Drarrofeta świąteczna 2010

wydanie drugie

Prace konkursowe, głosowania, etc.

Postprzez Miris » 4 sty 2011, o 17:33

Nie komentowałam chyba czterech odcinków, nie mam czasu, więc krótko:

Harry potknął się o własną sznurówkę (która była rozwiązana wiadomo z jakich powodów) i poleciał na Draco

Od początku było wiadomo, że na niego leci :D.

Skubany już miał zarost. Toż to jawna niesprawiedliwość! Jego ojciec się o tym dowie!

Umarłam :hahaha:

Nie! Dumbel i Minewra! Miss Black, zabijasz! :hahaha:

– Nie, tylko nie macki! – Poczym padła na wznak bez tchu.

Po czym

Gdzieś jeszcze mignęła mi literówka, ale nie wiem gdzie :?

Zostałam zabita, zakopana, odkopana i zabita ponownie ostatnim odcinkiem. To już nie był chaos, to był chaos do kwadratu. Na gorseciku w kratkę kwiknęłam jak prosiak.
Tylko początek troszeczkę mnie zawiódł, skoro już tak szczerze rozmawiamy... Bo niby jakieś drarry tam było wcześniej, były stópki (urocza scena!) i w ogóle, ale... Ja spodziewałam się prędzej, że Draco zasnął na tym fotelu i to mu się tylko śniło... Jakoś tak za mocno kawonaławowo. Całe szczęście (w nieszczęściu), że im przerwali, bo to już byłaby chyba ostatnia część, a podobno ma być jeszcze jedna? :D.
Poziom absurdu totalnie mi nie przeszkadzał, przeszkadzał mi tylko ten początek.

Poprzednie rozdziały ukwiczne i Ginny przeżyła! Karpie też się uchowały, biedaki. Za każdym razem jak o nich czytałam, to się uśmiechałam :D. Przypominały mi, że nadal są święta.

Cóż, pozostaje mi czekać na ostatni odcinek.

Miris
Drarrytozuoaleitakjekocham.
Miris Offline


 
Posty: 323
Dołączył(a): 1 lis 2010, o 19:08
Lokalizacja: Dom

Postprzez Zoe » 6 sty 2011, o 18:56

Przed nami ostatni odcinek drarrofety. Mam nadzieję, że udało mi się wpisać w klimat wyrąbanej w kosmos parodii. W tekście pojawi się przekleństwo, obrzydliwa scena oraz aluzja do zerżniętej choinki. Tekst nie betowany.


Feta świąteczna, odsłona ósma



Draco hero, Voldy zero…



W tym momencie Harry doznał uczucia, że powinien coś zrobić. I to jak najszybciej, zanim rozpocznie się Armageddon. Problem w tym, że nie miał zielonego pojęcia, co zrobić. Wiedział już, że jego przeznaczeniem jest stoczyć finałową walkę z Czarnym Panem, ale zawsze sądził, że gdy już do niej dojdzie, instynkt oraz głęboko ukryty intelekt podsuną mu jakieś genialne rozwiązanie. Niestety, w obecnej chwili po jego głowie telepała się jedna rozpaczliwa, bardzo prozaiczna myśl:
Rany, jak mi się chce siku…
Voldemort wystąpił krok w przód i uniósł dłonie. W Wielkiej Sali panowała absolutna cisza.
— Moi drodzy — rozpoczął Czarny Pan. — Na samym początku chciałbym wytłumaczyć pewną bardzo istotną rzecz…
W tym momencie na Harry’ego spłynęło nagłe olśnienie. Jak mógł zapomnieć o tym, że siła tkwi w jedności? I że „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”? Za plecami miał jakąś setkę osób, w tym kilkoro nauczycieli, a każda z nich uzbrojona była w różdżkę. Wszyscy zaś byli gotowi walczyć do upadłego i oddać życie w obronie niepodległości! Jak mógł zapomnieć o wiernych, stojących za nim murem przyjaciołach?
— Dosyć! — krzyknął z mocą. — Żadnych tłumaczeń, Riddle! Nie omamisz nas słodkimi słówkami!
Na twarzy Voldemorta pojawił się dziwny grymas.
— Chłopcze, pozwól mi dokończyć…
— Nie! Nie będziemy się z Tobą układać! Nadszedł dzień, w którym skrzyżujemy ze sobą różdżki. Dzień, który przepowiedziano wiele lat temu! — Harry z rozmachem łomotnął się w pierś i aż się skrzywił, bo zabolało. Ale czym jest ból? Zaraz oberwiesz Cruciatusem, to się dowiesz, przeleciało mu przez głowę. Odpędzając od siebie przykre myśli i wyobrażenia, jakie to uczucie zostać rozerwanym żywcem na kawałki, ciągnął dalej. — My, uczniowie i profesorowie Hogwartu, nie ugniemy przed tobą karku!
— Ale ja nie…
Harry odwrócił się w kierunku nieruchomych, przerażonych ludzi.
— Będziemy walczyć, bracia i siostry! Voldemort może i jest potężnym czarodziejem, ale nas jest więcej! Sto osób uzbrojonych w różdżki to potęga, zdolna skruszyć nawet Voldemorta! A więc różdżki w dłonie i do boju!
Przez salę przeleciał pomruk.
— Na Voldemorta! Huzia na Józia! — Głos Harry’ego wirował pod sklepieniem Wielkiej Sali. — Na mój znak wszyscy rzucamy się na Voldemorta! Jest nas sto osób, więc mamy przewagę! Nie płoszcie się wizją otrzymania Avadą między oczy ani poderżnięciem gardła zaklęciem tnącym! Setce osób nawet Voldemort nie da rady! W najgorszym wypadku zabije jakieś dwadzieścia osób, ale tylko tych, którzy pójdą w pierwszej linii! Reszta jest bezpieczna! A więc na mój znak — DO BOJUUUU!!!
— Potter, ty kretynie… — doleciał go jęk Draco.
Jednogłośny krzyk wyrwał się z setki gardeł, a w chwilę później skłębiona masa ludzka ruszyła do galopu. W miarę, jak owo kłębowisko nabierało rozpędu, oczy Harry’ego robiły się coraz większe, a szczęka powoli opadała w kierunku ziemi.
— To było genialne — stwierdził Draco z gryzącą ironią. — Doprawdy genialne.
Rozszalała masa ludzka zareagowała bowiem na wezwanie, ale Harry nie przewidział jednej rzeczy: że wszyscy rzucą się w odwrotnym kierunku, czyli do drzwi. Po chwili w Wielkiej Sali pozostały jedynie trzy osoby.
Zapanowała bardzo przykra atmosfera konsternacji.
— Skoro tak, to może ja coś powiem… — zaczął znowu Voldemort.
— Nie! — ryknął Harry, pojmując nagle, że losy czarodziejskiego świata pozostały w jego rękach. — Nie! — I z tym okrzykiem ruszył na Voldemorta niczym szarżujący byk. Zaskoczony Czarny Pan rozdziawił usta i w tym momencie Harry zbił go z nóg, rzucając się na niego szczupakiem.
— Draco! Pomóż mi! — wrzasnął, chwytając Voldemorta oburącz za gardło. Uwięziony pod nim Czarny Pan zagulgotał i zaczął się rzucać na wszystkie strony, więc Harry sprzedał mu plaskacza prosto w twarz.
— Dobrze już, dobrze. — Znajomy głos tuż koło jego ucha dodał mu otuchy. — Tylko żeby mi było jasne. Pomagam ci nie dlatego, że TY tego chcesz, ale dlatego, że JA tego chcę. Zrozumiano?
— Jasne — wysapał Harry. — Pomóż mi go przytrzymać!
Obaj chłopcy unieruchomili Voldemorta, który po chwili przestał się miotać, najwyraźniej widząc, że to nie ma sensu. Przez głowę Harry’ego przemknęła radosna myśl: Ależ to było proste!
— I co? — zapytał, czując, jak uczucie triumfu rozsadza mu pierś. — Co teraz powiesz, leżąc na kamiennej posadzce, pozbawiony różdżki i absolutnie bezbronny?
— Ja nie jestem żaden Voldemort! — załkał zapytany. — Chłopcy, to pomyłka! Straszna pomyłka!
Chłopcy wymienili między sobą osłupiałe spojrzenia.
— Jak to, nie Voldemort? — wyrwało się Harry’emu. — Co ty bredzisz? Nazywasz się jak Voldemort, wyglądasz jak on…
— To tragiczna zbieżność nazwisk! — krzyknął mężczyzna. — Próbowałem to wszystkim wytłumaczyć, ale nie chcieliście mnie słuchać…
— Nie bądź łatwowierny! — syknął Draco prosto w ucho Harry’ego.
— Jaka znowu zbieżność nazwisk? — wrzasnął Harry, w którego głowie zaczęło się formować dziwne przeczucie, że coś tu jest nie w porządku.
— Nazywam się Tom Marvolo Riddle! Tak, tak właśnie się nazywam! Na moje nieszczęście rodzice ochrzcili mnie tymi feralnymi imionami, nie wiedząc, jaką krzywdę mi wyrządzają — głos mężczyzny przeszedł w cichy pisk. — To mugole, nie wiedzieli nic o istnieniu czarodziejskiego świata. Imiona otrzymałem po dziadkach, nazwisko po tatusiu…
— Co to za bzdury? — zdenerwował się Harry. — Naprawdę sądzisz, że ktoś ci uwierzy? Nazywasz się jak Voldemort, wyglądasz jak on… Jesteś łysy…
— To rodzinne, chłopcy, u nas wszyscy mężczyźni w rodzinie prędko łysieją… parę lat temu ogoliłem głowę, bo nie znoszę pożyczek ani zaczesek…
— Masz czerwone oczy!
— Od niewyspania i studiowania ksiąg po nocach…
— Nie masz nosa!
— Wypadek samochodowy, cztery miesiące temu…
— Masz Czarną Różdżkę!
— Ciemnobrązową! To oświetlenie przekłamuje kolory!
— Na szyi nosisz Kamień Wskrzeszenia!
— A gdzie napisano, że to Kamień Wskrzeszenia? To amulet na szczęście, dostałem w prezencie urodzinowym od córki…
W tym momencie Harry’emu zabrakło argumentów.
— Zwariowałeś? — zasyczał Draco nie poluźniając uchwytu. — Chyba nie dasz się nabrać na taki bajer?!
— Ja… nie wiem — odpowiedział Harry. Spojrzał w czerwone tęczówki leżącego pod nim mężczyzny i z przykrością zauważył, że w oczach leżącego błyszczą łzy. Nagle zrobiło mu się strasznie przykro.
— Znak! Mroczny Znak! — Draco energicznie podwinął rękaw szaty mężczyzny. — Aha! Widzisz!
— To mugolski tatuaż — załkał mężczyzna. — Wiem, byłem głupi, ale tak to jest, jak się ma osiemnaste urodziny lat i idzie z kolegami w tango w miasto…
Harry przyjrzał się uważniej. Faktycznie, to był zwyczajny tatuaż, w dodatku dość kiepsko wykonany.
— Draco — wyszeptał zduszonym głosem.
— No co? — odparł Ślizgon drwiącym tonem. — Chociaż nie, lepiej nic nie mów. Już ja wiem, co chcesz powiedzieć.
— Ja mu chyba wierzę…
— No i, kurwa, pięknie!

- o -

Tuż po przedstawieniu nowego członka kadry nauczycielskiej, Albus Dumbledore wymknął się chyłkiem z Wielkiej Sali. Sam nie wiedział, dokąd idzie, ale ktoś o ogromnym doświadczeniu życiowym, jak chociażby Sybilla Trelawney, bez wahania rozpoznałaby objawy pijackiej szwendaczki.
Dumbledore szedł, szedł i szedł, zataczając się lekko. Po jakichś dziesięciu minutach tego spaceru, odcięty od nowych dostaw alkoholu organizm zaczął wracać do normy. Krok dyrektora stał się znacznie bardziej pewny, a umysł nieco się przejaśnił. I wtedy w głowie Dumbledore’a pojawiła się dość niepokojąca myśl.
Coś zrobił… ale co? Nie mógł sobie przypomnieć, miał jednak niejasne wrażenie, że było to coś wyjątkowo głupiego.
Nie, uff, nie przypomni sobie. Chyba, że… tak, doskonały pomysł! Świeże powietrze zawsze go orzeźwiało. Toteż dyrektor wspiął się schodami na Wieżę Astronomiczną. Twarz owionęło mu zimne, nocne powietrze.
Jaki piękny księżyc! Albus Dumbledore miał w sobie duszę romantyka, więc uśmiechnął się szeroko i podszedł do barierki, aby w spokoju móc podziwiać piękno wędrującego po niebie miesiąca.
I wtedy przydepnął sobie skraj szaty. Zamachał rozpaczliwie rękoma, ale nie zdało się to na nic.
Napruty jak messerschmitt Albus Dumbledore pierdyknął z Wieży Astronomicznej głową w dół.

- o -

Severus Snape leżał na wygodnym, przestronnym łóżku w przyjemnym lokaliku w Hogsmeade. Rozkoszował się lekturą niedawno nabytego miesięcznika „Poradnik Warzyciela”, co chwila pociągając spory łyk mugolskiego Glenfidditch.
Żyć, nie umierać.
Od paru dni używał sobie życia w tym małym hoteliku, z dala od uczniów i pozostałych członków kadry nauczycielskiej. Lepszego urlopu nie mógłby sobie wymarzyć. Jadał trzy razy dziennie, pijał najlepszą whisky, znalazł nawet czas na przeczytanie zalegających jego szufladę gazet i periodyków.
Co jakiś czas zerkał przez okno, sprawdzając w jakim stanie znajduje się Hogwart i czy w ogóle jeszcze stoi. Przez kilka pierwszych dni dobiegały go odgłosy wybuchów, z okien waliły kłęby dymu, a raz nawet coś o kształcie przypominającym ludzkie ciało wypadło z jednego z nich. To oczywiście upewniało Severusa w postanowieniu radosnego korzystania z urlopu.
Tego wieczoru Severus łypnął przez okno i ze zdumieniem stwierdził, że coś się zmieniło. Żadnego dymu, żadnych wybuchów ani samobójców. Rysujące się na tle nocnego nieba potężne mury zamku były ciemne i ciche.
Cicho jak w grobie, pomyślał, unosząc szklaneczkę do ust. Pozabijali się tam wszyscy, czy co?
Przełknął whisky i nagle uświadomił sobie, że owa niepokojąca ciemność i cisza może istotnie zwiastować coś bardzo niedobrego.
Nie trudząc się pakowaniem skromnego dobytku, który ze sobą wziął, a tym bardziej płaceniem rachunku, teleportował się prosto pod bramę Hogwartu.
Taka cisza jest rzeczywiście bardzo niepokojąca, pomyślał. A jeśli zdarzyło się nieszczęście i naprawdę się tam pozabijali?
Mściwy uśmieszek wypłynął na chudą twarz Mistrza Eliksirów..
Jeśli wszyscy, to również i Potter.

- o -

Albus Dumbledore wisiał i trzeźwiał. Spadając z wieży, zahaczył szatą o wystającą z murów rurę, do której swego czasu przyczepiano chorągwie i flagi narodowe. Niestety, pozycja w której się znajdował przyprawiała go o lekkie mdłości, gdyż wisiał głową w dół. W dodatku z szatami zarzuconymi na głowę.
Było zimno. Cholernie zimno. A co gorsza, Albus nie nosił bielizny.
Biały, nieowłosiony zad dyrektora Hogwartu połyskiwał w świetle księżyca niczym dwa niedopieczone, niemal surowe bochny chleba.

- o -

Harry podniósł z ziemi sponiewieranego profesora i troskliwie podprowadził go do jednego ze stołów.
— Tak mi przykro — jęknął.
— Nie szkodzi, drogi chłopcze — odparł wyrozumiale poszkodowany, masując sobie gardło. — Nic wielkiego się nie stało. Ludzie na ogół tak reagują, bywało gorzej…
Harry dostrzegł kątem oka, że na twarzy Draco maluje się wyjątkowo mściwy wyraz.
— Słuchaj, byłbyś tak uprzejmy i poprosił… to znaczy wezwał skrzata, aby podał nam posiłek? Profesor Riddle jest zapewne głodny…
Draco posłał Harry’emu wyjątkowo ciężkie spojrzenie, ale usłuchał. Podszedł do sąsiedniego stołu, na którym pozostało jeszcze trochę jedzenia, wziął półmisek ze smażonymi karpiami i postawił go z hukiem przez profesorem.
— Bardzo proszę — rzucił zjadliwie i usiadł.
— Bardzo dziękuję! — Profesor wyraźnie się rozpogodził. — Uwielbiam smażoną rybkę!
Sądząc po szybkości, z jaką zabrał się do jedzenia, musiał być rzeczywiście mocno wygłodniały. Korzystając z tego, że profesor zajął się posiłkiem, Harry pochylił się w kierunku Draco.
— Wiem, co chcesz powiedzieć — mruknął — ale ja mam dobrą intuicję. To NIE jest ten, o którym myślisz.
— Ależ oczywiście — zgodził się zjadliwie Draco. — A ponieważ jesteś po gryfońsku uparty, nie przemówię ci do rozumu. Może zmienisz zdanie, jak jakaś tajemnicza siła wymorduje połowę uczniów. Chociaż nie. Nawet wtedy będziesz się upierał przy swoim.
Harry już chciał odpowiedzieć, gdy profesor Riddle wydał z siebie bardzo dziwny dźwięk. Coś jakby „Khhhhh…”. Obaj chłopcy natychmiast na niego popatrzyli i Harry dostrzegł z przerażeniem, że oczy wychodzą mężczyźnie z orbit, a twarz sinieje.
— Czy pan się dobrze czuje? — spytał.
Profesor Riddle trzymał się oburącz za gardło.
— Khhhhyyyy…
Wtedy Harry zrozumiał.
— Ość! — krzyknął. — Draco, on się dławi ością!
— No i co w związku z tym? — Draco nie wydawał się być zainteresowany.
— Jak to co? Trzeba coś zrobić!
— Może dobić?
— Nie dobić! Trzeba wyciągnąć ość!
W tym momencie charczący profesor zsunął się z krzesła na podłogę i zaczął się miotać. Przerażony Harry zerwał się na równe nogi, gotów spieszyć na pomoc, ale Draco jednym szarpnięciem usadził go z powrotem.
— Pozwól, że coś ci wyjaśnię — powiedział ostro Ślizgon. — Zaprosiliśmy gościa do stołu jak należy? Zaprosiliśmy. Ugościliśmy jak należy? Ugościliśmy. Poczęstunek był? Był. No więc przestań się wygłupiać. Kulturalny czarodziej nie wyrywa gościowi jedzenia z pyska, nawet, gdy gość jest niepożądany. W takim wypadku zamyka się wszystkie wejścia na cztery zaklęcia i grzecznie udaje, że nas nie ma. Na Salazara, on charczy coraz obrzydliwiej. Chyba naprawdę trzeba coś z tym zrobić.
— Ja spróbuję wyciągnąć mu ość! — Harry już klęczał przy profesorze, próbując unieruchomić mu głowę. — A ty…
Draco przewrócił oczami, nie sprawiając wrażenia chętnego do pomocy.
— A ty uciskaj mu przeponę! — W głowie Harry’ego majaczyły niejasno mugolskie zasady udzielania pierwszej pomocy. Coś tam kojarzył, że dławiącemu się człowiekowi trzeba silnie ucisnąć przeponę. — Draco, ruszże się wreszcie! Tu masz przeponę, o!
— Mam go dotknąć? — Draco wzdrygnął się z obrzydzenia. — Dłonią? Odmawiam!
— No to kolanem, o rany! Jakie ty robisz problemy!
Harry wsadził profesorowi dłoń do ust, próbując sięgnąć do wnętrza gardła. Draco myślał intensywnie. Nie miał najmniejszego zamiaru dotykać tego człowieka nawet kolanem. Chociaż… Tak! Już wiedział! Z westchnieniem irytacji uniósł nogę, postawił ją w miejscu, gdzie powinna znaleźć się przepona i mocno nacisnął.
Nic się nie wydarzyło. Draco nacisnął więc mocniej, a potem jeszcze mocniej, ale nadal bez rezultatu. Rozzłoszczony brakiem natychmiastowej reakcji w postaci cudownego ozdrowienia, postanowił przestać bawić się w półśrodki i iść na całość. Bez skrupułów wlazł obunóż na konającego i uginając kolana, zaczął się na nim kiwać. Niestety, to również nie pomagało. Charczenie stawało się coraz bardziej przeraźliwe, więc zirytowany już nie na żarty Draco zaczął z całej siły skakać.
— Nie… mogę… dosięgnąć… — wysapał Harry, który wepchnął profesorowi rękę niemal po łokieć.
Draco skakał coraz intensywniej. W pewnym momencie profesor wydał z siebie wyjątkowo przeraźliwe charknięcie, potem coś w rodzaju westchnienia, a jeszcze potem zapadła absolutna cisza.
— Przestał charczeć! — wykrzyknął Draco.
Harry popatrzył na niego poważnym wzrokiem.
— Owszem, ale oddychać też przestał…
Zniesmaczony Draco zszedł ze zwłok, dość mocno poirytowany faktem, że jego wysiłki poszły na marne. Harry klęczał przy zmarłym, wciąż z ręką w jego ustach.
I wtedy do Wielkiej Sali wszedł profesor Snape.

- o -

Mistrz Eliksirów obrzucił uważnym wzrokiem pobojowisko, odnotowując w myślach połamane stoły i krzesła, wulgarne graffiti na ścianach, rozdeptane na posadzce jedzenie. Na koniec przyjrzał się uważnie Potterowi, Draco oraz trupowi. Wąskie usta wykrzywiły się mściwie.
— No no — powiedział. — Spuścić cię z oczu na parę dni i oto, jakie mamy efekty. Nigdy bym nie przypuszczał, że coś takiego powiem, ale zdolny to ty jesteś. Przez stulecia Hogwart opierał się najazdom inferiusów, goblinów i obcych plemion. Żadna z tych wojen nie przyniosła takich efektów, jak pozostawienie cię bez nadzoru na parę dni…
Harry nie dyskutował, wiedząc z doświadczenia, że wdawanie się w pyskówki tylko rozjuszy profesora.
— No więc — kontynuował Snape, w którego głosie pobrzmiewała podła radość z cudzego nieszczęścia — Gryffindor traci pięćdziesiąt punktów za połamane stoły. Kolejne pięćdziesiąt odbieram za połamane krzesła. Minus pięćdziesiąt za wulgarne malunki na ścianach, swoją drogą, Potter, naga kobieta wygląda zupełnie inaczej, ale skąd ty to możesz wiedzieć, minus pięćdziesiąt za bezczelną minę i wyklinanie mnie w myślach, minus sto pięćdziesiąt za nieboszczyka…
— To Czarny Pan! — wtrącił się Draco, wiedząc, że gryfońsko uczciwy Harry prędzej przyzna się do współudziału w zabójstwie profesora Hogwartu, niż zacznie kalkulować i wywijać się jak piskorz. — Profesorze, Harry zabił Czarnego Pana!
— Doprawdy? — Snape obrzucił zwłoki mało zainteresowanym spojrzeniem. — Ach, faktycznie. W takim razie dwa punkty dla Gryffindoru…
Harry jęknął cicho i wyszeptał:
— Draco…
— Co?
— Miałbym do ciebie malutką prośbę.
— No?
— Ponieważ dzisiejszy dzień zakończył się dla mnie wyjątkowo przykro, a sądząc po tym, że profesor Snape rozkręca się coraz bardziej, mógłbyś sprawić mi małą przyjemność…
— Jaką? — Draco nie zamierzał obiecywać niczego w ciemno.
Harry posłał mu znaczące spojrzenie.
— Mógłbyś wieczorem zrobić ze mną to, co robi się z choinką…
— Z choin… aaa… — Draco na moment stracił równowagę, ale już po chwili odzyskał rezon. — Jasne. Nie ma sprawy.
Na obliczu Harry’ego zajaśniało szczęście. Draco pokręcił głową. Czemu nie, w końcu może wyświadczyć małą przysługę i zrobić Potterowi to, co robi się z choinką…
Cholera, najpierw będzie musiał znaleźć bombki i łańcuchy.

- o -

Jakiś czas później, gdy nad Hogwartem zapadła już noc, poirytowany Harry zerwał z siebie oplatający go bożonarodzeniowy łańcuch, ściągnął z uszu bombki i stanowczo sprzeciwiając się zamocowaniu mu szpica na czubku głowy, wyjaśnił Draco, o co chodziło z tą nieszczęsną choinką.
Nie wyjaśnił tego słowami, gdyż był na to zbyt nieśmiały. Po prostu wziął sprawy w swoje ręce.
A Albus Dumbledore nadal wisiał, powiewał i trzeźwiał.



Koniec
Zoe Offline

Avatar użytkownika
Zua Kobieta
 
Posty: 282
Dołączył(a): 11 lis 2010, o 23:51

Postprzez Donnie » 6 sty 2011, o 20:11

:hahaha:

Innymi słowy: gratuluję!
Absurd był, ale w wydaniu, jakie lubię, czyli umiarkowany humor poprzecinany wstawkami działającymi niczym zapłon na moją głupawkę. Co równa się gwarantowanej poprawie nastroju (za co na marginesie bardzo dziękuję).

Rechocik dopadł mnie tutaj:

— (...) Jesteś łysy…
— To rodzinne, chłopcy, u nas wszyscy mężczyźni w rodzinie prędko łysieją (...)
— Masz czerwone oczy!
— Od niewyspania i studiowania ksiąg po nocach…
— Nie masz nosa!
— Wypadek samochodowy, cztery miesiące temu…
— Masz Czarną Różdżkę!
— Ciemnobrązową! To oświetlenie przekłamuje kolory!


... i nie był jedynym, oczywiście. Wybuchy głośnej i szczerej radości wywołało też powiewanie bladego jak niewypieczone ciasto Albusa, chytre wymknięcie się profesora Snape'a do azylu spokoju (widać, że się nim fascynujesz, w każdym elemencie scen z jego udziałem czułam dużo wyraźniejszą lekkość niż w reszcie tekstu, jakby Severus sam wychodził Ci spod klawiatury. Naprawdę musisz znać go na wylot ;) ) oraz ten tekst Draco:

Zaprosiliśmy gościa do stołu jak należy? Zaprosiliśmy. Ugościliśmy jak należy? Ugościliśmy. Poczęstunek był? Był. No więc przestań się wygłupiać. Kulturalny czarodziej nie wyrywa gościowi jedzenia z pyska, nawet, gdy gość jest niepożądany. W takim wypadku zamyka się wszystkie wejścia na cztery zaklęcia i grzecznie udaje, że nas nie ma.


Piękne, czyste i sprawne ślizgońskie rozwiązanie uciążliwego problemu :D Chyba sobie zapamiętam tę zasadę, może się jeszcze kiedyś przyda...

Zakończenie przyjemne, ale lekko przewidywalne. Nie dlatego, że brak Ci wyobraźni, nie, nie. Dlatego, że z chwilą propozycji Harry'ego „zrób ze mną to, co się robi z choinkami” było wiadomo, że Draco doskonale zrozumiał aluzję i szyte grubymi nićmi zaproszenie, ale nie odmówi sobie przyjemności podrażnienia Pottera tak zwanym rżnięciem głupa. Dosłownie i w przenośni ;)

Dziewczyny — dzięki za fetę!
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Postprzez Miss Black » 6 sty 2011, o 20:47

Zoe, to było piękne. Mistrzowsko rozwiązałaś sprawę ze Snapem - "dwa punkty za zabicie Czarnego Pana"!. Męczy mnie jednak jedna kwestia, to był czy nie był autentyczny Tom? Voldemortist wysnuła teorię, że to był jego biedny brat, który również po tatusiu dostał imię. Biedny, tak zginąć od karpia!
Cudna scena z przemówieniem Harry'ego, było takie motywujące. Nie wiem czemu reszta go nie doceniła. Natomiast powiewający na wietrze Albus Dumbledore był szczytem absurdu. Szkoda, że spadł Severusowi na głowę, gdy ten wchodził do Hogwartu.
Napiszę Ci porządny komentarz jutro. Moja mała siostra (która płakała ze śmiech na łóżku, gdy czytałam jej i Mortist zakończenie fety) robi taki harmider, że nie jestem w stanie złożyć myśli w całość.
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Aevenien » 6 sty 2011, o 20:56

No pięknie pięknie Zoe! Bardzo mi się podobało, choć mam pewne zastrzeżenia do końcówki, ale o tym za chwilę.

Świetnie Ci wyszło zmienienie Voldiego na jakiegoś Merlinowi winnego czarodzieja, w ogóle się tego nie spodziewałam, wielki plus za pomysłowość! A ten fragment jak im się tłumaczył był cudny.

Potem padłam na tym fragmenciku, szczególnie "pijacka szwendaczka" mnie ujęła :)
Tuż po przedstawieniu nowego członka kadry nauczycielskiej, Albus Dumbledore wymknął się chyłkiem z Wielkiej Sali. Sam nie wiedział, dokąd idzie, ale ktoś o ogromnym doświadczeniu życiowym, jak chociażby Sybilla Trelawney, bez wahania rozpoznałaby objawy pijackiej szwendaczki.

Snape udał Ci się bardzo, był idealny, ukrywanie się i wyglądanie od czasu do czasu czy Hogwart jeszcze stoi... No i wielki powrót, po stwierdzeniu, że pewnie się wszyscy pozabijali, czyli Pottera też już nie ma XD
— Ość! — krzyknął. — Draco, on się dławi ością!
— No i co w związku z tym? — Draco nie wydawał się być zainteresowany.
— Jak to co? Trzeba coś zrobić!
— Może dobić?

:lol2:
A to najpiękniejszy moim zdaniem fragment:
— To Czarny Pan! — wtrącił się Draco, wiedząc, że gryfońsko uczciwy Harry prędzej przyzna się do współudziału w zabójstwie profesora Hogwartu, niż zacznie kalkulować i wywijać się jak piskorz. — Profesorze, Harry zabił Czarnego Pana!
— Doprawdy? — Snape obrzucił zwłoki mało zainteresowanym spojrzeniem. — Ach, faktycznie. W takim razie dwa punkty dla Gryffindoru…

:hahaha:
A teraz niestety, jakoś nie przypadła mi do gustu końcówka, jakoś tak, nie jest zła, ale jakby słabsza od całości? Sama nie wiem. Jakoś mi nie pasowało to do Harry'ego? No nic, to jeden malutki zarzucik, a całość ogólnie z cudnym humorem i świetnym Snape'em. No i komentarze Draco też piękne.

No i co, koniec fety moje drogie, dziękuję w tym miejscu wszystkim piszącym i komentującym i mam nadzieję, że bawiliście się tak samo dobrze jak ja!
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Akame » 7 sty 2011, o 03:29

Świetne zakończenie, baaaardzo mi się podobało i naprawdę po raz pierwszy wybuchałam głośnych śmiechem (nie to, żebym się wcześniej nie śmiałam ale... :D)
Imiona otrzymałem po dziadkach, nazwisko po tatusiu…

Teraz to dopiero będzie absurd, bo cała ta scena kojarzyła mi się z Sexmisją i przyłapaniem "pani" dyrektor :lol2: No sorry, ale prawie się popłakałam ze śmiechu, cały czas miałam to przed oczami, zwłaszcza jak tak skomlał. Genialne xD
Taka cisza jest rzeczywiście bardzo niepokojąca, pomyślał. A jeśli zdarzyło się nieszczęście i naprawdę się tam pozabijali?
Mściwy uśmieszek wypłynął na chudą twarz Mistrza Eliksirów..
Jeśli wszyscy, to również i Potter.

Mój Snapik *.*
— Pozwól, że coś ci wyjaśnię — powiedział ostro Ślizgon. — Zaprosiliśmy gościa do stołu jak należy? Zaprosiliśmy. Ugościliśmy jak należy? Ugościliśmy. Poczęstunek był? Był. No więc przestań się wygłupiać. Kulturalny czarodziej nie wyrywa gościowi jedzenia z pyska, nawet, gdy gość jest niepożądany. W takim wypadku zamyka się wszystkie wejścia na cztery zaklęcia i grzecznie udaje, że nas nie ma.

:seksi: cudo!
— Przestał charczeć! — wykrzyknął Draco.
Harry popatrzył na niego poważnym wzrokiem.
— Owszem, ale oddychać też przestał…

Druzgocąca scena śmierci :hahaha:
Jakiś czas później, gdy nad Hogwartem zapadła już noc, poirytowany Harry zerwał z siebie oplatający go bożonarodzeniowy łańcuch, ściągnął z uszu bombki i stanowczo sprzeciwiając się zamocowaniu mu szpica na czubku głowy, wyjaśnił Draco, o co chodziło z tą nieszczęsną choinką.

Ja chcę zobaczyć Pottera z szpicem na głowie :dance:
A Albus dynda i powiewa...

Omg, dawno tak się nie uśmiałam. Zakończenie wyszło Ci fantastyczne. Naprawdę, gratuluję! I wszystko w nim było, karpik, który Draco podał Voldemortowi, Snape, który był idealny, no i Potter, który wreszcie wziął sprawy w swoje ręce + spadający z wieży Albus. Wszyscy powinni być zadowoleni :D
Dzięki piękne :*

To była wspaniała feta, oby takich więcej :)
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Miris » 7 sty 2011, o 14:49

Przebosko :D

— Profesorze, Harry zabił Czarnego Pana!
— Doprawdy? — Snape obrzucił zwłoki mało zainteresowanym spojrzeniem. — Ach, faktycznie. W takim razie dwa punkty dla Gryffindoru…

*zginęła śmiercią przez uduszenie*

Zoe, jesteś miszczem! Aburd był jak się patrzy, chichotałam się prawie cały czas i na całe szczęście, że w sali komputerowej nie ma dużo ludzi, bo zaczęliby się na mnie dziwnie patrzeć :lol:

Zakończenie bardzo ładne :D
I trzeźwiejący Albus, iiiiiiiiik!

Kiedy następna drarrofeta? :)
Drarrytozuoaleitakjekocham.
Miris Offline


 
Posty: 323
Dołączył(a): 1 lis 2010, o 19:08
Lokalizacja: Dom

Poprzednia strona

Powrót do Konkursy

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 1 gość