzował blondyn, ale zaraz potem opadł na Pottera. – Brudzisz mi szatę krwią.
- Dobrze ci tak… Merlinie… Jak boli…
- Miało boleć, Potter – syknął Malfoy i sturlał się na bok. Po chwili wstał. Kiedy skierował się w stronę swojej różdżki i wreszcie ją podniósł, Harry pomyślał, że wyjdzie. Już miał przed oczyma długie godziny cierpienia spowodowanego klątwą i złamanym nosem. Ale Ślizgon wcale nie wyszedł. Powoli zbliżył się do niego i wyszeptał dwa zaklęcia. Po pierwszym rany na ciele Harry’ego zniknęły, a po drugim jego nos wrócił do poprzedniego stanu. Ulga była tak wielka, że aż westchnął.
- Wstawaj – rozkazał twardo Ślizgon. Wyciągnął jednak dłoń i pomógł mu. Potem podciągnął go do wielkiej, mięciutkiej kanapy i oboje na nią opadli, ciężko dysząc. Harry zamknął oczy, usiłując się uspokoić, a Draco nalał do kieliszków Ognistej. Podał mu jeden.
- To nie może tak wyglądać – wysapał wreszcie Gryfon. – Nie możemy się ciągle przerzucać obelgami, a potem okładać na pięści jak dzieci…
- Przypominam, że to ty zacząłeś, Potter – odparł Malfoy, jednym łykiem opróżniając kieliszek. Mimo, że siedzieli na dwóch krańcach kanapy, Harry czuł gorąco jego ciała.
- Ale to ty potraktowałeś mnie tym gównem. Chciałeś mnie zabić?
- Może przez chwilę. Pij, bo dolewam. Masz jakieś genialne pomysły?
- Tak. – Skrzywił się, dopijając whisky i wystawił kieliszek po dolewkę. – Codziennie rano, przy śniadaniu będziemy sobie mówić jedną szczerą rzecz.
- I w czym to ma niby pomóc? – prychnął Ślizgon, znowu jednym haustem przechylając naczynie. Harry zrobił to samo.
- Ponoć przyjaźń opiera się na szczerości i zaufaniu.
- Szkoda tylko, że ja nie mam zamiaru się z tobą przyjaźnić, Potter.
- Ale musisz mi zaufać. Jeżeli masz kiedykolwiek być moim partnerem w bitwie, musisz mi ufać. I ja niestety muszę ufać tobie.
- Brzmi to jak jakieś cholerne, obrzydliwe gryfońskie szambo. – Znowu dolał im alkoholu. Harry pomyślał, że przydałby się sok i jakaś zagryzka. Gdyby to była normalna whisky, mogliby spokojnie pić ją szklankami, ale Ognista… To zupełnie co innego. Nie minęła sekunda, kiedy na nowym stoliczku pojawiły się ogórki kiszone i sok jabłkowy.
- Co to jest?
- Ogórki.
- Merlinie… Ohyda. – Malfoy przyglądał się jak Harry bierze korniszona do ust i delikatnie nadgryza aby po chwili zacząć wysysać sok. – Chociaż, gdyby się tak zastanowić… Chcesz szczerości, Potter? Dobra. Całkiem erotycznie wyglądasz, jedząc to obrzydlistwo. Teraz twoja kolej. – Blondyn uśmiechnął się ironicznie, kiedy na policzki Gryfona wpłynął olbrzymi rumieniec. Harry poczuł jak robi mu się jeszcze bardziej gorąco i nie bardzo wiedział, dlaczego. Błyskawicznie odłożył ogórek na talerzyk i wypił kolejny kieliszek. Zakręciło mu się w głowie, a fakt, że Malfoy sięgnął po niedojedzoną zagryzkę i sam wbił w nią zęby sprawił, że jeszcze bardziej się zawstydził. Odwrócił wzrok.
- Chyba nie o to mi chodziło…
- Szczerość to szczerość, głupi Gryfonie. Ja już swoją odbębniłem. Twoja kolej.
- Nie chciałem zabijać ci ojca – wyszeptał Harry, wbijając wzrok w butelkę. Te słowa same opuściły jego usta, zanim zdążył je przemyśleć. Podejrzewał, że to wina whisky. Inaczej nigdy by nie poruszył tego tematu. – Znaczy… Ja. Przepraszam, Malfoy.
- Zamknij się, idioto – wysyczał zimno chłopak. – Gdybym chciał go ratować, nie wpuściłbym go w wasze łapska.
- Ale… Ty musiałeś… Inaczej…. Gdybyś tylko jego ochronił, Voldemort by wiedział… Że…
- Powiedziałem, zamknij się! – Tym razem jego głos był ostry i gorący jak żelazo. Harry zamilkł, widząc nienawiść w stalowych oczach, które wbijały się w jego własne. – Nie mam zamiaru tego słuchać, rozumiesz? Nie obchodzi mnie, czy żałujesz, czy nie. Mam to w dupie. Masz nigdy więcej nie wspominać mojego ojca, dociera?
- Tak. Ja…
- Milcz! – Szklanka z sokiem trzasnęła o stolik, rozbijając się na małe kawałeczki. Jeden odprysk zranił Malfoya w policzek i teraz cieniutka stróżka krwi płynęła w dół. Ślizgon sięgnął po butelkę i wypił wielki łyk. – Czas na nas. Nie wiem jak ty, ale ja mam za chwilę opiekę nad durnymi zwierzętami.

Harry ledwo dowlókł się na historię magii, pamiętając o zaklęciu czyszczącym. Mimo, że Malfoy uzdrowił wszystkie jego rany, czuł się jakby umarł co najmniej dziesięć razy.
- Boże, Harry… Jak ty wyglądasz? – mruknęła Hermiona, widząc przyjaciela. Po chwili zatkała również nos. – Czy ty piłeś? Co się tam właściwie działo?
- Nic. Walczyliśmy. Momentami za bardzo prawdziwie. Możesz na mnie rzucić zaklęcie trzeźwiące?
- Jasne. – Granger szybko wyszeptała odpowiednią formułę, a Harry poczuł się jakby ktoś wylał mu na głowę kubeł zimnej wody. – Jesteś pewien, że mieszanie go w to było dobrym pomysłem?
- Chyba tak. Właściwie to nie wiem. Nie wyniknęło z tego nic konkretnego. Wiem jedynie, że umie rzucać sectusemprę i to chyba nawet lepiej niż ja. No i, w przeciwieństwie do mnie, potrafi też cofnąć jej działanie.
- I co? Tego nas nauczycie? – dołączył się Ron, który właśnie podniósł policzek z kartki.
- Właściwie to… Sam nie wiem. Pierwsze spotkanie już dzisiaj wieczorem, a my właściwie tylko walczyliśmy.
- No cóż… - Hermiona spojrzała na niego ponuro. – Jestem pewna, że coś wymyślisz. Dam ci czekoladę, co?
- Czyżbyś zamieniała się w drugiego Lupina?

Na spotkanie Gwardii Dumbledora wybrali oczywiście godziny po ciszy nocnej. Ron z Hermioną byli prefektami, więc zadbali o bezpieczeństwo i dyskrecję. Pojawiła się Ginny, Neville, Dean, Seamus, Luna, Hanna Abbott, Susan Bones, Lavender Brown, Parvatti i Patil oraz oczywiście Malfoy, który w typowy dla siebie sposób wkroczył z dumą do Pokoju Życzeń i każdego zgnoił spojrzeniem. Tuż za nim dreptała Parkinson, nerwowo rozglądając się na boki. Harry podejrzewał, że nigdy wcześniej nie znalazła się sama pośród takiej liczby nielubianych osób.
- No dobra, wiem co myślicie – zaczął spokojnie Harry, rozglądając się po Pokoju Życzeń. Wszędzie było pełno poduszek. Stały również stoliki z napojami oraz przegryzkami, mającymi dodać im sił. W rogu stały również kukły do trenowania, detektory siły magii, tarcze, a ponieważ Hermiona to Hermiona, nie zabrakło również półek z książkami i kanap, aby móc spokojnie przeczytać lekturę. Wszystko było w kolorze surowego drewna, co odpowiadało chyba każdemu domowi. – Malfoy jest po naszej stronie. Zna bardzo wiele przydatnych zaklęć, wie również co nieco o Śmierciożercach…
- Nie ufam mu – przerwała Lavender, krzywiąc się.
- Nie musisz. Zaufaj mnie i mojej ocenie – poprosił Harry, siląc się na spokój. Obok niego Malfoy przyszywał wszystkich ironicznym spojrzeniem i bawił się różdżką.
- To Śmierciożerca – dodała Hanna.
- Owszem – nie zaprzeczył Gryfon. – Ale uwierzcie mi, można mu ufać. Pomoże nam. Poza tym, nawet GDYBY miał zamiar nas zdradzić, lepiej jest mieć wroga blisko i poznać jego możliwości. Mam nadzieję, że taki argument poprawia wam humory.
- No dobrze – zgodził się Neville. – Ja ufam Harry’emu. Jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Jeżeli komuś się to nie podoba, niech wyjdzie.
Nikt tego oczywiście nie zrobił.
- Jak miło wiedzieć, że tak kochacie swojego Pottera – prychnął Malfoy. – Czy gdyby was poprosił abyście skoczyli w przepaść, zrobilibyście to?
- Nie psuj swojej sytuacji – warknęła Hermiona. – Zostali, ponieważ mu ufają i wierzą, że wie, co robi. Nie udowadniaj, że jest inaczej.
- Coś strasznie dużo gadacie o tym ufaniu… - mruknął Ślizgon pod nosem.
- W porządku – zaczął Harry. – Jeżeli wszyscy jesteśmy gotowi, zaczniemy od przypomnienia sobie zaklęć, któryś już kiedyś was uczyłem. Ćwiczcie na razie przywoływanie patronusów. Parkinson, umiesz to robić?
- Oczywiście – mruknęła dziewczyna i błyskawicznie to udowodniła, prezentując wiewiórkę. Potter uśmiechnął się profesorsko i podszedł z oczekiwaniem do Malfoya.
- Mam ci pokazać, czy umiem to zrobić? Niech ci będzie. – Po chwili przed chłopakiem przebiegł piękny, dumny gepard. Harry zachłysnął się tym widokiem. Zwierzę było naprawdę wspaniałe. – I co? Podoba się. Skoro tak, to może ustalimy, co chcesz robić dalej?
- Myślałem nad sectusemprą.
- Ooo… Odważnie. – Kąciki jego ust uniosły się do kolejnego ironicznego uśmieszku. Hermiona skrzywiła się za to, ale milczała.– Na kim chcesz to ćwiczyć? Bo chyba nie na skrzatach, co? Granger dostałaby zawału serca.
- Na ślimakach.
- Chyba sobie ze mnie żartujesz, co?
- Dlaczego nie? Ślimaki są tak samo dobre, jak wszystko inne.
Przez kolejne godziny wszyscy powtarzali ten czar dopóki Harry nie był pewny, że każdy będzie umiał go użyć nawet tuż po przebudzeniu.
- Jest dobrze – pochwalił wszystkich. – Teraz jeszcze szybkie pojedynki w parach i możemy kończyć . Jutro nauczymy was zaklęcia niwelującego tę klątwę. A teraz dobierzcie się w pary
- Mam Pottera – zakpił Malfoy, łapiąc chłopaka za rękaw szaty. – Jak mniemam, nie będziesz miał nic przeciwko drobnej potyczce, prawda?
- Ależ oczywiście. – Chłopak wyszczerzył zęby.

Przez wiele kolejnych tygodni Harry co rano spotykał się z Malfoyem, ustalając kolejne lekcje w Gwardii Dumbledora. Ich pojedynki były coraz bardziej poważne, choć jednocześnie starali się o nie zabicie tego drugiego. Oboje tak bardzo skupili się na rywalizacji, że przenieśli ją wszędzie, gdzie tylko mogli. Próbowali być najlepsi w pracach domowych, na lekcjach, na meczach, a nawet w nie spóźnianiu się na lekcje. Czasami zaraz po obiedzie oboje biegli pod klasę aby udowodnić swoją wyższość. Oczywiście, nauczyciele byli bardzo zadowoleni z takiego obrotu spraw, a ich przyjaciele wręcz na odwrót.
Na lekcjach przeznaczonych specjalnie dla prefektów uczyli się jeszcze więcej specjalnych zaklęć, a potem razem ćwiczyli je rano. Harry kompletnie zatracił się w tym trybie życia. Nie obchodziło go już nic innego. Nie zauważał nawet, jak Hermiona w każdej wolnej chwili biega do biblioteki, a Ron skwapliwie jej pomaga. Nie dostrzegł rodzącego się między nimi dojrzałego, innego od tego które znał, uczucia. Nie dostrzegł nawet tych zmian, które zaszły w nim samym…

***

Pokornie proszę o komentarze.

PostNapisane: 12 lut 2012, o 13:26
przez CrazyCry
Uważam, że potraktowany sectusemprą Harry był trochę zbyt żwawy. Rozdział całkiem niezły, tylko niektóre dialogi trochę nienaturalne. Robisz sporo literówek. Może warto by zatrudnić betę?
"Kidy tylko się pozbierał oddał Potterowi"
Kiedy
"Oboje dyszli ciężko"
dyszeli
"Tuż za nim dreptała Parkinson, nerwowo rozglądając się na bogi."
boki
"Jutro nauczymy was zaklęcia niwelującego tą klątwę."


Zdziwiło mnie także to, że Harry miał astronomię zaraz po śniadaniu. Z tego co pamiętam w kanonie te zajęcia odbywały się o północy.
Pozdrawiam i życzę weny :).

PostNapisane: 12 lut 2012, o 17:09
przez olka_12
Zapowiada się naprawdę ciekawie ;) Nie mogę się doczekać kontynuacji.

Re: [NZ] [R] Szczerość na śniadanie (5/?)

PostNapisane: 14 lut 2012, o 12:07
przez karmelowa
Kolejny rozdział. Mam nadzieję, że się Wam podoba.

***


Harry przetarł zmęczone oczy i odnalazł swoje okulary. Ostatniej nocy długo się uczył na transmutację, co niestety nie przydało się zbytnio, bo nadal nie potrafił zamienić głupiej książki w stado motyli. Nie rozumiał jak można z jednej rzeczy zrobić wiele i to tak strasznie go irytowało, że nie wychodził mu już nawet jeden motyl.
- Głupia transmutacja – mruknął pod nosem, wkładając stopy w wielkie, puchate kapcie, które dostał zeszłego lata na urodziny od mamy Rona. Wchodząc pod prysznic, usiłował przypomnieć sobie podstawowe zasady wykonywania magicznych tarczy, o których uczyli się ostatnio na zajęciach z prefektami. Mieli je zamiar przećwiczyć dzisiaj z Malfoyem, więc szczerze liczył na to, że okaże się od niego o niebo lepszy.
Chwycił jeszcze w przelocie swoją szatę i wybiegł z dormitorium, niemalże budząc swoim tupotem Seamus’a.
- No nareszcie. – Malfoy siedział na kanapie i czytał jakąś książkę. – Czy ty naprawdę nigdy nie nauczysz się punktualności, Potter? McGonagall miała chyba rację, radząc tobie i Weasley’owi aby któryś z was wcielił się w rolę zegarka. Najlepiej takiego z wielkim młotkiem, walącym cię rano po głowie.
- Skończyłeś już? – zakpił Harry, rzucając na swój fotel torbę.
- Nie do końca. Ten budzik mógłby jeszcze… Na Nicholasa Flamela! Co ty masz, do cholery, na nogach?! Czy wy w tej wieży coś bierzecie?
- Nie rozumiem…
- Ja wiem! Ja wiem, że ty niewiele rozumiesz, więc chociaż to zobacz – warknął Malfoy. Harry posłusznie spuścił wzrok na swoje stopy i zarumienił się soczyście, widząc swoje domowe kapcie.
- Eee… To… To…
- Nawet się nie tłumacz. Nie chcę tego słuchać, naprawdę – stwierdził wreszcie zrezygnowany blondyn. – Siadaj, Potter. Jestem głodny.
- Czekałeś na mnie ze śniadaniem? – szczerze zdziwił się Gryfon. Na jego usta wpełzł obrzydliwie podstępny uśmiech. – Czyżbyś uczył się kultury z tej książki?
- Powiedział ktoś, kto na spotkanie przychodzi w wielkich, obrzydliwie futrzanych kapciach.
- W taki razie… Jemy – odpowiedział szybko Harry, siadając w fotelu. Na stoliku od razu pojawił się dzbanek z dyniowym sokiem, imbryk z herbatą Draco oraz jedna, choć spora miska sałatki z grillowanym kurczakiem.
- Nie jesteś głodny, Malfoy? – spytał spokojnie Gryfon, rozumiejąc już, że chłopak wcale na niego nie czekał z jedzeniem. On po prostu nie miał ochoty na śniadanie.
- Ależ jestem – mruknął. – Kto normalny po nocy pełnej seksu nie byłby głodny? Ach, przepraszam… - Spojrzał na czerwieniącego się Harry’ego. – Ty przecież nie wiesz, co to seks, nie Potter?
- Nie twoja sprawa. W każdym razie, jeżeli jednak nie jesteś na diecie, to dlaczego…?
- Prosta odpowiedź, kretynie. Miałeś ochotę na sałatkę? – Kiwnął głową. – Ja też. Najwidoczniej zaczynasz wychodzić na ludzi.
- Nie powiedziałbym…
- Ładnie ci w zielonym – rzucił nagle Malfoy, spoglądając na koszulę Harry’ego. Chłopak dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że bezsensownie wziął szatę. Była sobota, dzień kiedy mundurki spoczywały spokojnie na dnie szafy. Najpierw ubrał się swobodnie w koszulę i jeansy, a potem odruchowo złapał część mundurku. Chwila moment…
- Co ty powiedziałeś? – spytał oszołomiony.
- Chyba jest ranek, nieprawdaż? Czas na nasze poranne chwile szczerości.
- Ach… No tak. Zapomniałem. Ale czy ty nie możesz wreszcie powiedzieć czegoś naprawdę szczerego? Zawsze tylko rzucasz jakimiś bezsensownymi zdaniami, typu: niebo jest niebieskie. – Zirytowany Gryfon nałożył sobie na talerzyk porcję sałatki i z zadowoleniem zauważył, że znajduje się w niej również mozarella oraz pestki dyni. Choć miał wrażenie, że ser był zachcianką Malfoya.
- Nie określiłeś na początku, jakiego rodzaju to ma być szczerość. Poza tym, powinieneś być zadowolony, że ktoś taki jak ja mówi ci, że wyglądasz w czymś dobrze.
- Ktoś taki jak ty?
- Tak. Ktoś z gustem tak niesamowicie wysublimowanym, że…
- Lubię, kiedy przesadnie o czymś mówisz. Kiedy celowo grasz tak, że widać, że grasz…
- Potter, plączesz się w zeznaniach. O co ci chodzi? – Brwi Malfoya powędrowały wysoko do góry.
- Lubię, kiedy TAK się uśmiechasz – sprecyzował Harry i wsadził sobie kęs sałatki do ust.
- Ja się nie uśmiecham – warknął przez zęby blondyn, ale dało się wyczuć w jego głosie coś na kształt zadowolenia. - Co powiesz na ognistą? – zaproponował.
- Nie odmówię. Skoro jest sobota… - Na stole pojawiła się wielka butelka whisky, dwa kieliszki i ogórki. Harry zaśmiał się, widząc, że blondynowi najwyraźniej zasmakowała typowo mugolska zakąska.

- Nienawidziłem swojego ojca – powiedział cicho Malfoy, wgłębiając się bardziej w miękkość kanapy.
- Słucham? – Harry’emu przez chwilę wydawało się, że się przesłyszał. Sięgnął po kolejny kieliszek whisky i zajęczał zrezygnowany. – Już druga butelka się kończy – mruknął niezadowolony, a na stoliczku natychmiast pojawiła się kolejna. – Od razu lepiej!
- Nienawidziłem tego, jak zmuszał mnie do ćwiczenia Crucio na moim ukochanym psie… Nienawidziłem, kiedy kazał ubierać się w zielone szaty… - Słońce powoli zaczęło chować się za horyzontem. Chłopcy mieli już za sobą długie godziny ćwiczeń oraz dwie butelki ognistej. Kiedy skończyli tworzyć tarcze, opadli na kanapę i już z niej nie wstali. Była to nieco większa wersja tej Malfoy’owej, ustawiona dokładnie po środku pokoiku, który był teraz niewielkim, przytulnym pomieszczeniem. W kominku spokojnie wirował ogień, a z jakiegoś niezidentyfikowanego miejsca płynęła muzyka.
- Nienawidziłem tego, jak traktował matkę… Wiesz, kiedyś uderzył ją, bo źle ustawiła świecznik na stole. – Blondyn pociągnął spory haust ognistej. – Nienawidziłem go za to, że nie miałem własnego zdania, własnego wyboru, własnej drogi… Kiedy usłyszałem o tobie, myślałem, że w tym moja szansa… Że ty możesz mnie od niego uwolnić… Ale ty… Ty, Potter, nawet nie przyjąłeś mojej wyciągniętej dłoni… - Alabastrowe powieki delikatnie okryły stalowe oczy. Harry zamarł, wsłuchując się w słowa Malfoy’a i usiłując zapamiętać jak najwięcej, bo w stanie, w którym się znajdował niewiele mógł zrozumieć. – Kiedy tak bezczelnie mnie odrzuciłeś, zrozumiałem, że nie ma już dla mnie nadziei… Nienawidziłem ojca… Gdyby nie on… Nie miałbym nawet tego cholernego Mrocznego Znaku… Choć z drugiej… Strony… Przecież teraz to się przydaje… Nie, Potter? A najbardziej… Najbardziej nienawidziłem w nim tego, że mimo wszystko go kochałem… Był Ojcem…
- Mmm… Nie wiedziałem, że kiedyś… Mi coś takiego… Szczery jesteś… - Harry’emu wydawało się, że chyba plącze mu się język, ale nie był do końca o tym przekonany. Uśmiechnął się więc głupio, sięgając po ogórka.
- Przecież… Sam chciałeś szczerości, Potter… Ty to masz dobrze… Robisz, co chcesz…
- Jasne… Każdy chciałby zostać skazanym na śmierć… Od urodzenia… - Stróżka soku popłynęła mu po brodzie.
- Wierzę, że dasz… Radę… Jesteś pieprzonym… Wybrańcem pieprzonym, Potter – wydukał blondyn, wbijając zamglone oczy w jego brodę. – Tu ci cieknie… O… - dodał spokojnie, zbliżając się do niego. Po chwili Harry poczuł przyjemną miękkość i ciepło wąskich ust Malfoya na swojej brodzie. Zamarł, a jego serce zabiło tak gwałtownie i tak szybko, że omal nie wyskoczyło mu z piersi. Nie do końca wiedział, czy jego informacje są prawdziwe, ale wydawało mu się, że chyba nie lubił się ani z tymi ustami, ani z ich właścicielem i chyba nie powinien też czuć mrowienia w żołądku, kiedy to robiły.
- Malfoy – wydukał z ledwością, zahaczając własnymi wargami o te, które właśnie skończyły zbierać sok z ogórka z jego skóry. – Czy ty… Boli cię głowa?
- Bardzo – przyznał Draco, całując go delikatnie. Odsunął się dość szybko, jak na kompletnie pijanego i znowu upił dużą część Ognistej. Policzki zaczerwieniły mu się od nadmiaru alkoholu, a Harry’emu przemknęło przez głowę, że właściwie to wygląda bardzo ładnie.
- Bardzo ładnie – wyartykułował swoje myśli na głos i uśmiechnął się. – Bardzo ładnie.
- Tak – zgodził się Malfoy i niemal padł twarzą na kolana Harry’ego. Sam chłopak jeszcze raz zanurzył usta w kieliszku i przymknął zmęczone powieki. Właściwie nie rozumiał, dlaczego jeszcze nie śpi.

Harry’ego obudziła potworna suchość w gardle. Kiedy tylko otworzył oczy, zobaczył przed nosem cudowną szklankę wypełnioną wodą. Uśmiechnął się, szczęśliwy, że znajduje się w Pokoju Życzeń i wypił ją za jednym zamachem. Złapał się za głowę, zastanawiając się, która może być godzina i właśnie chciał się przeciągnąć, kiedy poczuł dziwnie przyjemny ciężar na kolanach. Zerknął na dół i przerażony odkrył, że na jego gryfońskich nogach leży kompletnie ślizgońska głowa otulona kosmykami idealnie platynowych włosów.
- O boże… O boże… Malfoy! – krzyknął Harry, nie mając siły zrzucić chłopaka z kolan.
- Czego się drzesz, Potter… Głowa mi pęka… - Draco zamknął usta, rozumiejąc w jakiej pozycji znajduje się jego ciało. W jednej chwili stanął na równe nogi, czego pożałował, zataczając się mocno w prawo.
- Co ty robisz?! Co ty tu robisz?! – niemal wypiszczał.
- Jesteśmy w Pokoju Życzeń, Malfoy… Zasnąłeś…
- Wiem, co zrobiłem, Potter – znowu pisnął chłopak, po czym zebrał się w sobie i dodał: jeżeli komukolwiek powiesz o tym, co tu się wydarzyło… Przysięgam, że cię zabiję! Zabiję, dotarło do ciebie?!
- Uwierz mi, że ja również wcale nie miałem…
- Dotarło?! – wrzasnął po raz ostatni blondyn i wyskoczył z Pokoju Życzeń jakby go sam diabeł gonił. Harry potarł zmęczone oczy, próbując poskładać do kupy wydarzenia z tego dnia. Nie mogąc sobie wszystkiego przypomnieć, postanowił bezpiecznie zapomnieć o tym, co się wydarzyło i spokojnie wrócić do swojego normalnego życia, w którym nigdy żaden Gryfon nie upiłby się z Ślizgonem na miękkiej, cudownej kanapie.

- Harry, gdzieś ty się podziewał?! – wykrzyczał Ron, kiedy tylko zobaczył przyjaciela, wchodzącego do pokoju wspólnego Gryffindoru. – Jest już dwudziesta druga Nie było cię na obiedzie, ani nawet na kolacji. W ogóle… Piłeś? Wyglądasz naprawdę źle.
- Piłem. Na dodatek… Z Malfoy’em – wyznał Harry. – Gdzie Hermiona?
- Ty chyba spędzasz z nim za dużo czasu. Naprawdę za dużo. Przecież jest sobota, nie musiałeś się z nim spotykać.
- Wiesz… Gwardia Dumbledora musi się rozwijać. Voldemort nie będzie patrzył na dzień tygodnia kiedy zdecyduje się zaatakować Hogwart.
- Skąd w ogóle wiesz, że to zrobi?
- Bo zrobi. Na pewno. Jeżeli ja nie przyjdę do niego, on przyjdzie do mnie.
- Trochę to zarozumiale brzmi – mruknął Ron.
- Mam! Znalazłam to, czego… O, Harry! Wreszcie jesteś. Gdzieś ty się podziewał? Mówiłam ci wczoraj, że wreszcie udało mi się zrobić dokładne notatki z biblioteki.
- Przepraszam… Miałem poranny trening z Malfoy’em.
- Poranny, tak? – dziewczyna zmarszczyła czoło i położyła książki na stoliczku. – Centaury miały podobno własną wersję przepowiedni.
- Jak to własną wersję…?
- Normalnie, Ron. Słuchajcie. Podobno zobaczyły w gwiazdach, że to nie Harry zabije Voldemorta.
- Jak to… Jak to… Nie Harry?
- Tak. Znaczy… On może to zrobić, ale wcale nie musi. Istnieje jeszcze jedna osoba, która może tego dokonać.
- Kto taki?
- Nie wiadomo. Może to być kobieta, może to być mężczyzna. Nie ustalono, ile ma mieć lat oraz jak wyglądać. Wiadomo jedynie, że to ktoś, kto zawsze był przy Harrym.
- To znaczy… Na przykład ty, albo ja?
- Tak. Albo Ginny, Luna… Nie mam pojęcia. Co najlepsze, Voldemort również nie wie, kto to ma być i pewnie właśnie dlatego zaszył się pod ziemię. Zniszczyliśmy już prawie wszystkie Horkruksy, a na dodatek okazuje się, że nawet jeżeli zginiesz ty, nadal jest szansa na zabicie go. Musi być przerażony.
- O ile on w ogóle może się czegoś bać… - mruknął Ron.
- Ale moim zdaniem to wcale nie wyjaśnia, dlaczego nadal nic nie zrobił. Do tej pory zawsze coś kombinował. Non-stop.
- Ciesz się, Harry. Przynajmniej mamy czas aby nauczyć się obrony.

Poniedziałkowe popołudnie było wyjątkowo słoneczne jak na zimę. Siedząc w bibliotece z Ronem i Hermioną, Harry zastanawiał się po co właściwie uczą się innych przedmiotów. Wiedział, że McGonagall próbuje w ten sposób stworzyć pozory normalności, ale prace domowe mogły jednak zostać ograniczone. Mieliby wtedy więcej czasu aby skupiać się na tych lekcjach, które pewnego dnia mogą uratować im życie. Historia magii, na przykład, wydawała mu się kompletnie bezużyteczna.
- Co będziemy robić jutro, Harry? – nagle przerwała ciszę Hermiona, unosząc głowę znad opasłej księgi. Na okrągłym starym stoliczku leżało jeszcze chyba z pięć tak samo tłustych tomiszczy, które dziewczyna uznała za warte przejrzenia.
- Masz na myśli Gwardię?
- Tak.
- Eee… - Chłopak spuścił wzrok na swoje poplamione atramentem dłonie. – Nie jestem jeszcze pewny…
- Harry. Dlaczego nie spotkałeś się dzisiaj z Malfoyem?
- A co? Uważasz, że bez niego nie dam sobie rady? – prychnął w odpowiedzi.
- Wiesz, że nie o to mi chodzi. Poza tym, czy to nie był przypadkiem twój pomysł? To ty przecież chciałeś mieć go na oku i wykorzystać do nauki.
- Tak, ale uznałem, że codzienne spotkania nie są… Koniecznością.
- Co między wami zaszło?
- A coś zaszło?
- Harry!
- Ciszej, Hermi… Pince zaraz się przyczepi – mruknął Ron, kończąc ostatnie zdanie swojego wypracowania. Na jego twarzy pojawiła się tak widoczna ulga, że Potter nawet mu pozazdrościł. Sam, nawet w najlepszych momentach dnia, nie umiał się do końca rozluźnić. Ciągle miał w głowie Gwardię i Voldemorta. Ciągle czekał na jego ruch i umierał ze zniecierpliwienia, nie mogąc nic zrobić. McGonagall uparła się aby został w szkole, a Zakon miał się zająć szpiegowaniem Śmierciożerców. On miał czekać.
- Harry… - powtórzyła Hermiona, tym razem szeptem.
- Nic takiego się nie wydarzyło.
- Na pewno? Wiem, że zdarza wam się wypić na tych spotkaniach… Właściwie ciągle to robicie…
- A jak inaczej miałby wytrzymać z Malfoy’em? – wtrącił Ron, chowając pergamin do swojej torby.
- Moim zdaniem, to jest kompletnie zbędne. – Na twarzy dziewczyny pojawiło się głębokie niezadowolenie. – To w niczym nie pomaga. Jak możecie uczyć się przetrwania, jeżeli non-stop jesteście naprani, do cholery?
- Miona… Jak ostro – mruknął Ron, ale zaraz zamilkł, zmiażdżony spojrzeniem dziewczyny.
- Czy powiedzieliście sobie za dużo? Harry, odezwij się wreszcie. Nie ignoruj mnie. I nie patrz takim wzrokiem... Doskonale wiem, że coś jest na rzeczy. Kto w ogóle wymyślił ten rytuał Ognistej Whisky, co?
- Malfoy – odezwał się cicho Harry. – Może i pijemy za dużo, ale… Jakoś… Nie wiem. Sam nie wiem, dlaczego to robimy. Czasami po prostu zamiast się rozejść, pijemy… Nie wiem. To Malfoy zawsze proponuje… I nie. Nic się nie dzieje. Wszystko jest w porządku. Jutro rano się z nim spotkam. Dzisiaj po prostu zaspałem. – Skrzywił się lekko, kłamiąc. – Głupio mi było przyznać. Czy możemy już skończyć ten temat? Muszę dokończyć to wypracowanie dla Binnsa i jeszcze eliksiry…
- Niech ci będzie – zgodziła się Granger, ale w jej głosie nie było słychać ani jednej ciepłej nuty.

Kiedy wszyscy mieli już napisane wypracowania, spakowali swoje rzeczy do toreb, odłożyli książki na półki i zgodnie uznali, że czas odwiedzić Hagrida. Nie byli u niego już tak dawno, że gajowy zaczął się niepokoić i wysyłał im listy.
Całe błonia tonęły w śniegu, ale wcale nie było tak zimno jak się mogło wydawać. Słońce delikatnie odbijało się od białego puchu i ogrzewało trójkę Gryfonów. Kiedy doszli do chatki Hagrida, pół-olbrzym odśnieżał właśnie wejście wielką łopatą. Harry podejrzewał, że gdy miał pewność, że nikt nie patrzy, używał do tego swojej magicznej parasolki, ale teraz musiał stwarzać pozory.
- Witajcie! Wreszcie raczyliście odwiedzić starego druha, co? – Na ledwo widocznych spod czarnej brody policzkach gościł różowy rumieniec. – Macie ochotę na herbatkę?
- Z chęcią – przytaknęła Hermiona, uśmiechając się. Hagrid odłożył łopatę na bok i wpuścił ich do swojej chatki. Jedno pomieszczenie miało swoje dobre strony. Bardzo łatwo można je było ogrzać, więc wszyscy od razu zdjęli z siebie ciężkie płaszcze i z zadowoleniem opadli na krzesła.
- Wczoraj zrobiłem ciasteczka. Coś czułem, że wreszcie przyjdziecie mnie odwiedzić. Co nowego?
- Właściwie to… Jest coś – odpowiedział Harry i wytłumaczył przyjacielowi, czego dowiedziała się Hermiona. Hagrid słuchał ze skupieniem, jednocześnie machinalnie przygotowując herbatę. W międzyczasie podał również ciasteczka. Były wielkie jak zawsze, okrągłe i podejrzanie wyglądały na zjadliwe.
- To ci dopiero… I wy myślicie, że to prawda?
- Mamy nadzieję. – Ron ugryzł kawałek ciastka. – Bardzo dobre.
- A jak tam Gwardia?
- Idzie całkiem nieźle. Nawet Neville szybko łapie – pochwalił kolegów Harry. Kompletnie zszokowany odkrył, że najnowszy wypiek Hagrida naprawdę był smaczny. Może nadal trzeba było włożyć nieco siły w gryzienie, ale mimo wszystko… - Wszyscy są na tym bardzo skupieni. Zależy im, żeby nauczyć się jak najwięcej.
- Nie dziwota – stwierdził Hagrid. – A Malfoy? Jak się zachowuje?
- Nawet w porządku. Jest nadal mocno irytujący, ale przydaje się. On sam również chce ratować swój tyłek, więc się przykłada. To dla niego tak samo dobra forma ćwiczeń, jak dla innych.
- Myślisz, że on to robi tylko dlatego? – spytał Ron. – Ze strachu?
- To przecież oczywiste. A niby dlaczego tak naprawdę miałby nam pomagać? Boi się. Zawsze był tchórzem. Może teraz nieco mniej to widać, ale jaki miałby inny powód, żeby nam pomagać? Nie wiem, czy przeszedł na naszą stronę ze strachu, czy zawsze tak naprawdę był… W jakiś swój dziwny sposób dobry, ale na pewno nie pomagałby nam z czystych pobudek. Boi się o własne dupsko i tyle.
- Ale to dobrze – uznała Hermiona, przyglądając się podejrzliwie ciasteczkom. Hagrid postawił właśnie gotową herbatę i podał cukier. Kieł położył mordę na kolanie Harry’ego, obśliniając mu szatę. – Jeżeli on się boi, to łatwiej będzie z nim wytrzymać. Nie chce przecież, żebyśmy go wyrzucili z Gwardi Dumbledora. A możemy to zrobić w każdej chwili.
- Zgadzam się. – Harry pogłaskał psa za lewym uchem.
- Choć raz jego tchórzostwo jest nam na rękę – skwitował Ron. – Hagrid… Czy ty testujesz te ciasteczka?
- Co masz na myśli…?
- Czy ty chcesz je komuś… Dać?
- Eee… Nie… Co ty mówisz, Ron?! Ale dobre?
- Nawet bardzo – odpowiedział, nadal zszokowany Weasley. Trójka przyjaciół roześmiała się głośno, a Rubeus udawał, że coś bardzo ważnego stało się z jego prawym kciukiem. Przez chwilę wszyscy byli zajęci jedynie ciasteczkami i sprawiło im to wielką radość. Bo mimo ciągłego sprawiania pozorów spokoju i opanowania… To wszystko były właśnie tylko pozory.

***

Pokornie proszę o komentarze.

PostNapisane: 14 lut 2012, o 22:00
przez olka_12
Haha, przeczuwałam, że coś między nimi zajdzie, gdy będą pijani. :D Chociaż to tylko mały pocałunek, ale coś. Rozkręcaj opowiadanie tak dalej, czekam na ciąg dalszy. :)

PostNapisane: 14 lut 2012, o 23:08
przez CrazyCry
Poza drobnym incydentem w Pokoju Życzeń to właściwie nie wydarzyło się nic ważnego.
Kilka uwag:
"Chwycił jeszcze w przelocie swoją szatę i wybiegł z dormitorium, niemalże budząc swoim tupotem Seamus’a. "
To zdanie jest bardzo dziwaczne. Powtórzyłaś w nim słowo "swój", co prawda odmienione, ale zawsze. No i... Seamus nie jest chyba jego jedynym współlokatorem? No i ten tupot. Bardziej przekonujące byłoby trzaśnięcie drzwiami.
"McGonagall miała chyba rację, radząc tobie i Weasley’owi aby któryś z was wcielił się w rolę zegarka."
Nie sądzę, żeby Draco pamiętał, co powiedziała do nich nauczycielka transmutacji pierwszego dnia szkoły w pierwszej klasie.

"- O boże… O boże… Malfoy! – krzyknął Harry, nie mając siły zrzucić chłopaka z kolan.
- Czego się drzesz, Potter… Głowa mi pęka… - Draco zamknął usta, rozumiejąc w jakiej pozycji znajduje się jego ciało. W jednej chwili stanął na równe nogi, czego pożałował, zataczając się mocno w prawo.
- Co ty robisz?! Co ty tu robisz?! – niemal wypiszczał.
- Jesteśmy w Pokoju Życzeń, Malfoy… Zasnąłeś…
- Wiem, co zrobiłem, Potter – znowu pisnął chłopak, po czym zebrał się w sobie i dodał: jeżeli komukolwiek powiesz o tym, co tu się wydarzyło… Przysięgam, że cię zabiję! Zabiję, dotarło do ciebie?!
- Uwierz mi, że ja również wcale nie miałem…
- Dotarło?! – wrzasnął po raz ostatni blondyn i wyskoczył z Pokoju Życzeń jakby go sam diabeł gonił. "
Nie podoba mi się ta scena. Chłopcy zachowali się jak rozwrzeszczane, rozhisteryzowane panienki.
"tłustych tomiszczy" a może lepiej opasłych?
"- Ciszej, Hermi… Pins zaraz się przyczepi"
Pince! Żeby Ron upominał Hermionę w bibliotece... do czego to doszło xD.
No cóż, ćwiczenie czyni mistrza, więc pisz dalej! Pozdrawiam i życzę weny :).

PostNapisane: 17 lut 2012, o 12:43
przez karmelowa
Wiem, że wklejam rozdziały dość szybko... Może nawet ZA szybko, ale nigdy nie wiem, kiedy będę mieć dostęp do internetu (nie mam takowego w domu), więc korzystam z każdej okazji.

Dziękuję bardzo za pomocne komentarze :) Cieszę się, że ktoś się wysila, aby udzielić mi jakiejś przydatnej rady.

Pozdrawiam i zapraszam do czytania.

***

Rozdział 6



Tej nocy Harry’emu śnili się rodzice. Najpierw te kilka chwil z czasu gdy jeszcze żyli. Śmiechy, słowa miłości, a na koniec zielony błysk i krzyk jego mamy. Potem znowu znalazł się na pierwszym roku, kiedy to chodził nocami do pustej klasy, w której stało lustro Ain Eingarp i zatracał się w marzeniach. Widział Lily i James’a Potterów, dziadków i nawet pra-dziadków. Widział całą swoją rodzinę, stojącą za nim i wspierającą go w trudnych chwilach. Później sen przeniósł go do domu Syriusza, gdzie razem ze swoim ukochanym chrzestnym po prostu rozmawiał. Nie był nawet pewny o czym, ale czuł nieodpartą radość… Kiedy i ta część snu zniknęła, Harry pojawił się na starym cmentarzu. Znów przeżył śmierć Cedrika i znów obwiniał się za to, że go nie uratował. Widział łzy Cho Chang, potem jej puste spojrzenia… Słyszał śmiechy pełne pogardy, kiedy nikt nie wierzył w powrót Voldemorta. I nagle przeniósł się do zoo, kiedy to uwolnił Pytona. Tyle, że tym razem wąż spojrzał mu głęboko w oczy i wysyczał, że go zabije. A potem… Potem Harry obudził się zalany potem i łzami, nadal pamiętając te wszystkie twarze, ludzi których kochał. I błysk. Błysk zielonego światła, które odmieniło jego życie, zanim tak naprawdę jeszcze się zaczęło.

Wstał, wsadził stopy w swoje puchate kapcie i nawet nie patrząc, która godzina, zarzucił na siebie pelerynę niewidkę i skierował się do Pokoju Życzeń. W ciągu ostatnich tygodni tak bardzo zżył się z tym miejscem, że kiedy tylko miał ochotę pomyśleć, albo odpocząć szedł właśnie tam. Portrety jeszcze spały, a cały zamek ogarnięty był kurtyną ciemności. Harry stawiał, że jest pewnie koło czwartej nad ranem. Kiedy wszedł do Pokoju, powitał go przyjemny powiew ciepłego powietrza. Znajdował się w niewielkim pomieszczeniu. Szkarłatny puchaty dywan zapraszał go do zdjęcia kapci, a kremowa kanapa kusiła miękkością. Tuż przed nią w ceglanym kominku płonął ogień. Na jasnych ścianach wisiały portrety wszystkich jego bliskich, a na stoliczku przed kanapą pyszniła się… A jakże, butelka Ognistej Whisky.
- Chyba zostanę pijakiem – stwierdził ponuro Harry, siadając. Odkręcił butelkę, spojrzał na nią oschle, ale nadał sobie sporo… Tym razem do szklanki. Obok pojawił się również dzbanek z sokiem pomarańczowym i koreczki.
- No to… Za poległych – wyszeptał w przestrzeń i upił spory łyk. Kolejne łzy potoczyły się po zarumienionych policzkach.

Obudził go dźwięk jakiegoś przedmiotu, spadającego na podłogę. Uchylił powieki i przekonał się, że nadal znajduje się na kanapie w Pokoju Życzeń, ale jest przykryty zielonym kocem. Powoli rozejrzał się wokół. W fotelu siedział nie kto inny tylko Draco Malfoy. Właśnie podnosił książkę, a w międzyczasie odruchowo poprawił koc i okrył nim stopy Harry’ego.
- Czy Pokój Życzeń wpuściłby tu Śmierciożerców, kiedy śpię? – To było pierwsze, co przyszło mu do głowy. Ślizgon nie odpowiedział, skupiony na książce. – Która godzina?
- Siódma, Potter. Przez ciebie nie mogliśmy dzisiaj ćwiczyć. Na dodatek jestem głodny. Nie wiem, wydaje mi się, że raczej nie. Ten pokój nie jest taki głupi. Wpuścił mnie, bo „wiedział”, że nic ci nie zrobię. Tak sądzę. – Harry uśmiechnął się lekko, zastanawiając się jak można oskarżać, marudzić i tłumaczyć coś dokładnie tym samym tonem. Chłodnym i lekko cynicznym w przypadku Draco.
- Długo śpię? Kiedy przyszedłeś? Dlaczego okryłeś mnie kocem?
- Jezu, Potter! Nie widzisz, że czytam? Czy ci twoi Mugole naprawdę nie wyjaśnili ci, że kiedy ktoś czyta, nie przeszkadza mu się? Poza tym, co ja niby jestem? Magiczna kula? Nie służę do odpowiadania na pytania zapijaczonych Gryfonów. Nie wiem, ile już śpisz. Przyszedłem o szóstej. Wyglądałeś już wtedy jak kompletna kupka nieszczęścia, drżałeś i uznałem, że jeżeli dostaniesz zapalenia płuc i umrzesz, raczej nie zbawisz czarodziejskiego świata i nie zabijesz Voldemorta, więc cię przykryłem. Coś jeszcze?
- Podobno jesteś głodny – odburknął głupio Harry, drapiąc się po głowie.
- Jestem – zgodził się Malfoy, wracając do lektury. Przez pięć minut trwała cisza, podczas której on nadal czytał, a Gryfon usiłował zmusić swoje ciało do współpracy. Planował wstać, zjeść coś, umyć się i iść na lekcje. Kiedy już udało mu się usiąść, Draco skończył czytać i odłożył książkę na podłogę. W tym czasie na stoliczku pojawiła się owsianka po królewsku i budyń karmelowy, ulubiony deser Harry’ego.
- Jesteś nagi – stwierdził spokojnie blondyn, zajmując się swoją owsianką.
- Wcale nie. – Na wszelki wypadek Potter zerknął w dół. Miał na sobie szkarłatne spodnie od piżamy i… Właściwie nic poza tym. Ale na pewno nie można było powiedzieć, że jest nagi. – Mam spodnie.
- Ależ oczywiście. – Spojrzenie Malfoya skupiło się na drobnym czarnym meszku pod pępkiem Gryfona. Chłopak skrycie cieszył się, że już nie jest tym mizernym chuchrem, jakim był jeszcze kilka lat temu. Nabrał trochę masy mięśniowej, choć nie wyglądał jak kulturysta. Były to delikatne, zbite mięśnie szukającego. Wyglądał dobrze. Sam sobie się dziwił, kiedy patrzył w lustro, ale teraz dziękował bogom za to, że Malfoy nie widział go nago wcześniej. Jeszcze tego brakowało, żeby stroił sobie żarty z jego marnej budowy.
- Szczerość – zaczął krótko blondyn, słodząc owsiankę. – Też miewam koszmary.
- Ja wcale…
- Nie mam zamiaru o tym z tobą dyskutować, Potter – uciął oschle. – Twoja kolej.
- Chyba zostanę pijakiem – stwierdził z żalem Harry, wbijając wzrok w budyń.
- Dziwisz się? To chyba normalne. Po wojnie zostaną jedynie pijacy, narkomani, naiwniacy, którzy po prostu mieli szczęście i Mugole.
- Ale Hermiona, Ron, McGonagall...
- Nie bądź głupi, Potter. – Malfoy skrzywił się brzydko. Jeden z niesfornych kosmyków opadł mu na czoło. – Każdy ma w tych czasach jakieś swoje uzależnienie. Nie ma ludzi bez piętna wojny w sobie. W twoim i moim przypadku to jest proste. Pijemy. Najzwyczajniej w świecie chlamy Ognistą Whisky, wmawiając innym, że to lubimy. Do tego walczymy. Ta twoja Granger i Weasley sami dla siebie stanowią narkotyki. Jeden bez drugiego nie potrafi przeżyć godziny. Tak jak ty lub ja bez walki albo picia. Nauczyciele obsesyjnie zadają nam prace domowe, żeby móc coś sprawdzać. Jeżeli tego nie robią, wariują. Podejrzewam, że nie obchodzi ich nawet, czy cokolwiek z tego wyciągamy. Po prostu pragną sprawdzać wiedzę innych. Pansy natomiast się przebiera. Non-stop szuka nowych ciuchów i rozmawia o nich z tymi swoimi głupimi przyjaciółkami. Pod mundurkiem codziennie ma dziesiątki kombinacji. Oczywiście, twierdzi, że to jej nowa pasja. A ja oczywiście mówię, że jej wierzę. Blasie i Nott pieprzą się jak króliki. Gdziekolwiek i z kimkolwiek. Kiedykolwiek. Ostatnio widziałem Zabiniego, wymykającego się o drugiej w nocy. Zawsze był rozpustny, ale teraz to już istne szaleństwo. Potter. Wszyscy. Jesteśmy. Pijakami i narkomanami.
- Ale… - Harry uchylił usta ze zdumienia. Nigdy by nie pomyślał, że Malfoy może tak uważnie obserwować ludzi. On sam kompletnie nie zdawał sobie sprawy z własnych pobudek, nie mówiąc o reszcie świata. Nie zauważył… Nie zauważył tego nawet u swoich najlepszych przyjaciół. Najbliższy był dostrzeżenia tego u Ślizgona.
- Nie rób takiej głupiej miny, bo ci jeszcze zostanie. I co wtedy zrobiłby Prorok, co? Musieliby drukować coś takiego. – Głos blondyna nadal był zimny i spokojny. Chłopak zdawał się kompletnie nie przejmować tym, co powiedział, ale Harry wiedział, że to jedynie gra. Bo przecież… Gdyby było inaczej, Malfoy nie uzależniłby się od whisky.
- Ja… Nie patrzyłem tak na to wszystko – przyznał wreszcie Gryfon.
- Wiem. Jesteś na to zbyt durny. Ale czego innego można by się spodziewać po naszym cudownym Wybrańcu? Gdyby nie kujonica Granger, zginąłbyś już dawno temu.
- Pewnie tak – zgodził się pokornie Harry, kończąc swój budyń. Zastanawiał się, czy nie poruszyć tematu ich ostatniego spotkania, ale właściwie nie był pewien, czy ma na to ochotę. Strategia Malfoy’a chyba jednak była lepsza. Udawać, że nic takiego nigdy nie miało miejsca i żyć dalej. Tak. Zdecydowanie tak. Ciekawe, czy on był tu wczoraj…
- To co, Potter? Zamierzasz się kiedyś umyć i iść na lekcje?
- O. – Harry odłożył łyżkę i intensywnie pomyślał o łazience. Już po chwili zobaczył brązowe drzwi, jak przypuszczał, właśnie do łazienki. Uśmiechnął się zakłopotany, ale odsunął koc i wstał. Zignorował uważne spojrzenie Malfoya i powoli wszedł do nowopowstałego pomieszczenia.
Orzeźwiający prysznic to było właśnie to, czego potrzebował. Pod wpływem wody, obudził się wreszcie do końca. Nie śpieszył się. Powoli mył włosy i namydlał resztę ciała, zastanawiając się nad słowami Ślizgona. Czy rzeczywiście po wojnie nie zostanie na świecie żaden normalny czarodziej? Czy oni wszyscy już zawsze będą nosili w sobie resztki strachu?
- Nie chcę o tym myśleć – mruknął sam do siebie, wdychając przyjemny zapach waniliowego płynu do mycia ciała. Opłukał się, wytarł włosy i wyszedł spod białego prysznica. Niebieski dywanik przyjemnie pieścił jego stopy, kiedy wpatrywał się w duże lustro bez ramy. Kilka świec lśniło jasno nad jego głową, sprawiając, że zielone oczy przyjemnie błyszczały.
- Całkiem niezłe z ciebie ciacho – niemal wykrzyczało lustro, a Harry parsknął śmiechem. Najwidoczniej ono miało doskonały humor.
- Dziękuję – odpowiedział szczerze i pogładził się po brodzie. Jednodniowy zarost… Postanowił, że da sobie spokój z goleniem i owinięty ręcznikiem w pasie, wyszedł. Zszokowany zamarł, kiedy zobaczył, że Malfoy dalej siedzi w fotelu i czyta. Wchodząc pod prysznic, Harry był pewien, że chłopak po prostu sobie pójdzie.
- Całkiem niezłe z ciebie ciacho – sparodiował lustro blondyn i uśmiechnął się złośliwie. Harry zaczerwienił się po koniuszki uszu, nadal sparaliżowany i niezdolny do ruchu. Właściwie, nie powinien się przecież przejmować… To był tylko Malfoy, ale jego ciało wcale nie chciało słuchać głowy.
- Nie podziękujesz mi za komplement? – zakpił Draco, kładąc sobie książkę na kolanach. Gryfon głupio pomyślał, że jest ciekawy, co on tam właściwie czyta.
- Nie sądzę, żeby w twoich ustach to było pochlebstwo.
- Och, jakże głęboko się mylisz, Potter – odpowiedział całkiem poważnie Malfoy, wprawiając Harry’ego w jeszcze większe zakłopotanie. Po chwili jednak, roześmiał się obrzydliwie, a na jego twarzy pojawił się nawet delikatny rumieniec rozbawienia. Harry posłał mu jedynie wściekłe spojrzenie i wbiegł z powrotem do łazienki, tam przywołując swoje ubrania i szybko je zakładając.
- Dupek – warknął jeszcze, wychodząc już z Pokoju Życzeń.

Siedząc na lekcji historii obok Hermiony i Rona, Harry postanowił wreszcie poobserwować przyjaciół. Usiłował dostrzec to, o czym mówił Malfoy i z coraz większym niezadowoleniem zrozumiał, że Ślizgon miał rację. Jego przyjaciele zachowywali się inaczej niż kiedyś. Nadal kłócili się szeptem o to, że Ron śpi zamiast słuchać, a Hermiona skrzętnie robiła notatki, ale ich kolana stykały się pod ławką, a spojrzenia były czulsze. Potter zastanawiał się czy ich miłość jest po prostu dojrzalsza, czy naprawdę jest to sposób na radzenie sobie z wojną.
- Co się tak patrzysz? – spytał w końcu Weasley.
- A nic… Nudzi mi się po prostu – mruknął Harry.
- Ej, wy dwaj… Cicho. – Hermiona spojrzała na nich spode łba i wróciła do pisania. Jednocześnie zbliżyła się nieco do Rona. Teraz dotykali się również ramionami.
Harry zganił się w myślach za oddalenie od przyjaciół i obiecał sobie w myślach, że teraz będzie o nich bardziej dbał. Bo skoro nie zauważył tego, co się z nimi dzieje… Oznaczało to, że poświęca im za mało uwagi.
Teraz skupił się na innych w klasie. Seamus właśnie szeptał proste zaklęcie, które zaplatało z kilku sznurków dziwne bransoletki. Dopiero teraz dotarło do Harry’ego, że wielu Gryfonów ma już na nadgarstkach jego wyroby. Najwyraźniej to właśnie było sposobem chłopaka.
Jak na zawołanie, przed nosem chłopaka pojawiła się karteczka. Delikatnie otworzył liścik i przeczytał prośbę Seamusa. Chłopak prosił o chwilę sam na sam po zajęciach Gwardii Dumbledora. Harry zgodził się bez wahania, zastanawiając się, czy tym razem on dostanie bransoletkę.

Tego wieczoru Gwardia Dumbledora była naprawdę wykończona. Harry bardzo naciskał aby powtórzyli naprawdę wszystko, czego nauczyli się do tej pory i pojedynkował się osobiście z każdym uczestnikiem. Pod koniec był już tak mokry, że krople potu spadały na drewnianą podłogę.
- Bardzo dobrze – powiedział w końcu, pomagając wstać Neville’owi. – Naprawdę jest bardzo dobrze. Myślę, że możemy na dzisiaj kończyć. – Wszyscy jak jeden mąż skierowali się w stronę stoliczków z napojami i przekąskami. W ciszy pili, a Harry przyglądał się Malfoy’owi, który nawet w tej chwili wyglądał dumnie. Pansy szeptała mu coś na ucho, a on sam uśmiechał się ironicznie. Gryfon wyczuł jednak w tym grymasie odrobinę ciepła. Ciepła, które wyniosły arystokrata okazywał niezwykle rzadko.
- Harry. – Seamus podszedł do niego.
- Pamiętam. – Poczekali oboje, kiedy wszyscy wyjdą i wtedy w Pokoju Życzeń pojawiła się wyjątkowa mięciutka kanapa. Opadli na nią i przez chwilę jeszcze odpoczywali.
- Chciałem ci to dać. Myślę, że wiesz, co to jest. – Chłopak wyciągnął z kieszeni plecioną bransoletkę w kształcie złoto-szkarłatnego lwa. – Daj rękę. – Kiedy tylko zwierzę dotknęło skóry Harry’ego zaczęło szaleńczy bieg wokół jego nadgarstka. Na końcu cicho zaryczało. Seamus czekał w napięciu na reakcję kolegi, a sam Potter z zachwytem wpatrywał się w to małe dzieło. Nie spodziewał się, że to będzie tak fajna rzecz. Uśmiechnął się do blondyna przed sobą.
- Genialne – stwierdził krótko, a oczy Semusa zalśniły radośnie.
- Naprawdę ci się podoba?
- Jasne. Jest super. Będę ją codziennie nosił. Mam nadzieję, że jest trwała?
- Tak. Rzuciłem na nią jeszcze kilka zaklęć. Spokojnie możesz robić z nią co chcesz.
- Dziękuję. To wspaniały prezent. – Harry uśmiechnął się jeszcze szerzej. – To co? Idziemy do wieży?

Dzień meczu. Gryffindor kontra Huffplepuf. Jak zawsze, Harry prawie nic nie jadł, a przyjaciele próbowali coś w niego wmusić. On oczywiście odmawiał im, mówiąc, że wszystko będzie dobrze i że zje zaraz po skończonym meczu. Hermiona tylko kręciła nosem, a Ron śmiał się z niego, sam wcinając wszystko, co wpadło mu w ręce. Miał zupełnie inną filozofię. Twierdził, że im więcej zje, tym lepiej wypadnie na meczu i wydawał się w to święcie wierzyć. Gdy Hermiona mówiła mu, że pewnego dnia wszystko zwymiotuje podczas lotu, zbywał ją i dalej zachłannie pożerał to, co akurat było obok.
Wchodząc do szatni, Harry czuł już ukochane mrowienie w żołądku.
- No dobrze, ludzie. Spierzmy im tyłki – powiedział do drużyny, a chwilę później wszyscy wyszli na boisko. Uścisnął jeszcze dłoń Ronowi, tak na szczęście i wskoczył na miotłę. Gdy tylko usłyszał gwizdek, wzbił się w powietrze, czekając na okazję.
Mecz toczył się dość spodziewanie. Gryfoni cały czas utrzymywali przewagę nad Puchonami, choć wszyscy cały czas byli skupieni. Nikt jednak nie zdążył zareagować, kiedy jeden z tłuczków nagle zmienił tor lotu i poleciał prosto w stronę Harry’ego. Chłopak leciał właśnie wtedy w kierunku znicza, którego udało mu się dostrzec i uderzenie mocno nim wstrząsnęło. Poczuł jak prawy obojczyk pęka z trzaskiem. Zakręciło mu się również w głowie, ale nie spadł. Nie zaprzestał również pogoni za zniczem. Szukający Puchonów leciał tuż za nim i był coraz bliżej…
- I uwaga… Uwaga… Tak! Harry Potter złapał znicz!
- Wygraliśmy – wyszeptał Gryfon i spadł z miotły, osuwając się w ciemność.

- Budzi się!
- Harry, wszystko w porządku? – Głos Hermiony powoli dotarł do jego świadomości. Otworzył oczy i ujrzał nad sobą twarze dwójki przyjaciół. Nie wyglądali na zbytnio zmartwionych. Raczej na uradowanych.
- Ciągle masz jakieś kontuzje, stary – stwierdził po prostu Ron i uśmiechnął się, podając mu czekoladową żabę. – Obojczyk już się prawie zrósł, ale jest nadal kruchy, więc musisz sobie na razie darować Gwardię. Na jakieś trzy dni. No i nie przemęczaj się za bardzo. No. Pomfrey powiedziała, że jak tylko się obudzisz, masz coś zjeść. A już jutro możesz spokojnie wyjść.
- To fajnie. – Harry uśmiechnął się do przyjaciół i spokojnie zajął się jedzeniem.
W nocy znów prześladowały go sny o rodzicach i Syriuszu. Tym razem jednak, nie było w nich Cedrika. Gryfon wiercił się i kręcił i kilkakrotnie budził z niemym krzykiem, spocony jak po ciężkim treningu. Biel ścian Skrzydła Szpitalnego miała chyba uspokajać, ale jemu tak strasznie kojarzyła się ze śmiercią, że zaraz znowu zaciskał powieki.
Kiedy tylko pani Pomfrey go zwolniła, wyskoczył z łóżka jak opętany, szybko się przebrał i popędził do Pokoju Życzeń. Był wieczór następnego dnia, bo pielęgniarka uparła się go jednak przetrzymać jeszcze kilka godzin.
Chłopak szybko stawiał kroki, ignorując innych uczniów. Był skupiony jedynie na tym aby zapaść się wreszcie w przyjemnie miękkiej kanapie i napić. Przerażało go to. Nie chciał się taki stawać, ale myśl o przespaniu chociaż kawałka nocy bez koszmarów… Bez tych cholernych wspomnień… Ta wizja była tak cudowna, że był gotów wypić nawet tuzin butelek Ognistej Whisky.
Tym razem, to on był drugi. Kiedy wszedł do Pokoju Życzeń, Draco Malfoy już siedział na zieloniutkiej kanapie i był w trakcie drugiej butelki. Na jego twarzy widać było ślady łez, a nos lekko błyszczał i był czerwony. Harry po raz pierwszy w życiu widział Ślizgona w takim stanie. Bez słowa podszedł do niego i opadł obok, sięgając po szklankę i upijając duży łyk. Przymknął powieki, ale wtedy znów miał przed oczami Syriusza wpadającego za zasłonkę, więc błyskawicznie je otworzył.
- Sławny Harry Potter nie lubi Skrzydła Szpitalnego? – prychnął Draco.
- Odwal się, Malfoy. Sam nie wyglądasz zbyt dobrze. Czyżby twoje prywatne dormitorium ci nie odpowiadało?
- Nie pieprz głupot, Potter. Co żeście się tak uparli na to dormitorium? – blondyn skrzywił się i sięgnął po whisky. Harry stwierdził, że chyba oboje lubią kremowy, bo ściany były właśnie w tym kolorze. Dywan był brązowy.
- Takie są właśnie plotki. Wielki arystokrata ma swoje własne apartamenty nawet w Hogwarcie.
- Zgłupiałeś – stwierdził sucho Malfoy. – Oto moja chwila szczerości dla ciebie dzisiaj. Kompletnie zgłupiałeś.
- A ty masz piegi na nosie – odpowiedział cicho Harry. – Myślałeś, że skoro zacząłeś je maskować w czwartej klasie, nikt nie będzie pamiętał?
Mina Malfoya była tak niespodziewana, że Gryfon żałował braku aparatu. Całe zimno i ironia zniknęły, a zastąpił je szczery szok. Tak głęboki, że dotarł nawet do szarych oczu.
- Zgłupiałeś. Kompletnie zgłupiałeś.
- Możliwe. – Harry uśmiechnął się krzywo. Pili dalej, nie odzywając się do siebie. Na zmianę nalewali sobie whisky do szklanek i podawali ogórki. Spędzili tak ze sobą dobre dwie godziny, nie wypowiadając ani słowa. W końcu oboje poczuli znużenie. Harry rozparł się wygodniej na kanapie, czując że Malfoy’owa głowa znowu ląduje mu na kolanach. Skomentował to jedynie cichym mruknięciem.

Następnego dnia Harry cicho wymknął się z Pokoju Życzeń, okrywając blondyna brązowym kocem. Uznał, że chłopak wygląda właściwie miło, kiedy tak śpi i się nie odzywa, po czym zszokowany własnymi myślami, pobiegł do wieży Gryffindoru. Tam, niespodziewanie wpadł na Seamusa.
- Harry! Szukałem cię wczoraj, wiesz? – odezwał się chłopak, a na jego jasnej twarzy pojawił się delikatny rumieniec.
- Eee… Tak? – Potter podrapał się po głowie. Czuł, że prysznic jest mu wręcz niezbędny do życia i nie bardzo miał ochotę w tej chwili rozmawiać. – A po co?
- Wiesz… Bo… - Seamus zaczął dziwnie dreptać w miejscu. Harry wbił wzrok w czerwony dywan pod jego stopami i zastanawiał się, czy możliwe by było przetarcie go…
- Tak? – powtórzył wreszcie.
- Zastanawiałem się, czy nie miałbyś może ochoty na wspólne wyjście.
- Wyjście? Gdzie? Przecież nie będziemy w tym roku wychodzić poza teren Hogwartu.
- No tak… Ale niedługo Boże Narodzenie i podobno ma być z tej okazji całkiem duża impreza. McGonagall chce nam wynagrodzić to, że musimy siedzieć w zamku. Ma być bal, taki jak w czwartej klasie i jeszcze na błoniach otworzą jakąś małą knajpkę. Chyba właściciel Miodowego Królestwa postawi namiot. Może nawet zostanie tam na dłużej, jeżeli będzie zarabiać… W każdym razie, brzmi to dosyć ciekawie. Co ty na to?
- No, czemu nie? Chętnie – zgodził się Harry, uśmiechając się ciepło. Twarz Seamusa spłonęła gorącym rumieńcem, ale tego Gryfon już nie widział, bo od razu skierował się do dormitorium. Szybko wziął prysznic, ubrał się w mundurek i obudził Rona.
- Idę na wczesne śniadanie. Spotkamy się na zielarstwie, dobra?
- Mhmm… Ta… Idź, idź… - mruknął rudzielec, przykrywając się z powrotem kołdrą. Harry pokręcił głową z politowaniem, zabrał przyjacielowi pierzynę i dźgnął go w bok.
- Ja idę. Nie spóźnij się – zarządził i wyszedł, ignorując niezadowolone piski zmarzniętego chłopaka. W Pokoju Wspólnym spotkał Hermionę. Seamusa już nie było, pewnie sam poszedł na śniadanie.
- Co ty tak wcześnie, Harry? – zdziwiła się przyjaciółka, wychodząc przez dziurę w ścianie. Na prawym ramieniu wisiała torba, a pod lewą pachą trzymała jeszcze dwie wielkie książki.
- A wiesz… Jakoś nie mogłem spać.
- Czyżby? – brwi dziewczyny powędrowały wysoko do góry. – A czy przypadkiem nie spałeś znowu w Pokoju Życzeń?
- Eee… - Harry poczuł, że się rumieni. – Skąd wiesz?
- Mówisz jakbyś mnie nie znał. Przecież gdybyś miał zamiar wrócić na noc do wieży, spotkałbyś się ze mną i z Ronem. Na pewno nie poszedłbyś od razu spać. Och, Harry… Martwię się o ciebie. – Wzrok szatynki rzeczywiście wyrażał zaniepokojenie. Chłopakowi zrobiło się głupio, że doprowadza przyjaciółkę do tego stanu, bo doskonale wiedział, że kiedy Hermiona Granger zaczyna się o kogoś denerwować, traci całe dnie aby zrozumieć, co złego dzieje się z daną osobą.
- Nic mi nie jest, naprawdę. – Uśmiechnął się blado. Razem weszli do Wielkiej Sali. Chyba po raz pierwszy Harry był tak wcześnie na śniadaniu. Zdziwił się, że właściwie sporo osób już siedziało i przy swoich stołach i całkiem żywo rozmawiało. Nawet Malfoy właśnie smarował swoją bułkę masłem. Potter posłał mu ironiczne spojrzenie na „dzień dobry”, ale ten nie odpowiedział nawet najmniejszym drgnieniem powieki. Dalej zajmował się swoim pieczywem, udając że nawet nie zauważył Gryfona. Chłopak zdziwił się, bo co jak co, ale jeszcze nigdy nie został przez Ślizgona tak po prostu zignorowany. Malfoy zawsze albo się z niego śmiał, albo kpił, albo posyłał obrzydliwe uśmieszki, ale nigdy… Nigdy go tak zwyczajnie nie olał.
- Harry… Co się tak patrzysz na Malfoy’a? – spytała Hermiona, siadając. Nałożyła sobie na talerzyk trochę sałatki. – Czy…
- Nie, nic się nie stało. Po prostu… Nieważne. A wracając do poprzedniego tematu. Hermi, nie musisz się mną przejmować. Nic mi nie jest.
- Nie wierzę ci – stwierdziła sucho dziewczyna, nawet na niego nie patrząc. A Harry był właśnie w trakcie pokazywania swojej najbardziej przekonującej miny. – Nie wierzę ci, ale nie mam zamiaru naciskać. Mam nadzieję, że sam mi w końcu powiesz.
- Ale ze mną naprawdę jest wszystko w porządku. Nawet umówiłem się z Seamus’em, wiesz?
- Tak? – Głos Hermiony nieco się ożywił. Spojrzała na przyjaciela kątem oka i uśmiechnęła się, tym razem szczerze. – To dobrze. Ja… My… - Nagle zaczerwieniła się widocznie, co było w jej przypadku rzadkością. – Idziemy z Ronem na czekoladę. Wiesz, do tego namiotu, co ma być na błoniach… Trochę martwiłam się, że nie będziesz miał towarzystwa, ale skoro tak… No to bardzo fajnie.

***

Pokornie proszę o komentarze.

PostNapisane: 17 lut 2012, o 15:09
przez CrazyCry
Między Harry'm a Draco mogłoby już zacząć się dziać coś więcej, nie mogę się doczekać ;).
Tak się zastanawiam...czy Harry wie, jakiego rodzaju będzie to spotkanie z Seamusem?
"Odkręcił butelkę, spojrzał na nią oschle, ale nadał sobie sporo…" nalał
"szaleńczy bieg wokół jego nadgarstku" nadgarstka
"Chłopak wyciągnął z kieszeni plecioną bransoletkę w kształcie złoto-szkarłatnego lwa."
Bransoletka w kształcie lwa o.O? Że niby jak to wygląda?
"Ponfrey powiedziała, że jak tylko się obudzisz, masz coś zjeść."
Pomfrey

Mecz quidditcha mogłabyś opisać bardziej szczegółowo. Pozdrawiam i życzę weny :).

PostNapisane: 17 lut 2012, o 15:57
przez Nessa
Ale masz tempo, kobieto. Ledwie zdążę zajrzeć na forum a tu już kolejne rozdziały. Nie żebym narzekała, absolutnie nie.
A teraz do rzeczy. Muszę przyznać, że w przedostatnim rozdziale mój mózg wrzasnął "NIE! To za szybko!", ale na szczęście w tym już zwolniłaś z ich relacją, choć wyraźnie widać, że Draco leci na Pottera. ogólnie gustuję w wolniejszym rozwoju wydarzeń, lubię się naczekać nim bohaterowie uświadomią sobie to i owo, ale tak też nie jest źle. To twoja wizja na tekst, więc nie powinnam marudzić. Jednak zamarudzić trochę muszę, Nadal, choć już mniej, skaczesz z fabułą poza drarrystycznym wątkiem. Mecz qudditcha znacznie lepiej prezentowałby się w dłuższej formie, a tak to ledwie wskoczył na miotłę i już oberwał. Oczywiście wiem, że minęło pomiędzy jednym a drugim trochę czasu, ale tego nie odczuwam. Za to do plusów zaliczam to, że zaczęłaś pisać znacznie więcej opisów i gdybyś innym wątkom poświęcała tyle samo zainteresowania byłoby naprawdę dobrze. Harry alkoholikiem? Spotkałam się z tym w czasach powojennych, nigdy w szkolnych, więc uznaję za ciekawe.

A i jeden logiczny błąd.
Kiedy wszedł do Pokoju Życzeń, Draco Malfoy już siedział na zieloniutkiej kanapie i był w trakcie drugiej butelki. Na jego twarzy widać było ślady łez, a nos lekko błyszczał i był czerwony. Harry po raz pierwszy w życiu widział Ślizgona w takim stanie.

A co z 6 rokiem? Przecież widział wtedy Malfoya płączącego.

Na dziś to tyle z mojej strony, czekam na więcej :).
Weny!

PostNapisane: 17 lut 2012, o 16:30
przez olka_12
Zgadzam się z CrazyCry :) Nie mogę się doczekać, aż między Harry'm i Draco wreszcie dojdzie do czegoś więcej. Rozdział mi się podoba, jak wcześniejsze. I jeszcze teraz dziwnie rumieniący się przy Harry'm Seamus...czyżby czuł do Potter'a miętę? :D Czekam na ciąg dalszy! Pozdrawiam i życzę weny.

Re: [NZ] [R] Szczerość na śniadanie (6/?)

PostNapisane: 20 lut 2012, o 13:29
przez karmelowa
Rozdział 7


Ron przyszedł kilkanaście minut później. Harry i Hermiona byli właśnie przy deserze, kiedy rudzielec wpakował się pomiędzy nich i ziewnął ostentacyjnie. Granger rzuciła mu ostre i jednocześnie nieco rozbawione spojrzenie, a Harry uśmiechnął się tylko szeroko.
- No, stary, udało ci się dotrzeć – zaczął poważnie. – Już myślałem, że krwiożercze schody cię pokonają.
- Nie żartuj, Harry – mruknął Ron. – Jeżeli coś, prócz Voldemorta może mnie zabić, to jest to na pewno poranne wstawanie. Ja się zwyczajnie do tego nie nadaję i nic nigdy tego nie zmieni.
- Mam rozumieć, że jeżeli Śmierciożercy zaatakują zamek przed szóstą rano, nie mam co liczyć na twoją pomoc? – Potter nałożył sobie trochę budyniu karmelowego. Był szczerze zdziwiony, ale deser w wykonaniu pani Weasley naprawdę był lepszy od tego, które robiły skrzaty. Kiedy po raz pierwszy spróbował jej wersji, był tak zszokowany, że niemal nie mógł mówić.
- Właśnie tak, stary. Nikt nie zmusi mnie do wstania tak wcześnie. Ktokolwiek będzie chciał mnie zabić, poczeka.
- Zapewne – mruknęła Hermiona. – I pewnie jeszcze pozwoli ci w spokoju zjeść śniadanie abyś nie musiał umierać na głodniaka.
- Właśnie tak.

Pani Sprout wymyśliła, że w tym roku również będą zajmować się Mandragorami, ale tymi niemalże dorosłymi. Harry wątpił czy jest to dobry pomysł, ale profesor uznała, że każdy z nich powinien potrafić to zrobić.
- Mandragory są składnikiem wielu bardzo przydatnych eliksirów. Nie zawsze jednak można je dostać, zwłaszcza w tych czasach. – Skrzywiła się brzydko. – Dlatego właśnie, każdy z was powinien potrafić zająć się tą rośliną na własną rękę. Dzisiaj nauczę was jak w miarę bezpiecznie wyrwać i obezwładnić Mandragory. W tym stanie będą najdłużej świeże i przydatne, dlatego ważne jest aby ich od razu nie zabijać.
Harry zauważył jak Hermiona krzywi się za każdym razem, kiedy padało słowo „zabijać”. Uśmiechnął się delikatnie. Jak to możliwe, że dziewczyna nadal zastanawiała się na tym, czy etycznie jest „mordować” te rośliny, a radziła sobie z likwidacją Śmierciożerców. Była jednocześnie bezwzględna i tak niewinna jak tylko może być dziewczyna. Gryfon uznał, że właściwie kocha to w przyjaciółce. Miał szczerą nadzieję, że nawet po wojnie dziewczyna będzie potrafiła prawić długie kazania na temat złego traktowania skrzatów domowych i dalej będzie walczyć o sprawiedliwość dla każdego. Cieszył się, że wojna nie pozbawiła jej czułości.
- Mam dla was nauszniki. – Profesor Sprout wskazała na stare, zmechacone nauszniki. Tak samo różowe lub szare do wyboru, jak kiedyś. – Tym razem jednak, użyjemy jeszcze specjalnych zaklęć ochronnych, bo jeżeli pan Longbottom znowu nieudolnie założy te cudeńka na uszy… Tym razem nie skończy się na omdleniu. – Kobieta spojrzała surowo na Neville’a, a ten zaczerwienił się jak dorodny burak. Po twarzach Gryfonów było widać delikatne rozbawienie na wspomnienie sytuacji z drugiej klasy. Ślizgoni otwarcie przypominali tamto zdarzenie i głośno chichotali. Malfoy oczywiście był pierwszy w wymyślaniu najbardziej wyimaginowanych porównań, jak to Neville wyglądał, gdy padł na ziemię.
- Może zechcesz sobie przypomnieć, że to ty wsadziłeś palec prosto w paszczę Mandragory – odezwał się Harry, mściwie się uśmiechając. Neville spojrzał na niego z wdzięcznością. Co najdziwniejsze, Malfoy nie odpowiedział. Nie odezwał się nawet słowem. Właściwie wydawał się nie usłyszeć komentarza Harry’ego.
- No dobrze, kochani. Koniec tych żartów. Pokażę wam jak prawidłowo rzucić zaklęcie ochronne.
Przez kolejne pół godziny wszyscy ćwiczyli nowe zaklęcie, a kiedy profesor była już pewna, że każdy z nich wykona je prawidłowo, pozwoliła im się zabezpieczyć, po czym każdy założył nauszniki. Tak jak kiedyś, każdy zrywał się aby dorwać te szare. Mimo, że byli już praktycznie dorośli, widok chłopaka z gustownym różem na głowie, nadal ich wszystkich bawił. Największą uciechę Gryfoni mieli z Malfoya, który jakoś dziwnie się spóźnił i nie udało mu się złapać szarych nauszników. Wyglądał w nich tak komicznie, że nawet pojedynczy Ślizgoni ukradkiem chichotali. Harry natomiast znowu zauważył piegi, które delikatnie zdobiły długi nos chłopaka. Wraz z nausznikami i idealnie przylizanymi włosami Draco prezentował się… Właściwie dość uroczo. Gdyby nie to, że Harry nigdy nie pozwoliłby sobie na takie myśli, pewnie by tak uznał.
Kiedy już się wyśmiali, profesor Sprout pokazała im jak wyjąć Mandragorę, a potem gdzie ją uderzyć różdżką aby została sparaliżowana na kolejne dwanaście godzin. Co najśmieszniejsze, zaklęciem, które je zniewalało było Petrificus Totalus.

W przerwie między lekcjami Harry dostał list od Hagrida. Gajowy pisał, że ma coś BARDZO ważnego do zrobienia i niestety nie będzie go przez następne miesiące. Prosił też aby ani Harry, ani żadne z nich nie wysyłało do niego żadnych wiadomości i sam powiedział, że on również nie będzie nic pisał. Harry poczuł jak żołądek przewraca mu się na drugą stronę. Pierwsze, co zrobił to pokazał list Hermionie i Ronowi.
- No i co myślicie? – spytał szeptem, wsadzając sobie do ust resztkę kanapki.
- Misja dla Zakonu, to oczywiste – odpowiedziała Hermiona.
- Jak myślicie, po co…? Czy on…?
- Nie, na pewno nie ma być szpiegiem – stwierdził szybko Harry. – Jest za duży, no i przecież nie wolno mu używać czarów, prawda?
- Voldemort zbiera armię – powiedziała wolno Granger. – Więc… My też musimy.
- Skąd wiesz, że…?
- A niby co innego robił? – przerwała Ronowi dziewczyna. – Najpierw zbierał wszystkich przychylnych mu czarodziejów, a teraz… Teraz pewnie szuka innych. Nawet największy czarnoksiężnik na świecie potrzebuje wielu aby wygrać.
- Czyli Hagrid pojechał po posiłki? – sprecyzował Harry. – Po część… Armii dla nas?
- Tak myślę.
- W takim razie, chyba nie stanie mu się nic złego? – spytał Ron cicho. Niestety żadne z nich nie było tego takie pewne. Cała trójka mocno się zasępiła i skończyła posiłek w milczeniu. Tak samo ponuro minęła im reszta dnia i nawet pojedynki w Pokoju Życzeń, na których na dodatek nie pojawił się Malfoy. Harry był jednak zbyt przygnębiony zniknięciem Hagrida, aby wreszcie zrozumieć, że Ślizgon najwidoczniej po prostu go unika.
Dopiero późnym wieczorem, kiedy Hermiona i Ron zajęli się sobą, Harry poczuł ukłucie samotności. Zostawił przyjaciół przed kominkiem na kanapie w Pokoju Wspólnym, właściwie prawie pewny, że długo nie zauważą jego odejścia. Wziął jeszcze tylko pelerynę niewidkę i już go nie było. Powolnym krokiem przemierzał korytarze Hogwartu. Czasami przystawał aby pogładzić znajome mury, albo porozmawiać ze szczególnie lubianym obrazem. Wspominał stare czasy, kiedy to wojna z Voldemortem była jeszcze dość odległa. Zastanawiał się, czy kiedy to, co nieuniknione nastanie… Czy coś jeszcze zostanie z jego ukochanego zamku. W końcu skierował swe kroki w stronę Pokoju Życzeń, jak to robił teraz często. Zdziwił się, gdy poczuł coś dziwnego, dostrzegając brak Malfoy’a. Wziął tylko butelkę Ognistej Whisky ze stoliczka i wyszedł. Nie był pewien, gdzie ma iść, dopóki nogi nie zaniosły go do jednego z sekretnych wyjść na błonia. Nie zastanawiając się wiele, Harry dźgnął jedną ze zbroi w lewy bok, a kiedy ta odsunęła się z cichym brzękiem, wszedł do niskiego i wąskiego tunelu. Już po chwili wychodził na zewnątrz. Rzucił prosty czar ogrzewający i skierował się w stronę Jeziora. Wytopił kawałek śniegu i usiadł pod małą wierzbą. Wpatrywał się w rozgwieżdżone niebo i nie mógł uwierzyć, jak spokojny potrafi być świat, kiedy w sercach wszystkich czarodziejów płonął lepiej lub gorzej ukryty strach. Oni cieszyli się z każdego spokojnego dnia, ale Ziemia… Ziemia dalej spokojnie okrążała Słońce i dawała im wszystkim dom. Na Ziemi nadal padał delikatny śnieg, okrywając ją miłą dla oka pierzynką. Na Ziemi nadal były rzeczy piękne. Takie, jak na przykład wielkie Jezioro. Na tafli delikatnie osadził się lód, odbijając światło gwiazd i księżyca. Niedaleko Zakazany Las spowity we mgle dumnie wzbijał się do góry. Wszystko było takie normalne, takie znajome…
Harry usłyszał jakiś hałas. Zamarł, skupiając się na zmyśle słuchu i skrycie cieszył się, że nie zdjął do końca peleryny niewidki. Teraz tylko szybko zarzucił ją sobie na głowę i nasłuchiwał. Po chwili był już pewny, że to kroki. Odwrócił się w stronę, z której mógł dobiegać dźwięk i zauważył dwie ciemne postacie, idące w jego stronę. Szybko się podniósł i podszedł bliżej wierzby. Jednocześnie pokrył śniegiem miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą siedział na suchutkiej trawie.
- Draco, nie chcę żebyś tam szedł. – Piskliwy głosik Pansy brzmiał wyjątkowo poważnie. Harry nastawił ucha.
- Wybacz, kochana, ale twoje „chcę” albo „nie chcę” niestety nie za bardzo mnie w tej chwili obchodzi – syknął Malfoy, zbliżając się do wierzby, za którą stał Harry.
- Ale Draco… Draco, daj spokój. Niech ktoś inny idzie. – Dziewczyna ściskała go tak mocno za ramię, że aż jej kostki zbielały. Na twarzy, która jeszcze niedawno była naprawdę brzydka, malował się strach. Harry zadrżał. Nigdy nie widział aż tak zdesperowanej Ślizgonki.
- Dobrze wiesz, że mogę iść tylko ja – warknął blondyn, stając nad wodą. Wpatrywał się w dal, ignorując palce Pansy, zapewne boleśnie wbijające się w jego rękę.
- Draco…
- Uspokój się, na Merlina. Nic mi nie będzie. Czarny Pan mi ufa.
- Ale jeśli…
- Nie będzie jeśli, Pansy. Wiem, co robię. Nie mam wyboru.
- Draco… Przecież… Możesz przestać. McGonagall na pewno zapewni ci ochronę. Jeśli zrezygnujesz, nikt nie będzie miał nic przeciwko. Nie idź…
- Ależ oczywiście. Ja teraz nie pójdę i co będzie dalej? Snape nie wystarcza. Ostatnio mówił mi, że już mu nie ufają. Nie mówią mu wszystkiego. A to wszystko dlatego, że zabił Dumbledore’a za mnie. To JA miałem go zabić. JA. Jeżeli teraz przestanę przychodzić… Jeszcze zabiją Snape’a. Chcesz tego? Dobrze wiesz, że gdyby nie on… Gdyby nie on… Nieważne. Ty masz całkiem nieźle. Jeszcze się nie zgodziłaś… Nie pozwoliłaś, żeby zmusili cię do tego…
- Draco, proszę… Ucieknijmy. Tylko ty i ja. Uciekniemy tak daleko, że nie będziemy ich obchodzić. Proszę…
- Wiesz, że chętnie bym to zrobił… Najchętniej uciekłbym jak najdalej stąd. – Teraz i w głosie Malfoy’a można było wyczuć strach. Strach, który często okazywał zupełnie bez powodu. Harry dobrze wiedział, że blondyn jest strasznym tchórzem, ale to co robił teraz, wskazywało na coś zupełnie innego.
- Draco…
- Pansy. Koniec dyskusji. Nie ma innego wyjścia. Jeżeli Czarny Pan mnie wzywa… MUSZĘ się pojawić. Rozumiesz?
- A jeśli on ci każe…
- Co? Zwabić gdzieś Pottera? Zabić jego przyjaciół?
- Tak… Co wtedy zrobisz, Draco… Ty nie jesteś zabójcą. Dumbledore to wiedział, twoja matka to wiedziała, Snape to wiedział i ja też to wiem! Ty nie jesteś zabójcą! Nie jesteś taki jak oni! – Pansy tak mocno złapała się ramienia blondyna, że ten aż syknął przez zęby. Z zaczerwienionych oczu lały jej się łzy, a usta drżały. Malfoy odepchnął ją od siebie i podwinął rękaw. Harry po raz drugi zobaczył znamię Śmierciożerców. Mimo tego, że zdawał sobie sprawę z tego, że wąż tam jest… Wzdrygnął się.
- Pansy, popatrz! – krzyknął Ślizgon. Dziewczyna zacisnęła zsiniałe usta i odwróciła wzrok. – Patrz, do cholery! Widzisz to gówno, które mam na przedramieniu?! Jestem Śmierciożercą. – Jego głos znowu się uspokoił. Teraz brzmiał sucho i bez emocji. – Nie mogę już tego zmienić. Mogę pomagać… Ale nie mogę kompletnie odpuścić Czarnego Pana. Nie możesz być najpierw Śmierciożercą, a potem żyć sobie jak taki Longbottom. Nie da się. Dopóki Potterowi nie uda się go zabić… Ja będę Śmierciożercą i będę miał obowiązek stawiać się zawsze, kiedy wezwie mnie Czarny Pan. Rozumiesz?
- Draco… - Oczy dziewczyny wyglądały teraz jak spodki. Harry’emu nawet zrobiło się jej żal, ale jeszcze bardziej współczuł Malfoy’owi, który właściwie nie miał wyboru. Został skazany na takie życie w dniu, w którym się urodził. Nawet jeśli teraz zrozumiał, kim chce być… Nie mógł tak po prostu odejść i udawać, że nigdy nie opowiedział się po stronie Voldemorta. Może być szpiegiem lub może umrzeć. Nic więcej mu nie pozostało.
- Nie martw się o mnie – powiedział w końcu blondyn, pozwalając dziewczynie przytulić się mocno. Jego rysy twarzy złagodniały, a wzrok przestał ciskać gromy w przestrzeń. Właściwie wyglądał dość marnie.
- Wróć szybko – wyszeptała Pansy i otarła resztki łez. – Nie mogę iść z tobą dalej.
- Nie martw się o mnie – powtórzył Malfoy i wyprostował się. Ślizgonka go puściła, a on sam ruszył w stronę Zakazanego Lasu. Kiedy odchodził, skrawkiem szaty zahaczył o pelerynę Harry’ego. Zatrzymał się na chwilę, ale zaraz ruszył dalej, idąc jeszcze szybszym krokiem. Serce Pottera biło jak oszalałe i cieszył się, że jest tu Pansy. Miał wrażenie, że gdyby nie ona… Malfoy pokusiłby się o sprawdzenie swojej intuicji.
- Draco… - zapiszczała Pansy, patrząc za przyjacielem. Kiedy chłopak zniknął między drzewami, odwróciła się na pięcie i sama dość szybko poszła do zamku.
Harry jeszcze kilka minut krył się za drzewem, ciężko oddychając. W głowie miał jedynie minę Malfoy’a i jego spokojny ton, kiedy opowiadał o tym wszystkim. Właściwie nigdy się nie zastanawiał, dlaczego chłopak jest taki, jaki jest. Zwyczajnie zajął się nienawidzeniem go i nie obchodziły go pobudki Ślizgona. Teraz jednak wreszcie do niego dotarło, że może jednak… Może jednak to, co usłyszał z ust Draco tego wieczoru, gdy się oboje upili… Może to wszystko był właśnie prawdziwy chłopak. Może właśnie to było to, kim był. Chłopakiem zmęczonym i zawiedzionym życiem. Owszem, złośliwym, ale nie w sposób okrutny czy nieznośny. Może był bardziej podobny do Harry’ego niż ten chciałby przyznać…

Przy śniadaniu Gryfon nie mógł sobie znaleźć miejsca. Cały czas się kręcił, kładł i brał do ręki widelec, pił sok dyniowy jak słoń i kompletnie nie słyszał tego, co działo się wokół niego. Widział jedynie stół Slitherinu i puste miejsce, zamiast Malfoy’a. Z miny Pansy i jej napuchniętej twarzy wywnioskował, że powodem nieobecności chłopaka nie było nic tak prozaicznego jak zwyczajne zaspanie. Gdyby nie strach w oczach Ślizgonki, byłby skłonny wierzyć w to, że Malfoy miał być tak długo nieobecny, ale zachowanie dziewczyny przeczyło temu.
- Harry. Harry. Harry… - Ginny szarpała go za ramię już chyba od dobrej minuty. Ocknął się dopiero kiedy mocniej go ścisnęła. – Harry, co się dzieje?
- Co? O, Ginny. Nie, nic się nie dzieje. Wiesz, trochę boli mnie brzuch. – Potter zdecydował się w końcu odłożyć widelec na stół.
- Hermiona. – Złapał przyjaciółkę za rękę i bez słowa zmusił ją do wstania i pójścia za nim. Ron został, zgromiony jego spojrzeniem, a szatynka niechętnie zgodziła się za nim iść.
- Harry, co ty robisz? – mruknęła pod nosem, kiedy wychodzili z Wielkiej Sali. Chłopak już chciał jej opowiedzieć o tym, co usłyszał poprzedniego wieczoru i poprosić aby wymyśliła jakiś mądry sposób dowiedzenia się, co z Malfoyem, kiedy nagle wpadli właśnie na blondyna. Chłopcy zderzyli się tak mocno, że Ślizgon grzmotnął tyłkiem o ziemię.
- Granger – warknął jedynie i błyskawicznie się podniósł. Zignorował Harry’ego, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem. Twardym krokiem odmaszerował i zaraz zniknął w Wielkiej Sali. Potter zmrużył oczy.
- On cię unika – stwierdziła w końcu Hermiona. – Dlaczego?
- Był wczoraj na spotkaniu – mruknął tylko Harry i odszedł, ignorując nawoływanie przyjaciółki.

Spóźnił się na eliksiry, ale na szczęście w tym roku uczyła ich całkiem sympatyczna kobieta, której nazwiska nie umiał zapamiętać. Była to wysoka, bardzo szczupła, młoda czarownica z kłębem czarnych, kręconych włosów na głowie i zadziornym błyskiem w błękitnych oczach. Harry właściwie ją lubił, a i ona zdawała się pałać do niego sympatią. Kobieta była nawet na tyle wspaniałomyślna, że nieco zmieniła wystrój klasy. Co prawda podłogi, ściany i sufit nadal były bure, ale drewniane półeczki i stoliki przestały straszyć złowieszczo wyglądającymi plamami. Wkradło się tu również nieco światła słonecznego, które profesor przemyciła w specjalnych lampionach. Nie martwił się więc o konsekwencje swojego spóźnienia. Skłonił się tylko, grzecznie przeprosił i zajął swoje miejsce obok Rona. Profesor była właśnie w trakcie wygłaszania zwięzłego monologu na temat ich najnowszego zadania: eliksiru odwagi. Na dźwięk tych słów kilka osób zadrżało. Harry uśmiechnął się w duchu.
- No dobrze. A teraz dobiorę was w pary, dobrze? – Czarownica uśmiechnęła się ciepło, po czym przeszła na środek klasy. – No dobrze. Panna Granger z panem Nottem. Pan Longbottom z panną Brown. Pan Potter z panem Malfoyem. Pan Weasley z panem Crabbe'em. Pan…
Harry czekał chwilę, ale widząc że Draco nie ma zamiaru ruszyć się choćby o milimetr, podszedł do niego. Średniej wielkości kociołek stał na drewnianym stoliczku, ostatnim w rzędzie po lewej stronie i lśnił czystością. Chyba tylko ktoś taki jak Ślizgon mógł się tak bardzo przejmować stanem czegokolwiek do eliksirów.
- Mam nadzieję, że wszystkim uda się przyrządzić tę miksturę. Nie jest to rzecz, która szybko ulotni się z waszych głów. Mam nawet wrażenie, że wielu z was kiedyś się przyda – powiedziała czarownica. – Zaczynajcie.
- No dobra… Oko traszki – wymruczał Harry, czytając pierwszy składnik eliksiru. Od czasy, gdy w poprzednim roku eliksiry przestały sprawiać mu trudności, poczuł nawet coś na kształt delikatnego zafascynowania tym przedmiotem. Doskonale zdawał sobie więc sprawę z tego, że najpierw powinien spokojnie przeczytać wszystkie potrzebne składniki oraz sposób przygotowywania eliksiru, a dopiero potem brać się za robienie go, ale usiłował jakoś sprowokować Malfoya. Jego kompletny brak zainteresowania w stosunku do niego zaczynał go nie tylko denerwować, ale również niepokoić. Nie dość, że Malfoy przestał być przydatny dla Gwardii Dumbledore’a, Gryfon nie znał również przyczyny jego dziwnego zachowania. Musiał mieć pewność, że blondyn nie ma wobec niego niecnych zamiarów. Zwłaszcza po tym, co usłyszał poprzedniej nocy.
- Oko traszki – powtórzył więc, nieco głośniej tym razem i skierował się do szafki ze składnikami. Wyciągnął jedno oko ze słoiczka, położył je na deseczce do krojenia i wziął spory, metalowy nóż. Malfoy nawet nie drgnął, wpatrzony w swój podręcznik, mimo że ostrze powinno być diamentowe. Nie zrobił nic również wtedy, kiedy Harry pokroił oko i po prostu wrzucił je do kociołka, nie wlewając do niego uprzednio trzy razy przegotowanej wody. Potter nie należał jednak do ludzi, którzy tak łatwo się poddają. Wlał więc gorącą wodę do kociołka, potem zamieszał kompletnie niezgodnie z przepisem w lewą stronę i wyciągnął z szafki pazur nietoperza. Nie przejął się tym, że najpierw trzeba go natrzeć krwią sklątki tylnowybuchowej, tylko od razu wrzucił trzy, zamiast czterech do bulgoczącego wywaru. Mina Dracona nadal pozostała idealnie obojętna. Zdenerwowany Harry po w końcu wziął wszystkie potrzebne rzeczy i cisnął je do kociołka, który aż się zachwiał. To również nie przyniosło skutku. Wrzucił do tego swój włos, potem zamieszał raz łyżką drewnianą, a potem metalową i byłby dalej kombinował jak wyprowadzić Ślizgona z równowagi, gdyby cały kociołek po prostu nagle nie wybuchnął, oblewając ich oboje i prawie połowę klasy, wrzącym wywarem.

***

EDIT: Właśnie odkryłam, że słowo "Malfoya" piszę się właśnie tak, a nie "Malfoy'a" jak to dotychczas robiłam. W wolnej chwili postaram się to zmienić.

Wytknięte błędy poprawione :)

Pokornie proszę o komentarze :)

PostNapisane: 20 lut 2012, o 16:50
przez CrazyCry
Znalazłam kilka drobnych błędów, ale ogólnie jest lepiej :).
"Pan Weasly z panem Crabe’em." Weasley
"uda się przyrządzić tą miksturę." tę
"że wielu z wam kiedyś się przyda" was
"Malfoy przestał być przydatny dl Gwardii" dla
Zastanawiałam się też, co w przepisie na eliksir odwagi robi krew sklątki tylnowybuchowej, skoro jest to niezarejestrowany mieszaniec, zwierzę hodowane eksperymentalnie i nielegalnie przez Hagrida.
Próby Harry'ego zwrócenia na siebie uwagi Malfoya urocze :D.
Pozdrawiam i życzę nieustającego zapału :3.

Re: [NZ] [R] Szczerość na śniadanie (7/?)

PostNapisane: 20 lut 2012, o 17:17
przez karmelowa
Sklątka tylnowybuchowa - po prostu NIE mogłam się oprzeć. Tak strasznie kocham te małe potwory, że musiałam :D

PostNapisane: 21 lut 2012, o 14:09
przez Nessa
Lubię twoje tempo. Naprawdę je lubię.

Dziś będzie krótko i musisz mi wybaczyć.
Właściwie, pewnie cię zaskoczę, ale w tym rozdziale zupełnie nie mam do czego się doczepić. Niesamowite, prawda? Też jestem zdumiona :D. Parę drobnych błędów wymieniła już CrazyCry, więc nie będę się powtarzać.
W sumie, chyba zaryzykuję stwierdzenie, że im dalej tym lepiej. Naprawdę. Widzę coraz większa swobodę w twoim stylu; bardzo ładnie, że posłuchałaś rad i zaczęłaś przykładać się do opisów. Ode mnie za to dostajesz dużego plusa. Lubię czytać teksty debiutantów właśnie dlatego - obserwować proces jak się rozwijają i przy odrobinie pokory stają coraz lepsi.
Jeśli chodzi o fabułę rozdziału, najbardziej podobała mi się rozmowa Draco i Pansy. Lubię kiedy Malfoy jest właśnie taki - trochę zimny, trochę zabawny, ale pod maską obłudy ma uczucia. I lubię, gdy jego przyjaźń z Pansy jest zażyła.

Cóż więcej mogę rzec? Życzę ci powodzenia, czekam na kolejny rozdział.