Drarrofeta świąteczna

wydanie trzecie

Prace konkursowe, głosowania, etc.

Postprzez MargotX » 15 sty 2012, o 12:12

Nudne staje się powoli pisanie, że tegoroczna feta jest świetna :D No, ale to oczywista oczywistość, nie ma co gadać. Opary absurdu unoszą się jedynie leciutko w powietrzu i każdy, kto ma głowę mocniejszą niż skrzaty :lol2: z łatwością je przełknie. Nie inaczej jest i w tym odcinku. Największą i całkowicie powalającą niespodzianką jest Gellert i do tego jeszcze paradujący w damskich fatałaszkach pod pseudonimem Madame :hahaha:
No, ale bliźniacy są naprawdę niegrzeczni. Oj oj, w tak brzydki sposób poznawać sekrety serca innej osoby :oczy: . Fakt, polowali na tajemnice Malfoya, ale teraz i Harry, całkiem nieświadomie, obnaży przed nimi swoje serce. Nie wiem, czy nawet Ślizgoni nie byliby zawstydzeni tak przebiegłą intrygą :D
Pansy jest absolutnie nie do podrobienia, no i te belgijskie czekoladki, mmm, wie dziewczyna co dobre ;)
No i zawsze mówiłam, że Albus Dumbledore to istny diabeł w szatach dobrotliwego staruszka, jesooo, sprowadzić bułgarski bimber i więźnia Nurmengardu, ukraść zmieniacz czasu itp. - dziewczyny, jesteście tak pomysłowe, że śmiało mogłybyście wejść w spółkę w Weasley&Weasley CO :devil:

No, ale protestuję, jeśli o pytania i odpowiedzi chodzi :x To ściema jakaś normalnie, jak można się tak wykpić i nie dać nam żadnej ekscytującej wiedzy na pożarcie :pala: Taa, wycieczka po klubach w Pittsburgu na osłodę i to tyle w kwestii ekscytującej wiedzy o Draco, eee :P

W każdym razie ciekawie, z weną i humorem, no i zdecydowanie z kolejną minimalną dawką pożądanych informacji :D Dziękuję :D
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Zoe » 16 sty 2012, o 02:29

Ja jak zwykle spóźniona, z kilkugodzinna "obsuwą". Mam nadzieję, że nie bęziecie mnie mordować na nagły zwrot akcji, ale cóż, pomysł wpadł do głowy i nie odpuszczał... ;)


Drarrofeta świąteczna, odcinek jedenasty, w którym pech miesza się z przypadkiem, na skutek czego zostają nawiązane pewne przymusowe więzi międzyludzkie.


Kilka dni wcześniej, w domu przy Privet Drive

Ten dzień był jednym z najgorszych w rodzinie państwa Dursley, pomijając oczywiście ten, kiedy w ich domu pojawił się mały Harry.
Gdy punktualnie o osiemnastej trzydzieści pięć otworzyły się drzwi wejściowe, Petunia właśnie wyjmowała zapiekankę z piekarnika. Jak było do przewidzenia, po chwili w kuchni pojawił się jej mąż. Petunia odruchowo nadstawiła policzek do zwyczajowego cmoknięcia i dopiero po dłuższej chwili uświadomiła sobie, że żadnego pocałunku nie było.
Odwróciła się zaskoczona, a to co zobaczyła sprawiło, że omal nie wypuściła z rąk zapiekanki. Vernon siedział przy stole trzymając się za głowę i kołysząc w przód i tył przy rozpaczliwym skrzypieniu krzesła. Na jego obliczu malował się wyraz skondensowanej grozy i czystej desperacji.
- Co się… stało? – wyjąkała Petunia. Przytomnie odstawiła zapiekankę na bok i chwyciła się kuchennego blatu, gdyż nogi zaczęły się pod nią lekko uginać. – O Boże, Vernonie, coś się stało Dudziaczkowi?
Vernon pokręcił głową i wydał z siebie dziwny charkot.
- Coś znacznie gorszego – wykrztusił.
Zdaniem Petunii nie mogło być nic gorszego. Skoro z Dudleyem wszystko było w porządku, to zapewne jakaś sprawa mniejszego kalibru, z gatunku tych które mężczyźni przeżywają niczym wielką tragedię, podczas gdy dla rozsądnych i opanowanych kobiet nie jest to nic wymagającego choćby uniesienia brwi.
- Och, Vernonie – westchnęła, a nogi natychmiast odzyskały posłuszeństwo. – No więc o co chodzi? Problemy z nową dostawą świdrów?
- A niech ich wszystkich piekło pochłonie – zajęczał jej mąż. – Cholerny Bradley Peterson, cholerna jego żona, cholerne dzieciaki i cholerny pies.
Petunia nadal nie rozumiała. Pan Peterson był niegdyś szefem Vernona, ale kilka lat temu został przeniesiony do innej filii, gdzieś w Walii. Niemniej jednak był dużą szychą w całym przedsiębiorstwie. Petunia doskonale go pamiętała, ponieważ Petersonowie kilkakrotnie gościli u nich na kolacji.
- Przyjeżdża odwiedzić firmę w okresie międzyświątecznym – wychrypiał Vernon. – Dzwonił dziś do mnie i pytał, czy mógłby przy okazji wpaść na kolację razem z żoną i dzieciakami. O litości, co za pech…
- Och, dajże spokój. – Petunia poczuła się urażona. – Sądzisz, że nie jestem w stanie przygotować wystawnej kolacji? Przyjmiemy ich jak należy, trzeba mieć dobre kontakty towarzyskie z ludźmi z Twojej branży. Poza tym to dobry znak, że wpadnie do nas na kolację. Kto wie, może ma dla Ciebie jakąś interesującą propozycję?
- Nie o to chodzi… - Vernon wyglądał na zdruzgotanego. – Pamiętasz jak kiedyś u nas bywał? On i jego żona cały czas chwalili tego… odmieńca, że taki cichy, grzeczny, dobrze wychowany. Potem Petersonowie wyjechali do Walii, cudak poszedł do tej swojej szkoły… no i teraz Peterson mówi, że bardzo jest ciekawy, na jakiego chłopca wyrósł. No a ja… cóż, nie mogłem mu powiedzieć, że nie ma go w domu, bo chodzi do świętego Brutusa. Wiesz, co to za ludzie. Od razu gotowi uznać, że jak bachor sprawia problemy wychowawcze, to jest wina złego wychowania.
Petunia zakryła dłonią usta.
- Mój Boże! I co my teraz zrobimy? Przecież nie powiemy, że wyszedł sobie do kolegów… Jeszcze gotowi się obrazić!
- No właśnie! – Vernon w desperacji szarpnął za wąsy. – Nie ma innego wyjścia, musimy ściągnąć tu smarkacza na jeden wieczór. Dwudziesty ósmy albo dwudziesty dziewiąty grudnia, Peterson ma dać znać wcześniej. Moja głowa, auu, moja biedna głowa…
- A jeśli nie zechce tu przyjechać? Chłopiec, nie Peterson? – W głowie Petunii zaczęły się roić najrozmaitsze myśli, a jedno gorsza od drugiej. Vernon bez pracy, cała rodzina na bruku, Dudley zajadający kromkę suchego chleba, dom sprzedany ludziom którzy będą włazić do jej nieskazitelnie czystej kuchni w brudnych buciorach… Teraz naprawdę zrobiło jej się niedobrze ze strachu i wstrętu.
- Nie ma innej rady, trzeba go tu będzie ściągnąć. – Vernon przybrał zbolały wyraz twarzy. – Jak tylko Peterson powie, kiedy zamierza do nas wpaść, trzeba będzie zadzwonić tam do szkoły i kazać przysłać tu smarkacza na jeden wieczór.
- Oni tam nie mają telefonów – westchnęła Petunia.
- Nie mają…? Co za brak ucywilizowania. No cóż, będziemy sobie musieli jakoś poradzić. A póki co zacznij chować co cenniejsze rzeczy. Jak mi smarkacz rozbije wazę, którą dostaliśmy w prezencie ślubnym od Marge…

Kilka dni później

Gdy Harry dostał wiadomość, że profesor McGonagall oczekuje go w swoim gabinecie, natychmiast wyczuł, że nie czekają go zbyt dobre wieści. Z duszą na ramieniu, ale bezzwłocznie udał się do opiekunki Gryfonów, starając się odgadnąć, co nabroił. Wiadomość którą przekazała mu profesor transmutacji była jednak gorsza od wszystkich wyobrażeń razem wziętych.
- Mam jechać do Dursleyów? Nie ma mowy! – zaprotestował gwałtownie.
Minerwa McGonagall uniosła brwi na znak dezaprobaty dla ucznia podnoszącego głos w jej obecności.
- Wygląda na to, że nie masz wyjścia – odparła, jednak dość łagodnym tonem. – Twoi opiekunowie skontaktowali się z dyrektorem i zaprosili Cię do siebie. Tylko na jeden dzień, Potter! – dodała pospiesznie, widząc, że Harry bliski jest wybuchu. – A dokładnie na kilka godzin.
Harry wlepił w nią zbaraniałe spojrzenie.
- Ale ja nie rozumiem – oświadczył. – Dursleyowie bardzo chętnie pozbyli się mnie z domu, skąd ta nagła ochota aby mnie widzieć? I to w dodatku na kilka godzin? Pani profesor, ja naprawdę nie chcę…
- Zdaje sobie z tego sprawę – odparła profesor McGonagall, a w jej oczach pojawiło się coś na kształt współczucia. Nie miała zamiaru zdradzać, że pomysł ściągnięcia Harry’ego na Privet Drive i to w dodatku na kilka godzin uważała za nieporozumienie, co dobitnie oświadczyła Albusowi. Niestety, Dumbledore się uparł, więc nie mogła się sprzeciwić. Przynajmniej nie oficjalnie, choć wychodząc z gabinetu dyrektora posłała mu pełne dezaprobaty spojrzenie, mając jednocześnie ochotę trzasnąć drzwiami. Aż żałowała, że drzwiami w gabinecie Albusa nie dało się trzaskać.
- Po co oni mnie tam ściągają? – spytał Harry, rozumiejąc już, że przegrał i w żaden sposób nie wykręci się od tej wizyty.
- Z tego co zrozumiałam – Minerwa postukała paznokciami w blat biurka – przyjeżdżają do nich jacyś goście.
Serce Harry’ego na moment przestało bić.
- Ciotka Marge? – jęknął.
- Nie. Jacyś Petersonowie. Zdaje się, że bardzo chcieli się z tobą spotkać, ale profesor Dumbledore nie zagłębiał się w szczegóły.
W jednym momencie wszystko stało się jasne. Harry doskonale pamiętał Petersonów i bardzo ich lubił, choć widział ich tylko kilka razy. Grubiutki pan w średnim wieku i jego równie korpulentna żona, którzy za każdym razem dawali Harry’emu słodycze w prezencie i zawsze się do niego uśmiechali. Nieważne, że po każdej ich wizycie Dudley siłą odbierał mu smakołyki. Liczył się gest. A ponieważ Peterson był jakąś ważną szychą w przedsiębiorstwie wuja Vernona, Dursleyom będzie bardzo zależało, aby kolacja przebiegła bez żadnego skandalu. Hmm, ciekawa opcja – może by tak wynegocjować grzeczne zachowanie w zamian za kilka godzin grania na komputerze Dudleya? Poza tym widok Dursleyów trzęsących się o to, aby w trakcie kolacji stół nie zaczął latać w powietrzu mógł być całkiem zabawny.
- No cóż – powiedział Harry. – Skoro to tylko na kilka godzin, to myślę… że jakoś wytrzymam.
- Znakomicie, Potter – odparła profesor McGonagall. – W takim razie wracaj do wieży i bądź u mnie w gabinecie punkt osiemnasta.
- Punkt osiemnasta, ale…
- O tej godzinie przeniesiesz się kominkiem prosto do domu wujostwa. Tak, Potter, nie patrz tak na mnie. Jesteś zaproszony na dzisiaj. I zmień dżinsy i sweter na coś bardziej odpowiedniego.
Cóż, im szybciej, tym lepiej, myślał Harry wracając do wieży Gryffindoru. Nadal nie pojmował, dlaczego profesor Dumbledore uznał za stosowne wysyłać go do Dursleyów i nie był zachwycony tym pomysłem. Jeśli dyrektor sądził, że wspólna kolacja w okresie bożonarodzeniowym wpłynie na poprawę stosunków rodzinnych, to bardzo się mylił. No ale nie było sensu dyskutować. Harry zgodnie z sugestią opiekunki domu ubrał się bardziej elegancko, założył krawat, po czym poinformował Rona i Hermionę, że za pół godziny będzie musiał wejść w paszczę lwa.
- Trzymaj się, Harry – powiedziała Hermiona współczująco.
Ron poklepał go po ramieniu w geście wsparcia.
- Nie łam się, stary – rzucił. – I na wszelki wypadek weź ze sobą różdżkę. Kto wie, co się może zdarzyć?

***

Gdy Lucjusz Malfoy wpadł do Hogwartu, jego wygląd był daleki od doskonałości. Wyraźne ślady zarostu, krzywo zapięty surdut i wykrzywione furią oblicze sugerowało, że ten zazwyczaj opanowany arystokrata za chwilę zacznie pluć pianą albo miotać zaklęcia. Wychodząca z lochów Pansy natknęła się na Lucjusza w stanie najwyższego wzburzenia.
- Jest tam mój syn? – wycedził Lucjusz, wskazując głową na wejście do kwatery Ślizgonów.
- Panie Malfoy, co się sta… Nie, nie ma go. – Na widok wyrazu twarzy ojca Draco, Pansy uznała, że lepiej nie zadawać pytań. – Wyszedł jakąś godzinę temu. Może poszedł do biblio… - Głos uwiązł jej w gardle, ponieważ Lucjusz pognał korytarzem nie czekając na odpowiedź.
Draco jednak przepadł jak kamień w wodę. Każdy zagadnięty uczeń wzruszał ramionami, a następnie oddalał się w popłochu. Zdesperowany Lucjusz skierował się więc w kierunku biblioteki, chociaż było to ostatnie miejsce w którym spodziewał się znaleźć syna. Wychodząc zza załomu korytarza zatrzymał się gwałtownie, bowiem drogę zagrodziła mu dość dziwnie wyglądająca postać.
- Co do jasnej…? – wykrzyknął Lucjusz, a jego dłoń odruchowo chwyciła różdżkę. Nagle zamrugał i przyjrzał się uważniej. Cudaczna postać kogoś mu przypominała. – Cioteczna babka Józefina? – wybąkał niepewnie. Niepewność była jak najbardziej uzasadniona, ponieważ Józefina Malfoy od dawna nie żyła.
- Riki tiki tak, bum bum, I want you in my room! – zanuciło dziwadło. Głos miało dziwnie męski, co nasunęło Lucjuszowi podejrzenia, że po Hogwarcie grasuje zboczeniec w damskich ciuszkach. Cofnął się na bezpieczną odległość i dzielnie zapytał: - Czy widziałaś… widziałeś… uff, mojego syna?
- A bo co? – zainteresowało się dziwadło, roztaczając wokół siebie opary, od których można było się nieźle wstawić. Lucjusz przezornie wstrzymał oddech, próbując wyminąć przeszkodę, jednak cudak chwycił go za mankiet koszuli.
- Słodziaku ty mój – zabełkotał. – Taki piękny dzień, szkoda go… hik! marnować na próżno. Chodź ze mną, otworzymy sobie kolejną flaszeczkę, pogadamy jak to między nami kobietami…
- Kobietami?! – Lucjusz niemal opluł się ze złości. – Sam jesteś kobietą! Zjeżdżaj mi z drogi, pókim dobry, i nie śmierdź prosto na mnie!
Zirytowany do najwyższych granic uskoczył w bok. Intruz zachwiał się, stracił równowagę, po czym zwalił się na podłogę niczym wór ziemniaków. Rozległ się metaliczny dźwięk, gdy z kieszeni jego szaty potoczyły się na korytarz monety. Coś lekko uderzyło o but Lucjusza. Arystokrata odruchowo opuścił wzrok i dostrzegł leżący na posadzce sygnet z wyjątkowo dużym oczkiem. Wiedziony ciekawością schylił się i podniósł znalezisko. Zmrużył oczy. Na szlachetnym kamieniu wygrawerowany był dziwny znak, ale nie to zainteresowało Lucjusza. Gdy tylko dotknął pierścienia, jego różdżka zadygotała – to był wyraźny znak silnego źródła magii w pobliżu.
Bez wahania chwycił pierścień i wyminąwszy pochrapujące rozkosznie dziwadło ruszył dalej na poszukiwania. Szczęście dopisało mu po krótkiej chwili - przydybał syna wychodzącego z biblioteki.
- Ojciec? – sapnął Draco. – Co ty tu robisz? I jak ty wyglądasz?
- Nieważne – syknął Lucjusz. – Do głównej bramy, prędko. Opuszczamy Hogwart, ale natychmiast!
- Jak to opuszczamy? – Draco zaniemówił na moment. Po głowie kołatała mu się jedna myśl: „Ostatnie życzenie. Ostatnie życzenie, do licha!” – Ale dlaczego? Ojcze, coś się stało matce?!
- Matka czeka na ciebie pod bramą! – warknął Lucjusz. – Ktoś życzliwy doniósł gdzie trzeba, że mam konszachty z półświatkiem i przechowuję w domu zakazane przez prawo artefakty. W tej chwili ekipa parszywców na czele z Arturem Weasleyem przeszukuje nam rezydencję! Musimy się zmywać w bezpieczne miejsce, dopóki sprawa się nie wyjaśni. Rusz się, natychmiast!
Obaj pospiesznie skierowali się do wyjścia.
- Ale przecież mamy w domu masę zakazanych artefaktów – wysapał Draco, biegnąc truchtem za ojcem. – Wystarczy zastukać do drzwi. Jak ty chcesz się wytłumaczyć z posiadania choćby odgryzającej dłonie kołatki?
- Jak opłacę kogo trzeba, to się wytłumaczę – odwarknął Lucjusz.
Przebiegli pędem dziedziniec, nie zwracając najmniejszej uwagi na woźnego, który usłużnie otwierał im bramę. Na twarzy czekającej Narcyzy odmalował się wyraz ulgi.
- Matko, na jak długo opuszczam Hogwart? – zapytał Draco. Czuł się skołowany i zirytowany. Nie miało to oczywiście związku z Potterem ani ze spodziewanym wyrazem jego oczu, gdy będzie spełniał jego ostatnie życzenie. Zielone, rozszerzone pożądaniem oczy… niech to szlag!
- Nie na długo – zapewniła nerwowo Narcyza. – To potrwa kilka dni, nie więcej, prawda, Lucjuszu? – spojrzała na męża, który nerwowo rozglądał się dokoła.
- Tak, oczywiście – odparł machinalnie Lucjusz. – Dwa, góra trzy dni wystarczą, aby opłacić kogo trzeba. Draco, chwyć mnie pod ramię. Narcyzo, weź mnie za rękę.
Oboje usłuchali. Lucjusz wyjął zza paska różdżkę i w tym momencie wypuścił trzymany w dłoni pierścień. Draco błyskawicznie podniósł znalezisko i aby nie irytować ojca, pospiesznie wsunął pierścień na palec. Lucjusz wymamrotał kilka inkantacji blokujących możliwość wytropienia celu aportacji. Draco zacisnął powieki w oczekiwaniu na szarpnięcie i nieprzyjemne sensacje związane z tym sposobem podróżowania. Jak na złość przed oczami pojawiła mu się twarz Pottera i jego oczy, znowu te oczy, rozszerzone źrenice, i ten błysk, ten błysk którego nie można pomylić z niczym innym…

***

- A więc jesteś – przywitał go wuj Vernon tonem, którego zwykle używa się w przypadku wizyty komornika.
- Jestem – odpowiedział Harry, stojąc w korytarzu i mając ogromną ochotę odwrócić się na pięcie i wyjść. Ale cóż, słowo się rzekło. Wpierw jednak należało wyjaśnić kilka kwestii. – Jak rozumiem, to tylko kilkugodzinna wizyta?
- Na całe szczęście tak. – Wuj bez słowa udał się do jadalni i mocno już zirytowany Harry podążył za nim. Obaj stanęli po przeciwnych stronach elegancko zastawionego stołu, mierząc się wzrokiem godnym dwóch rewolwerowców.
- Nie obawiaj się – powiedział szorstko Harry. – Nie przyniosę wam wstydu. Nie będzie fruwających stołów, ale mam ze sobą różdżkę. Tak na wszelki wypadek.
- Nie strasz mnie! – zagrzmiał wuj Vernon. – Doskonale wiem, że nie wolno ci używać czarów poza szkołą!
- Oczywiście – uśmiechnął się uprzejmie Harry. – Niemniej jednak widok min państwa Peterson na widok unoszących się w powietrzu mebli wart będzie późniejszej bury oraz drobnej kary…
Twarz wuja przybrała odcień dojrzałego buraka.
- To groźba? – zagrzmiał.
- Ależ skąd. Tylko drobne wyjaśnienie. A skoro już jesteśmy przy wyjaśnieniach, to może pogram sobie na komputerze Dudleya, póki Petersonów jeszcze nie ma?
- Państwo Peterson będą za kwadrans. – Ciotka Petunia wyłoniła się z kuchni. – Proszę wszystkich do stołu.
Harry skrzywił się, ale posłusznie usiadł. Do jego nozdrzy doleciał smakowity zapach rozstawionych potraw i poczuł, że w żołądku mu zaburczało. Najwyraźniej usłyszał to również wuj Vernon.
- Proszę – powiedział uśmiechając się złośliwie i podsunął Harry’emu chleb. – Czym chata bogata, tym rada.
Miejsce koło Harry’ego zajął Dudley, którego oczy niemal wychodziły z orbit.
- Za chwilę, Dudziaczku! - zagruchała ciotka Petunia, zajmując miejsce naprzeciwko chłopców.
- Piętnaście minut to nie taka znowu chwila – jęknął Dudley.
- Już tylko trzynaście minut, słoneczko.
Minuty mijały, mijały… Harry czuł, że siedzenia wrasta mu w krzesło. Ciekawe, czy czas płynąłby szybciej, gdyby zajął się liczeniem włosów wystających z nosa wuja?
- Dziesięć po - oznajmiła ciotka Petunia z namaszczeniem godnym zegarynki.
- Jeszcze pięć minut – sapnął Dudley.
- Dolicz do tego jeszcze jakiś kwadrans spędzony na witaniu gości – nie mógł się powstrzymać Harry.
- Spokój! – zagrzmiał wuj.
W tym momencie zadzwonił telefon. Pan Dursley poszedł odebrać, uzyskawszy wpierw zapewnienie żony, że jeśli w międzyczasie przyjadą Petersonowie, zostaną godnie przywitani. Harry z nudów zaczął się bujać na krześle, ignorując potępiające spojrzenie ciotki.
- NIEEEE!
Wszyscy zamarli. Wuj Vernon wszedł do jadalni krokiem rozwścieczonego nosorożca. Aż dziw, że z uszu nie buchała mu para.
- Nie przyjadą – oznajmił. – Peterson właśnie dzwonił. Mieli poważny wypadek jakieś dwadzieścia mil stąd. Auto do kasacji…
Natychmiast posypały się pytania i okrzyki:
- To po co ja cały dzień spędziłam na gotowaniu i w dodatku wyjęłam najlepszą zastawę Royal Doulton?
- Mamo, mogę już zacząć jeść?
- Poważny wypadek? Nic im się nie stało?
Wuj Vernon wbił spojrzenie w Harry’ego, jakby nagła zmiana planów była jego winą.
- No dobra, kolacja odwołana, fora ze dwora. Nie mamy zamiaru dłużej cię tu gościć. I nie waż się niczego ściągnąć ze stołu.
- Och, jasne – odparł Harry, gwałtownie wstając. – Skoro wizyta gości odwołana, to nie zamierzam nadużywać waszej gościnności. I nie jestem głodny. W takim razie zabieram się stąd. Szczęśliwego nowego roku.
Nikt mu nie odpowiedział, ale Harry wcale się tego nie spodziewał. Podszedł do kominka i już sięgał do kieszeni po pudełeczko z proszkiem Fiuu, gdy nagle…
TRZASK!
- Co to za hałas? – krzyknęła ciotka Petunia, chwytając się za serce. – Vernonie, czy to trzasnęły drzwi?
Harry odwrócił się, serce łomotało mu jak szalone.
- To nie drzwi – powiedział, czując, że dłonie pokrywają mu się zimnym potem. Odruchowo wyciągnął różdżkę z kieszeni marynarki. – Ktoś tu się właśnie aportował.
- Co zrobił? – nie zrozumiał wuj Vernon.
- Przeniósł się w magiczny sposób! – syknął Harry. – Cofnijcie się do kuchni i ukryjcie za ścianą, szafkami, czymkolwiek. Prędko!
- O, będzie łomot? – zainteresował się Dudley.
- Idź do kuchni! – warknął Harry, tracąc cierpliwość.
Ktoś bez wątpienia był w korytarzu. Słychać było naradzające się szeptem niepewne głosy. Harry wziął głęboki oddech i zdecydował się ruszyć do ataku. Wiedział, że jeśli to śmierciożercy, nie ma z nimi szans, ale… Jeden z głosów wydał mu się dziwnie znajomy. Jakaś klapka uchyliła się na moment w jego mózgu, pojawiło się wrażenie, że nie ma zagrożenia czy niebezpieczeństwa. Teraz! Harry wyskoczył na korytarz, celując różdżką w niezapowiedzianych gości.
- Expelliar…!
Słowa zamarły mu w gardle, albowiem miał przed sobą trójkę osłupiałych Malfoyów.

***

- Jakim cudem…? – wychrypiał Lucjusz.
Nowo przybyli stali w progu jadalni, najwyraźniej wzdragając się przed wejściem do środka. Stanowili dość ciekawy kontrast z trójką przerażonych i niemal przyklejonych do ściany kuchni Dursleyów. Harry stał pomiędzy dwoma wrogimi obozami, czując, że ktoś powinien wreszcie powiedzieć coś sensownego.
- Dlaczego aportowali się państwo do tego domu? – wybąkał.
Lucjusz zmierzył go wściekłym spojrzeniem.
- Nie wiem, półgłówku. Nie mieliśmy zamiaru aportować się tutaj, to chyba oczywiste! Co na gacie Merlina…?
- Lucjuszu – przerwała mu chłodno Narcyza. – Nie wdawajmy się w bezsensowne dyskusje. Po prostu ponów próbę deportacji.
Dursleyowie oraz Harry patrzyli w milczeniu, jak Narcyza i Draco (na niego Harry starał się nie patrzeć) chwytają się za ręce. Na twarzy Lucjusza pojawił się wyraz skupienia, jednak próba deportacji najwyraźniej się nie powiodła.
- Nie rozumiem, co się dzieje! – krzyknął arystokrata, a jego lewa powieka zaczęła nerwowo drgać. Teraz bardziej niż kiedykolwiek przypominał wystraszonego szczura.
Harry odchrząknął.
- Ten dom posiada bardzo silne zabezpieczenia antymagiczne – odezwał się. Kątem oka zerknął na Dracona i dostrzegł w jego twarzy coś, co sprawiło, że poczuł mrowienie między łopatkami. – Nie rozumiem jednak, w jaki sposób udało się tu wam aportować. Z tego co wiem…
- Nie zamierzam zostać tu ani chwili dłużej – przerwała bezceremonialnie Narcyza. – Lucjuszu, Draco, wychodzimy.
- Chcesz pieszo iść na Riwierę Francuską? – zdumiał się Lucjusz.
- Chce jak najszybciej opuścić ten… to miejsce. – Głos Narcyzy był zimny jak lód. – Jeśli dom posiada silne zabezpieczenia, to może stanowić problem w deportacji. Wyjdziemy stąd i deportujemy się z zewnątrz.
- Zamierzacie to robić przed naszym domem?! – Wuj Vernon odzyskał głos. – Wykluczone! Tylko nie na naszym podjeździe!
- Właśnie! – Ciotka Petunia poparła męża. – Mogą was zobaczyć sąsiedzi i jak im się z tego wytłumaczymy?
- Możecie to zrobić za domem – podsunął usłużnie Dudley. – Tam są krzaki.
- Malfoyowie nie kryją się po krzakach! – spiorunowała go wzrokiem Narcyza. – Dosyć tego. Wychodzimy.
Całą trójka ruszyła korytarzem w kierunku drzwi wejściowych. Nie wiedząc czemu Harry pobiegł za nimi. Wpatrywał się w odchodzących Malfoyów i w tym momencie Draco odwrócił się. Spojrzenia obu chłopców się spotkały. Harry zadrżał lekko, znów czując znajome mrowienie, ale tym razem nie między łopatkami, a w znacznie bardziej intymnych partiach ciało. Szare oczy Draco zdawały się rzucać mu wyzwanie, a jednocześnie pieścić jego skórę. Było w nich coś zaczepnego, a jednocześnie… tęsknego?
- Nie ociągaj się – rzucił Lucjusz do syna i nacisnął klamkę.
Rozległ się huk tak głośny, że Harry skulił się, odruchowo zasłaniając dłońmi uszy. Jakaś nieznana siła odrzuciła Lucjusza na kilka metrów w tył. Narcyza wrzasnęła przeraźliwie na widok męża przelatującego w powietrzu całą długość korytarza i uderzającego z impetem o prowadzące na piętro schody.
- Ojcze! – krzyknął Draco.
Harry pierwszy podbiegł do leżącego. Z ulgą dostrzegł, że Malfoy senior żyje i tylko jęczy cicho, najwyraźniej dość mocno poturbowany.
- Zabieraj łapy – wymamrotał poszkodowany. – Sam wstanę… auu! Co to za diabelstwo?
- Nie mam pojęcia – odparł szczerze Harry – ale nie radziłbym próbować opuszczać domu. Zaraz zafiukam do dyrektora, najwyraźniej spartoliły się antymagiczne zabezpieczenia. Chyba w tej chwili nikt nie może stąd wyjść.
- Co takiego? – ryknął Lucjusz. – To niemożliwe, my musimy…
- Tak, wiem, nie chcą państwo nadużywać gościnności – przerwał Harry. – Tak się składa, że ja też zaraz się stąd zabieram, a nie mam ochoty przypłacić tego skręconym karkiem. Zaraz wrócę, skoczę tylko do komin…
W tym momencie z jadalni dobiegł chóralny wrzask przerażenia. Harry’emu serce skoczyło do gardła. Z wyciągniętą różdżką pognał w kierunku źródła wrzasku, czując na plecach oddech Draco, który – o dziwo – biegł tuż za nim. Na widok jasnej, świetlistej postaci unoszącej się tuż nad podłogą Harry pojął, dlaczego w krzyku Dursleyów było tyle paniki. Sam omal nie wyskoczył ze skóry ze strachu.
- To tylko wizja, baranie – syknął mu do ucha Draco.
Harry nie mógł nic poradzić na pełznące mu po szyi dreszcze.
- Fennella Kerr, Auror trzeciego stopnia, Wydział do Spraw Bezpieczeństwa Publicznego – odezwała się zjawa. Miała metaliczny, nieprzyjemny głos. – Mamy informacje, że w tym domu może ukrywać się zbieg.
Wszyscy przyglądali się w osłupieniu, nawet Lucjusz, który stał już na własnych nogach i kurczowo trzymał się futryny.
- Zbieg nazywa się Gellert Grindelwald – kontynuowała auror Kerr. – Informujemy, że za chwilę pojawią się nasi łowcy. Osoby nieletnie oraz mugole proszeni są o opuszczenie tego pomieszczenia i zabarykadowanie się w miejscu, w którym…
- Zaraz, zaraz! – odezwał się wuj Vernon. – Zbieg? U nas?
- Grindelwald? – wykrzyknął Harry. – To chyba jakaś pomyłka?
Zjawa skierowała na niego świetliste spojrzenie.
- To nie jest pomyłka, panie Potter. Nasze czujniki zlokalizowały miejsce pobytu sygnetu rodzinnego zbiega. Alarm uruchomił się w momencie, w którym właściciel sygnetu dokonał deportacji. Natychmiast zostały też uruchomione blokady najwyższego stopnia, mające na celu zapobieżenie dalszej ucieczce. W tej chwili nikt znajdujący się wewnątrz domu nie może go opuścić. Zablokowane zostało połączenie sieci Fiuu, a także znacznie osłabiono moc znajdujących się w pobliżu różdżek.
Draco spojrzał na ojca i uniósł do góry dłoń przyozdobioną sygnetem. Na twarzy Lucjusza pojawiło się zrozumienie.
- A więc to tak – wychrypiał. – To był on! Znakomicie! Synu, ściągaj sygnet.
Draco posłusznie wykonał polecenie. Trzymając sygnet w dłoni, Lucjusz na nieco chwiejnych nogach podszedł do wizji auror Kerr i triumfalnym gestem pokazał jej znalezisko. Oczy aurorki zwęziły się w wąskie szparki.
- Mówi pani zapewne o tym sygnecie – oświadczył Malfoy senior. – I jak rozumiem, bardzo wam zależy na schwytaniu jego właściciela.
- Naturalnie – odparła auror Kerr złowieszczym tonem.
- To się świetnie składa. – Uśmiech Lucjusza stał się drapieżny. – Jestem naturalnie skłonny do współpracy. Chętnie porozmawiam z pani przełożonym o tym, gdzie znalazłem ten sygnet i mniemam, że będę również w stanie powiedzieć, gdzie może znajdować się zbieg. Oczywiście liczę przy tym na współpracę z obu stron.
Na twarzy auror Kerr odbiło się coś w rodzaju głębokiej pogardy.
- W takim razie zapraszam na przesłuchanie, panie Malfoy. Z chęcią wysłuchamy pańskich zeznań.
- Oczywiście – skinął głową Lucjusz. – Rozumiem, że moja rodzina będzie mogła natychmiast opuścić to miejsce?
Aurorka skrzywiła się nieznacznie.
- To nie wchodzi w rachubę – odparła. – Dopóki nie złoży pan zeznań i dopóki nie uznamy, że obecni tu nie mają nic wspólnego z ucieczką więźnia, nie zniesiemy blokady. Uda się pan dobrowolnie na przesłuchanie czy mamy wysłać ekipę, która zrewiduje cały dom? Uprzedzam, to może potrwać bardzo długo i być… nieprzyjemne.
- Lucjuszu! – krzyknęła Narcyza, tracąc opanowanie. – Nie możesz nas zostawić! Nie tutaj!
- Jeśli pani mąż złoży zeznania, wkrótce zostaną państwo uwolnieni i będą mogli opuścić ten dom – poinformowała zjawa.
- Narcyzo, nie histeryzuj. – Lucjusz podszedł do żony i zgromił ją spojrzeniem. – Powiem wszystko co wiem i niedługo będziecie mogli stąd odejść. Poza tym… będę się oczywiście targował. Zeznania pozwalające schwytać Grindelwalda w zamian za wycofanie wszelkich zarzutów przeciwko nam.
- Ale tutaj? U szlam? – jęczała Narcyza.
- Kochanie, tylko bez scen. Opanuj się i zachowaj godność. Niedługo wrócę – zapewnił Lucjusz i znów stanął przez zjawą. – Jestem gotowy. W jaki sposób udam się na przesłuchanie?
- Proszę mnie chwycić za rękę – odparła auror Kerr.
Lucjusz wykonał polecenie. Rozległo się ciche pyknięcie i obie postacie rozpłynęły się w powietrzu.
- O mój Boże! – jęknęła ciotka Petunia. – Oni… oni… zniknęli!
- Tak, pozostawiając nam na głowie tę dwójkę – warknął wuj Vernon, odzyskując rezon. – I pewnie będziemy musieli ich ugościć.
- Nie zamierzamy zostać tu dłużej niż to jest konieczne – poinformowała wyniośle Narcyza. Opanowała się już, zgodnie z sugestią męża i znów przypominała Harry’emu dobrze znaną wyniosłą panią Malfoy.
- I bardzo dobrze – zaburczał wuj Vernon.
- To nie zajmie wiele czasu. – Narcyza zajęła jedno z krzeseł i skinęła dłonią na syna, aby usiadł koło niej. – Zaczekamy tutaj.
Harry’emu przyszło do głowy, że przesłuchanie w sprawie zbiegłego więźnia może potrwać znacznie dłużej, niż to się pani Malfoy wydaje.
Niestety, miał rację.

***

O trzeciej w nocy Harry mościł się na podłodze schowka, w którym mieszkał przez kilkanaście lat. Jak było do przewidzenia, od czasu zniknięcia Lucjusza z auror Kerr minęło wiele godzin, a Malfoy senior nie dawał znaku życia. Jako pierwszy odesłany został spać Dudley. Dursleyowie nie ruszyli się na krok z kuchni, cały czas przyglądając się nieproszonym gościom. Draco wraz z matką siedzieli przy stole. Znużony Harry rozsiadł się w drzwiach jadalni.
Tuż przed trzecią Narcyza oświadczyła, że zamierza udać się na spoczynek. Wypowiedziała swe żądanie kierując różdżkę na gospodarzy, którzy przerażeni natychmiast oddali jej własną sypialnię. Harry dostał polecenie: „Zmiataj do schowka”. Był tak zmęczony, że nie miał nawet siły się buntować. Otrzepując z kurzu dziurawy koc, którzy wręczyła mu ciotka, słuchał kroków Dursleyów na korytarzu. Po skrzypieniu podłogi wywnioskował, że ciotka z wujem przenieśli się na tę noc do sypialni syna.
Położył się na ziemi, czując ciągnącą od posadzki wilgoć i zimno. W schowku było ciemno jak makiem zasiał, na korytarzu nie paliły się bowiem żadne światła. Harry ze zmęczenia czuł piasek pod powiekami, ale nie mógł zasnąć. Plecy bolały go niemiłosiernie i dygotał z zimna. Już zaczął się zastanawiać, czy nie przemknąć się do pokoju, w którym Dudley trzymał swoje „skarby”, gdy jego uszu dobiegło ciche skrzypienie podłogi w korytarzu.
Nastawił uszu, na wszelki wypadek chwytając różdżkę.
Teraz wyraźnie słyszał skradające się kroki. Ktoś szedł w kierunku schowka. Kroki zatrzymały się tuż przed drzwiami. Harry wziął głęboki oddech, gotów do ataku. Drzwi uchyliły się poskrzypując cicho…
- Kto tam? – szepnął Harry.
- A jak myślisz?
Szczupła postać wślizgnęła się do środka, zamykając za sobą drzwi. Harry usiadł, nie wiedząc co powiedzieć.
- Zaskoczony? – zadrwił Draco.
Teraz, gdy oczy Harry’ego przywykły już nieco do ciemności, widział dość wyraźnie jasne włosy, bladą cerę, nawet rysy twarzy. Był w stanie dostrzec, że biała koszula rozpięta jest pod szyją, odsłaniając kawałek ciała. Smukłego, gładkiego ciała.
- Owszem – przyznał Harry. Serce waliło mu jak młotem. – Co ty tutaj robisz? Jak twoja matka nas tu znajdzie…
- Matka śpi jak kamień – odparł lekkim tonem Draco. – A ja przyszedłem tu w dość konkretnym celu.
- Tak? – Harry czuł, że oblewa go fala gorąca.
Draco przyklęknął tak, że jego usta znalazły się na wprost ucha Harry’ego.
- Być może przyszedłem po swoje trzecie życzenie – mruknął. – A być może przyszedłem się tylko wyspać.
Harry bezwiednie przesunął się w bok, robiąc miejsce na kocu. Draco niespiesznie rozpiął guziki koszuli, po czym odrzucił ją niedbale w kąt. Harry wbił spojrzenie w przeciwległą ścianę, ciesząc się, że jest na tyle ciemno, by nie można było dostrzec jego stanu. A nie miał wątpliwości – był podniecony jak nigdy wcześniej. W głowie kotłowała mu się masa uczuć i pragnień – wstyd, zażenowanie, przerażenie, ekscytacja, ochota na to, aby moc wreszcie dotknąć, posmakować tego ciała…
Nie miał odwagi patrzeć, jak Draco zdejmuje skórzane spodnie; słyszał tylko odgłos rozpinania rozporka. Przymknął oczy i wyciągnął się na kocu z twarzą zwróconą ku górze, oczekując na to, co miało się za chwilę wydarzyć. Poczuł jak Draco unosi koc i kładzie się tuż obok.
- Wiesz, że nie noszę bielizny? – Cichy szept musnął jego policzek.
Zoe Offline

Avatar użytkownika
Zua Kobieta
 
Posty: 282
Dołączył(a): 11 lis 2010, o 23:51

Postprzez Ter » 17 sty 2012, o 09:20

.
Ostatnio edytowano 31 maja 2015, o 21:43 przez Ter, łącznie edytowano 1 raz
Ter Offline


 
Posty: 645
Dołączył(a): 1 gru 2011, o 20:23

Postprzez MargotX » 20 sty 2012, o 19:08

Powiem tak: jak zobaczyłam, że akcja przeskoczyła na Privet Drive, to było WTF??? :shock: :?: Tylko nie Dursleyowie!!!
No, ale po przeczytaniu zmieniłam zdanie, bo ten zwrot jest naprawdę ciekawym, niebanalnym i całkiem ślizgońskim pomysłem. Do tego Malfoyowie lądujący w domu najgorszych Mugoli wszechczasów :lol2: I te rozmówki towarzyskie :oczy: taaa, nie ma to jak urocza strona Narcyzy i Lucjusza ;) Ha, wiadomo było, że Lu nawet pojawienie się aurorów spróbuje jak najbardziej efektywnie wykorzystać na własną korzyść.
Strasznie mi się tylko żal zrobiło Harry'ego, biedak po raz kolejny musiał zmierzyć się z ciemnym zimnym schowkiem, który zdecydowanie był koszmarem jego dzieciństwa. Tyle, że może nie akurat w tej chwili, bo pojawiło się... towarzystwo :whistle: Ale najlepsza jest końcówka i ostatnie zdanie Draco, padłam :splywa:

Podsumowując, to była naprawdę oryginalna część i bardzo jestem ciekawa, jak dalej popłynie akcja.

Dziękuję i pozdrawiam :)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Akame » 21 sty 2012, o 15:16

To będzie komentarz rzeka O.o

Nerejda

Knujące bliźniaki wyszły Ci doskonale, to po prostu oni w każdym calu. W ogóle strasznie lubię, gdy ludzie o nich nie zapominają i potrafią umiejętnie wpleść ich w akcję :D
Nerejda napisał(a): — Malfoy… — zaczął niewinnym tonem Potter, spoglądając na niego tymi swoimi zielonymi ślepiami — zdajesz sobie sprawę, że jeśli będę musiał sam doprowadzić wszystkie skrzaty do jako takiej użyteczności, potrwa to dłużej niż do przerwy obiadowej, prawda?

Heh, Potter jednak powinien zostać przydzielony do Slytherinu. Podstępna z niego menda xD
Blaise zapewniający Filchowi ofiary rozłożył mnie na łoptki. Nie ma to jak się odpowiednio urządzić w szkole ;]
Nerejda napisał(a): — Ja tu tylko polerowałem różdżkę, ile razy mam powtarzać?!

:hahaha: zgon.
Draco, Potter, Zabini, Puchoni i Minerwa do kolekcji. Przyznaję, że odcinek wyszedł fantastycznie xD

Ka

Bardzo podobają mi się takie odniesienia do magii. Skoczek gryzący Harry’ego, jest urzekający. Niby tylko grają, a takie wzmianki od razu przypominają nam, że znajdujemy się w szkole czarodziei :)
Może i protego Draco było kiepskie, ale ile radości sprawiło Potterowi. Wreszcie ktoś jego chronił, a nie on innych. No i sam fakt, że Malfoy w ogóle raczył ruszyć tyłek, aby to zrobić, wiele znaczy, prawda? ;)
Magiczna kotara jest urocza. Naprawdę, nigdy nie sądziłam, że te skrawki materiału potrafią być tak przebiegłe. Człowiek uczy się całe życie xD W ogóle opis Ginny, której nie chciał wypuścić z męskiego dormitorium zwyczajny materiał, jest bezbłędny. Zwłaszcza moment, gdy łaskotał ją frędzelkami *.*
Ka napisał(a): — Pewnie jesteś trochę niedopieszczona, co? — mruknęła. — Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby faceci poświęcali ci dużo uwagi.
Kotarka zafalowała delikatnie i w końcu wypuściła dziewczynę, z cichym szelestem wracając do swojego zwykłego ułożenia przy kolumnie łóżka.

Urocze *.*
Ka napisał(a):— Oczywiście uwielbiam samo latanie, ale mecze to całkiem coś innego. Zwłaszcza mecze z Gryffindorem wznoszą grę na zupełnie inny poziom. Jest tak, jakby nie istniał nikt poza mną i Harrym. Cały świat zostaje daleko w dole. Jesteśmy tylko my dwaj i znicz, czysta energia i determinacja. Pragniemy tego samego, lecimy miotła w miotłę. Kiedy któryś złapie znicza, zmieniamy się w wygranego i przegranego, ale dopóki gra trwa, jesteśmy jednym i jesteśmy sobie równi. Kocham to uczucie... — dokończyła Pansy szeptem, w absolutnej ciszy.

Aż mi się żal zrobiło, że Pansy to przeczytała. Naprawdę, nie byłoby nic złego w tym, gdyby Potter dostał to w swoje łapki. Już widzę ten jego bezcenny wyraz twarzy :D Odpowiedź Draco, jest przecież tak jednoznaczna, że już bardziej być nie może ;)

Ehh, co za szczęście, że bliźniacy siedzieli obok Ginny, Harry był taki nakręcony, jak zjawił się w pokoju xD Naprawdę lubię ją tutaj i nie chciałam, aby stała się jej krzywda xD Niemniej pomysł Albusa, aby to bliźniacy urządzali imprezę noworoczną, jest ryzykowny. Strach się bać, na co wpadnie tych dwóch i co z tego wybuchnie, bo raczej nie tylko nieziemsko zjawiskowe fajerwerki ;)

Fantastyczna część, połknęłam ją na śniadanie xD No i Draco oczekujący deseru… mniam ;>

Miss Black

Boru… bliźniacy są obłędni! Jak ja bym chciała dorwać ten pergamin w swoje ręce! Naprawdę pozazdrościłam Ginny, że może przeczytać to, co Draco tak radośnie napisał w odpowiedziach xD To musiało być coś!
Miss Black napisał(a):— Wydaje mi się, że jesteśmy za chwilę umówieni. To dopiero było ślizgońskie! Mmm, jakie to pyszne! Myślisz, że uwielbienie w twoim głosie zauważyli wszyscy pierwszoroczni czy tylko ci ze Slytherinu? Stawiam kalendarz Blaise’a, że najdalej jutro rano dostaniesz list z domu.
— Nie możesz zakładać się o coś, co należy do mnie! — wykrzyknął oburzony Zabini.
— Jesteś pewien, że wciąż jest w twoim dormitorium? — spytała słodko Pansy, zlizując polewę z widelczyka.

:lol2: Nie wiem komu bardziej współczuć. Draco, bo Pansy mu docina na każdym kroku, czy Zabiniemu, na którego kalendarz wszyscy robią niecne zakusy.
Bełkoczący o deserze i głaska…niu Malfoy, jest cudny. Naprawdę, trudno się dziwić Pansy, że nie może się oprzeć przed dogryzaniem mu, ja bym też nie potrafiła trzymać jezyka za zębami xD Na dodatek ma niesamowite pomysły ;>
Miss Black napisał(a): — W damskie fatałaszki? — powtórzył Snape słabym głosem. Harry mógł go zrozumieć.
— Jego pomysł. — Pośpieszył z wyjaśnieniami Dumbledore. — Widzisz, w tej swojej fortecy w Nurmengardzie trochę mu się nudzi, zwłaszcza bez różdżki. (…)
— Jak rozumiem, nie możesz go teraz znaleźć? — spytał Mistrz Eliksirów tonem, którym normalni ludzie zwykle zwracają się do dzieci. Albo obłąkanych.

Popłakałam się. Naprawdę, Snape wyszedł Ci genialnie! Zwłaszcza w konfrontacji z Albusem, który zdecydowanie jest tutaj jedyny w swoim rodzaju xD Gdybym była na miejscu Harry’ego, miałabym dokładnie te same odczucia :D Jak bardzo bałam się pojawienia Grinda, tak po raz pierwszy żałowałam, że Draco przerwał Harry’emu to podglądactwo. No, ale życzenie czeka!
I znowu zazdroszczę Ginny, to już nie jest zabawne ;P

Rozdział po prostu cudny. Ja naprawdę muszę coś napisać pod tymi moimi zbiorowymi komentarzami, bo ciśnie mi się to na usta od początku!

Zoe

Zoe, Ty naprawdę zua kobieta jesteś ;> Potter powracający do Dursleyów i to w święta? Jak mogłaś! No ale… Aportujący się tam Malfoyowie, wynagrodzili mi wszystko. Boru, moja wyobraźnia z każdym rozdziałem coraz bardziej się rozwija i to niekoniecznie w dobrym kierunku xD Trudno jednak się dziwić niechęci Harry’ego, kto by chciał wracać w tamto miejsce? Ehh…
Zoe napisał(a):- Co do jasnej…? – wykrzyknął Lucjusz, a jego dłoń odruchowo chwyciła różdżkę. Nagle zamrugał i przyjrzał się uważniej. Cudaczna postać kogoś mu przypominała. – Cioteczna babka Józefina? – wybąkał niepewnie. Niepewność była jak najbardziej uzasadniona, ponieważ Józefina Malfoy od dawna nie żyła.

:hahaha: popłakałam się. Boru, mina Lu – bezcenna. Babka Józefina, chyba rozłożyłaby każdego xD
Biedny Draco, zabrany z rozpędu, nie wiadomo gdzie i na jak długo, a takie piękne miał plany :D
Zoe napisał(a):- Jeszcze pięć minut – sapnął Dudley.
- Dolicz do tego jeszcze jakiś kwadrans spędzony na witaniu gości – nie mógł się powstrzymać Harry.

:lol2:
Zoe napisał(a):- Expelliar…!
Słowa zamarły mu w gardle, albowiem miał przed sobą trójkę osłupiałych Malfoyów.
(…)
- Nie zamierzam zostać tu ani chwili dłużej – przerwała bezceremonialnie Narcyza. – Lucjuszu, Draco, wychodzimy.
- Chcesz pieszo iść na Riwierę Francuską? – zdumiał się Lucjusz.

Ja tutaj płączę :cry: i się turlam :lol2: Nie pamiętam, kiedy tak się śmiałam. Państwo Malfoy są bezbłędni w swym zniesmaczeniu i zaszokowaniu, a Lu przelatujący przez przedpokój i wrzeszcząca Narcya… *.* <znowu zaczęła płakać> Draco w tym wszystkim wypada najlepiej, jemu się tu chyba podoba ;P
Zoe napisał(a):- Wiesz, że nie noszę bielizny?

Po takiej dawce humoru, mam ochotę na uruchomienie syndromu pisklaka i wrzaśnięcie – kyaaaaaa :lol2:

Rewelacyjnie Ci o wyszło, Zoe. Ja naprawdę nie lubię absurdu tam, gdzie nie powinno go być, ale tutaj płakałam ze śmiechu. Dziękuję za tę dawkę humoru :)

I na koniec ;> Moje kochane… dlaczego ja tutaj nie widzę fanficków Waszego autorstwa? Miss Black? Ka? Przecież to co przeczytałam, jest po prostu świetne! Dialogi, opisy, pomysły… Normalnie, ktoś powinien Was kopnąć w zadek! Zoe i Nerejdy ruszać nie będę, bo one piszą. Chociaż… za rzadko ;P

Pozdrawiam wszystkie autorki i sorry, że tak hurtowo ;)
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Ka » 22 sty 2012, o 23:25

Czarownice i Czarodzieje! Mam przyjemność otworzyć drugą turę Drarrofety świątecznej! Czy może to już Drarrofeta noworoczna? ;) W każdym razie zapraszam na odcinek dwunasty, żywiąc nadzieję, że mnie nie zjecie. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko i wyłącznie: starałam się, jak mogłam. :)

Bardzo, bardzo dziękuję Aev, która powinna dostać order Złotej Kałamarnicy za cierpliwość (nie muszę wspominać, że to ona betowała, prawda?) i Miss Black za błyskawiczny komentarz.

Drarrofeta świąteczna, odcinek dwunasty, w którym okazuje się, że Ślizgoni rzeczywiście mają niebezpieczne skłonności do eksperymentowania z eliksirami

— Co tam macie?
Dziewczyny jak na komendę drgnęły nerwowo i czym prędzej rzuciły się zbierać pergaminy ze stołu.
— Ron! Przestraszyłeś nas! — powiedziała Hermiona nienaturalnie piskliwym głosem. — Robimy, eee... zadanie domowe. Z numerologii.
Ron spojrzał na nią z niedowierzaniem. Hermiona obronnym gestem przycisnęła pergaminy do piersi.
— Niektórzy przykładają się do nauki — poinformowała go. — To bardzo ważne, żeby robić regularne powtórki. Mamy tylko pięć miesięcy do owutemów i ciekawe, co zrobisz, jeżeli w maju okaże się, że nie dam ci moich notatek?
Ron przewrócił oczami.
— No jasne, jeżeli piszczycie z Ginny nad jakimś pergaminem, to po prostu muszą być notatki z numerologii. Jak mogłem pomyśleć, że ukrywacie przede mną coś ciekawego, w końcu nauka to najbardziej ekscytująca rzecz w twoim życiu...
Zakłopotanie Hermiony jakby wyparowało.
— Jak śmiesz! To tobie wydaje się, że jestem jakąś maszynką do poprawiania twoich zadań domowych i że nie mam nic lepszego do roboty, niż kolekcjonowanie Historii Hogwartu, bo przez siedemnaście lat najwyraźniej nikt nie poinformował cię, że istnieją też inne książki...
Ron poczerwieniał na twarzy.
— Akurat! To ty traktujesz mnie, jakbym był jakimś niedorozwojem i nie rozumiał ani słowa z tego, co mówisz, bo jesteś och-taka-mądra, a ja potrafię tylko jeść...
— No cóż, to nie jest takie dalekie od rzeczywistości, prawda? — Hermiona uśmiechnęła się mściwie. Jej włosy prawie strzelały iskrami. Ron ze świstem wypuścił powietrze.
— Wiesz co? Dobrze! Rób sobie swoje notatki z numerologii, nic mnie to nie obchodzi. A ja idę coś zjeść i przynajmniej będę miał jakąś przyjemność z życia!
— Na przykład czekoladowe stringi? Zdaje się, że ostatnio w nich zasmakowałeś. Parkinson na pewno chętnie zamówi dla ciebie kolejną parę i może nawet pozwoli ci...
— Nie mieszaj do tego Pansy!
— Ach, teraz jesteście już po imieniu!
— A co, zazdrosna? — parsknął Ron. Hermiona aż się zapowietrzyła. Nie czekając na odpowiedź, Ron rzucił jej pełne złości spojrzenie i wypadł z pokoju wspólnego. Trzasnął przy tym ramą portretu tak mocno, że gdyby postaci na płótnie umiały czarować, Ron pewnie do Nowego Roku leżałby w szpitalu po oberwaniu klątwą Grubej Damy.

W pokoju wspólnym zapadła cisza i Hermiona zorientowała się, że wszystkie oczy zwrócone są na nią. Zarumieniła się aż po cebulki włosów. Ktoś poklepał ją po ramieniu. To była Ginny — Hermiona całkiem zapomniała o jej obecności. Weasleyówna wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale w końcu mruknęła tylko:
— Przejdzie mu. — I delikatnie wyjęła z rąk Hermiony wciąż kurczowo trzymane przez nią pergaminy, po czym pociągnęła ją w stronę dormitorium.

***

Ron długimi krokami przemierzał kolejne korytarze, starając się nie zastanawiać, dokąd idzie. W gruncie rzeczy nie miał co ze sobą zrobić. Nie chciał wracać do pokoju wspólnego i spotkać Hermiony, Ginny, albo innych świadków ich małego przedstawienia. Wiedział, że jest już zdecydowanie zbyt późno, żeby pójść polatać, a na pewno nie był na tyle stuknięty, żeby iść do biblioteki. Na domiar złego jakoś stracił apetyt. Najchętniej porozmawiałby z Harrym, ale od rana nigdzie go nie było; kiedy Ron dotarł na obiad, dowiedział się, że właśnie się z nim minął. W ogóle od świąt Harry ciągle gdzieś znikał i Ron nie mógł pozbyć się wrażenia, że coś jest cholernie nie w porządku. Chociażby poprzedniego dnia wieczorem Harry był strasznie roztargniony i nie zwracał najmniejszej uwagi na to, co się dzieje dookoła. Oczywiście nie przyznałby się do niczego, więc Ron nawet nie próbował pytać — ale i tak wiedział swoje, i poważnie martwił się o przyjaciela.

To miało coś wspólnego z Malfoyem — to zawsze miało coś wspólnego z Malfoyem (albo z Voldemortem, przy czym jedno nie wykluczało drugiego). Ron zdążył już zaakceptować małą obsesję Harry'ego i zwykle po prostu pozwalał przyjacielowi się wygadać, od czasu do czasu podrzucając jakąś obelgę albo oferując, że da Malfoyowi fangę w nos.

Tym razem wyglądało jednak na to, że fanga w nos może po prostu nie wystarczyć.

***

— Niezłe ciacho, co?
Hermiona zamrugała. Dopiero teraz zorientowała się, że od dłuższej chwili wpatruje się bezmyślnie w tors Tamotsu Iwamoto, bramkarza widniejącego na styczniowej karcie kalendarza. Wzruszyła ramionami.
— Raczej nie kręcą mnie Azjaci — odpowiedziała. Tamotsu najwyraźniej usłyszał jej uwagę, bo nadąsał się i odwrócił tyłem, ukazując nie mniej imponujące pośladki. Ginny trąciła Hermionę łokciem.
— Azjata czy nie, ja bym go z łóżka nie wyrzuciła...
Hermiona posłała jej ciężkie spojrzenie.
— Hej. — Ginny obróciła się, żeby popatrzeć Hermionie prosto w oczy z tak charakterystycznym dla niej uporem. — Mój brat to palant. Nie waż się tu siedzieć i nim zamartwiać. Poza tym wydaje mi się, że mamy coś ciekawszego do roboty, prawda?
Hermiona potrząsnęła głową i roześmiała się cicho.
— No dobrze, obiecuję. Dawaj tu ten pergamin!
Ginny wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
— Zadanie z numerologii, hmm? — mruknęła.
— Musiałam coś powiedzieć! Gdyby Ron się dowiedział...
— ...toby nas zabił. A później powiedziałby Harry'emu i Harry zabiłby nas po raz drugi.
Hermiona zawahała się.
— Właściwie to jest trochę okropne z naszej strony...
— Oj tam, oj tam — zbagatelizowała Ginny. — Robimy to przecież dla jego dobra. To dzięki nam Harry i Draco są teraz na najlepszej drodze do i żyli długo i szczęśliwie! A poza tym nie wiem jak ty, ale ja baaardzo chciałabym poznać odpowiedź Harry'ego na pytanie szesnaste... — W tej chwili sam diabeł mógłby pozazdrościć Weasleyównie uśmiechu.
Hermiony nie trzeba było długo przekonywać. Szybko odnalazła arkusz, który nie tak dawno zaczął pokrywać się pismem Harry'ego i... zmarszczyła brwi.
— Chyba jednak się nie dowiesz. Zobacz.
Na samej górze strony widniało zaledwie kilka linijek tekstu, który później nagle urywał się w pół zdania i najwyraźniej ani myślał ruszyć dalej, nic sobie nie robiąc z wbitych w niego spojrzeń.
— Jak myślisz, co to może znaczyć?
— Hmm... Jak na mój rozum, to znaczy, że Harry i Draco są gdzieś sami, i że właśnie znaleźli ciekawsze zajęcie niż odpowiadanie na pytania.

***


— Blaise!
Zabini poderwał głowę znad czytanej książki. Wygląd Draco odzwierciedlał panikę w jego głosie: blada twarz, szeroko otwarte oczy i koszula odpięta co najmniej o kilka guzików za daleko... przynajmniej według powszechnie przyjętych norm, bo szczerze mówiąc Blaise nie sądził, żeby Draco mógł kiedykolwiek być za bardzo rozebrany.
— Potrzebuję cię w dormitorium. Teraz.
Blaise odłożył książkę i westchnął z rozrzewnieniem, bynajmniej nie nad koniecznością porzucenia lektury. Jeszcze niedawno takie słowa z ust Draco oznaczały, że za jakieś półtorej minuty obaj nie będą mieli na sobie żadnych ubrań. A teraz? Jeden Slytherin wie, co to teraz mogło znaczyć. Wstał i poszedł za Draco, próbując przygotować się psychicznie na to, co wywołało u przyjaciela taką reakcję — cokolwiek to, do diabła, było. Po siedmiu latach mieszkania z Draco w jednym dormitorium mógł z dumą powiedzieć, że jest uodporniony na większość jego dziwactw i naprawdę trudno go było czymś zaskoczyć.

...No, chyba że był to Harry Potter leżący na łóżku Draco w swoich dziurawych dżinsach i wyciągniętym, pomarańczowym T-shircie. Blaise zdążył poczuć kolejno: zaskoczenie, że plan Draco najwyraźniej się powiódł; żal, że wobec tego on, Blaise, definitywnie pójdzie w odstawkę; wreszcie ciekawość, w jakim celu Draco go tu zawołał i bezpośrednio związaną z tym pytaniem głupią nadzieję. Dopiero wtedy spojrzał drugi raz i zauważył, że coś jest cholernie nie tak.

Potter najwyraźniej spał — i śnił, bo rzucał się na łóżku, a jego rzęsy trzepotały niespokojnie. Draco wspiął się na łóżko i przesunął się tak, żeby oprzeć głowę Pottera na swoich kolanach. Musiał być naprawdę zmartwiony, bo najwyraźniej ani trochę nie przejmował się, jak to wygląda z boku; cała jego uwaga skupiona była na Potterze.
— Nakłoniłem Harry'ego do realizacji mo… Pansy genialnego pomysłu z pytaniami. Zaczął pisać, ale siedział tu cały zmieszany i zarumieniony — pomimo zdenerwowania, Draco nie był w stanie ukryć lekkiego uśmiechu, który przy tych słowach pojawił się na jego ustach, — więc nalałem mu drinka na rozluźnienie i nagle stracił przytomność, ot tak, wpół zdania!
Blaise odepchnął na bok głupie pomysły i skupił się na sytuacji.
— Moment. Co właściwie mu dałeś?
— Ognistej, niedużo...
— Pokaż.
Draco machnął ręką w kierunku szafki Teodora.
— Wziąłeś Ognistą Teo?

***

— Wziąłeś moją Ognistą? — zapytał Teodor parę minut później, kiedy Blaise ściągnął go do dormitorium, po drodze pośpiesznie wyjaśniając sytuację.
Draco wzruszył ramionami, nieskruszony. Na twarzy Teo wykwitł zjadliwy uśmiech.
— No cóż. Tak to jest, jak się dotyka nie swoich rzeczy. Podać swojemu chłopakowi coś, co znalazłeś w szafce innego Ślizgona?
Draco obrzucił go morderczym spojrzeniem. Blaise był mniej subtelny i po prostu zdzielił Teodora w tył głowy.
— Nie cwaniakuj, tylko gadaj, co to było.
— Dobra, dobra, wyluzuj, wasz Złoty Chłopiec jest bezpieczny. — Teodor rozsiadł się na łóżku. — Pamiętacie podwójne eliksiry tuż przed świętami? Warzyliśmy Clarum somnium, Eliksir Świadomego Snu — podpowiedział. Draco i Blaise przytaknęli.
— A pamiętacie imprezę tego samego wieczoru, z okazji rozpoczęcia przerwy świątecznej? Kiedy młody Baddock robił drinki...
Blaise'owi coś zaświtało.
— I okazało się, że Daphne wyniosła z lekcji fiolkę Clarum, a komuś strzeliło do głowy, żeby...?
— ...żeby poeksperymentować. — Teo przytaknął radośnie. — Zdaje się, że to Tracey rzuciła ten pomysł, a wiecie, że ona jest w stanie przekonać Malcolma do wszystkiego. Daphne trochę się dąsała, ale...
— Dobra, daruj sobie, też tam byłem — warknął Draco. — Powiedz lepiej, co to świństwo robi?
— Skąd mam wiedzieć? Przecież nikt nie chciał tego wypić, w najlepszym wypadku odpłynąłby w środku imprezy! Ale jednak szkoda było wylać, więc...
Mordercze spojrzenie Draco przybrało na sile i Teo trochę się zmieszał.
— Hej, wyluzuj. Mówiłem, że Potterowi nic nie grozi! To tylko Ognista, a Clarum nie ma żadnego składnika, który gwałtownie reagowałby z alkoholem, no chyba że zaszła jakaś skomplikowana... ale najprawdopodobniej Potter ma po prostu nieźle popieprzony sen! Hej, kto wie? Może nawet mu się spodoba i będziemy mogli to opatentować...
— Kto wie? — podchwycił Blaise. — Draco, może dzięki tobie Harry przeżywa właśnie najlepszy erotyczny sen wszechczasów!
— Albo najgorszy koszmar! — Draco obrzucił ich wściekłym spojrzeniem. — Wymyślcie lepiej, jak to przerwać!
Miny Ślizgonów wyrażały bezradność.
— No wiesz... zawsze możesz wepchnąć mu bezoar do gardła.
— Albo język, a nuż zadziała! Znasz bajkę o Magiczce i siedmiu skrzatach domowych, prawda, Draco?
Draco nie raczył odpowiedzieć i Blaise uświadomił sobie, że nie pamięta, kiedy ostatnio jego przyjaciel był tak przestraszony. Natychmiast pożałował przytyku.
— Chyba lepiej nie ryzykować — powiedział. — To znaczy bezoaru, nie języka... — Potrząsnął głową. — Jeżeli sam się nie obudzi, trzeba będzie pójść do Pomfrey, bo Snape'a nie ma w zamku. A Pomfrey na pewno nie omieszka nasłać na nas McGonagall... Lepiej poczekać. Zresztą... w tej chwili nie wygląda na to, żeby miał koszmary.
Rzeczywiście, Potter leżał już spokojnie. Jedyną oznaką, że coś jest nie w porządku, był rumieniec na jego policzkach i niepokojąco przyspieszony oddech.

***

Harry nie potrafił określić, w którym dokładnie momencie przestał być panem własnego ciała, i nie miał siły się nad tym zastanawiać. Krew szumiała mu w uszach, niemal zagłuszając przeraźliwie głośne bicie serca, rumieniec palił jego policzki, a on sam nagle zorientował się, że cały się trzęsie. Zażenowanie niemal nie pozwalało mu oddychać: nie miał pojęcia, co robić, jak się zachować. Ależ był żałosny — zaraz Draco odsunie się i wyjdzie, a Harry do końca życia będzie skazany na wzdychanie do obrazów uwiecznionych na kartach Sekretu, jeżeli w ogóle uda mu się go zatrzymać.

Draco przycisnął się do jego boku, jakby własnym ciałem chciał powstrzymać dreszcze.
— Ćśśś — wymruczał i potarł nosem jego szczękę, a później przesunął się odrobinę, żeby przytulić policzek do szyi Harry'ego. Jego skóra była prawie tak samo gorąca, jak skóra Harry'ego, i miejsce dotknięcia niemal parzyło. Draco odszukał dłonią ramię Harry'ego, powolutku popełzł w dół, uścisnął jego palce. Nie wyglądało na to, żeby zamierzał dokądkolwiek uciekać. Harry odwzajemnił uścisk i poczuł, jak Draco się uśmiecha, i wszystko wydało się nagle nieco mniej przerażające.

Wyciągnął drugą rękę i odważył się objąć nią Draco, który zamruczał i wtulił głowę w dłoń Harry'ego, a Harry pomyślał, że cały ten seks nie jest w gruncie rzeczy taki skomplikowany. Ośmielony, obrócił się, tak, że teraz to on leżał pochylony nad twarzą Draco. Z tej odległości nawet nie potrzebował okularów, żeby widzieć ostro. Oczy Draco błyszczały w ciemności i chyba jeszcze nikt nigdy nie patrzył na Harry'ego w taki sposób, i na pewno Harry jeszcze nigdy nie chciał aż tak bardzo kogoś pocałować, i wszystko szło w bardzo dobrym kierunku.

Pstryk!

Świat nagle zawirował, i zanim Harry się zorientował, obaj z Draco stali w salonie Dursleyów, w pełni ubrani, starając się chwycić czegoś, żeby utrzymać równowagę.
— Zgredek musiał uratować Harry'ego Pottera! — usłyszał skrzekliwy głos, ale nie zdążył obrócić się w tamtą stronę, bo rozległo się kolejne pstryk! i skrzat zniknął, a w tym samym momencie do pokoju wszedł Lucjusz Malfoy.

***

Przesłuchanie skończyło się później, niż Lucjusz i Narcyza na to liczyli — i zdecydowanie wcześniej, niż odpowiadałoby to Harry'emu i Draco. Jeszcze kilka minut temu byli na podłodze w schowku, a teraz cichcem opuszczali dom Dursleyów, we czwórkę cisnąc się na latającym dywanie wyszywanym w złote kałamarnice. Lucjusz Malfoy sterował wprawnie, jego białe włosy łopotały na wietrze. Harry patrzył na kamienny profil mężczyzny i starał się nie zastanawiać, co by było, gdyby Zgredek w magiczny sposób nie pojawił się, by ich uratować, i gdyby Lucjusz nakrył jego i Draco na...

W tym momencie Lucjusz popatrzył prosto na niego, jakby mógł odczytać jego myśli, pochylił się i zepchnął Harry'ego z dywanu. Harry usłyszał krzyk Narcyzy, zobaczył, jak Draco wyciąga do niego rękę, za późno, żeby go złapać, a później widział już tylko morze świateł po sobą i leciał, leciał w dół, w kierunku śpiącego miasta...

***

W dormitorium Slytherinu Harry nagle szarpnął się gwałtownie, jak ktoś, komu wydaje się, że spada, i otworzył oczy.


A w następnym odcinku...
Ostatnio edytowano 24 sty 2012, o 23:51 przez Ka, łącznie edytowano 2 razy
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez Akame » 23 sty 2012, o 00:08

O.o ale wybrnęłaś. Jestem w stanie permanentnego szoku i moja mina to swoiste :wtf:
Podobało mi się!
Boru, ta feta jest chyba jedną z najlepszych :)
Harry śnił. No i wszystko poukładało się w logiczną całość, chociaż trochę żałuję, że nie wyśnił, jak Draco daje nauczkę Dudziaczkowi xD Za to przestraszony Draco, wynagrodził mi wszystko.
Ka napisał(a):— No wiesz... zawsze możesz wepchnąć mu bezoar do gardła.
— Albo język, a nuż zadziała! Znasz bajkę o Magiczce i siedmiu skrzatach domowych, prawda, Draco?
Draco nie raczył odpowiedzieć i Blaise uświadomił sobie, że nie pamięta, kiedy ostatnio jego przyjaciel był tak przestraszony. Natychmiast pożałował przytyku.
— Chyba lepiej nie ryzykować — powiedział. — To znaczy beozaru, nie języka...

:lol2:, a jakby mu go przygryzł spadając z dywanu w kałamarnice? :D Mimo wszystko, sugestia jak najbardziej na miejscu, powinien był spróbować ;) No i trochę żal, że Zgredek pojawił się tak wcześnie, pięć minut by nie zaszkodziło ;>

O! I zapomniałam! Bardzo podobała mi się kłótnia Rona i Hermiony. Taka realistyczna. Wytknęli sobie to, co tak naprawdę ich dzieli, bo przecież Hermiona myśli tylko o nauce, a Ron o jedzeniu i quidditchu. No, może w tym wypadku pomyślała i o czymś innym ;) Poza tym, jak mogła nie zwrócić uwagi na azjatę, poczułam się osobiście urażona, Ginny górą, zna się na rzeczy :D

Jak zwykle świetna część i jak zwykle stwierdzam, że powinnaś pisać, o!

Pozdrawiam ciepło :)
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Bang Bang » 23 sty 2012, o 20:12

Taki obrót zdarzeń mnie zaskoczył, ale te zaskoczenie jest całkowicie miłe i pozytywne. Naprawdę, kłaniam się w pas :poklon:! Feta faktycznie jest przegenialna i kurcze, co ja będę robiła, gdy się skończy? To jedno z nielicznych drarry, które pojawia się regularnie i jestem tym faktem absolutnie zachwycona. Jeśli miałabym określić ten odcinek jednym słowem, to chyba przychyliłabym się do pojęcia słodki. Bo to było słodkie, zwłaszcza ta troska i przerażenie Draco oraz początek snu Harry'ego. Awwwwww! Trochę szkoda, że Ron i Hermiona się pokłócili, ale wydaje mi się, że to było konieczne, gdyż te różnice między nimi się namnażały i kiedyś musiały eksplodować. No i Zgredek! Ma chłopak, eee... skrzat wyczucie chwili! :pala: Przerwać w takim momencie, chociaż skoro to był tylko sen to aż tak bardzo się na niego wkurzać nie będę. Byle tylko taka sytuacja nie powtórzyła się w rzeczywistości. Słowa coś mi się dzisiaj plączą, więc tylko dodam, że odcinek był świetny, a Ginny stała się jedną z moich ulubionych postaci (tylko w fecie, normalnie i tak jej nie lubię). I Zabini :serce:.

— Wziąłeś Ognistą Teo?
***
— Wziąłeś moją Ognistą? — zapytał Teodor parę minut później, kiedy Blaise ściągnął go do dormitorium, po drodze pośpiesznie wyjaśniając sytuację.


Nie wiem do końca dlaczego (jestem dzisiaj trochę niepoczytalna), ale ten fragment mnie rozbawił :lol2: .


Pozdrawiam i kurcze, Akame ma racje, powinnaś napisać własne drarry. Dłuuuugie drarry albo chociaż jakąś miniaturkę. Taki talent trzeba objawiać światu częściej, niż tylko podczas drarrofety :).
Combeferre sighed. "When was the last time you got a full night's sleep?"
"I'm a med student," said Joly, rubbing his eyes. "Sleep is surrender. Coffee is strength."
"Work is freedom," said Combeferre drily.
"Right." Joly nodded. "Sometimes, I forget you're a med student, too."

North London is red


Bractwo Bejsbola i Widła :pala:
Bang Bang Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2318
Dołączył(a): 3 paź 2011, o 21:19
Lokalizacja: Emirates Stadium

Postprzez Voldemortist » 24 sty 2012, o 23:49

Nie powinnam się powtarzać i napisać za moimi poprzedniczkami, że powinnaś tworzyć własne ficki, prawda? No cóż, i tak to zrobię. :whistle: Pisz, moja droga, pisz! Przydałoby się nam jakieś długie drarry po polsku, żeby coś stanęło w tegorocznym konkursie obok "Red Hillsów". ^^
Wybrnęłaś z odcinka Zoe przegenialnie. Niby pomysł ze snem nie jest bardzo oryginalny, ale stworzyłaś do tego taką ładną otoczkę, że wydaje się jedyny w swoim rodzaju. I strasznie mi się podobało to, jak Harry się obudził. Naprawdę, nie ma to jak lot na dywanie (z tego co pamiętam, były one w Angli zakazane, czyż nie? Malfoyowie nie potrafią nawet jednej rzeczy zrobić zgodnie z prawem. :lol2: ) z mackami, oczywiście, a także zostanie z rzeczonego dywanu zepchniętym przez samego Lucjusza Malfoya. Podświadomość Harry'ego zaczyna mnie trochę przerażać.
Ron i Hermiona w reszcie się pokłócili! Teraz Ron będzie mógł w końcu zacząć chodzić z Pansy, Hermiona znajdzie sobie jakiegoś innego nieAzjatę (doprawdy, jak mogła to powiedzieć, przecież Azjaci są piękni. Niektórzy oczywiście.) i wszystko ładnie się ułoży.
Draco martwiący się o Harry'ego był taaaaaki słodki. Szkoda, że Harry nie mógł zobaczyć go w takim stanie. Na pewno skończyło by się to wspaniałą fluffową sceną i wszyscy byliby szczęśliwi. Chociaż pokażmy kiedyś Harry'emu to wspomnienie w Myślodsiewni, co?
Wyłapałam jeden drobny błąd i jako obrończyni Azjatów muszę zwrócić nań Twoją uwagę.
Tamotsu Iwamoto, bramkarza widniejącego na styczniowej karcie kalendarza. Wzruszyła ramionami.
— Raczej nie kręcą mnie Azjaci — odpowiedziała. Tamosu najwyraźniej usłyszał jej uwagę, bo nadąsał się i odwrócił tyłem, ukazując nie mniej imponujące pośladki.

Na początku nasz przystojny mężczyzna nazywał się Tamotsu, a potem nagle zmienił imię na Tamosu. Może za to się obraził, a nie za słowa Hermiony? :D
Lecę się pakować, byyyyyye!
"Krawiec, jeden z pierwszych krawców, Polak, wysilił się i prawdziwie zadziwiającym sposobem jestem zgrabny - ale te trzewiki, te mnie zabijają, a bez nich ani się pokazać."
~Juliusz Słowacki
Voldemortist Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 440
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:56
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez MargotX » 25 sty 2012, o 21:49

No nieźle, to był tylko sen?! ;) Muszę przyznać, że naprawdę potraficie zaskoczyć i, nawet jeśli czasami pojawiają się nieco szokujące pomysły, to wszystko naprawdę ma jakiś sens, wplata się świetnie w poprzedzający odcinek i jedynie zaostrza apetyt na więcej, brawo :D

I naprawdę, wiem, że to już do znudzenia, ale fakt jest faktem: tegoroczna feta jest rewelacyjna :D

Oczywiście, Harry po raz kolejny musiał stać się nieświadomą ofiarą ślizgońskiego kawału, jak mogłoby być inaczej i biedny Draco, o dziwo niewinny w tej materii jak baranek :lol2: martwi się teraz o skutki napojenia Gryfona doprawioną Ognistą. Ale, ponieważ musi się wszystko dobrze skończyć, przebudzenie Harry'ego może być całkiem...interesujące ;)

Spektakularna kłótnia Hermiony i Rona, taaa, znamy te klimaty, a ten wybuch był jedynie kwestią czasu i trzeba przyznać, że ta "wymiana zdań" była porywająca, no i w ostatecznym rozrachunku winnym całej tej sytuacji okazał się Malfoy, bo jakże inaczej, Harry znikał, coś było nie w porządku, a to zawsze miało element wspólny z Draconem, Ron nie miał z kim pogadać czyli Malfoy jest winny wszystkiemu. A mówią, że kobiety są przewrotne :hahaha:

Kolejna kapitalna część, dziękuję i pozdrawiam :D
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Miss Black » 26 sty 2012, o 22:48

Bardzo mi się podobało. Ale to już wiesz, więc przejdę do szczegółów. :D Fantastycznie udało Ci się spiąć wszystko w jedną całość. Kontynuowanie i pamiętanie o wątkach, które rozpoczął ktoś inny wcale nie należy do rzeczy najprostszych, a już połączenie tego mętliku kilku umysłów w całość wymaga naprawdę sporo gimnastyki. Także ogromne brawa! Szczególnie podobało mi się nietuzinkowe zagranie z Ognistą Teo. Spodziewałam się raczej przypadkowo rzuconego zaklęcia albo po prostu wielkiego guza, którego Harry nabił sobie o framugę, wchodząc do dormitorium Draco, a tu proszę! Wymyśliłaś coś o wiele bardziej ślizgońskiego. Merlinie, znów miałam przed oczami Draco ze „Światła”, który wybiera się na co piątkową imprezę do Hogsmead. Miłe wspomnienie ;) Ach, i kolejną rzeczą, która mi się szalenie u Ciebie podoba jest uwaga, z jaką kreujesz postaci. Mam tu na myśli Rona i Hermionę. Cudowne było to, że on nie dał się tak łatwo zbyć, jak zapewne stałoby się w każdym innym ficku, a równocześnie pozostał Ronem. Hermiona też nie jest tu wcale postacią idealną, jaką byłaby gdzie indziej. Jej zagranie ze stringami było tak niskie, że przez chwilę aż zgrzytnęłam zębami, a potem pomyślałam, że jest wściekła, czuje się zagrożona i bardzo możliwe, że palnęłaby coś takiego. I oczywiście rozpłynęłam się nad Ronem krzyczącym, by Hermiona nie mieszała do tego Pansy. Nie Parkinson, a Pansy. Ha! Mam wielką nadzieję, że feta skończy się niekanonicznie pod tym względem. No, bo przecież Ron i Hermiona to jakaś pomyłka stulecia. A Ron i Pansy przynajmniej mają wspólne zainteresowania. Oczywiście, jeśli za takowe można uznać miłość do jedzenia. :lol2:
Ach, i szalenie podoba mi się niepewność sceny w schowku! To „może ten cały seks wcale nie jest taki trudny” Harry’ego zbiło mnie z nóg, bo przecież on jest tylko dzieciakiem, który dopiero odkrywa tę część życia. Wyszło bardzo naturalnie. I jeszcze ten martwiący się Draco akapit wcześniej – urocze! Też żałuję, że biedny Harry nie mógł zobaczyć tej troski w jego oczach, ale Draco pewnie wolałby przytulić mugola niż pokazać się od tej strony Harry’emu właśnie.
No i na koniec wspomnę jeszcze o śnie. Patent z dywanem był genialny. Od razu widać, w którą stronę to idzie i aż śmiać się chce na mentalny obraz rozwianej grzywy Lucjusza Malfoya pędzącego w powietrzu na dywanie. Że nie wspomnę już słowem o dystyngowanej małżonce. :lol2: Cudo! Och, i jak ja nie cierpię tego spadania w śnie. To takie nieprzyjemne uczucie, ale przynajmniej od razu wiadomo, że Harry właśnie wraca do rzeczywistości, bo kto przeżywa własny upadek w podświadomości?
Bardzo dobry odcinek! Powiem to, co wszyscy: pisz, na Boga!
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Michiru » 26 sty 2012, o 23:54

Zapraszam na kolejną odsłonę naszej fety już-nie-świątecznej! Z podziękowaniami dla Aev za cudną pomoc i życzeniami fantastycznego weekendu dla wszystkich! Yay!

Odcinek trzynasty, w którym Harry dowiaduje się, że węże potrafią być bardzo niebezpieczne i przekonujące, a Ron popełnia największy błąd w swoim życiu

Harry szarpnął się gwałtownie i otworzył oczy. Jednak gdy to zrobił, natychmiast zamknął je z powrotem. Serce waliło mu jak młotem, a krew krążyła w ciele z taką szybkością, że w ciągu tej sekundy czy dwóch, od kiedy uniósł powieki, zamiast normalnego obrazu widział tylko szaloną mieszaninę zieleni i srebra we wszystkich możliwych odcieniach. Starał się oddychać głęboko, żeby się jakoś uspokoić. W końcu, kilkanaście sekund później, po raz drugi ostrożnie otworzył oczy, zastanawiając się, czy wciąż żyje, a jeśli tak, to jakim cudem. Dookoła niego było zupełnie jasno. Nic nie wskazywało na to, żeby był środek nocy… Harry powoli rozejrzał się wokół siebie, na tyle, na ile mógł sobie pozwolić, nie ruszając głową, w której najwyraźniej stado skrzatów domowych waliło metalowymi pokrywkami o garnki. Był w jakimś pokoju. Leżał na całkiem wygodnym łóżku przykrytym miękką kapą wyszywaną srebrnymi nićmi. A jego poduszka… Coś było nie tak… Harry obrócił się delikatnie, jęcząc cicho, i podniósł wzrok, chcąc spojrzeć na sufit. Ale sufitu niestety nie dojrzał. Nad sobą, zaledwie kilkanaście centymetrów od swojej twarzy zobaczył wpatrzone w niego intensywnie szare oczy Draco. Harry zamrugał kilka razy, chcąc odgonić widziadło, ale ono wcale nie chciało zniknąć. A on leżał nie na żadnej poduszce, ale na jego kolanach! Wciągnął powietrze ze świstem i zerwał się na nogi.
— Malfoy! — krzyknął, rumieniąc się potężnie, po czym potrząsnął głową i szybko usiadł na sąsiednim łóżku.
Odetchnął głęboko, starając się odpędzić ból głowy i skoncentrować na tym, co się działo. Był w dormitorium Ślizgonów. Leżał na łóżku Draco. Na jego kolanach! A wcześniej Lucjusz Malfoy zepchnął go z latającego dywanu. Co się tu, na Merlina, działo?
— Spokojnie, Potter, nie mam zamiaru zamordować cię na miejscu — parsknął Draco, a na jego usta wypłynął zwykły sarkastyczny uśmieszek.
Harry zmierzył go nieufnym wzrokiem. Ślizgon kpił sobie jak zwykle, ale w jego oczach widać było coś na kształt… ulgi?
— Co się stało? — zapytał Harry już o wiele spokojniej.
Draco uniósł brew w zdziwieniu.
— Nie pamiętasz?
— Nie. — Pokręcił głową. — To znaczy tak. Pamiętam… byłem w korytarzu, przy Wielkiej Sali. A potem przyszedłeś i powiedziałeś, że muszę spełnić twoje życzenie.
Harry zaciął się na moment, masując sobie skroń. Draco przyglądał mu się przez chwilę, przygryzając dolną wargę i czekając, ale Potter najwyraźniej nie miał nic więcej do powiedzenia.
— A potem? — zapytał Draco. — Pamiętasz, co było potem?
Harry spojrzał mu w oczy, rumieniąc się jak piwonia. Tak, pamiętał. Pamiętał, że uprawiał z Draco seks. Och, no, prawie. W każdym razie było bardzo miło i jeszcze nigdy nie czuł się tak jak wtedy, ale Zgredek…
— Nie!— zaprzeczył Harry stanowczo, kompletnie zażenowany.
W dodatku czuł, że jego spodnie robią się coraz ciaśniejsze. Pięknie, jeszcze tego mu brakowało. Ponownie potrząsnął głową, kręcąc się niespokojnie na łóżku, starając skupić myśli na czymś innym niż wspomnienie nagiego Draco leżącego tuż obok niego. Skoro to był tylko sen — a musiało tak być, przecież nie znalazłby się w zamku ot tak, bez najmniejszego ostrzeżenia — to dlaczego tak intensywnie pamiętał zapach włosów Draco i ciepło jego skóry? Serce zabiło szybciej, gdy przypomniał sobie, że o mały włos go wtedy nie pocałował. Nie, nie może teraz o tym myśleć.
Rzucił niespokojne spojrzenie na Draco, który przyglądał mu się podejrzliwie. Chrząknął cicho i nerwowo zmienił pozycję, dziękując w duchu, że jego okropny T-shirt był tak długi. Spojrzenie Draco powędrowało od tego strasznego, przyprawiającego o zwątpienie bałaganu na jego głowie, przez jego czerwoną twarz i niżej, niżej, do miejsca, gdzie dłonie wściekle miętosiły i naciągały pomarańczowy namiot, który miał na sobie.
— Jesteś pewien? — Głos Draco był tak miękki i słodki, że Harry — wbrew oczekiwaniom — poczuł się jeszcze gorzej.
Kiwnął głową sztywno, przełykając ślinę.
— Tak. Nic nie pamiętam.
— No cóż… właściwie szkoda — westchnął Draco teatralnie, po czym przesiadł się na drugie łóżko.
Harry prychnął cicho, odsuwając się jak najdalej od Ślizgona, ale ten tylko rzucił mu pobłażliwe spojrzenie.
— Niewiniątko się znalazło — parsknął, po czym wziął leżącą na stoliku obok łóżka różdżkę i, nie zwracając uwagi na spanikowanego Harry’ego, przywołał pozostawiony na jego własnym łóżku pergamin. Podał go Harry’emu i sięgnął po pióro i kałamarz. Gdy w końcu wcisnął pióro w dłoń zdumionego Harry’ego, wycedził przez zaciśnięte zęby:
— Moje drugie życzenie. Skoro nie pamiętasz, łaskawie ci przypomnę. Próbowałeś mnie oszukać, więc teraz musisz zostać ukarany. Sam odpowiesz na te głupie pytania. — Harry otworzył usta i wydał z siebie dziwny jęk. Najwyraźniej miał zamiar dodać do niego coś bardziej zrozumiałego i mającego sens, ale Draco zareagował szybko. Pochylił się do przodu i przyłożył palec wskazujący do jego ust. Harry prawie się zadławił. — Nie tak szybko. Nie chcę słyszeć od ciebie ani jednego słowa. Żadnego dźwięku poza skrobaniem pióra po pergaminie.
Harry mrugnął raz i drugi, próbując jednocześnie mierzyć Draco wściekłym spojrzeniem i wpatrywać się w czubek palca przyłożonego do jego ust. Nie miał pojęcia, dlaczego tak skamieniał pod tym lekkim dotykiem. Przecież wystarczyło odsunąć się odrobinę, przechylić w tył albo po prostu wstać i wyjść z dormitorium, trzaskając drzwiami. Tylko że jakoś… nie mógł tego zrobić. Nogi go nie słuchały, ręce zresztą też. O mało nie wypuścił trzymanego w prawej dłoni pióra, ale gdy poczuł, jak wyślizguje mu się ono spomiędzy palców, szybko zacisnął je mocniej. Gdyby wysmarował atramentem materiał kapy okrywającej łóżko, jego właściciel z pewnością zechciałby go zamordować. A przecież był na terytorium Ślizgonów. Nie mógł — i bynajmniej nie chciał — sobie pozwolić na drażnienie węża w jego własnym gnieździe. Tylko dlaczego właściwie miał posłuchać Draco? Niby po co? Przecież może powiedzieć „nie” i poprosić o inny sposób „odpracowania” kary.
Z tą myślą Harry oderwał wzrok od palca, nadal lekko naciskającego na jego usta, i skoncentrował się na twarzy Draco. Tak, powie mu, że nie zamierza tego robić i już. W tym momencie jednak Draco zabrał dłoń sprzed jego twarzy i odsunął się na swoje poprzednie miejsce. Siedział tam przez moment bez ruchu, przekrzywiając lekko głowę, z miną, która okropnie Harry’ego denerwowała. Co on sobie myśli, wredny głupek? Może i przystojny, ale zdecydowanie wredny. I głupi. Koniec z jego idiotycznymi rządami. Zaraz mu powie, że…
Zza drzwi dormitorium docierały jakieś dziwne dźwięki. Krzyki? Nie, to nie to. Chyba szuranie krzeseł i nagły tupot kilku par stóp. Co oni tam robią? Przemeblowanie czy co? Harry odwrócił głowę w stronę drzwi, jakby oczekując, że zaraz się otworzą i do dormitorium wpadnie cała zgraja Ślizgonów, ale nic takiego się nie stało, więc zwrócił swoją uwagę z powrotem na Draco. Ten wydawał się zupełnie nie przejmować dziwnymi dźwiękami z zewnątrz. Może to u nich normalne? Harry nie przeczył, że salon Gryfonów był bardzo głośny, przynajmniej do późnego wieczora, kiedy większość mieszkańców wieży nagle zdawała sobie sprawę z tego, że już ta godzina, a na jutro McGonagall oczekuje eseju na cztery stopy na temat zaklęcia zamieniającego kwiat w jakiś egzemplarz broni białej, a Hagrid odręcznego rysunku kolejnego fascynującego stworzenia. Ale dźwięki wydawane przez mieszkańców wieży Gryffindoru zazwyczaj brzmiały jak echo radosnych rozmów lub, ewentualnie, przedniej zabawy, a nie jakby kot drapał pazurami po tablicy albo jakby ktoś wysypywał na kamienną posadzkę kosz drewnianych bali.
Harry potrząsnął głową, uwalniając się od tych dziwnych myśli. Nie to przecież powinno zaprzątać teraz jego głowę.
— Malfoy… — zaczął, kiwając głową jeden raz, jakby upewniając samego siebie, że wie, co robi i dlaczego. — Ani mi…
— Więc jednak chcesz mi oddać Sekret — stwierdził Draco zupełnie spokojnym głosem, przerywając mu wpół słowa.
— Nie. Oczywiście, że nie — odpowiedział Harry szybko, chcąc wrócić do przerwanej przemowy, której nawet jeszcze nie zdążył dobrze zacząć. Ale wtedy Draco po raz kolejny wszedł mu w słowo.
— W takim razie odpowiadaj na pytania, i to szybko. Nie mam ochoty spędzić tutaj całego dnia. — Jego oczy zabłysnęły nagle. — A przynajmniej nie, zajmując się akurat rzeczą. To jest dormitorium. Sypialnia, Potter. Służy do innych, czasami o wiele ciekawszych rzeczy niż obserwowanie, jak rumienisz się, wpatrując się w pusty kawałek pergaminu. I zanim zdążysz zapytać — nie, nie możesz zaproponować mi, żebym znalazł inny sposób na odpłacenie ci za ten idiotyczny żart. I tak, mam wielką ochotę poznać twoje odpowiedzi na te pytania. Głównie po to, żeby móc się z ciebie nabijać przez następnych kilka tygodni przy każdej okazji przypominając ci, co tam napiszesz. Więc nie marnuj naszego czasu i zabieraj się do pracy.
— Jesteś wredny, wiesz? — westchnął Harry, rozsiadając się wygodniej na łóżku. Całe szczęście ucisk w spodniach zdążył już zelżeć i teraz mógł spokojnie usiąść ze skrzyżowanymi nogami, opierając plecy o jedną z drewnianych kolumn podtrzymujących baldachim łóżka.
— Jestem Ślizgonem — oświadczył Malfoy, znów uśmiechając się w ten irytujący, złośliwy sposób. W dodatku powiedział to w sposób, który najwyraźniej miał sugerować, że to niekwestionowany powód do dumy.
— Wow, kto by pomyślał, zaskoczyłeś mnie — mruknął Harry w odpowiedzi, ze zrezygnowaniem pochylając się nad pergaminem. Wybrał pierwsze pytanie, które wydało mu się potencjalnie najmniej niebezpieczne: Czy lubisz szkołę? Co najlepiej będziesz pamiętał, gdy już zakończysz edukację i opuścisz Hogwart? i zaczął pisać.

***


— Weasley, chyba cię pogięło.
Korytarz prowadzący do lochów nie był chyba najlepszym miejscem na tego typu rozmowy, ale skoro już Ron się tutaj znalazł i trafił na Pansy, warto było spróbować. Po kłótni z Hermioną i otrzymaniu okropnej informacji, że ominął go obiad, Ron postanowił jednak poszukać Harry’ego. Nie przypuszczał, żeby chłopak był poza murami zamku. Było na to stanowczo za zimno, więc musiał się kręcić gdzieś po szkole. Ron rozważał możliwość zajrzenia na Wieżę Astronomiczną. Od czasu do czasu Harry miał zwyczaj zaszywania się tam, żeby w spokoju pomyśleć. A ponieważ ostatnio ich życie pełne było stresów i dziwnych wydarzeń, Ron nie wątpił, że spokój jego przyjacielowi bardzo by się przydał. Ale on sam był teraz na pierwszym piętrze, a perspektywa wspinania się po niezliczonej ilości schodach nie napawała optymizmem. Dlatego, po głębokim namyśle, Ron wpadł na jeszcze inny pomysł. Jak już wcześniej stwierdził, Harry zachowywał się od świąt bardzo dziwnie. A to musiało mieć związek z Malfoyem. A skoro to miało związek z tym wrednym Ślizgonem, całkiem logiczne byłoby założenie, że Harry krąży teraz gdzieś w pobliżu Malfoya. Niestety Ron nie miał żadnej Mapy Huncwotów, musiał więc zdać się na własny instynkt. Malfoy mógł być wszędzie, ale najprawdopodobniej siedział teraz w pokoju wspólnym, wielki panicz wśród swoich poddanych, i napawał się sławą i chwałą. Skoro Ron i tak był całkiem blisko lochów, równie dobrze mógł zacząć poszukiwania Harry’ego właśnie tam.
Kiedy dotarł w pobliże sali eliksirów, nieco zwątpił w swój genialny plan. Był pewien, że jeśli Snape go tutaj przyłapie, wlepi mu szlaban na najbliższy miesiąc. Za byle co. Choćby za to, że bezcześci swoimi gryfońskimi stopami ślizgońskie terytorium. Gdy o tym pomyślał, odwrócił się na pięcie z zamiarem wycofania się z korytarza, jednak nie zdążył, bo przed nim wyrosła nagle sylwetka niezbyt zadowolonej z niespodziewanego towarzystwa dziewczyny.
— Co tutaj robisz, Weasley? — zapytała Pansy Parkinson, opierając dłonie na biodrach i przyjmując postawę, która — o dziwo — bardzo przypominała Ronowi postawę jego matki. — Czyżbyś znowu zostawił swoją dziewczynę? Powinieneś bardziej uważać, bo w końcu ci ucieknie i znajdzie sobie jakiegoś innego faceta. A wiesz, z twoją urodą i inteligencją, a raczej jej brakiem, nie masz co liczyć na szybkie znalezienie kolejnej.
Ron prychnął, zaciskając pięści ze złości, ale doszedł do wniosku, że dogadywanie się z Parkinson nie ma sensu. Kolejna kłótnia w ciągu jednego dnia to stanowczo za dużo. Zignorował więc złośliwy komentarz i powiedział:
— Szukam Harry’ego. Widziałaś go może?
— A dlaczego miałabym widzieć waszego Złotego Chłopca właśnie tutaj, w pobliżu terenu Ślizgonów?
Ron prychnął, jakby odpowiedź była oczywista. Pansy tylko kiwnęła głową. Głupek miał rację. Odpowiedź przecież była oczywista.
— Może i widziałam… — Machnęła ręką w nieokreślonym kierunku, posyłając Ronowi złośliwe, kpiące spojrzenie. — A może i nie.
— Parkinson, może po prostu powiedz mi, gdzie jest Harry, i już? Dziś nie ruszają mnie twoje złośliwości.
— Oj, biedaczek nie w humorze? To na pewno pocieszy cię, jeśli powiem, gdzie jest wasz bohater. — Ron uniósł brew, czekając, aż dziewczyna będzie mówić dalej. — Bardzo bohatersko przyjmuje karę za swój idiotyczny pomysł z pergaminem prawdy.
— Z czym? — Ron wszedł jej w słowo, zachłystując się powietrzem. Jaki pergamin prawdy?
— O, nie wiedziałeś? Cóż, pewnie Potter sam ci powie. Kiedy już wydostanie się z naszego domu.
— Skąd???
— Potter jest u nas, Weasley. Konkretnie w dormitorium Draco.
Pansy miała ogromną frajdę, obserwując, jak twarz Weasleya najpierw blednie, potem czerwienieje, by na koniec zmienić barwę na prawie fioletową Zastanawiała się tylko, czy to przerażenie, wściekłość czy zupełnie nieuzasadnione zażenowanie. Zanim jednak zdążyła zapytać, Weasley wyrzucił z siebie.
— Zabierz mnie tam.
Pansy zamrugała raz i drugi.
— Słucham?
— Słyszałaś. Zabierz mnie do Harry’ego. Nie pozwolę, żeby Malfoy kpił sobie z niego i żeby Harry musiał… musiał… no, robić, co tam mu Malfoy kazał robić. W jego dormitorium! — W końcu Ron musiał wybuchnąć. — Idziemy do lochów. Natychmiast.
— Weasley, chyba cię pogięło — prychnęła Pansy, krzyżując ręce na piersi i rzucając mu niedowierzające spojrzenie. — Najwyraźniej konflikt z tym molem książkowym rzucił ci się na mózg, jeśli myślisz, że ot tak wprowadzę cię do naszego domu.
— Zabiorę cię do Miodowego Królestwa — wypalił Weasley bez namysłu, wprawiając Pansy w kompletne zdumienie.
— Że co?
— Zabiorę cię do Miodowego Królestwa, będziesz mogła sobie zamówić tyle czekoladowych deserów, ile będziesz chciała. Nawet odkupię ci te czekoladowe… te, no…
— Stringi? — Ron usłyszał podpowiedź i kiwnął głową.
— Właśnie — potwierdził. — Dzięki, Hermiono. — Machnął ręką w kierunku stojącej przed nim Pansy, uśmiechającej się szeroko i spoglądającej ponad jego ramieniem z takim wyrazem twarzy, jakby właśnie z nieba spadł deszcz czekoladowych lodów. Ron zmarszczył brew, zastanowił się przez moment, spojrzał za siebie i… — Hermiona?
Zaledwie kilka metrów od nich stała Hermiona Granger. Wściekła Hermiona Granger, z rękoma skrzyżowanymi na piersi i włosami błyszczącymi w świetle pochodni.
— Ronaldzie Weasley, właśnie popełniłeś największy błąd w swoim życiu.

***


Harry właśnie kończył pisać odpowiedź na pierwsze pytanie, czując, jak cebulki jego włosów parzą go żywym ogniem. To miało być bezpieczne pytanie! Ale jednak okazało się zupełnie inne. Na szczęście, jak do tej pory Draco nawet się do niego nie zbliżył ani nie próbował przeczytać jego odpowiedzi. Po prostu siedział po drugiej stronie łóżka, opierając się o ścianę i uważnie studiując twarz Harry’ego. Jego ust ani na moment nie opuścił wcześniejszy szyderczy grymas, a na wszystkie prośby Harry’ego, by przestał się w niego tak wpatrywać, bo go rozprasza, tylko kręcił głową, nie mówiąc ani słowa i, jeśli to możliwe, jeszcze bardziej skupiał swoje spojrzenie na Harrym. Było w tym wszystkim coś niepokojącego. Coś bardzo niepokojącego i zdecydowanie niezdrowego, orzekł Harry w myśli. Coś, co powodowało, że czerwienił się wściekle, że jego ręce drżały, a pióro ślizgało się między spoconymi palcami. Podczas pisania Harry nie przestawał przeklinać w myśli. Raz Draco, za to, że jest takim skończonym dupkiem, a raz siebie samego, za to, że był jeszcze większym idiotą i dał się wciągnąć w tę kretyńską grę. Miał tylko nadzieję, że tego pergaminu nie zobaczy nikt poza Draco. Na samą myśl o tym, że jego odpowiedzi mogłyby się dostać w ręce innych Ślizgonów, cierpła mu skóra. Dobrze wiedział, że prędzej czy później plotki rozniosłyby się po całym zamku, sięgając uszu profesor McGonagall i Snape’a, a nawet — i ta myśl przyprawiła go o kolejny potężny ból głowy — Lucjusza Malfoya. Nie było wątpliwości. W takim wypadku już mógł myśleć o sobie, jako o byłym Gryfonie. W dodatku martwym.
Kiedy postawił kropkę przy ostatnim zdaniu swojej odpowiedzi na pierwsze pytanie, Malfoy w końcu się poruszył. Wyciągnął rękę w kierunku Harry’ego i powiedział:
— Daj pergamin.
— Jeszcze nie skończyłem — mruknął Harry, ściskając nerwowo kartkę.
— Co ty nie powiesz. Daj mi ten pergamin, nie zamierzam go teraz czytać. Chcę… — zaśmiał się cicho — chcę dopisać jeszcze jedno pytanie. I masz na nie od razu odpowiedzieć.
— Co takiego? Hej, tego nie było w umowie! — zaprotestował Harry, przyciskając pergamin do piersi. Co ta fretka znowu knuła?
— Ale teraz jest. Dawaj, Potter. Albo pergamin albo Sekret. Już.
Harry westchnął i wyciągnął rękę, w której trzymał pergamin. Czekając, aż Draco napisze mu to głupie pytanie, wsłuchiwał się w odgłosy dobiegające z salonu Ślizgonów. Zdawało mu się, że co chwila ktoś wbiega do niego i wybiega. Nie było już słychać żadnego szurania, ale kilka razy Harry usłyszał chichoty dziewczyn i przekleństwa chłopaków.
W końcu Draco skończył pisać i oddał pergamin Harry’emu.
Nic nie powiedział, ale z wyrazu jego twarzy i pełnych drwiny błyskach w oczach, Harry od razu domyślił się, co takiego przewrotnego wymyślił Ślizgon. Zerknął na pergamin i jęknął. Co takiego śniło ci się, gdy przed chwilą spałeś na łóżku Draco Malfoya?
— Dupek — mruknął Harry, a Draco parsknął krótkim śmiechem.
— Powtarzasz się, Potter. Pisz.
Na samo wspomnienie snu Harry’emu zakręciło się w głowie. Niech go bazyliszek porwie, jeśli odpowie na to pytanie. Nigdy w życiu! Ani tym, ani kolejnym.
— Nie — warkną stanowczo, odkładając pergamin.
— Słucham? — Draco mrugnął zdziwiony. Nie przyszło mu do głowy, że Potter może odmówić.
— Powiedziałem nie. Odwal się od mojej głowy i tego, co jest w środku. I idź do diabła z twoimi pytaniami.
Miał zamiar zeskoczyć z łóżka i jak najszybciej wydostać się z lochów pełnych węży. Ale najwyraźniej nie przewidział, że węże są szybkie. I drażliwe. Dowiedział się tego w momencie, kiedy tuż przed sobą zobaczył bladą twarz Malfoya, a na swojej własnej poczuł gorący oddech. Malfoy zerwał się ze swojego miejsca i przyskoczył do niego. Usiadł tak blisko, że Harry musiał przycisnąć plecy do drewnianej kolumny, żeby się z nim nie zderzyć. Draco oparł dłonie na łóżku po obu stronach Harry’ego, uniemożliwiając mu jakikolwiek ruch, i spojrzał mu głęboko w oczy.
— Nie odpowiesz na moje pytanie?
— Nie — zaprzeczył Harry po raz kolejny, hardo zadzierając brodę i bardzo starając się nie zwracać uwagę na ten gorący oddech owiewający mu policzki. — I daj mi wreszcie spokój, Malfoy. To zadanie jest idiotyczne.
— Naprawdę? Nie było takie idiotyczne, kiedy to ja pisałem odpowiedzi, prawda? Ale skoro tak, proszę bardzo. Możemy sobie darować pytania. I przejść od razu do trzeciego życzenia.
— Świetnie — prychnął Harry, nadal nie ruszając się ani o milimetr. Jego głowa mówiła „rusz się i go odepchnij”, ale serca waliło jak młotem, nie pozwalając mu nawet drgnąć. — Więc jakie to życzenie?
— Och, nie pamiętasz? Pieniądze, władza i…
Pieniądze, władza i… Harry wciągnął gwałtownie powietrze, a jego źrenice rozszerzyły się za czarnymi oprawkami okularów. Chyba sobie żartował!
— Przestań się wydurniać, Malfoy — powiedział niepewnie. Może i w sekrecie marzył o tym, o czym teraz mówił Malfoy, ale w innym kontekście. Miał się dać zaciągnąć do łóżka ot tak, z powodu zemsty?
— Nie żartuję, Potter. — Malfoy pochylił się odrobinę do przodu. Ich twarze znajdowały się teraz tak blisko siebie, że gdyby tylko Harry przysunął się o dosłownie milimetr, poczułby wargi Malfoya na swoich. Gorące wargi. Czuł to wyraźnie. Gorąco emanowało nie tylko z ust Malfoya, ale z całego jego ciała. A to sprawiało, że Harry zaczął czuć się… co najmniej niekomfortowo. Jego oddech przyspieszył gwałtownie, a przed oczami zaczęły latać czarno-czerwone plamy. Czuł, jak jego ciało także robi się gorące. Szczególnie w pewnych strategicznych miejscach. I spodnie. Znów robiły się coraz ciaśniejsze. Och, Merlinie!
— Więc jak, Potter? Przechodzimy do punktu trzeciego naszej małej zabawy?
Harry przełknął głośno, ale zanim zdążył zrobić lub powiedzieć cokolwiek, drzwi dormitorium otworzyły się z trzaskiem i do środka wpadł Blaise Zabini.
— Draco, musisz to zoba… — Szczęka opadła mu na widok przyjaciela pochylonego nad zmartwiałym i zarumienionym Potterem. — Och, zdaje się, że przeszkadzam.
Draco westchnął zirytowany i odsunął się od Pottera.
— Czego chcesz, Zabini? — spytał, nie odrywając jednak wzroku od swojej ofiary.
— Bo… ee…
— Zabini, skup się — warknął Draco.
Już prawie miał Pottera i jeśli się nie pospieszy, głupi Gryfon może odzyskać rozum i mu się wywinąć. Zabini odchrząknął cicho, zmierzył wzrokiem najpierw Draco, potem Pottera, po czym oświadczył:
— Jest afera. Pomyślałem, że może chciałbyś to zobaczyć, ale w takiej sytuacji chyba jednak…
— Jaka afera?
— Weasley. To znaczy… a zresztą — uśmiechnął się szeroko, machając ręką — rusz się. Korytarz przy sali eliksirów. Weasley i Granger contra Pansy. Albo Weasley i Pansy contra Granger. Nie jestem pewien… Nieistotnie. Ale naprawdę nie możesz tego przegapić.
Draco mrugnął oniemiały. Czy on się przesłyszał? Wiewiór i Pansy przeciwko Panna Wiem-To-Wszystko? Nie, tego z całą pewnością nie mógł przegapić. Wstał z łóżka — powoli i z gracją — przygładził koszulę, wyprostował zawiązany na szyi krawat, po czym statecznym krokiem ruszył w stronę drzwi.
— Rusz się, Potter — rzucił przez ramię. — Chyba powinieneś lecieć na pomoc, jak na bohatera przystało. Ale pamiętaj. Jak to załatwimy, dokończymy naszą… rozmowę. I nawet nie próbuj się wymigiwać. I tak nic ci to nie da.


A w kolejnym odcinku...
Ostatnio edytowano 28 sty 2012, o 21:10 przez Michiru, łącznie edytowano 1 raz
"Oh," he says, "oh, god, I missed you so much."
"Did you, now?" Eames asks, his eyebrows going up. Arthur gives him a look, relieved the tension has apparently passed.
"I was talking to the coffee," he sniffs. "You are interrupting our moment."
Michiru Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 1018
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 20:07
Lokalizacja: BB

Postprzez Ka » 27 sty 2012, o 00:43

Michiru, świetne to było! Komentarz będzie krótki i okropny, bo właśnie jestem w sytuacji Gryfonów: jest ta godzina, a na jutro muszę napisać projekt doświadczenia (dobrze, że przynajmniej nie mam żadnej sklątki do narysowania) - ale nie mogę się powstrzymać, żeby chociaż trochę nie pocytować, zanim ktoś mnie uprzedzi. ;)

— A potem? — zapytał Draco. — Pamiętasz, co było potem?
Harry spojrzał mu w oczy, rumieniąc się jak piwonia. Tak, pamiętał. Pamiętał, że uprawiał z Draco seks. Och, no, prawie. W każdym razie było bardzo miło i jeszcze nigdy nie czuł się tak jak wtedy, ale Zgredek…
— Nie!— zaprzeczył Harry stanowczo, kompletnie zażenowany.
Harry'emu absolutnie uroczo poplątały się wydarzenia. Swoją drogą, biedny Draco! On tak się martwił, trzymał Harry'ego na kolanach, a ten pierwsze, co zrobił, to uciekł na sąsiednie łóżko! Niewdzięcznik! Swoją drogą, bardzo Ci się chwali, że Draco w tym odcinku jest taki... okropny. Zachowuje się paskudnie, naprawdę - ale po pierwsze, musi być zraniony reakcją Harry'ego, i odreagowuje zmartwienie, a po drugie, przecież nie kochamy go za to, że jest takim słodkim misiaczkiem, prawda? ;)

Nie tak szybko. Nie chcę słyszeć od ciebie ani jednego słowa. Żadnego dźwięku poza skrobaniem pióra po pergaminie.
Czy tylko mnie wydaje się, że jest w tym zdaniu coś niesamowicie erotycznego? Pióra i perrrgaminy...

Po kłótni z Hermioną i otrzymaniu okropnej informacji, że ominął go obiad, Ron postanowił jednak poszukać Harry’ego.
Taki szczególik: Rona nie ominął obiad. Ron przyszedł na obiad - po prostu przyszedł trochę później (był polatać, albo coś), więc Harry zdążył już wcześniej z godnością opuścić pomieszczenie. Ale to jedyne zastrzeżenie, bo poza tym poprowadziłaś wątek Rona, Pansy i Hermiony przegenialnie. Marzyło nam się z Aev, żeby zawędrował do lochów. :D A logika, która go tam zaprowadziła, jest zaiste rozbrajająca:
Skoro Ron i tak był całkiem blisko lochów, równie dobrze mógł zacząć poszukiwania Harry’ego właśnie tam.
Zresztą Pansy zaraz to potwierdza:
— A dlaczego miałabym widzieć waszego Złotego Chłopca właśnie tutaj, w pobliżu terenu Ślizgonów?
Ron prychnął, jakby odpowiedź była oczywista. Pansy tylko kiwnęła głową. Głupek miał rację. Odpowiedź przecież była oczywista.
Prawda, jak oni się świetnie rozumieją? ;> Kolejna perełka:
Słyszałaś. Zabierz mnie do Harry’ego. Nie pozwolę, żeby Malfoy kpił sobie z niego i żeby Harry musiał… musiał… no, robić, co tam mu Malfoy kazał robić. W jego dormitorium!
:lol2: Ómarłam!
Zabiorę cię do Miodowego Królestwa, będziesz mogła sobie zamówić tyle czekoladowych deserów, ile będziesz chciała. Nawet odkupię ci te czekoladowe… te, no…
— Stringi?
Już samo to było przegenialne. Ale kiedy jeszcze okazało się, że autorką życzliwej podpowiedzi jest Hermiona...! Nie mogę się doczekać, co z tego dalej wyniknie.
Weasley i Granger contra Pansy. Albo Weasley i Pansy contra Granger. Nie jestem pewien…
Awww. Ten wątek to chyba najlepsza rzecz w tym odcinku.

Dawaj, Potter. Albo pergamin albo Sekret. Już.
To musi być okropne, być takim Puchońskim Gryfonem i musieć zgadzać się na wszystkie kretyńskie umowy. Jakby nie mógł po prostu zabrać Sekretu wysłać Draco do diabła.
Miał się dać zaciągnąć do łóżka ot tak, z powodu zemsty?
Dobrze, Harry! Tak trzymaj! Nie daj się!

Przyznam się, że nie mam pojęcia, jak można to dalej pociągnąć, zaraz idę obczajać ankietę. Jeszcze raz, wybacz mi, że jest tak mało konstruktywnie, ale, cóż. Mam nadzieję, że i tak uśmiechasz się do monitora. :D
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez daimon » 27 sty 2012, o 23:47

Bosz, Ka, wybacz kobiecie pracującej :prosi: Wieeeeeeeeeem, że jestem haniebnie spóźniona, no ale — lepiej późno niż później, prawda? Przynajmniej ja tego będę się trzymać ;) Wydaje mi się jednak, że dostałaś na tyle pozytywnych komentarzy, że brak mojego nie spowodował u Ciebie niestrawności i bezsenności. Poza tym człowiek w gruncie rzeczy zawsze wie, kiedy odwalił dobrą robotę, prawda? :D
Cóż więc mogę rzec? Oczywiście, było super! Baaaaaaaaardzo cieszy mnie fakt, że to, ach tylko sen, ale to wiesz. Jeszcze bardziej cieszy mnie, że z tego pospolitego zagrania (które jednak w tym wypadku było wielce pożądane), zrobiłaś coś naprawdę oryginalnego. Zatruta eliksirem whisky Theodora (bosz, też tak masz, że kiedy Twój wzrok napotyka to imię, słyszysz głos Briana specyficznie wymawiającego Theodore?), którą biednemu Harry’emu zafundował Draco i teraz biedaczek nie na żarty się wystraszył swoim niegodnym uczynkiem. Na dodatek wszystko ubrane w zgrabne szczegóły. Parsknęłam, gdy Hermiona wywlokła z zakamarków mojego umysłu brak fascynacji Azjatami. Świetne! No i Ginny, która drarryzuje, to zdecydowanie Ginny, którą mogę zostawić przy życiu. I nawet ją jako żywą polubić :P Kłótnia z Ronem, jak już wspomniała Akame wyszła Ci szalenie naturalnie. A opis końcówki snu :splywa: Spadaniem, które jest tak charakterystycznym uczuciem, gdy nagle się wybudzamy, kupiłaś mnie bez reszty. Hmmm, chyba mam fioła na punkcie dziwacznych szczegółów, co nie zmienia faktu, że szalenie mi się podobało. Cały odcinek bez wyjątków. Chcę więcej! (Twojego pisania oczywiście, bo fety dostanę jeszcze wystarczająco dużo). Buzia


Michi, o rany! Kobieto, to było świetne! Dlaczego, przypomnij mi, dlaczego, nie publikujesz u nas regularnie swoich fików i zasłaniasz się tylko genialnymi tłumaczeniami, hę? :P Scena prawie-erotyczna jest genialna. Świetnie balansujesz na linie napięcia i równie zgrabnie wycofałaś się z ostatecznej konsumpcji. Blaise rozłożył mnie na łopatki. „Jest afera!”. No ba. Pansy/Ron/Hermiona — bezcenni. Naprawdę. W ogóle wszystko wyszło super, z idealnym wyczuciem i ze smacznymi szczególikami. Stringi, Hermiona, pytanie dodatkowe Draco i kazanie Harry’emu zachowywać się, jak na bohatera przystało. Aaaaaach. Aż się rozmarzyłam… Normalnie, feta jak malowanie. Gratuluję kolejnego udanego odcinka i naprawdę liczę, że napiszesz wkrótce coś swojego (zaraz po zakończeniu Kawiarenki, na której ostatni odcinek czekam z utęsknieniem).

Buziaki
[Emmet,Micky&Ben watching Brian&Justin dancing]
Em:Am I seeing,what I think I'm seeing?
Ben:Yes you are seeing it.It's the most historic reunification since Germany.
Em:What happened to the fiddler?
Micky:He fell off the roof!
daimon Offline

Avatar użytkownika
Sunshine
 
Posty: 1162
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 17:35
Lokalizacja: Miasto Smoka

Postprzez Voldemortist » 28 sty 2012, o 00:18

Michiru, uroczy odcinek! Bardzo ładnie pociągnęłaś dalsze wątki i wciąż uważam, że ta feta jest naprawdę magiczna. Już pomijając fakt, że zmusza mnie do komentowania (:D), to jeszcze tak ładnie się ciągnie i wszyscy piszą naprawdę świetnie. Ach, aż się coś zagmatwałam w tych zachwytach. ^^
Ron całkiem mnie zadziwił swoją inteligencją. Nie dość, że wydedukował, iż Harry prawdopodobnie znajduje się w lochach (w prawdzie z czystego lenistwa, ale nie bądźmy dla niego zbyt srogie), to jeszcze udało mu się wykorzystać przeciwko Pansy jedyną rzecz, która ma szansę zadziałać. Wielkie brawa. Nasz mały chłopiec rośnie. :cry:
Hmm, nie chciałabym, żeby pokłócili się z Hermioną już tak na zawsze. Powinni ze sobą zerwać, owszem, ale potem muszą wrócić do bycia przyjaciółmi. Przecież nasz odwrotnie inteligentny Harry nie poradzi sobie bez któregoś z nich. Dlatego też Harry i Draco muszą wspólnie uratować sytuację, doprowadzić do randki Rona i Pansy w Miodowym Królestwie i wszystkich ze wszystkimi pogodzić, o.
Eeeej, ale czy to znaczy, że już się nie dowiemy, jakie były inne pytania i po prostu przejdziemy do trzeciego zadania? A nie dałoby się ich jeszcze jakoś wcisnąć? Może Ginny będzie próbowała uspokoić Hermionę za ich pomocą?
Jeden mały błąd:
Pochylił się do przodu i przyłożył palec wskazujący do jego ust Pottera.

Albo "jego", albo "Pottera".

Dai, nie martw się, ja też tak mam. Tak samo, jak nie potrafię normalnie powiedzieć "Ibiza", bo od razu mi się przypomina, jak Brian uczył Justina poprawnej wymowy tejże nazwy. :lol2:
To tyle ode mnie. Idę dalej szukać czegoś do tłumaczenia. Adieu!
"Krawiec, jeden z pierwszych krawców, Polak, wysilił się i prawdziwie zadziwiającym sposobem jestem zgrabny - ale te trzewiki, te mnie zabijają, a bez nich ani się pokazać."
~Juliusz Słowacki
Voldemortist Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 440
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:56
Lokalizacja: Warszawa

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Konkursy

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości