Drarrofeta świąteczna

wydanie trzecie

Prace konkursowe, głosowania, etc.

Postprzez Miss Black » 3 sty 2012, o 22:51

Michiru, fantastyczny odcinek! Bardzo mi przypadł do gusty Harry używający, raz dla odmiany, swojej własnej mózgownicy. Nie dość, że podszedł Hermionę, to jeszcze nie dał się całkiem zrobić w bambuko Malfoyowi. Przyznam szczerze, że pozytywnie mnie tym zaskoczyłaś, tym bardziej, że bardzo płynnie jest to wplecione w fabułę. Parsknęłam śmiechem przy meandrach myślowych Harry’ego, które doprowadziły go od białych błoni hogwarckich do weasleyowskich pergaminów prawdy. Tym bardziej, że mój tok rozumowania zwykle jest równie pokręcony, więc się utożsamiam. Z Harrym Potterem! Niesłychane. Chociaż Rona to już poprowadziłaś po starych, dobrze utartych fandomowych ścieżkach:
Ron, co prawda, zagrał z nim jedną partyjkę szachów, ale w końcu i on poszedł spać, mówiąc, że zjadł za dużo świątecznego puddingu i teraz powinien to przespać, by zrobić miejsce na śniadanie...

Ale co począć? Aev zaczęła, a Ty nie mogłaś ni z tego ni z owego zmieniać charakteru postaci. Mi to nawet pasuje, bo dzięki temu może Harmiona dostrzeże, że czas rzucić Rona, a ten dziwnym (no doprawdy :whistle: ) trafem wyląduje w ramionach Pansy. Wiem! Na pewno będzie płakał gdzieś w kącie, a ona poczęstuje go czekoladką. Z dobroci swego ślizgońskiego serca, rzecz jasna. Ach! I szalenie mi się podoba pomysł z wywiadem do gazety, który ciekawie załatwia problem drugiego życzenia. Szczerze mówiąc, już nie mogę się doczekać aż Draco faktycznie tego wywiadu udzieli. Z drugiej strony szczękam zębami, że, nie daj Merlinie!, mi trafi się pisanie ostatniego życzenia, co byłaby prawdziwą katastrofą, bo nie mam na swoim kącie ani jednej sceny erotycznej. I niech tak pozostanie.
O, i jeszcze dwa cytaty na koniec, bo nie mogłam sobie darować :) :
Świąteczna atmosfera była doskonale wyczuwalna. W powietrzu unosił się zapach piernika, cynamonu i pomarańczy, a wszyscy dookoła byli tak uśmiechnięci i zadowoleni, jakby to był najpiękniejszy dzień ich życia.
Cóż, Draco niezaprzeczalnie lubił święta i chociaż nie udzielała mu się może ta atmosfera ogólnej radości, przez te kilka dni był odrobinę bardziej… przystępny.

Przystępny - to było perfekcyjne! :hahaha: I jeszcze:
Żyję po to, żeby cię szokować, Malfoy

I jak się przy tym nie uśmiechnąć? Oczywiście, że Harry żyje dla Draco. Tylko jeszcze biedaczyna sobie tego nie uświadamia i ironizuje, no doprawdy.

Bardzo ładny odcinek. W ogóle w tym roku feta jest dobra i bardzo się cieszę, że poszliśmy w nieco, no bo bez przesady, poważniejszym kierunku. Ciekawe jak wyjdzie całokształt.
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Nerejda » 3 sty 2012, o 23:22

Tak, standardowo — a wszystko przez te Macki! Są zdecydowanie za długie...

Z podziękowaniami dla Lórien, bo bez jej poświęcenia wszystko wyglądałoby inaczej, i dla Aev oraz Kasi za bystre oko ;) Wynagrodzę wielokroć!
Jak komuś jeszcze coś wpadnie w oko, proszę na PW.


Drarrofeta świąteczna, odcinek ósmy, w którym komuś grozi niedobór czekolady, a ktoś inny podkrada coś, czego nie powinien...


Dwie rudowłose głowy pochyliły się nad pergaminem. Hedwiga nastroszyła pióra i odleciała na szafę, skąd rzucała bliźniakom podejrzliwe spojrzenia.
— Mhhh… — zamyślił się głęboko George, drapiąc się po bicepsie, w który udziobał go pigmejski pufek. Te urocze, różowo— fioletowe maleństwa były najsłodszymi stworzeniami na całej ziemi… póki ktoś nie próbował wykorzystać ich do swoich niecnych eksperymentów — wtedy zamieniały się w małe krwiożerczych, smarkożerne potworki. — Myślisz o tym samym co ja, Fred?
Wargi drugiego bliźniaka wygięły się w porozumiewawczym uśmieszku, a w oczach zamigotały mu wesołe iskierki, dorównujące tym, z jakich słynął Dumbledore.
— Nasz absolutną rację, George. — Skinął głową, zaklęciem zbierając pozostałości po felernym eksperymencie z podłogi. Ostrożnie przeniósł klatkę z prychającymi na nich groźnie pufkami w kąt i dla pewności zabezpieczył ją kilkoma zaklęciami. Ostrożności nigdy za wiele. Cała ta puchata niewinność to zwykła przykrywka, pod którą ukrywali się przebiegli i gotowi na wszystko przeciwnicy. Fred już nie mógł doczekać się chwili, gdy wreszcie ich poskromią. — Nasz drogi inwestor potrzebuje pomocnej dłoni…
— A co trzy głowy to nie jedna — dokończył z równie przebiegłym uśmiechem George, rzucając mu spojrzenie z gatunku tych, które przeraziłyby każdego normalnego człowieka.
— McGonagall nas zabije — zauważył zaskakująco pogodnie Fred, sięgając po ramię brata i badając opuchliznę. Wyglądało na to, że ugryzienie pufka nie było niebezpieczne.
— O ile mama nie zrobi tego wcześniej.
George wzdrygnął się nagle, gdy zimne zaklęcie atakowało jego skórę. Fred machał różdżką wokół opuchlizny, próbując zminimalizować obrzęk.
— To niezbyt mądre wkurzać Harry’ego — zauważył po dłuższej chwili, zerkając znacząco na brata.
— A kto tu mówił o wkurzaniu? — Fred był pełen entuzjazmu, z zapałem machał różdżką dookoła ramienia. Na samą myśl o chaosie, jaki wywoła ich genialny przecież pomysł, aż uszy mu się zarumieniły. — Pomożemy mu tylko lepiej wyrazić siebie.
George rzucił mu sceptyczne spojrzenie.
— Ciekawe, co on na to…
— I wypróbujemy nasz nowy produkt… — ciągnął niezrażony Fred, odsuwając się o krok i ze zmarszczonym czołem przyglądając się opuchliźnie, która nie chciała zejść. Sięgnął po maść leżącą na górnej półce komody. Hedwiga zahukała ostrzegawczo, gdy jedno z pudeł zachybotało. — Harry nie będzie miał nic przeciwko.
Dynamika między nimi była prosta: jeden robił krok naprzód, drugi w tył, a kończyli i tak razem, w równowadze. Idealna symbioza.
George uśmiechnął się.
— Pięć galeonów, że będzie wkurzony.
— Dziesięć, że spróbuje urwać nam głowę.
Co to było za życie bez odrobiny ryzyka?

xxx


Draco Malfoy nie był cierpliwym człowiekiem, wręcz przeciwnie — miał do tej cnoty stosunek zgoła zgubny dla otoczenia. Ćwiczył w niej innych1, kiedy i jak długo się dało, nim wreszcie biedne ofiary jego temperamentu traciły spokój i wybuchały. Zwykle nie trwało to zbyt długo. Jedynym wyjątkiem byli Ślizgonki, którzy zdążyli wyrobić w sobie całkiem niezłą odporność na jego marudzenie — znaczy się dzielenie swoimi odczuciami z otoczeniem. Ale żeby jakiś Gryfon również się uodpornił…?
— Przecież w Hogwarcie jest ponad setka skrzatów! Ocucenie każdego z nich zajmie nam wieki! — perorował całkiem głośno, próbując wzbudzić w Potterze wyrzuty sumienia i nie dbając o dobiegające spod hogwarckich stołów jęki. Mimo ostrych słów, w miarę powoli machał swoją różdżką, pokazując Potterowi wszystko, co powinien zobaczyć. — Mam do napisania pracę domową z transmutacji, poza tym co to za durne pomysły, żeby…
Draco nie wierzył własnym oczom, gdy Potter ze spokojem przyjmował jego grymaszenie, pilnie śledząc go wzrokiem. Wybraniec kiwał głową rytmicznie, potakując każdemu słowu, zupełnie jakby słyszał jakąś durną melodię, od której nie można się uwolnić. Całkowicie skupiał się na różdżce Malfoya, dyndającej mu przed oczami, podczas gdy Ślizgon rozwodził się nad swoim marnym losem.
To już oficjalna wiadomość: Draco był totalnie, całkowicie i absolutnie skonfundowany — absurdalne, ale prawdziwe. Za nic nie mógł się domyśleć, co też działo się w tej potarganej łepetynie Pottera. Rzucił na niego okiem znad różdżki, gdy pokazywał mu właściwy ruch, gwarantujący skuteczność zaklęciu trzeźwości.
Ależ te rozczochrane włosy błagały o ułożenie! Ślizgońska dusza estety wołała o zmiłowanie wszystkich jego przodków (nawet tych wyklętych) nad tą przeklętą łepetyną. Okropne, straszne włosy… Gdyby tak przeczesać je palcami, ułożyć w jakąś sensowną fryzurę, Potter nie byłby taki zły…
Nagle przerwał w pół słowa, gdy dotarło do niego, jaką durną myśl wyprodukował jego umysł. Opary, tak, to było to, musiały mu zaszkodzić opary alkoholu. Nawdychał się ich — z winny Pottera oczywiście — i stąd jakieś niestworzone myśli przychodziły mu do głowy. Draco odetchnął głęboko, uspokajając szaleńcze bicie serce. Wszystkiemu winny był Potter! Już on mu da popalić, jego genialny plan pokaże temu idiocie w szpecących okularach, że z Malfoyami się nie zadziera.
Gwałtownie machnął różdżką, aż Gryfon podskoczył, zaskoczony.
— Tracę tu na ciebie czas! — warknął Malfoy, mrużąc groźnie oczy. — Zaklęcie opanowane?
Vive2 — wymruczał zaskakująco niskim tonem Potter, ostrożnie odwzorowując ruchy, które wcześniej pokazał mu Ślizgon.
— Dźgnij mocniej, robisz to jak baba! — pouczył go ostrym tonem, rozglądając się po pomieszczeniu. Skrzaty jęczały kretyńsko, a brudne naczynia na stole przyprawiały go o odrazę. Ukrywając obrzydzenie, machnięciem sprzątnął je z widoku, przenosząc na podłogę tuż obok leżących na posadzce stworzeń. Tak, teraz od razu lepiej. — Dobra, w takim razie mogę już się zmyć. Wisisz mi deser i głaskanie gruszki.
Potter przyglądał mu się ze zmarszczonym czołem, co zwiastowało, że zaraz padnie z jego ust coś, co się Draco na pewno nie spodoba. Rzecz jasna te przewidywania spełniły się co do joty.
— Malfoy… — zaczął niewinnym tonem Potter, spoglądając na niego tymi swoimi zielonymi ślepiami — zdajesz sobie sprawę, że jeśli będę musiał sam doprowadzić wszystkie skrzaty do jako takiej użyteczności, potrwa to dłużej niż do przerwy obiadowej, prawda?
— A co to ma do…? — Draco przerwał w pół słowa, gdy dotarł do niego tragizm sytuacji. Spóźniony obiad to niedobór czekoladowych deserów, co samorzutnie prowadziło ich do APOKALIPSY — czyli nieziemsko wściekłej Ślizgoni, która rozniesie w drobny mak cały ten zamek, tylko dlatego że jej codzienna dawka czekolady będzie niewystarczająca.
Czekoladoholizm Pansy miał tylko jedną wadę — i Draco wolałby zmierzyć się ze stadem centaurów, z rozpędzonym hipogryfem, z tłumem łaknących jego krwi mugoli niż z rozwścieczoną i spragnioną czekolady dziewczyną.
— Kolejny dług do kolekcji! — zapowiedział Potterowi szorstko, podchodząc do pierwszego lepszego skrzata i rzucając na niego zaklęcie. Nie musiał się oglądać, żeby wiedzieć, że Gryfon podążył w jego ślady.
Pracowali ramię w ramię, strząsając się od dziękczynnych modłów skrzatów, wpatrujących się w nich wielkimi, wypełnionymi wdzięcznością oczyma i prawie całujących ziemię, po której chodzili. Nie żeby Draco miał coś przeciwko tym wyrazom uwielbiania, ale wymijanie kłaniających się nisko stworzeń stanowiło pewien problem. A czas uciekał nieubłaganie.
Nagle rozległ się głośny brzęk i jakaś skłębiona plątania nóg, rąk i Merlin wie czego jeszcze wturlała się do kuchni. Malfoy obejrzał się na nich z ciekawością — i natrafił na podejrzanie wyszczerzoną gębę Filcha, który wgramolił się właśnie do pomieszczenia, żeby złapać uciekinierów.
— Mam was, łachudry przebrzydłe. Myśleliśta, że uda się wam wymknąć, ale nie z Filchem takie numery, nie, Pani Norris? — mamrotał do siebie woźny, gwałtownie podciągając do góry jakichś piątorocznych kretynów. Nagle uniósł głowę, jakby wyczuwając spojrzenie Draco i aż podskoczył z radości. — A tutaj co się wyprawia?! — krzyknął z nietajoną radością, szybkim rzutem oka oceniając sytuację. A ta akurat nie wyglądała za dobrze: część skrzatów nadal leżała pod stołem, pijana i jęcząca jak Marta, a Harry i Draco z wyciągniętymi różdżkami pochylali się nad nimi. Sytuacji wcale nie polepszały skrzaty, które już zdążyli ocucić — wgapiały się w nich z uwielbieniem godnym stada wyznawców jakiejś podejrzanej sekty.
Niech to testral kopnie, doprawdy, cóż za wyczucie chwili!

xxx


Blaise Zabini zasadniczo był grzecznym chłopcem — na standardy Ślizgonów rzecz jasna. Nie miał dziwnych fili (z wyjątkiem upodobania do mężczyzn) albo fobii, bał się tylko swojej matki, która była, co zgodnie przyznawali wszyscy na jego roku, najbardziej przerażającą harpią, jaką mieli okazję spotkać. Nawet Voldemort przy niej wymiękał. Żadnych szaleństw, całkowicie nudna normalność.
I dlatego też w poszukiwaniu wrażeń przykleił się do drzwi, jakie pojawiły się przed Filchem, gdy ten śledził piątorocznych Puchonów, na których nasłał go Blaise. Jego umowa z woźnym była satysfakcjonująca: Zabini zapewniał ofiary, czasami dostarczał plotek, a Filch starał się trzymać z dala. Prosta i udana transakcja podstawą sukcesu, powtarzała nieustannie jego matka, szukając kolejnego jelenia na męża. Zabini zawsze trzymali się swoich rodzinnych zasad i Blaise nie mógł się wyróżniać. Już sam fakt bycia nieco bardziej homo niż reszta homo sapiens wystarczał mu całkowicie — więcej wrażeń nie potrzebował!
Z zadowolonym uśmieszkiem polerował swoją różdżkę, nasłuchując, co też tam się działo w kuchni. Filch, jak zwykle dość wokalny, wydzierał się niczym szyszymora, tak głośno, że wyraźnie było go słychać aż na zewnątrz. Och, balsam dla jego uszu. Naprawdę warto było podpuścić tych durnych członków Pucholandu, żeby kopnęli Panią Norris, gdy Filch mył podłogi w korytarzu obok. Jedno miauknięcie wyleniałej kotki i Puchoni czmychali przed woźnym aż miło. Kretyni.
Ze środka dobiegły jeszcze inne głosy i Ślizgon z niepokojem uświadomił sobie, że jeden z nich — ten najbardziej piskliwy głos — brzmi niepokojąco znajomo… prawie jak Draco, gdy jest wściekły. Nagle na korytarzu zrobiło się chłodniej, wmawiał sobie Blaise, żeby jakoś uzasadnić niespodziewane dreszcze.
Musiał to sprawdzić, wiedzieć. Ostrożnie uchylił drzwi, zaglądając do środka. Niemożliwe! Zerknął jeszcze raz, ale wzrok go nie oszukiwał. Malfoy był w kuchni (co samo w sobie zaliczało się do ewenementu na skalę światową, bo zwykle wysługiwał się swoimi przydupasami, by podrzucili mu coś do jedzenia) — i to nie sam, ale z Potterem. Czyżby jego plan naprawdę skutkował?
Nie czas na rozmyślanie o sukcesie albo klęsce genialnych pomysłów Draco, zganił sam siebie. Slytherinowi groziła strata punktów! Jeśli McGonagall — albo co gorsza profesor Snape — się o tym dowiedzą, będą udupieni aż do końca świata.
Blaise podjął bohaterską decyzję — wkroczy w paszczę lwa, żeby uratować honor Domu.

xxx


Plan był prosty, ale najprostsze plany mają to do siebie, że zawsze coś się w nich sknoci. W tym przypadku tym knotem, od którego spłonął cały pomysł, była McGonagall. Jak przystało na uporządkowanego i metodycznego nauczyciela, profesor transmutacji miała ściśle ustalony plan dnia. Precyzyjny i misterny niczym doskonale działający zegarek. Gdy wybiła dwunasta, siedząca w swoim gabinecie czarownica czekała na irytujące pyknięcie aportacji przynoszącego jak co dzień herbatę skrzata. Jej brwi zmarszczyły się zastanawiająco, gdy stworzenia nie zareagowały na wezwanie. Gdyby była kimś innym, jakimś mniej doświadczonym pedagogiem, machnęłaby ręką i zignorowała podejrzane odstępstwo od zwyczaju — ale nazywała się Minerwa McGonagall i dlatego nie zamierzała ignorować faktów. Miała instynkt, który właśnie teraz podpowiadał jej, że uczniowie coś knuli.
Poderwała się z fotela, wystarczająco zdeterminowana, żeby udać się do kuchni i sprawdzić, co tam się dzieje.
A działo się wiele…

xxx


Harry nie spodziewał się wiele po Malfoyu — w końcu to Ślizgon, zaprzysięgły wróg od lat i nawet jasne włosy, które wydawały się tak absorbująco miękkie i szaty wspaniale podkreślające intrygujące krzywizny, nie miały wpływu na jego stosunek do natrętnego kretyna — dlatego zszokowało go, gdy Draco stanął między nim a Filchem, prychając coś złośliwego.
Woźny nadął się groźnie, odburkując coś mało pochlebnego o niesłownych, spóźniających się w dostawach Ślizgonach, na co rzeczony osobnik zmierzył go pogardliwym spojrzeniem.
Od słowa do słowa, Malfoy wytoczył prawdziwą krasomówczą artylerię, coraz głośniej wywrzaskując swoje racje, a woźny nie ustępował ani o krok w tej awanturze.
Skrzaty popiskiwały, próbując dojść do słowa, ale nikt ich nie słuchał. Harry nie rozumiał dynamiki tej kłótni, podobnie jak zziajani Puchoni, których Filch trzymał w mocnym uścisku. Wymieniali się spojrzeniami, z fascynacją śledząc toczącą się utarczkę, gdy nagle zza drzwi świsnęła jakaś klątwa.
Minęła o włos woźnego, lecąc prosto w stronę Harry'ego. Gryfon uchylił się, a skrzaty rzuciły się do ucieczki. Dopiero później Potter uświadomił sobie, że ktoś chciał po prostu oszołomić woźnego, ale na refleksje było już za późno. Puchoni, przestraszeni atakiem, wyciągnęli różdżki i niezdarnie zaczęli rzucać różnymi klątwami, robiąc dużo szumu. Filch zanurkował pod stół Krukonów, na kolanach przemykając w głąb pomieszczenia. Jego wielki zad kołysał się niebezpiecznie, gdy próbował wyminąć pijane skrzaty.
Zanim Harry zorientował się, co się dzieje, leżał na ziemi trafiony jednym z tych rykoszetujących zaklęć, a Draco osłaniał ich marnym Protego.
— Ci kretyni w końcu nas trafią. Puchoni — syknął z nienawiścią w głosie, pochylając głowę jeszcze niżej. — Co za idioci, naprawdę. A matka powtarzała: Puchonów nie rodzą, sami się sieją — i jak tu nie wierzyć rodzicom?
— Co to niby miało być, Malfoy? — zapytał z ciekawością Harry, wmawiając sobie, że ignoruje rękę Malfoya, która prawie dotykała jego dłoni. Nic nie czuł. Naprawdę.
— Mów jaśniej — zażądał Draco, unosząc nieco wyżej różdżkę. Różnobarwne zaklęcia świszczały irytująco, a Puchoni wywrzaskiwali jakieś głupoty, zupełnie nie kłopocząc się zbadaniem sytuacji. Czy oni myśleli, że Czarny Pan postanowił wpaść na herbatkę, czy co?
— Ty i Filch… to dziwne. Krzyczałeś na niego — oskarżył go, rozcierając zdrętwiałe ramię, w które trafił go rykoszet.
— Ślizgońskie sprawy — skwitował krótko Malfoy, przeczesując palcami włosy i rozcierając skronie, kompletnie nieświadomy obserwującego go Pottera. — Standardowo: przekupstwo i takie tam, nic specjalnego. — Po chwili dodał, jakby zapominając, w czyim towarzystwie przebywał. — Co za jazgot, głowa mi pęka. Filch mi za to zapłaci… czeka go podwójna stawka. Już on mnie pamięta… żeby tak mnie obrazić…
— Ale za co? — naciskał Harry, popychany wrodzonym pędem do wiedzy, którego Hermiona nie potrafiła prawidłowo docenić.
Draco zmarszczył brwi i obrzucił go drwiącym spojrzeniem, jakby dopiero w tej chwili zdał sobie sprawę, z kim rozmawiał.
— Coś, co leży poza zasięgiem tak świętoszkowatego Gryfona jak ty — prychnął najbardziej pogardliwie, jak umiał. Poruszył się, szukając lepszej pozycji pod stołem i wykrzywił okropnie, gdy dotarł do niego odór alkoholowych wyziewów od leżącego niedaleko skrzata.
— Nie jestem świętoszko... — odruchowo zaprotestował Harry, ale przerwał w pół słowa, gdy nagle zapadła cisza.
Wymienili się ostrożnymi spojrzeniami i unieśli głowę. Stojąca naprzeciwko nich McGonagall trzymała za uszy obu zaczerwienionych piątorocznych.
— Dwutygodniowy szlaban i po pięćdziesiąt punktów od Hufflepuffu. Cieszcie się, że tak mało. Tak zawieść Pomonę — mówiła cichym, groźnym tonem, świdrując zredukowanych do pantofelków uczniów. Nagle dostrzegła Harry’ego i Draco. — Panie Malfoy, panie Potter?
Zaciśnięte wargi rozluźniły się nieco, gdy obserwowała zaprzysięgłych wrogów, ukrywających się pod stołem, gdzie — co należało przyznać — nie było zbyt wiele wolnego miejsca. Widok tej dwójki — razem — na podłodze zszokował ją wystarczająco, by Malfoy wykorzystał nadarzającą się okazję.
— Zacieśnialiśmy właśnie więzi międzydomowe, pomagając skrzatom — rzucił pośpiesznie Draco, unosząc się z gracją z podłogi — gdy ci dwaj nas zaatakowali.
Harry otworzył usta, chcąc zaprotestować i wyjaśnić, jak naprawdę było, ale Malfoy złapał go za rękę i ścisnął, przez co Potter kompletnie stracił wątek, koncentrując się na cieple nieswojej dłoni. Aksamit, stwierdziła rzeczowo część jego umysłu, podczas gdy druga jęczała w zachwycie, ciesząc się z niespodziewanego dotyku. Oczywiście Malfoy nie mógł mu się podobać, reagowałby tak samo, gdyby to jakikolwiek inny osobnik płci męskiej trzymał go za rękę, przekonywał się w myślach.
— Czy tak właśnie było, panie Potter? — Groźne spojrzenie profesorki wwiercało mu się w czaszkę i zmuszało do szczerości. — Pan Malfoy panu pomagał…?
— Umm… no tak. Zgredek poprosił mnie o pomoc, a ja Malfoya… Ktoś upił skrzaty, pani profesor — rzucił rozpaczliwie, mając wrażenie, że strasznie się miotał w wyjaśnieniach.
Draco z arogancką miną otrzepywał się z brudu, a Puchoni milczeli jak zaklęci, słusznie zakładając, że wspominanie o Filchu jedynie zwiększy karę. Bez dowodów woźny i tak nie mógł nic im zrobić, a profesorka bez namysłu wlepiłaby kolejny szlaban, gdyby tylko wiedziała, że wymierzyli kopniaka Pani Norris. Wszyscy wiedzieli, że jej animagiczną postacią była bura kotka. Solidarność gatunkowa, ot co!
— Upił skrzaty? — McGonagall wyglądała tak, jakby dopiero teraz spostrzegła skulone postacie ubrane w hogwarckie serwety, które posapywały cicho. — Panie Zabini, wie pan coś o tym? — zapytała ukrywającego się za jej plecami Ślizgona.
— Ja tu tylko polerowałem różdżkę, ile razy mam powtarzać?! — Harry może i nie był tak dokładnie uświadomiony jak jego koledzy, ale akurat ten zwrot znał. Zarumienił się okropnie, unikając wzroku profesorki. Stojący obok niego Malfoy spojrzał z niesmakiem na Zabiniego, który unosił wysoko koronkową chusteczkę z monogramem, wymachując nią prowokacyjnie niczym dowodem zbrodni. — Niewinny póki nie udowodni się inaczej.
McGonagall zmierzyła podejrzliwym spojrzeniem każdego z uczniów, ale ponieważ Filcha pod stołem już nie było — najwidoczniej przerażony chaotycznymi zaklęciami wymknął się jakimś tylnym wyjściem — a cała czwórka twardo unikała jej wzroku, profesorka mogła zrobić tylko jedno. Machnięciem różdżki otrzeźwiła wszystkie skrzaty, które, zawstydzone przyłapaniem przez jednego z szacownych nauczycieli Hogwartu na pijaństwie, niewiele miały do powiedzenia.
Tak, Madam przyniosła trunki. Na noworoczne przyjęcie. Dyrektor kazał… My nie wiedzieli…
My nie widzieli, nie, nie! Zaklęcia nagle fiu i latały.
Nie, Harry Potter to dobry i wspaniały czarodziej. Jego łaskawość…
Jeśli wspaniałomyślna pani profesor da, obiad czeka na skrzaty…
Herbata już gotowa!

McGonagall z posępną miną słuchała mamrotania nisko pochylających się hogwarckich służb porządkowych, kucharzy i posługaczy w jednym. Harry miał wrażenie, że profesorka doskonale wie, kto jest sprawcą tego całego kuchennego zamieszania. Jak Hogwart Hogwartem, jeszcze żaden nauczyciel nie podzielił się swoimi podejrzeniami z uczniami, więc i tym razem nie było inaczej. McGonagall zmierzyła spojrzeniem Harry’ego, Draco i Blaise’a, po czym ostrzegła ich:
— Dzisiaj wam daruję, ale jeśli dowiem się, że którykolwiek maczał choćby koniuszek palca w tej kabale, szlaban potrwa do przyszłego roku. Panie Zabini, różdżki poleruje się w dormitoriach, proszę na przyszłość powstrzymać swoje pedantyczne zapędy do momentu, aż wróci pan do pokoju wspólnego. Summerby, Owen, za mną!
Wyszła z kuchni, powiewając szatą, a za nią podążyli załamani Puchoni. Blaise schował chusteczkę do kieszeni, uśmiechając się kpiąco.
— Ty! — warknął Harry, uświadamiając sobie coś. — To ty rzuciłeś pierwsze zaklęcie oszałamiające.
— No pewnie. Musiałem was ratować.
— Chciałeś ratować nas? — Niedowierzanie w głosie Harry’ego kroiło powietrze równie sprawnie jak nożyk ciasto noworoczne.
Draco prychnął.
— Nie bądź naiwny, Potter. Blaise nasłał Filcha na tych Puchonów i po fakcie zorientował się, że przy okazji nasłał go też na nas. Cała historia.
— Nie doceniasz wagi mojego poświęcenia, zdążyłem dziesięć razy wyczyścić różdżkę, zanim Puchoni przestali miotać się po kuchni — oburzył się Blaise, po czym uśmiechnął się łobuzerko. — Nie zapomnę miny McGonagall, gdy zobaczyła was pod tym stołem…
Harry czuł ten złośliwy rumieniec, który od początku tej całej sprawy z prezentami nawiedzał go częściej niż w ciągu poprzednich kilkunastu lat życia.
Malfoy za to uniósł brodę jeszcze wyżej niż zwykle i spojrzał na Blaise jak na karalucha niewartego zdeptania.
— Dawno nie pisałem do twojej matki, ciekawe co u niej…
— Nie odważysz się! — W głosie Zabiniego zabrzmiało najczystsze przerażenie. Wiedział, do czego zdolny jest wkurzony Malfoy. Potrzebował Pansy, już, natychmiast!
Nagle Harry uświadomił sobie, że jeszcze nie wymyślił ani jednego pytania, które mógłby zadać Draco. Stracił tyle czasu…
— Hm, wiecie, muszę już iść. Sprawy rodzinne — wymigiwał się, nie zauważając niedowierzających spojrzeń, jakimi skwitowali jego wypowiedź Ślizgoni. — Dzięki, Draco, no wiesz… za pomoc.
— Przecież ty nie masz rodziny! — zareagował jako pierwszy Blaise. Malfoy stał jak słup soli, mrugając dziwacznie.
Harry wzruszył ramionami.
— Bardzo miłe, Zabini — odwarknął się, rzucając mu podirytowane spojrzenie. — Taktowne jak siedem trytonów.
Kolejne niedowierzające spojrzenie.
— Uderzył się w głowę?
Draco obserwował oddalającego się Pottera.
— Raczej ktoś walnął go Avadą w dzieciństwie. — Wzruszył ramionami, po czym obrzucił Zabiniego krytycznym spojrzeniem. — Swoją drogą, co za durna wymówka z tą różdżką?
— Pansy zżarła moje czekoladki — wyjaśnił Blaise, jakby to usprawiedliwiało wszystko — i ukradła mój kalendarz. Musiałem odreagować.
— Następnym razem przeklnij jakiegoś Puchona — poradził poważnie Draco, sięgając po muffinki, które domowe skrzaty właśnie postawiły na stole. — Spadam, muszę przygotować się do wywiadu.
— Wywiadu? — powtórzył głucho Blaise, zastanawiając się, czy chce wiedzieć o co chodzi. Zapewne nie.

xxx


Magiczne Dowcipy Weasleyów to porządna firma, o ile można tak nazwać przedsięwzięcie w całości zorganizowane i zaplanowane przez bliźniaków. Gdy zmordowany Harry dotarł do sypialni, Hedwiga już na niego czekała. Na jego widok zahukała radośnie i wystawiła nogę, podsuwając mu owinięty w szary papier rulon. Z bijący sercem Harry ostrożnie rozerwał zabezpieczenia ochraniające zwoje i jeszcze ostrożniej podniósł miękkie w dotyku pergaminy prawdy. Sięgnął po pióro, podrapał się po nosie i zaczął pisać. Co jakiś czas przerywał, zamyślając się głęboko. Na szczęście w pomieszczeniu nikogo nie było i prawie oficjalny właściciel „Sekretu” mógł w pełni poświęcić swoją uwagę wymyślaniu pytań do Draco. Malfoya, poprawił się szybko, drapiąc się piórem po nosie. Doskwierało mu niepokojące wrażenie, że w najbliższym czasie często będzie musiał pilnować, by nie wymknęło mu się imię jasnowłosego Ślizgona.

xxx


Ginny Weasley naprawdę była grzeczną dziewczyną, tylko że mając sześciu starszych braci, człowiek szybko uczył się, że albo ma twarde łokcie, albo obchodzi się smakiem. Więc nauczyła się, a później już się tego nie dało oduczyć; jak to mówią, czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąca czy jakoś tak. Posiadanie rodziny to naprawdę pomocna sprawa: każdą przywarę, każdy przejaw głupoty czy debilizmu można na nich zwalić. Gdy Dean wypominał jej nieposkromioną ciekawość, nieraz prowadzącą ją w poszczę kłopotów, Ginny korzystała z tej wymówki bardzo często. Ale jej chłopak po prostu się nie znał i tyle. Sześciu starszych braci równa się sześć razy więcej sekretów — no, jak tu można spać spokojnie, nie próbując ich poznać? Właśnie!
A wszystko zaczęło się bardzo niewinnie, jedną maleńką uwagą Deana, że Harry siedzi i coś z zapałem tworzy przez całe popołudnie. Hermiona zginęła gdzieś w bibliotece, a Ron rozgrywał partię za partią, wyzywając do gry wszystkich, którzy mieli choć blade pojęcie o szachach. Jej chłopak odrabiał pracę domową z eliksirów, a współlokatorki rzucały nieśmiałe spojrzenia roznegliżowanym graczom quidditcha, zbierając się na odwagę, by bliżej przyjrzeć się ich atutom.
Można powiedzieć to głośno i wyraźnie — Ginny Weasley się nudziła. Niby przeglądała książkę od run — pożyczoną od Hermiony — ale tak naprawdę uważnie śledziła schody do męskiego dormitorium, czatując, aż Harry zejdzie na dół. Ciekawość ją zżerała, a wyobraźnia podsuwała najdziksze idee — bo co też młody, nastoletni chłopak mógł robić przez całe popołudnie sam? Gdyby to był jakikolwiek inny facet, odpowiedź byłaby banalna jak rzucanie upiorgacka. Mając do czynienia z Harrym, sprawa się komplikowała, a poprzeczka znacząco podnosiła. Oj, tak, Harry Potter był prawdziwym wyzwaniem i być może to dlatego kiedyś tak go lubiła. Na szczęście wyrosła już z dziecięcego zauroczenia, ale nie z ciekawości.
Ginny Weasley prawie wrzasnęła z zachwytu, gdy nagle Harry zszedł do pokoju wspólnego i dał się namówić Ronowi do rozegrania jednej partyjki. Korzystając z okazji, że wszyscy zdawali się być pogrążeni w swoich sprawach, ostrożnie przekradła się na schody prowadzące do sypialni Gryfonów. Szybko znalazła pozostałości po jakiejś paczce i zmiętą wiadomość:

Zrób z tego dobry użytek i pamiętaj: prawda wyzwala!
Zawsze do usług,
Forge i Gred


Interesujące. A więc Harry poprosił o pomoc jej braci… Prawda wyzwala…? Zastanowiła się chwilę. Oczywiście — pergaminy prawdy, George wspominał, że mają sprowadzić je z Egiptu. Czyżby Harry zamierzał zmusić kogoś do zdradzenia swoich sekretów? Nagle uśmiechnęła się szelmowsko. Czyżby Malfoya…?
Och, to wspaniałe, Hermiona na pewno się ucieszy, że sprawy między nimi zaczęły się rozwijać. Ginny już zamierzała jej o wszystkim opowiedzieć, gdy nagle uświadomiła sobie, że powinna sprawdzić, jakie dokładnie pytania zamierzał zadać Harry Malfoyowi. Znając go, mogła podejrzewać, że będą całkowicie niewłaściwe. Pomocna dłoń na pewno nie zaszkodzi. Harry jej jeszcze za to podziękuje!
Z tą ideą zajrzała do kufra i bez problemu znalazła zwinięty rulon pergaminu. Rozwinęła go, przeskanowała wzrokiem i powstrzymała się od jęknięcia. Harry był zbyt przewidywalny — niemożliwe, by uwiódł Malfoya czymś takim.
Ale gdyby tak dodać kilka niewinnych pytań, mogłoby zrobić się naprawdę ciekawie. Oj, tak, Ginny Weasley była kimś, kto miał zamiar uratować życie miłosne Harry’ego Pottera.

A w następnym odcinku...
__________________________________________________________________________________________________________________________
1 Odwołanie do słów Jakuba Alberione'a, który namawiał, by samemu praktykować cierpliwość, a nie ćwiczyć w niej innych.
2 Z winy A., która cierpiała na posylwestrowego kaca i domagała się jakiejś motywacji ;) Z łaciny: „żyj!”
Ostatnio edytowano 7 sty 2012, o 00:23 przez Nerejda, łącznie edytowano 4 razy
Powoli się uaktywniam fanfikowo :)
Nerejda Offline


 
Posty: 54
Dołączył(a): 2 gru 2010, o 22:37

Postprzez Miss Black » 4 sty 2012, o 01:14

Czy ja mogę coś powiedzieć? TO. BYŁO. PRZEGENIALNE. Dziewczyno, czemu tu nie piszesz?! Ja naprawdę nie miałam zielonego pojęcia, że mamy wśród nas takie talenty! Feta to zdecydowanie dobry pomysł. Aev, już nigdy więcej złego słowa nie powiem na Twoje wszędobylskie macki! No, serio. Ale do rzeczy.
Fantastycznie udało ci się uchwycić relację bliźniaków. Dawno już nie czytałam nic, co równie dobrze by oddawało ich zażyłość, a tu mam i chwytanie w mig, co drugiemu chodzi po głowie, i genialny humor, i umiłowanie psoty (bo choć słowo infantylne, to inaczej nie da się tego ująć), i naukowe zapędy, i wreszcie, niczym wisienka na torcie, zakład: czy Harry się tylko wścieknie, czy też ich pozabija. Dla mnie bomba i już tylko za ten króciutki przecież fragment biłabym Ci brawo, ale całe szczęście mam jeszcze kupę innych powodów, co raduje mnie niezmiernie.
Po pierwsze: fabuła. Prosto, konkretnie i ciekawie. Autentycznie się wciągnęłam i na chwilę zapomniałam, że przecież to tylko jeden odcinek i zaraz się skończy. Niby wydarzenia oczekiwane, bo przecież otrzeźwienia skrzatów i napisania pytań do wywiadu można było się spodziewać, ale uzupełnione to zostało już zupełnie czymś świeżym. Bardzo się cieszę, że wprowadziłaś do gry więcej postaci. Bajecznie uchwyciłaś pragmatyzm McGonagall! Kto inny piłby herbatę o ściśle ustalonej porze (zaraz… no, tak XD Angole!) i jeszcze wywnioskował z faktu niedostarczenia rzeczonej herbaty, że uczniowie coś przeskrobali? Tylko kobieta, która od pięćdziesięciu lat spina włosy w ciasny kok. Swoją drogą, bardzo słuszna i jakże kanoniczna uwaga: „Jak Hogwart Hogwartem, jeszcze żaden nauczyciel nie podzielił się swoimi podejrzeniami z uczniami, więc i tym razem nie było inaczej.”. Aż się uśmiechnęłam na wspomnienie pierwszego roku, bo ten jakoś najbardziej mi się tu nasunął. Fantastycznie oddałaś realia życia szkolnego. W takiej małej bzdurce! Zabini i jego umowa z woźnym. Draco i nielegalny handel. Wściekła Pansy. Przerażająca pani Zabini. Rozpływam się z zachwytu, poważnie! Ach, i chcę tu coś zacytować, bo sprawiłaś, że na chwilę Draco wydał mi się taki… męski, a w humoreskach to niemalże niemożliwe:
— Krzyczałeś na niego!
— Ślizgońskie sprawy.

No normalnie głowa domu, która broni swojej niewiasty! Jakoś się tu trochę odwrócił utarty schemat, czyż nie? Harry wypadł z roli. ;)
Ach, i koniecznie muszę jeszcze wspomnieć o humorze. Jak to jest, że coś tak niskiego jak „polerowanie różdżki” wciąż cieszy? Czy to dlatego, że Zabini tak bezczelnie ogłasza to Minewrze prosto w twarz czy to po prostu zawsze będzie cieszyć? Że też nie wspomnę o „Wisisz mi deser i głaskanie gruszki”, bo tu już chichotałam już głupia i nie mogłam przestać. Podobnie jak przy bohaterskiej scenie otrzeźwiania skrzatów. O, ten konkretny fragment mam na myśli: „Pracowali ramię w ramię, strząsając się od dziękczynnych modłów skrzatów, wpatrujących się w nich wielkimi, wypełnionymi wdzięcznością oczyma i prawie całujących ziemię, po której chodzili.” – dla mnie to tam było zwolnione tempo i heroiczna muzyka w tle. Cudo! No i jeszcze Draco ćwiczący w cierpliwości otoczenie - szalenie adekwatny w jego przypadku zwrot. No, chyba już trochę ochłonęłam z wrażenia.

Mam przeogromną nadzieję, że to nie jest ostatnia rzecz Twojego autorstwa, jaką przyjdzie mi czytać. Byłoby to niepowetowaną stratą dla drarry. Błagam, przemyśl to sobie!

Edit: Właśnie mnie uświadomiono, że Ty jednak coś piszesz! Nie mam bladego pojęcia, czemu ja nic na ten temat nie wiem, a co gorsza nic Twojego nie czytałam. Idę nadrabiać braki póki sesja jeszcze nie dyszy w kark.
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez MargotX » 6 sty 2012, o 18:35

Za każdym razem, kiedy czytam kolejny odcinek fety, nie mogę się zdecydować, który jest bardziej dowcipny, napisany z większym rozmachem i poczuciem humoru. To było naprawdę świetne, masa perełek do zacytowanie by się znalazła, ale nie o to tu chodzi. W każdym razie, MB zwróciła już uwagę na wszystkie ciekawostki tej części i ja mogę jedynie przyklasnąć. Bliźniacy, Ginny, skrzaty, Blaise ze swoim "polerowaniem różdżki <hi hi, niegrzecznie panie Zabini :hahaha: >, relacje Draco i Harry'ego - super. Ale moim absolutnym faworytem jest Minerwa, jej sztywne, niewzruszone zasady, nawet w zakresie picia herbaty i cały ambaras, który z tego wynika, to jest bomba :D
I do tego szemrane interesy z Filchem czyli "slizgońskie sprawy" - jak swojsko to brzmi ;) I, oczywiście, swoista wisienka na torcie:
— A co to ma do…? — Draco przerwał w pół słowa, gdy dotarł do niego tragizm sytuacji. Spóźniony obiad to niedobór czekoladowych deserów, co samorzutnie prowadziło ich do APOKALIPSY — czyli nieziemsko wściekłej Ślizgoni, która rozniesie w drobny mak cały ten zamek, tylko dlatego że jej codzienna dawka czekolady będzie niewystarczająca.
Czekoladoholizm Pansy miał tylko jedną wadę — i Draco wolałby zmierzyć się ze stadem centaurów, z rozpędzonym hipogryfem, z tłumem łaknących jego krwi mugoli niż z rozwścieczoną i spragnioną czekolady dziewczyną.
— Kolejny dług do kolekcji! — zapowiedział Potterowi szorstko, podchodząc do pierwszego lepszego skrzata i rzucając na niego zaklęcie. Nie musiał się oglądać, żeby wiedzieć, że Gryfon podążył w jego ślady.
Pracowali ramię w ramię, strząsając się od dziękczynnych modłów skrzatów, wpatrujących się w nich wielkimi, wypełnionymi wdzięcznością oczyma i prawie całujących ziemię, po której chodzili. Nie żeby Draco miał coś przeciwko tym wyrazom uwielbiania, ale wymijanie kłaniających się nisko stworzeń stanowiło pewien problem. A czas uciekał nieubłaganie.

Nie mogłam się jednak powstrzymać przed zacytowaniem czegoś, co stanowi esencję Ślizgonów i Draco w całej okazałości ;)
Brawo :D
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Ka » 7 sty 2012, o 21:12

Kochana Aev, jeszcze raz dziękuję: za zmackowanie, pomysły i ekspresową betę, a przede wszystkim za wiarę we mnie i za ogromną dawkę optymizmu. :)
Biorę głęboki oddech i zapraszam na...


Drarrofeta świąteczna, odcinek dziewiąty, w którym pada wreszcie kilka odpowiedzi, ale ani odpowiedzi, ani nawet pytania nie są takie, jakich Harry mógłby się spodziewać


To zawsze miała być tylko jedna partyjka, i jeszcze nie zdarzyło się tak, żeby na jednej się skończyło. Tym razem nie było inaczej. Ron bezlitośnie pokonał Harry'ego w czterech ruchach i zadecydował, że tak krótka gra jest niegodna miana "partii", i że koniecznie należy to powtórzyć. Harry nawet nie próbował się kłócić. Przestawiał swoje pionki w mniej lub bardziej losowy sposób, czasami idąc za radą mądrzących się figur, a czasami po prostu robiąc na złość nadętemu gońcowi. Jednocześnie przyglądał się Ronowi spod oka, zastanawiając się, jak zacząć rozmowę i co właściwie chce powiedzieć. Nie cierpiał, kiedy Ron i Hermiona się kłócili, ale prawdę mówiąc nie miał bladego pojęcia, co zrobić w tej sytuacji. "Hej, kumplu, przyszło ci kiedyś do głowy, żeby poszerzyć trochę horyzonty? No wiesz, przeczytałbyś parę książek... tak tylko, żeby twoja ambitna dziewczyna się z tobą nie nudziła." Na Merlina, przecież oni nawet nie byli parą! Im dłużej Harry nad tym myślał, tym bardziej był przekonany, że to jakaś okropna pomyłka. Nie był może specem w sprawach związków damsko-męskich... właściwie to nie był specem w sprawie żadnych związków, nie do końca rozumiał nawet to dziwne połączenie między jego blizną a Voldemortem. Ale za to miał nieźle rozwinięty instynkt samozachowawczy i przez skórę czuł, że z tej hecy z Ronem i Hermioną nie może wyniknąć nic dobrego. Pomęczą się razem przez kilka tygodni, a później pójdzie na różdżki i Harry'emu oberwie się rykoszetem, daj Merlinie, żeby to nie było nic gorszego, niż Avada.
— Ałć! — syknął, podskoczył na fotelu i dziko zamachał prawą ręką. To nie była Avada, to tylko skoczek, którego Harry od dłuższej chwili obracał w palcach, postanowił mu o sobie przypomnieć i boleśnie wpił mu się w kciuk. Może i był maleńki, ale nie można było mu odmówić końskich zębów. Ron pochylił się nad szachownicą i sięgnął po zuchwałą figurę, a pod jego dotykiem skoczek wreszcie uwolnił palec Harry'ego.
— Dzięki — mruknął Harry i uśmiechnął się do Rona z wdzięcznością. Ron wyszczerzył się w odpowiedzi.
— Daj spokój. Po prostu rusz czymkolwiek, i tak matuję w następnym ruchu.

***

Zanim Harry się zorientował, było grubo po dwudziestej. Cholerna zima! Kiedy po szesnastej robiło się ciemno, można było całkiem stracić poczucie czasu. Zwłaszcza w miękkim fotelu przed kominkiem w pokoju wspólnym czas ciągnął się jak guma do żucia... albo może raczej jak miód powolutku spływający z łyżeczki. Albo jak ser na grzankach, które Harry musiał przyrządzać Dudleyowi, kiedy byli mali. Ser był naprawdę fantastyczny i Harry zawsze podkradał go trochę, do momentu, aż Dudley przyłapał go na tym i zaczął za każdym razem liczyć ilość plasterków. Nie żeby miało mu zabraknąć, lodówka zawsze była pełna smakołyków dla kochanego Dudziaczka. Dudley po prostu uwielbiał dręczyć Harry'ego i musiało naprawdę sprawiać mu to ogromną przyjemność, skoro był skłonny z tej okazji nawet zmusić się do odrobiny matematyki.

Tak czy inaczej, cisza nocna zbliżała się wielkimi krokami, a Harry przecież nie wysłał jeszcze pytań! Już od kilku godzin były napisane, ale ciągle zwlekał z ich wysłaniem. Miał wrażenie, że powinien wymyślić coś bardziej oryginalnego, coś ciekawszego, coś, co pozwoli mu naprawdę... dowiedzieć się, co siedzi w głowie Draco? Poznać jego słabe punkty? Musiał pamiętać, że z założenia te pytania miały być skierowane do niego samego. Pytanie "Co właściwie myślisz o Harrym Potterze?" zabrzmiałoby w tym kontekście cokolwiek schizofrenicznie.

Merlinem a prawdą, po prostu nie czuł się w porządku, podstępnie wnikając w prywatne życie Draco. I wcale nie zmieniał tego fakt, że cała sprawa z wywiadem miała miejsce tylko dlatego, że to Draco pierwszy z całym tupetem chciał wpakować się w jego własne. Mieć władzę nad jego życiem... Biorąc pod uwagę całą jego historię z Domem Węża, trudno się dziwić, że Harry nie skakał z radości, mając złożyć władzę nad swoim życiem w ręce jakiegokolwiek Ślizgona. Chociaż, gdyby już miał wybierać, ręce Draco nie były wcale takie złe. Właściwie dopiero co, w kuchni, Harry miał okazję przekonać się, że były nawet całkiem niezłe... to znaczy, gdyby nie fakt, że należały do okropnego, podstępnego, na wskroś złego chłopaka! Harry potrząsnął głową. Mógł się oszukiwać, ale imię Draco na dobre zadomowiło się w jego umyśle i za nic nie dało się zastąpić starym, dobrym Malfoy, a kolejne strony Sekretu pokazywały jasno, co dokładnie Harry sądzi o Ślizgonie. Że też to paskudztwo tak perfidnie wyciągało z głowy człowieka wszystkie jego myśli i fantazje, jak jakiś poratuj-Merlinie leglimenta. To aż zionęło czarną magią! Dziennik Riddle'a się nie umywał, przynajmniej młody Tom nie umiał albo nie był w nastroju na rysowanie. Za to ta książka nie miała w tej kwestii żadnych skrupułów, uwieczniała wszystko, jak leci... Nie mogło z tego wyniknąć nic dobrego i Harry powinien był się tego domyślić już na samym początku. Czy srebrny papier i zielona wstążka nie były wystarczającym znakiem ostrzegawczym? Sekret, też coś! Póki co, książka wyciągnęła z niego jego pilnie strzeżony sekret, za to nie zbliżyła go ani o krok do zdobycia mężczyzny jego marzeń. Jedyne, co sprawiła, to że musiał biegać za Draco jak głupek, spełniając jego życzenia, a przy okazji zaciągając u niego kolejne długi, które Ślizgon radośnie kolekcjonował.

Nie żeby było zupełnie beznadziejnie. Właściwie po bliższym poznaniu Draco okazał się całkiem... uroczy. Co prawda nadal był nieznośnym palantem, ale gdyby zachowywał się inaczej, Harry zacząłby się chyba czuć nieswojo. A teraz musiał przyznać, że... no dobrze, zakupy były okropne, ale miały też nieoczekiwany bonus w postaci skórzanych spodni. Harry nigdy wcześniej nie wiedział, że lubi skórzane spodnie, ale człowiek uczy się przecież przez całe życie. Harry spędził pół swojego mieszkając w komórce pod schodami i zdecydowanie miał co nadrabiać. Poszerzanie horyzontów, wyrabianie sobie gustu... Tak, tak, zakupy można było zapisać na plus. Obiad był całkiem miły, nawet jeżeli trochę dziwacznie było tak po prostu siedzieć razem przy stoliku. A wspólne otrzeźwianie skrzatów w zamkowej kuchni może nie należało do ogólnie przyjętych sposobów spędzania czasu, ale właściwie było całkiem zabawne. Przyjemnie było dla odmiany ratować świat razem z kimś.
W porządku, nie świat, a obiad, ale kto wie, jakie konsekwencje mógłby przynieść brak obiadu w szkole pełnej wygłodniałych młodych magów! Poza tym na pewno ocalili skrzaty od potwornego kaca następnego dnia...
No i dobrze, wiedziony wrodzoną uczciwością Harry musiał przyznać, że zwykle pomagali mu przecież Ron i Hermiona. Jednak koniec końców zawsze to on — i tylko on! — brał na siebie całą siłę uderzenia.
Za to tym razem mógł sobie spokojnie leżeć na kuchennej podłodze, bezpieczny za Draconowym Protego. Bardzo kiepskim Draconowym Protego, ale liczył się gest, prawda? Poza tym Harry na pewno mógłby pomóc Draco lepiej opanować to zaklęcie. Może Ślizgon dałby się namówić, żeby to było jego ostatnie życzenie? W końcu nie mówił chyba poważnie o tej sprawie z seksem...?

Serce Harry'ego zabiło mocniej — tak, jak zabiłoby każdemu, kto właśnie w kilku susach przesadził schody prowadzące do chłopięcego dormitorium i z impetem zderzył się z...
— Ginny?! Sorry, jesteś cała? A właściwie to co ty tu robisz?

***

Ginny po prostu miała pecha. Na początku świetnie się bawiła, wymyślając pytania, i nawet nie spieszyła się zbytnio — po latach wprawy była pewna, że usłyszy, kiedy ktoś wejdzie na klatkę schodową, i że w razie czego zdąży odłożyć pergamin na miejsce. Wreszcie umieściła zwój z pytaniami z powrotem w kufrze i nawet upewniła się, że szata, którą Harry rzucił na sam wierzch, wygląda tak samo niechlujnie, jak poprzednio. Już-już miała ulotnić się jak sen rudy, obejrzała się tylko na moment, żeby obrzucić dormitorium ostatnim uważnym spojrzeniem — i potknęła się o piłkę Deana. Zamachała rękami i chwyciła się kotary przy łóżku. Kotarze najwyraźniej się to nie spodobało: szarpnęła się gwałtownie, załopotała frędzlami i zawinęła się wokół nieszczęsnej Ginny.

Ginny miała nieco doświadczenia z magicznymi przedmiotami, albo z całkiem zwyczajnymi przedmiotami, które po prostu przebywały nieco zbyt długo w magicznym środowisku i nabrały przez to dziwacznych zwyczajów. Ale to? To było totalne przegięcie i Ginny najchętniej potraktowałaby cholerną zasłonkę zaklęciem tnącym, gdyby tylko miała pewność, że to poskutkuje, a nie rozwścieczy ją jeszcze bardziej. Zamiast tego szamotała się przez dobrych parę minut. W końcu doszła do wniosku, że to bezcelowe, i po prostu przycupnęła na brzegu łóżka, na tyle wygodnie, na ile mogła. Wyglądało na to, że będzie musiała poczekać, aż któryś z chłopców wróci do dormitorium, a do tego czasu wymyślić dobrą wymówkę, co robi w męskiej sypialni, zaplątana w czerwono-złoty materiał jak jakaś nawiedzona gryfońska patriotka. Że też musiało jej się przydarzyć coś tak głupiego!

***

Po jakimś czasie kotarka nieco odpuściła: poluzowała uścisk i nawet próbowała połaskotać Ginny frędzelkami. Ginny uznała to za oznakę sympatii i spojrzała na nią odrobinę przychylniej.
— Pewnie jesteś trochę niedopieszczona, co? — mruknęła. — Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby faceci poświęcali ci dużo uwagi.
Kotarka zafalowała delikatnie i w końcu wypuściła dziewczynę, z cichym szelestem wracając do swojego zwykłego ułożenia przy kolumnie łóżka. Ginny westchnęła, rozmasowała zdrętwiałe ramiona i podeszła do drzwi.
— No dobrze — oznajmiła, kiedy była już poza zasięgiem ewentualnych ataków. — Ale następnym razem oberwiesz Diffindo, a później poprawię Incendio i nie będę się szczypać, że jesteś odziedziczona po czworgu Założycielach. Albo po innym zamierzchłym a sławetnym Dyrektorze.
Co powiedziawszy, Ginny otworzyła drzwi, żeby wreszcie oddalić się z miejsca zbrodni... i niechybnie wpakowała się na Harry'ego Pottera.

***

— Ginny?! Sorry, jesteś cała? A właściwie to co ty tu robisz?
— Dean — mruknęła Ginny niezobowiązująco. — Jakby co, daj mu znać, że go szukałam?
— Eee, jasne. Przed chwilą widziałem go w pokoju wspólnym.
— O, super, dzięki!
Harry miał wrażenie, że coś jest nie tak, ale zanim zdążył to sprecyzować, Ginny wyminęła go i zbiegła w dół schodów. Harry wzruszył ramionami. Miał ważniejsze rzeczy na głowie. Wyjął z kufra listę pytań — musiał powstrzymać się, żeby nie rozwinąć i nie sprawdzić jej raz jeszcze. Zabrał też pelerynę-niewidkę. Nie chciał, żeby przyjaciele wypytywali go, po co idzie do sowiarni, a poza tym warto było się zabezpieczyć, w razie gdyby nie zdążył wrócić przed ciszą nocną.

***

Draco siedział na kanapie, opierając skrzyżowane w kostkach nogi na obitym zielonym pluszem pufie, i próbował czytać, ale nie bardzo mu to wychodziło. Fantastyczny humor, który trzymał się go od obiadu, malał przeciwproporcjonalnie do upływu czasu. A konkretniej: do upływu czasu, jaki spędził, czekając na pytania od Pottera. Czy ten głupek nie mógł się pospieszyć? Myślałby kto, że okaże trochę zaangażowania, w końcu chodziło o jego własny wywiad! A może Potter celowo zwlekał z wysłaniem mu pytań? Draco wcale mu się nie dziwił — na jego miejscu w życiu sam by sobie nie zaufał!

Pisnął, kiedy Pansy znienacka rzuciła się na tę samą kanapę, lądując z głową na jego kolanach i przerzucając nogi przez podłokietnik. Draco odchrząknął, chcąc zamaskować swoją niegodną reakcję, i rzucił Pansy zabójcze spojrzenie. Pansy odpowiedziała mu uśmiechem i umościła się wygodniej na jego kolanach.
— Nawet nie próbuj mi wmówić, że czytałeś. Powiedz mi lepiej, jak idzie twój genialny plan?
— Czy jeżeli powiem, że kiepsko, to dostanę czekoladkę?
Pansy posłała mu zaniepokojone spojrzenie i bez słowa sięgnęła do kieszeni, ale zawahała się już z łakociem w dłoni.
— Draco, kochanie, to będzie cię kosztowało trochę więcej szczegółów.
— Jędza — powiedział Draco z uznaniem. — To tylko Potter znowu jest nieodpowiedzialnym idiotą. Jak można snuć jakiekolwiek plany, kiedy ten dupek zawsze zachowa się inaczej, niż się spodziewasz?
— Co to za wyzwanie, gdyby zachowywał się tak, jak tego oczekujesz? Ale dobrze, zasłużyłeś na czekoladkę. — Wsunęła mu do ręki szeleszczący cukierek i sprężyście wstała z kanapy. — Gdybyś miał ochotę zdradzić więcej szczegółów, wiesz, gdzie mnie szukać, prawda? Hmm, Draco? Czy ta biała sowa nie należy przypadkiem do Pottera?
Pansy ucieszyła się, że zdążyła wcześniej wstać: Draco poderwał się tak szybko, że na pewno wylądowałaby na podłodze. W trzech krokach dopadł sowy i zabrał się za odwiązywanie listu. Ptak, oburzony jego gwałtownością, dziabnął go w palec, ale Draco nawet się tym nie przejął, bardziej zainteresowany przesyłką, którą dostarczyła. Pansy zastanowiła się chwilę, po czym podeszła do niego i zabrała mu czekoladkę.
— Już tego nie potrzebujesz, prawda?

***

W zaciszu swojego dormitorium Draco usadowił się wygodnie, rzucił zaklęcie wyciszające, żeby nikt mu nie przeszkadzał, upewnił się, że pióro jest dobrze zaostrzone — i wreszcie rozwinął rulon z pytaniami. Ze środka wypadł luźny kawałek pergaminu.

Malfoy,

masz dwa dni. Oczywiście musisz najpierw przesłać odpowiedzi do mnie, byłoby podejrzane, gdyby sowa do redakcji przyszła od kogoś innego. Nie ma sensu prosić, żebyś nie zrujnował mi tym życia, prawda?

I dziękuję za pomoc ze skrzatami. To było

H.P.


Kąciki ust Draco uniosły się podejrzanie.

***

Minerwa zawiązała pas szlafroka, sięgnęła po grzebień i zaczęła metodycznie rozczesywać wilgotne jeszcze włosy. Stała przed lustrem, ale jakby go nie widziała. Jej głowa była zbyt zaprzątnięta ponurymi myślami.

Zazwyczaj święta były cudownym okresem. Minerwa była tradycjonalistką, a ponadto kochała Hogwart całym sercem i nie wyobrażała sobie już Gwiazdki bez dwunastu ogromnych choinek przytaszczonych przez Hagrida, bez duchów śpiewających kolędy i bez wspólnej kolacji przy jednym stole. Surowej nauczycielce serce krajało się, kiedy patrzyła na dzieci, które z różnych powodów nie mogły lub nie chciały wrócić na święta do domów. Jednak razem z innymi nauczycielami robiła, co mogła, żeby ten okres był dla nich jak najszczęśliwszy. I udawało im się, a świąteczna atmosfera była naprawdę magiczna.
Poza tym Minerwa z ulgą przyjmowała kilka dni odpoczynku. Nadal miała sporo obowiązków, ale to była pestka w porównaniu z codziennym życiem opiekunki najbardziej krnąbrnych, lekkomyślnych dzieciaków w Hogwarcie. Pomijając pojedyncze wybryki, okres świąteczny był najspokojniejszym czasem w roku szkolnym.
Nie w tym roku.

Wszystko zaczęło się od tej dziwnej pogody. Minerwa nie była osobą, która pozwalałaby sobie na złe przeczucia, jednak grudzień mijał, śnieg i mróz nadal nie nadchodziły, i w końcu nawet ona zaczęła się niepokoić. Kiedy w świąteczny poranek zobaczyła za oknem zimę w całej okazałości, serce zabiło jej radośnie, ale czarne myśli zaraz powróciły. Mieszanie w prawach natury z reguły nie było dobrym pomysłem i zaskoczyło ją, że tak mądry czarodziej jak Albus, zdecydował się na podobny krok. Z drugiej strony nie mogła powstrzymać myśli, że to właśnie brak śniegu jest nienaturalny, i wobec tego może dyrektor jedynie przywrócił właściwy porządek rzeczy?

Kiedy wybuchła ta afera z prezentami, Minerwa podejrzewała, że to kolejny z oryginalnych pomysłów Albusa, mający na celu integrację międzydomową. Musiała przyznać, że efekt robił wrażenie. Od lat w Hogwarcie nie widywano tylu uczniów różnych domów spędzających razem czas i najwyraźniej bawiących się przy tym znakomicie. Chociaż pan Potter i pan Malfoy na podłodze w kuchni... Minerwa potrząsnęła głową. Nie tak wyobrażała sobie integrację międzydomową.
To właśnie sprawa z kuchnią była najbardziej absurdalna i ostatecznie dowiodła, że sytuacja wymyka się spod kontroli. Minerwa nie potrafiła sobie wyobrazić, czemu miało służyć upicie skrzatów, a przede wszystkim: kto był na tyle zdeterminowany, że nie zawahał się skrzywdzić niewinnych stworzeń?

...A teraz jeszcze to! Albus naprawdę musiał być szaleńcem, żeby w sam środek tego zamieszania zaprosić do zamku bliźniaków Weasley!

***

Draco nie należał do rannych ptaszków, ale następnego dnia aż promieniał. Z poczochranymi włosami, pełnym samozadowolenia uśmiechem i zwiniętym pergaminem pod pachą, zszedł do pokoju wspólnego, niemal unosząc się nad ziemią.
— Dzień dobry! — przywitał się głośno, jak łaskawy władca udzielający swojej uwagi poddanym. Kilka głów poderwało się z zaskoczeniem.
— Draco, słoneczko, znowu przesadziłeś z musami-świstusami?1 — dobiegł go senny głos Pansy.
— Wypraszam sobie. Wyglądam promiennie, jak zwykle, nie rozumiem, skąd to zdziwienie. A poza tym ty chyba też zwykle sypiasz dłużej?
Pansy skrzywiła się.
— Miałam Fiuu z rodzicami. Spędzają święta w Nowej Zelandii, więc możemy rozmawiać tylko idiotycznie późno albo wcześnie. Ale czego się nie robi dla rodziny...? — westchnęła teatralnie. — Musiałam użyć tak silnego zaklęcia pod oczy, że cały czas mam po tym łaskotki! Bądź lojalnym Ślizgonem i powiedz przyjaciółce, z czego jesteś taki zadowolony. Niechże i ja się ucieszę!
Draco przybrał tajemniczą minę, ale widać było, że aż go świerzbi, żeby podzielić się z kimś wiadomościami. Obszedł dookoła fotel, na którym siedziała, przechylił się przez oparcie i przyciszonym głosem powiedział:
— Dzisiaj, moja droga, Harry Potter udzielił najbardziej szokującego wywiadu wszechczasów.
Nie docenił refleksu Ślizgonki. Zanim się zorientował, Pansy chwyciła rulon i rzuciła się na drugą stronę pokoju. Trzeba przyznać, że Draco nie gonił jej zbyt zawzięcie. Właściwie to nie mógł się doczekać jej reakcji. W ten sposób tracił element zaskoczenia, ale wiedział, że po prostu nie wytrzyma do wydania nowego numeru Czarownicy.
Pansy roześmiała się i sięgnęła do wstążki, którą obwiązany był pergamin.
— Poczekaj! Nie tutaj! — syknął Draco i machnął ręką w kierunku pozostałych Ślizgonów. — Chyba nie chcesz zepsuć wszystkim niespodzianki?

***

Pansy przeskanowała tekst wzrokiem.
Co najbardziej lubisz w meczach quidditcha? — przeczytała na chybił-trafił. — To nie brzmi jak najbardziej podstępne pytanie na świecie.
— Przecież nie ja je układałem! Poza tym prawdziwy Ślizgon potrafi obrócić niewinne z pozoru pytanie w…
— ...Draco? — Pansy przygryzła wargę i popatrzyła na niego znad pergaminu. Wzięła głęboki oddech i przeczytała na głos:
Oczywiście uwielbiam samo latanie, ale mecze to całkiem coś innego. Zwłaszcza mecze z Gryffindorem wznoszą grę na zupełnie inny poziom. Jest tak, jakby nie istniał nikt poza mną i Harrym. Cały świat zostaje daleko w dole. Jesteśmy tylko my dwaj i znicz, czysta energia i determinacja. Pragniemy tego samego, lecimy miotła w miotłę. Kiedy któryś złapie znicza, zmieniamy się w wygranego i przegranego, ale dopóki gra trwa, jesteśmy jednym i jesteśmy sobie równi. Kocham to uczucie... — dokończyła Pansy szeptem, w absolutnej ciszy.

***

Harry nie spodziewał się odpowiedzi tak szybko, dlatego zdziwił się, kiedy jeszcze przed obiadem puchacz Draco usiadł na oknie w pokoju wspólnym Gryffindoru. Jednak u jego nóg nie było wcale zwoju z pytaniami.

Potter,

przyznaję, że udało Ci się mnie zaskoczyć. Kto by pomyślał, że Złote Gryfiątko potrafi być tak podstępne, ślizgońskie wręcz? Nie wiem tylko, jak mogłeś liczyć, że nie zorientuję się, co jest na rzeczy. Jestem doprawdy zdruzgotany Twoim brakiem wiary w moją inteligencję.

Niniejszym złamałeś warunki naszej umowy i właściwie powinienem teraz zażądać zwrotu mojej książki. Jestem jednak skłonny negocjować. Spotkaj się ze mną zaraz po obiedzie. Przypominam, że jesteś mi winien deser!

Draco Malfoy

P.S. Pytania pod koniec były... intrygujące. Rozkręciłeś się, czyż nie? Potter, Ty perwersie!


Harry zamrugał i jeszcze raz przeczytał postscriptum. Perwersie?
Nie był szczególnie zaskoczony, że jego plan się wydał. Tak naprawdę przez cały czas brał pod uwagę możliwość, że wszystko się sypnie. Ale ta ostatnia linijka? O czym Draco mógł mówić...? Jeżeli dobrze pamiętał, ostatnie pytanie, jakie wymyślił, dotyczyło wakacji i...
Coś w głowie Harry'ego zaskoczyło.

***

— Ginny Weasley! — ryknął Harry, wpadłszy do Wielkiej Sali. Obrzucił groźnym spojrzeniem stół Gryffindoru i trochę stracił rezon. Po obu stronach Ginny siedzieli Fred i George (albo George i Fred) Weasleyowie. Na moment zapomniał o swojej planowanej tyradzie i zamiast wytoczyć działa, zapytał:
— O?
Fred i George (albo George i Fred) wyszczerzyli zęby w identycznych uśmiechach.
— Cześć, Harry!
— Nam też miło cię widzieć!
— Jeżeli dobrze interpretuję tę minę, zastanawiasz się, co my tu, do diabła, robimy.
— Niestety nie wróciliśmy do szkoły, żeby zaliczyć brakujące owutemy...
— ...właściwie całkiem dobrze radzimy sobie bez nich...
— ...a wszystko to dzięki tobie, rzecz jasna. Pomyśleliśmy, że skoro sklep prosperował tak świetnie przez ten rok...
— ...to należy to uczcić.
— Koniecznie.
— Absolutnie. A profesor Dumbledore był tak uprzejmy, że pozwolił nam zorganizować w Hogwarcie jedyną w swoim rodzaju imprezę sylwestrową. To będzie totalny odjazd! Jeszcze nigdy nie widziałeś takich fajerwerków.
— Ale zdaje się, że miałeś jakąś sprawę do naszej siostrzyczki?
To ostatnie zdanie skutecznie wytrąciło Harry'ego z osłupienia.
— No właśnie! Ginny! Jak mogłaś zrobić coś takiego?! — wykrzyknął, nie troszcząc się specjalnie o sprecyzowanie, co takiego właściwie Ginny mogła zrobić. Dziewczyna nie próbowała udawać Greka. Zamiast tego bojowniczo wysunęła podbródek i oświadczyła:
— Prawdę mówiąc, Harry, zrobiłam to dla ciebie.
— Dla mnie?!
— A dla kogo? — Ginny zrobiła wielkie oczy. — Wszystko, co chciałeś wiedzieć o Draconie Malfoyu, ale bałeś się zapytać — dodała śpiewnie. George (albo Fred) parsknął śmiechem.
— Przyznaj, Harry, to było genialne.
— Zaraz, to znaczy, że Ginny wam powiedziała?
Trzy rude głowy przytaknęły entuzjastycznie. Jeden z bliźniaków (Harry nie próbował już dochodzić, który), udał, że ociera łzę z oka.
— Jesteśmy z niej tacy dumni!
— Nasza mała dziewczynka idzie w nasze ślady...
— Z roku na rok robi się coraz sprytniejsza! Pamiętam, jak obwiniała nas przed mamą za kradzież muffinek...
— A teraz działa w takim szczytnym celu!
Harry prawie się udławił. Jeden z bliźniaków wstał, przechylił się przez stół i uczynnie poklepał go po plecach.
— Już dobrze. Nie martw się, początki zawsze są trudne. Nikomu nie jest łatwo przyznać się do swojej orientacji.
— Ale dasz radę, Harry! W końcu jesteś specem od pokonywania złych mocy. Śmiało, powiedz: NIE! swojemu wewnętrznemu homofobowi!
To był jakiś horror i Harry nie zamierzał znosić tego ani chwili dłużej. Obrócił się gwałtownie i ruszył do wyjścia.
— Potter! Potter, po co ten pośpiech? — zapytał Draco głośno i wyraźnie, a jego głos poniósł się przez wielką salę. — Wydaje mi się, że jesteśmy za chwilę umówieni.
Przy stole Gryffindoru Ginny zapiszczała z zachwytu. W Harrym obudziła się żądza mordu. Zemści się! Zemści się, a jego zemsta będzie straszliwa i już nikt, nigdy nie ośmieli się traktować Harry'ego Pottera w taki sposób.

___________________________________
1 Musy-świstusy to lodowe kulki, które umożliwiały lewitację.


A w następnym odcinku...
Ostatnio edytowano 10 sty 2012, o 22:03 przez Ka, łącznie edytowano 2 razy
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez Miss Black » 8 sty 2012, o 21:44

Kocham to! Absolutnie to kocham. Nie mam bladego pojęcia, czemu nikt nie komentuje. Ka! Normalnie bym Cię za to uściskała. Zwłaszcza za końcówkę w Wielkiej Sali. Idę zagłosować i zaraz wracam dokończyć. TO. BYŁO. EKSTRA!!!!!

Edit:
Dobra, przeczytałam raz jeszcze i znów nie wiem, od czego zacząć. Może powiem najpierw, że kocham Twoje poczucie humoru. Strumień świadomości Harry'ego począwszy od czasu ciągnącego się jak ser na grzankach, a zakończywszy na wspólnym leżeniu z Draco na kuchennej podłodze rozwalił mnie na łopatki. Serio. Prawie tak bardzo jak rozkminianie związku Rona i Hermiony przez pryzmat jego więzi z Voldemortem akapit wcześniej. :hahaha: Od razu nasunęła mi się jakaś mroczna wizja, którą musiałam czym prędzej wypchnąć z głowy. Podejrzewam, że biedny Harry również. Trochę mi się tu z Finnem skojarzył. I rozczulił mnie totalnie tym swoim: "Przyjemnie było dla odmiany ratować świat razem z kimś.". Chociaż już, już miałam grzmieć, że co z Ronem i Hermioną stojącymi wiernie u jego boku, ale mnie ubiegłaś. :D I potem znów roztopiłam się zupełnie nad: "Za to tym razem mógł sobie spokojnie leżeć na kuchennej podłodze, bezpieczny za Draconowym Protego.", by po chwili śmiać się znów nad jakością rzeczonego zaklęcia i rozbrajającą w tej kwestii szczerością Harry'ego. Umiejętnie dawkujesz, to Ci trzeba przyznać, Ka!
Och, i czy tylko ja, gdy przyszło do konfrontacji Ginny z kotarą, oczyma wyobraźni widziałam Syriusza owiniętego dywanem? XD Muszę przyznać, że ómarłam w tamtym momencie. W ogóle bardzo, bardzo podobała mi się tutaj postać Ginny. Rehabilituje się dziewczyna od początku fety, ale tu już zupełnie wymiata. Podejrzewam, że podobna była w kanonie, ale szczerze mówiąc zwyczajnie nie pamiętam. No, bo proszę ja Was! Idealnie się wywinęła z tej wpadki w dormitorium. Co za refleks! Ja bym się zaburaczyła przeraźliwie i po dwóch minutach wpadła dopiero na jakąś wymówkę, a ona rach, ciach rzuciła, czy Harry może Deana nie widział gdzieś po drodze i uciekła. Brawo! I umieram z ciekawości, jakie też pytania ona tam dopisała, że Draco Harry'ego od perwersów tak wyzywa, ale niestety to ja je będę musiała wymyślić XD I bardzo mi się podobało, jak zgrabnie wybrnęłaś się z tak oczywistego zarzutu jak: A Harry to tych pytań nie przejrzał znów zanim wysłał Draco? Co też odrobina zdenerwowanie robi z człowiekiem! :D Brawa za prawdopodobieństwo psychologiczne! Poważnie. Wszystko wyszło szalenie naturalnie. I chyba długo jeszcze nie zapomnę widoku Ginny jako nawiedzonej patriotki! Jakoś w tamtym momencie aportowała mi się w wyobraźni przed pałac prezydencki. XD
Ach, i szalenie mi się podobała ta mroźna cisza, gdy tylko Pansy skończyła czytać odpowiedź Draco na tak niewinne przecież pytanie. Hehe, Ślizgon zawsze wyjdzie na swoje, tak Draco? Biedaczysko nie wie, że Harry'emu w udziale jednakowoż też dostało się trochę Slytherińskiego dziedzictwa. Ale spokojnie, przecież będą mieli dużo czasu, żeby dowiedzieć się o sobie podobnych drobiazgów. Już my o to zadbamy, czyż nie? :D I coraz bardziej kocham czekoladoholizm Pansy! To jak zabrała Draco cukierka było prawie tak genialne, jak pisk Dracona dzień wcześniej.
A teraz część najlepsza: czy Albus może się troszkę przepracował ostatnio? Zmęczony jest staruszek? Merlinie! Jak mógł powierzyć zorganizowanie imprezy, oficjalnie!, bliźniakom Weasley?! Rozumiem zamianę prezentów, śnieg, nawet te pijane skrzaty, bo choć Minerwa go nie podejrzewa, to ja owszem, ale sylwester?! Jak nic wysadzą szkołę w powietrze! Ja doprawdy nie rozumiem, czemu McGonagall tak spokojnie to przyjęła. Kobieta ma stalowe nerwy. Ale jedno muszę przyznać: dla fabuły zaproszenie bliźniaków jest wręcz zbawienne. Przy "Śmiało, powiedz: NIE! swojemu wewnętrznemu homofobowi!" myślałam, że umrę ze śmiechu. Poważnie! A potem jeszcze doprawiłaś to Draconowym: "Wydaje mi się, że jesteśmy za chwilę umówieni" i Vol spojrzała na mnie jak na psychiczną, a kot uciekł do drugiego pokoju. Fred i George wyszli Ci znakomicie. Idealnie wczułaś się w ich postaci, idealnie poprowadziłaś jednojaźniowe dialogi. Generalnie wielkie brawa! Kawał dobrej roboty. :D

Edit: I zapomniała jeszcze napisać, że kupiłaś mnie już kompletnie tym fochem Harry'ego, który postanowił nie zniżać się do ich poziomu i z godnością opuścić pomieszczenie. Cudo!
Ostatnio edytowano 8 sty 2012, o 23:42 przez Miss Black, łącznie edytowano 2 razy
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Ter » 8 sty 2012, o 22:35

.
Ostatnio edytowano 31 maja 2015, o 21:39 przez Ter, łącznie edytowano 1 raz
Ter Offline


 
Posty: 645
Dołączył(a): 1 gru 2011, o 20:23

Postprzez Voldemortist » 8 sty 2012, o 23:18

Ka! Ty sobie nie myśl, że po takim cudeńku pozwolę Ci dalej nic nie pisać. Po każdym mailu od Ciebie odczuwam potrzebę zmackowania Cię do pisania, ale teraz to już nie ma odwrotu! Od dziś przy każdej następnej wiadomości ode mnie oczekuj pytania o postępy nad nowym drarry.
Do słusznego komentarza! Spodziewaj się w nim wielu cytatów, bo co chwila mnie czymś powalałaś i po prostu muszę wskazać, czym. :P

Nie był może specem w sprawach związków damsko-męskich... właściwie to nie był specem w sprawie żadnych związków, nie do końca rozumiał nawet to dziwne połączenie między jego blizną a Voldemortem.

Ach, ten jego związek z Czarnym Panem. Prawie tak romantyczny, jak ten z Draco. Harry ma naprawdę bardzo uroczy sposób przechodzenia od jednej myśli do drugiej. Co znakomicie pokazałaś w akapicie o czasie, miodzie, serze i Dudleyu. To był ciąg skojarzeniowy godny samego Draco z "Do diabła z nienawiścią". Gratulacje, kochana!
Idźmy dalej. Bardzo mi było szkoda Harry'ego. On tak się starał, próbował nie dawać pytań w stylu "Co sądzisz o Harrym Potterze", żeby nie posądzili go o schizofrenię, a Draco zepsuł wszystko w pierwszym lepszym pytaniu, odpowiadając w nim, że gdy są razem z Harrym w powietrzu... Drań!

To aż zionęło czarną magią! Dziennik Riddle'a się nie umywał, przynajmniej młody Tom nie umiał albo nie był w nastroju na rysowanie.

No tak, czymże jest nasz kochany, wspominany już dziś Czarny Pan przy tym przerażającym, zabijającym niewinnych, wyrzekającym się swego człowieczeństwa, planującym przejąć władzę nad światem eee... Sekretem?
Musiałaś zaakcentować skórzane spodnie! Człowiek stara się nie znajdywać nawiązań do Mayi w każdym tekście, który czyta, a tu potem ktoś wyskakuje mu z czymś takim. Hańba Ci, kobieto! Nie żebym aż tak narzekała na mentalny obraz Draco mającego je na sobie oraz Harry'ego, którego się nim w nich zachwyca...

Przyjemnie było dla odmiany ratować świat razem z kimś.

No tak, bez skrzatów przecież świat by się zawalił.

W porządku, nie świat, a obiad,

Och, Harry, jakże miło, że mi odpowiedziałeś. Czy powinnam się martwić, że prowadzę konwersację z bohaterem Twej imaginacji?

Wyjął z kufra listę pytań — musiał powstrzymać się, żeby nie rozwinąć i nie sprawdzić jej raz jeszcze.

Tylko Harry może aż tak bardzo starać się, żeby dać innym szansę zrobić z niego głupka. Naprawdę, jestem z niego dumna.

Mieszanie w prawach natury z reguły nie było dobrym pomysłem i zaskoczyło ją, że tak mądry czarodziej jak Albus, zdecydował się na podobny krok.

Czy jest w całym zamku chociaż jedna osoba, która nie podejrzewa, że to Albus za tym stoi? Zasłonka z dormitorium chłopców? Ta zaśniedziała zbroja w ciemnym zakamarku koło klasy, w której za czasów Założycieli uczono Zaklęć? Mały słodki potomek potwora Slytherina? Nie? No cóż, tak też myślałam.

Chociaż pan Potter i pan Malfoy na podłodze w kuchni... Minerwa potrząsnęła głową. Nie tak wyobrażała sobie integrację międzydomową.

Ależ Minerwo, czyżbyś nie pochwalała ich zachowania? Skoro może ono doprowadzić do zakończenia waśni pomiędzy domem Godryka i Salazara... No dobrze, może tylko do bardzo krótkiego rozejmu, ale to już zawsze coś. Jako nauczycielka powinnaś się wstydzić takiego nastawienia!

Na moment zapomniał o swojej planowanej tyradzie i zamiast wytoczyć działa, zapytał:
— O?

Harry wzniósł się na wyżyny swoich możliwości, prawda? To już drugi raz, kiedy jestem z niego dumna. Chociaż trzeba mu przyznać, że tym razem bardziej się wysilił i przynajmniej postanowił zastąpić czymś swoje, firmowe już, "eee".
No i na zakończenie wspomnijmy jeszcze bliźniaków. Odpowiednio genialni, całkowicie zaskarbili sobie moje nieskończenie uwielbienie praktycznie każdym wypowiedzianym (wspólnie, oczywiście) zdaniem. Chociaż myślę, że gdybym musiała wybrać najgenialniejszą ich wypowiedź, wytypowałabym tę:

— Ale dasz radę, Harry! W końcu jesteś specem od pokonywania złych mocy. Śmiało, powiedz: NIE! swojemu wewnętrznemu homofobowi!

Myślę, że to właśnie w tym momencie sąsiedzi odkryli w sobie wewnętrznych morderców i zapragnęli mojej natychmiastowej śmierci.
Na tym pragnęłabym zakończyć właściwy komentarz. Dodam jeszcze tylko raz (jakbyś nie domyśliła się z moich wszystkich zachwytów powyżej), że odcinek ten jest genialny, że gratulacje, i że (to już w stronę MB) nie mogę się już doczekać kontynuacji.
Adieu, moja droga, adieu! Dziękuję za tę wspaniałą dobranockę!
"Krawiec, jeden z pierwszych krawców, Polak, wysilił się i prawdziwie zadziwiającym sposobem jestem zgrabny - ale te trzewiki, te mnie zabijają, a bez nich ani się pokazać."
~Juliusz Słowacki
Voldemortist Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 440
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:56
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Miss Black » 8 sty 2012, o 23:49

Nienawidzę Cię, droga siostro. Czy Ty zdajesz sobie sprawę z tego drobnego faktu, że połowa naszych cytatów się pokrywa, a jak nie pokrywa, to ja chciałam o tym napisać, ale zapomniałam? Jak chociażby o skórzanych spodniach, nad których związkiem ze Światłem też się rozpływałam, ale potem jakoś mi umknęło. I integracji międzydomowej. To jest ciut przerażające. Ale zaprawdę masz rację z tym "o" zamiast "eee"! To takie... kreatywne XD
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez MargotX » 9 sty 2012, o 19:14

Taa, moje poprzedniczki wyraziły już właściwie wszystko :P i jeszcze więcej :D
Mogę jedynie powiedzieć, że to kolejny świetny odcinek fety, znów z nutką autorską, bo każda z Was wnosi tu odrobinę swojego ducha, własnego stylu, niepowtarzalnego zresztą.
Muszę przyznać, że tak jak nienawidzę Ginny <ale nowina :whistle: >, tak w tegorocznej fecie jest świetna. Zabawna, z ikrą i całkiem sporymi skłonnościami do wcale nie niewinnej zabawy ;) No i najważniejsze, nie poluje na Harry'ego <raczej 8-) > Scena z kotarą w dormitorium była przezabawna, taki element absurdu, ale w świetnym stylu, wniosła jakiś minimalny efekt szaleństwa do tej części. Bo cały odcinek był okraszony sporą dozą kapitalnego humoru i dowcipu, ale w nieco spokojniejszej wersji, no i ze świetną końcówką :D
A przemyślenia Harry'ego w Twoim wydaniu są po prostu urocze ;)

Dziękuję, pozdrawiam, no i oczywiście czekam na kolejną perełkę następnej autorki :)

OMG, to mój 1500-tny post :wtf:
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez daimon » 11 sty 2012, o 21:52

Co do fety, jak na razie nasuwa mi się jedno, bardzo ważne, acz mało odkrywcze na tle wypowiedzi innych, podsumowanie. Mamy tu prawdziwy wysyp nowych talentów! Tudzież talentów skrzętnie ukrywanych bądź kamuflowanych (takim genialnym tłumaczeniem z języków obcych na przykład ;) ). Bardzo mi się edycja trzecia podoba i naprawdę, choć zabawę dotąd uważałam za fajną samą w sobie, teraz uważam za niesamowicie udaną. Mam nadzieję, że tura druga pójdzie Wam równie świetnie, dziewczęta. Ja wymiękam przy Waszych talentach!

A teraz już co do odcinka. MMM. Cudo! Chyba mam podobne wrażenia, jak Margot. Im dłużej czytam fetę, tym trudniej mi wyłonić odcinek, który podobał mi się najbardziej. Wiadomo, każdy nowy odcinek ma urok nowości i świeżości, więc automatycznie wskakuje na pierwsze miejsce ;) Tak jest i tym razem…


Harry dochodzący do wniosku, że Draco jest uroczy? Awwwwwww :serce: Na dodatek z bonusem w skórzanych spodniach! Mniam.

Ginny i zasłonka rządzą. Miałam wręcz chorą uciechę, czytając o zmaganiach Wiewióry z tąże :lol2: Szkoda tylko, że tak szybko odpuściła. Zasłonka w sensie XD Ale cóż. Może uda się next time :P Nie zasłonce to na przykład kapie :devil:

Scenka Pansy-Draco z kolei tak ślizgońsko swojska, że aż człowiekowi zrobiło się przyjemnie. Nie wiem, jak Ty to robisz!

List Harry’ego razem ze skreśleniami i okraszony komentarzem Draco w postaci uniesionych kącików ust — perfekcyjne!

Quidditch? Wspaniale. Odpowiedź Draco wyjątkowo mnie usatysfakcjonowała :D Ale czyż można mnie winić?! ;)

No a na koniec bliźniacy :splywa: Jeśli ktoś chce mnie kupić, wystarczy, że wplecie do swojego tekstu kanonicznych, cudownych bliźniaków, którzy w bonusie wykazują zdrowy entuzjazm do drarrowania i slashowania świata, a jestem kupiona. Całkowicie i bez reszty. I właśnie to stało się ze mną w tym oto przypadku. Spłynęłam po ekranie z radości. Twoi bliźniacy są osom! :serce:

— Już dobrze. Nie martw się, początki zawsze są trudne. Nikomu nie jest łatwo przyznać się do swojej orientacji.
— Ale dasz radę, Harry! W końcu jesteś specem od pokonywania złych mocy. Śmiało, powiedz: NIE! swojemu wewnętrznemu homofobowi!

:hahaha:

Idealny humor, intryga, po prostu cudo. Dziękuję!

PS. Kiedy jakiś własny tekst?! ;> Mam nadzieję, że wiesz, że teraz już się łatwo nie wywiniesz :whistle:
[Emmet,Micky&Ben watching Brian&Justin dancing]
Em:Am I seeing,what I think I'm seeing?
Ben:Yes you are seeing it.It's the most historic reunification since Germany.
Em:What happened to the fiddler?
Micky:He fell off the roof!
daimon Offline

Avatar użytkownika
Sunshine
 
Posty: 1162
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 17:35
Lokalizacja: Miasto Smoka

Postprzez Miss Black » 11 sty 2012, o 22:53

Vol, za moje wieczne humory i znoszenie tego ciągłego marudzenia. Aev, za ekspresową betę, podsyłanie cherików, wymyślenie pytań i nieustanny optymizm. :D
No, słowo się rzeko, hipogryf u płotu, więc zapraszam Was serdecznie na kolejny odcinek fety!

Drarrofeta świąteczna, odcinek dziesiąty, który ujawnia geniusz bliźniaków Weasley w czystej postaci, i w którym wreszcie dowiadujemy się, kim jest tajemnicza Madame!


Harry poprzysiągł zemstę na Ginny za wyrządzone mu krzywdy i poniżenie, ale nie wiedział jeszcze, że to nie ku niej powinien skierować swoją żądzę mordu. Owszem, Ginny była sprytna, ale pozostawała daleko w tyle za dwójką swoich starszych braci, którzy uśmiechnęli się szelmowsko za Harrym uciekającym z Wielkiej Sali, po czym spojrzeli po sobie, zgodnie kiwnęli głowami i z jeszcze szerszymi uśmiechami wymalowanymi na twarzach zwrócili się ku najmłodszej latorośli Weasleyów:
— Nasza droga siostrzyczko…
— …uważamy, że spisałaś się celująco i nadszedł czas, by…
— …należycie uhonorować twoje zasługi.
— Tak się składa, że ostatnio otrzymaliśmy zlecenie na dokonanie pewnych modyfikacji…
— …w działaniu pergaminu prawdy. Trochę eksperymentowaliśmy, spaliliśmy stół świętej pamięci ciotki Muriel…
— Ona wciąż żyje — próbowała wtrącić Ginny.
— …ale efekty są! A oto i one! — wykrzyknął uradowany Fred i sięgnął do torby leżącej pod ławką. Wyjął z niej rulon zwiniętych pergaminów, które wydały się Ginny dziwnie znajome, a już po chwili olśnienie spłynęło na nią pełnią swego świetlistego blasku. Mogłaby przysiąc, że w tle słyszała anielski chór.
— Nie! — szepnęła z nabożną czcią, po czym wydała z siebie przeciągły pisk godny mandragory żegnającej się z ziemią ojczystą i uścisnęła bliźniaków, pozbawiając ich tym samym tchu. — Jakim cudem?!
— Zwyczajnie.
— Jesteśmy genialni — doprecyzował George, dochodząc do siebie.
— To oryginał? — spytała Ginny, sięgając po rulon drżącą z entuzjazmu dłonią.
— Nie. Kopia zapełniająca się w tym samym momencie…
— …w którym ktoś skrobie piórem po pierwowzorze.
Ginny znieruchomiała i zaraz cofnęła rękę.
— Nic się nie martw! To zmodyfikowane Zaklęcie Proteusza — wyjaśnił szybko Fred, który w lot pojął, co zmartwiło siostrę.
— To samo, które wykorzystała Hermiona na piątym roku. Na naszych galeonach, pamiętasz? — dorzucił George, a Ginny uśmiechnęła się na wspomnienie starych, dobrych czasów Gwardii Dumbledore’a. Co przypomniało jej, że nie widziała Dyrektora przynajmniej od Bożego Narodzenia. Gdzie on się podziewał? Jednak nie zamierzała zaprzątać sobie głowy nieistotnymi drobiazgami, gdy przed nią leżał taki skarb. Wykrzywiła się łobuzersko i spojrzała na braci:
— Harry nas pozabija, jeśli tylko się dowie. Zdajecie sobie z tego sprawę, prawda?
— Jeśli! „Jeśli” to dobre słowo! — wykrzyknęli równocześnie, kompletnie niezrażeni konsekwencjami. Jakby sami o tym wcześniej nie pomyśleli! W końcu na tym polegała cała zabawa.
Ginny nie czekając już ani sekundy dłużej, chwyciła pergamin i rozwinęła go jednym ruchem, natychmiast wędrując wzrokiem do ostatnich pytań i zachłysnęła się powietrzem.
— Wiedziałam! Wiedziałam, że ten głupek sam nie dałby rady! — krzyknęła na całą Wielką Salę i zanim się zreflektowała, wszystkie głowy zwrócone były w jej kierunku.

***

— Czego Weasley się tak znowu drze? — burknął Draco znad słoika z dżemem truskawkowym. Wciąż nie mógł uwierzyć, że Potter wziął nogi za pas na jego widok i zwyczajnie go olał. Malfoya! Na dodatek skrzaty znów zapomniały postawić na stole cukier puder. Jego ojciec się o tym…
— Nie ona jedna — odparła Pansy, przerywając mu tym samym mentalną tyradę i patrząc nań nader wymownie. — Jeszcze chwila, a Potter będzie jedyną osobą w szkole nieświadomą twojego wielkiego planu. Albo raczej… zauroczenia. Jesz jeszcze to brownie?
— Nie miałeś może ostatnio listów od ojca, mój Mignon? — dodał Zabini niewinnym tonem między jednym a drugim łykiem kawy.
Draco mordował ich właśnie wzrokiem z całą energią, jaką był w stanie z siebie wykrzesać. Widać nie było jej zbyt wiele, bo oboje wciąż patrzyli na niego z politowaniem. Oboje zupełnie bez szwanku. Gdzie ta nieokiełznana magia, gdy jej potrzebujesz?
— Naprawdę, Draco — kontynuowała Pansy z zamiarem zrobienia mu wykładu, ale cała powaga umykała jej za każdym razem, gdy rozpływała się nad kolejnym kęsem ciasta. — Wydaje mi się, że jesteśmy za chwilę umówieni. To dopiero było ślizgońskie! Mmm, jakie to pyszne! Myślisz, że uwielbienie w twoim głosie zauważyli wszyscy pierwszoroczni czy tylko ci ze Slytherinu? Stawiam kalendarz Blaise’a, że najdalej jutro rano dostaniesz list z domu.
— Nie możesz zakładać się o coś, co należy do mnie! — wykrzyknął oburzony Zabini.
— Jesteś pewien, że wciąż jest w twoim dormitorium? — spytała słodko Pansy, zlizując polewę z widelczyka.
Draco miał ich dość, był zły, Potter go wystawił, a ta czekoladoholiczka na haju snuła jakieś mroczne wizje i straszyła go jego własnym ojcem. Koniec tego! Draco poderwał się gwałtownie, oparł ręce o stół i spojrzał groźnie na swoich tak zwanych przyjaciół. Po chwili milczenia odezwał się złowrogim, cichym głosem, przeciągając samogłoski:
— Idę teraz szantażować Har… — Na brakujące nozdrza Czarnego Pana! Całą jego szopkę szlag trafił: Pansy znów uśmiechała się do niego złośliwie, a Blaise poprychiwał pod nosem. Draco westchnął, usiadł z powrotem na ławie i kontynuował już normalnym, trochę zrezygnowanym tonem: — Idę szantażować Pottera. Muszę wymyślić jakieś diabelsko kompromitujące zadanie, którym odkupi swoje winy po tym zupełnie nie-gryfońskim zagraniu z pergaminem prawdy. Skąd on w ogóle go wytrzasnął? Jakoś nie wyobrażam sobie Wybrańca spacerującego w niedzielne popołudnie po Nokturnie. Całe szczęście, zostało mi jeszcze parę czystych arkuszy. W dodatku wciąż jest mi winien deser i głaska…
— Draco? — Pansy weszła mu w słowo.
— Tak?
— Bełkoczesz — ucięła krótko, dolewając sobie gorącej czekolady. — Nie możesz po prostu wykorzystać tej resztki pergaminu, która ci została i kazać Potterowi odpowiedzieć na jego własne pytania? W twojej obecności, tak żeby nie dał rady niczego podmienić.
Draco oniemiał. Oczy rozbłysły mu, jakby oberwał zaklęciem rozświetlającym, a jego pełne uwielbienia spojrzenie spoczęło na Ślizgonce. Czasem zapominał, jak przebiegłą bestią była ta niepozorna maniaczka mieszanki cukru i kakaa. Prędko jednak odzyskał głos i wykrzyknął nieprzytomnie:
— Kobieto! Miewasz jednak przebłyski!
Pansy spojrzała na niego zimno.
— Wisisz mi za tę zniewagę pudełko czekoladek od Pierre’a Marcolliniego1 — powiedziała lekko obrażona, ale zaraz twarz znów jej się rozpogodziła. — Myślę, że potrójne Malline Découverte mnie zadowoli.
Draco skinął tylko nieznacznie głową, wstał od stołu i w lekkim transie skierował się do drzwi. Jeśli niewinne pytanie o ulubiony sklep z bielizną mogło skłonić jego, Ślizgona!, na wszystkie mroczne artefakty piwnic Malfoy Manor, do takich wyznań, to co ten diabelski pergamin wyciągnie z Pottera? A jeśli jeszcze zdoła go odpowiednio rozproszyć, to… Draco aż musiał na chwilę przystanąć, bo zakręciło mu się w głowie od tych wszystkich cudownych informacji, które już niebawem będą w zasięgu jego ręki. Całe szczęście, że własne odpowiedzi zakopał głęboko w kufrze zabezpieczonym klątwami ciotki Bellatrix. Może droga ciotunia czasem była lekko niezrównoważona, w końcu twierdziła, że Harry należy do Czarnego Pana, ale trzeba przyznać, że na pewnych rzeczach znała się jak nikt! Och, Draco wiedział, że rozsądniej byłoby spalić pergaminy, ale możliwe, że miały dla niego pewną wartość sentymentalną, dlatego nie miał serca ich zniszczyć. Oczywiście nigdy nie przyznałby się do tego na głos. No chyba, że pod Cruciatusem. Czarny Pan bywał nieprzyjemny. Zwłaszcza w czwartki.
Westchnął ciężko, rzucił okiem na Wiewiórę, która cała czerwona chichotała nad jakimś wyświechtanym papierzyskiem. Obrzydliwe. Na pewno słodzi kawę. Draco wzdrygnął się na samą myśl i już miał wyjść z Wielkiej Sali, gdy jego uszu sięgnęło zduszone „jakby nie istniał nikt poza mną i Harrym”. Wciągnął haust powietrza i znieruchomiał. Jeśli ta rdzawa imitacja czarownicy czystej krwi sądzi, że będzie bezkarnie czynić zakusy na jego własność, to grubo się myli. Harry był jego! Fakt, półkrwi, ale jego! A Malfoyowie nie dzielą się swoją własnością i ta złodziejka prawie-chłopaków wkrótce boleśnie się o tym dowie. Draco ruszył wściekle do wyjścia, w którym zderzył się z Deanem.
— Pilnuj swojej dziewczyny — warknął i trzasnął drzwiami.

***

Harry wymaszerował wściekły z Wielkiej Sali tylko po to, by zaraz natknąć się na Snape’a. Co ten drań robił w holu? Harry szybko schował się za winklem tak, by móc obserwować go bez większego problemu, samemu pozostając niezauważonym. Musiał dowiedzieć się, co kombinował stary Nietoperz. Tym bardziej, że najwyraźniej właśnie skądś wrócił. Miał na sobie lekko przyprószoną śniegiem pelerynę, a obok niego stała niewielka czarna, a jakże, walizka. W dodatku co chwilę zerkał w kierunku drzwi wyjściowych.
Podejrzane!
Harry już miał zarzucić na siebie pelerynkę niewidkę, którą zawsze nosił w kieszeni, podobnie jak od niedawna Sekret, gdy nagle dwa ciężkie dębowe skrzydła rozwarły się i do zamku wkroczył Albus Dumbledore z bardzo dziwną miną. Spostrzegł Snape’a i jego twarz rozpogodziła się nieco.
— Severusie! Jak się cieszę, że już wróciłeś ze swoich małych wakacji! Jak było w Hogsmeade? Hogwart wciąż stoi, wbrew twoim wcześniejszym obawom.
— Zaiste — mruknął Snape.
— Humor ci dopisuje, jak widzę. Bardzo się cieszę. — Dyrektor gromkim głosem wyraził swoje zadowolenie, ale po chwili dodał już ciszej, tak że Harry musiał się nieco wysilić, by wyłapać każde jego słowo. — Nie widziałeś może gdzieś tutaj Gellerta? Przebrał się w damskie fatałaszki dla kamuflażu.
— W damskie fatałaszki? — powtórzył Snape słabym głosem. Harry mógł go zrozumieć.
— Jego pomysł. — Pośpieszył z wyjaśnieniami Dumbledore. — Widzisz, w tej swojej fortecy w Nurmengardzie trochę mu się nudzi, zwłaszcza bez różdżki. Projektując więzienie, nie przewidział zbyt wielu rozrywek dla więźniów i teraz pluje sobie w brodę. Dlatego zmuszony był znaleźć sobie jakąś mało wymagającą pasję. Burzliwe dzieje rosyjskiej arystokracji! To jego nowy konik! Uznałem, że dość bezpieczny, więc dosyłam mu co jakiś czas nową pozycję. A teraz, gdy zaproponowałem mu święta w rodzinnej atmosferze Hogwartu, Gellert uznał, że pójdzie w ślady Konstantego Romanowa i przywdzieje kobiece szaty, zupełnie jak on, uciekając z Belwederu podczas jakiegoś tam powstania Polaków w XIX wieku. Strasznie się do tego zapalił, a ja mam trochę wrzuty sumienia, więc nie umiem mu niczego odmawiać. Miłość, Severusie, miłość!
Harry dostrzegł wyraz czystej grozy na twarzy Snape’a i po raz pierwszy w życiu przyznał w duchu, że podziela uczucia starego Nietoperza.
— Jak rozumiem, nie możesz go teraz znaleźć? — spytał Mistrz Eliksirów tonem, którym normalni ludzie zwykle zwracają się do dzieci. Albo obłąkanych.
— Tak. — Zamyślił się Albus, miętosząc w dłoni jakąś błyskotkę, ale zaraz znów podjął żywo: — Dwa dni temu wysłałem go do kuchni, żeby odstawił na miejsce bimber, który przywieźliśmy razem z Bułgarii. Severusie! Ognista starego dobrego Ogdena to przy tym piwo kremowe! Chcieliśmy urządzić małe przyjęcie dla kadry, ale niestety skrzaty upiły się samymi oparami. Co za niefortunna komplikacja! Tylko nie mów nic Minewrze, bo się zezłości. Zresztą, to już i tak nieistotne.
Albus machnął dłonią ze zniecierpliwieniem i znów zaczął bawić się błyskotką.
— Albusie, co masz w ręce? — Mistrz Eliksirów naprawdę umiał trzymać nerwy na wodzy. Harry był pod wrażeniem.
— Och, to? — Snape kiwnął głową. — To zmieniacz czasu, który pożyczyłem sobie z ministerstwa. Po co komu te wszystkie formalności? Dlatego nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, cofnę czas o te dwa dni i impreza się odbędzie. Nawet wymyśliłem nową zabawę integracyjną dla dzieci: Cykl świątecznych projektów integracyjnych! Po uczniu z każdego domu. Czyż to nie brzmi wspaniale? — Snape znów pokiwał głową, cały czas wpatrując się w zmieniacz czasu. Harry mógł się założyć o całe swoje uszczuplone przez Dracona złoto, że Mistrz Eliksirów właśnie kombinował, jak pozbawić Albusa tego narzędzia zagłady. — Muszę tylko znaleźć Gellerta. Wiesz, że nadał sobie kryptonim Madame?
Harry poczuł, jak wszystko zaskoczyło mu w głowie, jednak nie miał czasu dłużej się nad tym fantem zastanowić, bowiem z Wielkiej Sali wypadł Draco. Zdecydowanie wkurzony Draco. Co gorsza, spostrzegł Harry’ego i teraz zmierzał w jego kierunku długimi krokami z palcem oskarżycielsko wycelowanym w pierś chłopaka.
— Ty — syknął i przyparł Harry’ego do ściany. — Ty pójdziesz ze mną.
— Ale… — Harry spojrzał w kierunku mężczyzn wciąż rozmawiających w holu. Jeśli Draco dowie się, że Albus Dumbledore zwariował, a co gorsza Grindelwald pomyka po świecie zupełnie niestrzeżony, to z pewnością popędzi do Voldemorta i wszystko mu wypapla. Mógł mieć najjaśniejsze, najpiękniejsze włosy pod słońcem, ale wciąż był Malfoyem. Zaraz! Czy on właśnie pomyślał… Ale nie było teraz czasu takie głupoty. — Dobrze, gdzie tylko chcesz.
Draco spojrzał na niego trochę zbity z tropu tak łatwą wygraną, ale najwyraźniej postanowił brać, co dają, bo rysy znów mu się wyostrzyły, kiwnął krótko głową i rzekł:
— Do mojego dormitorium.
Harry spojrzał na niego pytająco.
— Musisz spełnić moje drugie życzenie, pamiętasz, Potter? Chyba, że wolisz od razu oddać mi Sekret? — Draco się nim bawił. I to całkiem nieźle. Harry był tego świadom, ale nie bardzo miał wybór. Teraz gra toczyła się o wyższą stawkę.
— W liście wspomniałeś, że jesteś w stanie negocjować. Masz jakiś nowy pomysł?
— Powiedzmy — odparł Draco z uśmiechem, który trochę zaniepokoił Harry’ego, ale żaden z nich nie odezwał się już aż do momentu, gdy dotarli do zwykłej kamiennej ściany w lochach, przed którą się zatrzymali.

***

Ginny Weasley właśnie skończyła czytać odpowiedź Draco na pytanie Z kim i gdzie chciałbyś spędzić swoje wymarzone wakacje. Malfoy najwyraźniej miał niezdrowego hopla na punkcie Stanów, bo szczegółowo rozpisał się, do którego z klubów muszą koniecznie pójść razem z Harrym. Chociaż z tego, co się orientowała, w Pittsburgu wcale nie było tak rozbudowanego życia nocnego. W końcu mieszkała tam cała dalsza gałąź rodziny Weasleyów. Ciekawe, skąd się to Malfoyowi wzięło? Hermiona, która dołączyła do niej dobrą godzinę temu, parsknęła śmiechem.
— Och, doprawdy! To z pewnością robota Harry’ego! — Hermiona spojrzała na nią z kpiącym uśmiechem na twarzy i pokręciła głową. — Czy wpatrujesz się w swojego wroga przy każdym posiłku, dlatego że podejrzewasz go o jakieś niecne plany, czy po prostu dlatego że jest nieziemsko przystojny? No wiesz, Ginny? Że też Malfoy się nie domyślił.
— Oj tam, oj tam. Ale przynajmniej znamy już intencje naszego biednego Ślizgona. Jest totalnie, całkowicie, bezpowrotnie zauro… — Ginny urwała.
Leżący po jej prawej stronie pusty pergamin zaczął nagle zapełniać się pismem. Drobnym pismem Harry’ego. Oczy się jej rozszerzyły, a serce zaczęło bić dziko w klatce piersiowej. Nie mogła uwierzyć we własne szczęście. Spojrzała na Hermionę i obie rzuciły się do czytania. W tym momencie Ron stanął za ich plecami i spytał:
— Co tam macie?

________________________________________
1 Znany belgijski wytwórca pralinek.

A w następnym odcinku…
Ostatnio edytowano 12 sty 2012, o 23:13 przez Miss Black, łącznie edytowano 1 raz
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Bang Bang » 11 sty 2012, o 23:39

Moje sumienie w końcu pożre mnie żywcem, muszę skomentować, bo lenistwo jest złe i trzeba z nim walczyć (a poza tym ta feta jest taka genialna, że mój brak komentowania jawi mi się jako jeszcze większe świętokradztwo). Najciekawszym zjawiskiem jest to, że każda autorka wnosi do tego tekstu coś swojego (ale o tym już wspominano- niestety, przekleństwo osób zwlekających zbyt długo- powtarzanie czyjś słów), a mimo wszystko całość nadal ma ten sam cieplutki, świąteczny i uroczy klimat z perfekcyjnie dawkowanym humorem. Już dawno nie czytałam historii, w której lubiłabym wszystkich bohaterów, a tutaj nawet Ginny się broni (ech, z ciężkim sercem to przyznaję). Jeśli zaś chodzi o odcinek najnowszy... Myślałam, że tych pytań i odpowiedzi autorstwa Draco będzie trochę więcej, ale w sumie nie mam prawa narzekać, bo głosowałam na całkowicie inną opcję :whistle:. Biedny Harry, alternatywna wersja zadania jest "straszna", przecież Potter tylko częściowo odpowiada za to wszystko i jeszcze nie poznał odpowiedzi Draco- toż to dopiero tragedia (ale Hermiona i Ginny znowu wpychają się buciorami w nieswoje sprawy, więc jest jeszcze nadzieja)! Tożsamość Madame mnie zabiła. W ogóle nie pomyślałam o Grindelwaldzie (Gellert w damskich ciuszkach :lol2:)! Szczerze mówiąc, stawiałam na świetnie maskującą się i udającą Minervę, ewentualnie Albusa w przebraniu. Och! Snape, wiedziałam, że doskwierał mi brak czyjejś obecności, ale tak mnie zainteresowały pytania, że całkowicie zapomniałam o kochanym Severusie (swoją drogą, mam nadzieję, że jednak odbierze Dumblowi ten zmieniacz czasu, bo Albus nie powinien się bawić takimi rzeczami, naprawdę). I na koniec jeszcze ze dwa cytaty, bo po prostu nie mogę się powstrzymać.

— Czego Weasley się tak znowu drze? — burknął Draco znad słoika z dżemem truskawkowym.


Dżem truskawkowy :serce:. I moje skojarzenia z przewspaniałymi Korzyściami ze śniadania :seksi: .

Draco wzdrygnął się na samą myśl i już miał wyjść z Wielkiej Sali, gdy jego uszu sięgnęło zduszone „jakby nie istniał nikt poza mną i Harrym”. Wciągnął haust powietrza i znieruchomiał. Jeśli ta rdzawa imitacja czarownicy czystej krwi sądzi, że będzie bezkarnie czynić zakusy na jego własność, to grubo się myli. Harry był jego! Fakt, półkrwi, ale jego! A Malfoyowie nie dzielą się swoją własnością i ta złodziejka prawie-chłopaków wkrótce boleśnie się o tym dowie.


Awwwwwwwwwwwww! Zazdrosny Draco jest taki słodki, uroczy i w ogóle chyba straciłam zdolność elokwentnego wysławiania się (o ile kiedykolwiek takowe umiejętności posiadałam 8-) ).

MB, to było piękne! I nawet brak zemsty na Ginny mi nie przeszkadzał.
Combeferre sighed. "When was the last time you got a full night's sleep?"
"I'm a med student," said Joly, rubbing his eyes. "Sleep is surrender. Coffee is strength."
"Work is freedom," said Combeferre drily.
"Right." Joly nodded. "Sometimes, I forget you're a med student, too."

North London is red


Bractwo Bejsbola i Widła :pala:
Bang Bang Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2318
Dołączył(a): 3 paź 2011, o 21:19
Lokalizacja: Emirates Stadium

Postprzez daimon » 12 sty 2012, o 22:57

Ołłłłłłłłłkey! My turn ;) Naprawdę lubię tę fetę :serce: Wiem, wiem, powtarzam się *wzrusza ramionami* Ale co ja na to poradzę, że mi się podoba? I że cieszę się, jak dziecko, że tak ładnie nam wychodzi?

Kolejny świetny odcinek. Jak ja się cieszę, że Wam wszystkim udało się poskromić absurd *raczej nie przepada za absurdem*, a w zamian dać mi takie cudeńka! Taaak, druga tura to naprawdę osom pomysł ;) zwłaszcza, że ja już nie biorę w niej udziału. Ale teraz już do konkretów. Po raz kolejny mamy porcję nowych pomysłów, lekki humor i banan na ustach :D Mru.

— Tak się składa, że ostatnio otrzymaliśmy zlecenie na dokonanie pewnych modyfikacji…
— …w działaniu pergaminu prawdy. Trochę eksperymentowaliśmy, spaliliśmy stół świętej pamięci ciotki Muriel…
— Ona wciąż żyje — próbowała wtrącić Ginny.
— …ale efekty są! A oto i one! — wykrzyknął uradowany Fred i sięgnął do torby leżącej pod ławką. Wyjął z niej rulon zwiniętych pergaminów, które wydały się Ginny dziwnie znajome, a już po chwili olśnienie spłynęło na nią pełnią swego świetlistego blasku. Mogłaby przysiąc, że w tle słyszała anielski chór.

Bliźniacy, aww! "Ona wciąż żyje" mnie umarło :lol2: I anielskie chóry, lol, od razu skojarzyło mi się z światłkowymi przemyśleniami Hermiony! Poza tym pomysł iście fredogeogrowy! Super!!!

— Czego Weasley się tak znowu drze? — burknął Draco znad słoika z dżemem truskawkowym. Wciąż nie mógł uwierzyć, że Potter wziął nogi za pas na jego widok i zwyczajnie go olał. Malfoya! Na dodatek skrzaty znów zapomniały postawić na stole cukier puder. Jego ojciec się o tym…

Hehehe! A poza tym, aww światełko :serce:

Wydaje mi się, że jesteśmy za chwilę umówieni. To dopiero było ślizgońskie! Mmm, jakie to pyszne! Myślisz, że uwielbienie w twoim głosie zauważyli wszyscy pierwszoroczni czy tylko ci ze Slytherinu? Stawiam kalendarz Blaise’a, że najdalej jutro rano dostaniesz list z domu.

:hahaha: Pansy też jest osom :D

Czarny Pan bywał nieprzyjemny. Zwłaszcza w czwartki.

Padłam! Tak, czwartki to zue dni ;)

— Severusie! Jak się cieszę, że już wróciłeś ze swoich małych wakacji! Jak było w Hogsmeade? Hogwart wciąż stoi, wbrew twoim wcześniejszym obawom.
— Zaiste — mruknął Snape.

Voooooooool! *piszczy*

Ginny Weasley właśnie skończyła czytać odpowiedź Draco na pytanie Z kim i gdzie chciałbyś spędzić swoje wymarzone wakacje. Malfoy najwyraźniej miał niezdrowego hopla na punkcie Stanów, bo szczegółowo rozpisał się, do którego z klubów muszą konieczniepójść razem z Harrym. Chociaż z tego, co się orientowała, w Pittsburgu wcale nie było tak rozbudowanego życia nocnego. W końcu mieszkała tam cała dalsza gałąź rodziny Weasleyów. Ciekawe, skąd się to Malfoyowi wzięło? Hermiona, która dołączyła do niej dobrą godzinę temu, parsknęła śmiechem.

No i teraz muszę już stwierdzić, że po prostu Cię kocham, MB! Aaaaaaaaaach :splywa:

I zapomniałam o Madame!!! Pomysł z Gellertem mnie roz-wa-lił! Kobieto, masz wyobraźnię :D

Świetnie Ci wyszło, Aguś! Naprawdę! No to kiedy wreszcie doczekamy się obiecanego drarry Twojego autorstwa? ;> Wiesz, że nie możesz się migać w nieskończoność, prawda? Zwłaszcza po tym odcinku! Buźka:*

No to dziękuję za uwagę. Myślę, że feta całoroczna to świetny pomysł :whistle:
[Emmet,Micky&Ben watching Brian&Justin dancing]
Em:Am I seeing,what I think I'm seeing?
Ben:Yes you are seeing it.It's the most historic reunification since Germany.
Em:What happened to the fiddler?
Micky:He fell off the roof!
daimon Offline

Avatar użytkownika
Sunshine
 
Posty: 1162
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 17:35
Lokalizacja: Miasto Smoka

Postprzez Ka » 13 sty 2012, o 00:00

Dobry wieczór. :) Co prawda teoretycznie nadal uczę się ekonomii, ale przecież muszę napisać komentarz, zanim Anja pójdzie spać i znowu nie będę mogła stukać, prawda?

Przede wszystkim to, o czym już wspominałam: pomysł bliźniaków jest prze-ge-nial-ny. Po pierwsze, pociągnęłaś wątek, który zasugerowała Nerejda, a z którym ja całkiem nie wiedziałam, co zrobić. Oddałaś prawdziwy hołd przebiegłości bliźniaków. ;) Sprawiłaś, że odpowiedzi trafiły w ręce Ginny... ale na tym się nie skończyło, bo teraz role się odwróciły i to Harry musi odpowiadać na pytania. Pomysł Pansy był świetny, a jest podwójnie świetny przez to, że Ginny i Hermiona mają podgląd na bieżąco. Swoją drogą, co z nich za przyjaciółki? Ja bym zamordowała za coś takiego.

Ummm, pozwolisz, że po prostu zasypię Cię cytatami? Jakoś czuję się mało elokwentnie, a muszę się pozachwycać. ;)

Jeszcze chwila, a Potter będzie jedyną osobą w szkole nieświadomą twojego wielkiego planu. (...) Naprawdę, Draco. Wydaje mi się, że jesteśmy za chwilę umówieni. To dopiero było ślizgońskie! Mmm, jakie to pyszne!
:serce: Twoi Ślizgoni są przekochani. Do tego Pansy jest naprawdę inteligentną wiedźmą, i przez cały czas to pokazuje. No i pięknie skomentowałaś kwestię, którą włożyłam w usta Draco - ależ mi głupio, że nie pomyślałam, jak bardzo niekonspiracyjne ze strony Draco jest takie krzyczenie na całą salę. Chociaż po poprzednich odcinkach jestem skłonna uznać, że Harry naprawdę był jedyną niezorientowaną osobą w szkole.
Draco miał ich dość, był zły, Potter go wystawił, a ta czekoladoholiczka na haju snuła jakieś mroczne wizje i straszyła go jego własnym ojcem. Koniec tego! Draco poderwał się gwałtownie, oparł ręce o stół i spojrzał groźnie na swoich tak zwanych przyjaciół.
O-ho! W poprzednim odcinku to Harry postanowił, że już dość tego, ale Draco nie zostaje daleko w tyle!
I strasznie Draco jego własnym ojcem jest zabójcze.
Nie możesz po prostu wykorzystać tej resztki pergaminu, która ci została i kazać Potterowi odpowiedzieć na jego własne pytania? W twojej obecności, tak żeby nie dał rady niczego podmienić.
I ona to tak po prostu mówi? Ja wiem, że nadużywam superlatywów, ale ten pomysł jest fantastyczny. Miałyście z Vol jakąś intensywną burzę mózgów, czy po prostu wyciągasz takie rzeczy z powietrza? ;)
Obrzydliwe. Na pewno słodzi kawę.
:lol2: Ten tekst chyba wejdzie do mojego słownika. Co za wnioskowanie!
Harry wymaszerował wściekły z Wielkiej Sali tylko po to, by zaraz natknąć się na Snape’a. Co ten drań robił w holu? Harry szybko schował się za winklem tak, by móc obserwować go bez większego problemu, samemu pozostając niezauważonym. Musiał dowiedzieć się, co kombinował stary Nietoperz.
W tym momencie przez sekundę byłam absolutnie pewna, że to Sev jest Madame. :hahaha: Zdążyłam nawet pomyśleć, że właściwie to należało się spodziewać czegoś takiego, zwłaszcza że póki co feta cierpiała na zdecydowany niedosyt Snape'a. Właściwie to byłam trochę rozczarowana, kiedy już okazało się, że to Gellert.
Harry poczuł, jak wszystko zaskoczyło mu w głowie, jednak nie miał czasu dłużej się nad tym fantem zastanowić, bowiem z Wielkiej Sali wypadł Draco. Zdecydowanie wkurzony Draco. Co gorsza, spostrzegł Harry’ego i teraz zmierzał w jego kierunku długimi krokami z palcem oskarżycielsko wycelowanym w pierś chłopaka.
— Ty — syknął i przyparł Harry’ego do ściany. — Ty pójdziesz ze mną.
AWWWWWWWWWWWW! I Shrek! :splywa:
Grindelwald pomyka po świecie
Niech zgadnę, na obcasach i z odpowiednio wyższym facetem? No dobrze, jego wysoki facet chwilowo nie może go znaleźć, ale i tak wszystkie dziewczyny marudzące ostatnio w Niekontrolowanych pewnie umarły z zazdrości.
Czy wpatrujesz się w swojego wroga przy każdym posiłku, dlatego że podejrzewasz go o jakieś niecne plany, czy po prostu dlatego że jest nieziemsko przystojny?
Ekhem. Brak mi słów. I chyba zaczynam czuć jedność z Ginny.

I końcówka, końcówka była idealna!
Leżący po jej prawej stronie pusty pergamin zaczął nagle zapełniać się pismem. Drobnym pismem Harry’ego. Oczy się jej rozszerzyły, a serce zaczęło bić dziko w klatce piersiowej. Nie mogła uwierzyć we własne szczęście. Spojrzała na Hermionę i obie rzuciły się do czytania.
Aż mnie samej serce zabiło. A kiedy jeszcze zza pleców wyjrzał Ron! Jakoś ostatnio trochę go brakuje, biedaczka. No i jestem strasznie ciekawa, jak dalej ta scena się potoczy.

Przepraaaszam, ja dostałam od Ciebie taki cudny komentarz, a sama tylko cytuję i cytuję. W każdym razie bardzo mi się podobało, pomysły były świetne, trochę zebrałaś wszystkie intrygi do kupy (zwłaszcza to z pomysłem bliźniaków)... To zazwyczaj jest w fetach najgorsze, że każdy ciągnie w swoją stronę, wątki się rozłażą i połowa pomysłów urywa się gdzieś w trakcie. Tegoroczna feta to naprawdę jakiś fenomen, póki co wszystko bardzo ładnie się układa i mam nadzieję, że tak będzie do końca. *trzyma kciuki* Mnie tam nawet nie przeszkadza brak drarry w drarry, jeżeli wszystko dalej będzie tak ładnie szło, to pre-slash może się ciągnąć przez kolejne dziesięć odcinków. ;)

(Ach, i było nawiązanie do QaF! *kocha*)
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Konkursy

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 1 gość