Drarrofeta świąteczna 2010

wydanie drugie

Prace konkursowe, głosowania, etc.

Postprzez Aevenien » 15 gru 2010, o 00:02

Jutro ciachnę, to zajmuje sporo czasu, każdemu postowi trzeba zmienić autora.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Miss Black » 15 gru 2010, o 00:03

To ja tak na temat: Voldemortist właśnie mnie poczęstowała żelkową macką, którą dostała na urodziny. Niezła. :D
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Aevenien » 15 gru 2010, o 00:06

Okeeeej, koniec pisania tu!
Idziemy dyskutować do Rozmów!
:bieg:
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez daimon » 17 gru 2010, o 00:05

Podziękowania i uściski dla Aev za betę i brak skojarzeń z wędką *umarła* Ponieważ zaś czekanie na ten odcinek bardzo się przedłużyło, pozwalam sobie wkleić dość wcześnie. Dziękuję za wspólną zabawę, mając nadzieję, że moja odsłona zbytnio Was nie rozczaruje. Starałam się *stres*
Miłego czytania, dziewczęta!




Feta świąteczna, odsłona czwarta

Puchoni, do boju!


Podczas gdy Potter się śmiał, Parkinson i Granger spoglądały w osłupieniu na brutalnie i niespodziewanie zerżniętą choinkę, Malfoy w przypływie niezdrowego zainteresowania przyglądał się swojemu odwiecznemu wrogowi, z szczególnym uwzględnieniem rejonów od pasa w dół, a Boot studiował anatomię porównawczą wszystkich trzech koleżanek, Susan doszła do wniosku, że ma tego dość.
— Boot, natychmiast przestań się na mnie gapić! — zażądała wojowniczo, po czym jednym ruchem różdżki przywróciła swojemu ciału przyzwoity stopień okrycia. — Potter, tobie również radzę się nieco zakryć, zanim Malfoyowi utrwali się oczopląs. Nie żebym przesadnie dbała o jego wzrok, ale możliwe, że zaraz dojdzie do gwałtu, a ja nie zamierzam stać się tego świadkiem.
Wszyscy trzej chłopcy, przywołani do porządku przez jej stanowczy głos, ubrali się czym prędzej. Tylko Granger i Parkinson, w dalszym ciągu bezwstydnie nagie, pochylały się nad choinką i łkając żałośnie, obejmowały się czule.
— Słodka Helgo! — jęknęła pod nosem Susan, po czym dodała już głośno: — Wynosimy się stąd. Locomotor choinka!
I tym sposobem czteroosobowy, zwycięski pochód ruszył w stronę zamku, dumnie transportując przed sobą choinkę i zostawiając w Zakazanym Lesie upojone rozpaczą przedstawicielstwo KORNIKa1 w głębokiej i wciąż rażąco nagiej żałobie.

***

Po odbiór kolejnych instrukcji mieli zgłosić się do Wielkiej Sali. Ponieważ w trakcie wykonywania dwóch poprzednich misji nagromadzenie uczniów w jednym obszarze zaowocowało niezliczoną ilością rozmaitych wypadków, tym razem postanowiono ich rozdzielić, przydzielając zróżnicowane zadania. W tym celu miało zostać przeprowadzone losowanie.
— Tylko mi nie mówcie, że mamy zaufać pijanej Tiarze Przydziału — jęknął Malfoy.
— Pijanej? — zdziwił się Potter.
— Wszystko przez tą głupią puszczalską w gabinecie Dropsa.
— Chcesz powiedzieć, że Dumbledore trzyma w gabinecie prostytutkę? — Potter aż dostał rumieńców. — I do tego jeszcze głupią?
— Miałem na myśli Ognistą.
— Ognistą prostytutkę? — Oczy Pottera zrobiły się okrągłe.
— Ognistą Whisky! — warknął Malfoy.
— Przystąpimy teraz do losowania — oświadczyła tymczasem McGonagall.
— Nic już nie rozumiem — przyznał stropiony Potter, dużo bardziej zainteresowany rozmową ze Ślizgonem niż losowaniem. — Co ma whisky do seksu?
— Jeśli tak chcesz to ująć, to nawet nie wiesz jak wiele, Potter…
— Przestańcie! — zgromiła ich Susan, przewracając oczami. — Przez parę sekund poprzyglądali się swoim przyrodzeniom i teraz nie mogą przestać gadać o seksie.
— WCALE NIE ROZMAWIAMY O SEKSIE! — zaprzeczyli chłopcy chórem2, idealnie wpasowując się w ciszę, jaka zaległa w Wielkiej Sali po obwieszczeniu McGonagall. Oczy wszystkich zebranych wlepiły się w nich ze zróżnicowaną dozą szoku i niedowierzania.
— Skoro już zamanifestowaliście oficjalnie swoją wzajemną fascynację, może zajmiemy się sprawami bieżącymi? — syknęła Susan.
Potter i Malfoy nie odpowiedzieli, usilnie starając się na siebie nie patrzeć, jednocześnie nie wchodząc w kontakt wzrokowy z nikim innym, wliczając w to Susan.
— Świetnie. W takim razie, Boot, bądź tak miły i idź wylosować zadanie w naszym imieniu.
Krukon rzucił ostatnie zaciekawione spojrzenie kolegom, po czym wyraźnie obawiając się bycia następnym w kolejce po Malfoyu do kontaktu z puchońską pięścią, posłusznie skierował się w stronę Tiary.
— Doskonale — podsumowała po chwili McGonagall. — Skoro wszyscy mają już przydzielone zadania, zabierajcie się do pracy.
— Co tym razem mamy zrobić? — zapytał Malfoy, kiedy Boot wrócił do nich z wylosowaną karteczką.
— Złowić karpie bez użycia jakichkolwiek czarów łowiących.
— Świetnie — wszedł mu w słowo Malfoy, robiąc kwaśną minę.
— Po czym wypatroszyć je i przyrządzić — dodał z kamienną twarzą Krukon.
— Ble — wtrącił inteligentnie Potter.
— To wszystko? — zapytała rzeczowo Susan.
— Na to wygląda — odparł Boot bez entuzjazmu.
— Zatem do pracy!
Ruszyli z ociąganiem w kierunku wyjścia. Kiedy wychodzili już z Wielkiej Sali, dopadły ich dwie chichoczące dziewczyny.
— Susan, zaczekaj! — zawołała Hanna Abbot i pochylając się do koleżanki, szepnęła: — Zapamiętaj dla mnie wszystkie nieprzyzwoite szczegóły.
Susan wymownie uniosła oczy ku górze.
— Obiecujesz? — ponagliła ją Puchonka.
Susan rzuciła szybkie spojrzenie na Pottera i Malfoya, którzy zatrzymali się jakiś kawałek dalej i przytaknęła.
— Obiecuję.
Towarzyszka Hanny, którą okazała się Lavender, posłała jej w podziękowaniu całusa. Najwyraźniej też była spragniona intymnych szczegółów nowo zaistniałego w mentalności hogwarckich uczniów związku. Tymczasem goniący dziewczyny Zabini, również zwrócił się do Puchonki.
— Bones, nie będziesz sklątką i podzielisz się później ploteczkami, nie?
— Zobaczę, co da się zrobić? — odparła obojętnie.
— Świetnie. Do zobaczenia po wszystkim! — Pomachał jej i pobiegł.
— Zadowoleni? — Susan podparła się pod boki i spojrzała groźnie na Pottera i Malfoya. — Za chwilę staniecie się większą sensacją niż ta cała integracyjna maskarada Dumbledore’a.
— Och, to. Nasze nazwiska zawsze należały do najgorętszych w Hogwarcie, Bones. Połączenie ich w jeden ciąg przyczynowo-skutkowy było tylko kwestią czasu — odparł Malfoy z przemądrzałą miną.
— Co? Że o czym ty mówisz? — zainteresował się Potter, dostając napadu intensywnego mrugania.
— Wpadło ci coś do oka? — zatroszczył się Malfoy.
— Co? Nie! Chciałem się tylko dowiedzieć, co…
— Później ci wyjaśnię — przerwał mu Ślizgon. — Teraz chodźmy, zanim Bones przerobi nas na świąteczne konfitury.
— Słuszna uwaga. Najwyższy czas brać się do roboty.
Użeranie się z trzema chłopakami zaczynało przyprawiać ją o ból głowy.

***

Po piętnastominutowym marszu, któremu przewodziła Susan, znaleźli się na przystani.
— Chyba nie zamierzasz wypłynąć tym czymś na środek jeziora? — zapytał podejrzliwie Malfoy, wskazując łódź.
— Chyba nie zamierzasz stać na brzegu i wołać „cip, cip” na karpie? — odcięła mu się Susan.
— A mamy w ogóle jakiś plan? — wtrącił Boot. — Przypominam, że nie wolno nam używać żadnych czarów łowiących.
— Pamiętam. Dlatego zajmiemy się tym jak zwykli ludzie. — Susan machnęła różdżką i transmutowała leżące w pobliżu patyki w cztery wędki.
— To będzie jakaś cholerna lekcja mugoloznawstwa? — mruknął Malfoy.
— A masz lepszy pomysł? Chętnie posłucham.
— Mam chorobę morską — jęknął Ślizgon.
— Wzruszające. Bierzcie wędki i ładujcie się do łódki. Zaczynamy połów! — rozporządziła Susan.
— Zapomniałaś o Wielkiej Kałamarnicy? — spróbował po raz ostatni chłopak.
— Uwielbiam owoce morza — odparła z rozmarzonym uśmiechem. — Grillowane kalmary mmm, nic tego nie pobije.
— Ona ma macki. Wielkie, złowieszcze macki!3
— My, Puchoni, nie jesteśmy tak strachliwi, jak Ślizgoni — odparła Susan z wyższością.
— Phi — prychnął Malfoy. — Oczywiście, że jesteśmy odważni. Nie uznajemy tylko ślepego bohaterstwa. — To mówiąc, jako pierwszy wszedł na pokład i pociągnął za sobą Pottera, zwracając się do niego konspiracyjnym szeptem:
— Skoro już jednak mowa o bohaterstwie… Potter, jakby co, będziesz mnie ratował?
— Cóż, jako ślepy bohater, chyba nie mogę ci odmówić — odparł z przekąsem Potter.
— A jednak Gryfoni wprowadzają w życie pewien ład i bezpieczeństwo! — ucieszył się Malfoy, posyłając koledze rozbrajający uśmiech, na co Potter lekko się zarumienił. — To jak, ruszamy?!
Z delikatnym pluskiem łódka, nadzorowana czarami przez Susan i Terry’ego, odbiła od brzegu i, lekko kołysząc, zaczęła kierować się na pełną wodę. Kiedy po niedługim czasie zatrzymali się na środku jeziora, Susan udzieliła im krótkich instrukcji i zarządziła połów.
— Skąd ty wiesz takie rzeczy? — zdziwił się Boot.
— Krukoni nie mają wyłączności na wiedzę. — Mrugnęła do niego. — A teraz cisza, bo spłoszycie wszystkie ryby.
— Te robale są obrzydliwe — poskarżył się Malfoy.
— Wspominałam coś o ciszy — napomniała go Susan.
— Ale moje dłonie…
— Potter, błagam cię, zajmij się Malfoyem, bo inaczej nigdy nie złowimy nawet szprotki — jęknęła Susan.
— Daj — westchnął z rezygnacją Potter, wyciągając rękę po wędkę Ślizgona.
— Jesteś moim bohaterem! — rozpromienił się chłopak, na co Potter spiekł jeszcze większego raka.
Następna godzina upłynęła im na kontemplacji ciszy i ku zaskoczeniu wszystkich, nawet owocnym połowie. Wkrótce ustawiona na środku łódki balia wypełniła się chlupoczącymi karpiami. Z rybackiego skupienia wyrwało ich dopiero zamieszanie na brzegu jeziora.
— Co tam się dzieje? — zainteresował się Boot.
— Jakaś zgraja goni bałwana! — objaśnił Malfoy.
— Ale jakim cudem bałwan biega? — zdziwił się Potter.
— Najwyraźniej jest to magiczny bałwan? — podsunęła Susan, również z zainteresowaniem przyglądając się rozgrywającej się na brzegu scenie.
Po chwili dotarły do nich również krzyki.
— Ginny, Ginny, stój! — wrzeszczał Ron Weasley.
— Weasley, nie możesz nam teraz zwiać, potrzebujemy bałwana! — zawtórowała mu Milicenta Bulstrode.
Bałwan w dalszym ciągu jednak gnał przed siebie, zostawiając w tyle pościg. Malfoy zachichotał.
— Potter, chyba ktoś zmienił twoją narzeczoną w bałwana.
— Zmienił? — zapytała powątpiewającym głosem Susan.
— Nie mam narzeczonej! — zaprotestował Potter.
— No to dziewczynę — poprawił się Malfoy.
— Też nie.
— Chłopaka? — drążył Malfoy.
— Ginny Weasley z całą pewnością jest dziewczyną — zaoponował Boot.
— A ty skąd taki poinformowany? — Susan uniosła brwi.
Boot wzruszył tylko ramionami.
— Chcesz coś konkretnego Malfoy, czy tylko zaspokajasz swoją ciekawość? — Potter oderwał wzrok od pościgu i spojrzał skonsternowany na Ślizgona.
— Na razie zaspokajam jedynie ciekawość, ale w przyszłości, kto wie…
— Na romanse będzie pora później — zgromiła ich Susan. — Teraz czas na jakieś małe morderstwo!
— Wiedziałem, że poradziłaś nas tutaj w celach skrytobójczych — pisnął Malfoy, chowając się za Pottera.
— Mam na myśli karpie, Malfoy.
— Ble. — Potter natychmiast odwrócił się z powrotem w stronę brzegu.
— Fuj — poparł go Ślizgon, na wszelki wypadek wciąż trzymając się blisko swego bohatera.
— Ohyda — zawtórował im Boot.
— Helgo daj mi cierpliwość! — warknęła Susan, podwijając rękawy. — Cnotliwi Gryfoni, sprytni Ślizgoni i wszechwiedzący Krukoni, a i tak zawsze cała czarna robota spada na Puchonów!


1 — KORNIK – Komitet Obrony Roślinności „Nagie i Kreatywne”,
2 — „Chórem” zastąpiło znielubiane przez Macki „unisono”,
3 — Specjalne ucałowania dla Aevenien!;


Koniec odsłony czwartej
[Emmet,Micky&Ben watching Brian&Justin dancing]
Em:Am I seeing,what I think I'm seeing?
Ben:Yes you are seeing it.It's the most historic reunification since Germany.
Em:What happened to the fiddler?
Micky:He fell off the roof!
daimon Offline

Avatar użytkownika
Sunshine
 
Posty: 1162
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 17:35
Lokalizacja: Miasto Smoka

Postprzez Miss Black » 17 gru 2010, o 00:47

Tak ładne, że nie wiem co powiedzieć. Wartka akcja, Draco nagle totalnie świetlisty, ładne nawiązanie do "Perwersji Wielkiej Kałamarnicy" i nawet pojawiła się Ginny, co prawda żywa, ale za to w niezbyt godziwej roli. Bardzo mi się podobała dziarska Susan w tej odsłonie i jej wzywanie Helgi przy każdej okazji. Ach, no i KORNIK. Na to nie wpadłyśmy. I cieszę się, że moje ciche napomykanie o innych grupach spotkało się z odzewem. Bałwan :turla: Chociaż muszę przyznać, że Draco bardzo mocno wziął sobie do serca sugestię Susan - nie odstępował Pottera na krok i nie było to spowodowane jedynie potrzebą żywej tarczy na podorędziu. Idę głosować!
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Aevenien » 17 gru 2010, o 00:56

To był zamach na moje życie. A ja jeszcze jestem za młoda, żeby umierać XD
Po raz pierwszy padłam na KORNIKu i nagiej żałobie. Dalej już na wpół żywa próbowałam nie dobić się śmiechem na głupiej prostytutce w gabinecie Dumbledore'a. Miałam małe problemy na mrugającym Potterze i troszczącym się Draco, a potem ómarłam już całkiem.
— Ona ma macki. Wielkie, złowieszcze macki!3

Za przypis numer trzy i cały ten fragment masz u mnie wielką czekoladę jak przyjedziesz :)
Ale moje pośmiertne życie nie było spokojne i ciche, bo zobaczyłam wędkę. A teraz mam skojarzenia, no ale same zobaczcie!
— Potter, błagam cię, zajmij się Malfoyem, bo inaczej nigdy nie złowimy nawet szprotki — jęknęła Susan.
— Daj — westchnął z rezygnacją Potter, wyciągając rękę po wędkę Ślizgona.

Na szczęście spłyną na mnie błogi spokój, w momencie, kiedy przeczytałam o Bałwanie Ginny. Piękne, piękne i jeszcze raz piękne. Miała taki wielki, ohydny nos z marchewy, nie? :D

Dai kochana, cudnie Ci wyszło, lekko, z humorem i mackami ;)
I była akcja, i świetna Susan, i cuuuudny Draco brzydzący się robaków i Potter, który go ochraniał. A na zakończenie Ginny bałwan i wypytujący o nią Draco, z czystej ciekawości na początek. Cud, miód i biała czekolada jak dla mnie.

Dzięki śliczne za ten odcinek i wena w duuużych ilościach :*
Aev
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Liberi » 17 gru 2010, o 08:42

.
Ostatnio edytowano 4 gru 2011, o 10:18 przez Liberi, łącznie edytowano 1 raz
Kiedy obgadujesz mnie za plecami, jesteś w idealnej sytuacji, by pocałować mnie w dupę.
Tych, którzy coś do mnie mają, a nie zamierzają oddawać się pieszczotom, zapraszam na PW. ;)
Liberi Offline

Avatar użytkownika
Królowa Offtopu
 
Posty: 3006
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 19:55
Lokalizacja: Gdańsk

Postprzez Donnie » 17 gru 2010, o 12:01

Pięknie, lekko, przyjemnie, tak, jak na fecie być powinno! Wielkie gratulacje :D
Akcja toczy się wartko, jest sporo smacznych i ciętych dialogów, a ostatnie zdanie to rasowa sygnaturka!

Wprawdzie Potter jest, jak już wspomniała Liberi, wyczyszczony z szarych komórek (na osobisty użytek zwalam to na kiełkującego kaca po rumie), a Draco jak na mój gust za bardzo rozmemłany, ale za to — uwaga — nareszcie ktoś napisał PRAWIE moją Susan! Wielkie dzięki za uklepanie podwalin jej wizerunku, który wysnułam sobie ku własnej uciesze :hura2:

Moim faworytem był ten urywek:

daimon napisał(a):— Potter, chyba ktoś zmienił twoją narzeczoną w bałwana.
— Zmienił? — zapytała powątpiewającym głosem Susan.


... oraz insajderska wiedza o kobiecych walorach Ginny, prezentowana przez Boota. Daimon, może jakąś łatkę dorobisz do tej odsłony, bo motyw jest bardzo interesujący i odsuwa Ginny jako źródło grożące Jedynemu Słusznemu Pairingowi bez konieczności plamienia sobie rąk mokrą robotą ;) Już sobie wyobrażam dzieci Terry'ego i Weasleyówny: rude jak sama cholera i równie kudłate.

Podziękowania za uroczą odsłonę i szybkie wklejenie!
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Postprzez Aevenien » 25 gru 2010, o 20:45

Chyba zapomniałam, że nie umiem pisać, jak się zgłaszałam do fety, wybaczcie. Korzystając z tego, że mam prąd i udało mi się coś wymęczyć, wklejam 5 odcinek i idę oglądać Kevina :) Jeszcze raz, wesołych i drarrych Świąt!


Feta świąteczna, odsłona piąta


Krukoni kontratakują!



Zdegustowana Susan już miała dać upust swoim morderczym zapędom, kiedy łódka zachybotała się złowieszczo, dwa karpie wypadły do wody, śledzone rozwścieczonym wzrokiem Puchonki, Malfoy wleciał na Pottera o mało nie wypychając go za burtę, a Boot wylądował nosem w pozostałych jeszcze na miejscu niedoszłej kaźni rybach.
— Ha! Mówiłem, że Kałamarnica się wkurzy — krzyknął z triumfem Malfoy, ale triumf został skutecznie stłumiony, bo jego usta pełne były szaty Pottera. Malfoy wypluł ją z lekkim obrzydzeniem i już miał powtórzyć swój okrzyk, kiedy łódka przechyliła się niebezpiecznie i głowa Draco wylądowała na udzie Pottera, który wzdrygnął się gwałtownie, a Draco boleśnie przygryzł sobie język.
— Co robis, idioto! — zaseplenił nieelegancko, podnosząc się z trudem.
Potter zupełnie nie zwrócił na niego uwagi, bo przed jego oczami rozgrywała się pełna grozy scena. Z jeziora wystrzeliła wielka macka i złapała uciekającego z takim poświęceniem bałwana. Bałwan rozdarł się na całe gardło, ale macka zamiast go puścić, potrząsnęła nim porządnie i zanim zdążyli się zorientować bałwan—Ginny zniknął pod wodą.
— O ile się nie mylę — zaczął Boot nosowym głosem, z odrazą ocierając usta po zbyt bliskim spotkaniu z rybią łuską — kałamarnice nie są mięsożerne?
— Na pewno są — mruknął Draco z lekko niezdrowym entuzjazmem.
Harry w tym czasie ocknął się z odrętwienia, a razem z nim ocknęło się jego poczucie obowiązku do ratowania świata, a świat jak najbardziej zawierał w sobie duszone przez macki bałwany, nawet jeśli docelowo były one rudymi dziewczynkami. Tak więc Harry wyciągnął różdżkę i machnął nią dziko na łódkę, a że Boot dziwnym trafem zrobił to samo, co było raczej niepokojące, bo przecież on nie miał syndromu ratowania świata, łódka wyrwała do przodu, posyłając wszystkich pasażerów na spotkanie z twardym dnem, a jak ktoś miał pecha, tak jak Susan, to na spotkanie z ławeczką, a dopiero potem z dnem. Harry jednak wcale się nie przejął i już po chwili wyskakiwał na brzeg i pędził w miejsce, gdzie jeszcze kilka minut temu znajdował się bałwan. A raczej pędziłby, gdyby udało mu się wyskoczyć. Niestety, w wyniku wcześniejszego zakotłowania na łódce rąbek szaty Harry’ego znalazł się pod butem Draco, więc kiedy Harry wykonał swój heroiczny skok na brzeg, został cokolwiek niedelikatnie przyduszony i pociągnięty do tyłu, przez co jego potylica zaliczyła nieprzyjemne zderzenie z burtą łodzi. Oszołomiony Harry potrząsnął głową, mając nadzieję, że latające mu przed oczami hipogryfy znikną. Może i by zniknęły, ale widać wstrząsy na łódce i ogólna groza całej sytuacji wyzwoliły w Terrym jakieś niezdrowe zapędy i Krukon zaczął wyskakiwać z łódki zaraz za Harrym. A że Harry’emu ten manewr się nie udał, to został jeszcze zdeptany przez pędzącego Boota, a koło hipogryfów pojawiły się białe, skaczące fretki. Tego Harry jeszcze nie widział, owszem, gwiazdy jak najbardziej, ale taka mieszanka?
Jednak nie miał czasu dłużej się nad tym zastanawiać, bo Boot był już w połowie drogi. Gryfońskie „ja” i syndrom Chłopca, Który Przeżył połączyły siły i Harry zerwał się na nogi, ruszając pędem w pogoń za Krukonem. Zaraz za nim leciały hipogryfy i fretki, a spory kawałek dalej Malfoy z Susan. Karpie zostały na łódce, obrażone, że wszyscy o nich zapomnieli. W końcu co innego zginąć tragiczną śmiercią w celu skończenia na wigilijnym stole, jako tradycyjna potrwa świąteczna, a co innego dogorywać na dnie jakiejś starej łódki.
Harry dopadł miejsca wypadku kilka sekund po Terrym i już miał zaproponować rzucenie się do jeziora, by ratować nieszczęsną ofiarę krwiożerczej Kałamarnicy, kiedy w jeziorze coś zabulgotało i chwilę później lekko przyduszony, przemoczony i mocno wystraszony bałwan znalazł się na brzegu. Harry i Boot ruszyli do niego jednocześnie. Harry jednak z uwagi na spore doświadczenie w rzucaniu się na oślep przed przemyśleniem tego, zdążył po drodze łypnąć złowrogo na kolegę. Co to za porządki, żeby ktoś wcinał się w jego sprawy ratowania bezbronnych ofiar? Wcale mu się to nie podobało.
Terry machnął różdżką, mrucząc pod nosem zaklęcie i rozmywający się bałwan zmienił się w ociekającą wodą Ginny. Harry korzystając z okazji przepchnął się przed Boota i z ulgą stwierdził, że Ginny nic się nie stało. Żadnych połamanych kości, żadnych ran, siniaków, nawet najmniejszego zadraśnięcia. Jednak kiedy Ginny oprzytomniała nieco i zobaczyła stojącego tuż przed nią Harry’ego, pisnęła głośno i mamrocząc pod nosem coś, co brzmiało „ja nie chciałam, już nigdy więcej nie będę, przepraszam!” rzuciła się do ucieczki. Zaskoczony Harry stał bezradnie na brzegu w bohaterskiej pozie i mrugał, bo świat wywracał się do góry nogami coraz bardziej. Terry nie wiele się zastanawiając ruszył za Ginny, a do Harry’ego dobiegli Malfoy i Bones. Hipogryfy i fretki zniknęły gdzieś w międzyczasie.
— Co jest? — wysapała Susan, patrząc ze zdziwieniem za oddalającą się szybko Ginny i biegnącym za nią Krukonem.
Harry potrząsnął głową i jęknął lekko z bólu, bo spotkanie z burtą łodzi dało o sobie znać. Pomasował się delikatnie po wielkim siniaku i stwierdził, że to nie był jego szczęśliwy dzień. Zatęsknił przez chwilę za rumem i wiążącym się z nim przyjemnym otumanieniem, ale z drugiej strony samo trzeźwienie nie było zbyt przyjemne.
Malfoy szturchnął go mało delikatnie.
— Potter, nie udawaj tak intensywnie, że myślisz, bo jeszcze ci to zaszkodzi — powiedział, uśmiechając się złośliwie. — A poza tym i tak nikogo nie nabierzesz.
— Mówisz z własnego doświadczenia, jak rozumiem? — odciął się Harry.
Draco tylko prychnął. — Powiedz lepiej, co im zrobiłeś, zwiewali do zamku tak szybko, że aż się za nimi kurzyło.
Harry wzruszył ramionami bezradnie. — Nie mam pojęcia, Ginny tylko wrzasnęła na mój widok i zaczęła uciekać, a Boot pobiegł za nią.
— Widać przymusowa kąpiel zmyła jej klapki z oczu. Swoją drogę ciekawe, czemu Kałamarnica jej nie zeżarła.
Susan pokręciła głową ze zrezygnowaniem. — Malfoy, Kałamanice nie jedzą ludzi, ile razy mam ci powtarzać! Jak Longbottom wypadł kiedyś z łódki, to wsadziła go z powrotem.
— Zupełnie mnie to nie dziwi, w końcu mówimy o Longbottomie, prawda? — Draco uniósł brew w doskonale wystudiowanym geście. — No dobra, Potter, koniec tego umartwiania się, masz masę innych fanek. A jeśli zaczniesz się ubierać jak normalny człowiek to może nawet wszystkie od ciebie nie uciekną. Idziemy!
Harry marudził jeszcze chwilę, bo jednak na stojąco lepiej mu się myślało, a tak musiał iść i uważać, żeby Malfoy nie podstawił mu nogi lub nie wepchnął do jeziora, bo w końcu był Ślizgonem, a jak wiadomo Harry nigdy nie miał zbyt podzielnej uwagi.
Poszli więc w kierunku zamku, po drodze zabierając karpie. Było z tym małe zamieszanie, bo chłopcy stanowczo odmówili niesienia rzucających się jeszcze ryb i Susan wzdychając głośno, sama musiała się tym zająć.
A kiedy dotarli do celu, zaczęli mocno tego żałować.

~~~

Święta zbliżały się wielkimi krokami, a efekty międzydomowej integracji, a raczej jej prób, przedstawiały się dość opłakanie. Straty w ludziach wyglądały następująco: piętnastu uczniów przebywało w skrzydle szpitalnym, jedna Puchonka wróciła do domu, po raczej traumatycznym spotkaniu z przedstawicielkami KORNiKA, skrzaty błąkały się wszędzie, zawodząc i nie mogąc pogodzić się z hordami uczniów, którzy dalej dewastowali ich kuchnię w nieudolnych próbach upieczenia pierniczków, bądź przygotowania innych świątecznych potraw, Goyle i Crabbe mocno zieloni na twarzach dochodzili do siebie, półleżąc przy stole Slytherinu — ciekawe, czy nauczyło ich to, że łakomstwo nie popłaca, a zjadanie wszystkiego, co ma się w zasięgu rąk nie zawsze jest dobrym pomysłem — a Harry Potter przeżywał mały kryzys tożsamościowy, ale on sam o tym jeszcze nie wiedział, więc na razie to przemilczmy.
Jednym słowem, w Hogwarcie zapanował chaos. Połowa uczniów próbowała spełnić wyznaczane im zadania, w wyniku czego po zamku krążyły nieustannie gałązki jemioły, spadając niczego niespodziewającym się ludziom na głowy, w kuchni skrzaty toczyły bój z uczniami, po Zakazanym Lesie błąkała się jakaś samozwańcza grupka z siekierami, głosząca z wielkim zapałem śmierć wszystkim choinkom, a w Wielkiej Sali stało kilka drzewek w mocno opłakanym stanie, a koło nich obóz rozbiły przedstawicielki KORNIKa, dalej w niepokojącym stopniu rozebrania. Gabinet Dumbledore’a szturmował nieustannie tłum uczniów, Snape zaszył się w lochach, a wszyscy, którzy zbliżali się nieopatrznie do jego komnat, przepadali bez wieści. Reszta nauczycieli skorzystała z obszernych zapasów alkoholu w gabinecie Flitwick'a i koiła zszargane nerwy Ognistą. Irytek za to czuł się jak w swoim żywiole, chociaż zaczynał tracić oddech i po raz pierwszy w życiu czuł się zmęczony, a widmo zaprzestania psot zbliżało się nieubłaganie. Na razie jednak przysiadł na żyrandolu i bombardował wszystkich najróżniejszymi pociskami, które wyciągał z szatańskich chichotem z wielkiego wora trzymanego pod pachą.
I dokładnie w sam środek tego zamętu trafiło trzy czwarte naszego zespołu plus karpie.
Draco od razu oberwał balonikiem z czerwoną farbą, Susan zdążyła się zasłonić torbą z karpiami i uniknęła dzięki temu zderzenia z wielkim kawałem piernika, a Harry potknął się o własną sznurówkę (która była rozwiązana wiadomo z jakich powodów) i poleciał na Draco, który stał jak wryty od momentu, kiedy poczuł spływającą mu po włosach farbę. Dopiero przewracający go Potter przerwał to otępienie i Draco jęknął boleśnie. To już przekroczyło wszelkie granice. Jego ojciec się o tym dowie, pomyślał mściwie i zaczął zrzucać z siebie lekko oszołomionego Pottera.
— Potter, debilu, nie mogę oddychać — jęknął, starając się go zepchnąć, ale farba zaczęła mu skapywać z grzywki i nie bardzo widział, co robi.
Oczywiście w tym momencie błysnął flesz i rozległ się uszczęśliwiony pisk Colina, któremu udało się przyłapać najgorętszą ostatnio parę w takiej pozycji.
Nie żeby poprawiło to humor któregoś z chłopców.
Harry podniósł się, a na jego twarzy zagościła tak dobrze wszystkim znana determinacja. Dlatego też chwilę później wyciągnął rękę do zdumionego Malfoya i pomógł mu wstać.
— Malfoy.
— Potter — odparł lekko zdezorientowany Draco, zapominając na chwilę o koszmarze, który rozgrywał się na jego głowie.
— To jest jakaś paranoja, mam tego dość. Musimy coś z tym zrobić — oświadczył Harry stanowczo.
Draco otworzył usta, żeby rzucić jakąś kpiącą uwagę, ale zdał sobie sprawę, że Potter ma rację i że pierwszy raz w życiu on, Draco Malfoy się z nim zgadza.
— Nie mam pojęcia, jak to się stało, Potter, ale masz rację — powiedział w końcu. — A teraz wprowadź mnie w swój niemający szans powodzenia, gryfoński plan, a ja powiem ci, co zrobimy, żeby uratować jakoś sytuację.
Harry zastanawiał się chwilę, po czym kiwnął głową i zaczął mówić.


Ciąg dalszy nastąpi...
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Yenna » 25 gru 2010, o 23:39

"Biedny" Harry ;), nie dałaś się mu wykazać jako ratownikowi.
Harry i Draco snujący wspólne plany ;> rzeczywiście, aż strach się bać tego co nasi chłopcy wspólnie wykombinują :D
Wygląda, że jedyną osobą "trzeźwo" myślącą w naszym Dream Teamie jest Susan.
Ginny pewnie doznała trwałego szoku po spotkaniu z Mackami :devil:
Yenna Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 254
Dołączył(a): 30 lis 2010, o 01:05
Lokalizacja: Gdańsk

Postprzez Rayu » 26 gru 2010, o 03:26

Nie wierze, Ginny przezyła i to bez zadrapania. A byłam pewna, że zostanie z niej krwawa miazga (Susan-mode? ;))
Chociaż wolałaym ją martwą/spetryfikowaną/*tu wstawić swoje* odcinek mi się podobał ^^. Troche chaotyczne i momentami na mój gust lekko nie idzie się połapać, ale zdecydowanie poprawiłaś mi humor tym tekstem. Szczególnie spodobał mi się fragment, kiedy Draco stał jak wryty, dopóki Harry się na niego nie przewrócił. To musiało ciekawie wyglądać :lol2:
"Wandering the globe around
I saw no miracles nor wonders
Humanity so poisoned by their myths
Why none can see my wings?!"

Vader - Hellelujah
Rayu Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 19
Dołączył(a): 20 lis 2010, o 12:40

Postprzez Voldemortist » 26 gru 2010, o 23:21

Och, kolejny wspaniały odcinek! Brawo, Aev! Nie będę mówić, co mi się nie podobało, bo, tak przed długim procesem tentegowania w głowie, jak i po nim nie jestem w stanie czegoś takiego znaleźć. Tak więc skupię się na plusach. XD
1. Jeszcze większe zakotłowanie sytuacji. Czemu Wielka Kałamarnica złapała bałwana, skoro go nie zjadła? (Aev, potrafię zrozumieć czemu musiałaś pokazać macki w akcji, ale czemu nie wykorzystałaś okazji, by pozbyć się Ginny? Albo chociaż trwale ją uszkodzić? Nie rozumiem, naprawdę. Jako członkini klubu protestuję) Czemu Terry aż tak się tym przejął? Czemu ruda uciekła z krzykiem od Harry'ego? Czemu Draco dalej nie ucieka z krzykiem od Harry'ego, tylko zaczyna z nim tworzyć jakieś plany? Co zjedli Crabbe i Goyle? Jakie jeszcze zdjęcia zdobędzie Colin? Co jeszcze zrobi KORNiK? Cóż działo się z uczniami zbliżającymi się do gabinetu Snape'a i czemu nie ma mnie tam razem z nimi? Jak to możliwe, że coś zabrudziło włosy Draco, a on nie padł na miejscu trupem, bądź chociaż zemdlał z wrażenia? Czemu torba z karpiami nie pękła, gdy została zaatakowana wielkim kawałkiem piernika? Tyle pytań i zero odpowiedzi. Drodzy Państwo, czy uzyskamy odpowiedzi na którekolwiek z tych pytań?! Ekhem.
2. Ta wspaniała relacja między Harrym i Draco! Szata Pottera w ustach blondyna po prostu musi coś znaczyć! I to jak się na niego zatoczył, gdy potknął się o niezawiązaną sznurówkę! Ach, i oczywiście latające razem wesoło hipogryfy i fretki. Toż to takie romantyczne. Merlinie, emocje szalały podczas czytania tej odsłony.
3. Malfoyowy przytyk odnośnie Potterowej garderoby. Drarry bez tego elementu jest smutne i puste.
4. Efekt chaosu w całym Hogwarcie. Pięknie to opisałaś, kochana.
I jeszcze parę bym wymieniła, ale jestem dopiero na 18 odcinku QAF, więc sama rozumiesz. Tak więc oddalę się zobaczyć, czy głosowanie jeszcze aktywne, a potem idę się znów rzucić na Briana i Justina.
Piękny odcinek, Aev!
"Krawiec, jeden z pierwszych krawców, Polak, wysilił się i prawdziwie zadziwiającym sposobem jestem zgrabny - ale te trzewiki, te mnie zabijają, a bez nich ani się pokazać."
~Juliusz Słowacki
Voldemortist Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 440
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:56
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Donnie » 27 gru 2010, o 09:09

Aev umocniła mnie w tym, co już świtało mi w głowie w ostatniej odsłonie: pięknie proszę o minifika opartego na wątku dygresyjnym wokół Ginny i Terry'ego. Powiedzmy, że w ramach angstu, w końcu najwyższy czas, żeby się czegoś przerazić po tych wszystkich świątecznych humoreskach ;)

Odnośnie podwodnych macek, to mam własną teorię: nie są one nikim innym niż alter ego drogiej autorki, która wykazała przystającą do Bożego Narodzenia łaskę wobec Rudej, poprzestając na jej uświadomieniu co do Jedynego Prawdziwego Pairingu. No, może nie całkiem łaskę, skoro popychnęła ją dość wyraźnie w objęcia... patrz akapit powyżej :)

A tak w ogóle te wszystkie rozpędzone fretki i hipogryfy skojarzyły mi się z patronusami, zwłaszcza, że w którymś momencie rozpłynęły się bez śladu. Zaraz, zaraz, w którym momencie? Czyżby w chwili, w której Ginny również znika z pola widzenia? *wyczuwa teorię kiełkującą w wymęczonym brakiem snu mózgu* No jasne! Harry jest takim specem od wyczarowywania pantronusów, że robi to nieświadomie, gdy pojawia się zagrożenie. W dodatku jako gryfoniasty do potęgi Gryfon nie myśli w pierwszej linii o ratowaniu siebie, ale innych (teoria każe mi wierzyć, że fretka była patronusem wywołanym dla Drakusia, a hipogryf dla Zuzi). Co zaś do samego zagrożenia, to wniosek jest prosty: Ginny to zakamuflowany dementor. Co za szczęście, że teraz przyssie się najprawdopodobniej do kogoś innego :P
A może jednak porzucić teorie spiskowe i pójść się wyspać? ;)
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Postprzez Kaczalka » 27 gru 2010, o 23:47

Napisane w dwie godziny, ale skoro moja wyrocznia uznała, że się nadaje, to wklejam wcześniej. Choć szczerze przyznaję, że miałam wielką ochotę zwiać gdzie pieprz rośnie.
Przepraszam za zapożyczenia, nie mogłam się opanować ;)

Bardzo, bardzo dziękuję Donnie za betę i ciepłe słowa.




Feta świąteczna, odsłona szósta


Gryfoni zawsze górą



     Nie mówił długo. Kwieciste przemowy z pewnością nie były jego mocną stroną, niemniej Draco poczuł się mile zaskoczony, że słowa wydobywające się z ust Pottera zabrzmiały całkiem sensownie. Oczywiście biorąc pod uwagę nienormalną sytuację.
     — Pójdziemy do dormitorium, zamkniemy drzwi na cztery zaklęcia i przeczekamy cały ten bałagan.
     Dracona na chwilę opanowały przyjemne myśli o wygodnym łóżku, miękkiej piżamce i jego słodkiej pluszowej tajemnicy.
     — Czyje? — spytał, gdy wreszcie rozsądek wziął w nim górę nad marzeniami.
     — Czyje co?
     — Czyje dormitorium masz na myśli?
     — To, które jest bliżej.
     — Świetnie.
     Sprawa nie podlegała dyskusji, siódme piętro i gryfońska wieża nie mogły konkurować w tej kwestii z lochami, leżącymi niemal na wyciągnięcie ręki. Po traumatycznych przeżyciach ostatnich godzin Draconowi nic już więcej nie było do szczęścia potrzebne. Pełen dobrych myśli ruszył przed siebie, po drodze doprowadzając odzież i włosy do idealnego porządku. Potter poczłapał za nim, w dziwny sposób nie podzielając jego entuzjazmu, ale cóż, kto by tam zrozumiał Gryfonów.
     Do schodów prowadzących w stronę lochów dotarli bez problemu. Potter co prawda oberwał w kościste biodro kawałkiem lewitującego chaotycznie gigantycznego piernika, ale to tylko dodało mu energii i zaczął poruszać się szybciej. Jeszcze tylko dwieście metrów, pomyślał Draco, czując, jak jego marzenia coraz bardziej nabierają cech rzeczywistości. Sto osiemdziesiąt. Crabbe’a i Goyle’a mamy z głowy, został tylko Zabini. Oby go Merlin pokarał towarzystwem Longbottoma, a nikt więcej nie stanie nam na przeszkodzie. Sto pięćdziesiąt...
     Potter nagle jęknął, zatoczył się i złapał go za ramię.
     — Co, na Salazara...
     Draco nie skończył, widząc wyciągniętą do góry, drżącą rękę towarzysza i jego szeroko otwarte oczy. Podążył wzrokiem we wskazanym kierunku i oniemiał. W ściennej niszy, w półcieniu, tak że prawie nie było jej widać, stała Milicenta Bulstrode. Naga. I najwyraźniej spetryfikowana.
     — Potter, idziemy! — rozkazał, ciągnąc Gryfona za sobą.
     — Ale... Ale...
     — Ale co? — warknął zirytowany Draco. — Gołej baby nie widziałeś?
     — Widziałem, ale... te cycki!
     — Nie wymawiaj przy mnie słowa cycki! Nie ma nic bardziej obrzydliwego!
     Potter chyba zrozumiał, bo już bez zbędnych słów pozwolił się poprowadzić w głąb korytarza.
     Merlinie, dopomóż. Jeszcze tylko sto dwadzieścia metrów. Wszystko, co najgorsze, mam już za sobą. Sto dziesięć. Zabini. Zabini. Byle cię tu nie było. Tylko ty jesteś gorszy od włosów łonowych Bulstrode. Dziewięćdziesiąt siedem, dziewięćdzie...
     Z półmroku najpierw wyłoniły się śnieżnobiałe zęby. Potem kontrastująca z resztą skóry jasna wewnętrzna strona dłoni, a następnie...
     — Wiejemy!!! — wrzasnął Draco. Złapał Pottera za rękę, zrobił nagły zwrot i pognał korytarzem z powrotem, nie zważając na mało zrozumiałe eee, aaa i inne samogłoski, wydobywające się z ust Gryfona. Lubię chłopców, naprawdę lubię chłopców, ale... Hol wejściowy, schody, jeszcze jedne schody, i jeszcze jedne... Irytek obładowany pierniczkami, kolejne schody... Potter porusza się jak kukła, szczęściarz, bo nie wie, czego uniknął... Schody... Na Merlina, Salazara, Vol... na wszystkich niebogów, ile jeszcze tych schodów, nawet Gryfoni na to nie zasługują...
     Tok jego myśli przerwało gwałtowne szarpnięcie.
     — To tutaj... jesteśmy na miejscu — wysapał Potter, opierając się o portret pulchnej kobiety.
     — Szybko! Wypowiedz hasło. On... — Draco ciągle jeszcze nie czuł się bezpieczny.
     — Różowe majteczki — rzucił Potter przez zęby i pospiesznie zniknął w otworze, który wyłonił się zza obrazu.
     Zaszokowany Draco ruszył za nim i chwilę później znalazł się w cichym, wyludnionym pokoju wspólnym.
     — Różowe majteczki? — spytał, wreszcie odzyskując rezon.
     — To wymysł Hermiony. Zanim... no wiesz, zanim ją wzięło na ekologię, przeżywała fascynację Playboyem. Nawet sobie uszka i ogonek wyczarowała, Ron mógłby powiedzieć na ten temat więcej...
     — Nie chcę tego słuchać! — zaprotestował Draco, opanowując falę mdłości.
     Potter zamilkł, jakby doskonale go rozumiał. Rozejrzał się wokół i stwierdziwszy, że są sami, wskazał na czerwonozłotą, stojącą przy kominku kanapę.
     — Usiądź. Trzeba obgadać, jak ogarnąć cały ten bałagan.
     Draco opadł na miękkie poduszki, mile zaskoczony ich wielką wygodą. Czuł się zmęczony, stęskniony za swoim pluszowym wężykiem i flanelową, mięciutką piżamą, jednak w pokoju było ciepło, przytulnie i, co najważniejsze, nigdzie nie widział cycków ani latających pierniczków.
     — Oni wszyscy powariowali — kontynuował Potter. Poduszki tuż obok ugięły się, gdy Gryfon siadał, co podziałało na Dracona jak usypiające kołysanie.
     — Mhmm — mruknął, opuszczając głowę i pogrążając się w słodkiej nieświadomości.
     — Malfoy, nie zasypiaj! Jeśli czegoś nie wymyślimy, oni rozniosą ten zamek na strzępy!
     Draco niechętnie otworzył oczy i całą siłą woli zmusił się do skupienia.
     — Ale co? Dyrektor najwidoczniej oszalał. Podobnie jak cała reszta.
     — Zostaliśmy my! Jedyni rozsądni. I właśnie my musimy coś zrobić.
     — Jasne — odparł Draco, podnoszą nogi z podłogi i kładąc je na kolanach Pottera. — Masz jakiś pomysł? — spytał, pozornie nie zauważając, że Gryfon zdejmuje mu buty, potem skarpetki i leniwymi ruchami palców zaczyna masować jego stopy.
     — Oczywiście. Zawsze mam pomysł na ratowanie świata.
     Słowa być może były zdecydowane, jednak ton głosu Pottera nie brzmiał pewnie. Bardziej przypominał kojące mruczenie, co w połączeniu z poczynaniami jego rąk podziałało na Dracona jak najcudowniejszy afrodyzjak.
     — Jaki tym razem? — zapytał, aby ukryć narastające... zainteresowanie.
     — Spetryfikujemy wszystkich. Karpie wrzucimy z powrotem do jeziora, choinki odniesiemy do lasu, dziewczyny ubierzemy, Dumbledore’owi wymażemy pamięć i oddamy go do Świętego Munga na oddział geriatryczny. Snape’owi też możemy pogrzebać we wspomnieniach. Taka okazja już się nigdy nie powtórzy. Każemy mu kochać Gryfonów i Puchonów, a McGonagall...
     — Hej, nie zapędzasz się za bardzo? — Draco nagle odzyskał siły. — Snape’a zostaw w spokoju. Na resztę się zgadzam. Możemy jeszcze zmniejszyć co nieco Zabiniemu.
     — Po co? Ma takie ładne oczy... i zęby...
     — Nie o tym mówię, kretynie — warknął Draco. — Czerwonego Kapturka w wersji dla dorosłych nie czytałeś?
     — Oglądałem film, ale nie wiem, czy to się liczy.
     — Nie, film był cenzurowany, bo dla dzieci.
     — A co wy, Ślizgoni, macie wspólnego z czerwonym? — zapytał Potter, przesuwając dłonie na jego kostki i masując je miarowo.
     — Nic... nic wspólnego... och — mruknął Draco, resztkami sił starając się utrzymać umysł na wodzy. — Wszystko, co powiedziałeś, zrobimy jutro, dobrze? Dzisiaj już...
     — Chcesz iść do łóżka?
     — Tak. Czy to daleko?
     — Nie, tylko kilka schodów...
     Znowu schody, jęknął Draco w myślach, ale skoro był odważnym, czystokrwistym czarodziejem, postanowił zachować się dzielnie. Usiadł, z wielką niechęcią stawiając gołe stopy na podłodze.
     — Prowadź — rzucił wyniośle, podnosząc się i wygładzając szatę.
     Potter posłusznie ruszył w głąb pomieszczenia, potem wspiął się po kilku stopniach i zatrzymał przed drugimi drzwiami po prawej stronie.
     — Jesteś pewien? — zapytał głosem, w którym pobrzmiewała desperacja, potrzeba i coś, czego Draco nie potrafił zidentyfikować.
     — Jasne — odpowiedział pewnym tonem. Wizja miękkiego łóżka przyćmiła jego ślizgońskie instynkty.
     Dormitorium okazało się całkiem przyjemne. Bardzo podobne do jego własnego, może z wyjątkiem kolorystyki. Ale co najważniejsze, było puste. Żadnych Finniganów, Weasleyów czy Longbottomów. Pewnie wszyscy zajęci są teraz zarzynaniem karpi.
     Zdejmując szatę, nie czuł jeszcze lęku. Raczej przemiłe rozrzewnienie i ulgę, że to, co nieprzyjemne, zostało oddalone w czasie. Wątpliwości naszły go dopiero, gdy leżał na łóżku. Potter, ten jeszcze przed chwilą sympatyczny, usłużny, miły facet, nagle zaczął wykazywać oznaki szaleństwa. Jednym gwałtownym ruchem rozerwał swoją koszulę, kolejnym rozpiął spodnie, po czym opadł wprost na Draco, otaczając jego biodra udami, a klatkę piersiową wspartymi na łokciach ramionami.
     — Malfoy, nareszcie... Malfoy, chcesz?...
     — Co?... — wysapał Draco, totalnie pozbawiony zdolności myślenia.
     — Chcesz... zerżnąć coś oprócz choinki?



Koniec odsłony szóstej
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez MargotX » 28 gru 2010, o 00:09

Ostatnie zdanie... umarłam... przeczytałam jeszcze raz wszystkie odsłony Fety i znów musiałam opanowywać niekontrolowane wybuchy śmiechu. Dziewczyny, tekst jest absolutnie niesamowity, pomysłów Wam nie brakuje, fantastycznie wpasowujecie się w każdy poprzedni odcinek;) nie da się ukryć, że plany chłopaków okazały się... interesujące xD wreszcie dochodzimy do pożądanej sytuacji, ale przypuszczam, że kolejny odcinek będzie obfitował w niespodzianki:) jak wszystkie zresztą...
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Konkursy

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość