Drarrofeta świąteczna 2009

wydanie pierwsze

Prace konkursowe, głosowania, etc.

Postprzez Aevenien » 4 gru 2011, o 16:12

Już dawno obiecywałam wklejenie naszej pierwszej fety, wybaczcie, że dopiero teraz mi się to udało. Feta miała swoje lepsze i gorsze momenty, ale mam nadzieję, że przeczytacie z przyjemnością ;)
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez kaś » 4 gru 2011, o 16:12

Niniejszym wędruje do was pierwszy, Mikołajkowy odcineczek Drarrofety. Smacznego, siostry [i ewentualnie bracia] w obłędzie!:)

Pierwsza (i do tego Świąteczna) Drarrofeta pod kryptonimem, którego w zasadzie Jeszcze Nie Ustalono.

Odcinek pierwszy,
W którym Harry i Draco nieco niespodziewanie otrzymują Wskazówkę Od Losu pod postacią pewnego białobrodego, nobliwego czarodzieja, i niniejszym wstępują na Ścieżkę. Szczęścia, oczywiście, choć może jeszcze niezupełnie o tym wiedzą.



***

— Eee... szlaban? — wyjąkał Harry Potter, marszcząc w zakłopotaniu brwi i chyba po raz pierwszy w życiu wymieniając z Draconem Malfoyem spojrzenie podszyte czymś innym, niż nienawiścią — w tym wypadku niebotycznym zdumieniem.
— Szlaban? — powtórzył arogancko Draco Malfoy, w każdym calu przypominając rozpuszczone dziecko, którym oczywiście był. — Mój ojciec...
— Szlaban. Właśnie, panowie — przerwał łagodnie Albus Dumbledore, spoglądając pogodnie na siedzących przed nim chłopców. — Jestem pewien, że pański ojciec niewątpliwie miałby na ten temat coś ciekawego do powiedzenia, panie Malfoy — dodał z wyrozumiałą uprzejmością.
Draco poróżowiał lekko. Harry spoglądał na dyrektora z wytrzeszczonymi oczyma.
Zapadła ciężka cisza.
— To jakaś pomyłka — wykrztusił w końcu Gryfon niepewnie.
— Właśnie! — pisnął Malfoy.
Harry spojrzał na niego z konsternacją. Draco odkaszlnął.
— Mój ojciec się o tym dowie — podsumował ze złośliwą satysfakcją.
Dumbledore ziewnął dyskretnie.
— Oczywiście, panie Malfoy. O czym to ja... — podskubał chwilę brodę — Ach. Szlaban. No więc, pan, panie Potter oraz pan, panie Malfoy, pomożecie we dwójkę panu Fil...
— Ależ... panie profesorze! — wybuchnął w końcu Harry. — Ale za co ten szlaban?!
Dumbledore spojrzał na nich, tym razem samemu okazując pewne zakłopotanie.
— Khm, khm... Jak to „za co”? Za to, co zwykle. — Harry i Draco popatrzyli po sobie z narastającym poczuciem absurdu sytuacji. — To jest, khm... to nie może dłużej trwać.
— Że niby co takiego? — wycedził Ślizgon.
— E... właśnie? — dodał nieporadnie Potter.
— Wasze kłótnie, oczywiście — wyjaśnił Dumbledore w całej swojej niewinności.
Tym razem nawet Harry zaczął spoglądać na swojego dyrektora z pewnym niepokojem.
— Ale, panie profesorze... my nic nie zrobiliśmy.
— Jestem zmuszony zgodzić się z Potterem — przyznał z pewną niechęcią Draco.
Czy tylko im się zdawało, czy profesor sprawiał wrażenie nagle lekko zaniepokojonego?
— E... Ależ jak to „nic?”. Przypomnijcie sobie, moi kochani — powiedział z dziwną werwą.
Harry i Draco ponownie spojrzeli na siebie, tym razem z zastanowieniem.
— Ostatni raz wyzywaliśmy się bodajże przedwczoraj... — zaczął z namysłem Gryfon.
— Potter, ty głupku, czy ty nic nie potrafisz poprawnie zapamiętać? Oczywiście, że wczoraj, cztery minuty i trzydzieści sześć sekund przed eliksirami — wtrącił niecierpliwie Malfoy.
— No tak, no i nie wspominając oczywiście o samej lekcji eliksirów, ale to normalka... Zaraz, a jeszcze po obiedzie, przy drzwiach od Wielkiej Sali?
— Nie, to się nie liczy, tylko szturchnąłem cię w ramię, a ty spojrzałeś na mnie spode łba... Ale po kolacji, tak! Po kolacji, popatrzyłeś na mnie z takim uśmieszkiem, takim wiesz...
— ... aaa, no wiem. Niech ci będzie, ale ty po kolacji zacząłeś odgrywać przed Pansy moment, w którym upuściłem widelec podczas posiłku...
— ... o, to było niezłe... ale to wczoraj. Dzisiaj przy śniadaniu usiłowałeś dolewitować do mnie puchar z sokiem dyniowym...
— ... prawie mi się udało...
— ... udałoby się, gdybyś przykładał większą wagę do zaklęć, Potter, na Salazara, naprawdę potrzebujesz korepetycji...
— ... wielkie dzięki za radę, Malfoy...
— ... cała nieprzyjemność po mojej stronie, jednak potem minęliśmy się tylko raz, na korytarzu na trzecim piętrze...
— ... nieprawda, jeszcze szturchnęliśmy się na piątym, przed moją transmutacją...
— ... racja. Ale wychodzi więc na to, że my naprawdę... — zaczął Malfoy władczym, podsumowującym tonem.
— ... nic takiego nie zrobiliśmy? — dokończył za niego z wahaniem Potter, spoglądając niepewnie na dyrektora.
— Ależ to, tak, właśnie to! — zawołał z nagłą radością Dumbledore. — To się musi skończyć. Ta nieżyczliwość...
— Nienawiść — sprecyzował zimnym tonem Draco.
— Wrogość — poprawił oburzony Harry.
— Najwyższa pogarda... — ciągnął Malfoy, cedząc słowa.
— Obrzydzenie... — wyliczał Potter we wściekłym zapamiętaniu.
— I te twoje włosy... — dodał z niesmakiem Ślizgon, spoglądając na czuprynę Harry’ego.
Moje włosy? To nie ja używam tony żelu... — warknął Gryfon, czerwieniejąc.
— Ja przynajmniej znamionuję jakiekolwiek ślady użytkowania grzebienia, Potter — wycedził Draco przez zęby.
— Panie Potter, panie Malfoy. Nalegam — uciął tę rejteradę Dumbledore.
Chłopcy umilkli, patrząc na siebie z nienawiścią.
— Na początek... hmmm — zaczął dyrektor. — Ach! Tak, uściśnijcie sobie dłonie! — dokończył, promieniując dzikim szczęściem i miłością do całego świata.
Dumbledore był szalony.
— Co takiego!? — wybuchnął Harry.
— W życiu — warknął Malfoy.
— Moi chłopcy, nie macie wielkiego wyboru — uściślił łagodnie stary profesor. — Naprawdę nalegam. Wasza, hm...
— Niechęć? — podsunął z nadzieją Draco.
— Niezupełnie, panie Malfoy, niemniej jednak... wasza, hm, rywalizacja ma zły wpływ na kolegów.
— Myślałby kto — wymamrotał Harry.
— Harry — rzucił Albus Dumbledore karcącym tonem. — Do dzieła.
— On pierwszy — mruknął buntowniczo Harry.
— Po moim trupie. Masz atrament na dłoniach — wzdrygnął się Draco malowniczo.
— Cały wic polega na tym, że powinniście to zrobić jednocześnie — wyszczerzył się Dumbledore. — Może dropsa na rozluźnienie?
Chłopcy popatrzyli po sobie z rozpaczą.
— Ja nie chcę — pisnął w końcu Draco.
— Uczucie jest w pełni odwzajemnione — wymamrotał chmurnie Harry, patrząc na Malfoya spode łba.
Kilka sekund później, obydwaj wyciągnęli ręce w tym samym momencie, co wprawiło ich w straszne zakłopotanie.
— A teraz powinniście je uścisnąć — doprecyzował zachęcająco Dumbledore, kiedy dłonie Harry’ego i Dracona zwisały w powietrzu bezczynnie przez ładnych kilkanaście sekund.
Harry westchnął. Draco prychnął.
Uścisnęli sobie dłonie, szybko i z werwą, próbując w ten krótki, fizyczny kontakt włożyć całą tą jakże ogromną nienawiść, która ich łączyła, a potem — znów w tej samej chwili — przerwali to niezwykle ciężkie zadanie.
Harry zaczerwienił się. Draco poróżowiał.
— Brawo! — zawołał wzruszony Dumbledore.
— Może chusteczkę? — zapytał go zimno Malfoy, ze wstrętem wycierając nie mogąc być niczym brudną dłoń o powierzchnię szaty.
— Przynajmniej mamy to już za nami — stwierdził Potter z ulgą.
— Pierwsze koty za płoty — potwierdził radośnie dyrektor. — Trzeba to uczcić. Karaluchowy blok? A może troszkę piwa kremowego?
Ostatnie stwierdzenie profesora sprawiło, że Harry i Draco spojrzeli po sobie w nagłej komitywie.
— Coś tu nie gra — szepnął błyskotliwie Gryfon gdzieś do ucha Ślizgona.
— Dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart próbuje podać alkohol swoim własnym, nieletnim uczniom. Mój ojciec się o tym dowie — zapewnił go cicho Draco.
Harry obrzucił go spojrzeniem sugerującym, że jest dogłębnie wzruszony tym jego poświęceniem się słusznej sprawie.
— Niczego nie chcecie? Ależ nie szkodzi — odezwał się promiennym głosem Dumbledore. — Jak usiłowałem powiedzieć, wasz szlaban będzie polegał na pomocy panom Filchowi oraz Hagridowi w dekorowaniu świątecznych drzewek. Bez użycia czarów. Jutro od osiemnastej. A teraz zmykajcie, chłopcy. Pa!
Harry chwilę spoglądał na dyrektora w osłupieniu, za to Draco natychmiast zerwał się z krzesła i niezwłocznie rzucił do drzwi, jakby bojąc, że Albus Persiwal Wulfryk Brian Dumbledore mógłby nagle zmienić zdanie.
— Do widzenia — wykrztusił w końcu Gryfon i po chwili wyleciał z gabinetu za Draconem.
Gdy tylko drzwi się zamknęły, Albus sięgnął do szuflady po — lekko już wyświechtany — egzemplarz „Migotliwego światełka”*.
— Jakie to romantyczne — wykrztusił wzruszony, odczytując swój ulubiony fragment i zagryzając go cytrynowym dropsem.
Dla większego dobra i nie tylko, Harry Potter i Draco Malfoy niedługo dowiedzą się (oby), iż ich przeznaczeniem było wspólnie kroczyć Tęczowym Mostem*.

*

Harry niezwłocznie zbiegł po schodkach prowadzących do gabinetu, zatrzymując się dopiero przy strzegących wejścia kamiennych gargulcach, by — nieco spazmatycznie — zaczerpnąć oddechu. Obok Draco Malfoy z pasją oddawał się temu samemu zajęciu.
— Jemu dokumentnie odbiło — wykrztusił w końcu Malfoy głosem, w którym przebrzmiewała jakaś mimowolna fascynacja. — Bez wątpienia chce nas zabić. Mój ojciec się o tym dowie — podsumował nieprzyjemnie.
Harry wywrócił oczami.
— Wszystko przez ciebie, Malfoy — zaczął chmurnie. — Gdybyś potrafił…
— Gdybym że niby co potrafił?! — przerwał mu urażony Draco, mrużąc oczy.
— Być trochę bardziej…
— Trochę bardziej jaki?!
— Milszy?! — wybuchnął Harry. — Normalniejszy? Próbuję z tobą rozmawiać, a ty zawsze jesteś taki… jesteś taki… — zastanawiał się, łypiąc na Dracona spod zmarszczonych gniewnie brwi.
— Jestem po prostu genialny i nie możesz tego znieść — wtrącił z dumą Draco. Harry prychnął.
— Nieważne — wymamrotał po chwili, decydując się popatrzeć smętnie na swoje trampki. — To i tak nie ma sensu, ty widzisz tylko czubek własnego nosa…
Ja widzę czubek własnego nosa? A ty co niby robisz, Potter, z tą całą swoją sławą… — uniósł się Draco, a potem nagle przerwał, by zastanowić się nad tym, co właściwie przed chwilą usłyszał. — I właściwie, co takiego nie ma sensu? — spytał obojętnie.
Harry poczerwieniał i przeczesał ręką włosy.
— Myślałem… myślałem…
— Ty myślałeś? — przerwał mu rozbawiony Ślizgon. Harry obrzucił go niechętnym spojrzeniem. Malfoy uniósł ręce w niewinnym, obronnym geście. — Och, wybacz mą impertynencję, Złoty Chłopcze, Wybrańcze, Winkelriedzie Narodów i tak dalej, dokończ proszę i oświeć mnie.
— Że moglibyśmy… moglibyśmy chociaż… spróbować… odnosić się do siebie jakoś… i teraz ten szlaban… — plątał się Harry, błądząc spojrzeniem po wszystkim oprócz Dracona, gdyż najwyraźniej doszedł do wniosku, iż uprzednio zdecydowanie za bardzo ignorował fascynujące, kamienne i raczej brudne ściany i podłogi Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart.
— Chciałem ci powiedzieć, że nie przedstawiasz sobą żadnego sensu, co zresztą nie jest żadną nowością — poinformował go Draco.
— Malfoy! — zdenerwował się Harry. — Dzień bez obrażania jest dla ciebie dniem straconym, tak?!
— O, a jednak potrafisz czasem myśleć — zadrwił z uciechą Draco.
Nieważne — rzucił ze złością Harry. — Musiałem być szalony, chcieć… chcieć… rozejmu z tobą…
— Rozejm? Wy, Gryfoni, jesteście nienormalni. Co wiadomo nie od dzisiaj — wycedził powoli Draco. — Jakbyś zapomniał, Potter, to cię nienawidzę. Nie mogę na ciebie patrzeć. Idź się uczesać. Do zobaczenia jutro. — Z tymi słowami Malfoy odwrócił się i odszedł w stronę lochów. Harry spoglądał za nim, rzucając jeszcze: „Jak sobie chcesz”, a na jego twarzy wściekłość mieszała się z rozczarowaniem.


CDN.
* — ukłony dla dorgi!;)
kaś Offline


 
Posty: 11
Dołączył(a): 5 mar 2011, o 18:36

Postprzez Aevenien » 4 gru 2011, o 16:13

[Autor docelowy — Lady in Black]


Oto kolejny odcinek Świątecznej Drarrofety, której kryptonimu w zasadzie Jeszcze Nie Ustalono.
Odcinek drugi:
Szlaban rozpoczyna się i nawet Trochę Trwa, ale zostaje przerwany Straszliwą Wieścią, iż dostawa świątecznych (i wciąż żywych) indyków na równie świąteczny obiad zaginęła i Harry wraz z Draconem zostają oddelegowani do udania się wraz z Hagridem na Misję Odzyskania Indyków. Główni bohaterowie doprowadzają do pewnego zdarzenia. Jakiego? Przekonajcie się sami...



* * *

— Harry, pogramy dzisiaj po kolacji w Eksplodującego Durnia? — zapytał z wyraźną nadzieją Ron Weasley, rozsiadając się wygodnie przy stole Gryfonów i nakładając na swój talerz swoiste Mount Everest z tłuczonych ziemniaków. Ostatnio nie mieli w ogóle czasu, ponieważ w ciągu każdej wolnej chwili Hermiona męczyła ich obu pracami domowymi.
— Och, Ron, Harry i ty musicie napisać jeszcze esej na Eliksiry. Pogracie sobie w Święta — wymruczała panna Granger, podnosząc wzrok znad zwalistego woluminu, który właśnie czytała.
— Hej, to nie fair! Cały czas męczysz nas nauką, a my nie mamy nawet chwili wytchnienia. Ciągle tylko piszemy te piekielne wypracowania i uczymy się jak, jak... — zaczął jąkać się Gryfon niczym Neville wyrwany do odpowiedzi przez Snape'a.
—Jak normalni uczniowie, Ronaldzie — odpowiedziała ze śmiechem Hermiona, zatrzaskując głośno książkę, która krzyknęła w proteście.
— Eeee..., no tak, ale żaden normalny człowiek nie wytrzyma takiego tempa. Mogłabyś choć raz nam odpuścić. Proszę — jęknął Ron. — Proszę, proszę, proszę! Hermi, błagam... Już niedługo Święta, a my kuliśmy jak szaleni od początku roku!
— Och, dobrze. Ale tylko dzisiaj, ok.? — zastrzegła.
— Jesteś wspaniała! — wykrzyknął radośnie rudowłosy, całując zaskoczoną dziewczynę w policzek. Hermiona spłonęła rumieńcem, szybko wracając do czytania i z roztargnieniem dotykając miejsca pocałunku.
— Ron? — zaczął nieśmiało Harry.
— Mhm? — wymruczał z ustami pełnymi tłuczonych ziemniaków Ronald.
— NiebędęmógłdziśzTobąpograćbomamszlabanzMalfoyem — powiedział na jednym wydechu czarnowłosy. Bał się reakcji przyjaciela i jego wzroku mówiącego: Co? Szlaban? Tuż przed Świętami? I do tego z MALFOYEM? Harry, jak mogłeś?!
— Yyyy... Sze so?
— No więc, nie będę mógł z Tobą dziś zagrać, bo mam szlaban z Malfoyem o osiemnastej — powiedział lękliwie Harry. Tak jak podejrzewał, Ron zaczął jęczeć, jak mógł wpakować się w coś takiego tuż przed Świętami i do tego z tą "Ślizgońską fretką". Potter wytłumaczył mu bardzo powoli, iż to wcale nie jego wina oraz że w to wszystko wpakował go Dumbledore, tłumacząc się mgliście chęcią poprawienia stosunków między nim a Malfoyem.
— To wszystko wyjaśnia — mruknęła Hermiona.
— Wyjaśnia? Niby jak? Hermiono, Drops chyba nie wie, co robi. Pewnie dostaje jakieś choroby wieku starczego, czy coś w tym stylu. Przecież taki szlaban to idealna okazja dla Malfoya — ciągnął, obrzucając niechętnym spojrzeniem pozornie niewinnie wyglądającego Ślizgona — żeby znowu denerwować Harry'ego swoimi durnymi docinkami.
— Ron, Dumbledore chce skończyć z tymi ciągłymi przepychankami między Harrym i Malfoyem — odpowiedziała spokojnie Hermiona. — To po prostu zaczyna się robić irytujące i jest strasznie dziecinne. Wiesz, każdy musi w końcu wydorośleć, a taki szlaban to okazja do porozumienia, a nie kolejnej kłótni. Rozumiesz, wspólna praca pomaga w nawiązaniu porozumienia oraz zbliża ludzi do siebie. Bez podtekstów, Ronaldzie — powiedziała, widząc minę rudowłosego — A poza tym nie nazywaj dyrektora Dropsem, to niekulturalne.
— O Matko! — Weasley malowniczo uderzył głową w stół, przyciągając tym zniesmaczone spojrzenia innych Gryfonów. — Hermi, Malfoy to Zło Wcielone, Belzebub, Szatan czy jak wolisz Naczelny Ślizgon! On nie jest zdolny do ludzkich uczuć, a co dopiero do porozumienia. Biedny Harry, będzie musiał przebywać z nim w jednym pomieszczeniu i oddychać tym samym powietrzem albo co gorsza, pomagać mu. Właśnie, Harry, na czym, tak nawiasem pytając, ma polegać ten szlaban?
— Uhm, mamy dekorować razem z Hagridem i Filchem świąteczne drzewka bez użycia czarów — odpowiedział czarnowłosy. Szczerze mówiąc, wcale nie przeszkadzało mu, że ma szlaban z Malfoyem. W końcu będzie mógł zachować od niego bezpieczną odległość, dzięki której Ślizgon straci możliwość dogryzania mu.
— Nie jest tak źle — powiedział Ron po chwili zastanowienia — Zawsze mogłeś trafić do Lochów.
* * *
Następnego dnia, w czasie którego miał się odbyć szlaban, Draco i Harry jak zawsze przeszli przez swoje “rytuały”, tj. szturchanie przy mijaniu się, obrzucanie nawzajem niechętnymi spojrzeniami i w końcu krótka bójka przed salą Eliksirów. Dla wszystkich było to tak naturalne, że nawet nikt się nie przejmował, jedynie Hermiona, widząc ich zachowanie, kręciła z pobłażaniem głową. Szczerze mówiąc, Harry czuł się dziwnie, kiedy Ślizgon był chory, bo wtedy brakowało mu ich zwykłych uszczypliwości oraz przepychanek.
Teraz Gryfon podążał w kierunku Wielkiej Sali, gdzie mieli zacząć szlaban. Harry był już blisko celu swojej wędrówki, gdy coś usłyszał. To był głos. Kobiecy głos. "A Ty znajdziesz wreszcie wędrówki swej kres na Ścieżce Szczęścia, tęczowym blaskiem okraszoną". Hmmm... ciekawe, kto to jest i do kogo mówi. Brzmi trochę jak Trelawney, ale ona przecież potrafi tylko przepowiadać czyjąś niechybną śmierć.
Przyspieszył kroku, ponieważ chciał zobaczyć tajemniczą postać, lecz za zakrętem nikogo nie było. Rozczarowany doszedł w końcu do Wielkiej Sali, gdzie, opierając się nonszalancko o jej wrota, stał Draco Malfoy. Jak zwykle perfekcyjny w każdym calu — pomyślał gorzko Harry. On sam miał na sobie zwykły czarny podkoszulek i swoje ulubione sprane dżinsy, podczas gdy Ślizgon ubrał ciemnozielony sweter oraz idealnie skrojone, czarne spodnie.
—Potter, co się stało, że postanowiłeś zjawić się tutaj punktualnie? — zapytał z sarkazmem blondyn.
— Odwal się, Malfoy — mruknął od niechcenia, gdyż naprawdę nie miał dziś ochoty na sprzeczki.
— Potter, Malfoy, do środka — warknął na nich Filch, nadchodzący razem z Hagridem. Półolbrzym niósł ze sobą cztery około dwumetrowe choinki i uśmiechał się promiennie do czarnowłosego.
Chłopcy weszli do opustoszałej komnaty, wymieniając się w przejściu kuksańcami. Naczelny Konserwator Powierzchni Płaskich w Hogwarcie zarządził, że na początek postawią i ozdobią drzewka koło Stołu Nauczycielskiego. Każdy dekorował po jednej choince i ku uciesze Harry'ego to właśnie Draco miał z tym największe problemy, ponieważ nie mógł znaleźć w pudełku na ozdoby wystarczającej ilości srebrnych oraz zielonych świecidełek. Zabroniono im używać czarów, tak więc Ślizgon podbierał dekoracje od innych. Gryfon głośno parsknął śmiechem, gdy Filch nasłał na Malfoya Panią Norris, zmuszając arystokratę do schowania się za posągiem Świrusa Poczciwego. Dopiero po piętnastu minutach dobrej zabawy, woźny odwołał kota. Od tej pory blondyn pracował naburmuszony oraz zmuszony do wieszania bombek innych kolorów, niżeli w jego domowych barwach. Harry'emu w pewnym momencie przypomniały się zasłyszane w holu słowa: “A Ty znajdziesz wreszcie wędrówki swej kres na Ścieżce Szczęścia, tęczowym blaskiem okraszoną”. Zdanie poniekąd odnosiło się do sytuacji, w której się znajdował: na końcu Wielkiej Sali oświetlone migotliwymi płomykami świec drzewka mieniły się feerią kolorów, a na ich tle stała samotna postać, której platynowe włosy odbijały barwne światło. Tak, Malfoy z całą pewnością jest osobą, ku której wytrwale dążę, pomyślał ironicznie Gryfon, wciąż spoglądając na Dracona.
— O cholibka! — wykrzyknął Hagrid, patrząc na swój zegarek — Jest już prawie dziesiąta. Lepiej zmykajcie do dormitorii, bo zarobicie kolejny szlaban. Jutro spotkamy się tutaj o tej samej porze.
Chłopcy pokiwali głowami i szybko wyszli z komnaty, zapewne w obawie, że może zostaną jeszcze zmuszeni przez Filcha do chowania pudełek z ozdobami.
— Dobranoc, Potter — powiedział Malfoy z krzywym uśmieszkiem.
— Dobranoc, Malfoy — odrzekł czarnowłosy — Życzę miłych snów z Pansy w roli głównej — dodał, na co Draco zaczerwienił się lekko i odparł:
— Nie wiedziałem, że jesteś aż tak niedomyślny Chłopcze —Który —Przeżył —By —Mnie —Gnębić — sarknął Ślizgon, w duchu śmiejąc się z jego niewiedzy. — Lepiej nie spóźnij się jutro. Nie mam zamiaru odrabiać przez ciebie jeszcze więcej roboty dla skrzatów.
—Nie martw się, Malfoy — wycedził Harry i odszedł w stronę Wieży Gryffindoru. Dracon skrzywił się nieznacznie, po czym skierował swoje pełne dumy kroki do Lochów.
* * *
Kolejny szlaban z Filchem i Hagridem nie przebiegał już w tak spokojnej atmosferze, co poprzedni. Woźny zmusił Harry'ego oraz Draco do wspólnego ubierania choinek przy stole Gryfonów. Ślizgon w całej swej przebiegłości układał bombki tak, by przedstawiały obraźliwe dla wychowanków profesor McGonagall frazy typu: “Bóg obdarował Gryffindor jednym mózgiem na dziesięć osób”. Właśnie z powodu takiego sloganu Harry zmienił kolor włosów Malfoya na malinowy róż, zaś ten włożył mu do nosa ozdobę w kształcie renifera. Koserwator Powierzchni Płaskich zaczął sarkać na ich głupotę, dając upust swym emocjom poprzez kopnięcie z całej siły masywnej, drewnianej nogi od stołu, co (jak się okazało) nie było zbyt mądrym pomysłem, bo po chwili jęczał z bólu. Hagrid starał się wyciągnąć bombkę z przegrody nosowej Gryfona, lecz ta nie miała nawet najmniejszego zamiaru się wydostać. Malfoy z kolei usiłował usunąć z głowy ten piękny, krzykliwy kolor, ale nadaremno. Harry poczuł dumę, widząc wyniki swojego sprytu (Eee, no dobra, Ron dostał to zaklęcie od bliźniaków i nauczył go przyjaciela, ale nieważne). Nagle do komnaty wpadł Dumbledore, odciągnął na bok półolbrzyma i żywo gestykulując, zaczął mu coś tłumaczyć. Z każdym słowem dyrektora Hagridowi coraz bardziej rzedła mina. Po chwili podeszli do pozostałych.
— Harry, Draco — nauczyciel zwrócił się do chłopców — zaistniał pewien problem. Mianowicie zaginęła dostawa indyków na bożonarodzeniowy obiad.
— Dlaczego nam pan to mówi, profesorze? — zapytał z dziwną miną Malfoy. Czuł, że coś się święci, tylko nie wiedział jeszcze co. Spojrzał na Pottera. On także wpatrywał się badawczo w Starego Dropsa.
— Chodzi o to, że pomyślałem o zmianie waszego szlabanu na coś trochę innego — odparł spokojnie dyrektor. — Wybierzecie się wraz z Hagridem do Indyczego Lasu w celu wyjaśnienia całej sytuacji. Zrobiłbym to sam, lecz mam teraz naprawdę wiele innych spraw na głowie, których nie mogę odłożyć na potem.
— Gdzie mamy jechać? — zadał pytanie skonsternowany Gryfon
— Do Indyczego Lasu! Czy Ty jesteś głuchy, Potter? — odpowiedział zirytowany Ślizgon. — To takie miejsce, gdzie żyją Bożonarodzeniowe Indyki, które potem trafiają pożerasz ignorując wszelkie zasady savoir vivre.
— Och, no tak. Nie pomyślałem — mruknął pod nosem (wciąż znajdował się tam renifer) czarnowłosy.
— Wcale się nie dziwię, w końcu ty w ogóle nie myślisz — roześmiał się Draco, na coHarry posłał mu mordercze spojrzenie, zdolne uśmiercić w powietrzu bahankę.
— Dosyć, moi drodzy! — zawołał Dumbledore, widząc, że obaj nastolatkowie szykują się do kolejnej kłótni. — Musimy omówić parę spraw. Po pierwsze powinniście się spakować; Hagrid powie wam, co będzie potrzebne. — Półolbrzym mruknął potakująco. — Po drugie od razu zastrzegam, że nie wolno wam używać przeciw sobie czarów i nie mówcie dokładnie innym, gdzie oraz po co się wybieracie. Nie trzeba niepotrzebnie siać paniki.
Draco zastanawiał się, czy nie powinien wspomnieć coś o tym, że nie ma zamiaru nigdzie się udawać, lecz stwierdził, iż z pewnością będzie ciekawiej, aniżeli na tych chorych szlabanach. W końcu mieli jeszcze dużo pracy, a jemu nie odpowiadało ciągłe wyciąganie ramion w tę i z powrotem.
Dyrektor spojrzał wyczekująco na chłopców. Ci skinęli w milczeniu głowami na znak zgody. Dumbledore uśmiechnął się promiennie i oznajmił:
— To wspaniale. Ach, sądzę, że lepiej nie rzucać się w oczy indykom, tak więc usunę wasze zbędne ozdoby — machnął lekko różdżką, a włosy Draco wróciły do poprzedniej postaci, zaś z nosa Harry'ego zniknął nieszczęsny renifer.
— Dziękuję — powiedział z wdzięcznością Gryfon.
— Tak, ja także — dodał po chwili ociągania Malfoy.
— Ależ nie ma za co, moi drodzy — odparł ciepło Dumbledore. — W takim razie, skoro wszystko już ustalone, pójdę do swojego gabinetu, dobranoc.
— Dobranoc — mruknęli Harry i Ślizgon równocześnie.
Po wysłuchaniu Hagrida, który powiedział im, co mają ze sobą zabrać, obydwaj udali się do swoich dormitoriów.
* * *
Z samego ranka, około godziny szóstej, zaspany Harry Potter szedł przez błonia w kierunku chatki Hagrida. Stał już przed nią (zapewne bał się wejść do środka) Draco Malfoy, trzymający w jednej ręce ciemnoszary plecak. Wyglądał dosyć rześko, jak na tą porę dnia, ale to zapewne sprawka kawy, którą namiętnie pijał. Harry nie przepadał niestety za tym napojem, tak więc jego oczy wciąż zamykały się niekontrolowanie. Na ramieniu ciążyła mu czarna torba, gdzie według wskazówek gajowego znajdowało się trochę jedzenia, parę rodzajów roślin (w razie, gdyby trzeba było polować na indyki), ciepła peleryna podróżna oraz kilka innych “drobiazgów”.
— Potter, myślałem, że zaspałeś — mruknął Ślizgon, patrząc na czarnowłosego.
— Specjalnie dla ciebie postarałem się przyjść na czas — sarknął Gryfon, posyłając Draconowi zirytowane spojrzenie.
Malfoy już otwierał usta, aby się odciąć, lecz z chatki wyszedł Hagrid.
— Dziń dobry. Dobrze, że już jesteście — powiedział rześko półolbrzym. — Chodźcie tu szybko, nie mamy zbyt wiele czasu, jesteśmy trochę spóźnieni — dodał.
Chłopcy podeszli do niego i ujrzeli na jego wyciągniętej dłoni biało —czerwoną lukrową laskę.
— To świstoklik od Dumbledore'a — stwierdził, widząc ich pytające spojrzenia. — Lepiej dotknijcie go, za chwilę się aktywuje.
Draco i Harry przyłożyli do przedmiotu wskazujące palce, starając się nawzajem się nie dotknąć. Po chwili oboje poczuli znajome pociągnięcie w okolicy pępka, a świat wokół nich zaczął wirować. Niecałą minutę potem znaleźli się na leśnej polanie. Draco przygniótł Harry'ego przy lądowaniu.
— Malfoy, ty słoniowata fretko — wydyszał czarnowłosy — złaź ze mnie, nie mogę oddychać.
— Tylko nie słoniowata fretko — odburknął lekko czerwony na twarzy Ślizgon, spełniając prośbę Harry'ego i otrzepując swoją szatę z niewidzialnych zanieczyszczeń.
— Chłopcy, chodźcie już! — krzyknął Hagrid, który zdążył dojść do bladego człowieka, wyglądem przypominającego indyka. Rozmawiał z nim, żywo gestykulując i wyjaśniając coś. Draco wraz Harry podeszli do gajowego.
— Bardzo mi przykro — mówił Pan Indyk, jak go nazywał w myślach czarnowłosy. — Wysłaliśmy naszego pracownika z tymi indykami dwa dni temu, lecz przepadł jak kamień w wodę. Szukaliśmy go wszędzie, ale po prostu zniknął. Niestety nie mogliśmy oddelegować kogoś innego, ponieważ mamy za dużo zamówień i, mówiąc szczerze, brakuje nam pracowników. Obawiam się, że jeśli chce nadal potrzebuje Pan tych indyków, musi je Pan sam upolować. Naprawdę bardzo przepraszam za niedogodności, lecz nic na to nie możemy poradzić.
— Ekhm, tak, rozumiem Pana — odparł wyrozumiale Hagrid. — Oczywiście możemy sami upolować te indyki, w końcu jest nas trzech.
— Och, to dobrze — odetchnął z ulgą Pan Indyk. — Pokażę wam, gdzie znajdziecie sprzęt.
Mężczyzna zaprowadził ich do małego domku, gdzie znajdowały się ciemnozielone kombinezony oraz tegóż koloru czapki.
— Proszę je ubrać, dzięki temu zwierzęta was nie zauważą — powiedział. — Potem skierujcie się na tą polanę i stamtąd pójdźcie do lasu — dodał po chwili i wyszedł.
— Malfoy, nie gap się na mnie — mruknął Harry, ubierając kombinezon.
Draco warknął coś w stylu “Wcale się nie gapię”, po czym odział się w swój. Strój Hagrida musieli powiększyć czarami. Następnie udali się do lasu. Tam Hagrid krótko wytłumaczył chłopcom, jak zwabiać zwierzęta (jednak na coś przydały się zioła z torby Harry'ego) oraz że wcale nie muszą ich zabijać, lecz jedynie ogłuszać. Gryfon odetchnął z ulgą, ponieważ naprawdę nie chciał mieć na sumieniu biednych indyków. Półolbrzym poszedł w prawo, zaś Harry i Draco w lewo. Mieli się spotkać na polanie za dwie godziny. Po półgodzinnej bezowocnej wędrówki blondyn miał dość.
— Potter, usiądźmy na chwilę. Nie czuję nóg — jęknął.
— Dobra. Możemy trochę odpocząć — przyznał czarnowłosy, siadając na mchu.
— Patrz, Potter — mruknął Draco, podnosząc coś z ziemi.
— To chyba jakieś figurki — stwierdził Gryfon, patrząc na znalezisko Ślizgona. Były to dwa małe posążki indyków, które, co było dziwne, mieniły się wszystkimi kolorami tęczy.
— Jak zwykle elokwentny — odparł arystokrata. — Tyle to nawet ja zdążyłem zauważyć. — Harry szturchnął go lekko w żebra.
— Ej, to boli! — jęknął. — Spójrz, jeden ma jakiś otwór na skrzydle, ciekawe, co jeśli włożę w go dziób tego drugiego... — zastanawiał się blondyn.
— Sprawdź — mruknął Potter.
Draco spojrzał na niego i zrobił to. Nagle oboje poczuli, że zasypiają...


Za betę dziękuję Osobie, Która Nie Chce Się Ujawniać :)
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Miss Granger » 4 gru 2011, o 16:13

Zapraszam na kolejny odcinek Świątecznej Drarrofety.

W poprzednim odcinku nasi bohaterowie trafiają do dziwnej krainy, w której zaskakuje ich błogi sen w środku rozmowy.


Kiedy Harry się ocknął, na początku nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Dopiero po chwili zaczął sobie wszystko przypominać. „Więc misja odnalezienia indyków jeszcze przed nami” — pomyślał zrezygnowany, po czym doszedł do wniosku, że widzi dość niewyraźnie. Zapewne podczas odpoczynku przysnął i okulary zsunęły mu się z nosa. Jeszcze nie do końca rozbudzony, postanowił wstać, lecz zorientował się, że to niczego praktycznie nie zmieniło, ponieważ nadal był wysokości pnia, na którym wcześniej się opierał. Spojrzał w dół, gdzie powinny znajdować się jego tors i nogi, ale zamiast tego dostrzegł jedynie mnóstwo piór. Przerażony opadł na kolana, a raczej opadłby na nie, gdyby je w ogóle posiadał. Wciąż nie doszło do niego to, co przed chwilą zaszło. Pierwszą myślą, jaka mu się nasunęła, był fakt całkowitego postradania zmysłów. Stwierdzenie, że jest pierzastym... CZYMŚ nie wchodziło w rachubę. „Może ktoś mnie upił, albo zaczarował, albo uderzyłem się w głowę o wystający pień” — intensywnie myślał Harry — "albo ten podstępny Malfoy coś wykombinował, aby mnie przestraszyć, albo... ja nie mogę być ptakiem” — podsumował cokolwiek rozpaczliwie.

Po godzinie albo dwóch przyglądania się stroszącym się na wietrze piórom, doszedł do wniosku, że wyglądały one jak na obrazie przedstawiającym indyki, który zobaczył przed wejściem na teren posiadłości. „Fantastycznie, przynajmniej wiem, kim, a raczej CZYM jestem. Jestem indykiem” — pomyślał Harry.
— INDYKIEM! — krzyknął, co sprawiło, że przeżył jeszcze większy szok, jeżeli to w ogóle było możliwe, ponieważ zamiast swojego głosu usłyszał cichy gulgot. „Jakie to logiczne, jestem indykiem, więc gulgoczę, gdakam, czy cokolwiek robię, na pewno nie jest to mowa ludzka ani nawet język wężów" — powiedział w myślach Harry, ponieważ nie chciał więcej próbować wypowiadać myśli na głos. — „Dlaczego to nie może być mowa wężów? Już zacząłem się przyzwyczajać, a poza tym wiem, że Malfoya zżerałaby zazdrość.” Uśmiechnął się w duchu. "Wątpię, żeby teraz zazdrościł mi faktu, że gulgoczę” — stwierdził zdesperowany Potter, po czym nagle coś zaświtało mu w głowie. „Jeżeli byłem z Mafoyem, to znaczy, że on tu gdzieś musi być! Czy on także zamienił się w ptaka? Czy cokolwiek innego. Dżdżownicę?” Ta ostatnia myśl sprawiła, że mimowolnie się uśmiechnął, wyobrażając sobie Ślizgona w roli dżdżownicy.

Postanowił się rozejrzeć, choć skupienie krótkowzrocznego indyczego wzroku nie należało do najłatwiejszych. Stanął niepewnie na swoich cienkich nóżkach, co niespecjalnie pomogło mu rozszerzyć pole widzenia, po czym zaczął się bacznie rozglądać. Może nie widział dokładnie tego, co znajdowało się obok niego, lecz wiedział, że to coś się porusza i wyraźne zbliża w jego stronę. „Łatwiej byłoby, gdybym miał okulary. I różdżkę. I nie stał na jakichś chudych patykach. A już w ogóle najcudowniej czułbym się, gdybym nie był ptakiem!” — rozpaczał Harry. Starał się skupić wzrok na przybliżającym się obiekcie. Teraz dopiero zdał sobie sprawę, że jako indyk słyszy całkiem nieźle, a że akurat w tej chwili słyszał dziwne dźwięki w stylu: „cip, cip, cip, cip”, to już zupełnie inna historia. I nagle doszedł do wniosku, że to COŚ, co było już całkiem blisko niego, było raczej człowiekiem, bardzo dużym człowiekiem, i najwyraźniej próbowało go do siebie zwabić. W pierwszej chwili irracjonalnie się ucieszył i dopiero gdy miał rzucić się w stęsknione ramiona przybysza, zdał sobie sprawę, że tym sposobem sam wpakuje się na świąteczny stół i nikt nawet nie zda sobie sprawy, że zjadł Harry'ego Pottera. Szybko odrzucił tę przerażająca myśl, po czym wpadł na kolejny genialny pomysł — ucieczka!

Nie myśląc przy tym wiele, wyprostowawszy swoje chude nóżki, pomknął w przeciwną stronę. Po drodze miał dość przykrą konfrontację z drzewem, ponieważ biegł prawie na oślep (było to spowodowane po pierwsze brakiem okularów, po drugie — jako indyk uciekał naprawdę szybko, przez co obraz przed oczami był jeszcze bardziej zamazany). Szczerze mówiąc, jeszcze nie do końca przyjął to wszystko do wiadomości, ale na razie wolał nie wgłębiać się bardziej w szczegóły i skupił się na omijaniu tego wszystkiego, co stawało mu na drodze, a co nie zawsze udawało mu się rozpoznać. Po pewnym czasie, wyczerpany, przycupnął pod wielkim krzakiem, który zapewnił mu tymczasowe schronienie. Gdy tak siedział pogrążony w swoich czarnych myślach, usłyszał niewyraźne i stłumione dźwięki, pochodzące spod sterty gałęzi leżących nieopodal. Oczywiście ciągnięty swoją wrodzoną ciekawością Harry postanowił sprawdzić, co jest źródłem tych nieidentyfikowanych hałasów. Gdy ostrożnie podszedł bliżej, zdał sobie sprawę, że coś, co wydawało te dziwne dźwięki, nie było niczym innym niż... drugim indykiem. Harry nie wiedział, skąd u niego ta radość wywołana spotkaniem z innym, w równym stopniu jak on okropnym indykiem. Już miał się odezwać, aby zwrócić na siebie uwagę, choć wiedział, że zamiast potoku słów z jego — z braku lepszego określenia nazwijmy to ustami — z jego ust popłynie szereg gulgotów, lecz przerwał mu żałosny lament:
— Oczywiście nie mógł wybrać innego stworzenia, no bo dlaczego niby akurat to i dlaczego nie zostawił mi chociaż moich włosów? Albo dłoni, tak! Moich białych dłoni z długimi palcami i nienagannie czystymi paznokciami. Och, moje paznokcie, chyba zaraz zemdleję. Mam tylko jakieś... pióra, na dodatek każde jest w innym kolorze i wygina się w inna stronę! Merlinie, dlaczego zgodziłem się iść z tym podstępnym wcieleniem zła, tym uosobieniem...

Harry dobrze wiedział, kim może być ów drugi indyk. Draco Malfoy we własnej... a raczej indyczej osobie. W tej dość przedziwnej sytuacji Harry pozwolił sobie na szczery uśmiech, a raczej na coś, co powinno być uśmiechem, lecz w wykonaniu indyka spowodowało li i jedyne wydobycie się z jego gardła stłumionego pół-gulgotu. Na ten dźwięk Malfoy podskoczył i odwrócił się w stronę Harry'ego. Przestraszony zaczął się cofać, gotów do natychmiastowej ucieczki. Gryfon pomyślał, że, znając Ślizgona, niedługo będzie mu czekać na ten akt desperacji, a nie uśmiechało mu się bieganie za przestraszonym Malfoyem po całym lesie z zamieram zapytania, co się wydarzyło, więc postanowił zareagować od razu.
— Malfoy, uspokój się to ja, Potter. Dobrze, że cię spotkałem, bo już myślałem, że... — Harry nie zdążył dokończyć wypowiedzi, gdyż Ślizgon rzucił się na niego całym swoim indyczym ciałem, zaczął go drapać i dziobać, nie dając mu dojść do słowa i wykrzykując coś, czego za nic nie dało się zrozumieć. Po chwili szamotaniny Harry'emu udało się odepchnąć rozjuszonego Malfoya i, łapiąc oddech, gdaknął:
— Możesz się uspokoić?! Nie wiem, czy zauważyłeś, choć raczej trudno jest tego NIE zauważyć, ale jesteśmy w podobnej sytuacji, więc zamiast się na mnie znienacka rzucać, może wyjaśnisz mi, co tu się tak naprawdę dzieje? — zapytał ze złością.
— JA mam ci wyjaśnić? Ty podstępny Gryfonie, to twoja wina i radzę ci szybko to wszystko odkręcić albo pożałujesz — odpowiedział rozwścieczony Ślizgon. — Mój ojciec się o wszystkim dowie!
— Dobrze, to może ja wyjaśnię. Budzę się, patrzę, jestem indykiem, za chwilę ktoś próbuje mnie do siebie zwabić i nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że właśnie szukał obiadu, więc uciekam, latam jak głupi po lesie i nagle znajduję cię w krzakach. Już się wszystkiego dowiedziałeś? — wyrzucił jednym tchem Harry. Draco zmieszał się nieznacznie, a przynajmniej tak się Harry'emu wydawało, gdyż nie bardzo wiedział, jak wygląda zmieszany indyk. Po momencie Draco podjął:
— Jeżeli nie ty, to kto nas w to wszystko wrobił? Ja miałem podobnie. Budzę się, patrzę, a obok mnie leży martwy indyk... — zaczął opowiadać Ślizgon.
— To byłem ja, idioto! I żyłem, tylko spałem — przerwał mu Harry.
— ...no to zacząłem uciekać. Znalazłem tu schronienie i tak sobie siedzę — dokończył Malfoy, rozglądając się wokół siebie, co wyglądało dosyć zabawnie.
— A raczej użalasz się nad sobą — podsumował Gryfon.
— Nie użalam się, to po pierwsze, a po drugie to ty pewnie jesteś z tej przemiany nieziemsko szczęśliwy, przynajmniej nie masz tej okropnej blizny i okularów oraz tej szopy na głowie, którą zwykłeś nazywać włosami — odciął się Draco. Harry już miał zripostować, gdy nagle usłyszał, że coś bardzo szybko zbliża się w ich kierunku. Usłyszał tylko spanikowane „Uciekamy” Mafoya znajdującego się już kilka metrów przed nim i pędzącego w stronę gęstych zarośli. Harry pomknął za nim. Gnali tak dłuższą chwilę, nie zwalniając tempa. Zasapany Harry, wciąż pędząc, wykrzyknął tylko do Malfoya, aby schronili się w małym wąwozie znajdującym się przed nimi. Draco porozumiewawczo kiwnął małą główką.

Gdy dobiegli do wąwozu, ani się obejrzeli, a znaleźli się w towarzystwie co najmniej setki innych indyków. Harry stracił orientację i zszokowany próbował odnaleźć Draco wśród dziesiątek indyków, które wyglądały tak samo jak on. Zaczął z całych sił nawoływać Ślizgona. Nie żeby przepadał za jego towarzystwem, lecz w tych okolicznościach powinni się trzymać razem i znaleźć wyjście z tej przeklętej sytuacji, a potem spokojnie będą mogli powrócić do standardowej nienawiści. Nagle poczuł, że ktoś mocno ciągnie go za pióra, próbował się wyrwać, lecz ten ktoś ciągnął coraz mocniej i mocniej, coś mówił, lecz Harry nie rozumiał ani słowa, nie słyszał nawet własnego głosu. Kiedy tak się wyrywał, nadal nawołując Malfoya, zorientował się, że leży we własnym łóżku, w wieży i, co najważniejsze, na powrót jest człowiekiem. Na początku z przerażeniem i szokiem wpatrywał się w twarz Rona, który potrząsał nim intensywnie.
— Stary, co z tobą? Wyglądasz, jakbyś ducha zobaczył. Koszmar, hę? Na początku się wierciłeś i coś mruczałeś, ale kiedy zacząłeś wołać tego... Malfoya — Ron zrobił wyraźny grymas obrzydzenia — nie chciałem, żebyś się dalej męczył, więc cię obudziłem.
— Dzięki, Ron — powiedział Harry, ocierając pot z czoła. W końcu miał ludzkie kończyny.
— Co, pojedynkowałeś się z Malfoyem we śnie? — dopytywał się Ron.
— Nie — odpowiedział Harry, jeszcze nie do końca rozbudzony, lecz z całego serca cieszący się, że to był tylko zwykły sen, bardzo realny, lecz tylko sen. — Malfoy był indykiem, tak jak j...
— Indykiem? — zdziwił się Ron. — Osobiście wolę go w roli fretki — dodał, po czym zabrał się do zakładania szkolnej szaty. Przed wyjściem na śniadanie powiedział: — Pamiętaj, Harry, że masz jeszcze do odrobienia szlaban z tą fretką. Czy tam indykiem.

Harry za pięć osiemnasta opuścił wieżę Gryfonów i udał się do gabinetu dyrektora. Nie poszedł, tak jak to wcześniej było ustalone, do Wielkiej Sali, ponieważ podczas śniadania dostał wiadomość od Dumbledore'a, aby najpierw stawił się u niego. Nie wiedział, czy Malfoy także otrzymał taką wiadomość, ponieważ nie było go na śniadaniu. Gdy skręcił w korytarz, prowadzący do gabinetu dyrektora, spotkał się z Malfoyem, który także zmierzał w tym samym kierunku. Gdy Ślizgon spostrzegł Harry'ego, uśmiechnął się. No dobrze, może to nie był uśmiech w ścisłym tego słowa znaczeniu, ale w porównaniu ze standardowym mordem w oczach to, że popatrzył na niego niemal życzliwie i uczynił grymas zbliżony do ludzkiego uśmiechu, było nie lada niespodzianką. „Z dwojga złego wolę go chyba w tej roli” — pomyślał Harry, nadal przeszczęśliwy, że nie jest już indykiem. Kiwnęli na powitanie głowami, po czym bez słowa ruszyli do gabinetu.

Gdy weszli, przywitał ich wesoły głos Albusa:
— Wszystkiego najlepszego z okazji zbliżających się moich ulubionych świąt — powiedział dyrektor, na co chłopcy mruknęli coś niewyraźnie w odpowiedzi.
— Jak ja uwielbiam te święta! Mnóstwo śniegu, kolędy — wymieniał dyrektor — nastrój, pudding, pieczone indyki… — Na słowo „indyki” Malfoy wydał z siebie dziwny pisk, po czym, nie wiedzieć czemu, popatrzył ze strachem na swoje dłonie. Harry popatrzył na niego zaciekawiony. "Czyżby Ślizgonowi także się coś przyśniło?" Dyrektor niczego nie zauważył i nadał ciągnął swoje wywody na temat różnych przysmaków: — I te wszystkie ciasta i ciasteczka, w szczególności babki. W tym roku chyba nie pożałuję sobie żadnych słodkości, ponieważ, nie uwierzycie, okazało się, że wszystkie moje zapasy słodyczy się przeterminowały. — Pokręcił z rezygnacja głową. — Najbardziej ubolewam nad stratą moich owocowych dropsów. Musiałem się natychmiast z nimi pożegnać, gdyż mogą po nich występować różne efekty uboczne. Sam miałem przykry przypadek, ponieważ nie mogłem się oprzeć i żal mi było wyrzucać ostatniego jabłkowego cukierka, więc, chcąc nie chcąc, zjadłem go. Zabawna historia — zaśmiał się dyrektor — wydawało mi się, że wszędzie widzę chodzące za mną czajniki, co stało się dość męczące po pewnym czasie. — Harry'emu zaświtała w głowie pewna myśl. „Czy to nie dziwne, że obaj z Malfoyem mieli podobne, jeśli nie takie same sny? I czy te jego przeklęte dropsy, którymi ich częstował, nie były za to odpowiedzialne?” pomyślał, po czym spojrzał na Malfoya, który widać też się nad czymś zastanawiał, gdyż spojrzał na Harry'ego znacząco. Gryfon pomyślał, że przy najbliższej okazji musi go o to zapytać.
— Ale wracając, chłopcy, do sprawy, dla której was wezwałem — przerwał rozmyślania Harry'ego głos dyrektora. — Chodzi mi o to, że... — chciał kontynuować Dumbledore, lecz jego słowa przerwało głośne stukanie do drzwi, które otworzyły się po chwili z hukiem. Do gabinetu wpadł zdyszany i wściekły Snape. Nie zauważając chłopców, którzy stali z boku, podszedł prosto do biurka Albusa.
— Mam już tego dość! — warknął wzburzony. — Nie zniosę tego dłużej, nie mam zamiaru być cholerna niańką i co chwilę ich uspokajać! Przed chwilą znowu widziałem Pottera i Malfoya urządzających sobie bójki na czwartym piętrze zaraz po tym, jak przegoniłem ich z Wielkiej Sali — dokończył Mistrz Eliksirów, łypiąc groźnie na Dumbledore'a. Dyrektor popatrzył na Severusa pytającym wzrokiem, nie mniej zdziwieni byli Harry i Draco. Gryfon nie wiedział, czy ma się śmiać, czy płakać. Z jednej strony Snape gotów był zrobić wszystko aby pozbyć się go ze szkoły, a z drugiej — teraz w końcu się wyda, że prześladuje on Harry'ego bez wyraźnego powodu. Na razie jednak Gryfon nie był w stanie zrobić niczego, więc tylko stał i wpatrywał się w profil Mistrza Eliksirów, wciąż wielce wzburzonego.
— Severusie, przykro mi, ale wydaje mi się, że zaszło jakieś nieporozumienie — podjął dyrektor, nadal wpatrując się dziwnym wzrokiem w swojego podwładnego — ponieważ, jeśli mnie wzrok nie myli…
Po raz kolejny przerwał mu donośny stukot. Albus, trochę zaskoczony, że po raz kolejny ktoś mu przerywa w taki sposób, nie zdążył nawet powiedzieć "proszę", gdy do gabinetu wpadło kilku Potterów i Malfoyów, kłócących się zawzięcie i krzyczących, że to oni są tymi prawdziwymi.

W gabinecie zapanował trudny do opisania chaos.


CDN.
Miss Granger Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 35
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 13:53

Postprzez Nefre » 4 gru 2011, o 16:15

Przepraszam, że tak szybko dodaję, ale w niedzielę i poniedziałek mogę mieć mało czasu, nawet baaaardzo mało, a nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdybym nie napisała tego odcinka, mając TAKIE warunki.

Kolejny odcinek Drarrofety Której Kryptonimu Jeszcze Nie Ustalono
A w nim Severus Snape składa wymówienie, które zostaje odrzucone. Tymczasem klony wydają sie być w całkiem dobrych stosunkach, wobec czego Draco i Harry zawierają rozejm, by powstrzymać to wszystko

* * *

Severus Snape wydał coś między kwikiem obrzydzenia i zaskoczenia, widząc tylu fałszywych Potterów. Jeden doprowadzał go do rozstroju psychicznego, nie mówiąc o dziesiątkach.
Wrzaski osiągnęły już punkt krytyczny i zaraz miały przebić barierę dźwiękową. Mistrz Eliksirów poczuł, że to dla niego za wiele. Że lata pracy, warzenia eliksirów, plucia jadem na prawo i lewo, pójdą na marne, bo on załamie się psychicznie.
Zdesperowany postukał niemniej zaskoczonego dyrektora w ramię i próbował przekrzyczeć chór oburzonych głosów.
— Dyrektorze! Albusie!
Prawdziwi Potter i Malfoy schowali się za żerdzią Fawkesa i ze zgrozą obserwowali przebieg wydarzeń.
— To efekt uboczny dropsów? — spytał Draco. — Bo jeśli tak, to mój ojciec dowie się o tym i każe pozamykać wszystkie mugolskie sklepy ze słodyczami! I… Merlinie! Czy moje włosy zawsze były AŻ TAK ulizane? Przecież wyglądam jak Snape w ładniejszej wersji!
Harry przewrócił oczami.
— Malfoy, w gabinecie znajdują się dziesiątki naszych klonów, a ty myślisz o włosach? — Zerknął na blondyna, który niezdarnie próbował poczochrać sobie włosy, ale tak, by nie roztrzepać ich zbytnio. — Ech, nieważne. Musimy coś zrobić — zadeklamował takim tonem, jakiego zwykle używał, gdy szedł Ratować Świat.
— Nie ma mowy — mruknął w roztargnieniu Draco, nadal próbując nadać sobie wygląd arystokratycznego bad boy’a. — Oni gotowi są zabić, żeby udowodnić, że są tymi prawdziwymi.
Tymczasem Severus Snape (który czuł, że zbliża się jeden z normalnych u niego wybuchów apopleksji), wyjął różdżkę i rzucił na wrzeszczące klony Silenco. Potem spojrzał na dyrektora z widocznym obłędem w oczach.
— Odchodzę — powiedział stanowczo. — Mam dość.
Od strony żerdzi doleciało ciche „tak!”. Severus zgromił wzrokiem Fawkesa, a ten zerknął na niego niewinnie. Dyrektor nie zmienił wyrazu twarzy. Nadal z zainteresowaniem wpatrywał się w klony, które patrzyły po sobie w niedowierzaniu. Otwierały usta, niczym ryby wyjęte z wody.
— Albusie. — Snape postukał nerwowo butem w kamienną podłogę. — Albusie, właśnie powiedziałem, że odchodzę.
— Severusie, po prostu weź głęboki wdech. Ja postaram się to wszystko wyjaśnić — odparł spokojnie dyrektor. Snape poczerwieniał na twarzy.
— Albusie, czy ciebie nie obchodzi fakt, iż w twoim gabinecie stoi prawie dwudziestu Malfoyów i Potterów?
— Faktycznie, to dosyć absorbujące…
— I dlatego właśnie mam zamiar odejść!
— Nie. — Dyrektor spojrzał na przełożonego surowo. — Zostaniesz tu i pomożesz nam z tym bałaganem. Czuję w tym czarną magię.

Harry wydał jęk zawodu i oparł się o komodę, całkiem zrezygnowany. Malfoy, z cichym „a chrzanić to”, porzucił próby poprawienia fryzury, uznając, że i tak jest najładniejszy z wszystkich klonów. Usiadł obok Harry’ego, ale w takiej odległości, by nie dotykać go nawet kawałkiem swojej wyprasowanej, wypranej i spryskanej perfumami szaty, która teraz była nieco sfatygowana. Ale nie narzekał. Pierwszy raz czuł, że robi coś… Coś fajnego. Bierze udział w nietypowej przygodzie. Zawsze zazdrościł Potterowi tego, że miał tyle przygód. A Malfoy, jak na Ślizgona przystało, takich doświadczeń się wystrzegał i żył komfortowo w swoim małym, bezpiecznym świecie.
— I co? — zaczął Harry, tonem, który nie wróżył, że będzie to neutralna konwersacja. — Czy twój ojciec dowie się i o tym?
Malfoy spojrzał na niego z ukosa, czego Potter nie dostrzegł, bo wpatrywał się z satysfakcją, jak jego klon nokautuje klona Malfoya.
— To, co się dzieje w gabinecie dyrektora, niech zostanie między nami — odparł Draco. — Zwłaszcza, że mam wrażenie, iż zaczynam wariować. To na pewno przez te dropsy.
— Teraz masz takie wrażenie? — sarkał Harry, jakby jad z Mistrza Eliksirów podstępnie spłynął na niego. — A nie miałeś takiego wrażenia, gdy ten szlaban się zaczynał? Gdy śniły ci się indyki? Gdy słyszałeś głosy i…
— Jakie głosy? — przerwał mu Malfoy, a w jego głosie słychać było jednocześnie strach i zainteresowanie. Harry machnął ręką.
— To nieważne.
— Potter, teraz WSZYSTKO jest ważne. — Draco zastanowił się. — Pamiętasz? Wspominałeś coś o rozejmie.
— Tak — burknął Harry. — A ty kazałeś mi spadać i… uczesać się.
— No, bo to by ci się przydało — zauważył Malfoy, taksując niechętnym wzrokiem jego fryzurę. — Ale nie o to mi chodzi. Żeby to przetrwać musimy… współpracować. — Niemal wypluł to słowo, jakby przyznawał się do czegoś okropnie wstydliwego.
Harry popatrzył na niego, zaskoczony, potem spojrzał na klony, westchnął, znowu popatrzył na Malfoya i skinął głową, po czym wyciągnął rękę. Draco zerknął na nią zdegustowany.
— Co ty robisz?
Harry wyszeptał pod nosem litanię o cierpliwość.
— Malfoy, w ten sposób normalni ludzie pieczętują umowę.
— Nie dotknę cię. A przynajmniej, nie twojej ręki. — Dodał, widząc, że żyła na szyi Harry’ego zaczyna niebezpiecznie pulsować. — Masz poobgryzane paznokcie, palce poplamione atramentem i… Sznyty? Tniesz się na grzbiecie ręki, Potter? No, i co tam masz napisane? „O, Weasley, kocham cię tak mocno, że to aż boli”?
— Zaraz ciebie coś zaboli — wywarczał Potter, mimowolnie chowając zaciśniętą rękę do kieszeni. Malfoy zachichotał, jednak potem wydał z siebie zduszony okrzyk i zbladł tak bardzo, że stał się niemal przezroczysty.
Harry odwrócił się i poczuł, że odbija mu się wczorajszym śniadaniem.

Klony, które jakoś pogodziły się z faktem, iż nie mogą mówić, siedziały teraz wciśnięte w kąt, obserwując dyrektora spode łba. Ale kilku z nich patrzyło sobie głęboko w oczy i uśmiechało się tak, jakby właśnie wygrali w mago lotka. Klon Malfoya zaczesał niesforny kosmyk klonowi Harry’ego, a ręce dwóch innych klonów stykały się opuszkami palców.
— Dyrektorze! — wrzasnął Malfoy, wynurzając się zza żerdzi. Fawkes zaskrzeczał głośno i spłonął ze strachu. Dumbledore oderwał wzrok od klonów i spojrzał na niego, lekko skonsternowany, jakby zastanawiał się czy ma do czynienia z prawdziwym Draco Malfoy’em.
— Panie Malfoy? To pan?
Draco sapnął z oburzeniem.
— Oczywiście, że ja! Razem z Potterem… — Spojrzał za siebie, jednak Harry’ego nie było. Siedział na podłodze i kurczowo obejmował kolana ramionami. — Och, wstawaj Potter! Jest w szoku — dodał szybko.
Severus z dziką satysfakcją, wymalowaną na twarzy, chciał zobaczyć, jak wygląda Potter w szoku, jednak powstrzymało go albusowe spojrzenie.
— Razem z Potterem — podjął Draco — postanowiliśmy zawrzeć rozejm, żeby zatrzymać to szaleństwo i…
Przerwał im odgłos dosyć nietypowy. Malfoy popatrzył w tamtą stronę, poirytowany, że ktoś mu przerywa, jednak widok, jaki ujrzał, dobił go ostatecznie.
Jego własny klon, jakaś mała cząstka Draco Malfoya, zbliżyła niebezpiecznie swoją cudowną twarz do twarzy Harry’ego Pottera!
— NIEEEEEE!
Wszystko odbyło się jakby w zwolnionym tempie. Draco rzucił się w tamtą stronę, odpychając na boki dwa inne, zapatrzone w siebie klony, i rozpaczliwie parł do przodu, starając się zapobiec nadchodzącej katastrofie.
Zarazki, zarazki, zarazki, krzyczał jeden głos w jego głowie.
To Potter, Potter, Potter, wtórował mu drugi.
Ojciec się dowie i zabije, dodał trzeci, co ostatecznie przekonało Draco, że musi temu zapobiec.
Zanim jednak dobiegł do owej bardzo zapatrzonej w siebie pary, coś pochwyciło go radośnie w ramiona.
— Smoczuś!
Draco zaczął dziko się wyrywać z objęć rozentuzjazmowanego klona Pottera, jednak ten trzymał go mocno i ani myślał puścić. Malfoy w akcie desperacji zawołał:
— Pooooteeeer! Ale ten prawdziwy, półgłówek ze sznytem na czole!
Harry otrząsnął się z letargu, mając w zamiarze dać Malfoyowi porządnie w pysk, jednak widząc go w objęciach swego klona, najpierw wytrzeszczył oczy, a potem parsknął śmiechem.
— Nie śmiej się, pinglarzu, tylko rób to, co wychodzi ci najlepiej i ratuj mnie! — zawył blondyn.
Harry jeszcze chwilę delektował się widokiem zrozpaczonego Malfoya, ale gdy jego klon spojrzał Draco czule w oczy i złożył usta do pocałunku, natychmiast przystąpił do akcji. Doskoczył do nich i odepchnął Harry’ego Numer Dwa, jak go nazwał w myślach.
Malfoy odetchnął głęboko.
— Szybciej się nie dało?! — wrzasnął, przyklepując nerwowo idealnie ulizane włosy.
— Nie ma za co — odburknął Harry i zwrócił się do dyrektora. — Panie profesorze, musimy coś zrobić, zanim to się rozprzestrzeni! To jest niesmaczne!
— Mamy czas świąt! — Albus rozłożył ręce. — Czas magii, miłości i przyjaźni! Czemu nie pozwolimy im spędzić Bożego Narodzenia tu, w Hogwarcie? — Dyrektor uśmiechnął się, zadowolony, że wpadł na tak genialny pomysł.
— Yyy, bo to nasze klony? — zasugerował Harry. — Na dodatek jakieś nieudane i lubieżne w inny sposób.
— Potter, nie używaj słów, których nie znasz — przerwał mu Draco. — Dyrektorze, pozbądźmy się klonów. Potter i ja, w ramach rozejmu, możemy nawet wspólnie rzucić zaklęcie.
Zanim dyrektor odpowiedział, w gabinecie wybuchło pandemonium. Klony rzuciły się do ucieczki, odpychając na bok wściekłego Snape’a. Próbowały ratować się przed zgubnym końcem ich krótkiej egzystencji.
Harry chciał własnym ciałem zabarykadować drzwi, jednak Malfoy w porę pociągnął go za szatę, a widząc pytający wzrok Pottera wyjaśnił, że robi to tylko w ramach rozejmu. Obydwaj zerknęli na dyrektora, w którego oczach płonęły te dziwne iskierki.
— I co teraz? — spytał Harry z bezradną miną.
Draco natomiast wyprostował się dumnie i rąbnął Harry’ego w plecy, po czym zadeklamował stanowczo:
— Zaprowadzimy tu porządek!
Dla mnie slash jest jak wódka - odurza, można się uzależnić i ma się potem gigant kaca.
Nefre Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 18
Dołączył(a): 8 lis 2010, o 18:42
Lokalizacja: Slasholand

Postprzez Amanda » 4 gru 2011, o 16:16

Kolejny odcinek...
… w, którym nasi bohaterowie próbując zapanować nad klonami lądują w Schowku Z Którego Trudno Wyjść, a w konsekwencji doprowadzają, do zajęcia Szkoły Magii i Czarodziejstwa przez wrogą armię.


Oblężenie, tak w skrócie można było opisać sytuację w jakiej w tej chwili znajdował się Hogwart. Klony dwójki najzacieklejszych wrogów, nie licząc konfliktu na linii Potter —Snape, hasało po szklonych korytarzach rozwieszając gdzie się tylko dało krzaki jemioły. Prawdziwi Potter i Malfoy przemykali się aktualnie pod ścianą jak James Bond z oszałamiająco piękną kobietą, ewentualnie nie mniej przystojnym partnerem, chociaż dla niewprawnego oka mogło to wyglądać na ucieczkę ale kto odważyłby się nazwać tę dwójkę tchórzami. Przemykali się więc jak para tajnych agentów. w związku czysto plutonicznym, starając się za wszelką cenę uniknąć kontaktu z porozwieszanymi na każdym kroku chabaziami. Nie należało to zapewne do zadań łatwych ponieważ ich przeciwnicy zadbali aby obwiesić wszystkie korytarze i wypełnić nimi każdą wolną przestrzeń. Przypominało to pole minowe, które w wielu mugolskich wojnach pochłaniało setki ofiar. Następując tutaj w niewłaściwym miejscu płaciło się czymś znacznie gorszym niż życiem czy kalectwem. Płaciło się pocałunkiem a sama myśl o tym napawała tak jednego jak i drugiego obrzydzeniem.
— Malfoy nie — warknął po raz nie wiadomo już który Harry ciągnąc towarzysza za ramię. Czasami zastanawiał się jak ten człowiek przeżył do tej pory, skoro przez całą długość korytarza nie zwracał uwagę na nic poza tym co było przed nim.
— Potter nie jestem psem a ty nie trzymasz mnie na smyczy żeby...
— Tak, tak wiem — przerwał mu. — Nie wiedziałem jednak, że tak ci śpieszno do całowania.
— A fe, nie bądź obrzydliwy, co?
— To popatrz w górę.
Spoglądając we wskazanym kierunku Draco zdał sobie sprawę, że omal nie wszedł pod jemiołę. Wzdrygnął się pokazowo.
— Pora by pokazać im, że z Draconem Malfoy'em się nie zadziera. Chcą wojny, będą ją mieć! — wykrzyknął buńczucznie. Jego towarzysz uniósł brwi.
— Jak to sobie wyobrażasz? — zapytał ruszając za pchanym rządzą zemsty chłopakiem, który już niemal biegł korytarzem. — Wparzymy tam, wyciągniemy różdżki i krzykniemy „Poddać się!”?
— Nie idioto. Krzykniemy „Avada Kedavra”. Oczywiście na twoje klony. Moje można przecież wychować i wytrenować.
— Ach, więc to niby moje demoralizują twoje, tak?
— A co myślałeś? Dusza Dracona Malfoy'a jest czysta i nieskalana.
Harry wyobraził sobie Ślizgona z aureolą nad głową i białymi anielskimi skrzydełkami. Uśmiechnął się pod nosem, bo szybciej przypiął by chłopakowi czarny ogonek, dorobił pokazowe różki a w dłoń włożył oręż w postaci lekko nadwęglonych widełek. Diabełek, wypisz wymaluj rezydent piekła. Wraz z tym obrazem jego, i tak wiele wytrzymująca psychika, dała sobie upust. Ryknął śmiechem, co okazało się najgorszym w dzisiejszym dniu posunięciem.

***

Wielka Sala przeżywała pandemonium. Klony zebrały cały Gryffindor i Slytherin gorliwie przekonując ich, że to oni, a nie tamci, są prawdziwi. Argumentowali to w sposób wieloraki, od podkreślania nienawiści, akcentowania uczuć przeciwników, bójki. Żadna z par nie przebierała w słowach czy czynach. Obrzucanie się wyzwiskami i krótki pojedynek na różdżki, który wykonała jedna z par był absolutnie wiarygodny jednak cały efekt popsuła inna, która nie wytrzymała i zaczęła się całować.
— Kłamiecie! — krzyknął Ron. — Harry by nigdy — wskazał dłonią na całującą się parę.
— Oczywiście, że nigdy to jest widome samo przez się — dodała Ginny. — Ma przecież mnie.
Jeden z klonów Malfoy'a roześmiał się.
— Nie pochlebiaj sobie, mój chłopak nie leci na rude ktosie bez osobowości.
— Dziewczyny są mało pociągające — dodał jeden z klonów Harry'ego.
— Może dla ciebie, ale nie dla naszego przyjaciela — prychnęła Ginny.
W tym samym momencie wszyscy usłyszeli głośny śmiech dochodzący zza zamkniętych drzwi. Jeden z tamtych spojrzał przez nie i krzyknął.
— Intruzi!
Draco i Harry zorientowali się, że zostali przyłapani. Odparli atak jednego ze swoich klonów zaklęciem i wbiegli do wielkiej sali prosto na członków swoich domów.
— Następni?! — jęknęła Pansy Parkinson.
— Może ci są prawdziwi — zasugerował Dean Thomas.
Większość ludzi uniosła brwi w niedowierzaniu. Ile już było tych domniemanie prawdziwych, którzy po dłuższym poznaniu zaczynali się albo całować albo obrzucać miłosnymi wyznaniami? Teraz każdy był sceptyczny co do prawdziwości któregokolwiek z Draconów i Harrych. Dwoje naszych szpiegów tymczasem zamiast wtapiać się w otoczenie by postępem podejść swoich przeciwników, kłóciła się co do tego kto zawalił wejście.
— Oczywiście, że ty. Gdybyś się się nie śmiał z nie wiadomo czego, to teraz my mielibyśmy przewagę a nie oni!
— Przyznaj się, nie chodzi ci o wejście! Zżera cię zazdrość, że nie byłeś w temacie. Pierwszy raz, ktoś pominął wielkiego Dracona Malfoy'a.
— Potter dobrze ci radzę, licz się ze słowami — syknął Ślizgon.
— Nie sycz na mnie, tak się składa, że tym językiem również władam całkiem biegle.
Sprzeczka tak ich pochłonęła, że nawet nie zauważyli kiedy zostali osaczeni przez własne kopie. Odkryli to kiedy zderzyli się plecami a wokoło siebie widzieli jedynie mnogą ilość swoich twarzy.
— Cudownie — sarknął Malfoy.
Harry nie zdążył nawet wyjąć różdżki kiedy jeden z pseudo Draconów rzucił się na niego. Gryfon niewiele myśląc zaczął okładać drugiego mężczyznę pięściami. Wywiązała się szamotanina, skutkiem, której po chwili tarzali się po podłodze. Wszystkie klony dopingowały swojego okrzykami „Jeszcze trochę i dobierzesz mu się do rozporka, ust, czy innej części ciała, względnie ubrania”, Malfoy za to marudził cały czas, że Potter jest za wolny, zbyt niedokładny, a sposób w jaki to robi jest mało humanitarny. Harry tymczasem odkrył, że jego przeciwnik jest tak jakby trudny do zniszczenia.
— To mnie przerasta. Nawet Voldemort jest łatwiejszy w obsłudze — warknął siedząc aktualnie na biodrach tamtego i przytrzymując go za włosy przy ziemi.
— Moje włosy — jęknął Malfoy.
— Nie twoje tylko jego — zauważył Harry.
Tę chwilową dekoncentrację wykorzystał przeciwnik chłopaka i zrzucił go z siebie przyciskając swoim ciałem do jego ciała. Na szczęście z pomocą naszemu bohaterowi przyszli jego przyjaciele. Walka rozgorzała na całego.

***

Masa ludzi jaka wydostała się z Wielkiej Sali siłą tłumu pchała ich na przód. Nie widzieli nic poza morzem głów i rąk. Wszyscy coś mówili przez co gwar był niesamowity. Wystraszona kotka siedziała na kociołku, elemencie dekoracji jakieś hogwarckiego posągu. Harry i Draco w kilku miejscach zlokalizowali powody całego tego zamieszania jednak były one zbyt daleko by zabrać się za ponowne wymierzanie sprawiedliwości i odegranie się za poprzednią porażkę. Harry oparł się o jakieś drzwi, które okazały się otwarte. Siła z jaką uczniowie parli do przodu wepchnęła go do środka. Zdążył jedynie pociągnąć swojego towarzysza niedoli za sobą. Czuł jak w ciasnym pomieszczeniu, które po zapachu zgnilizny i starego środka do czyszczenia okazało się być schowkiem, zaczynało brakować powietrza. Rozmyślał nad tym, że źle czuł się w małych pomieszczeniach, ale wiedział jednocześnie, że to dla nich szansa na przetrwanie kotłowaniny na zewnątrz.
— Potter będę niezmiernie wdzięczny jeśli przestaniesz dyszeć mi w szyję — warknął Draco patrząc się na niewyraźną postać przed nim.
— Nie dyszę, opanuj swoje urojenia, co?
— Sam sobie nie dyszę!
— Nienawidzę cię.
— Cieszę się, ja ciebie też, a skoro to już ustaliśmy możesz przestać dyszeć?!
— Nie dyszę!
Malfoy zmarszczył brwi i zaczął myśleć, ale wciąż dekoncentrował go oddech na jego szyi. Im bardziej starał się go ignorować tym bardziej go czuł. Apogeum osiągnął gdy doszło do tego kolano, które powoli wciskało się w jego krocze.
— Potter! — syknął.
— Co tym razem?
— Chcę mieć dzieci!
— A co ja mam do tego, nosić ich przecież nie będę. Nie jestem kobietą.
— Tego nie wiem, nie sprawdzałem, ale nie o to chodzi. Co twoje kolano do jasnej cholery robi tam gdzie go być na pewno nie powinno , co?
— Malfoy, nie wnikam w treści twoich marzeń erotycznych ale to na pewno nie moje kolano.
— Jeśli mój ojciec się dowie, to każe mnie wykastrować! Bierz więc to kolano.
— Ono nie jest moje!
Doprowadzony do ostateczności Harry wyjął swoją różdżkę i po chwili na jej czubku rozbłysło słabe, żółte światło. Okazało się, że to rzeczywiście nie on przyciskał kolano do najwrażliwszego punktu na ciele Malfoy'a. Był z nimi jeden z klonów, który patrzył na Ślizgona z lubieżnym uśmiechem. Draco krzyknął tak głośno, że Harry zaczął bać się o swoje bębenki i rzucił się do drzwi praktycznie wywarzając je z zawiasów. Pozostała dwójka pognała za nim.

***

W tej chwili dla Severusa Snape'a gabinet dyrektora Hogwaru był ostają spokoju. Klony Harry'ego Pottera doprowadzały go na skraj załamania emocjonalnego. Jego szpiega w szeregach samego Czarnego Pana pokonać miały magicznie wykreowane kopie małego Gryfona, które mało, że istniały sprowadzały młodego Malfoy'a na złą drogę. Jakby tego było mało dyrektor prawił mu właśnie herezję o tym jak można temu zaradzić.
— Albusie nie chcesz mi chyba powiedzieć, że jest tylko jeden sposób by to przerwać!
— Severusie, nigdy nie ma tak, że jest tylko jedno rozwiązanie. Poza tym, są święta.
— I co w związku z tym?
— Mugole mówią, że w święta nawet zwierzęta mówią ludzkim głosem.
— Póki pan Malfoy nie zacznie mówić po gryfońsku nie będę się martwił.
— Oczywiście Severusie.
Oczy Albusa Dumbledore'a rozbłysły i uśmiechnęły się do Mistrza Eliksirów w sposób, który nie wróżył nic dobrego.

***

Nasi bohaterowie tymczasem siedzieli ukryci na najwyższej wieży łapiąc oddech po niedawnej ucieczce. Harry przeczesał dłonią włosy i westchnął. Ten dzień był zbyt długi i zdecydowanie zbyt nienormalny nawet jak na kolejny w życiorysie Chłopca Który Przeżył. Najpierw sam szlaban i dziwaczne zachowanie dyrektora (bo niby jaka integracja z Malfoy'em), potem indyki i przedziwaczny sen, który o dziwo również musiał przyśnić jak jednemu tak i drugiemu, wreszcie zakochane w sobie klony, które przyprawiały go o ciarki. O schowku wolał nie myśleć, a może o nim właśnie powinien? Zresztą, teraz miało go interesować wyłącznie odnalezienie drogi wyjścia z całego tego bałaganu, nawet jeśli to będzie mały kompromis, zgodzi się nawet na malutką ugodę, zawieszenie broni. Ostatecznie wyjdzie nawet z białą flagą i rozedrze koszulę, jeśli ma to podziałać. Zamiast tego jednak cała jego uwaga była skupiona na tym, że rzeczone klony dybały na coś gorszego niż jego życie, one chciały jego cnoty, a przynajmniej jakiejś jej części utraconej z samym Malfoy'em.
— Niedoczekanie — mruknął do siebie.
— Od zawsze wiedziałem, że jesteś stuknięty ale teraz zaczynam się bać — zauważył Malfoy zdmuchując z czoła zabłąkany kosmyk włosów.
Harry przewrócił oczami i poluzował krawat.
— Poza tym jaką mam pewność, że siedzę z prawdziwym Potterem?
— Jeszcze się na ciebie nie rzuciłem, to chyba wystarczający dowód .
— A jaką mam pewność, że teraz tego nie zrobisz?
— Żadnej Malfoy, absolutnie żadnej — mruknął Harry uśmiechając się do niego z błyskiem w oku.
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez tinuviel » 4 gru 2011, o 16:19

Z góry Was przepraszam, że odcinek nie jest betowany, ale dosłownie przed paroma minutami skończyłam pisać. Ku mojemu przerażeniu cały piątek i prawie całą sobotę miałam zajętą, a gdy już wreszcie usiadłam, wen za Chiny nie chciał przyjść. Twierdził, że on ma już Święta i nie będzie pracował pod presją. Znalazł się, patrzcie go. Starałam się w miarę możliwości poprawić, ale na pewno nie wyłapałam wszystkiego… Mimo wszystko, miłego czytania!


Odcinek szósty,
W którym Draco odkrywa, że zgubił prawdziwego Harry’ego i nie jest z tego powodu zachwycony. Tymczasem Harry również popada w tarapaty.


Draco pod wpływem słów Gryfona cofnął się o dwa kroki.
— Rzeczywiście, bardzo śmieszne, Potter.
— Nie histeryzuj. Chyba umiesz rozpoznać swojego największego wroga, co? — Harry uśmiechnął się wyzywająco.
Ślizgon spojrzał na chłopaka nieufnie.
— Już niczego nie jestem pewien — mruknął.
— Ja za to jestem absolutnie przekonany, że ty jesteś prawdziwy.
— Bo jestem — odparł Draco, odruchowo poprawiając włosy. — Poza tym mnie się nie da skutecznie sklonować ani podrobić. Jestem absolutnie niepowtarzalny.
— Oczywiście — entuzjastycznie zgodził się Potter i Draco spojrzał na niego podejrzliwie. — Dlatego musimy coś zrobić, żeby pozbyć się naszych badziewnych podróbek — dodał szybko.
— Masz jakiś genialny plan w zanadrzu, specjalisto od ratowania świata? — Malfoy uniósł jedną brew i założył ręce na piersiach.
— Wydawało mi się, że to Ślizgoni są od genialnych planów — odparł niewinnym tonem Harry.
— To oczywiste. Tylko że my nie tracimy naszego cennego czasu na innych. Zajmujemy się tym, co w życiu najważniejsze, czyli sobą.
Harry ziewnął.
— Nie ziewaj, Potter, kiedy przemawiam, bo to niekulturalne — zdenerwował się Draco.
— Myślałem, że właśnie o to walczymy — odparł Gryfon.
— To znaczy, o co? O brak ogłady wśród uczniów Hogwartu? — Ślizgon popatrzył z niedowierzaniem na Pottera. — To jedna z tych rzeczy, o którą w tym domu wariatów akurat najłatwiej. Większość hołoty, którą Dumbledore tu przyjął, nie ma zielonego pojęcia o elementarnych zasadach savoir vivre’u.
— Miałem na myśli prawo do bycia dla siebie nawzajem niekulturalnym — wyjaśnił Potter.
— Jak zwykle nie nadążasz. Zawarliśmy rozejm, co oznacza tymczasowe zjednoczenie sił, w imię wyższego dobra. W tej chwili obowiązują zasady stanu wyjątkowego.
— To znaczy jesteśmy dla siebie mili i mówimy sobie po imieniu? — Zielone oczy błysnęły.
— Bez przesady — prychnął Draco.
— No, bo już się o ciebie martwiłem. Czyli możemy się zabierać do działania?
Czyli?
— Chodź, zaraz się przekonasz — odparł Potter i pociągnął Draco za rękę.
Kiedy tylko palce Gryfona, w przedziwny sposób splotły się z jego, Draco zrozumiał, że coś jest nie tak. A właściwie, że zupełnie wszystko jest nie tak. Po pierwsze dotyk ciepłej dłoni Harry’ego sprawił mu przyjemność, co wprawiło go w przerażenie. Kiedy zaś instynkt samozachowawczy kazał mu wyrwać się z niebezpiecznego uścisku, chłopak uniemożliwił mu to, wzmacniając chwyt. W tym momencie Ślizgon przestał w najmniejszym stopniu odczuwać przyjemność, ponieważ została ona wyparta z jego umysłu przez świadomość, że to coś, co ciągnie go za rękę, z pewnością Potterem nie jest! Choć cholernemu klonowi jak dotąd poszło całkiem nieźle, Draco był absolutnie pewny, że Harry Potter nigdy, przenigdy dobrowolnie nie wziąłby go za rękę. Szturchanie, popychanie i bijatyki to zupełnie inny rodzaj kontaktu fizycznego. Jednak coś takiego nie wchodziło w grę. Absolutnie. Ich pierwszy raz pod tym względem miał miejsce dokładnie wczoraj w gabinecie Dumbledore’a i zdecydowanie żaden z nich nie miał zamiaru tego powtarzać. No chyba że… Na Salazara, nad czym on się właściwe zastanawia?! Draco wzdrygnął się, przerażony tokiem własnych myśli i postanowił działać. Musiał pozbyć się klona i znaleźć prawdziwego Pottera! Natychmiast.

***

Tymczasem Harry wciąż od nowa analizował sytuację, w jakiej się znalazł. Szalone klony dybały na jego cnotę, a co za tym idzie na zdrowie psychiczne i życie. Na dodatek jednemu z nich, udało się go przechytrzyć i usunąć z drogi, jednocześnie rozdzielając go z prawdziwym Malfoyem. Gdyby jeszcze wczoraj ktoś powiedział mu, że będzie się z podobnego powodu martwił, wysłałby go expresem do Munga. Dziś jednak sytuacja uległa radykalnej zmianie i Harry niczego bardziej nie pragnął, jak ponownego spotkania z Draco. Cóż za ironia! Żeby jednak mogło do tego dojść, Ślizgon musiał najpierw zorientować się, że ma do czynienia z kolejnym klonem i zacząć szukać prawdziwego kolegi. Jak na razie Harry tkwił przywiązany do kolumny, w jednym z ciemnych zaułków korytarza, bez żadnych szans na dosięgnięcie swojej różdżki, którą podstępny klon wetknął mu za ucho. W pierwszym odruchu chciał krzyczeć, ale zaraz uświadomił sobie, w jakiej sytuacji by się znalazł, gdyby dopadła go dzika horda napalonych klonów. Wolał nie ryzykować. I liczył na to, że Malfoy wkrótce się zjawi.
Rzeczywiście po paru minutach usłyszał kroki i zza zakrętu wyłonił się Ślizgon, bez żadnego zbędnego towarzystwa. Harry’ emu ulżyło.
— Dobrze, że jesteś. Już myślałem, że zostanę tu na wieki.
— Nieźle się prezentujesz przywiązany do tej kolumny, wiesz, Potter?
— Daruj sobie — prychnął Harry. — Domyślam się, że dla ciebie to arcyzabawne.
— Powiedziałbym raczej: arcypodniecające.
— Malfoy, uspokój się, albo pomyślę, że jesteś kolejnym klonem. — Harry spojrzał na Malfoya z niepokojem. Jeśli to faktycznie klon, miał przerąbane. — Co z tamtym? — zapytał enigmatycznie, usiłując dociec, jak bardzo jego cnota jest aktualnie zagrożona.
— Spoko. Pozbyłem się go na wieży. Prawdziwego ciebie poznaję z kilometra, Potter. Nie tak łatwo mnie oszukać — zapewnił Ślizgon, zbliżając się do kolumny.
Harry poczuł mieszaninę ulgi i czegoś jeszcze. Nie potrafił wyjaśnić, skąd wzięło się to łaskoczące w żołądek ciepło. Chyba nie z zapewnienia, że Draco potrafi go rozpoznać? Albo, co gorsza, z tego utkwionego w nim, srebrnego spojrzenia. Co to za pomysł, w ogóle?!
Malfoy sięgnął po różdżkę Harry’ego i zachichotał.
— Widzę, że tamten Harry miał całkiem niezłe poczucie humoru — stwierdził.
— To był klon! Ja jestem jedynym Harrym w Hogwarcie — przypomniał Gryfon, spodziewając się usłyszeć jakiś docinek na temat przeświadczenia Wybrańca o swojej niepowtarzalności. Kiedy jednak nic podobnego nie nastąpiło, a Malfoy jedynie stał, wciąż wpatrując się w niego z niepokojącym uśmieszkiem, Gryfon poczuł jak tysiąc drobnych igiełek wbija mu się wzdłuż kręgosłupa. Nie było dobrze. — Malfoy, natychmiast mnie odwiąż! — zażądał.
— Nie jesteś zbyt miły, jak na sytuację w której się znajdujesz — zauważył Ślizgon i zrobił jeszcze jeden krok do przodu.
Puls Harry’ego przyśpieszył dramatycznie, a Malfoy wyciągnął rękę, w której trzymał różdżkę i za jej pomocą powoli odgarnął kosmyk włosów z czoła Harry’ego, odsłaniając bliznę.
— Malfoy, natychmiast przestań! — syknął Harry.
— Uwielbiam kolor twoich oczu, kiedy się złościsz — szepnął Malfoy, nachylając się nad uchem Harry’ego, który aż się wzdrygnął, czując ciepły oddech na swojej skórze.
— Co zrobiłeś z prawdziwym Draco?! — wrzasnął, próbując jednocześnie wyszarpnąć się z krępujących go więzów.
— Dlaczego uważasz, że nim nie jestem? — Chłopak przyjrzał mu się z zainteresowaniem.
— Bo nie jesteś — odparł twardo Harry. — Takie zachowanie nie jest w stylu Draco Malfoya.
— Czyżby? — Malfoy uniósł jedną brew. — Twój Malfoy nie lubi ci dokuczać? Nie robi czegoś, tylko dlatego, iż wie, że to cię denerwuje? A może nie sprawia mu przyjemności poczucie kontrolowania sytuacji i bycia górą?
Na chwilę zapadło milczenie.
— Wciąż uważasz, że zachowuję się inaczej niż zawsze?
Harry przełknął ślinę. Niby wszystko się zgadzało. Chłopak przed nim wyglądał dokładnie, jak Draco Malfoy. Jego zachowanie, patrząc na to wszystko pod tym kątem, również się zgadzało. A jednak… intuicja mówiła mu, że to nie on.

***

Pozbycie się klona Pottera było zdecydowanie najłatwiejszą częścią planu. Nie bez przyczyny Draco trafił do Slytherinu. Usuwanie z drogi przeszkód i niewygodnych towarzyszy nie stanowiło najmniejszego problemu. Nie miał jednak pojęcia, jak ślizgońskie doświadczenie ma mu pomóc w znalezieniu prawdziwego Gryfona w zgrai identycznych kopii. To zakrawało na absurd, że w ogóle musiał się tym przejmować. Właściwie powinien wymyślić jedynie sposób na pozbycie się własnych klonów i mieć święty spokój, ale coś w środku mówiło mu, że jedyną drogą do tego jest odnalezienie Harry’ego. Tylko razem mogą coś zdziałać. Na pewno nie miało to nic wspólnego z tym, że nagle poczuł się zagubiony i samotny, nie mając w zasięgu wzroku Pottera. Prawdziwego Pottera. Och, oczywiście, że nie miało, to niedorzeczne!
Usiadł na schodach i usiłował stworzyć jakiś prowizoryczny plan dalszego działania, ale zanim zdążył cokolwiek obmyślić, musiał salwować się ucieczką, bowiem banda sześciu napalonych Potterów rzuciła się na niego z piskiem.
— Smoczątko, chodź do Harry’ego! — nawoływał jeden z nich.
— Draco, najdroższy! — dołączył się drugi.
Draconowi zrobiło się tak niedobrze, że aż musiał się wesprzeć o ścianę w swoim schronieniu w małej niszy za zbroją. Pocieszył się za to stwierdzeniem, że w większości przypadków nie powinien mieć jednak problemów z odróżnieniem tych idiotów od prawdziwego Pottera. Nawet Złoty Chłopiec nie mógł być tak infantylny w okazywaniu miłości.
— Kochanie! — Głosy wyraźnie się oddalały i Draco właśnie miał zamiar głęboko odetchnąć, by pozbyć się mdłości, kiedy zobaczył, scenkę, która rozgrywała się po przeciwnej stronie korytarza.
Jeden z klonów Pottera był przywiązany do kolumny, a to co robił z nim jego własny klon… zdecydowanie przechodziło wytrzymałość Dracona! Zgiął się w pół i zwymiotował, po czym, czym prędzej opuścił przeklęte miejsce, w duchu dziękując Salazarowi, że przynajmniej nie słyszał, co się tam działo. Wystarczy mu, że ten obraz będzie go prześladował do końca jego dni.
— Pansy, muszę znaleźć Pansy — mruknął do siebie, usiłując się uspokoić po traumatycznym przeżyciu.
Odnalazł najkrótszą drogę do lochów i stanął przed wejściem.
Niecierpię dropsów! — wypowiedział hasło. Niestety kamień ani drgnął. — No jasne, zmienili je, spryciarze — warknął, uderzając pięścią w ścianę. I w tym właśnie momencie dostrzegł na niej coś obrzydliwego. Wielkimi literami w kolorach domowych Gryffindoru i Slytherinu ktoś starannie wykaligrafował krótki acz treściwy slogan: Harry & Draco forever i opatrzył go wianuszkiem serduszek.
— Ohyda! — podsumował z niesmakiem Draco, jednym ruchem różdżki czyszcząc ścianę.
Właśnie miał zawrócić i udać się do sowiarni, by napisać list do Pansy, gdy zjawił się jeden z ślizgońskich maluchów.
— Cześć — przywitał się z nim Draco, przybierając jeden z najmilszych swoich tonów.
— C—cześć — zająknął się chłopiec, przerażony widokiem starszego kolegi w złym humorze.
— Mam nadzieję, że pamiętasz hasło? — Draco uśmiechnął się z niebezpiecznym błyskiem w oku.
— T—tak. To znaczy nie — odparł malec, blednąc.
— To tak, czy nie? — zniecierpliwił się. Potrzebował jak najszybciej porozmawiać z Pansy.
— Nie wolno nam wpuszczać do domu żadnego Draco Malfoya, ani podawać mu hasła — wyrecytował szybko chłopczyk.
— Słuchaj… jak masz na imię?
— A—alan — wyjąkał mały z przerażeniem w oczach.
— Słuchaj, Alan. Zupełnie się z tobą zgadzam, nie możemy pozwolić, by nasz dom zalała powódź moich klonów. Ale ja jestem tym prawdziwym i bardzo potrzebuję wejść teraz do środka, rozumiesz?
— Pansy ostrzegała, że właśnie tak będziesz twierdził — odparł Alan, na którego twarzy pojawił się wyraz determinacji.
— I zapewne kazała ci mnie wpuścić do środka, prawda? — zapytał z coraz mniej kontrolowaną irytacją Draco.
Malec pokręcił głową.
— Zatem co kazała ci zrobić Pansy? — wycedził.
— Uciekać! — pisnął mały i już go nie było.
Draco właśnie miał za nim posłać grad przekleństw i jakieś wyjątkowo wredne zaklęcie, kiedy kamień niespodziewanie uskoczył, wypuszczając przekomarzającą się parę, która nawet nie zwróciła na niego uwagi i chłopak niewiele się zastanawiając szybko skorzystał z okazji.
— Witaj, Draco — przywitała go Pansy, która siedziała w fotelu przy kominku z książką i parującą filiżanką.
— Pansy, nawet nie wiesz, jak dobrze cię widzieć — westchnął Draco, opadając z wyrazem ulgi na kanapę.
— Och, nie wątpię. — Dziewczyna uśmiechnęła się z przekąsem.
— To naprawdę straszne! Trzeba jak najszybciej coś z tym zrobić — jęknął.
— Całkowicie się z tobą zgadzam — odpowiedziała.
Ton głosu przyjaciółki zaalarmował Draco. Zbyt dobrze ją znał, by nie wyczuć, że coś jest nie tak. Poza tym Greg i Vinc stanęli za dziewczyną niczym jej osobiści ochroniarze (skandal!), z dormitoriów zaczęli wychodzić inni Ślizgoni, a wszyscy gapili się na niego bezceremonialnie.
— Pansy, co jest? — zapytał.
— Ależ nic — odparła spokojnie, odstawiając filiżankę na stolik i prostując się w fotelu. — Po prostu jesteś pierwszym z Draco Malfoyów, który nas tu odwiedził, odkąd wszystko się zaczęło.
— Jestem jedynym Draco Malfoyem! — zawołał z wzburzeniem Draco.
— To, akurat, zaraz się okaże, mój drogi — odpowiedziała Pansy z błyskiem w oczach.

***

Sytuacja Harry’ego była naprawdę beznadziejna. Przywiązany do kolumny, pozbawiony różdżki, zdany jedynie na łaskę lubieżnego klona. Bezradny… Najbardziej jednak z wszystkiego przerażało go przeświadczenie, że cała sytuacja nie byłaby dla niego taka koszmarna, gdyby stał przed nim prawdziwy Draco Malfoy. Naprawdę chciał wyrzucić z głowy te przemyślenia, bo własne wnioski go przerażały, ale im bardziej się starał, tym natrętniej powracały. Tymczasem klon uwodzicielsko i delikatnie błądził różdżką po jego ciele.
— Nawet jeśli byłbym klonem, tak jak twierdzisz — rzekł cicho — to i tak byłbym odbiciem tego, kim jest prawdziwy Draco. Podzielałbym jego myśli, sądy i uczucia. Mogłoby zabraknąć mi czegoś, co on ma, ale nie miałbym niczego innego czy nowego.
Harry spojrzał w szare oczy z zainteresowaniem. To akurat było ciekawe.
— Z czasem, zależnie od okoliczności, mógłbym wykształcić własne cechy, na razie jednak jestem na to zbyt młody. Klony przecież czerpią wszystko od swoich wzorców, każdy to wie. A że są nieobyte w świecie, w którym egzystują jedynie od paru chwil, nie czują żadnych ograniczeń w wyrażaniu siebie. W przeciwieństwie do pierwowzorów.
Widać, pomyślał Harry z przekąsem.
— Tak byłoby, gdybym był klonem, ale ja osobiście czuję się zajebiście prawdziwy.
— Ale nie jesteś! — zawołał Harry, który mimo wszystko był tego absolutnie pewny. Draco Malfoy był kimś, kogo znał od kilku lat. Kimś, z kim, wbrew pozorom, spędzał bardzo dużo czasu. I komu poświęcał wiele uwagi. Chłopak, który stał przed nim, rzeczywiście na pozór wydawał się identyczny, ale w rzeczywistości był dla Harry’ego po prostu obcy.
— A jaki ty masz dowód, że jesteś prawdziwym Harrym Potterem? — Klon Malfoya zmrużył oczy, tak samo, jak zwykł to robić ten prawdziwy.
— Nie muszę mieć dowodów, po prostu nim jestem — odparł Harry.
— A ja mam takie samo przeświadczenie wobec siebie. I co ty na to Złoty Chłopcze?
— Wypuść mnie!
— O, nie — zaśmiał się krótko chłopak. — Nie sądzisz chyba, że odpuszczę sobie taką zabawę, prawda? Mam na ciebie wielką ochotę, lwiaczku.
— Ale ja nie mam ochoty na ciebie! — wrzasnął z desperacją Harry, odwracając gwałtownie głowę, w reakcji na zbliżającą się do niego twarz klona. — Jesteś tylko podróbką i brzydzę się tobą!
— A to ciekawe. — Klon cofnął się odrobinkę. — Przyznajesz więc, że w głębi duszy mnie pragniesz, ale potrzebujesz pewności, że jestem prawdziwy.
— C—co?! Nic takiego nie powiedziałem!

***

— Nie masz się czego obawiać — zapewniła Pansy, uśmiechając się uspokajająco. — Zrobimy tylko mały teścik.
Mały teścik? Już on jej pokaże, jak tylko to wszystko się skończy. Obłudny uśmiech wcale nie zbił go z tropu. Wystarczyło mu jedno spojrzenie na przyjaciółkę, by odgadnąć, jak świetnie się teraz bawi.
— Doskonale, zaczynajmy — warknął.
— Momencik. — Dziewczyna wstała i zgromiła wzrokiem młodszych Ślizgonów. — Dzieciaki! Do siebie! Ale już!
Przez krótką chwilę w pokoju wspólnym zapanował popłoch, ale po minucie zostali tylko nieliczni. Blaise i Daphne siedzieli na parapecie i rozmawiali o czyś przyciszonym głosem, Tracey pisała esej, ale zerkała na Draco od czasu do czasu, Theodore zaś czytał książkę i sprawiał wrażenie, że nie ma pojęcia o bożym świecie.
— Ulubiony napój? — zapytała Pansy.
— Ale…
— Zasady są proste: ja zadaję pytania, ty odpowiadasz — upomniała go. — Ulubiony napój?
— Likier z mandragory.
— Moje drugie imię?
— Hortensja — odparł Draco z uśmiechem satysfakcji.
Ze strony schodów do dormitorium najmłodszych Ślizgonek doleciał stłumiony chichot. Pansy ściągnęła groźnie brwi.
— Czy ja się nie wyraziłam dostatecznie jasno? — krzyknęła w tamtą stronę. — Lepiej sprawdźcie, czy nie ma was w łóżkach, albo naślę na was profesora Snape’a!
Na kilka sekund zapadła grobowa cisza, po czym dało się słyszeć tupanie bosych stóp na kamiennych schodach.
— Z kim potajemnie spotyka się w święta twoja mama?
— Z Andromedą.
— Twoje ulubione danie?
— Pudding bananowy.
— Dlaczego?
— Pansy…
— DLACZEGO?!
Draco westchnął dramatycznie.
— Bo to jedyna rzecz, jakiej nie tknie się Potter.
— Nazwa twojego żelu do włosów.
— Nie zdradzam sekretów swojej urody — prychnął Draco. — Przeginasz.
— Myślałby kto! — zachichotała Pansy, wyraźnie coraz lepiej się bawiąc. — Ulubiony przedmiot?
— Eliksiry.
— Dlaczego?
— Bo są ze Snapem.
— I?
— Mam najwięcej możliwości, żeby dogryźć Potterowi.
— Kto obecnie wygrywa w konkurencji „głupi dowcip”?
— Dwieście jeden do dwustu ośmiu dla mnie — odparł z dumą Draco. — W ostatnim tygodniu pomysłowość Pottera osiągnęła dno.
— Skąd mam wiedzieć, że ty to naprawdę ty?
— Bo jestem niepowtarzalny — oświadczył Draco, zaczynając tracić cierpliwość.
— Świetnie. — Pansy odetchnęła. — A teraz możemy się zająć odnalezieniem twojego Pottera.
Mojego?! Dlaczego mojego? — oburzył się Draco. — I co to w ogóle miało znaczyć? Myślisz, że możesz tak po prostu mnie sprawdzać?!
Pansy uśmiechnęła się olśniewająco.
— Oczywiście, że mogę. Powiem więcej: nie miałam wyboru. Chyba nie chciałbyś tu zastać hordy swoich klonów, prawda?
— Nie chciałbym, to fakt. Są obleśne. Dobrze, że się ubezpieczyłaś. A co z Potterem? Jak mamy go znaleźć?
— Oj, Draco, Draco… Co ty byś beze mnie zrobił?

***

— Nie dotykaj mnie! — wrzasnął Harry, teraz już nie na żarty przerażony swoim położeniem.
— Ależ, Harry, mam zamiar zrobić o wiele więcej niż tylko cię dotykać… — zaśmiał się cicho klon. — Coś, co nam obu sprawi przyjemność.
— Po moim trupie!
tinuviel Offline


 
Posty: 43
Dołączył(a): 1 lis 2010, o 17:54

Postprzez Aevenien » 4 gru 2011, o 16:19

Z góry przepraszam za jakość odcinka i za spóźnienie, ale święta i przygotowania do świąt naprawdę nie sprzyjają pisaniu. Mam nadzieję, że nie będzie aż tak źle, a jeśli tak, to ja i moje macki bardzo przepraszamy.
I bardzo dziękuję Mal za inspirację :*

W każdym razie Drarry Christmas!



Kolejny odcinek Drarrofety, Której Kryptonimu Jeszcze Nie Ustalono
w którym Harry samodzielnie uwalnia się ze szponów lubieżnego klona, Malfoy oddaje się poszukiwaniom, a chaos panoszy się po zamku coraz bardziej.



***

Draco prychnął głośno urażony, ale powstrzymał się od komentarza.
Uśmiechnął się zamiast tego z wyższością i pozwolił dziewczynie mówić. Jednak kiedy doszli do tego punktu planu, który wymagał opuszczenia przytulnego pokoju wspólnego Ślizgonów, Draco zupełnie wbrew sobie nieco pobladł. W końcu hordy klonów, z wyraźnymi nimfomańskimi* zapędami i pozbawione całkowicie jakichkolwiek zahamowań, szalejące po całym zamku niekoniecznie odpowiadały jego definicji „bezpieczeństwa”, nie mówiąc już o jego rozumieniu słów „nietykalność osobista”.
Pansy jak się okazało, miała przygotowany plan, którego głównymi założeniami było odnalezienie prawdziwego Pottera i względnie humanitarne neutralizowanie napotkanych po drodze klonów.
Draco przełknął ślinę, przybrał na twarz maskę obojętności i kiwając głową Pansy i Zabiniemu, ruszył pierwszy do wyjścia.


***

Harry Potter, tak dobrze znany ze swej odwagi, bynajmniej nie przypominał w tym momencie swojego odważnego „ja”, które najwidoczniej zmęczone nieustanną eksploatacją, postanowiło porzucić swojego właściciela na pastwę lubieżnego klona. Dlatego też Harry zamiast odważnie i głupio stawać czoła grożącemu mu niebezpieczeństwu pod postacią klona Malfoya, bladł z każdą chwilą coraz bardziej i niemal zaczynał się trząść ze strachu. Mimo to, w jego oczach błyskała jeszcze od czasu do czasu determinacja. Jednak wykrzyczana przed chwilą deklaracja wcale nie zabrzmiała tak pewnie jakby chciał.
Nieprawdziwy Malfoy uśmiechał się natomiast bardzo jednoznacznie i widocznie napawał się chwilą swojego triumfu. Jednak jako klon nie miał wykształconych pewnego typu zachowań. Na przykład dobrze rozwiniętej podejrzliwości. I oczywiście nie posiadał bazy doświadczeń prawdziwego Dracona Malfoya, co działało na korzyść Gryfona.
Harry myślał gorączkowo, jak znaleźć wyjście z wydawałoby się beznadziejnej sytuacji. I jak zawsze jego ślepe szczęście o nim nie zapomniało. Może jego odważne „ja” miało go dość i uciekło w siną dal, ale szczęście było bardziej wyrozumiałe i zlitowało się nad bezbronnym Gryfonem. Harry doznał olśnienia.
Z prawdziwym Ślizgonem ten pomysł nigdy by nie przeszedł, ale klon powinien dać się nabrać, myślał Harry z nadzieją. Co prawda wzdrygał się wewnętrznie na samą myśl tego, co zaraz zrobi, ale nie widział innego wyjścia.


***


Tymczasem w zamku panował — w tej sytuacji całkiem zrozumiały — chaos. Wszędobylskie klony panoszyły się nieustannie, oddając się przy tym często niestosownym czynnościom, gorsząc grono nauczycielskie i strasząc uczniów. Severus Snape, kiedy ochłonął już po początkowym szoku, postanowił wykorzystać nadarzającą się okazję i z dziką radością, choć nieco zielny na twarzy, odejmował punkty każdemu napotkanemu klonowi Harry’ego Pottera. Niestety jego zabawa szybko się skończyła, gdyż przyłapała go na tym McGongall i po ostrej reprymendzie, zwróciła wszystkie zabrane punkty i tylko mordercze spojrzenie Mistrza Eliksirów powstrzymało ją od odjęcia kilku punktów jego domowi. Inni nauczyciele reagowali na zaistniałą sytuację na różne sposoby. Przytłoczony ilością Potterów i Malfoyów Flictwick schował się w gabinecie i koił swoje nadwyrężone nerwy Ognistą. Hagrid zabarykadował się w swojej chatce z Kłem u boku, mając nadzieje, że klony nie zapuszczą się tak daleko, ale niektóre wykazały się niezdrową chęcią przebywania na łonie natury i zawędrowały nawet tam, zapewne spragnione romantycznej scenerii i blasku księżyca. Sybilla, która akurat wyjątkowo zeszła na kolację do Wielkiej Sali przeżyła załamanie nerwowe, była tak zszokowana, że na dłuższy czas zaniemówiła, a jej oczy stały się dwa razy większe, a okulary tylko potęgowały ten efekt. Kiedy w końcu odzyskała głos, zaczęła bełkotać coś o końcu świata, ale była tak wytracona z równowagi, że wróżby te wypadły niezwykle blado w porównaniu z jej wcześniejszymi przepowiedniami.
Dyrektor natomiast zachował spokój, nieśpiesznie zjadł kolację i udał się na przechadzkę po zamku. Uśmiechał się cały czas pod nosem, a w jego oczach migotały wesołe iskierki.
Jak oni słodko razem wyglądają, myślał rozrzewniony, spotykając coraz to nowe, bardzo zajęte sobą, klony.


***

Harry przełknął głośno ślinę i wziął głęboki oddech. Przedstawienie czas zacząć, pomyślał.
— Słuchaj, Draco — przerwał na chwilę, a klon popatrzył na niego z zaciekawieniem.
Harry ciągnął dalej — Wiesz, skoro tak nalegasz, to… w sumie… nie mam nic przeciwko.
Klon popatrzył na niego nieco podejrzliwie, ale szczery uśmiech na twarzy Harry’ego, spowodowany determinacją i pewnymi głęboko ukrytymi ślizgońskimi cechami, które najwidoczniej uaktywniały się w chwilach zagrożenia — pewnie dlatego Harry jeszcze żył, mimo swojej bezgranicznie gryfońskiej odwagi — sprawił, że klon rozpromienił się.
— Wiedziałem, że zmienisz zdanie! — wykrzyknął z entuzjazmem.
Harry uśmiechnął się szerzej i przystąpił do kluczowego punktu swojego planu.
— Tylko widzisz Draco, jestem przywiązany do tej cholernej kolumny, nie dość, że mi ręce zdrętwiały, to nie mogę cię nawet dotknąć…
— A gdzie chciałbyś mnie dotknąć? — wymruczał zmysłowo klon, oblizując usta.
Harry wzdrygnął się odruchowo. — Tu i ówdzie — wymamrotał. Najchętniej ówdzie, dodał w myślach.
Draco przysunął się do niego na niebezpiecznie bliską odległość. — Nie jesteś zbyt konkretny — stwierdził, unosząc brew. — Nie jestem pewien, czy mogę ci uwierzyć…
Ręka Ślizgona zaczęła błądzić po plecach Harry’ego, zataczając kręgi coraz niżej. Harry był pewien, że jeszcze chwila, a zacznie wrzeszczeć. Tylko, że cały jego plan ległby wtedy w gruzach. Bo jakoś nie wydawało mu się, żeby Malfoy uwierzył, że są to krzyki rozkoszy…
— To dlatego… — zaczął rozpaczliwie i wtedy spłynęło na niego olśnienie. — Dlatego, że jestem Gryfonem, wiesz niewinnym Złotym Chłopcem. Bardzo mnie pociągasz, ale…
— Ale? — Draco wydawał się być oburzony wahaniem Gryfona.
— Ja jeszcze nigdy… No wiesz…
Malfoy uśmiechnął się ze zrozumieniem i rzucił się do rozwiązywania więzów, z jeszcze większym entuzjazmem dotykając Harry’ego w miejscach, które bynajmniej nie stykały się bezpośrednio ze sznurami. Harry zacisnął zęby i czekał na właściwy moment. Kiedy był wolny, a ręce klona objęły go w pasie i już zaczęły przyciskać do siebie, uchylił się przed spragnionymi ustami i nie zastanawiając się dłużej, złapał Malfoya za włosy. Klon wrzasnął dziko z bólu i oburzenia. Harry wykręcił się z uścisku i odebrał mu różdżkę. Chwilę później obezwładniony klon leżał grzecznie pod ścianą, a na jego twarzy zastygł wyraz wielkiego rozczarowania. Harry otrząsnął się, usiłując wyrzucić z myśli, obraz tego, co się przed chwilą wydarzyło.


***


Trójka Ślizgonów, z zachowaniem odpowiednich środków bezpieczeństwa, udała się na poszukiwanie prawdziwego Pottera. I żaden z nich nie mógł do końca uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.
— Draco, na Merlina, co oni tam robią! Lepiej na to nie patrz. Ale to chyba nie jest prawdziwy Potter, co? Zobacz… albo nie, nie patrz, to obrzydliwe! — Pansy skrzywiła się z niesmakiem i szybko pociągnęła swoich przyjaciół na schody.
Dwa bardzo zajęte sobą klony nawet tego nie zauważyły i w dalszym ciągu zajmowały się sobą z niezdrowym entuzjazmem.
Po dwóch godzinach dalej byli w punkcie wyjścia. Przeszukali większą część zamku i nic. W pewnym momencie Draconowi wydawało się, że zobaczył prawdziwego Gryfona, ale sytuacja, w jakiej tamten się znajdował, przeczyła temu całkowicie. Mimo to Draco poczuł się nieco inaczej, kiedy na nich patrzył. Inaczej niż na widok innych klonów. Było to wysoce zastanawiające i co gorsza niepokojące, ale na szczęście lub nieszczęście, Draco nie miał czasu tego przeanalizować.
Poza tym przeżywał głęboką traumę, bo Pansy, owszem, znalazła sposób na sprawdzanie, czy spotkany akurat Potter jest tym, którego szukają, ale choć było to skuteczne, w jednym przypadku, Draco niemal przypłacił to życiem. Może nie życiem w pełnym tego słowa znaczeniu, ale Ślizgom nie miał wątpliwości, że nigdy nie byłby już po tym całkiem normalny.
Sposób, banalny w swojej prostocie, wymagał od Dracona dużej determinacji. Zresztą na początku absolutnie nie miał zamiaru się zgodzić.
— Chyba zwariowałaś kobieto! Nie mam zamiaru robić z siebie idioty i narażać się na niebezpieczeństwo, zbliżając się do tych pomylonych, seksualnie nadpobudliwych klonów!
— Draco, ale to jedyny sposób! Inaczej nie będziemy mieli pewności.
— Dokładnie, stary — poparł Pansy Blaise, ale nie udało mu się ukryć złośliwego uśmieszku.
— Rzeczywiście, genialny plan. Mam się rzucać na szyję każdemu napotkanemu Potterowi, a on — jeśli będzie klonem — z dziką radością mnie napastuje, a jeśli będzie tym prawdziwym, dostanę klątwą. Już nie mogę się doczekać.
Pansy popatrzyła na niego z wyrzutem.
— Jeśli się boisz, zawsze możesz wrócić do pokoju wspólnego i czekać aż to Potter cię znajdzie. Proszę bardzo, droga wolna.
Draco skrzywił się i niechętnie przystał na jej pomysł. I tak jak przewidział, skutki były fatalne.
Pierwszy klon sprawiał dobre wrażenie, ale na tym się skończyło. Draco popchnięty przez Pansy, uśmiechnął się nieszczerze i zaczął rozmowę.
— Witaj, Potter, gdzieś ty był tyle czasu?!
— Draco — odkrzyknął z entuzjazmem tamten, a po chwili nieco się opanował i przestał uśmiechać się zbyt szeroko. — Trochę ciężko się teraz poruszać po zamku, te klony robią się coraz bardziej bezczelne, nie uwierzysz, co przed chwilą widziałem…
Czyżby prawdziwy Potter, pomyślał Draco, przyglądając mu się uważnie. No tak, z wyglądu był identyczny, a zachowanie… Cóż, zobaczymy, co będzie dalej, stwierdził Ślizgom. Jednak ten moment rozluźnienia i utarty czujności wystarczył. Klon rzucił się na niego, wsadził mu rękę pod koszulkę i usiłował pocałować. Draco wrzasnął i odskoczył, a Blaise zaśmiewając się do rozpuku oszołomił fałszywego Pottera. Za drugim i trzecim razem od razu zorientowali się, że mają do czynienia z klonami i obyło się bez ofiar. Trauma Draco pogłębiała się jednak systematycznie, a czwarty klon przyprawił go niemal o załamanie nerwowe. Po jakiś dziesięciu minutach klon dalej zachowywał się normalnie i nie reagował na prowokacje Ślizgona. I kiedy byli już praktycznie pewni, że znaleźli tego dobrego, fałszywy Gryfon przycisnął Malfoya do ściany i zaczął bardzo namiętnie całować. Draco nie mógł nawet krzyknąć, drastyczność sytuacji całkowicie go obezwładniła. Na szczęście Pansy szybo rzuciła mu się na ratunek i wyrwała go ze szponów lubieżnego klona. Po tym zdarzeniu Ślizgom musiał przez chwilę dochodzić do siebie. A przerażenie i obrzydzenie nie znikało z jego twarzy jeszcze przez pół godziny. Nawet Zabini przestał chichotać i zaczął współczuć przyjacielowi. Bo co innego zostać prawie napastowanym przez klona Pottera, a co innego zostać napastowanym w rzeczywistości.


***


Harry szybko oddalił się od kolumny, wiedząc, że do końca życia będzie miał złe wspomnienia związane z tym miejscem. Złe to nie było dobre słowo, stwierdził po chwili. Potworne, makabryczne i przeraźliwe – te przymiotniki pasowały o wiele lepiej, ale postanowił dłużej o tym nie myśleć. I tak pewnie będzie miał potem koszmary. Teraz musiał jednak znaleźć Hermionę i Rona, a potem zabrać się za poszukiwanie prawdziwego Malfoya. Jakoś nie wydawało mu się, żeby samemu udało mu się coś wykombinować. Po drodze natknął się oczywiście na kilka zajętych sobą par, ale przezornie nie przyglądał się im dłużej niż było to konieczne. Kiedy wędrował szybko do Wieży Gryffindoru nieustannie miał wrażenie, że ktoś go śledził. Jednak nie miał czasu się nad tym zastanawiać, musiał cały czas czujnie rozglądać się na boki i stwierdził, że to pewnie jakiś sprytniejszy klon. Jak bardzo się mylił…
Bo ktoś już dawno czekał na sprzyjającą okazję, żeby wprowadzić w życie swój plan. A chaos i biegające po całym zamku klony Potterów i Malfoyów doskonale się do tego nadawały. Niestety Gryfon był skupiony na swoich problemach i nie zauważył nic podejrzanego. Jak się okazało, później miał tego żałować.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 4 gru 2011, o 16:25

[Autor docelowy — sagerieta]

W Wasze ręce oddaję ducha mego i inne historie.
Część lotów niezbyt wysokich, ale to nie były szczególnie dobre święta, więc moje kondycja intelektualna leży i kwiczy, ale bardziej leży, jako że kwiki należą do części bardziej przyjemnych.
Enjoy.
Jak coś — krzyczcie, odpokutuje skrzętnie.

PS. Niebetowane, błędy poprawię w ciągu godziny i edytuję.


Kolejny odcinek Drarrofety, Której Kryptonimu Jeszcze Nie Ustalono,
w którym Harry i Draco dalej się mijają, tajemniczy ktoś przystępuje do akcji, a klony stają się coraz bardziej niebezpieczne. Na dodatek wszystko trafia do Proroka Codziennego, a w Hogwarcie pojawia się Rita Skeeter.

Poruszał się bezszelestnie, podczas gdy w jego jasnych włosach igrały promienie zachodzącego słońca. Świadomość bliskości celu zdawała się dodatkowo podsycać jego żądze, a krew, nerwowo pulsująca w żyłach, nigdy przedtem nie jawiła mu się równie podniecająco. To był ten moment. Chwila, której wyczekiwał z utęsknieniem, mimo że wcześnie nie potrafił zdefiniować jej realiów, ani jasno określić odgrywającego się w niej konceptu sytuacyjnego. Jednakże od dawna wiedział, iż kiedyś przyjdzie czas na odmianę jego egzystencji. Wyrównanie rachunków. Odpłacenie pięknym, za nadobne. Zdawał sobie sprawę, iż w odpowiednim momencie objawi się okazja, aby zrealizować zasady swego credo. Oko za oko, ząb za ząb. Na niebie rozlano plamę krwi. Nadszedł czas zemsty.

*

— Mam dość. — orzekł Draco, wycierając usta po kolejny siarczystym pocałunku, jakim obdarzył go jeden z klonów, po czym machnął krótko różdżką, transmutując stojącą nieopodal zbroję w krzesło, na które nota bene, opadł z niemym namaszczeniem.
Draco Malfoy należał do nielicznych osób, które mają wystarczająco wielki tupet, aby rozsiadać się na środku korytarza, jednocześnie sprawiając wrażenie w ogóle nie zażenowanych. Ot, jakby czynili do codziennie. Ale on faktycznie na co dzień zajmował się podobnymi rzeczami: łamaniem reguł, popisywaniem się bezkarnością i podkreślaniem własnej ważności.
— Draco? Czyżbyś zamierzał się poddać? — zapytała Pansy głosem niepozbawionym ironii. Widząc zachowanie przyjaciela, na jej usta wpłynął pobłażliwy uśmiech, a brew mimowolnie powędrowała w górę.
— Krew Malfoyów nie zna znaczenia tego słowa, Pansy. — dziedzic Malfoyów odbił piłeczkę, otrzepując niematerialne drobiny kurzu z rękawów swej szaty, po czym spojrzał na dziewczynę z wyższością i skierował swe kroki w stronę kolejnego domniemanego klona. Za sobą pozostawił dębowe krzesło, kilku oszołomionych Potterów i wiecznie obecną woń arystokracji.

*

Harry, mimo usilnych starań, nigdzie nie mógł znaleźć Rona i Hermiony. Szukał ich w Pokoju Wspólnym, w swoim dormitorium, w bibliotece, w kuchni. W przypływie desperacji był zdecydowany udać się do lochów, jednak w chwili, kiedy nieprzyjemne ssanie w żołądku nasiliło się, przyprawiając go o mroczki, postanowił, iż może to poczekać. W końcu nie jadł nic od rana. Wróć, nie miał w ustach ani grama jedzenia od poprzedniego wieczoru i nie bardzo mu się to podobało. Głodny Harry Potter, to Harry Potter nie zdolny do racjonalnego myślenia, ani ratowania świata. Z tą myślą pośpiesznie udał się na kolację. W przypływie emocji nie dostrzegł, że nagle powietrze stężało, a wokół roztaczał się nieprzyjemny odór strachu. Nie rozpoznał czegoś, z czym tak często miał do czynienia, spotykając Voldemorta. Niebezpieczeństwo. Instynkt Harry'ego zaspał, a reaktywność na bodźce spadła do minimum. Skutkowało to tym, że wkrótce napięcie wyczuwalne w atmosferze miało zostać zastąpione niemocą i bezbronnością.

*

Chłopiec Który Przeżył Tylko Po To By Obserwować Hordy Wszędobylskich i Amoralnych Klonów zmierzył swym nieprzytomnym spojrzeniem Wielką Salę. Pozornie wszystko zdawało się być w porządku. Nawet bardziej niż w porządku. Odwiecznego międzydomowe animozje zostały zażegnane, a drobne utarczki, które od czasu do czasu się pojawiały, zostawały zagłuszane przez kaskady śmiechów i żartów. Tylko nadzwyczajna ilość Potterów i Malfoyów utrzymujących dość zażyłe kontakty mogła wydać się niepokojąca, jednak gros uczniów uważało to za niezwykle zabawny i rozbrajający żart. Całemu zdarzeniu groteski dodawał panoszący się i absolutnie wszędobylski profesor Snape, który z fanatyzmem rozdzielał kolejne pary klonów pogrążonych w nieziemskim uniesieniu. Porażająca większość obserwatorów tych scen była szczerze ubawiona, a i sam Dumbledore musiał posiłkować się imitacją kaszlu, by zagłuszyć parsknięcie śmiechu.
Niektórzy z uporem głosili hipotezę, jako że Snape także zostały poddany rozszczepieniu, jednak zaniechali prób rozprzestrzeniania tego poglądu w chwili, kiedy rozwścieczony Mistrz Eliksirów zagroził im całorocznym szlabanem. Inni uważali, że całe klonowe zamieszanie jest jedynie chwytem reklamowym, mającym na celu nadanie dodatkowego rozgłosu i popularności dwójce zagorzałych przeciwników.
W normalnych warunkach Harry oburzyłby słysząc równie niedorzeczne konstatacje, jednak nikt nie postawił sobie za punkt honoru, poinformować go o owej tajemnicy poliszynela. Zdawało się to być jednak zrozumiałym, w związku z niezliczoną ilością jego kopii, harcujących wokoło.
Tak więc Harry, nieświadomy gwałtownego spadku własnej reputacji, przemknął koło stołu Slytherinu, uważnie rozglądając się w poszukiwaniu autentyku Malfoya. W pewnym momencie wydawało mu się, że takowy dostrzegł — Draco, a właściwie jeden z wielu Draconów obecnych w sali, z wyższością zbeształ Parkinson i w charakterystyczny dla siebie sposób, odwrócił się na pięcie. Potter w przypływie radości klasnął w dłonie i żwawym krokiem pomknął w kierunku niezaprzeczalnego oryginału swego szkolnego wroga. Jednak los w tym dniu nie był dla niego łaskawy i bynajmniej nie zamierzało się to zmienić. Harry był więc zmuszony porzucić własny entuzjazm, który niespodziewanie zgasł, pogrążając jego samego w niepomiernej ciemności.
A wszystko za sprawą Malfoya, który niespodziewanie zaczął się wić i jęczeć, pod wpływem wyimaginowanego dotyku, iluzji czy innego mirażu. Harry nie był pewny, co było przyczyną dziwnego zachowania Draco, ale sposób, w jaki tamten wyginał swe ciało w łuk, stanowczo mu się nie podobał. Było w nim za dużo chimeryzmu i... zmysłowości? Potter energicznie potrząsnął głową, próbując wyrzucić z głowy redundantne myśli. Malfoy i zmysłowość? Absurd.
Harry skrzywił się z niesmakiem, próbując ignorować irracjonalność tej sytuacji i pewnym krokiem udał się do stołu zajmowanego przez Gryfonów. Mijając Pansy rzucił, krótkie ostrzeżenie na temat oczywistej 'klonowatości' Malfoya, z którym się zadaje i oddalił się, zanim tamta zdążyła go zatrzymać.

*

Draco ziewnął przeciągle i odwrócił się w stronę Pansy z zamiarem wygłoszenia długiego wywodu na temat beznadziejności oraz nieskuteczności dyrektorskiego urzędu, kiedy to poczuł — pierwsze niewinne łaskotanie w okolicy obojczyka, potem czyjś dotyk napierający na jego szyję. Rozpaczliwym ruchem rozglądał się wokół, próbując zidentyfikować sprawcę, jednak nie zauważył niczego podejrzanego. Ku swemu niezadowoleniu dostrzegł inną rzecz — czyjaś, niewątpliwie nienaturalnie zimna dłoń wślizgnęła się pod jego szatę, gilgocząc go w sposób, który mimowolnie go rozpalał.
— Potter, to przestaje być śmieszne. — wychrypiał, zmienionym głosem, młócąc rękami powietrze. — Potter, ściągaj ten pieprzony płaszcz! — zawył, czując jak palce nieznanego recydywisty powoli przejeżdżają po jego kręgosłupie.

— Niektórzy nie potrzebują idiotycznych pelerynek, aby stać się niewidzialnymi. — irytując szept zdawał się dobiegać zewsząd. Był obecny w jego głowie, uparcie tkwił wymieszany z krwią w jego tętnicach, przesycał powietrze.

Głos ten nie należał do Pottera. Był zbyt zimny i nadto fanatyczny, jednak Draco nie miał zbyt wiele czasu, aby się nad tym zastanawiać. Po chwili wszystko ustało. Odium, jakim darzył tę sytuację, niespodziewanie wezbrało na sile.

*

Tymczasem w Pokoju Życzeń odbywało się pierwsze spotkanie Ligii Ochrony Klonów. Sobowtóry Pottera i Malfoya zostały podzielone na sztaby i oficjalnie opracowywały plan, mający na celu dowieść ich autentyzmu i niewinności. W rzeczywistości jednak każda z grup miała za zadanie przedstawić — jej zdaniem najlepszy — projekt, warunkujący zdobycie prawdziwego Malfoya i Pottera. Koordynacje nad pracą zespołów sprawował najbardziej rosły i inteligentny sobowtór Draco. Zdaje się jedyny, jaki otrzymał pełny komplet chromosomów i uwolnił się od mózgowych ubytków. Nikt z obecnych nie zdawał sobie jednak sprawy, że w ich towarzystwie znajdował się wielosokowany szpieg.

*

Harry nie czuł się pewnie wśród łypających na niego, wrogo nastawionych Gryfonów. Jego koledzy nie poczuwali się do odpowiedzialności, aby rozpoznać go, czy coś w tym rodzaju. Nie żeby Harry był niezadowolony — to dawało mu pewną swobodę działania i zapewniało bezpieczeństwo oraz neutralność. Z drugiej strony jednak, wyławianie kolejnej kulki serowej z soku dyniowego za którymś razem, zdawało się być nużące.
Właśnie w związku z tym, Potter postanowił szybko zakończyć konsumpcję kolacji i przystąpić do dalszych poszukiwań. Nie mając pojęcia, gdzie jeszcze mogliby pójść jego przyjaciele, powziął, że zacznie od miejsca absurdalnie oczywistego — chatki Hagrida.

*

Puchon przemierzał Salę Wyjściową, ze złośliwym uśmieszkiem wytrwale podążając za Potterem. Nie wiedział, dokąd chłopak może zmierzać, jednak niezaprzeczalnym było, że chęć opuszczenia zamku, była dla niego okolicznością korzystną. W końcu, kto będzie przejmować się brakiem jednego Pottera? Dumbledore. A kto będzie się przejmował brakiem Pottera, który sam odszedł? Nikt. Zapowiadał się intrygujący wieczór i nawet gwiazdy, zdawały się do niego uśmiechać.

*

W nozdrza Harry'ego uderzył mocny zapach dymu, a skóra zapiekła go ostro, pod wpływem mroźnego, zimowego powietrza, jednak chłopak zdawał się tym nie przejmować. Równym, stanowczym krokiem zmierzał w stronę domu gajowego, brodząc po kolana w śniegu. Właściwie powinien był zarzucić na siebie płaszcz czy choćby, w banalny sposób, utorować sobie drogę różdżką., aczkolwiek wymiar zimna czy nawet groźba późniejszej choroby, zdawała się być odległą i błahą. Jak na ironię, będzie jedynym przeziębionym Harrym Potterem w okolicy. Zaśmiał się okrutnie z idiotyczności przypadków losu, kiedy coś nagle zdzieliło go w głowę. Stracił przytomność, a śmiech zamarł mu na ustach.

*

Kiedy Harry otworzył oczy nie był pewny gdzie się znajduje. Wszystko wokół było zamazane, a dźwięki, dobiegające do jego uszu, zniekształcone. Pokój ten jednak nie przypominał Skrzydła Szpitalnego, było w nim zbyt ciemno, a i materace, na których zwykle się budził, wykonano z miękkiego materiału. Nie przebywał też we własnym dormitorium — brakowało łóżka z kolumienkami i wszechobecnego bałaganu.
Tak naprawdę, gdy obraz się wyostrzył i mógł dostrzec cokolwiek ponad zamglone kontury i niematerialne kształty, doszedł do wniosku, że nigdy nie widział podobnego pomieszczenia. Ewentualnie mogło ono odrobinę przypominać Komnatę Tajemnic — ściany wykonane były z mocno ciosanych kamieni, a w oddali widniały jakieś statuy węży. Właśnie owe monumenty nakierowały go na właściwy trop — Slytherin. Chata Hagrida. Śmiech. Lochy?
Zatem został porwany, ale... kto mógłby chcieć jego zniknięcia?
Jak na zawołanie nadeszła odpowiedź. Czyjaś dłoń, głaskała go delikatnie po włosach.
— Harry Potter. Chłopiec, Który Na Cholerę Zawsze Musi Przeżyć. Chłopiec, Który Umarłby, Gdyby Ktoś Strącił Go z Piedestału. — tajemniczy głos mruczał mu pogardliwe frazesy wprost do ucha. — Harry? Harry! Harry! Harry! — echo złudnie powtarzało słowa opryszka, który, słysząc to, roześmiał się głośno. — Jak się czujesz Harry? — spytał troskliwie, choć głos mężczyzny brzmiał niewątpliwie chłodno i złowrogo. — Jak się czujesz myśląc o tych, których zabiłeś? O swojej matce. O Diggorym. O... sobie? — pytał bezlitośnie, głaszcząc Harry'ego po policzku. — I jeszcze raz o Cedriku. O Cedriku, który był od ciebie lepszy. Który zasłużył na więcej. Który powinien leżeć tu teraz zamiast ciebie. O Cedriku, którego powinienem dotykać, bo miałem do tego prawo. — mówił jak w transie, głosem fanatyka, dokładnie artykulując poszczególne zdania. — Miałem! — krzyk potoczył się echem, po komnacie. — Miałem, dopóki mi go nie odebrałeś. — zanucił melodyjnie, wyciągając różdżkę.
— Zachariasz. Podnóżek Diggory'ego. Ty pluskwo. — rzucił Harry. Miał plan. Musiał jedynie zyskać siłę na jego realizację.

*

— Rozejrzę się tutaj, Dumbledore. — rzuciła Rita Skeeter bezpardonowo wchodząc do Wielkiej Sali i zamaszyście machając dyrektorowi przed nosem upoważnieniem ministra. Stukot szpilek rozbrzmiewał głośno, ponad gwarem rozmów. — Oczywiście, jeżeli nie masz nic przeciwko. — dodała prześmiewczo, wyciągając samonotujące pióro.

Na Hogwart w dniu 21 grudnia bieżącego roku nastąpił atak klonów w postaci sobowtórów Dracona Malfoya [16] i Harry'ego Pottera [16]. Ludzkie falsyfikaty rozprzestrzeniły się na wszystkie zakątki szkoły. Dotąd ani nie ustalono przyczyny nagłego rozmnożenia się wyżej wymienionych uczniów, ani ich nie odnaleziono. Klony, panoszące się po szkole, sieją zgorszenie i
propagują amoralne zachowania. Dyrekcja jest bezradna. Niewykluczone, że jest w tym coś z czarnej magii oraz, że inni uczniowie mogę być zagrożeni. Jednakże apelujemy o zachowanie spokoju, sytuacja powinna unormować się w ciągu kilku najbliższych dni.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez kaś » 4 gru 2011, o 16:26

Przepraszam, że trochę wcześniej, ale potem różnie to może być z czasem.
Szczęśliwego Drarrowego Roku!


Pierwsza (i do tego Świąteczna) Drarrofeta pod kryptonimem, którego w zasadzie Jeszcze Nie Ustalono (choć "Atak Klonów" byłby chyba wcale niezły).

Odcinek dziewiąty,
w którym Lucjusz Malfoy zaniepokojony artykułem z Proroka, przyjeżdża na inspekcje do Hogwartu, gdzie z profesorem Snapem knują coś bardzo, ale to bardzo niedobrego.


***

Severus Snape miał dość.
Groźby, złorzeczenia, daremne żale i próżny trud — nic nie zdawało się działać na rozbestwione hordy Potterów i Malfoyów.
Dopóki Severus mógł spokojnie rozdawać szlabany lub — różnorakimi zaklęciami — rozdzielać przyklejonych (choć „przyssanych” byłoby zapewne lepszym słowem) w i do siebie Harrych i Draconów, wszystko było dobrze (to znaczy tragicznie, co jednak jego umysł zdążył już zaakceptować, więc można było to przeżyć).
Niestety, niespodziewane odnalezienie jednej parki klonów — w jego ukochanym składziku składników na eliksiry! — w sytuacji jednoznacznie in flagranti — jego biedny, sprofanowany na wieki składzik! — to zdecydowanie było już za wiele nawet dla stalowych nerwów Mistrza Eliksirów.
Niezwłocznie zatrzasnął drzwi, spazmatycznie czerpiąc powietrze i wmawiając sobie, iż wcale nie widział tego, co widział, a — Salazarze — widział już w życiu niejedno.
— To koniec — wyszeptał z odpowiednią dawką tragizmu, chwytając się za serce i z rozpaczą osuwając na ścianę. — Nie ma dla nas ratunku. To koniec.
Snape chwilę jeszcze postał sobie pod ścianą i powyglądał dramatycznie, kontemplując upadek i zagładę świata. Następnie spłynęło na niego coś, co w wielu kręgach piekła zwie się Bardzo Złym Pomysłem, Severus jednak zwykł to nazywać olśnieniem.
— Ale przecież jest nadzieja — rzucił w przestrzeń, odrzucając na bok zwyczajowy sceptycyzm, gdyż był człowiekiem doprowadzonym do ostateczności.
Następnie zaś podjął się wyprawy do Sowiarni, skąd — na swoim ulubionym pergaminie z limitowanej serii ozdobionej kleksikami imitującymi kropelki krwi, tylko dwa sykle za rolkę! — wysłał krótką, acz treściwą wiadomość do swojego przyjaciela, Lucjusza Malfoya:
„RATUNKU!”.

*

Tymczasem Klony próbowały jakoś rozwijać swoją działalność w Lidze Ochrony Klonów — nie było to jednak łatwe zadanie.
Czas mijał, a leżące na stole, puste arkusze pergaminów, bądź też pióra — z gracją ssane kącikami ust (klony Dracona), lub maltretowane ubzdryngolonymi atramentem palcami (klony Harry’ego) w mniejszym lub większym stopniu poddawane były tej samej czynności — systematycznemu ich porzucaniu.
— Skarbie, nudzę się — wyszeptał zmysłowo w którymś kącie Pokoju Życzeń Dziewiąty Klon Harry’ego do ucha Dwudziestego Szóstego Klona Malfoya, jednocześnie kiwając się na krześle.
— Mmm — wymruczał aprobująco rzeczony Skarb. — Jakbyśmy nie mieli ciekawszych rzeczy do robienia... — dokończył z nutką pretensji, tarmosząc w bladej dłoni kosmyk zmierzwionych włosów Dziewiątego Klona Harry’ego.
— Kto to w ogóle wymyślił? — dobiegł ich gdzieś z pobliża rozdrażniony głos Któregośtam Klona Harry’ego, który to właśnie cisnął gniewnie o ziemię zwiniętą kulką pergaminu.
— Któryś spośród nas, to pewne, Harry — żachnął się jego partner, Siedemnasty Klon Malfoya, gładząc uspokajająco Któregośtam Klona Harry’ego w okolicy prawej łopatki, po czym składając na niej niespieszny pocałunek.
— Ale kto? — naciskał Któryśtam Klon Harry’ego znacznie już spokojniejszym głosem, pozwalając swym wargom wygiąć się w wyrazie ukontentowania. — I właściwie, to po co my to robimy?
— Sam chciałbym wiedzieć — wymamrotał cicho Siedemnasty Klon Malfoya, a na jego blade lico wkradła się kapinka różowego zawstydzenia, bo przecież Malfoyowie (i Ich Klony Też) Zawsze Wiedzą Wszystko Pierwsi; ale w końcu Siedemnasty Klon Malfoya był w towarzystwie wybranka swojego serca, mógł więc sobie pozwolić na odrobinę słabości.
— Założę się, że to był ten najbardziej rosły i inteligentny sobowtór Dracona, zdaje się jedyny, jaki otrzymał pełny komplet chromosomów i uwolnił się od mózgowych ubytków — powiedział z przekonaniem Któryśtam Klon Harry’ego. (Trzeci Klon Malfoya, który przypadkowo dosłyszał tę uwagę, spuścił wstydliwie wzrok, po czym rozejrzał z przestrachem, czy aby nikt z obecnych tego nie zauważył. Towarzyszący mu Piętnasty Klon Harry’ego natychmiast podarował mu pełen zrozumienia pocałunek.)
Siedemnasty Klon Malfoya obdarzył partnera zmieszanym spojrzeniem.
— Um, Harry... wiesz... — zaczął niepewnie.
Tego było już za wiele dla uszu wciąż przysłuchującego się ich rozmowie Dwudziestego Szóstego Klona Malfoya.
— Potter, ty idioto — wycedził do Któregośtam Klona Harry’ego — klony mają to do siebie, że są identyczne. A TY... — warknął, zwracając się z kolei do Siedemnastego Klona Malfoya — to, że jesteś uczuciowo zaangażowany, nie oznacza, że możesz przestać mu wytykać jego głupotę.
Siedemnasty Klon Malfoya szybko wstał z krzesła i zmierzył Dwudziestego Szóstego Klona Malfoya zimnym spojrzeniem.
— Nie waż się nazywać Harry’ego „Potterem”, Malfoy — syknął złowrogo.
Dwudziesty Szósty Klon Malfoya nie pozostał mu dłużny.
— Ze wszystkich Potterów w Hogwarcie ty musiałeś trafić akurat na największego kretyna — odparował kpiąco. — Porażka, Malfoy. Dodałbym „jak zwykle”, ale... ponieważ obaj jedziemy na tym samym Draconie... yy, to jest, wózku... niech tam, znaj łaskę pana — dokończył z godnością.
W międzyczasie, Któryśtam Klon Harry’ego wiernie stanął przy boku swego kochanka — Siedemnastego Klona Malfoya.
— Jeszcze jedno słowo, Malfoy... — zagroził, łypiąc spod oka na Dwudziestego Szóstego Klona Malfoya.
— Nie mieszaj się, Potter! — zawołał do niego natychmiast Dziewiąty Klon Harry’ego, włączając się do kłót... rozmowy.
Dwaj Malfoyowie wraz z dwoma Potterami nie zdawali sobie sprawy, iż rozbrzmiewające do tej pory w Pokoju Życzeń dźwięki, takie jak na przykład buntownicze: „na gacie Merlina, NIE CHCE MI SIĘ” (klony Harry’ego) czy znużone, urażone prychnięcia (klony Dracona) nagle ucichły.
Niezaangażowane w kłót... rozmowę klony z napięciem wpatrywały się w bohaterów sceny.
Któryśtam Klon Harry’ego gwałtownie zamrugał, z niedowierzaniem i szybko rosnącym gniewem przyswajając sobie buntowniczą uwagę Dziewiątego Klona Harry’ego.
— I TY, POTTERZE, PRZECIWKO MNIE?! — wybuchnął w końcu, a ponieważ tego było już za wiele, wziął także solidny rozmach i pozwolił swojej pięści wylądować na brzuchu zdrajcy.
Dziewiąty Klon Harry’ego jęknął z bólu i zgiął się w pół.
— Harry! — krzyknął z przestrachem Dwudziesty Szósty Klon Malfoya, obserwując cierpienie swojego kochanka.
— Potter! — zawołał z troską (i mimowolnie) Siedemnasty Klon Malfoya, zanim zdążył się powstrzymać (bo w końcu Potterów nigdy za wiele; przepadnie jeden, to znajdzie się drugi). — Potter! — dodał więc karcąco, kierując tę uwagę tym razem do Któregośtam Klona Harry’ego.
— Zrobiłem to dla naszego dobra, kochanie — wymamrotał wstydliwie Któryśtam Klon Harry’ego, uporczywie wpatrując się w swoje trampki. — I nie nazywaj mnie „Potter” — burknął nieszczęśliwie.
— Ja wiem, mój drogi, ale... — zaczął wyrozumiale Siedemnasty Klon Malfoya, nie dane mu było jednak skończyć — Dwudziesty Szósty Klon Malfoya z furią w oczach skierował końcówkę różdżki na Któregośtam Klona Harry’ego i, nie zwlekając, zawołał:
— Sam tego chciałeś, Potter! Giń! — Następnie dorzucił szybko: „Impedimento!”. Zaklęcie mocno odrzuciło do tyłu Któregośtam Klona Harry’ego — uderzył o ziemię z głuchym łoskotem.
I rozpętało się pandemonium.
Rzesze Malfoyów i Potterów rzuciły się na siebie, miotając wzajem zaklęciami lub uciekając do prostszych metod — czyli bicia i kopania. Pokój Życzeń zatrząsł się od natłoku wymieniających razy Harrych z Harrymi, Harrych z Draconami czy też — dla odmiany — Draconów z Draconami i Draconów z Harrymi.
Klony nie zauważały, że w miarę upływu czasu coraz mocniej bledły, stając się bardziej i bardziej przezroczyste. A kiedy w końcu pierwszy z nich — Któryśtam z Kolei Klon Dracona po kolejnym otrzymanym ciosie zrobił „pyk” i zniknął, i jego zrozpaczony kochanek — Czwarty Klon Harry’ego — z desperacji rzucił Avadę Kedavrę na sprawcę nieszczęścia, Dziesiątego Klona Harry’ego, wszystko nagle ustało.
Klony w jednej chwili zastygły, potem wrzasnęły głośno, a następnie zbiorowo pyknęły. I znikły.
Ogólnie rzecz ujmując — klony trafił szlag.
Na środku Pokoju pozostała tylko jedna, naburmuszona osoba — jeszcze przed chwilą mająca postać jednego z klonów Harry’ego.
— No, NIE — powiedział z żalem Albus Persiwal Wulfryk Brian Dumbledore. — A dałbym głowę, że gwizdnąłem włosa prawdziwemu Harry’emu.
Po czym, wzdychając, opuścił pomieszczenie, targając pod pachą nieodłączne „Migotliwe Światełko” i pergamin z czynionymi naprędce notatkami.

*

Lucjusz Malfoy, nie kłopocząc się uprzednim pukaniem, bez ceregieli wpadł do prywatnych kwater Severusa Snape’a, powiewając swą butelkowo zieloną peleryną w srebrne hafty oraz okiełznaną burzą włosów koloru jasny blond. W drżącej dłoni trzymał ostatni egzemplarz Proroka oraz przesłany przez przyjaciela świstek pergaminu.
— Severusie — powiedział cichym, lodowatym tonem, na razie powstrzymując szykującą się do werbalnej napaści na Mistrza Eliksirów zdecydowanie nie—cichą furię. — Czy możesz mi wyjaśnić...?
— Pssst! — przerwał mu Severus z obłędem w oczach, przykładając sobie palec do ust. — Oni wciąż gdzieś tu . Musimy być ostrożni! Os—troż—ni!
— Ale co... — usiłował dowiedzieć się Lucjusz, jednak Snape znów mu przerwał.
— Na dodatek, jak chyba wiesz, Skeeter przyjechała i węszy — wysyczał, nie przestawając rzucać dokoła niespokojnych spojrzeń. — A, zapewniam cię, w tej sytuacji wolałbyś uniknąć rozgłosu.
— Ja — uniknąć rozgłosu? — spytał z niedowierzaniem pan Malfoy, unosząc idealnie wyprofilowaną, jasną brew i chwytając się asekuracyjnie główki swojej laski. — Bredzisz, Severusie. Dlaczego miałbym... nie chcesz mi chyba powiedzieć, że to, co napisała ta... reporterka, to... przecież to jakaś jawna kpina...! — zaczął z anielską jak na niego cierpliwością, jednak w tej samej chwili jego uszu dobiegł chór dwojga zgodnie chichoczących głosów, zmuszając do przerwania wypowiedzi.
Snape zdołał zrobić przerażoną minę, jednak ruszyć się z miejsca i ostrzec Malfoya już nie zdołał.
— Och, zobacz, tu jest otwarte! — zawołał radośnie głos pierwszy. Lucjusz otworzył usta, by grzecznie zadać Severusowi kolejne pytanie, doprawdy, jego cierpliwość miała swoje granice — ale w tym momencie rozległ się też, niestety, głos drugi.
— I bardzo dobrze — wymruczał tenże, przeciągając samogłoski. — Bo wiesz... inaczej wziąłbym cię już tutaj. Na tym korytarzu. Teraz. Natychmiast.
Pierwszy głos zachichotał, a potem do gabinetu Severusa Snape’a wpadł Harry Potter, trzymając się za ręce z Draconem Malfoyem.
Lucjusz Malfoy zastygł, zdjęty grozą, z rozszerzonymi oczami wpatrując się w to, co widział, a czego nie chciał widzieć.
A potem zemdlał.

*

Harry Potter odzyskał przytomność.
Śniło mu się coś bardzo, bardzo dziwnego: Malfoy, niczym jakiś chory nimfoman—ekshibicjonista robiący jakieś dziwne wygibasy tuż przy wyjściu z Wielkiej Sali, potem nie do końca zrozumiała chęć pójścia do chatki Hagrida, a następnie Zachariasz Smith, syczący mu do ucha jakieś osobliwe rzeczy i on sam, nazywający — nie wiedzieć czemu — Smitha podnóżkiem Cedrika oraz pluskwą, doprawdy.
Niezaprzeczalnym faktem było jednak, niestety, iż Harry pamiętał, jak wstaje od stołu po kolacji, a potem pamiętał „łup”. Następnie była ciemność i ten dziwny sen.
Pulsujący ból z tyłu jego głowy wskazywał, że coś jednak mogło być na rzeczy.
Harry odchrząknął, otwierając szerzej oczy.
— Eee... hm. Jest tu... jest tu ktoś? — zapytał uprzejmie, z trudem (gdyż nie miał na nosie okularów) lustrując ciemne pomieszczenie. Ku jego zaniepokojeniu, niepokojąco przypominało to ze snu.
Potem było jeszcze gorzej.
— Potter — dobiegł skądś dobrze Harry’emu znany, pompatyczny głos.
— Zachariasz Smith? — spytał Harry z żałością. Och, czyżby więc to wszystko była prawda? Smith był pluskwą i zarazem podnóżkiem Cedrika, a on, Harry, naprawdę miał plan, musiał tylko zyskać siłę na jego realizację?
Harry nie miał planu. Harry nie miał siły, zwłaszcza na żadne realizacje (z naciskiem na te fizyczne).
Harry — co nie było zbytnią nowością — nie bardzo to wszystko rozumiał.
— Zachariasz? — spytał ponownie, z leciutką nutką zniecierpliwienia. Naprawdę chciał dowiedzieć się, co tu jest grane — obojętnie, co to było.
Nagle ktoś włożył mu na nos okulary i niewyraźna, jasna plama przed jego oczami rzeczywiście okazała się Zachariaszem Smithem.
— Och, nie — jęknął Harry. — A więc to prawda!
Smith rozciągnął usta w nieprzyjemnym uśmieszku.
— Wreszcie odzyskałeś przytomność, Potter? Czas najwyższy — zakpił. — Nie mam ochoty słuchać dłużej jakichś majaczeń o pluskwach, podnóżkach i planach. — Smith przerwał, zastanowił się chwilę, a potem spytał z dobrze udaną obojętnością: — Masz jakiś fetysz odnośnie słów zaczynających się na „p”?
— E... um? — zawahał się inteligentnie Harry. — Ale... dlaczego więc... — zaczął niepewnie, jednak Smith przerwał mu, zmieniając ton na niezdrowo podniecony:
— Mamy jeszcze jednego gościa! Zobacz, Potter.
Obolały Harry uniósł się na łokciach. Na drugim końcu twardego materaca siedział naburmuszony...
— Malfoy! — zawołał Harry z autentyczną radością. Jeszcze nigdy widok Malfoya tak bardzo go nie ucieszył. — To ty! Prawdziwy ty!
— Pięć punktów dla Gryffindoru, Potter — wymamrotał ponuro Draco.
— Co my tu robimy? — spytał go szybko Harry, mając nadzieję, że być może Ślizgon wie coś więcej.
Draco skrzywił się.
— Mnie nie pytaj — zaczął zniesmaczony — pamiętam tylko kolację. A potem „łup”. I taki dziwny sen, w którym... w którym nagle idę, a potem... potem maca mnie ktoś niewidzialny, i ja zaczynam się wić i... uch — wzdrygnął się, różowiejąc. — To było straszne. Mój ojciec się o tym dowie — dodał na wszelki wypadek.
Harry wyłowił z tej wypowiedzi interesującą informację.
— Malfoy! — rzucił, nachylając się konspiracyjnie do Dracona. — Znowu mieliśmy ten sam sen!
— O czym ty... — zaczął z przestrachem Draco, jednak przerwano im po raz kolejny.
— Och, oczywiście, że mieliście ten sam sen — przyznał z zadowoleniem Smith. — Znarkotyzowałem was. Jestem geniuszem zbrodni.
Harry i Draco spojrzeli na niego pytająco, zgodnie unosząc brwi.
— Dlaczego miałbyś to robić? — zdziwił się Harry.
— Geniuszem zbrodni? — powtórzył z politowaniem Draco. — Musisz się jeszcze wiele nauczyć, Smith.
Zachariasz machnął lekceważąco ręką.
— Widzicie — zaczął zapamiętale, drepcząc w miejscu i żywo gestykulując — dzięki temu cudownemu wydarzeniu, jakim był napływ waszych klonów do Hogwartu, zrozumiałem coś bardzo ważnego. Na początku wydało mi się to niesłuszne, więc poszedłem po poradę do profesora Dumbledore’a — Harry i Draco obrzucili się szybkimi, niespokojnymi spojrzeniami — i, na szczęście, rozmowa z nim pomogła mi wyzbyć się wszelkich wątpliwości. Poczęstował mnie swoimi dropsami — Gryfon i Ślizgon, tknięci jednakowym, złym przeczuciem, jednocześnie syknęli do siebie „dropsy!”, a Zachariasz wciąż mówił: — i powiedział, że to jest normalne, i że nie mam się czym przejmować. Po tym spotkaniu zrozumiałem coś jeszcze — Smith urwał, nagle zerkając na nich z wyczekiwaniem.
Draco chrząknął.
— Co takiego? — spytał grzecznie, zmuszając się do uśmiechu. Harry mruknął pod nosem coś podobnego do: „bo umieramy z ciekawości”.
— No więc — ciągnął Smith radośnie — przede wszystkim musicie wiedzieć, iż świadomość bliskości celu zdaje się dodatkowo podsycać moje żądze, a krew, nerwowo pulsująca w żyłach, nigdy przedtem nie jawiła mi się równie podniecająco. To jest, podnieca mnie. Pulsująca w żyłach krew. Gdy jestem blisko celu.
Harry zmarszczył czoło.
— Możesz powtórzyć? — poprosił.
Draco ukrył twarz w dłoniach.
— Potter, doprawdy — mruknął z rezygnacją.
— No co, no co?! Nie mów mi, że ty coś z tego bredzenia zrozu... — żachnął się oburzony Harry.
— Tak więc — kontynuował Smith niestrudzenie, ucinając ich dyskusję — chodzi o to, iż...
Harry i Draco wstrzymali oddech.
— ... lubię chłopców — wypalił Smith. — A wy dwoje strasznie mnie podniecacie. Nie mogę się zdecydować, który bardziej.
Harry i Draco z zadziwiającą zgodnością zaczęli przypominać Crabbe’a i Goyle’a usiłujących napisać wypracowanie z transmutacji.
— Eee... — skonkludował Potter.
— Yyy? — dorzucił Malfoy.
Zachariasz przyglądał się im z szerokim uśmiechem na twarzy, zaś Harry nagle o czymś sobie przypomniał.
— A Cedrik? — zapytał podejrzliwie, nim Draco zdążył spiorunować go wzrokiem.
Smith chwilę pokontemplował Harry’ego w milczeniu.
— Jaki znowu Cedrik? — spytał w końcu. — Cedrik nie żyje od ponad roku. Wybacz, Potter, chyba za mocno uderzyłem cię w głowę — skwitował współczująco. Harry prychnął, Draco zachichotał, a Zachariasz kontynuował: — Właśnie dlatego tu jesteście — ponieważ wszyscy wiedzą, iż oryginały są lepsze od kopii! Złapałem was, uwięziłem, a teraz wy zrobicie dla mnie — tylko dla mnie! — coś bardzo, bardzo niegrzecznego. Muahahhahaah!
Podczas gdy Zachariasz zajęty był zanoszeniem się bardzo demonicznym i mrocznym śmiechem, Harry i Draco niezwłocznie nachylili się do siebie, próbując ułożyć szybki plan.
— On jest... — Harry sugestywnie wykręcił młynka w okolicy czoła.
Draco wywrócił oczami.
— Brawo, Potter. Posłuchaj, wiem, co musimy zrobić — rzucił niecierpliwie.
— Wiesz? — spytał Harry z nadzieją.
— Wiem. To będzie jednak wymagało... pewnych poświęceń — przyznał Draco ponuro.
— „Pewnych poświęceń”? — Harry, całkiem słusznie, nabrał podejrzeń.
Draco westchnął, a potem wyjaśnił cierpliwie:
— Musimy go podniecić tak, że padnie. To jedyny sposób.
Harry spojrzał na niego ze zgrozą.
— Zwariowałeś — rzekł z przekonaniem. — Błagam, nie mów mi, że też jadłeś te cholerne dropsy! I ja rozumiem, rozejm to jedno, ale... Malfoy!
— Och, a masz jakiś lepszy pomysł?! — zirytował się Draco. — Oto, co zrobimy... — Nachylił się, by wyszeptać Harry’emu do ucha swój plan.
Harry słuchał z niechęcią.
A potem — o dziwo — zgodził się.
— Całkiem niegłupie — przyznał z mimowolnym uznaniem, gdy Malfoy skończył.
Draco napuszył się odpowiednio.
— Wiem — zauważył skromnie.
W tym czasie Zachariasz skończył odgrywanie bardzo złego i mrocznego geniusza zła.
— To jak, panowie, zaczynamy? — spytał, gorączkowo wodząc wzrokiem od jednego, do drugiego.
Draco uśmiechnął się kokieteryjnie, a potem powiedział głośno do Harry’ego:
— Myślę, że rzeczywiście zrobimy coś bardzo, bardzo niegrzecznego... taka zabawa dla prawdziwych mężczyzn. Co o tym sądzisz, Potter?
Harry przyjął wyzwanie.
— Proszę bardzo, Malfoy.
— Nic tak nie podkręca testosteronu jak... stara, dobra partyjka Szachów Czarodziejów! Prawda, Potter? — skonkludował Draco, uwodzicielsko mrużąc powieki.
Harry patrzył na niego z błyskiem w oku.
— Szachy to jeszcze nic, Malfoy — rzucił lekceważąco, a potem zmysłowo zniżył głos i dodał: — Słyszałeś kiedyś o... warcabach?

*

— Lucjuszu? — spytał z niepokojem Severus Snape, któremu w końcu udało się przywrócić światu Lucjusza Malfoya. — W porządku? Nie możemy tracić czasu, musimy ułożyć Bardzo, ale to Bardzo Niedobry Plan...
— Plan? Ja ci zaraz powiem plan, Severusie. Spodoba ci się. To niezwykle prosty i jednocześnie całkowicie niezawodny plan — wycedził złowieszczo Lucjusz, z gracją wstając z ziemi i otrzepując szatę z kurzu. Następnie zwęził oczy i dokończył bardzo cichym i bardzo zdecydowanym tonem: — Zabić.

*
kaś Offline


 
Posty: 11
Dołączył(a): 5 mar 2011, o 18:36

Postprzez Aevenien » 4 gru 2011, o 16:27

[Autor docelowy — Lady in Black]

Odcinek 10, w którym Harry i Draco rozgrywają Bardzo Zmysłową Partię Warcabów, jednak pomysł zawodzi na całej linii — Smith pozostaje niewzruszony, a chłopcy wciąż uwięzieni. Severus i Lucjusz wyruszają na polowanie na niedobitki Klonów i dają kompletną plamę, jednak zamiast tego udaje im przypadkowo trafić na chłopców i pomóc im wydostać z nieprzyjemnej komnaty (los Smitha pozostaje w rękach autora następnego odcinka, tj.mnie). Rita wciąż działa w zamku, węszy, mylnie interpretuje fakty, a następnie ogłasza światu trójkąt Malfoy/Potter/Smith. Ujawniają się kolejne ofiary przeterminowanych dropsów i związane z tym konsekwencje.

*

Zachariasz Smith wpatrywał się w swoje ofiary z coraz większym zainteresowaniem, wywołanym ich nagłą uległością oraz inwencją twórczą. Zastanawiał się, w jaki sposób niewinna gra w warcaby ma podnieść jego, i tak już wysoki, poziom testosteronu, lecz po chwili stwierdził, że nie warto się nad tym głowić, ale od razu sprawdzić.
— Na co więc czekamy? — wymruczał zmysłowo w stronę Harry'ego oraz Draco, oblizując przy tym spierzchnięte usta.
— To proste — odparł Gryfon. — Nie mamy planszy ani pionków.
Puchon spojrzał na niego przeciągle, wycelował różdżkę w kierunku poduszki i mrucząc ciche zaklęcie, transmutował ją w zestaw do gry.
— Il voilà.
Czarnowłosy rzucił okiem na Draco, który lekko skinął głową, po czym wyczarował dwa, mahoniowe krzesła, a także okrągły stolik do kompletu. Harry pomógł mu ustawić je na środku komnaty. Po chwili obydwaj zasiedli do gry, rozkładając pionki, Gryfon — białe, Ślizgon — czarne.
— Ustalmy pewne dodatkowe zasady — powiedział z tajemniczym uśmiechem Wybraniec. — Każdy z nas za stracony pion musi ściągnąć część garderoby, zgadzasz się?
Rozłożony wygodnie na łóżku Zachariasz zagwizdał z aprobatą. Czuł, że ta mała partyjka nie zawiedzie jego nadziei na dobrą zabawę.
— Dobrze — odrzekł jedwabiście arystokrata. — Zaczynaj, białe mają pierwszeństwo — dodał, przeciągając sylaby.
Harry powabnymi ruchami przesunął figurę po skosie, patrząc przy tym Draco w oczy i “przypadkiem” muskając jego dłoń. Ten spojrzał na niego z dziwnym błyskiem w oku, wykonując swój ruch w grze oraz ściskając pod stołem kolano Gryfona. Ich “Geniusz Zła” wydawał się tym mało zaciekawiony, bowiem czekał na coś więcej, a jak zauważył chłopcy jeszcze się nie rozkręcili, tak więc postanowił (nie)cierpliwie przeczekać chwilę wstępów.

*

Tymczasem w lochach...
— Lucjuszu, rozumiem, że chcesz zabić Pottera, ale Draco... Przecież to twój syn. — Mistrz Eliksirów wpatrywał się badawczo w Lucjusza Malfoya.
— Na Merlina! Nie mam zamiaru pozbawiać życia mojego jedynego dziedzica. — sarknął zapytany. — Zajmę się nim potem. Myślę, że czyszczenie z kurzu rodowej biblioteki bez użycia czarów dobrze mu zrobi.
— Zapewne — mruknął Snape. — Powiedz mi teraz, mój drogi przyjacielu, w jaki sposób chcesz złapać i unicestwić te przebrzydłe klony? Ja sam myślałem, aby użyć zaklęcia tropiącego oraz podać im parę ciekawych eliksirów.
— Wiesz, Severusie, to niezły pomysł — szepnął podekscytowany Malfoy. — Poza tym przywiozłem ciekawą listę z przydatnymi zaklęciami typu doprawiania kurzajek długich jak macki czy też oślich uszu. Pamiętam, że często używałem ich w szkole... — Lucjusz szybko otarł łzę wzruszenia, która pojawiła się na wspomnienie tych pięknych czasów.
— Świetnie! — Naczelny Postrach Hogwartu aż klasnął w dłonie. — Chodź Lucjuszu, powinniśmy się przebrać w mniej rzucające się w oczy szaty.
Malfoy spojrzał na niego krytycznie i rzekł:
— Ależ, Sev, przecież ty ZAWSZE nosisz nierzucające się w oczy ubrania.
— Mówisz o tych? — Snape spojrzał na niego z dezaprobatą. — Te są z zeszłego sezonu, wczoraj dostałem nową dostawę od madame Malkin. Pochodzi z nowej linii “Bezdenna Czerń”. TO są dopiero odpowiednie szaty na takie okazje.
— Och, słyszałem o nich, mają mi je niedługo przysłać. — arystokrata spojrzał na Mistrza Eliksirów z podziwem. — Dobra, chodźmy, musimy je szybko ubrać i przygotować się do misji.

*

Rita Skeeter rozejrzała się czujnie po Wielkiej Sali, lustrując ją w poszukiwaniu odpowiedniej osoby, która podołałaby jej wymogom, tj.: dobrze znała Pottera bądź Malfoya, jej nazwisko było znane w czarodziejskim świecie oraz co najważniejsze, posiadała dużo ciekawych informacji. Spojrzała na stół Gryffindoru, lecz była pewna, że ci z pewnością nie wydadzą jej ich pseudoprzywódcy, Pottera. Poczuła jakiś ruch koło siebie i zobaczyła Cho Chang. Wiedziona instynktem reporterskim, zaczepiła dziewczynę, uśmiechając się przymilnie:
— Moja droga, może miałabyś ochotę na krótki wywiadzik do “Proroka”, dotyczący całej tej sprawy w Hogwarcie?
— Ummm, ja? — zapytała, lekko rumieniąc się, Krukonka.
— Tak ty, kochana — odpowiedziała z przesadną słodyczą w głosie Rita. — Mogłabyś podzielić się swoimi spostrzeżeniami oraz wiedzą na parę frapujących czytelników tematów. Oczywiście, zamieściłabym twoje imię oraz nazwisko, a temat umieściła na pierwszej stronie, ale nie chcę na ciebie naciskać, zrozumiem, jeśli mi odmówisz... .
— Ależ nie! — wykrzyknęła Cho, której oczy płonęły blaskiem. Od zawsze marzyła, aby zdobyć rozgłos. — Zgadzam się. Proszę tylko powiedzieć kiedy i gdzie mam przyjść.
Dziennikarka spojrzała na nią niczym kot na tłustego kanarka. Tak, znalazła to, czego szukała.

*

— Ha, znowu zbiłem twojego pionka, Malfoy! — wykrzyknął radośnie Harry. — Dalej, rozbieraj się... — dodał zmysłowym szeptem.
Draco spojrzał na niego z urazą. Nie sądził, że Potter aż tak dobrze gra w warcaby. W końcu pozbawił go już wierzchniej szaty, krawatu, koszuli, a teraz jeszcze spodni. Spojrzał na Smitha, który coraz żywiej przyglądał się ich grze. Ślizgon, tak jak uprzednio, powoli zdejmował ubranie, starając się robić to tak, jak ćwiczył przed lustrem, gdy był sam. Pech chciał, że tego dnia ubrał swoje ulubione świąteczne bokserki w choinki. Widząc to, Zachariasz oraz Harry parsknęli niepohamowanym śmiechem. Na twarz Draco wpłynął zdradziecki rumieniec. Po dłuższej chwili, odzyskawszy rezon, burknął na nich:
— Z czego się śmiejecie? To nie powód do żartów, każdy szanujący się czarodziej dba o utrzymywanie odpowiedniej świątecznej atmosfery, nawet jeśli robi to tylko dla siebie.
— Wiecie co, mam pomysł — powiedział niespodziewanie Zachariasz, w przerwach między śmianiem się. — Sam pokażę wam, jak bawią się niegrzeczni czarodzieje.
Chłopcy spojrzeli na siebie z przestrachem, myśląc o tym samym: Ich plan się nie powiódł, a teraz znajdują się sam na sam ze zwariowanym Puchonem, który ma “niegrzeczny pomysł”. Jak na komendę, równocześnie przełknęli głośno ślinę.

*

Severus Snape oraz Lucjusz Malfoy chyłkiem wyszli na korytarz w lochach. Obydwaj mieli na sobie najnowsze szaty Mistrza Eliksirów, dzięki którym stali się praktycznie niewidzialni. Poza tym arystokrata musiał jeszcze tylko zmienić kolor swoich włosów na praktycznie taki sam co Snape, z czego nie był zbytnio zadowolony, ale przecież trzeba poświęcać się dla dobra sprawy.
— Eliksiry? — wyszeptał.
— Są — odparł Snape.
— Zaklęcia?
— Mam.
— Różdżka?
— Jest.
— Gotowy do działania?
— Oczywiście, że tak.
— Wyśmienicie. W takim razie możemy zaczynać.
Drarrum Quaero — powiedział Severus. Zaklęcie składało się ze zrostu części imion Harry'ego oraz Draco i miało na celu odszukanie wszystkich młodych Potterów i Malfoyów w zamku, włączając w to przede wszystkim klony. Różdżka zadrżała, obracając się w kierunku dormitorium Ślizgonów. Mężczyźni ruszyli w kompletnej ciszy w głąb lochów. Snape już chciał przystanąć przy wejściu do Pokoju Wspólnego Slytherinu, lecz magiczny przedmiot w jego ręku uparcie wskazywał dalszą drogę w zupełnie innym kierunku. Szli tak około dwudziestu minut, aż w końcu stanęli przed lekko odrapanymi, starymi drzwiami.
Spojrzeli po sobie, Lucjusz kiwnął głową i pchnęli wrota...

*

Harry i Draco zaczęli odczuwać coraz większą panikę, gdy Smith zmysłowymi ruchami stanął na środku sali, usuwając z niej już nieprzydatny zestaw do gry i machając krótko różdżką. Nagle rozbrzmiała muzyka, której źródła nie dało się dokładnie umiejscowić. Zadowolony z siebie Zachariasz sięgnął do górnych guzików swojej koszuli, uśmiechając się przy tym drapieżnie w stronę swoich blednących ofiar. Był w połowie rozpinania ubrania, gdy usłyszeli trzask otwieranych drzwi. Do komnaty wpadli... Lucjusz Malfoy oraz Severus Snape. Wyglądali na żądnych krwi i dzierżyli w rękach różdżki. Zdezorientowany Puchon chciał rzucić w ich kierunku Drętwotę, lecz Mistrz Eliksirów zgrabnym ruchem odbił zaklęcie, trafiając Smitha, który runął jak długi. Potter i Malfoy patrzyli ze zdumieniem na swoich wybawców.
— Severusie, spójrz tylko, oni chcieli urządzić orgię! — wykrzyknął zdumiony Lucjusz, kierując oskarżycielsko palec w kierunku chłopców. — Te klony są bezczelne.
— Ojcze, przecież to ja, Draco, a nie jakiś klon — odparł Ślizgon. — Poza tym nie urządzamy tutaj żadnej orgii, to ten szalony Smith nas złapał i przetrzymywał.
— Niby w jakim celu miałby to robić? — zapytał podejrzliwie Snape. — Poza tym jak mamy ci wierzyć, że jesteś autentycznym Draconem? — dodał po chwili.
— Twierdził, że olśniło go, jakoby ja i stojący obok mnie słup soli, zwany Potterem, pociągamy go i uwięził nas tutaj, bo nie mógł się zdecydować, którego woli bardziej — odparł blondyn. — Odpowiedź na twoje drugie pytanie jest prosta. Jak zdążyliście zauważyć nie pałam żądzą ani nie molestuje obecnego tu Gryfona i wzajemnie.
— Ummm, no tak — mruknął Lucjusz. — To wiele wyjaśnia. Może wyjdziemy już z tej komnaty. Czuję, że nie było tutaj Filcha od co najmniej ćwierćwiecza — zwrócił się do zebranych, wzdrygając się malowniczo.
— Klony załatwimy potem, Severusie — dodał konspiracyjnym szeptem do Snape'a.
Po chwili podążali w kierunku gabinetu Dumbledore'a. Malfoy Senior cofnął zaklęcie z Zachariasza, po czym oplótł go niewidzialnymi więzami i lewitował za sobą. Byli w połowie schodów, gdy natknęli się na Ritę Skeeter. Ta, widząc tak niezwykłe zjawisko, natychmiast zainteresowała się tym i zapytała:
— Profesorze Snape, czy coś się stało? Może mogłabym jakoś pomóc? — Jej głos ociekał fałszywą słodyczą.
— To nie pani sprawa, panno Skeeter — wywarczał w jej stronę Snape. — Poradzimy sobie sami. Proszę poszukać sobie sensacji gdzie indziej.
— Harry, Draco, spójrzcie tylko, co dla was mam... — wymruczał lubieżnie na wpół przytomny Smith.
Oczy reporterki rozbłysły niebezpiecznym blaskiem.
— A więc to tak — powiedziała triumfującym głosem. — Pan Potter, Malfoy oraz Smith utworzyli w Hogwarcie związek homoseksualny. Moi czytelnicy z pewnością okażą niezmierne zainteresowanie tym faktem.
—Nie waż się nawet publikować takich bzdur — powiedział złowrogim szeptem Mistrz Eliksirów. — I nie wściubiaj nosa w nie swoje sprawy.
— Chodźmy na chwilę do tej klasy, muszę coś wam powiedzieć — dodał.
Mężczyźni zostawili na korytarzu Skeeter, która niezrażona reakcją Snape'a postanowiła wysłać dodatkowe informację do jutrzejszego numeru “Proroka”. Była pewna, że wywiad z tą małą Krukonką, opis nowych przypadków dziwnych zachowań w Hogwarcie, a teraz jeszcze TO zapewnią jej wieczną popularność, o jakiej zawsze marzyła. Rita uśmiechnęła się z satysfakcją.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Miss Granger » 4 gru 2011, o 16:28

Przepraszam za drobne obsunięcie czasowe.

Zapraszam na kolejny odcinek Świątecznej Drarrofety, w którym do Hogwartu docierają nowe “Proroki Codzienne” ze skandalicznym reportażem Rity. Draco i Harry przyłączają się do misji usunięcia klonów, którą kontynuują Lucjusz oraz Severus. W szkole rozpoczyna się usuwanie szkód wywołanych przez dropsy.


Znaleźli opustoszałą klasę, która była przynajmniej trochę czyściejsza od poprzedniej, natomiast zawierała element, na który Harry i Draco zareagowali identycznie: rzucając równocześnie zaklęcie czyszczące, co spowodowało roztrzaskanie się zwierciadła — taflę pokrywał wielki napis „Harry i Draco na zawsze” otoczony dziesiątkami odciśniętych ust — na drobne kawałeczki.
— Dobra, pozbyliśmy się tego niewyżytego Puchona — powiedział Draco, gniewnie odgarniając wchodzące mu do oczu włosy — teraz najwyższy czas, aby pozbyć się klonów — dokończył mściwie, rzucając zirytowane spojrzenie na odłamki potłuczonego zwierciadła.
— My właśnie w tej sprawie — podjął Severus. — Mamy przygotowany eliksir, po którym klony znikną raz na zawsze — wyjaśnił Mistrz Eliksirów, kładąc nacisk na ostatnie wyrazy i wyciągając flakonik z niebieskawą cieczą. — Wystarczy jedna kropla, aby unicestwić te wybryki natury.
— Tylko... z większością Potterów nie pójdzie tak łatwo, te dranie potrafią nieźle oszukiwać, naprawdę nie wiem, jak one... — zaczął Draco.
— No, Malfoy, twoje klony nie są wcale lepsze! — oburzył się Harry. — Uwierz, że nie chcesz usłyszeć o tym, co mi zgotowały te twoje podróbki. Wcale nie są prymitywnymi bestiami, które najchętniej zaciągnęłyby mnie w jakąś ciemną komórkę na miotły i… — kontynuował ironicznie wzburzony Gryfon, lecz Ślizgon przerwał mu, najwidoczniej nie chcąc słyszeć, co stałoby się z Harrym sam na sam z klonami.
— Tak?! A twoje chodziły za mną wszędzie, czaiły się jak zwierzęta, tylko po to, żeby mnie dotknąć! Już pomijam to, że rzucały się i padały mi do stóp, abym choć na nie popatrzył. Nie widziałem niczego bardziej żałosnego — odciął się Draco. Potter już miał zamiar zripostować, lecz w odpowiednim momencie interweniował Lucjusz, który wiedział, ze obaj tak łatwo nie odpuszczą:
— Musimy się rozdzielić, żeby jak najszybciej pozbyć się tego ścierwa z zamku — powiedział straszy Malfoy. Na wyraz „ścierwo” Draco i Harry mimowolnie posłali pełne wyrzutu spojrzenie w kierunku Lucjusza, bo zdawali sobie sprawę, że klony wyglądają identycznie jak oni, tylko różnią się zachowaniem, a każdy z nich był na swój sposób za nie odpowiedzialny.
— Racja — mruknął Severus, zajęty przelewaniem eliksiru do czterech mniejszych buteleczek. — Postarajcie się je jakoś przekonać, żeby to zażyły, a wszystkim będzie się żyło znacznie lepiej — dorzucił, wręczając każdemu flakonik. — A zwłaszcza mnie — dodał mściwie pod nosem.
Gdy tylko wyszli z sali, zauważyli przechadzającego się samotnie klona Pottera, który wyglądał na nieszczęśliwego. Wszyscy „tropiciele klonów” ukryli się w cieniu, patrząc jeden na drugiego, aby ktoś jako pierwszy wypróbował działanie eliksiru, lecz nie było chętnych. Po krótkiej chwili usłyszeli szept Dracona:
— Potter, to twoja podróba. — Po czym chłopiec popchnął Harry'ego w kierunku klona. Harry, chcąc nie chcąc, ruszył korytarzem, trzymając niepewnie flakonik.
— Eee, cześć! — przywitał się speszony. Klon stanął naprzeciwko niego, nadal wielce nieszczęśliwy, i smętnie wymruczał coś na przywitanie. Harry czuł się tak, jakby spoglądał w lustro.
— Słuchaj... Harry — podjął prawdziwy Gryfon niepewnie, gdyż nie bardzo wiedział, jak ma się do niego zwracać, a nie chciał mówić per "klonie" — mam dla ciebie wspaniałą wiadomość — powiedział, lecz rozmówca nie wykazał zbytniego entuzjazmu, więc dodał: — Mogę ci pomóc zdobyć Mal... Draco. — Ledwo Harry zdążył dokończyć zdanie, klon od razu zmienił nastawienie. Był rozochocony, a wyraz smutku ulotnił się wraz z padającym imieniem Ślizgona. Na te słowa z cienia padł także stłumiony odgłos gniewu, który niewątpliwie należał do Draco, lecz Harry uśmiechnął się z satysfakcja, nie zwracając uwagi na klona, który zaczął opowiadać, jak to „niedobry Harry odbił mu jego Draco”. Gryfon wiedział, że klon nie odmówi mu niczego, co pomoże mu w zdobyciu Draco, więc kazał mu otworzyć usta, po czym wlał do środka kroplę eliksiru. Imitacja Harry'ego nawet nie miała zamiaru zapytać, w jaki sposób zdobędzie Malfoya, ważne jedynie było, że to się stanie. Prawdę mówiąc, nie zdążyłby nawet zadać tego pytania, gdyż po chwili stał się podobny do ducha, prawie przezroczysty, po czym zniknął. Nie trwało to dłużej niż kilka sekund. Harry, zadowolony z siebie, odetchnął głęboko.
— Nie rozczulaj się nad nim, Potter — rzucił młody Malfoy, mijając go. — Jeszcze długa droga przed nami. — Po czym ruszył korytarzem, sprawdzając po drodze kilka sal. Lucjusz i Severus udali się w przeciwną stronę. Harry postanowił udać się w kierunku Wieży Gryffindoru.
Nie zdążył nawet wejść po pierwszych schodach, gdy zobaczył, że w jego stronę pędzi klon Malfoya. Obawiając się przykrej konfrontacji z jego dłońmi, bądź, co gorsza, z ustami, postanowił improwizować.
— Witaj, Mal... Draco — przywitał się grzecznie, po czym posłał wymuszony uśmiech w kierunku falsyfikatu, myśląc o tym, że jeszcze trochę i przyzwyczai się mówić do Ślizgona po imieniu. — Wszędzie cię szukałem, ponieważ znalazłem to, o czym ci wcześniej wspominałem — wymyślał Harry, machając flakonikiem. Klon nie wydawał się ani odrobinę podejrzliwy, zajęty był pożeraniem Harry'ego wzrokiem. — To ma nam pomóc w Sam-Wiesz-Czym — dodał Harry dwuznacznie, puszczając oko i karcąc się w duchu za to, co przed chwilą powiedział. Wiedział, że gdyby prawdziwy Malfoy teraz go usłyszał, nie stałby sobie tu długo. Klon natomiast był wniebowzięty. Gryfon ruszył w jego kierunku, po czym wlał kroplę do otwartych ust. Fałszywy Draco próbował potrząsnąć flakonikiem, aby dostać jeszcze odrobinę napoju, lecz Harry zdążył zatkać koreczek.
— Nie, uwierz, jedna kropla wystarczy — powiedział Harry, już nie tak grzecznie i przymilnie, chociaż najchętniej wlałby mu prosto do gardła całą zawartość buteleczki. Tak jak to się stało z pierwszym klonem, po tym także po chwili nie było śladu. Gryfon zastanawiał się, jak sobie radzą pozostali, po czym ruszył dalej.

Po unicestwieniu dziesiątek klonów i sprawdzeniu jeszcze raz — dla bezpieczeństwa — wszystkich zakamarków, Harry udał się zmęczony do Wieży Gryffindoru. Po drodze spotkał Malfoya, który był w nie lepszym stanie.
— Uwierz mi, Potter, że już nie spotkasz żadnego przechadzającego się po zamku Harry'ego Pottera — powiedział z satysfakcja.
— To samo mogę powiedzieć o twoich podróbach — odparł Harry, który myślał tylko o tym, aby wziąć kąpiel i położyć się spać. To był długi dzień. Ślizgon widocznie także nie chciał prowadzić dłuższej konwersacji, więc skinęli tylko głowami i każdy ruszył w swoją stronę.

Następnego dnia Harry obudził się w dobrym humorze, ciesząc się z tego, że koszmar z klonami wreszcie się skończył i że może bezpiecznie wyjść ze swojej sypialni. Już kiedy odsunął zasłony łóżka, wiedział, że coś jest nie tak. Zobaczył Seamusa, który szybko ulotnił się z pokoju. Spojrzał więc na Rona, który nerwowo próbował ubrać golf do góry nogami.
— Wal, stary — powiedział Harry, przygotowując się na cios.
— Co? A co się stało? Dobrze spałeś? Wiesz, ale jestem głodny! — dukał nerwowo rudzielec.
— Ron, obaj wiemy, że nie umiesz kłamać — powiedział Harry, co było szczerą prawdą — a wole się tego dowiedzieć od ciebie — dodał, chociaż nie miał pojęcia, o co może chodzić, miał tylko nadzieję, że to nie powrót klonów.
— No dobra — powiedział Ron po chwili i podszedł do swojego łóżka. Spod poduszki wyjął porannego Proroka Codziennego i podał go Harry'emu, po czym bez słowa wyszedł, rzucając przyjacielowi współczujące spojrzenie. Gryfon już wiedział, co tam znajdzie. Przez wczorajsze przygody z klonami całkowicie zapomniał, że tego dnia miał się ukazać artykuł Rity.

Harry wiedział, czego się spodziewać. Po przeczytaniu ubrał się i poszedł na śniadanie. Starał się nie zwracać uwagi na szepty i uśmieszki wokół niego, chociaż Gryfoni próbowali nie wyglądać na zbytnio rozradowanych. Gdy wchodził do Wielkiej Sali sali, zaczepił go Malfoy.
— Potter, sądząc po twojej minie, już znasz najnowsze wieści — powiedział bez przywitania, lecz Harry zauważył, że nie jest wielce zmartwiony z powodu artykułu. — Wiesz, chyba jej nie doceniałem, zdobyć informacje to ona jednak umie. Ale nie o to mi chodzi, wydaje mi się, że Skeeter może mieć po części rację.
— Co?! — Harry nie wierzył własnym uszom. — Chyba sobie żartujesz! Mnie się nie wydaje, żebym czuł jakikolwiek pociąg do Smitha, ale jeżeli ty tak, to już nie mój biznes — powiedział Gryfon, patrząc dziwnie na Ślizgona.
— Potter, uderzyłeś się w głowę, czy co? Czytałeś ze zrozumieniem ten artykuł, czy tylko wpatrywałeś się w moje zdjęcie na pierwszej stronie? — rzucił Draco, ignorując pomruk protestu Harry'ego. — Chodzi mi o to, że ona może mieć racje, że Dumbledore faszeruje swoich uczniów przeterminowanymi dropsami, które mają straszliwe skutki uboczne.
— No nie! Chyba nie myślisz, że to prawda! Dumbledore nigdy by nie... — zaczął buntować się Harry.
— Potter, kretynie, posłuchaj mnie najpierw. Nie mamy dużo czasu. Chodzi mi o to, że może te dropsy rzeczywiście tak działają i ma się po nich jakieś wizje, a jeżeli tak, to Snape musi mieć przecież antidotum — dokończył Draco, dumny ze swojego odkrycia.
— Taak? To niech poda je wszystkim tym, którzy zjedli dropsy, i będzie po sprawie — powiedział Harry, który już miał tego wszystkiego serdecznie dosyć.
— Jesteś pewien, że te klony nie zrobiły ci wczoraj krzywdy? Bo wole nie myśleć, że Wybraniec może byc tak tępy — podsumował Draco. — Zużyłeś wczoraj cały eliksir? — zapytał Draco, po czym przedstawił mu swój genialny plan. Harry pomyślał, że ten dzień nie do końca musi być stracony.

Harry wraz z Draco po cichu weszli do Skrzydła Szpitalnego. Dowiedzieli się, że tam leży Smith, o którym Mistrz Eliksirów najwidoczniej zapomniał. Gdy Puchon ujrzał chłopców podchodzących do niego, rozpromienił się i z wyrzutem zaczął pytać, dlaczego wczoraj go zostawili i przerwali wspaniałą zabawę.
— Woleliśmy się lepiej przygotować, teraz, obiecuję, będzie o niebo lepiej — powiedział Draco, odwracając tym samym uwagę Puchona, Harry tymczasem wlał eliksir do stojącej obok szklanki z sokiem dyniowym. Po chwili oboje usadowili się po obu stronach Smitha. — Masz, napij się, bo zaraz możesz być naprawdę spragniony — ciągnął Draco jedwabistym tonem, a Harry uznał, że Ślizgon jest naprawdę dobrym aktorem. Puchon, trzymając rękę na nodze Harry'ego, patrzył to na jednego, to na drugiego, po czym wypił sok i odłożył szklankę. Oczywiście nie zniknął tak jak klony, jego wygląd praktycznie się nie zmienił, pomijając oczywiście zwiększający się wyraz szoku na jego twarzy, gdy zauważył leżących obok niego chłopców i Dracona odgarniającego mu kosmyki włosów z twarzy.
— Ale chłopaki, co wy...? — zaczął zupełnie niezrozumiale.
— Jak to "co"? Przyszliśmy dokończyć to, co wczoraj zacząłeś — odpowiedział Draco, a Harry podał Zachariaszowi poranny egzemplarz Proroka.


W następnym odcinku…
Miss Granger Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 35
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 13:53

Postprzez Nefre » 4 gru 2011, o 16:28

Kolejny odcinek, znowu wklejam szybciej, bo ten tydzień to jakieś szaleństwo, a popełniłabym zapewne harakiri, gdybym go nie napisała. Nie jest to zaden odcinek roku, ale baaaardzo sie starałam.

Kolejny odcinek, w którym Draco i Harry udają się, w ramach zawieszenia broni, na zakupy świateczne do Hogsmeade.

W miarę jak oczy Smitha wędrowały w dół, jego twarz robiła się coraz bledsza, a potem nagle zielona. Draco uśmiechnął się z mściwą satysfakcją, widząc burzę emocji na twarzy niedoszłego „kochanka”.
— O matko — wykrztusił w końcu Zachariasz. — Dajcie mi miskę, bo zaraz normalnie rzygnę.
Malfoy natychmiast odsunął się z wyrazem obrzydzenia na twarzy, Harry natomiast, w obawie, że Smith im zemdleje i pani Pomfrey pogoni ich ze Skrzydła Szpitalnego, odebrał chłopakowi gazetę i wetknął ją sobie pod pachę.
— Skeeter szukała sensacji i ją znalazła — wyjaśnił beznamiętnym głosem, podczas, gdy Zachariasz hiperwentylował na łóżku. — A wszystko przez niewinne dropsy. — Wzdrygnął się, wyobrażając sobie przymierze Voldemorta z mrocznymi paczkami cytrynowych dropsów. Psychodeliczna, ale ciekawa wizja.
— Ale trójkąt? — wydyszał między spazmatycznymi oddechami Smith. — Merlinie, przecież ja całowałem się z tyloma dziewczynami! Nie jestem homo!
Malfoy parsknął dyskretnie. Nabrał już takiej wprawy, że nikt nie zauważył. Dlatego właśnie parsknął głośniej. Zachariasz spiorunował go wzrokiem.
— Nie wierzysz?!
— A uwierzysz, jeśli ci powiem, że całowałem się z Potterem? — odparował blondyn. Potter spojrzał na niego przerażony i zaraz zaczął się zastanawiać, czy rzeczywiście do podobnego incydentu doszło. Na szczęście, Malfoyowi chodziło o klony. Chyba.
Smith prychnął pogardliwie.
— Jasne, a Dumbledore też jest homoseksualistą. — Sarkazm powstrzymał falę mdłości. Zachariasz podciągnął się i usiadł na łóżku. — Mam znajomości w ministerstwie. Mogą zmienić artykuł, albo sprawić, że ten Prorok zniknie i nikt nie będzie o nim pamiętał.
— Jakie znajomości? — zainteresował się niewinnie Draco.
— Malfoy — warknął Harry, spoglądając na blondyna groźnie. Ślizgon uniósł ręce i uśmiechnął się rozbrajająco.
— Tylko chciałem się dowiedzieć. Ojciec już o wszystkim wie…
Harry wzniósł oczy do sufitu.
— I czym nam będziesz teraz groził, Malfoy? Przecież jedyna twoja groźba to „Mój ojciec dowie się o tym”.
Draco zacisnął wargi i nie odpowiedział. Harry wyszczerzył zęby w tryumfalnym uśmiechu i klepnął Smitha w kolano. Ten pisnął przerażony, jakby Harry co najmniej go gwałcił.
— Trzymaj się, Smith. Ach, i miło by było, gdybyś wykorzystał te swoje znajomości.
— Rozumiesz, Złoty Chłopiec nie może być postrzegany jako homoseksualny erotoman — wtrącił Malfoy. — Doszłoby do masowych samobójstw ze strony jego fanek i misja ratowania świata spaliłaby na panewce.
Drań, pomyślał Harry, ale uśmiechnął się pod nosem.

* * *

Bez klonów Hogwart wydawał się oazą spokoju. Harry odetchnął z ulgą, maszerując prawie pustym korytarzem, ze świadomością, że nie musi się obawiać, iż zza winkla może wyskoczyć napalony klon Malfoya.
Uczniowie powoli rozjeżdżali się do domów na święta. Ron zapraszał go do Nory i postanowił rozważyć jego propozycję, jednak na razie napawał się błogą ciszą i podziwiał dekoracje w zamku. Przez te całe szaleństwo nie miał czasu zrobić nawet zakupów świątecznych, a przecież głupio byłoby otrzymać prezenty, a nie dać nic w zamian.

Zszedł do Wielkiej Sali na kolację. Zauważył, że jak zwykle przyłączono do siebie wszystkie cztery stoły. Ron i Hermiona pomachali mu z daleka, uśmiechając się radośnie. Oni też odetchnęli z ulgą, nie musząc patrzeć, jak ich przyjaciel (klon, ale przecież zawsze to Harry) migdali się z wrogiem numer jeden. Ron nawet regularnie musiał zażywać prozac, żeby nie popaść w depresję.
Jego spojrzenie przykuła pewna blondwłosa czupryna. Oczywiście, bielsza niż sztuczny śnieg, który padał z sufitu. Uniósł brew. Przecież Malfoy zawsze wyjeżdżał na święta. Ba, dla arystokraty hańbą byłoby zostanie w szkole, gdy w domu czekała na niego masa prezentów i usłużne skrzaty.

Usiadł obok przyjaciół, ledwie powstrzymując się, żeby nie pochylić się nad stołem i nie spojrzeć w tamtą stronę.
— Uf, ale ulga — zaczął Ron, rozpierając się wygodnie na ławie. — Bez tych wszystkich klonów czuję się wreszcie… bezpieczny.
— Przecież to nie ciebie molestowały — zauważył Harry, nakładając sobie udo indyka. Ron wzdrygnął się.
— Tak, ale wiadomo? A gdyby powstały moje klony? I gdyby obściskiwał je Malfoy? — Weasley zbladł malowniczo. Hermiona poklepała go po ramieniu.
— Spokojnie, Ron. Sprawa z cytrynowymi dropsami jest już wyjaśniona. — Mówiła do niego, jak do osoby opóźnionej w rozwoju. Rudzielec powoli się uspokajał.
Harry słuchał ich z rozbawieniem. Teraz minione wydarzenia wreszcie wydawały się śmieszne, a nie przerażające i traumatyczne.
Nagle cos świsnęło w powietrzu. Harry zamrugał oczami, gdy przed nim pojawił się kawałek pergaminu. Ron i Hermiona rzucili mu pytające spojrzenie.
Potter rozwinął notkę i wytrzeszczył oczy, gdy spojrzał na godło Slytherinu.

Potter

Jeśli to czytasz, nie rób miny, jak idiota, który oberwał tłuczkiem.


Harry miał ochotę skrzywić się, jednak dostosowując się do rady, przybrał obojętny wyraz twarzy.

Tak sobie myślałem (bo po tej aferze z klonami miałem wreszcie spokój od Ciebie i całej tej zgrai), że te święta spędzę w Hogwarcie. Ojciec jest, lekko mówiąc, zdenerwowany całą tą aferą, a matka postanowiła spędzić święta z rodziną z Devonshire. Cóż, myślę więc „Nie będziesz siedział w domu samotny, prawda, Draco, to nie przystoi”. A poza tym, Crabbe i Goyle nagle sobie przypomnieli, ze w tym roku odwiedza ich liczna rodzina i przywiozą słodycze. Opuszczali mnie z ciężkim sercem, ale łaskawie pozwoliłem im wyjechać.

Harry przewrócił oczami, nie mogąc doczekać się końca listownego słowotoku.

Dlatego zostaję. I, po długich rozważaniach, za i przeciw, pomyślałem, że być może (słowo podkreślone było kilka razy) w ramach naszego zawieszenia broni (które, mam nadzieję, niedługo się odwiesi), zechiałbyśpójśćzemnądohogsmeade?

Przy ostatniej linijce Harry aż zmrużył oczy i przysunął pergamin bliżej, by odszyfrować dziwne bazgroły. Gdy mu się to udało, o mało nie skomentował tego, jednak pamiętał, by zachować pozory.

Tyle chciałem napisać. A, nie podniecaj się zbytnio, to zwykła propozycja.
Sam Wiesz Kto, Ale Nie Ten, Który Myślisz.


— Co to jest? — spytał z zainteresowaniem Ron. — Bo wyglądasz, jakbyś przeczytał jakąś niemoralną propozycję.
Harry chrząknął i schował świstek do kieszeni. Potem rzucił nienawistne spojrzenie w stronę stołu nauczycielskiego.
— Snape dał mi szlaban — wysyczał nienawistnie, wkładając w ton swego głosu jak najwięcej jadu. Ron popatrzył na niego z niedowierzaniem.
— Żartujesz?! Za co?
— A, wiesz, jaki on jest. Dałby mi szlaban za to, że istnieję, gdyby McGonagall nie dyszała mu w kark. No, a po tej aferze z klonami myśli, że to moja wina i chce mnie ukarać.
Czuł się podle, okłamując przyjaciół, ale z drugiej strony nie chciał wysłuchiwać litanii, gdyby powiedział, co tak naprawdę było w liście. Pod pretekstem, że niby chce obrzucić Snape’a kolejnym złym spojrzeniem, wychylił się i spojrzał na Draco. Blondyn akurat oderwał wzrok od talerza i spojrzał prosto na niego. Harry niezauważalnie przytaknął. Malfoy uśmiechnął się krzywo, jakby wyświadczał Harry’emu niewiadomo jaką łaskę.

* * *

Do świąt zostało już tylko kilka dni. Harry uznał, że to dobry moment, by wcielić w życie swój Genialny Plan.
— Dziś mam ten szlaban u Snape’a — mruknął, starając się wyglądać na jak najbardziej tym faktem zdruzgotanego. Przyjaciele popatrzyli na niego ze współczuciem.
— Może mnie trochę nie być — dodał, próbując wycisnąć ze szmaragdowych oczu kilka łez. Nie udało mu się. — Snape uważa, ze to ja jestem wszystkiemu winien i chce mi wymierzyć bardzo surową karę.
— Jeśli dojdzie do rękoczynów, krzycz — dorzucił Ron.

W liście Malfoy dokładnie ustalił godzinę i miejsce spotkania. Harry miał wtopić się w tłum uczniów, którzy także zmierzali do Hogsmeade. I, przede wszystkim, nie mógł rzucać się w oczy.
Ubrany, zwarty i gotowy czekał na blondyna, który zapewne postanowił się spóźnić. Gdy wreszcie dojrzał dumnie kroczącą postać, parsknął śmiechem. Malfoy popatrzył na niego, jak na gumochłona.
— I co cię tak cieszy, Potter?
Harry, który już się opanował, wskazał na czapkę Malfoya.
— Jakiego niedźwiedzia zamordowano, żebyś mógł to nosić?
Arystokrata prychnął pogardliwie i poprawił futrzane odzienie głowy.
— Taka jest moda czarodziejów, Potter. Ale oczywiście taka ofiara mody i chodzący second hand nie ma o tym pojęcia.
Riposta jednak nie była tak cięta i Harry dla zabawy zdjął czapkę i zamachał nią w powietrzu. Draco sapnął oburzony.
— Nie brukaj jej swoimi łapskami! Oddawaj!
— O, dzidziuś Malfoy się pogniewa? — zaseplenił Złoty Chłopiec. Draco wystrzelił do przodu i z furią wyrwał mu czapkę z ręki.
— Ale z ciebie debil, Potter. Chodźmy już, zanim się rozmyślę.
Harry zachichotał i ruszył za rozeźlonym chłopakiem. Do Hogsmeade Draco nie odezwał się do niego słowem.
— Dobra, tu się rozdzielamy — zakomenderował blondyn.
Harry uniósł brew.
— Chcesz mi kupić prezent, Malfoy?
Draco uśmiechnął się ironicznie.
— Chyba śnisz, Złoty Chłopcze. Nie chcę, żeby ktoś mnie z tobą widział.
Zabolało. Harry nie mógł stwierdzić, co poczuł, jednak nie było to przyjemne uczucie. Malfoy najwyraźniej niczego nie dostrzegł, bo dalej uśmiechał się kpiąco.
— Czyli po prostu mnie wykorzystałeś — stwierdził Harry, a ton jego głosu sprawił, że blondyn przestał się uśmiechać. — Jesteś żałosny.
Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę pierwszego lepszego sklepu. Malfoy przez chwilę stał na środku ulicy, jak jakiś śmieszny znak drogowy, po czym szybkim krokiem podszedł do Pottera i zdecydowanym ruchem złapał go za kaptur. Harry krzyknął ze złości i zaskoczenia.
— Coś ty powiedział? — syknął Draco. — Że niby JA jestem żałosny? I… nigdy nie odwracaj się do mnie plecami!
— Bo co? Bo twój ojciec się o tym dowie? — sarknął Harry, choć nadal był bardzo zły. Draco spiorunował go wzrokiem.
— Nie, bo tak nakazuje dobre wychowanie. — Westchnął i przetarł oczy ręką, okutaną w skórzaną, czarną rękawiczkę. — Niby miał być spacerek w ramach rozejmu, a my dalej się gryziemy.
— Ty zacząłeś — przypomniał mu Harry.
— A ty ciągle prowokujesz! Ech, nieważne. Spotkamy się tu za godzinę, dobra? — Widząc sceptyczną minę Zbawcy Świata, Malfoy wywrócił oczami i Harry bał się, że zaraz będzie musiał pomóc mu zbierać je z ziemi. — A potem możemy iść do Trzech Mioteł na coś rozgrzewającego, skoro tak bardzo ci zależy.
Harry uśmiechnął się tryumfalnie.
— Dobra, ale ty stawiasz.
Westchnięcie.
— Tyran.

Rozeszli się i Harry nie wiedział, który sklep ma najpierw wybrać. Dla Hermiony oczywiście kupi jakąś książkę lub perfumy. A dla Rona, ponieważ rudzielec odkrył nowe powołanie, którym była chora wręcz pasja do Quidditcha, coś ze sklepu z sprzętem do tegoż właśnie sportu.
Zastanowił się, czy ma coś kupić Malfoyowi. Wprawdzie celem tej dziwnej wyprawy było przedłużenie zawieszenia broni, a nie spoufalanie się ze Ślizgonem aż do tego stopnia, by kupować mu prezenty na Gwiazdkę. Draco zapewne nic mu nie kupi.
Harry westchnął, przeklinając swoją upierdliwą Gryfońskość, która podpowiadała mu, że większą radość ma się z dawania, niż brania.

* * *

Draco Malfoy był w kropce. Sytuacji podbramkowej. Zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że to zapewne wina toksycznych dropsów. Tak przynajmniej próbował wytłumaczyć swoje dziwne zachowanie.
Pisząc list do Pottera, był pewien, że oszalał, czując ulgę, gdy chłopak zgodził się pójść, miał wrażenie, że zdecydowanie coś jest z nim nie tak. A teraz myślał nad prezentem dla niego!
Z marsową miną wpatrywał się w półki i wodził palcem po bladej brodzie. Książki skreślił na samym początku. Potter nie wyglądał na kogoś, kto jest molem książkowym.
Potem myślał nad kompletem nowych ubrań, ale uznał, że musiałby Pottera wciskać w nie z przemocą, a na to nie miał ochoty.
Zrezygnowany zerknął przez okno. Po chwili na bladej twarzy pojawił się uśmiech. Zły uśmiech.
Uśmiech kogoś, kto planuje wyjątkowo paskudną rzecz.

A w następnym odcinku...
Dla mnie slash jest jak wódka - odurza, można się uzależnić i ma się potem gigant kaca.
Nefre Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 18
Dołączył(a): 8 lis 2010, o 18:42
Lokalizacja: Slasholand

Postprzez Amanda » 4 gru 2011, o 16:29

W kolejnym odcinku...
…w Trzech Miotłach dochodzi do ciekawego wydarzenia, które nie jest, wyjątkowo udziałem naszych bohaterów, aczkolwiek może się dla nich źle skończyć.

Wyjątkowo paskudna rzecz musiała jednak, niestety, poczekać, gdyż Draco Malfoy czuł na sobie czyjś wzrok, wyjątkowo ciekawski wzrok, który wypalał mu dziurę w plecach. Niechętnie oderwał się od komplementowania, jak bardzo nagiąłby przedłużające się zawieszenie broni, kupując Potterowi różową poduszkę, która po przyłożeniu do niej głowy śpiewała kołysanki głosem tego, który ją kupił i skupił się na znalezieniu posiadacza palącego spojrzenia. Okazało się to łatwiejszym niż myślał, gdyż w jego pobliżu stała tylko jedna staruszka, trzymająca zwiniętą w rulonik gazetę. Uśmiechała się do niego w sposób jakiego nie można było nazwać neutralnym, co sprawiło, że zaczął zastanawiać się, dlaczego on tak zainteresował inną, całkowicie nie znaną mu osobę.
— Jesteś Draco Malfoy — powiedziała a kiedy przytaknął uśmiechnęła się szeroko. — Czytałam — zamachnęła gazetą. — Bardzo się cieszę.
— Z czego? — zapytał chłodno.
— Nie jesteście razem, to dobrze.
Draco musiał zastanowić się chwilę zanim zrozumiał, że kobieta prawdopodobnie mówi o sprostowaniu jakie ukazało się z Proroku. Czuł, że zaczyna uśmiechać się kącikami ust.
— Również się z tego bardzo cieszę.
Staruszka jednak nie zwróciła chyba nawet uwagi na jego słowa, ponieważ przez chwilę wyglądała jakby przeżywała coś wewnętrznie, a potem zaczęła mówić.
— Ten Smith to mi się w ogóle nie podobał. Ty i Harry pasujecie do siebie tak dobrze, że jakiś trzeci nie jest wam do niczego potrzebny, dlatego tak się ucieszyłam, kiedy wysłał to sprostowanie, że on nie miał i absolutnie nie planuje mieć nic wspólnego z wami i waszą miłością.
Mężczyzna zamrugał powiekami.
— Ja i Potter nie...
— Och nie zaprzeczaj, taka piękna z was para.
— My nie...
— Taka śliczna.
— Nie jestem zakochany w Potterze!
Krzyk Dracona rozniósł się po całej ulicy i zwrócił uwagę kilku ludzi wychodzących ze sklepu. Ten jednak zdawał się nie zauważać niczego, patrząc morderczym wzrokiem na szaloną staruszkę. Jak mogło jej przyjść do głowy, że on i Potter, że między nimi jest cokolwiek poza palącą, głęboką i odwieczną nienawiścią, będącą aktualnie w chwilowym zawieszeniu ale mającą duże szanse na szybkie odrodzenie.
— Tak oczywiście kochaneczku.
Kobieta uśmiechnęła się ciepło, a w tonie jej głosu dało się wyczytać, że wiedziała lepiej. Mijając go poklepała go lekko po ramieniu, co spowodowało, że ten aż się zatrząsł z tłumionej wściekłości. Jeśli jedna szalona kobieta doszła do takiego a nie innego wniosku co jeszcze mogli sobie pomyśleć inni ludzie. A co najgorsze ten głupi Smith usunął siebie z domniemanego romansu pozostawiając ich wciąż w nim osadzonych.
— Kiedy mój ojciec się do... — zaczął ale zdał sobie wtedy sprawę, że jego ojciec już wie i nawet to straciło sens.

***

— Stała czujność!
Harry bawił się doskonale widząc jak jego spóźnialski towarzysz odwraca cię z mieszanką zaskoczenia i wściekłości spowodowanej śnieżką rozbijającą się na jego plecach. Malfoy spóźnił się prawie godzinę co nie było wcale tak zaskakującym, przecież on był kim był i nie można się było spodziewać, że będzie się zachowywał inaczej tylko dlatego, że z akurat z nim. Czekanie jednak zaczęło go nudzić, kiedy więc na horyzoncie zaczęła ukazywać się futrzana czapka Harry zadbał o to by noszący ją go nie zauważył i zaczaił się ze śnieżką.
— Potter!
— Malfoy — odpowiedział i wycelował ponownie. Był to błąd, ponieważ nie igrało się z ludźmi, którzy nie lubią zimy a do takich właśnie należał Ślizgon. Śnieg mu nie przeszkadzał pod warunkiem, że oglądał go za oknem mając w perspektywie kieliszek wina przy rozpalonym kominku. Zamiast tego jednak stał przed nim roześmiany Harry Potter, który bez wątpienia rzucił mu wyzwanie, a nie ma takiego wyzwania, którego on, Draco Malfoy, by nie przyjął.
— Ta zniewaga krwi wymaga!
Uśmiech i rozbawienie jakie odnalazł w oczach drugiego chłopaka dały mu jasno do zrozumienia, że Potter doskonale się bawi.
„Niedoczekanie jego” pomyślał Ślizgon i zaczął zbliżać się do Harry'ego. Ten zaś najpierw cofnął się kilka kroków a potem zaczął uciekać.
— I to ma być ta gryfońska odwaga?
— Owszem — wyszczerzył się i wychylając zza drzewa posłał w stronę towarzysza kolejną śniegową kulkę.
— Dopadnę cię!
— Tylko spróbuj!
Ślizgon rzucił się w ślad za uciekającym w najlepsze Gryfonem przypominając sobie, co bardziej wymyślne tortury, jakimi będzie mógł go poddać. Wliczało się w to między innymi natarcie śniegiem, zamienienie w bałwana albo lepiej w wielką śnieżkę lub po prostu znokautowanie i pozostawienie do zamarznięcia. Draco uśmiechnął się pod nosem. Miał nowy szatańsko dobry plan.

***
Trzy Miotły tętniły życiem. Większe i mniejsze grupki czarodziei skupione głównie w okolicach kominka rozmawiały i śmiały się. Samotnicy topili smutki albo rozgrzewali serca Ognistą. Siedząca więc w kącie dwójka z kapturami na głowach nie była bardziej zaskakująca od domagającego się właśnie pitnego miodu rosłego czarodzieja.
— To będzie musiało się udać — mruknął pierwszy głos.
— Mistrzom intryg zawsze się udaje — zauważył drugi i uniósł swój kufel. — Za sukces.
— Jeszcze się nie ciesz. Pozbyliśmy się problemu w postaci snujących się za nami znajomymi ale to jeszcze nie oznacza zwycięstwa.
— Wiem, jedna bitwa nie przesądza o wygraniu wojny.
Właściciel pierwszego głosu uśmiechnął się i pociągnął łyk kremowego piwa.
— Z drugiej strony, mugole mieli film gdzie jeden czołg wygrał całą wojnę. Nie możemy więc założyć, że nam się nie uda.
— Genialne plany opierają się na założeniach „jeśli zwycięstwo”, nie na szczęściu. Fortuna jest ślepa, nie możemy o tym zapominać.
— Twoje pragmatyczne podejście do rzeczy zawsze mnie denerwowało.
— Cóż wybacz mi, że nie mam tendencji do rzucania się z mostu przed pomyśleniem czy jest ku temu racjonalne wytłumaczenie.
— Miłości nie można wyjaśnić racjonalnie.
— I właśnie dlatego jest tak cenna.
— W takim razie za miłość i powodzenie naszego planu.
Stuknęły kufle pieczętując plan, którego wyniki mogły wiele namieszać, jeszcze więcej zmienić i absolutnie zaszokować.

***
Tarzali się w śniegu jak dzieci, albo para niezrównoważonych idiotów. Futrzana czapka Malfoya już dawno została zapomniana i leżała niedaleko porzuconej różdżki Pottera. Cokolwiek się działo mogło przypominać dla postronnego obserwatora dwie rzeczy. Walkę albo schadzkę kochanków. To pierwsze jeszcze jako tako pasowało do kotłującej się dwójki, to drugie natomiast było całkowicie nierealnie, przynajmniej w ich mniemaniu. Póki co zwycięstwo przechylało się na stronę Harry'ego, któremu wreszcie udało się uwięzić Malfoya pod sobą. Usiadł mu na biodrach i wyszczerzył się triumfalnie.
— Potter złaź ze mnie!
— Nie.
— Potter!
Nawet cichy, ostrzegawczy syk nie przekonał go by wykonał polecenie. Pokręcił głową jak uparte dziecko, które nie rozumie i wsypał trochę śniegu za kołnierz jego szaty. Malfoy szarpnął się ale nie pomogło mu to w uwolnieniu się. Warknął więc cicho pod nosem. Harry uśmiechnął się do siebie i przyjrzał twarzy Ślizgona. Lekko zaróżowione od zimna i gniewu policzki, rozchylone usta, włosy, które odcinały się nieznacznie od koloru śniegu i rozświetlone, szare oczy.
— Możesz przestać się gapić — mruknął Malfoy i zmrużył niebezpiecznie oczy.
— Jak się okazuje szare oczy też potrafią mieć swój urok — rzucił zamiast tego Harry i stwierdził w duchu, że było warto chociażby dla obserwowania szoku malującego się na twarzy Ślizgona i tego tego jak szybko przerodził się on we wściekłość.
— Potter!!
Harry roześmiał się i uskoczył przed pięścią chłopaka.
— Znowu to robimy — zauważył.
— Co?
— Kłócimy się.
— Śmiem twierdzić Potter, że wcześniej ziemia zamarznie niż my przestaniemy.
Zadowolony ze swojej odpowiedzi Draco pozbierał się z ziemi i otrzepał szatę, próbując uratować resztki swojej godności.

***
Kiedy ramię w ramię wkraczali do Trzech Mioteł ognista lała się już strumienia a większość ludzi nie pamiętała czy teraz trzyma w objęcia wroga czy przyjaciela. Alkohol spowodował, że wszyscy w pubie byli przyjaciółmi, jedną wielką rodziną, która wspólnie przeżyła coś na poziomie, którego trzeźwi nie rozumieli. Najwięcej osób zebranych było na środku, gdzie stał stół na którym ktoś tańczył. Harry i Draco zaczęli się przepychać by dowiedzieć się co tak zainteresowało wszystkich zebranych. Na stole dwie dziewczyny tańczyły i całowały się zapamiętale.
— Pansy?!
— Hermiona?!
Popatrzyli na siebie w szoku. Coś było ewidentnie nie tak i mieli nadzieję, że to nie kolejny atak klonów, tym razem jednak żeńskiej części.
— Czemu to zawsze muszą być Gryfoni i Ślizgoni? Dlaczego chociaż raz to nie mogą być Puchoni i Krukoni albo Gryfoni i Krukoni?
— Albo Puchoni i Ślizgoni? — zaśmiał się Harry.
— Nie grzesz. — Draco nie mógł nic na to poradzić i również się zaśmiał. — To pewnie znowu spawka dropsów.
— Nieeee, to miłość! — usłyszeli za sobą głos jakiejś dziewczyny, która stała z wypiekami na policzkach by po chwili zacząć wiwatować razem z tłumem. Hermiona i Pansy odsunęły się wreszcie od siebie i powiodły wzrokiem po sali. Wtedy dojrzały przyglądających im się chłopków.
— O Harry, Draco. Dołączycie?
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez tinuviel » 4 gru 2011, o 16:30

Jest potwornie na szybko i bez bety. Wiem. Wybaczcie, ale właśnie wyjeżdżam. I tak przeliczyłam się z czasem i nie zdążę na autobus. Został mi tylko jeden, ostatni (mama mnie zabije, że będę w domu tak późno — koło północy) i muszę go złapać. Starałam się, naprawdę, ale chyba nie wyszło najlepiej. Tak czy inaczej, miłej końcówki zabawy!


Odcinek czternasty,
W którym mimo protestów Harry i Draco zostają wciągnięci na stół i stają w obliczu tłumu, zebranych w Trzech Miotłach, czarodziejów.


Miłość jest wszędzie. O tak. A już na pewno była dziś Pod Trzema Miotłami. Dwie zakapturzone postaci wciąż siedziały w kącie niezauważone, co, przy obecnym stanie rzeczy, wydawało się dość naturalne. Każdy bowiem myślał tylko o tym, jak uzewnętrznić uwięzioną we wnętrzu ciała namiętność i nie zwracał żadnej uwagi na otoczenie. Podążał za rytmem swoich rozpalonych zmysłów. Tymczasem tajemniczy goście sprawiali wrażenie pogrążonych w sobie tylko znanym świecie, jakby odgrodzeni od rzeczywistości niewidzialną barierą. To, że atmosfera panująca w pubie nie uszła ich uwagi, mógłby dojrzeć tylko ktoś, kto dokładnie by im się przyjrzał, i to, co trzeba dodać, przynajmniej w miarę trzeźwym okiem. Może wtedy zauważyłby też, że osobliwe postaci nie tylko doskonale zdają sobie sprawę, co się wokół nich dzieje, ale również, iż ani trochę nie jest im to obojętne. Od reszty różni zaś ich jedynie, że przeżywają tę zbiorową ekstazę na swój własny, milczący sposób, wymieniając pełne tryumfalnego blasku spojrzenia.

***

— No jak, dołączycie, chłopcy? — powtórzyła za swoją nową koleżanką Pansy.
Po tym absurdalnym pytaniu, Draco i Harry wymienili spanikowane spojrzenia.
— Nie dostaniesz dziś swojego piwa, Potter — syknął Draco, robiąc krok w tył.
— Wiesz, jakoś przestałem mieć na nie ochotę — odparł półgębkiem Harry i obaj zaczęli się cofać.
Kiedy już jednak szczęśliwie udało im się dotrzeć z powrotem do drzwi, niczym spod ziemi wyrósł przed nimi mały tłumek chichoczących i trzymających się za ręce dziewcząt z wszystkich domów. Harry mógłby przysiąc, że rozpoznaje wśród nich kilka Puchonek i Ślizgonek, co wywołało u niego absurdalną wesołość.
— Mówiłeś coś o ślizgońsko—puchońskich grzechach, Draco? — zapytał słodko.
— Zamknij się, Potter, i zmuś raczej swoją jedyną szarą komórkę do skupienia się na planie ucieczki — syknął Draco.
— Gdzież to się wybieramy, drodzy panowie? — wtrąciła się jedna z dziewcząt.
— To mamy jakiś plan? — zdziwił się Harry, dla zwłoki uśmiechając się przymilnie do dziewczyn.
— Nie, ponieważ jeszcze go nie wymyśliłem, a na ciebie, jak widać, nie ma co liczyć! — warknął Draco.
— Chyba nie chcecie nas opuścić, prawda? — zapytała druga.
— Bo nie mogłybyśmy na to pozwolić… — dodała znaczącym głosem trzecia.
Chłopcy spojrzeli na siebie ze zgrozą. Sami nie wiedzieli, czy wolą swoje wyuzdane klony, czy szalejącą i szeroko pojętą miłość międzydomową. Prawdę powiedziawszy obie rzeczy były ciężkie do zniesienia.
Tłum wokół nich, nieustannie i na wszystkie możliwe sposoby okazujący sobie miłość i pożądanie, na powrót zgęstniał i zagarnął ich z powrotem do środka, a zanim się zorientowali zostali wciągnięci na stół obok Hermiony i Pansy.
— Chodź, Potter, zróbmy im konkurencję! — zawołał Draco, ściągając kurtkę i rzucając ją za siebie.
— Co proszę?! — wrzasnął Harry, starając się przekrzyczeć aplauz, jaki zgotowała im, zgłodniała kolejnych dawek miłości, widownia.
Draco zaczął poruszać się w rytm muzyki.
— No dalej, przecież żaden z ciebie Longbottom! Wiem, że potrafisz się ruszać! — roześmiał się Draco, zbliżając się do niego.
Harry spłonął rumieńcem i dalej stał jak kołek. Wbite w niego spojrzenia paraliżowały go od stóp po czubki włosów i czuł, że wszystkie jego mięśnie są sztywne jak beton. Nie był w stanie się poruszyć.
— Potter! Obserwuję cię od lat w czasie quidditcha, nie zgrywaj ofiary, uwierz mi, wiem jak się ruszasz. — Teraz Draco był już całkiem blisko. Tuż, tuż. Tańczył, jakby nic innego w życiu nie robił i Harry nie mógł oderwać od niego wzroku. Czuł się, jak zahipnotyzowany i nawet zaczął się zastanawiać, czy ktoś nie wcisnął w niego podstępem kolejnego dropsa.
— Widzisz? — szepnął mu Draco, prawie do ucha. — To proste.
— Co niby jest proste? — zdołał w końcu wykrztusić.
— To. — Draco zmrużył oczy i spojrzał na Harry’ego, jakoś dziwnie. A przynajmniej Harry’emu zrobiło się niepokojąco gorąco pod wpływem tego wzroku. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że dopasował się do rytmu Ślizgona i sam zaczął tańczyć.
— Malfoy, czy ty… — Niedokończone pytanie zawisło w powietrzu.
— Co ja, co ja?! — Teraz twarz Malfoya przybrała wyraz pobłażania. — Przecież nie mamy innego wyjścia, Potter.
— Czyli? — Harry przez chwilę rozglądał się po sali, ale kiedy jego wzrok ponownie padł na Hermionę całującą się z Parkinson, na powrót wbił spojrzenie w Ślizgona. — Merlinie, jesteś jedyną osobą, na którą mogę patrzeć bez obrzydzenia — jęknął. — Czuję, że jeśli jeszcze raz oderwę od ciebie oczy choćby na sekundę, zwariuję.
— Wiesz, że wyraźnie otoczenie ci służy? — zapytał Draco, z radosnym uśmieszkiem. — Pierwszy raz w życiu usłyszałem od ciebie coś rozsądnego, Potter.
— Nie pusz się, Malfoy — warknął Harry, cały czas intensywnie wpatrując się w szare tęczówki, jakby faktycznie zależało od tego jego życie. — Lepiej powiedz, co miałeś na myśli, że nie mamy innego wyjścia.
— Że mamy tylko jedno wyjście.
— Łał, naprawdę?! — zirytował się Harry. — JAKIE?!
— Spędzić tutaj upojną noc — zachichotał Draco.
Harry pobladł.
— Chyba nie podjadasz dropsów po kryjomu, co, Malfoy? — zapytał podejrzliwie.
— Wyluzuj, Potter. I postaraj się znaleźć jakieś pozytywne strony tej sytuacji.
— Co proszę?! — Harry wyglądał na wstrząśniętego.
Jednak Draco ani trochę się nie zmieszał. Wręcz przeciwnie, najwyraźniej się rozkręcał.
— Nie zapominaj, że to jest nasz rozejmowy wieczór. A że raczej wygląda na to, iż nie mamy szans się stąd wydostać, pora zacząć się bawić.
— Ale chyba nie tak! — zaprotestował Harry, jednak wcale nie z tak dużym przekonaniem, jakby tego chciał.
— Och, daj spokój! Tu jest całkiem nieźle, jakby się trochę rozejrzeć. Tak mogłaby wyglądać jedna z tych osławionych ślizgońskich imprez, które rzekomo odbywają się tu od czasu do czasu.
— Rzekomo? — Harry uniósł brwi.
Draco uśmiechnął się z wyższością.
— No proszę cię, chyba nie wierzysz we wszystkie plotki!
— Czyli te ślizgońskie czwartki to fikcja?
Draco szczerze rozbawił fakt, że Gryfon zdawał się być nieco rozczarowany. Ślizgon uniósł jedną brew i uśmiechnął się ironicznie.
— Masz na myśli absynt* lejący się strumieniami, lubieżne zachowanie, frywolne stroje i orgie na stole? Cóż, na razie to tylko plany.
Harry roześmiał się szczerze, widząc rozbrajający uśmiech Draco i jednym ruchem pozbył się swojej kurtki.
— Daj znać, jak już wyjdziecie ze sfery planów — odparł, czując, że coraz swobodniej mu się tańczy.
— Będziesz moim honorowym gościem — zapewnił Draco, puszczając do niego oczko.
Harry zdał sobie sprawę, że właściwie wcale już nie ma ochoty wychodzić. Może i cała reszta zachowywała się nieco dziwnie, ale było oczywiste, że została odurzona kolejną porcją szkodliwej dropsowej substancji. Oni jednak, choć byli całkiem trzeźwi, dobrze się bawili. Nie musieli przejmować się, co inni powiedzą na ich widok i mogli robić to, na co mieli ochotę. I choć dość zaskakującym było odkrycie, że mają ochotę właśnie na swoje towarzystwo, było to bardzo przyjemne.
— Może jednak czegoś się napijemy? — zaproponował po chwili Draco. — Strasznie tu gorąco.
— Z chęcią — przyznał Harry.
Zeskoczyli ze stołu, na co tłum zareagował przeciągłym rykiem zawodu, ale po chwili jakaś inna para została wydelegowana na ich miejsce i wszyscy bawili się dalej. Chłopcy nawet nie odwrócili się, żeby sprawdzić, kto tym razem stał się ofiarą miłości. Harry nie był pewny, czy zniósłby na trzeźwo widok Rona całującego się z Zabinim, albo na przykład Neville’a z Milicentą. Po Hermionie i Parkinson mogłoby się to naprawdę okazać zbyt wiele dla jego psychiki. Ale przy okazji stanowiło bardzo dobry powód, by nie spuszczać wzroku z Draco, a przynajmniej tak właśnie Harry sobie to tłumaczył.
Kiedy jednak doszli do baru, Harry poczuł, że coś jest nie tak. I miał wrażenie, że nie chodzi już o oszalały z miłości tłum. Ani nawet o niego i Draco w bardzo dziwacznej, rozejmowej atmosferze. Tymczasem usiedli jednak na wysokich stołkach, a Draco złożył u Rosmerty zamówienie, po czym odwrócił się do swojego towarzysza.
— Czego się tak wiercisz na tym stołku? — Skarcił go spojrzeniem, niczym niesfornego dzieciaka.
— Ktoś nas obserwuje — odparł konspiracyjnym tonem Harry.
Draco rozglądnął się z roztargnieniem.
— Zdaje ci się.
— Mówię ci, czuję to — upierał się Harry, starając się dyskretnie rozejrzeć.
— Masz obsesję zbawcy świata. Wydaje ci się, że ciągle ktoś ma ochotę na ciebie patrzeć. Wszyscy są tutaj zbyt zajęci uprawianiem miłości, by choćby zauważyć idola tłumów.
— Nie jestem idolem tłumów — prychnął Harry.
— Ale masz manię wielkości. Wychodzi na to samo. — Draco wzruszył ramionami.
— I kto to mówi!
— Lepiej się napijmy, jeśli mamy dotrwać do końca tego rozejmu w pokojowej atmosferze.
— A na kiedy przewidujemy koniec? Wolałbym wiedzieć, ile jeszcze muszę znieść.
— Przestań marudzić, Potter! — zgromił go Draco. — Rzecz w tym, że jeszcze nie wiemy, ile musimy wytrzymać, więc naprawdę, lepiej się napijmy. Po kremowym świat jest piękniejszy.
— Brzmisz jak alkoholik — zauważył Harry, lekko się uśmiechając.
— Brzmię jak człowiek skazany na towarzystwo Złotego Chłopca. To wszystko wyjaśnia.
— W takiej sytuacji powinniśmy wypić za… — Harry wziął kufel do ręki i rozglądnął się dookoła. — Tak, myślę, że powinniśmy wypić za miłość.
Draco, który nie poczekał na toast Harry’ego i pociągnął już pierwszy łyk piwa, wypluł teraz wszystko z głośnym kaszlem.
— Spoko, żartowałem — uspokoił go Harry i poklepał go po plecach.
Draco pokręcił tylko głową i zaczął pluć dookoła.
— Co się stało? Rosmerta podała ci eliksir pieprzowy zamiast piwa? — zażartował Harry.
— Nie wiem, tfu, co mi podała, tfu, tfu, ale na pewno nie kremowe — oświadczył Draco wciąż plując.
Harry przyjrzał się podejrzliwie zawartości swojego kufla, po czym zbliżył go do nosa.
— Rzeczywiście, trochę dziwnie pachnie — przyznał. — Rosmerto?!
Niestety Rosmerta była zbyt zajęta, by móc usłyszeć skargi swoich młodych klientów, bowiem i jej nie ominął miłosny czar, lub raczej wypadałoby powiedzieć szał. Chłopcy szybko odwrócili wzrok od namiętnej sceny odbywającej się za kontuarem i spojrzeli na siebie.
— Pewnie coś jej się pomyliło od tej miłości — mruknął Draco.
— Nie sądzę — odparł Harry.
— Uważasz, że tak smakuje kremowe?! — oburzył się Draco. — Widać, że wy, Gryfoni, za grosz nie znacie się na alkoholu.
— Myślę, że każdy napój w tym pubie jest zatruty — oświadczył spokojnie Harry, ignorując zaczepkę.
— Co?! Znowu zaczynasz z tą swoją paranoją?! — Draco zmarszczył brwi.
— Zamknij się i chodź — zakomenderował Harry zdecydowanym głosem.
— Dokąd?!
— Wiem już, kto nas obserwował.
— Kto?
— Właśnie wychodzą. — Harry wskazał dwie zakapturzone postaci wymykające się z pubu.
— Idziemy za nimi? — zapytał Draco cienkim głosem.
— A co ty myślałeś? Trzeba w końcu dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi!
Harry ruszył pośpiesznie w stronę drzwi, a Draco posłusznie skierował swoje kroki za nim.
— Przeklęci Gryfoni — mruknął jednak pod nosem, żeby choć trochę dodać sobie rezonu.

* z pozdrowieniami dla rozmówczyń na tematy wszystkie, dbających, żeby zawsze każdy miał coś w kieliszku ;)
tinuviel Offline


 
Posty: 43
Dołączył(a): 1 lis 2010, o 17:54

Następna strona

Powrót do Konkursy

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron