Drarrofeta świąteczna 2009

wydanie pierwsze

Prace konkursowe, głosowania, etc.

Postprzez kaś » 4 gru 2011, o 16:30

W wyniku Pewnych Okoliczności oto mówię do Was ja, Prosiacek. A wszystkim mającym studniówki życzymy udanych studniówek:)

Pierwsza (i do tego swego czasu Świąteczna) Drarrofeta pod kryptonimem, którego w zasadzie Jeszcze Nie Ustalono (choć "Atak Klonów" byłby chyba wcale niezły).

Odcinek piętnasty,
w którym Harry i Draco wymykają się za tajemniczymi osobnikami i okazuje się, że wpadają w zastawioną na nich pułapkę, jednak ratuje ich Pansy i Hermiona, ponieważ czas działania odurzających napojów, które wypiły, właśnie minął. Sprawcy zostają pojmani i zdemaskowani.


*

Chłopcy wyszli z pubu i ruszyli główną aleją Hogsmeade, rozglądając się za dwoma tajemniczymi osobnikami. To znaczy, rozglądał się Harry, a Draco obserwował go nienawistnie, naburmuszony z powodu faktu, że musieli opuścić ciepłe i całkiem wesołe miejsce.
— Zimno mi — marudził. — Zapomniałem rękawiczek. Moja czapka wciąż jest mokra od śniegu. Wracajmy do środka. Tu nikogo nie ma.
— Zamknij się, Malfoy — syknął Harry, próbując nasłuchiwać kroków.
— ... Mój ojciec się o tym dowie — oznajmił Draco ponuro i jakoś tak bez przekonania.
Harry wywrócił oczami.
— Nie wątpię — mruknął.

*

Harry i Draco nie zdawali sobie sprawy, że podążały za nimi kolejne dwie postacie (niestety, już nie bardzo Tajemnicze; ich limit na jedną fetę się wyczerpał).
— Cicho, bo nas zauważą!
— Hihihihi. Oni są tacy hot.
— Wiem, ale nici będą z ich prywatnego striptizu dla nas, jeśli się natychmiast nie uciszysz, skarbie.
— Hihihihhi. Hot hot hot.
— Pansy! Idziemy.

*

Hogsmeade nie było dużą wioską, ale dość gęsto zabudowaną. Harry uparł się, żeby sprawdzić każdą uliczkę i każdy ciemny kąt. Minuty mijały powoli.
Zirytowany Draco dreptał kilka kroków za nim. Potter go ignorował, bo najwyraźniej kiedy przełączał się na Tryb Naczelnego Zbawcy Świata, potrafił zachowywać się tylko jak pies myśliwski. Draco prychał i fukał pod nosem, a Potter nadal nic. Zupełnie go nie obchodziło, że Draco zamarzał. (Więc będzie chory. A jak będzie chory, to na pewno umrze. Bo ma słabe zdrowie. Tak.)
Na szczęście, ratowała go świadomość, że był niesłychanie mądry, więc natychmiast wpadł na kolejny, szatański plan.
— You are the dancing queen, young and sweet, only seventeen... — zanucił sobie, z początku cicho, ale z każdym kolejnym wyrazem głośniej.
Harry dość gwałtownie zatrzymał się w miejscu, a następnie odwrócił w stronę Malfoya, patrząc na niego z niedowierzaniem.
— Malfoy, ty nucisz?!
— Ja? — Draco uniósł niewinnie brwi. — Przesłyszało ci się, Potter.
Harry spojrzał na niego podejrzliwie.
— Mieliśmy być cicho, o ile wiesz, co to znaczy — syknął i, nie czekając na odpowiedź, ponownie zaczął ignorować obecność Dracona i kontynuował swój pościg.
Draco aż się zachłysnął w obliczu tej zniewagi — Potter naprawdę miał go w nosie! A pomyśleć, że to miała być pojednawcza wyprawa, on tu się zgodził we wsi bratać z pachołkiem, czyli z Potterem, a Potter tymczasem sobie takie numery odstawiał…!
— Gimme gimme gimme a man after midnight! — skrzeknął gniewnie.
Potter zakręcił się na pięcie z furią.
— Malfoy, to ABBA! — warknął.
— Jestem bardzo wykształconym człowiekiem — przyznał Draco skromnie.
— Malfoy, miałeś być cicho — kontynuował Harry niskim, złowrogim głosem.
— Ale to część planu, głąbie! — wybuchnął Draco.
— Planu?! Planu?! Twój plan polegał na tym, żeby słychać nas było w obrębie najbliższych pięciu mil?!
— Tylko traciliśmy czas, bałwanie! Nigdy byśmy ich nie znaleźli! A w ten sposób istnieje szansa, że nas usłyszą i...
— ... wezmą z zaskoczenia, ciołku! — wpadł mu w słowo Harry.
— ... O. Nie pomyślałem o tym — zmarszczył brwi Draco. — Myślałem, że raczej wiesz, przyjdą tu i...
— ... zaproszą nas na herbatkę? — zakpił Harry.
— Khm, khm — rozległo się nagle tuż obok nich. Harry wraz z Draconem natychmiast urwali, rozglądając się dokoła z przestrachem.
Zdążyli tylko dostrzec błysk dwóch par zębów pod głęboko nasuniętymi kapturami i usłyszeć wesołe „Właśnie na coś takiego mieliśmy nadzieję”.
A potem stała się ciemność.

*

Widziałaś to?!
Cicho, na gacie Merlina! Widziałam!
— Salazarze, nasi chłopcy, nasi biedni chłopcy...! Co ci brutale zamierzaj...
— Ciii! Za nimi! Na ratunek!

*

— To powoli staje się nudne — jęknął Draco zaraz, jak odzyskał przytomność.
— Mmm — zgodził się Harry, marszcząc obolałe czoło.
Stękając i sykając, obydwaj unieśli się trochę wyżej na skrępowanych ramionach, mrużąc oczy od nagłej konfrontacji ze słabym światłem jedynej w pomieszczeniu świeczki i próbując cokolwiek dostrzec.
— Salazarze, tu jest brudno — zauważył szybko Draco, krzywiąc się z niesmakiem. — Leżymy na podłodze. Smith przynajmniej zapewnił nam materace!
— Och, rzeczywiście to jest fakt, którym powinniśmy teraz martwić się najbardziej — rzekł zgryźliwie Harry.
— Gdzie my w ogóle jesteśmy? — spytał Draco nieszczęśliwym tonem, a potem przysunął się troszkę bliżej do Harry’ego. — Potter, jesteś niby bohaterem, tak? To może zacząłbyś wreszcie robić swoje i łaskawie mnie uratował?!
— Wybacz, królewno, ale nie wiem, czy zauważyłaś, że jestem związany — wycedził Harry. — To trochę utrudnia proces ratowania.
— Zawsze znajdziesz sobie jakąś wymówkę — stwierdził Draco z ponurą naganą.
Harry wywrócił oczami.
— Chyba wiem, gdzie jesteśmy — zaczął po chwili, lustrując drewniane ściany i połamane meble, walające się po brudnym pomieszczeniu. — To wygląda na Wrzeszczącą Chatę.
— CO?! — pisnął Draco. — Tu są DUCHY! Potter, natychmiast mnie stąd zabierz, rozkazuję ci!
— Aał! Nie wrzeszcz mi do ucha, Malfoy! — zaprotestował Harry, czując, że zaraz popękają mu bębenki.
— O, czyżby nasi goście się przebudzili? — spytał ktoś radośnie od progu, a potem do pokoju wkroczyły dwie postacie. Już bez peleryn.
Harry i Draco wstrzymali oddechy.

*

— Weasley?!
— Fred?!
— Weasley?!
— George?!
— Co to ma znaczyć?!
— O co chodzi?!
— Spokojnie, spokojnie. — Fred (albo George) uniósł ręce, uciszając oburzonych i zszokowanych chłopców. — Wszystko w swoim czasie.
— Ale George... — zaczął Harry, czując się zdradzony.
— ... jestem Fred...
— ... dlaczego?!
— Ach. Ach — uśmiechnął się szeroko Fred.
— Widzicie — wtrącił uprzejmie George — chodzi o to, że po prostu musieliśmy was złapać.
— Dlaczego? — naciskał z rozpaczą Harry.
— Bo ładnie razem wyglądacie — oznajmił zadowolony Fred.
— A poza tym — dorzucił George, szczerząc zęby — to jedyny sposób, abyśmy dostali więcej specyfiku, dzięki któremu wytwarzamy nasz najnowszy wynalazek...
— ... którego niesamowite efekty mieliście okazję zaobserwować w pubie — dokończył podekscytowany Fred.
Zapadła chwila ciszy.
— Brak mi słów — stwierdził w końcu Harry.
— Wyjątkowo jestem ci za to wdzięczny — wymamrotał Draco.
Fred i George spoglądali na nich z niezdrowo błyszczącymi oczami.
— To już czas, prawda, Fred?
— Oczywiście, George.
— Ja bardzo przepraszam, że tak sobie pytam, ale na co właściwie jest czas?! — zapiał z przerażeniem Draco.
Harry podzielał jego zainteresowanie sprawą.
— Czas na papu — wymruczał Fred, wyjmując zza pazuchy butelkę błyszczącego płynu i gładząc ją pieszczotliwie.
Harry i Draco przełknęli ślinkę.
Wtem jednak rozległ się zgodny pisk dwojga damskich głosów.
— Nieeee! Zostawcie ich!
— Co wy im chcecie zrobić?!
Do pokoju wpadły zdyszane Pansy z Hermioną, trzymając się za ręce.
— Hermiona?!
— Harry!
— Granger?!
— Malfoy!
— Parkinson?!
— Potter!
— Pansy?!
— Draco!
Hermiona z płonącymi oczami wyciągnęła różdżkę i skierowała ją na Freda (albo George’a). Pansy zrobiła to samo z drugim bliźniakiem.
Harry i Draco przyglądali się z mimowolną fascynacją.
— Nie możecie im nic zrobić! — zaczęła gniewnie Hermiona.
— Potrzebujemy ich na prywatny striptiz! — dodała oburzona Pansy
Harry i Draco zgodnie przeczołgali się w stronę najbliższego kąta.
— Chwileczkę, chwileczkę, moje panie — zaczął zaniepokojony George (albo Fred). — Spróbujmy się jakoś dogadać...
— Was też możemy poczęstować... — dodał Fred (albo George) kuszącym głosem.
Hermiona tylko syknęła i już, już zaczęła wymachiwać różdżką, kiedy nagle zgięła się w pół, gwałtownie kaszląc. Obok niej Pansy robiła to samo.
— Eliksir przestaje działać! — zawołał z niepokojem Fred. Albo George. Któryś z nich, w każdym razie.
— Szit! — zaakcentował dobitnie drugi bliźniak.
Ale było już za późno. Dziewczęta równocześnie kaszlnęły ostatni raz, a potem kichnęły i z powrotem się wyprostowały, patrząc na siebie ze zdumieniem.
— Granger!
— Parkinson!
— Tak, tak, bardzo nam miło, że się znacie — rzucił Draco z przekąsem. — Heeloł, niektórzy tu są związani. To jest, w sensie jak najbardziej dosłownym, a nie metaforycznym, oczywiście. Nie, żebym narzekał, al...
— Harry! — zawołała Hermiona z ulgą, dostrzegłszy Harry’ego. Draco burknął pod nosem coś o lubieżnych impertynentkach. — Co tu się dzieje?
Harry wiedział, że nie mają dużo czasu. Trzeba było działać szybko.
— To DROPSY! — rzucił z rozpaczą i, ku jego uldze, Hermiona, posyłając mu uprzednio krótkie spojrzenie pełne grozy, zdała się natychmiast zorientować, co należy zrobić. Pewnym ruchem wykonała kilka machnięć różdżką, a bliźniaków momentalnie oplotły zgrabne sznury. Potem machnęła jeszcze raz i usta braci także zostały zakneblowane.
— Całkiem nieźle, Granger — rzekł Draco z uznaniem.
— Taaa — mruknęła Pansy, łypiąc na nią spod oka. — Okej, nie chcę wiedzieć, co robię tu ja i Granger, ale może chociaż wyjaśnisz mi, Draco, co robią tu oni i co wy tu...
Nie dane jej było jednak skończyć – we Wrzeszczącej Chacie nagle rozległy się kroki. Cała szóstka obecnych zamarła. (A ponieważ czwórka z nich i tak była już związana, efekt nie był zbyt powalający.)
Kroki powoli, powoli zbliżały się, a wraz z nimi równie powoli dosłyszeć można było dwa towarzyszące im głosy.
— Doprawdy, ciekawe miejsce na kielicha, Severusie — zauważył z niesmakiem głos pierwszy.
— Znasz jakieś lepsze? — spytał gniewnie głos drugi. — Mam tu schowany całkiem fajny zapasik. Może nie jest najładniej, ale przynajmniej cisza i spokój, nikt się niczego nie domyśla...
— Moja laska źle znosi takie warunki — ciągnął z przekąsem głos pierwszy.
— Zaraz ci powiem, gdzie ja mam twoją laskę — warknął głos drugi.
— ... Może lepiej nie mów — poprosił głos pierwszy po chwili ciszy.
W następnym momencie cisza zdała się odzwierciedlić wywrócenie oczami głosu drugiego.
— Ach, no i jeszcze — zaczął po chwili głos drugi z wyraźną ulgą — żadnych klonów...
— Jeszcze się nie otrząsnąłeś, biedaku? — spytał z rozbawieniem głos pierwszy.
— Nie wiem, co cię tak śmieszy — rzekł złowrogo głos drugi. — To dementi w ostatnim Proroku może i wykluczyło trójkącik, ale ośmielę się stwierdzić, iż...
Severusie — powiedział ostrzegawczo głos pierwszy. Dało się też słyszeć coś na kształt gniewnego stukania laską o dłoń.
— Sorry.
A potem drzwi otwarły się po raz trzeci i w pokoju znaleźli się Lucjusz Malfoy wraz z Severusem Snape’em.
— POTTER!
— Snape!
Potter!
— Malfoy!
— Profesorze!
— Panno Granger, panno Parkinson! Panie Malfoy!
— Profesorze Snape! Tat... ojcze!
— Draco!
— Weasley! Weasley!
— Weasleyowie!
Dwóch Weasleyów podjęło się dzielnej próby przywitania się poprzez knebel na ustach, ale z marnym skutkiem.
Chwila ciszy otrzeźwiła obecnych. Obecni spojrzeli po sobie z konsternacją.
— To staje się nudne — zauważył Draco uprzejmie. Harry chrząknął.
— Co tu się dzieje?! — warknął Snape.
— To dropsy — wypowiedział z naciskiem Harry kwestię, której mocy nie dało się zignorować. Rzeczywiście – Snape wzdrygnął się, na jego obliczu wyraz najczystszego horroru.
— Draco? — spytał wyczekująco Lucjusz.
— Obecne tu dwie Wiewióry — zaczął Draco grzecznie — jakimś cudem dopadły zapasu dropsów i wytworzyły eliksir, pod którego wpływem w pubie „Pod Trzema Miotłami” odbywa się teraz coś w rodzaju orgii. Pansy i Granger — (Hermiona i Pansy zgodnie oblały się rumieńcem) — też uległy jej czarowi. Dla większego dobra oszczędzę wam szczegółów. Niemniej, Potter zdecydował, że ktoś nas obserwuje i, ponieważ jest głupi, zdecydował również, że trzeba ruszyć za tymi ktosiami w pościg. I właśnie przez jego głu...
— Moją?! Moją głupotę?! — przerwał mu z oburzeniem Harry. — To był twój plan! I to przez nieg...
— ... przynajmniej okazał się skuteczny... — warczał groźnie Draco.
— ... bardzo skuteczny! Oberwać w głowę po raz kolejny w tygodniu i znaleźć się...
— ... to i tak twoja wina, nie wykręcaj się...
— KHM, KHM — przerwał im zgodny pomruk czterech głosów i dwóch chrząknięć zza knebla. Chłopcy zaróżowili się i demonstracyjnie przeczołgali tak, by być odwróconymi do siebie plecami. Czworo świadków tego zachowania w ładnym synchronie schowało twarze w dłoniach. Dwóch musiało poprzestać na wywróceniu oczami.
— Wróćmy do sprawy — poprosił Snape słabo.
— W każdym razie, pojmali nas i chcieli napoić tym świństwem, sugerując, że dzięki temu zdobędą kolejny ładunek dropsów — dokończył Draco wyniośle z wciąż obecnym różem na policzkach.
— Jeszcze więcej dropsów?! — zawołał Lucjusz ze zgrozą.
Snape warknął sobie dla ukojenia nerwów.
— Dosyć tego. Trzeba działać — stwierdził, siląc się na rzeczowość.
— Co zamierzasz zrobić? — spytał pan Malfoy niepewnie.
Snape sięgnął za pazuchę swojej niezastąpionej, czarnej pelerynki i wyjął stamtąd małą buteleczkę z przezroczystego szkła z równie przezroczystym środkiem.
Hermiona głośno wypuściła powietrze.
— Panie profesorze, to jest nielegalne!
— Czego Albus nie zobaczy, tego sercu nie żal — wycedził Snape z mściwym ognikiem w oczach. — Lucjuszu, trzymaj ich na muszce. Um, na różdżce.
— Wedle życzenia — zgodził się Lucjusz ze złośliwym uśmieszkiem.
Snape krótko machnął różdżką i więzy krępujące bliźniaków zniknęły. Momentalnie otworzyli usta, by coś powiedzieć, ale Lucjusz wymownie majtnął w ich stronę laską. Natychmiast zamilkli.
Snape zaaplikował po trzy krople Verisaterum każdemu z nich, a potem mruknął „Enervate”.
— Kto dał wam dropsy? — spytał groźnie.
— Dumbledore — odparły bliźniaki unisono.

*
kaś Offline


 
Posty: 11
Dołączył(a): 5 mar 2011, o 18:36

Postprzez Aevenien » 4 gru 2011, o 16:31

Moi drodzy, to już ostatni odcinek Naszej Drarrofety. Mam nadzieję, że zakończenie Was nie zawiedzie i że ta feta nie będzie naszą ostatnią. W związku z pewnymi komplikacjami natury technicznej opcja B została nieco zmodyfikowana, żeby dało się zakończyć fetę w jednym odcinku.
Dziękuję za wspaniałą zabawę wszystkim autorom i komentatorom, to co, zobaczymy się w następnej fecie? :P

Za nieocenioną pomoc, inspirację i błyskawiczną betę dziękuję kochanej Kaś
I przepraszam za spóźnienie.



Pierwsza (i do tego swego czasu Świąteczna) Drarrofeta pod kryptonimem, którego w zasadzie Jeszcze Nie Ustalono (choć "Atak Klonów" byłby chyba wcale niezły).


Odcinek szesnasty i zarazem ostatni, w którym cała ferajna udaje się do gabinetu dyrektora, Severus przypłaca tę wizytę załamaniem nerwowym, a prawda tak naprawdę wcale nie wychodzi na jaw. Nadchodzą święta, a Harry i Draco wręczają sobie prezenty. I w tym momencie nasza Feta dobiega końca, a Harry i Draco... cóż, sami zaraz zobaczycie.


***

Niczego niespodziewający się Albus siedział w zaciszu swojego gabinetu i z przyjemnością oddawał lekturze Migotliwego Światełka, robiąc notatki na marginesach. W jego lekko otumanionym dropsami umyśle — stan ten utrzymywał się w sumie przez większość czasu, ale w połączeniu z Migotliwym Światełkiem nabierał nowego wyrazu — kształtował się Plan. Tak dokładniej, Plan ten kształtował się już od jakiegoś czasu, a teraz zaczynał wchodzić w życie. Dyrektor czynił tylko poprawki i napawał się swoim Pomysłem. Jednak te chwile błogiego relaksu i samo-zachwytu przerwało głośne tupanie na schodach, walenie w drzwi, trzy rzucone niemal jednocześnie przekleństwa, łomot, który zadziwiająco przypominał dźwięk, jaki wydaje ktoś staczający się po schodach i w końcu głośne:
— Albusie, otwórz drzwi!
Dumbledore nikogo nie oczekiwał, ale w swej dobroci serca uznał, że może wpuścić niespodziewanych gości. Poza tym, wydawało mu się, że słyszy znajomy głos Severusa, choć przytłumiony przez odgłosy jakiejś kłótni i bliżej nieokreślone dźwięki.
Ku jego zdumieniu, kiedy tylko uchylił drzwi, został natychmiast przyciśnięty do ściany, a do pokoju wtargnęło sześć postaci, które wyglądały na żądne mordu. Interesujące było natomiast to, że każda z nich okazywała to w nieco inny sposób.
Na samym przedzie stali (a raczej przepychali się) Harry z Draconem.
Jak oni słodko razem wyglądają, rozczulił się Albus.
Draco krzyczał na Harry’ego, Harry na Dracona, aż w końcu zadziwiająco zgodnie wskazali palcem na niego samego i wrzasnęli oskarżycielsko: — To wszystko pana wina!
Tymczasem Lucjusz usiłował powstrzymać Severusa od rzucenia się na Albusa, choć trzeba mu było przyznać, że nie robił tego ze zbytnim zaangażowaniem. Rozwścieczony Mistrz Eliksirów mamrotał pod nosem jakieś klątwy i niezrozumiałe oskarżenia. W końcu jednak potknął się o laskę Lucjusza, która z pewnością gdyby mogła, byłaby tym faktem zdegustowana, i runął jak długi, niemal wpadając do kominka. Potrącił za sobą Hermionę, która właśnie zaczerpnęła powietrza, żeby wygłosić jedno ze swoich kazań umoralniających. Weasleyowie, którzy akurat wturlali się na górę, niemal od razu sturlali się z powrotem, zobaczywszy, co dzieje się w gabinecie. Ucichli jednak, kiedy oburzona Pansy zamachnęła się na nich różdżką. Z ogólnego harmideru łatwo dało się wywnioskować (co też Albus uczynił), że wszyscy jego goście bynajmniej nie mają przyjaznych zamiarów. Jednoznaczna chęć morderstwa, zabijanie wzrokiem, próba — która na szczęście się nie powiodła, musiał w odpowiednim momencie podziękować za to Severusowi — zagadania na śmierć i bliżej nieokreślone zamiary ze strony Dracona i Harry’ego (którzy po chwilowym zgodzeniu się w jednej kwestii kłócili się dalej). Tak, razem tworzyło to dość niebezpieczną mieszankę.
Albusowi przemknęła przez głowę myśl, że mógłby się chyłkiem wycofać i uniknąć zmasowanego ataku, ale przecież nie mógł zostawić na pastwę nic nie rozumiejących gości swojego ukochanego egzemplarza Światełka. Rzucił tylko smętne spojrzenie zachęcająco uchylonym drzwiom, po czym dzielnie stanął twarzą w twarz z kotłującym się tłumem.
Tłum tymczasem ostatecznie się przekotłował i uspokoił. Severus i Hermiona zaczęli podnosić się z podłogi, Lucjusz z niepokojem gładził swoją laskę, sprawdzając, czy się nie porysowała, Pansy pilnowała Weasleyów, a Harry i Draco najwidoczniej doszli do jakiegoś porozumienia (bo przestali się kłócić).
Albus uśmiechnął się do nich niewinnie i zachęcająco.
— Mogę wam w czymś pomóc? — spytał.
W odpowiedzi otrzymał przeszywające spojrzenia i upiorny dźwięk zgrzytających zębów.
— Rozumiem, że macie jakiś problem, moi drodzy, ale może tak jakieś szczegóły? — Popatrzył z nadzieją na znajdujących się najbliżej chłopców, z zadowoleniem zauważając, ze stoją bliżej siebie niż powinni.
Harry stwierdził, że powinien coś powiedzieć, więc krzyknął już po raz trzeci to samo słowo, pamiętając, że w poprzednich przypadkach odniosło zamierzony skutek:
— Dropsy!
Draco rzucił mu pełne wyrzutu spojrzenie i zabrał się za wyjaśnienia.
— Potter chciał przez to powiedzieć, że pańskie cytrynowe dropsy — swoją drogą, naprawdę smakują obrzydliwie — są przyczyną wszystkich naszych kłopotów. Jak pan mógł nas narażać na takie niebezpieczeństwo! Mogliśmy zginąć! Napastowały nas klony! Smith porwał i torturował! A na koniec ci wstrętni Weasleyowie zamknęli w tym brudnym i odrażającym pomieszczeniu. Mój ojciec się… — Draco przerwał nagle. — Ha! Mój ojciec już o tym wie, i mogę pana zapewnić, dyrektorze, że nie jest z tego powodu zadowolony.
Albus obrzucił Lucjusza zaniepokojonym spojrzeniem. Rzeczywiście wyglądał na rozwścieczonego, co objawiło się gniewnym postukiwaniem laską i lekkim napuszeniem włosów.
— Albusie! — zagrzmiał. — Co tu się dzieje? Dostałem wielce niepokojący list od mojego przyjaciela Severusa — tu machnął laską w kierunku Mistrza Eliksirów, nieszczęśliwie trafiając go i ponownie przewracając na ziemię.
Z okolic dywanu rozległo się stłumione przekleństwo i wzniósł tuman kurzu, ale zaaferowany Lucjusz nawet tego nie zauważył. Dalej gniewnie gestykulował laską, a przezorna Hermiona, zaraz, jak tylko dostrzegła zbliżający się w jej stronę przedmiot, przypadła do ziemi, odczołgała kawałek dalej, a potem, rozglądając się uważnie dookoła, wstała z podłogi.
— Kiedy niezwłocznie porzuciłem moje zajęcia i udałem się do Hogwartu, żeby zobaczyć, co się tutaj dzieje, zostałem narażony na oglądanie tych odrażających i nadpobudliwych klonów w bardzo jednoznacznych sytuacjach. Następnie razem z Severusem — znowu machnął w jego kierunku laską, ale Snape przezornie oddalił się już z pola rażenia, masując obolałe ramię i prychając, a także próbując wypluć kurz i kawałki dywanu — sporządziliśmy eliksir i po długich oraz żmudnych poszukiwaniach, zlikwidowaliśmy wszystkie klony. Ale oczywiście nie, to wcale nie był koniec naszych kłopotów. Potem reputacja mojej rodziny legła w gruzach przez ten straszny artykuł w Proroku Codziennym, oczywiście wysłałem już im pozew i żądanie wielocyfrowego odszkodowania za poniesione straty moralne i mentalne, ale nie raczyli się jeszcze odezwać, tchórze! A kiedy wydawało się, że wszystko już wróciło do normy i udałem się z Severusem ukoić zszargane nerwy do pewnego spokojnego, choć wątpliwej czystości miejsca, zobaczyłem ich! — Tym razem laska wskazała związanych bliźniaków, którzy wyglądali bardzo niewinnie i wpatrywali się w niego szeroko otwartymi oczami. — Porwali mojego syna! Na dodatek z Potterem, co mogło się tragicznie odbić na i tak już nadwyrężonej psychice mojego syna. Co masz na swoje usprawiedliwienie, Dumbledore? — Oczy Lucjusza rzucały złowrogie błyski, a laska drgała w radosnym oczekiwaniu.
Albus usiłował wyglądać na skruszonego, ale nie bardzo mu to wychodziło. Choć naprawdę się starał. Próbował popatrzeć na bliźniaków z naganą, ale jakże by mógł, skoro młodzi Wealeyowie z takim zapałem i oddaniem pomagali mu w realizacji jego Planu?
Draco i Harry, po długiej wymianie szeptów, którą Albus obserwował z rozrzewnieniem, zdecydowali się w końcu coś przedsięwziąć. Draco odchrząknął i poprawił włosy. Jednak zanim zdążyli się odezwać, uprzedziła ich Hermiona, stojąca obok Pansy. Najwyraźniej przebywanie w bezpiecznej odległości od Lucjusza i jego laski pomogło jej w końcu się pozbierać. Postanowiła uraczyć wszystkich monologiem oskarżająco-uświadamiajacym.
— Moim zdaniem, to wszystko wina bliźniaków — oświadczyła z charakterystyczną pewnością siebie. — Świadczy o tym wiele faktów, począwszy od tego, że są Weasleyami i mają rude włosy, co, jak naukowo udowodniono, jest w większości przypadków powodem niezdrowej nadpobudliwości psychiczno-ruchowej, która objawia się… — Niestety, po kilku zdaniach nikt już jej nie słuchał, choć niezrażona dziewczyna ciągnęła dalej.
W każdym razie, Albus wpadł na kolejny Pomysł. Otóż, żałując z całego serca i cierpiąc straszliwe męki, podjął decyzję, w imię wyższego dobra. Czyli: bezpieczeństwa Światełka i realizacji swojego planu.
— Panno Granger — przerwał łagodnie zaskoczonej dziewczynie. — Z bólem serca muszę przyznać pani rację. Rzeczywiście, wszystkie fakty wskazują na to, że to bliźniacy są winni całego zamieszania. Niestety, będę musiał was ukarać, chłopcy.
Fred i George, albo George i Fred popatrzyli na niego ze zdumieniem.
— Że co? — wrzasnął Fred. (Albo George).
— Że niby my?
— Że to nasza wina?
— Że jak?
— Chyba sobie pan żartuje, dyrektorze — oświadczyli w końcu razem.
Albus pokiwał smutno głową.
— Niestety, w obliczu tak doskonałych i przekonywujących dowodów — skinął głowę Hermionie — jestem zmuszony wyciągnąć jakieś konsekwencje.
Severus natomiast, wykorzystując to, że chwilowo nikt nie zwracał na niego uwagi, przemknął chyłkiem do biurka Dumbledore’a i, rozglądając się czujnie dookoła, otworzył leżący na blacie, niewinnie wyglądający brulionik.
Kiedy był mały, matka zawsze mówiła mu, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, a skoro on już dawno przekroczył tę granicę, co jak co, ale ciekawość nie mogła już mu w żaden sposób zaszkodzić. Niestety, myliła się. Severus z zaintrygowaniem zaczął czytać pierwszą stronę, tylko po to, żeby chwilę później paść zemdlony na podłogę.
Albus w tym czasie kontynuował:
— W związku z tym, że wasze występki były tym razem wyjątkowo poważne, myślę, że pomoc pani Pince przy skatalogowaniu naszego szkolnego księgozbioru będzie doskonałą karą.
Bliźniacy jęknęli rozdzierająco, Hermiona popatrzyła na nich z zazdrością, Harry i Draco nie bardzo rozumieli, co się działo, gdyż znowu się o coś kłócili, Lucjusz po chwili wahania aprobująco pokiwał głową, a Severus nic nie zrobił, bo leżał zemdlony na podłodze.
Kiedy wszyscy w końcu to zauważyli, od razu do niego podbiegli, a że koło biurka nie było zbyt wiele miejsca, o mało go nie stratowali. Potter, który wyprzedził po drodze Malfoya i ledwo wyhamował przy ręce Snape’a, został popchnięty przez rozpędzonego Dracona i naprawdę niechcący nadepnął nieprzytomnego Mistrza Eliksirów. Szybko zrobił krok do tyłu, przydeptując tym razem Lucjusza, który zamachnął się na niego laską, ale przy zamachu zahaczył nią o włosy Hermiony i nie mógł jej z nich wyplątać. Zrobiło się ogólne zamieszanie i dopiero po kilku minutach wszyscy się jako tako uspokoili. Albus z zatroskanym wyrazem twarzy uklęknął przy Severusie i lekko nim potrząsnął, a wcześniej, korzystając z okazji, ukrył Migotliwe Światełko w rękawie szaty.
— Severusie? — zapytał zaniepokojony i wymamrotał jakieś zaklęcie.
Snape otworzył oczy i potoczył dookoła błędnym spojrzeniem. Kiedy jego wzrok zlokalizował pochylającego się nad nim Albusa, odskoczył jak oparzony, a że tuż za nim znajdowało się biurko, wyrżnął głową o jego kant i zobaczył wszystkie gwiazdy. Gnany jednak desperacją i pogłębiającym się obłędem, stanął jakoś na nogach i chwiejnym krokiem próbował się oddalić. Lucjusz jednak przytrzymał go i popatrzył pytająco na Dumbledore’a. Albus pokiwał głową ze smutkiem.
— Cóż, obawiam się, że nasz biedny Severus nie wytrzymał napięcia sytuacji, a że już wcześniej był przemęczony… Myślę, że dwutygodniowy urlop zdrowotny doskonale by mu zrobił. Lucjuszu, mógłbym na ciebie liczyć?
— Oczywiście — zgodził się Malfoy senior i trzymając w jednej ręce laskę, a drugą podtrzymując Severusa, opuścił gabinet dyrektora i wrócił do Malfoy Manor, po drodze starając się przekonać przyjaciela, że jego syn nie jest w żadnym związku z Harrym Potterem, nigdy nie był i nigdy nie będzie. Snape jednak nie chciał się dać przekonać i jeszcze przez kilka dni bełkotał coś o końcu świata. Na szczęście, w czasie świąt wrócił już do siebie na tyle, że zaczął planować zemstę. Nie przewidział tylko, że po powrocie do Hogwartu zastanie nieco inną sytuację, niż mógłby się spodziewać.

***

W Hogwarcie wszystko się uspokoiło, a większość uczniów wyjechała na święta do domu. Zostało tylko kilkoro Puchonów i Krukonów oraz Harry i Draco, który nie miał najmniejszej ochoty spędzić świąt z niestabilnym emocjonalnie ojcem — który całymi dniami wymieniał sowy z prawnikami i dyrektorem Proroka Codziennego — i dochodzącym do zdrowia po załamaniu nerwowym Mistrzem Eliksirów.
W wigilię chłopcy spotkali się przy świątecznym stole i, z niejakim zakłopotaniem, w milczeniu wręczyli sobie zaskakująco podobne paczuszki. Z tym, że jedna zapakowana była w czerwony papier, a druga w zielony i jedna wstążeczka była złota, a druga srebrna. Popatrzyli na siebie ze zdziwieniem i zabrali się do rozpakowywania prezentów. Albus przypatrywał się im z uwagą, a na jego twarzy gościł błogi uśmiech.
Harry z niecierpliwością rozdarł papier, a potem wpatrywał się bez słowa w gustowną szczotkę do włosów, ze srebrną rączką i ładnymi zdobieniami. Zamrugał kilka razy i wybuchnął głośnym śmiechem. Draco rzucił mu urażone spojrzenie, ale w momencie, kiedy sam dokończył odpakowywanie prezentu i jego oczom ukazała się identyczna szczotka, sam zaczął się śmiać.
— Wygląda na to, że kupiliśmy sobie takie same prezenty — zauważył Harry.
— Rzeczywiście — zgodził się Draco.
— W takim razie, to chyba dobrze, prawda? — Harry popatrzył na Draco z nadzieją.
— Dobrze? — zdziwił się Draco.
— No bo — zająknął się Gryfon. — Skoro kupiliśmy sobie to samo, to znaczy, że wybierając te szczotki, sami chcielibyśmy takie mieć, to znaczy nie do końca, ale wydaje mi się, że… — Harry nieco się zaplatał.
— Harry — przerwał mu uśmiechnięty Draco.
— Tak?
— Rozumiem, o co ci chodzi.
— Naprawdę? — Harry przyjrzał mu się nieco podejrzliwie.
— Naprawdę.
— W takim razie… — Harry zawahał się i w końcu wyciągnął przed siebie nieco drżącą dłoń i spojrzał na Dracona z wyczekiwaniem i nadzieją. Draco nie wahał się ani chwili i szybko ją uścisnął, potrząsając lekko, a na jego twarzy pojawił się delikatny i szczery uśmiech.
Niepoprawnie romantyczny Albus powiedziałby pewnie, że głębia ich spojrzeń była niczym niekończąca się toń jeziora, że intensywność, z jaką się w siebie wpatrywali, przywodziła na myśl płonący wysokim płomieniem ogień, a żar w ich sercach ogrzewał bardziej niż można by sobie wyobrazić. Dyrektor dorobiłby do tego jeszcze odpowiednią scenerię — cichą, gwieździstą noc, blask księżyca i delikatne powiewy wiatru. Ewentualnie kojąco cykające świerszcze i płynącą w tle nastrojową muzykę. A potem nastąpiłby nieśpieszny i namiętny pocałunek, w którym chłopcy zatraciliby się całkowicie i zapomnieli o całym świecie.
Jednak prawda była taka, że chłopcy popatrzyli na siebie, uśmiechnęli się i w końcu, nieco niepewnie — i z niejakim zawstydzeniem — poklepali po plecach, co z boku wyglądało jak bardzo nietypowy uścisk, którym w pewnym sensie było. Odsunęli się od siebie po chwili, rumieniąc się lekko. Nie potrzebowali wielkich słów, których znaczeń jeszcze nie znali, ani żadnej scenerii i pocałunków. Wystarczało im to, że postanowili dać sobie szansę. Dziś wierzyli, że im się uda, choć nie wiedzieli, co przyniesie jutro. A wszędobylska Miłość miała już swoje plany, i, chichocząc cicho, patrzyła na nich z radością i zrozumieniem.
Co działo się dalej, wie doskonale każda fanka drarry, a zwolennicy hanny nie dopuszczają tego do świadomości. Albus dalej snuje swoje marzenia w zaciszu gabinetu, a ja chciałam powiedzieć, że w ten oto sposób nasza feta dobiegła końca. I wszyscy żyli długo i szczęśliwie :P


KONIEC
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Poprzednia strona

Powrót do Konkursy

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron