[NZ] [R] Szczerość na śniadanie (11/?)

Proste, klasyczne szkolne drarry z Malfoyem takim, jakiego lubimy :)

Teksty porzucone.

Postprzez karmelowa » 29 sty 2012, o 23:03

Autorka: ja :)
Parring: Draco/Harry i może po drodze coś jeszcze, ale pewności nie mam
Kategoria wiekowa: wydaje mi się (znając mnie i moje chore zainteresowania), że będzie to tekst dla czytelników od 17 roku życia czyli R
Możliwa ilość rozdziałów: pewnie koło 20, ale przekonamy się z czasem


Opowiadanie średnio związane (do 6 części), choć mogą pojawić się pewne odchylenia. Jest to właściwie moje pierwsze opowiadanie Drarry i nie mam pewności jak mi wyjdzie, choć z samym Draco mam już sporo doświadczenia (jestem autorką opowiadań na hermiona-draco-story.mylog.pl). Mam nadzieję, że się Wam spodoba :) Liczę również na konstruktywną i celną krytykę z Waszej strony.

Zaznaczam również, że jestem nową członkinią forum i mogę popełnić czasami jakieś typowo techniczne błędy.

Jeśli zaś chodzi o tytuł, nie jestem jeszcze do niego przekonana i nie wiem czy w trakcie go nie zmienię. ---> A więc tytuł zmieniony. Na stałe :)

Zapraszam do czytania :)



***


Harry opadł na kolana, rozchlapując wokół błoto. Słońce grzało niemiłosiernie i nikt nigdy w życiu nie pomyślałby, że piękna polanka była jeszcze przed kilkoma chwilami świadkiem dramatycznych wydarzeń. Ktoś położył mu dłoń na ramieniu i Harry uśmiechnął się ciepło, wyczuwając dłoń swojej przyjaciółki.
- To już prawie koniec – szepnęła Hermiona, zmęczona ale szczęśliwa. Ron wybuchnął nieco histerycznym śmiechem, leżąc niedaleko na trawie.
- Boże, jakie to jest niedorzeczne. Tyle lat na zrozumienie tajemnicy Voldemorta, tyle miesięcy starań, aż tu nagle… Pewnego dnia przychodzi jakiś szpieg i podaje nam wszystko na tacy.
- Myślisz, że to zabawne? – spytał Potter, rozglądając się po pobojowisku. Widok był niemalże komiczny. Wśród kolorowych kwiatów i latających nad nimi motyli leżały martwe ciała Śmierciożerców. Gdzieniegdzie soczyście zielona trawa lśniła ponurą czerwienią, przypominając, że ciemne postacie wcale nie śpią lecz nie żyją. Niedawny deszcz, który towarzyszył walce wydawał się być jedynie odległym wspomnieniem, a jedynym dowodem na to, że w ogóle kiedykolwiek polanka nie była tak pięknie ozdobiona przez ciepłe słońce, były pojedyncze kałuże błota i mokre włosy niektórych Śmierciożerców.
- A to Malfoy się wkurzy – stwierdził Ron, podchodząc do mężczyzny leżącego najbliżej Pottera.
- Nie wiem czy kogoś takiego jak on w ogóle to obejdzie – uznała Hermiona, krzywiąc się. Harry przytaknął i powoli podniósł się z ziemi.
- Chyba czas się wynosić. – Poprawił okulary. – Nie ma co siedzieć tu wśród trupów. To, że zniszczyliśmy przedostatniego Horkruksa wcale nie oznacza, że nadal możemy czuć się bezpiecznie. Czas wracać do domu.
- Zgadzam się z tobą – głośno przyznała Hermiona i przywołała Rona gestem. Trójka przyjaciół po raz ostatni spojrzała na ciała swoich wrogów, po czym przenieśli się do twierdzy Zakonu Feniksa.

- W takim razie została nam jeszcze Nagini – podsumowała McGonagall. Lupin zgodził się kiwnięciem głowy.
- No i oczywiście sam Voldemort – dodał Harry, krzywiąc się.
- Proponuję zachowywanie stałej czujności, a jeśli chodzi o Hogwart… Biorąc pod uwagę, że najważniejsi poplecznicy Voldemorta zostali zabici, dzieci mogą spokojnie wrócić do nauki.
- Biedactwa.- Ron wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Wy również, panie Weasley – rzuciła twardo dyrektorka. Rudzielec od razu spochmurniał, a cała reszta roześmiała się wesoło. Po raz pierwszy od dawna twarze McGonagall, Lupina, Szalonookiego, Freda i Georga, Artura, Molly, Hagrida oraz Tonks wydawały się wreszcie rozluźnione. Zresztą, nie było się co dziwić. Udało im się wykonać krok milowy w stronę wygranej i mieli prawo być z siebie dumni. Harrego męczyła aktualnie tylko jeszcze jedna niewyjaśniona sprawa.
- Czy możemy się wreszcie dowiedzieć, kto jest tym szpiegiem? – zapytał, zwracając uwagę wszystkich na siebie.
- Niestety nie, panie Potter – odpowiedziała spokojnie dyrektorka, kończąc wszelkie dyskusje znaczącym spojrzeniem. Harry musiał się poddać, mając nadzieję, że jednak niedługo się tego dowie.

Do początku roku szkolnego pozostało jedynie kilka dni, które Harry spędził wraz z przyjaciółmi w Norze. Codziennie wszyscy śledzili Proroka aby w razie niebezpieczeństwa dostrzec je jeszcze w zarodku. Informacje od szpiegów zaczęły dopływać do nich coraz rzadziej i wydawało się, że przynajmniej w tym i następnym tygodniu nie stanie się nic złego. Nawet wewnętrzny niepokój Pottera, który niemal non-stop towarzyszył mu przez ostatnie długie miesiące walki, ustał. Było to jednocześnie pocieszające i nieco niepokojące bo taka cisza już dawno się nie zdarzyła.
Na dworzec zawiózł ich tata Rona, polecając aby wyjątkowo dobrze się uczyli, bo przecież każde zaklęcie może się przydać. Wszyscy słuchali spokojnie, doskonale zdając sobie z tego sprawę, ale pozwalali Arturowi pobawić się nieco w normalnego rodzica. Sprawiało im to wszystko jakąś dziwną przyjemność.
- I pamiętajcie, meldujcie się co tydzień – rozkazał z rozbawieniem mężczyzna, kiedy dojechali na miejsce. Po chwili milczenia dodał, już poważnie: Naprawdę to róbcie. Musimy wiedzieć, że wszystko jest w porządku.
- Wiemy, tato – mruknęła Ginny, czerwieniąc się lekko. – Nie martw się, wszystko będzie dobrze.
- Mam nadzieję. – Ojciec przytulił swoją jedyną córkę i kiwnął głową Ronowi.
- Do widzenia. – Harry uśmiechnął się i przeszedł przez barierkę. Tuż za nim przebiegła Hermiona potem Ginny, a na końcu jej brat.
- Jak za dawnych lat – westchnęła Hermiona, wdychając w nozdrza przyjemny zapach dymu z lokomotywy. Wszędzie biegali pierwszoroczni, żegnając się z rodzicami. Niektóre matki płakały ze wzruszenia oraz trochę ze strachu. Drugoroczni udawali doświadczonych, strasząc swoich młodszych kolegów, a prefekci, mimo że jeszcze nie ruszyli, już wykonywali swoje dumne role, uspokajając tłum. Przy drugim wagonie okna stał Blasie, Malfoy oraz Pansy, obserwując innych uczniów i szepcząc coś do siebie. Ron skrzywił się na ich widok.
- No tak… Dosłownie WSZYSTKO jak za dawnych czasów. Przysięgam, jeżeli jeszcze kiedyś będę musiał wyrzygać ślimaka, zabiję tego dupka własnymi rękoma, a potem…
- Uspokój się, Ron – przerwała mu Hermiona. – Pamiętaj, że jego ojciec nie żyje. I to my go zabiliśmy, o czym na pewno doskonale wie.
- Nie usprawiedliwiaj go. To zwykły Śmierciożerca!
- Ale ojciec to nadal ojciec!
- Jeśli myślisz, że on się tym w jakikolwiek sposób przejął, to żal mi ciebie.
- Ronaldzie Weasley, nie podnoś na mnie głosu!
- Sama zaczęłaś.
Harry uśmiechnął się pod nosem, ignorując przyjaciół. Doskonale wiedział, że kiedy już zaczynali swoje epickie kłótnie, nic nie mogło im w tym przeszkodzić. Tak naprawdę, było to w jakiś sposób pokrzepiające. Kiedy tak sprzeczali się o mniej lub bardziej ważne sprawy, Potter czuł się niemal jak dziecko, kiedy cała ta wojna i sam Voldemort wydawały się być bardziej odległe i mniej niebezpieczne.
Dziwne poczucie bycia obserwowanym zmusiło go do ponownego skupienia się na Malfoyu. Ślizgon wpatrywał się w niego tak intensywnie, że Harry poczuł coś więcej prócz zwykłej pogardy: zakłopotanie. Mimo ich wielokrotnych potyczek na spojrzenia, jeszcze nigdy nie widział w stalowych oczach czegoś takiego. Nie umiał tego nazwać, co jeszcze bardziej go niepokoiło, ponieważ mimo mnogości min i spojrzeń jakimi dysponował w swoim repertuarze Malfoy, Harry zdawał się znać już je wszystkie i nie oczekiwał po swoim rywalu nic nowego.
Zmusił się do zachowania spokoju, nie mogąc jednak powstrzymać tego dziwnego mrowienia w żołądku, które nie ustąpiło nawet wtedy, gdy Pansy złapała blondyna za ramię, odciągając go w stronę drzwi do wagonu.
- Myślicie, że jeżeli zjem pierwszakom wszystkie słodycze jakie można kupić w pociągu, stanie się coś złego? – spytał Ron. Harry drgnął, słysząc głos przyjaciela i zdał sobie sprawę, że nawet nie zauważył końca kłótni.
- Nie wiem, czy jest to zachowanie godne ostatniego rocznika – mruknął w odpowiedzi, uśmiechając się.
- Odezwał się. Ten, co zawsze przestrzega wszelkich norm społecznych i przepisów.
- Ależ oczywiście. Czyżbyś wątpił w moją szlachetność? – prychnął Harry, doprowadzając przyjaciela tym skromnym pytaniem do wybuchnięcia głośnym śmiechem.
Gdy ostrzegawczy gwizd pociągu rozbrzmiał na dworcu, a łkania zatroskanych matek wezbrały na sile, oboje ruszyli w stronę wagonu, kompletnie ignorując karcące spojrzenia Hermiony i Ginny. Natrafili wreszcie na wolny przedział, spokojnie się w nim rozgościli, a po dosłownie kilku minutach dołączyli do nich Neville i Luna. Harry uśmiechnął się, widząc jak dziewczyna ściska w dłoni najnowsze wydanie „Żonglera”.
- Wiecie, że mój tata odkrył ostatnio dziwne stworzenia podobne do sklątek tylnowybuchowych? – rzuciła na powitanie, po czym dodała. – Witaj, Harry.
- Ciebie też miło widzieć. – Uśmiechnął się znacząco i poklepał miejsce po swojej lewej stronie. – Naprawdę? Powiedz mi tylko, że nie znajdziemy ich w Hogwarcie, a będę szczęśliwy.
- No wiesz… Nie mam pewności, ale tata mówi, że…
- Z drogi, gówniaro! – Krzyk na korytarzu zwrócił uwagę wszystkich i przerwał Lunie początek długiej, tak pociesznej, tyrady. Neville wychylił się, żeby coś zobaczyć, ale natychmiast się cofnął gdy idący szybkim krokiem Malfoy niemalże go potrącił.
- Co jest? – spytał Ron, mrużąc oczy.
- Nie jestem do końca pewien… Przeleciał tędy jakby mu się ziemia pod stopami paliła.
- Nie przejmujmy się nim – stwierdziła krótko Hermiona. – Zamknij drzwi i opowiedz lepiej, co tam u ciebie.
- Doskonały pomysł – zgodziła się Ginny. – Nie widzieliśmy się od czasu ślubu Billa.

Podróż minęła zaskakująco spokojnie. Nawet Ślizgoni zdawali się być spokojni i poza tym jednym, dziwnym zachowaniem Malfoya nie działo się już nic niepokojącego. Harry spędził czas na objadaniu się słodyczami, graniu w przenośne magiczne szachy z Ronem, wysłuchiwaniem szalonych opowieści Luny i uświadamianiem Nevillowi, że niestety, mimo braku Snape’a w szkole, nadal będą mieli wątpliwą przyjemność uczęszczania na lekcje eliksirów.
Kiedy pierwszoroczni, jak nakazywał zwyczaj, popłynęli łodziami przez Jezioro, oni spokojnie dojechali do bram szkoły i weszli do Wielkiej Sali aby zająć swoje zwyczajowe miejsca. Tam spotkali się z resztą Gryfonów, witając się z nimi serdecznie i śmiejąc z nowych żartów na temat Ślizgonów, jakie wymyślił Seamus.
- Drodzy uczniowie! – odezwała się McGonagall zaraz po zakończeniu przydzielania pierwszorocznych do ich domów. – Jak wiecie, mamy nowego nauczyciela od eliksirów. Nazywa się Esmeusz Lickor i mam nadzieję, że współpraca będzie owocna dla obu stron. Zaznaczam również, że zasady obowiązujące w szkole będą się nieco różnić od tych, które znacie z poprzednich lat. To wszystko oczywiście dla waszego bezpieczeństwa. – Po sali rozeszły się jęki i buczenia. – Potraktujcie to poważnie, bo mimo niespodziewanej ciszy ze strony Śmierciożerców, niczego nie możemy być pewni. Nie mam zamiaru was straszyć czy denerwować, ale nie możemy pozostawać obojętni na fakty. Nasz świat nie jest już tak bezpieczny jak kiedyś i musimy to uwzględnić. Będziemy się starać aby wszystko toczyło się normalnym torem, jednak niektóre rzeczy się zmienią. Wstęp do Zakazanego Lasu jest kompletnie zabroniony i tym razem nie są to żarty. Każdy, kto choćby postawi w nim nogę bez wyraźnego polecenia nauczyciela zostanie w trybie natychmiastowym wydalony ze szkoły. Mówię poważnie. Na błonia wolno wam wychodzić jedynie do zmroku i mam nadzieję, że postaracie się zawsze mieć parę. Pierwszorocznych obowiązuje to bezwzględnie. Tak samo zresztą jak drugo i trzecioklasistów. Cisza nocna zaczyna się od godziny dwudziestej pierwszej. – Uczniowie znowu wydali z siebie słowa protesty, a najbardziej niezadowolony był oczywiście stół Ślizgonów. – Jeżeli zobaczę kogoś na korytarzu, niech spodziewa się naprawdę surowego szlabanu. W tym roku zwiększy się również liczba prefektów. Uczniowie, których uważam za godnych piastowania tego stanowiska, dostaną wraz z planem zajęć powiadomienie o stawieniu się w moim gabinecie. Mam nadzieję, że nowe zasady nie przerażają was za bardzo. Wszelkie dodatkowe informacje dostaniecie zaraz do rąk i mam nadzieję, że każdy z was spędzi te kilka minut aby wszystko dokładnie przestudiować. To, co powiedziałam na głos jest jednak najważniejsze. Jeszcze raz witam was wszystkich i życzę smacznego. A teraz, jedzcie! – Dyrektorka chrząknęła znacząco i nagle na wszystkich stołach pojawiły się piękne złote półmiski z pieczonym kurczakiem, słodkimi ziemniaczkami, surówkami, sałatą, zupą z dyni, ciastem czekoladowym na deser oraz cudownymi napojami i dodatkami wszelkiego rodzaju, poczynając od ryby, na koreczkach kończąc. Ron zwyczajowo rzucił się na jedzenie tak jakby wcale nie jadł ostatniej kanapki od Molly Weasley przed godziną, a Hermiona skomentowała to jedynie znaczącym spojrzeniem.
- O matko… - jęknął Dean, patrząc na pergamin, który przed chwilą wręczył mu któryś ze skrzatów. – Prawie wszystkie lekcje mamy z Ślizgonami. Boże, jeżeli istniejesz, dlaczego nam to robisz?
- Spójrz na to z innej strony – mruknął Harry, przeżuwając ziemniaka. – Może po prostu mamy ich pilnować?
- To genialna teoria – zgodziła się z nim Ginny.
- Będę prefektem. – Hermiona uśmiechnęła się lekko. – Ktoś jeszcze?
- Ja też – odparł Potter, dostrzegając powiadomienie. – Dziwne, nigdy nie zrobiłbym siebie prefektem, gdybym miał o tym decydować.
- Dlaczego nie, stary? W końcu jesteś cholernym Wybrańcem, nie?
- Dupek. – Zielona oliwka poleciała w stronę Rona. – Ciekawe, jak McGonagall ma zamiar rozłożyć dyżury.
- Na Merlina! Ja też jestem prefektem.
- O nie… Świat się wali – uznał spokojnie Harry, uśmiechając się do przyjaciela.

Zaraz po kolacji, wybrali się do gabinetu dyrektorki. Harry przełykał nerwowo ślinę, zbliżając się do tak znanego i w jakiś dziwny sposób ukochanego miejsca. Nie mógł powstrzymać delikatnego drżenia rąk, myślami będąc przy Dumbledorze. Kiedy usłyszał hasło „pióro feniksa”, poczuł ukłucie żalu. Pamiętał, że dyrektor zawsze wybierał nazwę słodyczy, które tak kochał.
- Cieszę się, że już jesteście – przywitała ich McGonagall. – Poczekamy jeszcze tylko na pana Malfoya i możemy zaczynać.
- Mhmm… - Harry powstrzymał się od skomentowania tego, biorąc pod uwagę, że nie byli sami. W gabinecie znajdowała się jeszcze Susan Bones, Owen Cauldwel, Mandy Blocklehurst a z nią jeszcze jakaś Krukonka oraz Pansy Parkinson.
- No wreszcie – warknął Ron, kiedy w drzwiach pojawił się Malfoy. Nie starczyło dla niego miejsca na kanapie ani na fotelach, więc przystanął obok Pansy i kiwnął lekko głową na powitanie. Potter rzucił na niego okiem, dostrzegając lekko ironiczny uśmieszek na bladych, wąskich ustach.
- Mam nadzieję, że jesteście dumni ze swoich ról – zaczęła dyrektorka. – Nie mam ochoty za bardzo się rozwodzić. Wiecie doskonale, że waszym zadaniem jest pilnowanie porządku oraz ciszy nocnej. Grafik będzie się zmieniał, bo musicie ze sobą doskonale współpracować, gdyby wydarzyło się coś niespodziewanego. Będziecie również uczęszczać na dodatkowe zajęcia z obrony przed czarną magią. Raz w tygodniu. Na początek może to być piątek, potem zobaczymy. Czy to jest jasne?
- Tak, pani dyrektor – wystrzeliła od razu Hermiona. Malfoy posłał jej spojrzenie pełne obrzydzenia.
- Wasze mundury oraz odznaki czekają w dormitoriach. Są nowe. Musicie się wyróżniać na tyle, aby każdy uczeń od razu mógł was rozpoznać w razie gdyby potrzebował pomocy. Jeżeli nie macie żadnych pytań, możecie już iść.
- Dlaczego trzech – wysyczał Malfoy tonem, który właściwie nie brzmiał jak pytanie.
- Nie rozumiem?
- Dlaczego Gryfonów jest trzech – przeciągnął sylaby blondyn. – Czyżby wyróżniali się czymś specjalnym spośród reszty? A może po prostu nie chce pani rozdzielać świętej trójcy?
- Jest tak jak jest, ponieważ tak zarządziłam – wyjaśniła krótko McGonagall.
- Czyż to nie jawna dyskryminacja? – Kąciki jego ust wygięły się w jeszcze bardziej obrzydliwym uśmieszku niż zazwyczaj. Pansy zachichotała, podchodząc bliżej i mierząc Gryfonów równie uważnym, zimnym spojrzeniem.
- Myślę, że jeżeli chodzi o kwestię dyskryminowania innych, to ty jesteś w tym najbieglejszy, Malfoy – odparł spokojnie Harry.
- Umiem po prostu rozróżnić rzeczy brudne od czystych.
- Pilnuj się. – Przycisnął różdżkę do jego brzucha. Blondyn nie poruszył się o milimetr, jedynie przenosząc spojrzenie szarych oczu w dół.
- Widzę, że poprawiłeś nieco swój refleks, Potter. Czyżby zabijanie Śmierciożerców tak cię wzmocniło?
- Dosyć! – warknęła McGonagall. – Wynoście się. Panie Malfoy, panie Potter, wy nie.
Kiedy drzwi się zamknęły, zapanowała lodowata cisza. Harry nie zmienił swojej pozycji, zastanawiając się czy słowa Draco były zwyczajową dogryzką, czy tym razem Ślizgon miał na myśli bardzo konkretne zdarzenie. Zrobiło mu się niemal wstyd. Niemal.
- Czy możecie się wreszcie opanować, do cholery? – Dyrektorka potarła zmęczone oczy, opierając łokcie na starym dębowym biurku. Wystrój gabinetu był nieco inny. Obrazy poprzednich dyrektorów nadal wisiały na ścianach, nawet stojak dla feniksa zajmował swoje miejsce, ale kolory zrobiły się cieplejsze. Pod złotymi ścianami stały półki z książkami, a w kącie mała szafka z ciasteczkami. Czerwień dywanu kojarzyła się Harremu z krwią.
- Ależ pani dyrektor, ja zadawałem jedynie proste pytanie. To Potter przystawił mi różdżkę do ciała jak jakiś chory barbarzyńca.
- Niech pan nie bawi się w głupie niewiniątko, dobrze Malfoy? Usiądźcie. Miałam nadzieję, że oboje dojrzeliście przez ostatni czas, ale najwidoczniej się myliłam. Nie życzę sobie żadnych incydentów, rozumiecie?
- Tak jest – mruknął Harry.
- Ależ oczywiście.
- No dobrze. Idźcie już Nie mam ochoty na użeranie się z wami.
Oboje wyszli i bez słowa ruszyli w swoje strony.

Potter leżał w swoim ciepłym, przyjemnym łóżku i nie mógł zasnąć. Od początku dręczył go fakt, że Malfoy w ogóle znalazł się w szkole. Zastanawiał się również, po której stronie tak naprawdę stał. Czuł się w obowiązku pilnowania go, w razie gdyby ten miał jakiś chory, tajemny plan zniszczenia Hogwartu od środka.
Złościła go również ta chora bezczynność i zrozumiał, że jedyną rzeczą jaką może teraz zrobić było wskrzeszenie działalności Gwardii Dumbledora. Postanowił podzielić się swoimi uczuciami z Hermioną oraz Ronem i poważnie zabrać się za ponowne ćwiczenia. Wierzył, że w jakiś sposób może to pomóc w wygraniu całej wojny. Im pewniej i lepiej wyszkoleni będą się czuli jego przyjaciele, tym lepiej wyjdzie im ratowanie życia, gdy nastąpi jakikolwiek atak.
Harry ziewnął donośnie, zatapiając się w atłasowej, czerwono-złotej pościeli aż wreszcie zasnął.

***

Mam nadzieję, że się podobało. Pozdrawiam i pokornie proszę o komentarze.
Ostatnio edytowano 27 mar 2012, o 07:29 przez karmelowa, łącznie edytowano 14 razy
karmelowa
karmelowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 62
Dołączył(a): 29 sty 2012, o 22:48

Postprzez CrazyCry » 30 sty 2012, o 00:27

Dobre dramione nie jest złe :D, może później zajrzę na Twojego bloga. Szósta część jest bardzo drarrystyczna, więc łatwo wplatać w nią ficki. Mam nadzieję, że Ci wyjdzie. Nie wiem tylko, czy to dobrze debiutować wieloodcinkowcem, bo można się nie wywiązać i zostawić po sobie złe wrażenie.
'Epickie kłótnie' Rona i Hermiony mnie rozwaliły xD. Było trochę błędów interpunkcyjnych, językowych i powtórzeń, ale nie mam czasu żeby wypisać. Mogłabyś zatrudnić betę. Ogólnie nie jest źle, ale może być lepiej.
Pozdrawiam i życzę weny :).
Aerobic -> aerobik
Fanfic -> fanfik
Nie fanfick x.x
Fanpage "Effeminate boys"
CrazyCry Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 361
Dołączył(a): 8 lis 2011, o 09:12
Lokalizacja: Wawa

Postprzez Nessa » 30 sty 2012, o 12:58

Uuu nowe drarry. Nowe szkolne drarry. Choć sama już ze szkolnych lat wyrosłam, mam jakąś słabość do tekstów z tego przedziału czasu. Gdybyś nie wspomniała, że piszesz bloga, nigdy nie domyśliłabym się tego po tejże treści. To komplement. Może wstyd się przyznać, ale jestem z góry uprzedzona do blogowych autorek i ich tekstów, jednak w tym FF nie dostrzegłam żadnych blogowych nalotów. Podobało mi się. Kto wie, może zmienisz moje podejście. Tak naprawdę po jednym rozdziale trudno mi coś powiedzieć. Wywarł na mnie pozytywne wrażenie i na pewno będę śledzić dalsze rozdziały, ale mam parę uwag. Brakuje mi trochę myśli Harry'ego, a przedewszystkim brakuje mi powodu, dla którego Harry zdecydował się wrócić do szkoły. Wyjaśnisz to potem? Wypadałoby też, tak na oko, wspomnieć ile przewidujesz rozdziałów i w jakiej odległości czasowej zamierzasz je umieszać. Oznaczenie wiekowe też by się przydało (jeśli je przeoczyłam, wybacz). To by było na tyle z marudzenia :) Co do pozytywych aspektów, tak jak wspominałam uwielbiam lata szkolene, uwielbiam samego Malfoya i po ilości, w jakiej się pojawił, spodobł mi się i tu. Na pewno nam nie grozi jakaś jego dziwna, puchońska odmiana. Piszesz lekko, przyjemnie, cóż mogę dodać. Czekam na więcej!

Powodzenia
Ostatnio edytowano 30 sty 2012, o 22:02 przez Nessa, łącznie edytowano 1 raz
Nessa Offline


 
Posty: 53
Dołączył(a): 10 lis 2010, o 00:28

Postprzez karmelowa » 30 sty 2012, o 14:00

Osobiście uwielbiam opowiadania dziejące się jeszcze za czasów szkolnych (jeśli chodzi o Pottera), ponieważ wydaje mi się to po prostu najbliższe książkom. Doskonale znamy Howgart i jego okolice, co sprawia, że historie umieszczone w szkole są jakieś takie... Przyjazne :)

Jeśli zaś chodzi o bloga, lubię mieć własne miejsce w sieci, gdzie się prezentuję. Coś poza forum, które jest wspólne.

Pozdrawiam i dziękuję za komentarze.
karmelowa
karmelowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 62
Dołączył(a): 29 sty 2012, o 22:48

Postprzez Alisjaaa » 30 sty 2012, o 18:35

Pierwszy rozdział nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Oczywiście znalazłam plusy, jednak to raczej moja wrodzona ciekawość bardziej „popycha” mnie do śledzenia dalszych rozdziałów. Pomysł skontrastowania polany pełnej kwiatów z ciałami śmierciożerców jest ciekawy jednak moim zdaniem nie udało Ci się do końca rozwinąć jego potencjału. Opis wydaje mi się zbyt płytki, wypowiedzi bohaterów również. Przypomina mi to bardziej wyliczankę niż porządny wstęp do opowiadania. Zdaję sobie sprawę, że chcesz jak najszybciej przejść do sedna i nadać opowiadaniu jak najwięcej dynamizmu, ale nie tędy droga. Wszystko wydawało by się naturalniejsze gdybyś rozszerzyła pierwszy rozdział i podzieliła go nawet na 2. Pierwsze akapity trochę mnie raziły. Harry i jego przyjaciele wykazują przerażającą beztroskę, traktują wojnę jak piknik „o kolejny zabity! Ron odhaczmy do na liście!”.Wojna zmienia ludzi i to jest jak najbardziej zrozumiałe, ale w Twoim opowiadaniu tego nie widać. Gdzie podziała się nieco mroczna atmosfera? Skoro Harry był na polu bitwy otoczony trupami z pewnością maczał palce w śmierci nie jednego z nich. Zabijanie, przemoc, wojna odciskają na ludziach piętno. Patrząc na okrucieństwa siłą rzeczy się do niej przyzwyczajamy. Harry i pozostali bohaterowie jak dla mnie są zbyt cukierkowaci. Nie widzę w nich grama mroku, który jest nieodłączną częścią każdego człowieka, a w szczególności w tak trudnych czasach. Trochę czarnego humoru nie odjęło by Harry’emu uroku, a nadało by mu więcej charakteru. Mile widziane były by również przemyślenia bohatera. Nie ukazałaś trudów wojny, ani tego jaki wpływ wywarło to na głównych bohaterach.

Drugim minusem jest przemowa dyrektorki. Miałam wrażenie jakby się tłumaczyła przed uczniami. Gdzie się podziała surowa profesorka transmutacji? „Mówię poważnie.” – nie wiem po co to podkreślenie jakby osoba na stanowisku dyrektora szkoły próbowała żartować z zakazów. Tutaj mi troszkę zgrzytnęło.

„- Czy możecie się wreszcie opanować, do cholery? – Dyrektorka potarła zmęczone oczy, opierając łokcie na starym dębowym biurku. Wystrój gabinetu był nieco inny. Obrazy poprzednich dyrektorów nadal wisiały na ścianach, nawet stojak dla feniksa zajmował swoje miejsce, ale kolory zrobiły się cieplejsze. Pod złotymi ścianami stały półki z książkami, a w kącie mała szafka z ciasteczkami. Czerwień dywanu kojarzyła się Harremu z krwią.” McGonagall przeklinająca przy uczniach, tak „świetny” przykład. Świat się wali! Rozumiem, że nie chcesz by postacie (wnioskuję to z ich zachowań i wypowiedzi) zachowały swą kanoniczność jednak nawet nie przestrzegając ich standardowych zachowań to zdecydowany niewypał. Kto widział surową, poważną i szanującą tradycję dyrektorkę szkoły, która klnie jak pierwszy lepszy menel? Chciałaś ukazać emocje i napiętą atmosferę jednak jak dla mnie to dziwne, że osoba dorosła nie umie się pohamować przy własnych uczniach. Następnie opis pomieszczenia w moim mniemaniu powinien znajdować się na początku gdy Harry wszedł do pomieszczenia, zazwyczaj od razu po wejściu rozglądamy się i opis byłby tutaj mile widziany.

Ogólnie opowiadanie zyskało by dużo gdybyś trochę je rozbudowała, rozpisała i zmniejszyła ilość dialogów. Dialog ma za zadanie podkreślić ważne kwestie wypowiadane przez bohaterów i oczywiście grają dużą rolę, ale nie w takiej ilości jaką stosujesz. Moim zdaniem akcja okropnie „skacze” jesteśmy na polu bitwy, zaraz w domu a nagle w szkole. Za szybo, za dużo dialogów, za mało opisów pomieszczeń, wydarzeń, przemyśleń, odczuć bohaterów, nawet samego ich wyglądu. Oprócz błędów stylistycznych natknęłam się na powtórzenia, które niestety rażą. Jeśli spróbujesz wykorzystać synonimy tekst dużo zyska. Stanie się atrakcyjniejszy i płynniejszy. Np. „Wiecie doskonale, że waszym zadaniem jest pilnowanie porządku oraz ciszy nocnej. Grafik będzie się zmieniał, bo musicie ze sobą doskonale współpracować, gdyby wydarzyło się coś niespodziewanego.”
Zmieniłabym je chociażby na coś takiego : Waszym zadaniem jest pilnowanie porządku oraz ciszy nocnej. Grafik będzie się zmieniał, co ma na celu nauczenie was współpracy, która jest niezbędna w obecnych czasach.
„Wiecie doskonale” – skąd mają wiedzieć? Przecież nie każdy z nich wcześniej pełnił rolę prefekta. Czytelnik nie przesiaduje głowie autora, a więc Twoim zadaniem jest przedstawić wszystko tak by było dla nas jasne i logiczne. Musisz bardziej precyzować wydarzenia i fakty w opowiadaniu.
Powtórka z rozrywki:
„- Niech pan nie bawi się w głupie niewiniątko, dobrze Malfoy? Usiądźcie. Miałam nadzieję, że oboje dojrzeliście przez ostatni czas, ale najwidoczniej się myliłam. Nie życzę sobie żadnych incydentów, rozumiecie?”
Nie wyobrażam sobie by profesor zwracał się do uczniów lub kogokolwiek innego z tak rażącym brakiem szacunku, a w szczególności Minerwa. Nie wiem co chciałaś osiągnąć przedstawiając dyrektorkę jako nieokrzesaną i niemal ordynarną kobietę. Podczas gdy z pewnością nie miałaby szansy na objęcie tak odpowiedzialnego stanowiska w szkole będąc nie kulturalną. Dla mnie to jest absurdalne i zniesmaczające.

Ogólnie rzecz biorąc mino pewnych niedociągnięć tekst jest zachęcający i chętne będę obserwowała Twoje pisarskie postępy ponieważ myślę, że masz potencjał. Mam nadzieję, że moje słowa Cię nie zniechęcą i się nie poddasz bo nie o to mi chodzi. Myślę, że dobrym posunięciem było by znalezienie sobie bety. Autor nie zawsze jest wstanie wychwycić niezręczności stylistyczne, a dodatkowa pomoc z pewnością by Ci dużo ułatwiła.

Pozdrawiam Cię serdecznie i z niecierpliwością czekam na następny rozdział :)
"- Och nie! Nie przeszkadzaj mi, Syriuszu. To mój fotel, to moja książka, to moje wino i moja czekoladka! Snape, spieprzaj dziadu!" :D
Pokrewieństwo autorstwa Tristana
Alisjaaa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 6
Dołączył(a): 30 sty 2012, o 15:27

Postprzez karmelowa » 31 sty 2012, o 16:19

Bardzo się cieszę, że wysiliłaś się na tak długi komentarz. Wiele wnosi :)

Jeżeli zaś chodzi o Minerwę, myślę że ma prawa nieco inaczej zwracać się do członków Zakonu. Nie jest przecież tylko dyrektorką Harry'ego, ale również w jakiś sposób jego przyjaciółką.

Co do dokładnego wprowadzania ludzi w opowiadanie, myślę że jest to zbędne, bo kieruję tekst do czytelników Harr'ego Pottera.

Postaram się zmniejszyć nieco ilość dialogów ^^

Jeszcze raz dziękuję za rady i mam nadzieję, że to nie ostatni raz, kiedy mi ich udzielasz.
karmelowa
karmelowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 62
Dołączył(a): 29 sty 2012, o 22:48

Postprzez karmelowa » 31 sty 2012, o 16:25

Ach.. I jeszcze jedno. Przecież każdy w szkole wie, jakie zadania ma wykonywać Prefekt.
karmelowa
karmelowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 62
Dołączył(a): 29 sty 2012, o 22:48

Postprzez karmelowa » 31 sty 2012, o 16:55

A oto kolejny rozdział. Dość szybko, wiem, ale cierpię na chroniczny brak internetu (muszę wyjść do manufaktury aby przyłączyć się do cudownego wifi) i wklejam go, póki mam szansę.

Mam nadzieję, że spodoba się trochę bardziej niż poprzedni. Powoli się rozkręcam. Powinno być lepiej, nie gorzej? Prawda? :)

***
Rozdział 2

Gdyby Harry Potter i Ron Weasley nie zaspali pierwszego dnia szkoły, nie byłby to dzień do końca normalny. Gryfon błyskawicznie zerwał się z łóżka, czując na powiekach irytujące promienie słońca. Wściekły, że ani Dean, ani Seamus nie uznali za słuszne, żeby go obudzić, potrząsnął przyjacielem. Kiedy rudzielec otworzył wreszcie oczy i zdał sobie sprawę z sytuacji, oboje zaczęli się szamotać po dormitorium. Szukając ubrań i pakując błyskawicznie torby, śmiali się z siebie nawzajem, nie mogąc uwierzyć, że znowu zaspali. W końcu udało im się zbiec na śniadanie i ledwo dopaść do ostatnich resztek jajecznicy na bekonie. Hermiona jedynie uśmiechnęła się do nich i poleciła aby się pospieszyli.

- Kiedy chcesz zacząć? – spytał Ron jakiś czas później, podczas lekcji eliksirów. Harry szybko wprowadził ich w plan ponownego uruchomienia działalności Gwardii i teraz rozmawiali o szczegółach. Hermiona zgodziła się znowu zaopatrzyć ich w magiczne monety, powiadamiające o spotkaniach i ogólnie pochwaliła pomysł.
- Myślę, że im szybciej, tym lepiej. Atak może nastąpić w każdej chwili. Nasi przyjaciele muszą być na to przygotowani. Skoro McGonagall uznała, że najbardziej przydamy się w zamku, musimy sprawić aby tak właśnie było.
- Zgadzam się.
- Czy ja aby wam nie przeszkadzam? – warknął Esmeusz Lickor. Cała trójka podskoczyła, przez co Hermiona upuściła drewnianą łyżkę, a Ron wrzucił do kociołka za dużo śledziony nietoperza. Coś niebezpiecznie zabulgotało.
- Nie, panie profesorze.
- Mam nadzieję. Proszę, zacznijcie od początku. – Rzucił przelotne spojrzenie na zawartość cynowego naczynia i wrócił do tablicy. Gryfoni odetchnęli z ulgą.
- Typowe. Potter nie słucha na lekcji, bo myśli, że skoro Już Przeżył, może wszystko.
- Zamknij się, Malfoy.
- A co, Weasley, boisz się, że moja elokwencja cię zabije? – Ślizgoni roześmiali się parszywie. – Wszyscy dobrze wiemy, że nie umiesz odpowiedzieć inaczej. Gdybym był ślepy, pomyślałbym, że rozmawiam z papugą.
- Doskonale również zdajemy sobie sprawę z tego, że ty spędzasz długie wieczory na wypisywanie sobie doskonałych przemówień, nieprawdaż? Gdybyś nic wcześniej sobie nie ułożył, nie dałbyś rady. To samo zresztą tyczy chyba twoich włosów. – Tym razem to Gryfoni zarechotali.
- Gdybyś kiedykolwiek spojrzał w lustro, Potter, może też postanowiłbyś zmienić wygląd. Chyba że obrzydliwie bezdomny to najnowszy krzyk mody w mugolskim świecie?
- Nie. Zwyczajnie nie chcę zakłócać procesów myślowych, wylewając sobie na głowę litry lakieru – odparł ten, wstając z miejsca.
- Myślałem, że do bycia Chłopcem Który Przeżył nie trzeba mózgu.
- Mylisz się, ale do bycia synem Śmierciożercy Który Już Nie Żyje raczej na pewno.
- Potter, ty obrzydliwa gnido – warknął Malfoy, rzucając się na niego z pięściami. Harry był tak zaskoczony fizycznym atakiem, że upadł na podłogę.
- I co teraz powiesz, bohaterze?! – wykrzyczał Ślizgon, celując mu w brzuch. Gryfon osłonił się i złapał za włosy blondyna, przytrzymując jego głowę aby móc uderzyć go prosto w twarz. Szyja chłopaka zatrzeszczała niebezpiecznie.
- Zabiję cię! Zabiję cię tak, jak ty zabiłeś mojego ojca – wysyczał Malfoy, tłukąc okulary Harrego.
- Potter, Malfoy! Dosyć! Do gabinetu dyrektorki, natychmiast.

- Czy wy naprawdę nie macie ani odrobiny oleju w głowie?! – wrzasnęła McGonagall, kiedy już opadli na brązowe kanapy. – Potter, przestań wreszcie marszczyć to cholerne czoło!
- Kiedy ja nie widzę – mruknął zakłopotany Harry. Nie mógł znaleźć okularów i siedział teraz, kompletnie bezbronny, mając po swojej prawicy zadowolonego z siebie Ślizgona.
- O, Merlinie… No dobrze. Nie wiem, co mam z wami zrobić. Nie możecie się ciągle kłócić. To nam w niczym nie pomaga. Myślę, że muszę pana wtajemniczyć, panie Potter.
- W co takiego?
- W to – McGonagall rzuciła na gabinet kilka zaklęć ochronnych oraz oczywiście przeciw podsłuchiwaniu. – W to, że to właśnie pan Malfoy jest szpiegiem na usługach Zakonu.
- No nie… - Harry jęknął. – Nie wierzę. I pani naprawdę myśli, że możemy mu ufać? Przecież to jest cholerny syn Lucjusza Malfoya!
- Zdaję sobie sprawę z tego, panie Potter. I właśnie dlatego wiem, że możemy mu ufać.
- Czy z łaski swojej możecie przestać mnie ignorować? To się zaczyna robić denerwujące.
- No tak. Ty zawsze musisz być w cholernym centrum uwagi.
- Powiedziałbym, że to raczej ty kochasz medialny szum, Potter, ale niech będzie.
- Przestańcie – warknęła zrezygnowana dyrektorka. – Jeśli zechcesz, Malfoy, możesz sam opowiedzieć…
- Niby o czym?!
- O tym, że to JA dostarczyłem wam ostatnie informacje o miejscu przechowywania Horkruksa. Posłałem własnego ojca na śmierć, Potter i nie zrobiłbym tego, gdybym nie był po waszej stronie.
Harry zamarł, słysząc te słowa. Nie mógł uwierzyć, że to prawda. Jak to? Malfoy pozwolił Lucjuszowi wejść prosto w jego ręce? Czyli… Czyli rzeczywiście musiał być po ich stronie. Chyba, że był tak lojalny w stosunku do Voldemorta, że…
- Przestań kombinować, Potter. Doskonale wiem, co ci się kotłuje w tym twoim bohaterskim móżdżku. Myślisz, że poświęciłbym ojca dla Czarnego Pana? Nie ma mowy. W każdym razie, skoro sobie to wyjaśniliśmy, czy możemy już iść?
- Oczywiście – zgodziła się McGonagall. – Ale nie myślicie chyba, że pozwolę wam tak po prostu wrócić do swoich zajęć?
- Ale…
- Nie ma żadnych „ale”, Harry. Szlaban. O dwudziestej przy chatce Hagrida.

-No nie, nie wierzę, że naprawdę ci to zrobiła – mruknęła Hermiona, podając przyjacielowi naprawione okulary. – Czego ona się spodziewa? Że nagle zapałacie do siebie jakąś cudowną sympatią?
- Skoro Malfoy jest w Zakonie, zapewne na to liczy – mruknął Harry, ciesząc się z odzyskania okularów.
- Ja mu tam nie ufam. – Ron skończył właśnie przeżuwać kawałek polędwicy w sosie szpinakowym.
- A myślisz, że ja tak? Co prawda… Trochę nie daje mi spokoju fakt, że zabiliśmy jego ojca.
- Ale wychodzi na to, że sam go skazał na śmierć.
- Mimo wszystko… - Hermiona zdjęła z nich czar ciszy i wstała.
- Idziemy. Zaraz zacznie się twój szlaban, a chciałam jeszcze coś sprawdzić w bibliotece.
- Nie możesz iść sama?
- Potrzebuję twojej peleryny.
- Nie pytam. I tak wiem, że teraz nic nam nie powiesz.

Harry pojawił się przed Malfoyem. Ucieszył się bo dzięki temu mógł jeszcze trochę porozmawiać z Hagridem. Usiłował zrozumieć jak to się stało, że Draco został szpiegiem, ale Rubeus miał takie same wątpliwości jak i on. Jedyne, co słyszał to fakt, iż sam Dumbledore chciał aby tak właśnie było. Najwidoczniej miał jakąś dziwną sympatię do Ślizgońskich szpiegów.
- Wreszcie raczyłeś się zjawić – warknął Harry, kiedy Ślizgon dotarł na miejsce.
- Ciebie również miło widzieć, Potter.
- No więc tak. Musicie sprawdzić, co się dzieje z centaurami w Zakazanym Lesie. Ostatnimi czasy byli zaniepokojeni, nie wiemy dokładnie czym. Musicie z nimi porozmawiać i się tego dowiedzieć, w razie gdyby to miało coś wspólnego z Sami-Wiecie-Kim. To misja dla Zakonu. Cholibka, że też McGonagall kazała to robić akurat wam… Harry, muszę zabrać twoje okulary. Minerwa chciała, żebyście nauczyli się na sobie polegać.
- Chyba sobie jaja robisz? – wysyczał Malfoy. – Nie mam zamiaru robić za niańkę dla Wybrańca! Poza tym, to niebezpieczne. A jeżeli naprawdę coś zacznie się dziać?
- Strach cię obleciał, Malfoy? – zakpił Harry, cytując słowa blondyna sprzed lat. Sam jednak również nie był zbyt zadowolony tą wizją. - Nie jestem pewien czy to dobry pomysł, Hagridzie.
- Ja też nie, Harry. Cholibka, ale tak trzeba. Trzymaj. To świstoklik. Gdyby coś się działo, wiesz co robić. – Podał mu figurkę w kształcie pająka. – No dobra. Ruszajcie.

Kiedy Harry potknął się po raz dwudziesty i twardo upadł na ziemię tuż pod stopami Draco, Ślizgon nie wytrzymał. Stanął nad chłopakiem, wyraźnie zdegustowany i siłą go podniósł.
- Czy ty naprawdę jesteś aż tak ślepy, Potter?
- Wybacz, że ci przeszkadzam w spacerku– warknął Harry, zbity z tropu. W Zakazanym Lesie panowała wieczna mgła, było też ciemno i bez okularów kompletnie nie wiedział, gdzie się znajduje. Był zdany na łaskę Malfoya i nie był pewien czy go to bardziej przeraża czy też złości.
- Na Merlina. Jeżeli coś nas zaatakuje, nie będziesz nawet wiedział gdzie celować! – Jak na zawołanie zza krzaka wyskoczyło coś wielkiego, czarnego i z ostrymi kłami. Malfoy błyskawicznie rzucił drętwotę, która jednak nie zadziałała jak powinna, a Harry zaraz po zlokalizowaniu celu ledwo co obronił się jednym z nowopoznanych czarów niewerbalnych. Nie zdążył jednak tak do końca, bo ponownie znalazł się na ziemi, przygnieciony trupem stwora.
- To naprawdę przestaje być zabawne – warknął Malfoy, rzucając na ciało kreatury Leviosę. Kiedy Harry mógł już złapać oddech, przyjrzał mu się krytycznie. – Tak być nie może, bo na pewno zginiemy. Choć sam się siebie w tej chwili brzydzę… Chodź.
- Co? – Gryfon przechylił głowę na bok, nic nie rozumiejąc.
- Potter, nie utrudniaj i chociaż udawaj, że nie jesteś takim kretynem. Wstawaj i złap się mojego ramienia. Będziesz przynajmniej normalnie szedł. – Mówiąc to, ponownie mocno szarpnął Harrym, sprowadzając go do pionu. – Będę cię ostrzegał, jeżeli jakiś przerażający korzeń zechce się na ciebie rzucić.
- Bardzo zabawne – syknął chłopak, czując jednak dziwną ulgę, gdy dotknął ramienia Ślizgona. Świadomość, że ktoś będzie go prowadził, nawet jeżeli to miał być właśnie Malfoy, nieco podniosła go na duchu. Będzie mógł więcej myśleć wrogach niż o patrzeniu pod nogi, dramatycznie skupiając wzrok aby cokolwiek dostrzec.
- Nie bój się Potter, nie jestem z cukru. Trzymaj mocno, żeby to chociaż miało jakikolwiek sens – stwierdził z krzywym uśmiechem Malfoy, a Harry zauważył z zazdrością, że ramię jego „przewodnika” jest naprawdę nieźle umięśnione.
Od tamtej pory jednak szło im o wiele lepiej. Przemierzali las szybciej i pewniej. Harry powoli przyzwyczaił się do tempa Malfoya i zgrał się z jego stopami tak, że teraz szli niemal jak jedno ciało. Nie odzywali się do siebie słowem. Ślizgon nie skomentował nawet, kiedy Potter po raz kolejny nie zauważył korzenia. Mruknął coś jedynie pod nosem i mocno przytrzymał chłopaka, ratując go tym samym od upadku. Harry czuł się z tym naprawdę niezręcznie i najchętniej zapadłby się pod ziemię, ale nie mógł nic poradzić. Poza tym, nie było to właściwie aż takie straszne. Malfoy przyjemnie pachniał i mimo wszechogarniającego smrodu bagien i mchu, Harry czuł delikatny aromat pomarańczy i cynamonu. Zdziwił się, że blondyn tak pachnie, bo nigdy w życiu by na to nie wpadł. Podejrzewał raczej coś podobnego właśnie do mchu, ewentualnie ostry aromat pieprzu.
- Nie wiem jak ty, Potter, ale ja już mam dosyć – warknął Malfoy, stając gwałtownie.
- Wiesz, nie jestem pewien, czy moje zdanie się liczy. McGonagall dała nam zadanie. Oczekuje, że zrobimy to, co trzeba.
- To, co trzeba… Wy i te wasze cholerne gryfońskie zasady. Ta stara klępa po prostu wysłała nas na jakiś chory spacerek do Zakazanego Lasu i liczy że z nudów się pogodzimy.
- No nie wiem, Malfoy. Jakoś sobie nie wyobrażam ciebie godzącego się ze mną z nudów.
- I prawidłowo. – Brwi Ślizgona uniosły się do góry. Westchnął głośno i rozejrzał się wokół. Wszędzie unosiła się gęsta mgła, mech nadal irytująco cuchnął, a gdzieś w oddali było słychać sowę.
- Gdzie w ogóle te cholerne centaury powinny być?
- Na polanie… Czekaj. Słyszysz? – Harry wytężył słuch i zamknął oczy aby skupić się na tym jednym zmyśle. – Krzyk.
- Jaki znowu krzyk? Potter, zaczynasz wariować. Nie dość, że ślepy, to jeszcze… - Malfoy już miał rzucić jakąś złośliwą uwagę, kiedy wreszcie i on usłyszał. Gdzieś w oddali było słychać krzyk, a potem długi przeciągły jęk bólu.
- Szybko. – Harry pociągnął go w stronę, skąd dobiegał dźwięk. Już chciał biec, kiedy poczuł, że Ślizgon się opiera. – Co?!
- Nie bądź taki głupi, Potter. Skąd wiesz, kto krzyczy? Skąd wiesz, kto jest sprawcą tego krzyku? I skąd wiesz, do cholery, że to tylko JEDEN sprawca?
- Nie wiem – zgodził się Harry. – I nie obchodzi mnie to. Tam ktoś cierpi, a ja nie mam zamiaru tak bezczynnie stać i słuchać!
- Czy ty naprawdę jesteś taki naiwny?
- A czy ty musisz być takim tchórzem? Ja idę. Nie obchodzi mnie, czy pójdziesz ze mną, czy też zostaniesz i będziesz się nad sobą użalał – warknął i wbiegł w ciemność. Nie widział prawie nic, ale odgłosy cierpienia służyły mu niczym kompas. Bezbłędnie omijał wszelkie przeszkody, aby wreszcie dotrzeć na skraj niewielkiej polanki. Stanął jak wryty, kiedy zobaczył Śmierciożerców. Dwóch stało dumnie i na przemian rzucało Crucio w tego trzeciego, który leżał na ziemi i skręcał się z cierpienia. Blizna Harrego zaczęła palić go żywym ogniem, a sam chłopak opadł na kolana. Szukał wzrokiem powodu bólu aż wreszcie natrafił na Nagini. Wąż kręcił się wokół Śmierciożerców, sycząc złowrogo.
- Tak, ukażcie go – zrozumiał Harry. – Nikt nie będzie sprzeciwiał się Czarnemu Panu. Nikt nie będzie go zawodził… Sss…
- Jasna cholera – mruknął Harry pod nosem. Nagle, Nagini odwróciła się w jego stronę, wbijając bystry wzrok w miejsce, gdzie klęczał. Wysyczała coś, czego już nie zrozumiał, ogłuszony bólem, ale był pewny, że go widziała. Nie musiał długo żyć w niepewności.
- Tam! Ktoś tam jest – warknął jeden z Śmierciożerców. Rzucił jakiś czar niewerbalny, krzaki przed nosem Gryfona zniknęły.
- Przecież to Potter – zauważył z zadowoleniem drugi mężczyzna. – Cóż za zbieg okoliczności.
- Expelliarmus! – wrzasnął Harry, celując w Śmierciożercę. Zaraz potem, ból okazał się jeszcze silniejszy. To Nagini pełzła w jego kierunku. Harry wyczuł w tym swoją szansę. Tak skupił się na wężu, że zginąłby, nawet nie wiedząc z czyjej ręki, gdyby nie Malfoy wyskakujący zza krzaków. Nałożył na nich oboje tarczę, petryfikując atakujących. Nagini zniknęła, rozumiejąc że jest w niebezpieczeństwie, a leżący na ziemi Śmierciożerca podniósł wzrok na obu chłopaków. Pozostali mężczyźni już dawno zniknęli. Prawdopodobnie dzięki świstoklikom.
- Malfoy! – wysyczał, rozpoznając Ślizgona.
- Szlag by to– mruknął blondyn. – Wybacz. Avada kedavra! Potter, wstawaj wreszcie!
- Malfoy, czy ty właśnie…
- Tak, zabiłem go. Wstawaj, nie ma czasu na wylegiwanie się – warknął i złapał Harrego pod pachy. Pomógł mu wstać, po czym oboje rzucili się do ucieczki, kompletnie zapominając o własnym świstokliku. Harry przetwarzał w głowie informacje, zastanawiając się, czy to wszystko miało coś wspólnego z centaurami.
- O nie! – krzyknął, gdy odpowiedź sama pojawiła się przed jego nosem. Na ziemi leżał młody, rudowłosy pół człowiek – pół koń.
- Czy to… Harry… Potter? – wyjęczał, nie otwierając jednak oczu. Harry podbiegł do niego, wyrywając się Malfoyowi.
- Tak, to ja. Co tu się stało? – spytał.
- Śmierciożercy… Atak… Innym udało się uciec. Tylko ja zostałem, żeby… Poinformować McGonagall… Oni… Chcieli czegoś… O gwiazdach… Wróżba… Harry, pochowaj mnie…
- Oczywiście – szepnął Gryfon, widząc jak ostatni oddech opuścił ciało jednego z jego przyjaciół. Nawet nie znał jego imienia, ale był pewny, że już kiedyś się spotkali. Może nawet rozmawiali? – Dlaczego…?
- Potter, nie mazgaj się. – Malfoy stanął za jego plecami. – Musimy się stąd wynosić.

Harry siedział na miękkiej kanapie w gabinecie McGonagall i powoli pił czekoladę. Dyrektorka od razu wcisnęła im po filiżance, kiedy tylko pojawili się z ciałem zabitego centaura. Bez słowa zrozumiała, czego pragnął i zawołała Hagrida, aby zajął się godnym pochówkiem. Teraz krążyła po pokoju bez słowa, zastanawiając się nad czymś. Malfoy siedział pół metra od Harrego i ten zdał sobie głupio sprawę, że jego pomarańczowy zapach pasuje do ciepłej czekolady.
- No dobrze. Nie chcę wam już zajmować więcej czasu – odezwała się nagle dyrektorka, przerywając niepokojącą ciszę. – Zrobiliście to, czego od was oczekiwałam. Panie Malfoy, jest pan pewien, że pozostała dwójka Śmierciożerców nie rozpoznała pańskiej godności?
- Inaczej byliby martwi – odpowiedział spokojnie Ślizgon, upijając łyk cudownego napoju. Harry wzdrygnął się, słysząc jak lekko i spokojnie mówi o zabijaniu innych. On sam również to robił, ale każdy człowiek, który ginął z jego ręki śnił mu się potem po nocach.
- A Nagini? – dodał.
- Ona była za bardzo wpatrzona w ciebie. Na szczęście to tylko cholerny wąż. Na sto procent mnie nie widziała. Jeżeli się mylę, niedługo pewnie będziecie mogli się cieszyć, że już po mnie.
- Dobrze. Jesteście wolni. Mam nadzieję, że to, co się zdarzyło pozostanie jedynie między nami – mruknęła dyrektorka, nie komentując słów Ślizgona.
- Oczywiście – odparł Harry, a Malfoy jedynie w milczeniu kiwnął głową i wyszedł.

Hermiona i Ron czekali na niego w Pokoju Wspólnym Gryffindoru. Weasley nie wytrwał na posterunku i spał, skulony na jednym z czerwonych foteli, ale Hermiona nadal była czujna. Gdy tylko Harry przeszedł przez dziurę i postawił stopę na miękkim, złoto-brązowym dywanie, zerwała się na równe nogi.
- Wszystko w porządku?
- Tak. Byliśmy w Zakazanym Lesie.
- Co?!
- Wykonywaliśmy misję dla Zakonu.
- Z Malfoyem?! – Hermiona niemal podskoczyła zszokowana. – McGonagall dobrowolnie wysłała cię samego z Malfoyem do Zakazanego Lasu?
- Przecież już wiesz, że to on jest naszym szpiegiem, nie? To właściwie wcale nie było takie trudne do zgadnięcia.
- No tak, ale…
- Mylisz, że mi się to podobało? Na dodatek kazała mi iść bez okularów – mruknął, poprawiając odzyskaną własność i czesząc się, że znowu widzi.
- To jak ty…?
- Trzymałem się jego ramienia – przyznał Gryfon, podchodząc do kominka i ogrzewając przy nim ręce. Drewniana podłoga zaskrzypiała lekko pod wpływem jego ciężaru. Hermiona cofnęła się o kilka kroków, wpadając na stolik do kawy.
- Merlinie, ona chyba zgłupiała. Przecież to było kompletnie nieodpowiedzialne! No ale… Dowiedzieliście się czegoś?
- Tak. Śmierciożercy chcieli jakiś informacji o niebie od centaurów. Na szczęście udało im się uciec. Tylko jeden… No.
- I co teraz?
- Nic. Czekamy. – Harry usiadł wreszcie na kanapie. – Myślę, że dobrze by było gdyby Malfoy pomógł mi w prowadzeniu Gwardii Dumbledora.
- Co? Jak to? Przecież…
- Wiem, przecież to Malfoy. Ale wtedy, w Zakazanym Lesie… On na pewno zna jeszcze wiele zaklęć, o których nawet ty i ja nie mamy pojęcia. Przyda się. Mimo, że niby nie zrobił nic takiego, widziałem tą pewność w jego oczach. Doskonale zdawał sobie sprawę ze swoich sił i był przekonany, że spokojnie da sobie radę. On dużo wie. Na dodatek, zna dokładnie zachowania wielu Śmierciożerców.
- Skoro tak uważasz…

Kiedy Harry przyłożył głowę do poduszki, pierwszą rzeczą, o której pomyślał, był Malfoy i ten dziwnie przyjemny zapach jaki roztaczał. Harry nie mógł zrozumieć, dlaczego właśnie o tym myśli, ale zwalił to na karb przemęczenia. Odłożył różdżkę na półeczkę przy łóżku i zamknął oczy.
Śniły mu się biegające po łące pomarańcze.

***

Pokornie proszę o komentarze :)
karmelowa
karmelowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 62
Dołączył(a): 29 sty 2012, o 22:48

Postprzez CrazyCry » 31 sty 2012, o 22:49

Według mnie akcja toczy się zbyt szybko. W jednej chwili z krzaków wyskakuje niewiadomoco i rzuca się na Harry'ego, zaraz po tym słyszy on krzyk, biegnie, widzi śmierciożerców, Malfoy zabija jednego z nich, znajdują martwego centaura i już po chwili piją czekoladę w gabinecie McGonaggal. To trochę psuje atmosferę, ale to tylko moje zdanie. Według mnie mogłabyś bardziej szczegółowo opisać poszczególne akcje, ponieważ są dobrym materiałem na długi, wciągający rozdział, ale póki co jeszcze czegoś mi tu brakuje.
Zauważyłam jeszcze coś takiego:
"poprawiając odzyskaną własność i czesząc się, że znowu widzi."
Tak, tak, Potter powinien w końcu się uczesać, ale w tej sytuacji byłoby lepiej, gdyby po prostu się ucieszył :D. A sformułowanie 'poprawiając własność' brzmi cokolwiek dziwacznie.
Przepraszam, że tak krótko. Zawsze coś, nie xd? Zawsze wygodniej komentować na bieżącą, kilka słów pod każdym kolejnym rozdziałem, niż pisać megawypracowanie pod zakończonym opowiadaniem. Lepiej chyba "towarzyszyć" autorowi podczas tworzenia, z nadzieją, że nasze rady mu pomogą i wpłyną na ciąg dalszy historii.
Pozdrawiam i życzę weny.
Aerobic -> aerobik
Fanfic -> fanfik
Nie fanfick x.x
Fanpage "Effeminate boys"
CrazyCry Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 361
Dołączył(a): 8 lis 2011, o 09:12
Lokalizacja: Wawa

Postprzez ruffe » 31 sty 2012, o 22:56

Hm. To opowiadanie jest powodem, dla którego w końcu postanowiłam założyć konto. (Mimo, że przychodzę tu od roku.)
A piszę, bo uważam, że pierwsza część była naprawdę dobra. Najbardziej podobało mi się to, jak Draco patrzył na Harrego przy ich spotkaniu, jaki był wściekły za to co się stało...
Nie podobało mi się z kolei to, że Harry też został prefektem i .. czy ja czytałam tam coś jeszcze o 'dodatkowych' strojach? O.o
Za bardzo nie-kanoniczne i raczej mało prawdopodobne. Za dużo gmatwania.
-Druga część zmieniła całą moją wizję dotyczącą tego opowiadania. Draco- szpieg, no ok, ale posyłający swojego ojca na śmierć? NEVER.
-Najpierw Malfoy jest wściekły ("zabiłeś mojego ojca!") a potem ("Posłałem swojego ojca na śmierć") już jakby bez emocji.
-Miało być 'kanonicznie' a tu mamy dzielnego, pomocnego Draco i Pottera-łamagę.
-Najpierw toczą walkę na śmierć i życie ze śmierciożercami a następnie popijają herbatkę jak gdyby nigdy nic?
-Jej... Harry potrzymał przez chwilę Dracona za ramię i zdążył się zakochać. Zbyt szybko, trochę zbyt... trywialnie:)
Bardziej podobał mi się pierwszy rozdział bo jest bardziej prawdziwy pod względem emocji, które mogą wywoływać takie wydarzenia.
Ale obiecuję czytać regularnie i wspierać! <3
ruffe Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 12
Dołączył(a): 31 sty 2012, o 19:17

Postprzez Alisjaaa » 1 lut 2012, o 00:06

Nowy rozdział jak miło;)Tekst ma nadal takie same niedociągnięcia jak poprzedni chociaż jest ich zauważalnie mniej co mnie bardzo cieszy. Udało Ci się mnie zaszokować pod sam koniec. Harry nagle zaczłął rozważać współpracę z Draco - to absurdalne. Rozumiem ze może kierować się dobrem Gwardii, ale to bardzo do niego nie podobne,zbyt dojrzałe. Jaki normalny człowiek poprosił by o pomoc czy współpracę osobę, której nie ufa i uważa przez bardzo długi czas za śmierciożercę. Zdecydowanie się za bardzo z tym pośpieszyłaś. Akcja Twojego opowiadania pędzi na łeb na szyję, przez co jest nie logiczne. Nie ma opisanych uczuć, wiec dziwi mnie zachowanie Harry'ego. Jak narazie nie zaprezentował zbyt dojrzałego zachowania, dał się sprowokować Malfoy'owi i sam również go wcześniej obrażał. Z tego co zauważyłam Harry aż kipiał od nienawiści do chłopaka i ta nagła zmiana jest dla mnie nieco zaskakująca i zupełnie bezpodstawna. Zachowanie McGonagall (tak znów się do niej przyczepię) jest jeszcze bardziej zadziwiające jej decyzje są po prostu śmiesznie szalone. Rozumiem, że Harry jest członkiem Zakonu, ale nie rozumiem dlaczego karą za ich zachowanie ma być misja do Zakazanego Lasu, który sam w sobie jest niebezpieczny. Jak Minerwa mogła ich wysłać do Lasu wiedząc, że śmierciożercy mogą się do niego dostać (nie zaznaczyłaś czy las jest objęty zaklęciami ochronnymi), ale to jeszcze nic szalona pani dyrektor wysłała Harry'ego Pottera głównego asa wojny, czarodzieja który ma się zmierzyć z samym Voldemortem do Lasu pełnego zagrożeń i to w dodatku pozbawiając go okularów oraz zdając na łaskę Malfoy'a :shock: . Czy tylko ja odnoszę wrażenie, że McGonagall w Twoim wykonaniu to nieprzytomna umysłowo de***ka? Wykreowana przez Ciebie postać Minerwy zdecydowanie mi się nie spodobała i wątpię żebym zapałała do niej sympatią.

Kolejnymi rzeczami, które rzuciły mi się w oczy to male niezręczności stylistyczne. Np. "Kiedy rudzielec otworzył wreszcie oczy i zdał sobie sprawę z sytuacji, oboje zaczęli się szamotać po dormitorium." Szamotać zastąpiła bym innym czasownikiem lub w ogóle zmieniłabym to zdanie.
" Atak może nastąpić w każdej chwili. Nasi przyjaciele muszą być na to przygotowani. Skoro McGonagall uznała, że najbardziej przydamy się w zamku, musimy sprawić aby tak właśnie było." To Nasi przyjaciele zmieniła bym na: Wszyscy musimy być na to przygotowani. Ponieważ nie tylko ich przyjaciele muszą być gotowi, ale oni sami również. Nie pozjadali jeszcze wszystkich rozumów świata i nadal się kształcą. Wydaje mi się, że tak brzmiało by trochę lepiej.
" Coś niebezpiecznie zabulgotało." Może: Eliksir niebezpiecznie zabulgotał. lub Eliksir wydał niepokojący dźwięk, Mikstura zaczęła niepokojąco bulgotać.
"- Gdybyś kiedykolwiek spojrzał w lustro, Potter, może też postanowiłbyś zmienić wygląd. Chyba że obrzydliwie bezdomny to najnowszy krzyk mody w mugolskim świecie?" Określenie obrzydliwie bezdomny pierwszy raz się z taką "składanką" spotkałam, pasuje to bardziej do obrzydliwie bogaty, ale bezdomny? Nie wiem jakoś nie specjalnie mi to tutaj pasuje :x .

Podobał mi się w tym rozdziale opis, a raczej początki lub próby rozbudowania opisów (chociaż to może to tylko moje odczucie). Komentarze i wypowiedzi Draco były dosyć zabawne:) Oby tak dalej, mam nadzieję, że nie Malfoy w Twoim wykonaniu nie zatraci ostrego jak brzytwa języka.
Pozdrawiam serdecznie i czekam na kolejny rozdział:)
"- Och nie! Nie przeszkadzaj mi, Syriuszu. To mój fotel, to moja książka, to moje wino i moja czekoladka! Snape, spieprzaj dziadu!" :D
Pokrewieństwo autorstwa Tristana
Alisjaaa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 6
Dołączył(a): 30 sty 2012, o 15:27

Postprzez Nessa » 1 lut 2012, o 14:30

Hm... zgadzam się z CrazyCry. Pierwszy rozdział był o wiele lepszy. Nie chcę cię, broń Boże, zniechęcać, ale wypadałoby nad tym rozdziałem przysiąść. Zauważyłam, że w Zakazanym Lesie dałaś trochę więcej opisów, jednak to wciąż za mało. Nie mówie, że masz opisywać otoczenie na 2 strony, bo możnaby przy tym usnać, ale nadal brakuje przemyśleń Harry'ego, przez co jego postać wypada niecopłytko. Jego nagła zmiana nastawienia do Draco też nastąpiła za szybko.Nie oczekuję, że po 6 roku Harry będzie go nienawidził tak jak wcześniej (bo w końcu zobaczył wtedy, że Malfoy to też człowiek), ale zmiana powinna następować stopniowo. Mam wrażenie, że pędzisz tak z akcją bo chcesz przejść jak najszybciej do drarrowego wątku, a tekst na tym traci. Jest w tobie potencjał i warto go wykorzystać. Jeśli mogłabym coś doradzić, to na twoim miejscu pomiędzy scenami pełnymi akcji (jak Zakazany Las) napisałabym sceny spokojniesze, stanowiące płynny łącznik pomiędzy jednym fragmentem a drugim. Jeśli coś dzieje się tak szybko, czytelnik nie przywiązuje wagi do tego, co właśnie czyta. Jeśli chodzi o pozytywne aspekty podoba mi się postać Malfoya, oby z późniejszym rozwojem wydarzeniem nie zmiękł za bardzo. I brawo za tak szybką aktualizację.
Mam nadzieję, że mój komenatrz okaże się pomocny, a nie zniechęcający, bo warto nad sobą pracować. Chciałabym przeczytać kolejny rozdział.

PS. Mówiłaś, że jesteś nowa na forum i nie znasz obowiązujących tu zasad. Więc pozwolę sobie wspomieć, zanim dostaniesz ochrzan od moderatora, że lepiej nie odpowiadać na komentarze w komentarzach, a w wiadomościach prywtanych.

Powodzenia w dalszym pisaniu. Jakbyś potrzebowała z czymś pomocy, to pisz.
Nessa Offline


 
Posty: 53
Dołączył(a): 10 lis 2010, o 00:28

Postprzez karmelowa » 6 lut 2012, o 18:59

Dziękuję bardzo za wszystkie komentarze. Naprawdę sprawia mi radość, że komuś chce się udzielać mi tylu rad. Rozgrzewam się i mam nadzieję, że z rozdziału na rozdział będzie lepiej. Jeśli nie w tym opowiadaniu, to może w kolejnym będzie po prostu DOBRZE. Pozdrawiam :)

***


Schodząc na śniadanie, Harry myślał o swoim dzisiejszym dyżurze. McGonagall przydzieliła mu do pary Malfoya, czego właściwie nawet się spodziewał. Miał wrażenie, że dyrektorka zrobi wszystko aby oboje zaczęli ze sobą dość zgodnie współpracować. Chciała, aby w razie ataku byli skupieni na walce z wrogiem, a nie ze sobą nawzajem.
- Mam dzisiaj dyżur – oświadczył, siadając obok Hermiony. Dziewczyna uniosła pytająco brwi, smarując bułkę masłem. – Z Malfoyem.
- Masz zamiar mu to zaproponować? – zrozumiała Granger, szukając wzrokiem sera. Dean podał jej talerz.
- Co? Co zaproponować? – spytał Ron, odrywając się od swojej gigantycznej kanapki.
- Myślisz, że się zgodzi?
- Nie wiem, Miona… W końcu to Malfoy. Jeżeli odpowiednio mu zagram na ambicjach…
- CO? Co, do cholery, Malfoy? O co wam chodzi? Czemu mi nic nie tłumaczycie? – zeźlił się Weasley, kompletnie porzucając swoje śniadanie. Wbił uważne spojrzenie w dwójkę przyjaciół. Ginny również skupiła wzrok na nich. Harry westchnął głęboko i spokojnie wytłumaczył im swój plan, dotyczący Gwardii Dumbledora.
- Czy jesteś pewien, że to dobry pomysł? – zwątpił Neville, popijając sok dyniowy. – Może Malfoy niby jest po naszej stronie, ale… To nadal jest Malfoy.
- Właśnie – poparł go Ron. – Oślizgły, obrzydliwy, wstrętny, chamski, nieobliczalny, irytujący Malfoy. On cię nienawidzi. Zaraz… On nienawidzi nas wszystkich. Jak sobie to wyobrażasz? Że nagle cię pokocha i zgodzi się uczyć grupkę Gryfonów?
- Nie tylko Gryfoni są w Gwardii – mruknął Harry.
- No dobra. Wyobrażasz go sobie uczącego kogokolwiek, kto nie jest Ślizgonem?
- No wiesz… Moglibyśmy się od niego sporo nauczyć.
- Nie wiem, czy chcę – burknął Ron, wbijając wreszcie zęby w kanapkę. Harry spojrzał ponuro na własną jajecznicę, zastanawiając się nad swoim planem. Już miał zrezygnować, kiedy odezwała się Hermiona.
- Ja uważam, że to dobry pomysł. Może i się nienawidzimy, ale jest wojna. Jeżeli Malfoy jest w stanie przekazać nam coś, co pomoże w jej wygraniu, jestem za. Zniosę nawet te jego cholernie denerwujące docinki.
- I paskudnie ułożone włosy – dodała Ginny. Ron posłał jej dziwne spojrzenie. – No co? To też sprawia, że jest bardziej wkurzający. Jak mam się skupić na tym, co mówi skoro przed oczami świeci mi jego platynowa trwała?
- Fretki najwyraźniej tak mają – skwitował Dean, rozśmieszając wszystkich.

Harry skupił się na nudnym głosie profesora Flitwicka, mówiącego o kolejnym nudnym powstaniu goblinów i próbował cokolwiek zapamiętać. Wizja niezdanych OWUTEM-ów z powodu zaśnięcia na lekcji nie była zbyt pokrzepiająca.
- Zaraz zwariuję – mruknął Ron, uderzając głową o ławkę. Hermiona rzuciła mu karcące spojrzenie i wróciła do skrzętnego zapisywania notatek.
- Nie wytrzymam… - zgodził się Harry, rozglądając się po klasie i szukając innych, sterroryzowanych nudami uczniów. Crabbe i Goyle już dawno pochrapywali, Pansy trzymała się resztkami sił, a Malfoy opierając głowę o prawą rękę walczył z własnymi powiekami. Kosmyk jego włosów wymknął się z przylizanej fryzury i opadł delikatnie na alabastrową dłoń, czyniąc pozę chłopaka jeszcze bardziej zmęczoną. Harry przyłapał się na tym, że patrzy na Ślizgona trochę inaczej niż zawsze. Bez ciepłych uczuć, ale również bez nienawiści, która do tej pory towarzyszyła mu przez wszystkie lata nauki w Howarcie.
- Co się gapisz, Potter? – wysyczał Malfoy, przyłapując Gryfona. Rozluźniony wyraz twarzy został zastąpiony przez ironiczne, pełne obrzydzenia spojrzenie.
- Masz włosy w nieładzie – mruknął w odpowiedzi Harry, sam tym zaskoczony. Ślizgon zamrugał zdziwiony oczami i odruchowo poprawił nieposkromiony kosmyk.
- Chciałbyś być taki piękny jak ja, co? – rzucił, uśmiechając się chytrze. – Niestety, Potter. Ty i twoje chaotyczne uczesanie nigdy nie będziecie mogli szczycić się mianem boga seksu.
- Nie jestem pewien czy wiecznie ulizane włosy mają coś wspólnego z seksem – zauważył bystrze Harry. – Skoro masz czas aby je tak codziennie układać, raczej nie pozostaje ci go wiele na podboje. Poza tym, co byś zrobił gdyby ktoś ci zepsuł fryzurę podczas namiętnej nocy?
- Nie potrzebuję niczyich łap na mojej idealnej głowie – skwitował Malfoy. – O ile wiem, narządy płciowe znajdują się gdzie indziej.
- I gdzie tu namiętność?
- A co ty o tym możesz wiedzieć, Potter?
- Zdziwiłbyś się – skwitował krótko Harry, po czym zamilkł, gdy zauważył, że duża część uczniów zaczęła przysłuchiwać się ich rozmowie. Zarumienił się lekko i odwrócił od Malfoya, który tylko się roześmiał.
- Skoro już nawet sama rozmowa tak cię zawstydza, to nie chcę widzieć cię podczas miłosnych igraszek – rzucił, a Ślizgoni się roześmiali.
- Pocieszę cię, Malfoy, że ja w ogóle nie chciałbym widzieć cię w takiej sytuacji. Bez względu na to czy i kiedy się rumienisz – odparł Harry. – Ale miło mi, że ty doceniasz moje walory.
- Nieźle, Potter – zaśmiał się blondyn. – Jednak nie łudź się, że kiedykolwiek zbijesz mnie z pantałyku.

Obrony przed czarną magią miał ich uczyć Lupin. Harry ucieszył się widząc przyjaciela i posłał mu miły uśmiech na powitanie. Zastanawiał się czy Remus został wybrany ze względu na swoje umiejętności, czy też McGonagall chciała mieć po prostu blisko kolejnego członka Zakonu.
- Witajcie, moi mili. Mam nadzieję, że mnie pamiętacie, bo nie mam zamiaru tracić czasu na zbędne monologi. Będę was w tym roku uczył obrony i mam nadzieję, że weźmiecie wszystko co powiem do serca. Tym razem bowiem nie chodzi tylko o oceny ale również o to, czy dacie sobie radę podczas wojny. Nie będzie podręczników i nie będzie zbędnych wykładów. Od razu przejdziemy do praktyki. – Czarem błyskawicznie ustawił wszystkie ławki pod ścianą i namalował na podłodze czerwony okrąg. – To będzie nasza arena. Zaczniemy od zwykłego pokazu umiejętności. Pary wylosujemy magicznie, bo przecież w prawdziwym życiu nikt nigdy nie wie, kto będzie jego przeciwnikiem. Zaczniemy może od Malfoya. Podejdź, proszę, do stolika. – Ślizgon uśmiechnął się ironicznie. Podszedł do Lupina, po czym w jego dłoni pojawiła się karteczka.
- Pansy Parkinson – przeczytał spokojnie, ale widać było, że jest zadowolony z takiego obrotu spraw. Ślizgonka również wydawała się nie mieć obiekcji.
- Wejdźcie do kręgu i zacznijcie, kiedy tylko będziecie mieli ochotę – nakazał Lupin. Malfoy spokojnie ruszył w kierunku wyznaczonego pola, a kiedy tylko jego stopa przekroczyła linię, rzucił pierwsze zaklęcie.
- Immobilus!*
Pansy opadła na podłogę, aby uniknąć zaklęcia i zaraz potem zerwała się na równe nogi.
- Serpensortia!**
- No nie, Pansy! Wężem chcesz pokonać węża? – zakpił Draco. W jednej sekundzie pozbył się gada z areny, a walka zaczęła się na poważnie. Harry obserwował dziki taniec dwójki Ślizgonów, gdy rzucali zaklęcia, odskakiwali i bronili się nawzajem. Zawsze wiedział, że Malfoy jest dobry, ale nie spodziewał się, że Parkinson jest w stanie się z nim walczyć jak równy z równym.
- Bardzo dobrze – skomentował Lupin. Pansy uśmiechnęła się dumnie, a Malfoy wykorzystał chwilę jej nieuwagi i rozbroił ją prostym expeliarmusem. Doskoczył do dziewczyny i przyłożył jej różdżkę do gardła. Przez chwilę wszyscy wstrzymali oddech, zastanawiając się, co zamierza Malfoy. W końcu to Ślizgon. Chłopak jednak roześmiał się z ironią i podał dziewczynie rękę, pomagając jej wstać.
- Jeszcze wiele musisz się nauczyć, Pansy – wysyczał złośliwie.
- Ty również – odpowiedziała tylko i uśmiechnęła się jakoś zagadkowo.
- Dobrze. – Lupin - Teraz Harry.
Chłopak podszedł do stolika i wylosował karteczkę. Trafił na Zabiniego. Walka trwała dość długo, ale ostatecznie wygrał, czym doprowadził Ślizgona do szału. Zaraz po nim był Dean z Crabbem. Żaden pojedynek tego dnia nie był jednak tak ciekawy jak jego i Malfoya.

Do kolacji nie działo się już nic ciekawego. Wszystkie lekcje toczyły się swoim powolnym rytmem, tak jak zawsze. Ślizgoni dokuczali Gryfonom i na odwrót, Hermiona zawsze podnosiła rękę do góry aby odpowiedzieć na pytanie, a Ron przysypiał, notorycznie brudząc sobie policzek tuszem. Harry poczuł dziwne ciepło, urzeczony tą swojską atmosferą szkoły.
- Niedługo zacznie się twój dyżur – stwierdziła Hermiona. – Nadal jesteś pewien, że chcesz poprosić Malfoya o pomoc?
- Myślę, że tak. Pojedynek na obronie tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że tak będzie najlepiej.
- On jest śmierciożercą – powiedział spokojnie Ron. – Nie wiem czy powinien wiedzieć, co umiemy.
- Jest szpiegiem.
- Ale nadal nosi TEN znak na przedramieniu.
- W takim razie, jednocześnie my dowiemy się, co potrafi on sam – odparł spokojnie Harry.

Gryfon narzucił na siebie szatę w kolorze głębokiego błękitu. Po bokach zostały wyhaftowane znaki wszystkich domów Hogwartu. Na piersi lśnił dumnie znak prefekta. Poprawił jeszcze zapięcie i wyszedł z dormitorium. Powoli szedł w stronę gabinetu dyrektorki, nie spiesząc się ani odrobinę.
- Spóźniłeś się, Potter – warknął Malfoy, zauważając go. – Nie wiem, czy jesteś tak głupi, że nie umiesz obsługiwać zegarka, czy też nie potrafisz zapiąć guzika od koszuli.
- Uwierz, z guzikami radzę sobie doskonale – odparł szybko Harry, czerwieniąc się na myśl o dwuznaczności tego stwierdzenia.
- Obyś miał rację – skwitował blondyn z wyjątkowo złośliwym uśmieszkiem na twarzy.
- Gdzie idziemy?
- Oczywiście w stronę wyjścia. A zaraz potem poszukamy jakiś wkurzających Gryfonów, pałętających się po korytarzach.
Przez bardzo długi czas chodzili w milczeniu, nie zauważając swojej obecności. Malfoy zajmował się swoimi własnymi myślami, a Harry zbierał się w sobie aby wreszcie poprosić go o pomoc. Nie napotkali nikogo poza jedną parą, obściskującą się w lochach. Wyjątkowo niespodziewanie i niemalże niepokojąco zamek był otoczy kurtyną ciszy.
- Boją się – stwierdził Malfoy, gdy wchodzili do wieży Astronomicznej. Przystanął przy oknie, wpatrując się w gwiazdy. Harry podejrzewał, że chłopak zastanawia się nas słowami centaura, które usłyszeli podczas wspólnej misji.
- Kto? Czego?
- Nie bądź głupi, Potter – wysyczał blondyn, jednak bez wyraźnej dawki nienawiści. Wydawało się, że zwyczajnie o tym zapomniał lub nie miał siły. – Uczniowie. Wszyscy. Boją się wychodzić na korytarze i to wcale nie ze względu na moją niesamowitą aurę, która wszem i wobec wzbudza szacunek. Naprawdę się boją.
- A ty? – spytał nieoczekiwanie Harry.
- Myślę, że to nie twój zasrany interes.
- Czy pomożesz mi w prowadzeniu Gwardii Dumbledora? – wypalił szybko.
- Chyba sobie jaja ze mnie robisz? – Chłopak oderwał się od analizowania nieba, odwracając się do Harrego. – Niby dlaczego miałbym to zrobić?
- Wydawało mi się, że jesteś po naszej stronie.
- Bo jestem. Ale to nie sprawiło, że moja pogarda w stosunku do ciebie i twoich przyjaciół zniknęła!
- Uważam, że to dobry pomysł. Umiesz dużo, co może pomóc w wygraniu wojny.
- Czy to nie szkoła ma przypadkiem uczyć? – warknął blondyn, poprawiając swoje włosy.
- Ma. Ale…
- Ale nie cholernych Ślizgonów, którym nie można przecież ufać, prawda? Ty masz uczyć tych, którzy rzeczywiście są godni przeżycia.
- Nie powiedziałem tak.
- Ale myślisz w ten sposób. – Malfoy odwrócił się z powrotem. – Moja odpowiedź brzmi: nie. Nie będę pomagał szlamom i nieudacznikom przeżyć. Radźcie sobie sami.
- Dlaczego więc zostałeś szpiegiem, do cholery?
- Bo ja nie jestem mordercą. I nie zamierzam wylądować w Azkabanie, kiedy ta cholerna wojna się skończy, a ty zostaniesz żywym bogiem. Nie zabijam bez powodu. Ale nie czuję się również w obowiązku ratowania każdej naiwnej i głupiej dupy, która nie potrafi zadbać sama o siebie!
- Jesteś tak cholernie samolubny…
- Jestem. Jestem i jest z mi z tym cudownie wygodnie – syknął Ślizgon. – Odwal się ode mnie, Potter i zajmij się ratowaniem świata. Ja tym czasem, będę robił to, czego wymaga ode mnie Zakon i nic więcej.
- Tchórz.
- To ty jesteś tchórzem, o wielki wybawco. Wmawiasz sobie codziennie, że Śmierciożercy nie są ludźmi i mordowanie ich jest dobre. Inaczej nie byłbyś w stanie ich zabijać. Gdybyś tak chociaż czasem przypomniał sobie, że oni również mogli kogoś kochać, nienawidzić lub mieć rodziny, nie potrafiłbyś nawet zasnąć! Krzyczysz, że dyskryminacja jest zła, a sam robisz dokładnie to samo! Widzisz tylko czarne lub białe, kompletnie nie rozróżniając innych kolorów. Jesteś cholernym, tchórzliwym daltonistą i rzygać mi się chce jak na ciebie patrzę. Pomagam Zakonowi ale nie mam zamiaru udawać, że kocham te wszystkie szlamy i im podobne. Nie jestem ani Voldemortem, ani jednym z was. A teraz daj mi pieprzony spokój.
Harry osłupiał. Nigdy tego tak nie rozpatrywał. Zawsze wierzył, że jeżeli ktoś rzeczywiście jest po jego stronie, stara się pomóc ze wszystkich sił. Po raz pierwszy spotkał się z czymś takim. Przeżył szok.
- Nie gap się tak na mnie – warknął Ślizgon. – Mam dosyć na dzisiaj. Idę do siebie i tobie radzę zrobić to samo. – Odwrócił się na pięcie i już po chwili go nie było.

Tej nocy Potter długo nie mógł zasnąć. Przekręcał się w boku na bok, usiłując przewartościować całe swoje dotychczasowe życie. Pod wpływem słów Malfoya zaczął zastanawiać się, dlaczego Śmierciożercy, których zabił przyjęli Mroczny Znak. Analizował zachowania uczniów Hogwartu i próbował dociec, który ze Ślizgonów może być tak naprawdę w porządku. Do tej pory wierzył, że powinno się stawać mocno po którejś ze stron, ale z drugiej strony… Byli przecież jeszcze ludzie, którzy chcieli po prostu żyć. Nie czuli się w obowiązku walczenia o cokolwiek. Pragnęli jedynie normalności. Harry tak długo obracał się pośród ludzi zdeterminowanych, że kompletnie zapomniał o innych. Rzeczywiście zaczął widzieć jedynie w dwóch kolorach.
- Czyżbym robił się dokładnie taki jak ludzie, których nienawidzę? – wyszeptał. – Czy już naprawdę przestałem obserwować?
- Mówiłem, że tak będzie? – Ron wpakował ostatni kawałek bułki do ust. – Nie spodziewałem się żadnej innej reakcji.
- Może… Liczyłem jednak…
- Ej, patrzcie. Coś się chyba stało Parkinson – odezwał się Dean, wskazując wzrokiem na stół Ślizgonów. Harry natychmiast skupił się na Malfoyu, wściekle zaciskającym pięści. Mówił coś, a raczej syczał, w stronę Pansy, która spokojnie spożywała swoje śniadanie. Wyglądała nienagannie, tak jak zawsze ostatnimi czasy, ale ręce jej widocznie drżały, a zza szaty widoczna była długa szrama, ciągnąca się aż do ucha. Blasie również ślęczał nad nią zirytowany i widocznie usiłował jej coś wytłumaczyć. Ona jednak zdawała się nie słuchać. Nagle Malfoy podniósł się i Harry myślał, że wyjdzie, ale on szybkim krokiem skierował się prosto do stołu Gryffindoru. Starsi uczniowie zamilkli, wpatrzeni w jego kipiącą nienawiścią postać i oczekiwali prawdopodobnie bójki, ale stało się zupełnie inaczej. Ślizgon stanął za Harrym, wbijając w niego stalowe spojrzenie i odetchnął kilka razy. Młodsze Gryfonki pisnęły i odsunęły się od niego jak najdalej.
- Zgadzam się, Potter – wysyczał chłopak, niemalże niedosłyszalnie, po czym wyszedł z Wielkiej Sali.
- O matko… Co to miało być? – spytał szeptem Ron, a plasterek dynio-pomidora z jego kolejnej kanapki spadł z plaśnięciem na podłogę.

- Malfoy. Malfoy. Malfoy! – wysyczał szeptem Harry, aż wreszcie udało mu się zwrócić uwagę blondyna. Siedzieli na numerologii, a Gryfon już od minuty usiłował dotrzeć jakoś do chłopaka.
- Czego?
- Masz. – Rzucił w niego karteczką. Napisał w niej, gdzie odbywają się spotkania Gwardii Dumbledora, podał pierwszy termin i zapytał, kiedy coś ustalą. Nie czekał długo na odpowiedź. Już po chwili pięknie złożona z papieru miotła wylądowała na jego zeszycie.
Chyba sobie żartujesz, co? Naprawdę będę musiał spotkać się z tobą gdzieś sam na sam, żeby rozmawiać? Merlinie… Ale podejrzewam, że masz rację. Ja nie nadaję się do uczenia tych twoich tępych przyjaciół. Straciłby cierpliwość, zanim nauczyliby się prostego Lumos.
Proponuję jutro rano. Nie mam dla ciebie czasu wieczorami, spotykam się wtedy z ludźmi godnymi mojej uwagi.
No i oczywiście, jest jeden warunek. Pomogę ci, Potter, jeżeli będę mógł wprowadzić na zajęcia kogo tylko mi się spodoba.

Harry zmarszczył brwi, nieco zaniepokojony. Nie był pewien, czy to dobry pomysł, pozwalać tak Malfoyowi na uczenie, kogo zechce, ale z drugiej strony…

Czy to ma coś wspólnego z Parkinson?


Spojrzał na Ślizgona, kiedy ten czytał wiadomość i zauważył kolejne oznaki wściekłości. Zaciśnięte usta, zmrużone oczy i głębsze niż zazwyczaj oddechy. Cokolwiek by Malfoy nie odpisał, Harry już wiedział, że się nie pomylił. Coś, co przydarzyło się przyjaciółce chłopaka miało decydujący wpływa na jego ostateczną zgodę.

Powinienem powiedzieć, że to nie twoja sprawa, ale biorąc pod uwagę, że pewnie nie spoczniesz, póki się nie dowiesz… Tak. To ma coś wspólnego z Pansy i nie pytaj więcej.

Zielone oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. Harry zdziwił się, że Malfoy odpowiedział i nie robił z tego żadnych problemów. Uśmiechnął się lekko. Najwidoczniej nawet temu dupkowi na kimś musiało zależeć. Na dodatek, nazwał Ślizgonkę po imieniu, co również było kompletnie niespodziewane. Szybko nabazgrał ostatnią wiadomość.

No to jesteśmy umówieni. O szóstej rano, w Pokoju Życzeń.

PS- Nie wiedziałem, że znasz się na origami.


Zanim poważnie zastanowił się nad ostatnim zdanie, wysłał już wiadomość, szykując się na złośliwą uwagę Malfoya. Ten jednak uśmiechnął się tylko ironicznie i bardzo powoli naskrobał coś na kolejnym skrawku pergaminu.

Gamiro.


Harry odwzajemnił uśmiech i sprawdził zaklęcie. Mała Błyskawica 40 pofrunęła w stronę Rona z informacją, że Malfoy jest już w składzie Gwardii Dumbledora.




*zaklęcie spowalniające
** zaklęcie, przywołujące węża
Ostatnio edytowano 11 lut 2012, o 14:50 przez karmelowa, łącznie edytowano 1 raz
karmelowa
karmelowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 62
Dołączył(a): 29 sty 2012, o 22:48

Postprzez CrazyCry » 6 lut 2012, o 21:50

Wciągnęła mnie ta historia. A ten rozdział jest, według mnie, najlepszym z dotychczasowych :). Oby tak dalej!
Harry skupił się na nudnym głosie profesora Flitwicka, mówiącego o kolejnym nudnym powstaniu goblinów i próbował cokolwiek zapamiętać.

Chyba pomylili Ci się profesorowie. Flitwick uczy zaklęć, natomiast usypianiem uczniów długimi, nudnymi wykładami o wojnach olbrzymów i goblinów zajmował się Binns :D.
– Skoro masz czas aby je tak codziennie układać, raczej nie pozostaje ci go wiele na podboje. Poza tym, co byś zrobił gdyby ktoś ci zepsuł fryzurę podczas namiętnej nocy?
- Nie potrzebuję niczyich łap na mojej idealnej głowie – skwitował Malfoy. – O ile wiem, narządy płciowe znajdują się gdzie indziej.
- I gdzie tu namiętność?
- A co ty o tym możesz wiedzieć, Potter?
- Zdziwiłbyś się – skwitował krótko Harry, po czym zamilkł, gdy zauważył, że dusza część uczniów zaczęła przysłuchiwać się ich rozmowie. Zarumienił się lekko i odwrócił od Malfoya, który tylko się roześmiał.

Ten kawałek jest świetny! :lol2: Tylko podkreślone słowo... powinno być 'duża'.
A pierwsza odpowiedź na propozycję Gryfona - cudownie wiarygodna. Już się bałam, że pójdzie im zbyt łatwo.
Ja tym czasem, będę robił to, czego wymaga ode mnie Zakon i nic więcej.

Podkreślone wyrażenie piszemy łącznie.
Rzeczywiście zaczął widzieć jedynie w dwóch kolorach.
- Czyżbym robił się dokładnie taki jak ludzie, których nienawidzę? – wyszeptał. – Czy już naprawdę przestałem obserwować?
- Mówiłem, że tak będzie? – Ron wpakował ostatni kawałek bułki do ust. – Nie spodziewałem się żadnej innej reakcji.

Mam wrażenie, że między szeptem Harry'ego a wypowiedzią Rona powinien być większy odstęp. Przecież upłynęła pomiędzy nimi cała noc, mam rację?
plasterek dynio-pomidora

A co to za mutant :shock: ? Jak dla mnie przekombinowane.
Zapomniałaś zastosować kursywę przy pierwszym liściku Dracona do Pottera. W dalszej części już jej używasz, więc zakładam, że to przeoczenie.
Kurczę, dla reszty klasy to musiało być zdumiewające przeżycie widzieć jak Potter i Malfoy wymieniają liściki podczas lekcji, i jeszcze od czasu do czasu uśmiechają się po przeczytaniu wiadomości o.O! O ile oczywiście ktokolwiek zwrócił na to uwagę, a to jest nader prawdopodobne.
PS: Co Harry i Ron robią na zajęciach z numerologii ? ;o
Aerobic -> aerobik
Fanfic -> fanfik
Nie fanfick x.x
Fanpage "Effeminate boys"
CrazyCry Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 361
Dołączył(a): 8 lis 2011, o 09:12
Lokalizacja: Wawa

Postprzez byarenlight » 6 lut 2012, o 22:11

- Nie potrzebuję niczyich łap na mojej idealnej głowie – skwitował Malfoy. – O ile wiem, narządy płciowe znajdują się gdzie indziej.

:hahaha: Ten tekst jest mocny.
Mimo to nie przepadam za Malfoyem z idealną fryzurą, o którą przesadnie dba. Kojarzy mi się z Clover z Odlotowych Agentek :oczy:
Ogólnie tekst ma sporo niedociągnięć. Choćby przecinki tam, gdzie nie powinno ich być i ich brak tam, gdzie powinny. To mnie boli. Może ktoś powinien Ci betować te rozdziały? W końcu są dość krótkie, ktoś się chyba zgodzi.
- Ty byłaś kiedyś nastolatką. Powiedz, jak mam sobie poradzić z Astor?
- Spróbuj z nią porozmawiać.
- Kiedy ostatnio próbowałem, powiedziała, że mnie nienawidzi i przeniosła się do Orlando.
- To teraz masz drugą szansę. Podziel się z nią czymś... Co robiłeś w jej wieku...
- Zabiłem psa sąsiadów.
- Tego lepiej jej nie mów.
byarenlight Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 1436
Dołączył(a): 9 sie 2011, o 20:07
Lokalizacja: względna

Następna strona

Powrót do Lochy

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość