Drarrofeta Świąteczna V

wydanie piąte

Prace konkursowe, głosowania, etc.

Postprzez Aevenien » 14 gru 2014, o 22:48

Ogłoszenie drobne!

Z przyczyn techniczno-logistyczno-organizacyjno-życiowych nowy odcinek ukaże się w godzinach około porannych dnia jutrzejszego, za opóźnienia serdecznie przepraszamy!
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez SzmaragDrac » 15 gru 2014, o 05:28

Serdecznie dziękuję Aev za betę oraz lilyan za ocenę ;)


Przyjęłam, że OPCM-u nauczał w tym roku Lupin ;)

ODCINEK III
Kozacka herbata


~*~


Wczesne promienie słońca wpadały przez okno do Wieży Gryffindoru, oblewając swym skromnym (bo zimowym) ciepłem twarze śpiących chłopców. Neville przewrócił się z lewego boku na prawy, mamrocząc coś o Teodorze w talii czekoladowych żab, Seamus zachrapał donośnie, Dean machał w powietrzu ręką i powtarzał przez sen wzory na jego dzisiejszy test z numerologii, Ron leżał pod kołdrą i tylko jego rude włosy wystawały spod okrycia, a Harry przewracał się z boku na bok i pochrapywał z cicha.

— Cholera jasna — jęknął Potter, wybudzając się gwałtownie. — Najpierw na nim leżę wśród śniegu, teraz się całujemy... Powinienem chyba wziąć Eliksir Bezsennego Snu.
— Co? — mruknął Ron z sąsiedniego łóżka. — Z kim się całowałeś? I po co ci eliksir? — Ziewnął potężnie.
— Ee... Z Cho — powiedział Harry szybko, czerwieniąc się. Że też Ron musiał słyszeć moje narzekania, że też gadałem na głos...
— Z Cho? Stary, ale to było na piątym roku. Nie mów, że ciągle to rozpamiętujesz. — Weasley spojrzał na niego ze śmiesznym wyrazem zdziwienia na zaspanej twarzy.
— Nie, po prostu... Nieważne — wymamrotał szybko Harry i ruszył do łazienki. To naprawdę nie jest ważne...

~*~


Wielka Sala wydawała się jeszcze większa bez dwunastu ogromnych drzewek bożonarodzeniowych, które co roku o tej porze już stały, rozproszone po całym pomieszczeniu, i rozsiewały ten charakterystyczny zapach świeżych choinek (Zaklęcie Utrzymania Zapachu, ale kto by się tym przejmował). W poprzednich latach błyszczące bombki odbijały twarze zachwyconych uczniów, zwieszające się z sufitu przepiękne girlandy zachwycały, migocząc wesoło, a delikatnie pozawijane na końcówkach pędy jemioły mamiły pary zakochanych, by skorzystały z ich dobrodziejstw i wymieniły się szybkim całusem między transmutacją a zaklęciami. Wydobywające się z kuchni zapachy pieczonego indyka w ziołach, idealnie gęstych sosów mieszanych długimi chochlami, kremów do ciast o smaku wanilii, w których od czasu do czasu zanurzał się kościsty palec Zgredka, który bezczelnie podjadał przyrządzane danie, tłumacząc, że martwi się o uczniów, żeby nie jedli czegoś, co jest niedobre, panie dyrektorze, sir — to wszystko przyciągało uczniów do Wielkiej Sali i sprawiało, że przez lata atmosfera oczekiwania na święta stawała się jeszcze bardziej napięta i jeszcze bardziej przyjemna. Teraz tego nie było. Teraz dziesiątki języków nie oblizywało się ze smakiem, czując rozchodzące się po pomieszczeniu aromaty dań, a jedna ruda głowa nie rozmyślała intensywnie nad tym, do czego dobierze się najpierw.

— Do mnie — powiedziała Pansy, machając Draconowi ręką przed twarzą. — Przysuń do mnie czekoladę! Halo, słyszysz mnie w ogóle? — kontynuowała.
Draco siedział przy stole z zamglonym wzrokiem, charakterystycznym dla kogoś, kto się zamyślił. Kiedy Pansy ponownie poprosiła go o to, by podał jej czekoladę, mruknął coś i popchnął maselniczkę w stronę Zabiniego. Ten spojrzał na niego zdziwiony, dostrzegł machającą Pansy i odsunął pojemnik na masło sprzed swojego nosa, po czym podał dziewczynie tabliczkę czekolady z bakaliami.
— Myślisz, że świąt naprawdę nie będzie? — zapytał nagle Crabbe, szturchając Dracona w ramię.
— Co? — mruknął Malfoy, wyrwany ze swojego „letargu”. — A, święta. Nie wiem. Ale coś mi nie pasuje w całej tej sprawie.
— A co dokładnie? — spytała Pansy, przełykając kawałek czekolady.
— Koza — odpowiedział szybko. — Aberforth jaki jest, każdy widzi, ale kozą to akurat on umie się zajmować. To jego pupilka. A patrzcie, co się tam dzieje. — Kiwnął głową w stronę stołu nauczycielskiego, przy którym nauczyciele jeszcze kilka sekund temu jedli śniadanie.

A rzeczona koza stała na środku stołu nauczycielskiego, tuż przy nosie tego, kto wielosokował się w Dumbledore'a, i pochylała się ku wielkiemu zielonemu pudłu z fantazyjnym SS wymalowanym na przedzie, przytarganym tu przez Snape'a, który bał się, by mu nikt w czasie śniadania go nie ukradł (już ktoś kiedyś próbował i od tamtej pory Severus paranoicznie wręcz starał się chronić swoje pudełko). Każdy w szkole wiedział, że w tym pojemniku Severus Snape trzyma swój największy skarb — dokładnie trzysta dziewięćdziesiąt cztery rodzaje herbat z całego świata, które gromadził i kolekcjonował od lat, wciąż jednak wyszukując i kupując nowe gatunki i opakowania. Znajdowały się tam oczywiście torebki zwyczajnych herbat, takich jak czarna czy zielona, ale także te nietypowe — oolong, yerba mate, rooibos, lapacho, honey bush, zielona z płatkami bławatka i miętą, czerwona z dodatkiem rozgrzewającej chili czy nawet żółta okraszona szczyptą szafranu (jego ulubiona). Zbliżenie się do pudła na odległość krótszą niż trzy i pół metra groziło odebraniem Gryffindorowi dwudziestu punktów (Snape nie kłopotał się sprawdzaniem, do którego domu należał uczeń, którego przyłapał) — każdy w szkole o tym wiedział. Zatem widok, jaki się teraz roztaczał przed oczami uczniów, wzbudzał prawdziwą grozę. Wielosokowany Dumbledore miał wypisany na twarzy czysty szok, McGonagall otworzyła szeroko usta i zerkała a to na tabelę punktów, a to na wejście do Wielkiej Sali, w którym w każdej chwili mógł pojawić się Snape, Lupin próbował przypomnieć sobie jakieś zaklęcie ofensywne działające na kozy, a rzeczona koza pochylała się nad pudłem i spokojnie przeżuwała pierwszą torebkę severusowej herbaty. Z pyszczka wystawał jej sznurek, na końcu którego w rytm ruchów szczęki dyndał sobie wesoło zielony papierek z napisem „Earl Grey – teraz w wersji Earl Black”.

— Oho — ucieszyła się Pansy. — W tym roku Puchar Domów w końcu będzie nasz.

~*~


— A więc to nie Aberforth — powiedział Blaise, siadając na kanapie w pokoju wspólnym obok Dracona. — To nie on wielosokował się w Dumbledore'a.
— Oczywiście, że nie — potwierdził Malfoy. — Każdy przeciętnie inteligentny od razu spostrzegł, że człowiek, który podaje się za dyrektora, wcale nim nie jest. Typowe zachowania, jakieś miny, gesty i te sprawy – tak naprawdę tego nie da się podrobić. Zatem co najmniej trzy czwarte z nich zaczęło się zastanawiać, kto w takim razie siedzi na jego miejscu. A koza miała być rekwizytem, który pomoże wszystkim dojść do jednego i tego samego wniosku: Dumbledore poprosił swojego brata o zastępstwo.
— Ale wcale tak nie było — powiedziała Pansy, dosiadając się do chłopaków. — Oszust ukrywał tę kozę pod stołem, jak mógł, bo ostentacyjne obnoszenie się z jej obecnością też wzbudziłoby wątpliwości co do autentyczności całego przedsięwzięcia. Gdyby Aberforth naprawdę chciał zastępować dyrektora, nie przyprowadziłby ze sobą tego zwierzęcia, a jeśli już, to starałby się je ukryć. Czyli dokładnie tak, jak robi ten, kto się wielosokował w Dumbledore'a.
— Dokładnie — powiedział Draco i zapatrzył się w ogień. — Ale nie wziął pod uwagę tego, że tylko Aberforth umie się nią zajmować. I koza narobiła dziś rabanu.
— Dobrze, że Snape jeszcze o tym nie wie... — powiedział cicho Blaise. — Może i odjąłby ze dwieście punktów Gryffindorowi, ale chodziłby po szkole tak wkurzony, że lepiej nie mówić.
Pansy pokiwała głową i sięgnęła po ciasteczka czekoladowe leżące na stoliku.
— Chyba trzeba jak najdłużej trzymać go w słodkiej nieświadomości. Dobrze, że pani Pomfrey w okresie zimowym potrzebuje więcej eliksiru pieprzowego, to przynajmniej siedzi w pracowni i nie wychyla z niej nosa.
— No nie wiem, czy tak dobrze. — Blaise popatrzył na nią krzywo. — Zawsze lubił sobie wypić filiżankę jakiejś specjalnej herbatki po pracy w Wielkiej Sali.
Wszyscy troje popatrzyli na siebie w milczeniu.
— Wszyscy zginiemy — powiedziała niemal beztrosko Pansy, podniosła się i wyszła, zabierając ze sobą całe pudełko ciastek.
— Koza miała być tylko przykrywką, ale się nie udało — podjął urwany wątek Draco. — Gość jednak musi być silny, skoro zdołał wykraść ulubione zwierzątko Aberfortha. Ale nikt się nie zorientował, że oszustem nie jest brat Dumbledore'a.
— Bo nikt nie zwraca uwagi na takie szczegóły, Draco — odpowiedział Blaise, zapadając się głębiej w kanapę. — A jeszcze dzisiejszego dnia głowy wszystkich ludzi zajmowały konsekwencje zbrodni kozy, a nie zaś samo przestępstwo.
— Taa, masz rację — wymamrotał Draco, wciąż wpatrując się w ogień. — Ale pozostaje pytanie: kto tak naprawdę jest Dumbledorem?

~*~


— Ronaldzie Weasley, jeżeli jeszcze raz będziesz zajmował się w Miodowym Królestwie nie tym, co trzeba, to wiedz, że... — mówiła Hermiona, wspinając się po schodach do wieży Gryffindoru i odwracając się co chwilę do idącego za nią chłopaka, by mu pogrozić palcem. Tymczasem Ron rozglądał się dookoła z rozpaczliwą miną, jakby miał nadzieję, że gdzieś między schodami jest jakieś ukryte wyjście, którym mógłby się ewakuować. Najlepiej natychmiast. Już wolał iść na transmutację, którą mieli za chwilę, niż wysłuchiwać wymówek dziewczyny.
— Hermiono, ale o co ci chodzi, przecież ja tylko szukałem pałeczek lukrecjo...
— JAKICH? — krzyknęła Granger, zatrzymując się gwałtownie.
— E... Marcepanowych? — Widząc groźne spojrzenie Granger, spróbował jeszcze raz: — Waniliowych? Nie? To może o smaku chałwy?
— Chałwa jest obrzydliwa — powiedziała zimno Hermiona i po chwili ruszyła dalej. — Mam nadzieję, że zapamiętasz sobie, iż nie ze mną te numery, Ronald.
— Co? A, tak, tak. To znaczy nie. Nie z tobą numery, oczywiście — rzekł pospiesznie i ruszył za nią, ciesząc się w duchu, ze wreszcie zamilkła.

~*~


— Witaj, Minerwo — powiedział aksamitnym głosem Snape, wchodząc do pokoju nauczycielskiego. — Cóż za piękny dzień, nie sądzisz? Siedemnasty grudnia. A wiesz, Minerwo, czego nie będzie za dokładnie tydzień?
— Twojej popołudniowej herbatki — mruknęła cicho McGonagall.
— Słucham? Nie dosłyszałem — dociekał Severus.
— Nie, nic — pospieszyła z odpowiedzią. — Nie wiem, czego nie będzie.
— Świąt — wycedził zimno Snape i powoli odsłonił swoje zęby w przerażającym uśmiechu. — Z tej radości aż mam ochotę napić się mojej ulubionej żółtej herbaty z szafranem.
— Merlinie, ratuj — jęknęła cicho kobieta i stanęła przed Severusem, który już-już miał zaglądać do swojej sekretnej szafki zamykanej na zaklęcie, w której trzymał herbaty. — Nie! — krzyknęła. — Czytałam ostatnio, że żółta herbata niszczy... yyy... — spojrzała na obnażone zęby Severusa — szkliwo! I sprawia, że zęby żółkną! Lepiej tego nie pij! — ostrzegła.
— Zęby? — powtórzył wolno Snape. — Żółta herbata niszczy... zęby?
— Oczywiście — powiedziała poważnie Minerwa, pewna wygranej.
— Cóż, to straszne — zgodził się Snape. — W takim razie napiję się białej. Od niej na pewno mi nie zżółkną. — I sięgnął przez ramię kobiety, odpychając ja na bok. Mruknął zaklęcie odbezpieczające i z namaszczeniem otworzył szafkę. Było tam. Wielkie zielone pudło z fantazyjnym SS z boku, które polecał wyjmować skrzatom tylko w czasie posiłków (musiał, niestety, zdradzić im zaklęcie), stało teraz dumnie w zakamarkach schowka Severusa. Zignorował protestującą cicho Minerwę i wyciągnął pudełko. Przymknął na chwilę oczy, zaciągnął się zapachem wydobywającym się z pojemnika i otworzył powoli pokrywę.
— A może jednak napiłbym się Earl Blacka? — zastanawiał się jedwabistym głosem.
Mierwa postanowiła zawczasu opuścić pokój nauczycielski.

~*~


— Siadaj — mruknęła wciąż nieco obrażona Hermiona do Rona. — McGonagall zapowiedziała, że na dzisiejszej lekcji dowiemy się czegoś, co na pewno będzie na teście, więc się skup i przestań myśleć o tych pałkach!
Draco Malfoy odwrócił się i spojrzał na dwójkę z uniesionymi brwiami i dwuznacznym uśmieszkiem.
— No, no, Weasley, kto by pomyślał, że wolisz pał...
— Cisza — powiedziała McGonagall, wchodząc do klasy. Spojrzała na grupę Ślizgonów i Gryfonów. — Dziś zajmiecie się powtórzeniem transmutacji zwierząt domowych w przedmioty codziennego użytku, ponieważ... — zająknęła się — nie jestem w stanie wprowadzić nowego tematu. Siadajcie i zaczynajcie.
— A mówiłaś, że dziś będziemy mieli jakiś arcyważny i arcytrudny temat — mruknął Ron.
— Bo tak miało być! — fuknęła Hermiona. — McGonagall wczoraj o tym mówiła. Widocznie coś musiało jej się stać — dokończyła cicho, patrząc na nauczycielkę spod przymrużonych powiek.
— Taaa, na pewno — potwierdził ironicznie Ron. — Przyjmij do wiadomości, że twoja ulubiona profesorka po prostu też czasami ma gorsze dni i najzwyczajniej w świecie nie jest w stanie...
— Stanie? Merlinie, Weasley, strach z tobą siedzieć w jednej klasie! — powiedział z udawanym przerażeniem Draco, znów odwracając się do szepczących Gryfonów.
— Zamknij się, Malfoy, bo cię przyduszę do ziemi i...
— Pansy, gwałcą! — wrzasnął szeptem Draco i zachichotał. — Biedna Granger. Jej chłopak jest gejem.
— Nie jestem! Sam nim jesteś! — krzyknął cicho Ron.
— Taaa? A skąd ty to niby wie...
— Panie Weasley, panie Malfoy. Proszę się uspokoić i robić to, co poleciłam — powiedziała nagle McGonagall. — To będzie na teście — powiedziała na koniec.
— A nie mówiłam? — mruknęła Hermiona z pełną wyższości miną. — Skup się. — Zaczęła machać różdżką i mamrotać kolejne inkantacje, przemieniając swoją kurę w zegarek, mydło, kubek i inne przedmioty.
Draco obrzucił ostatnim ironicznym spojrzeniem dwójkę Gryfonów i odwrócił się do swojego koguta.

~*~


— I co, Pansy? Nadal jesteś zainteresowana Weasleyem? — szepnął Draco, podążając z Parkinson i Zabinim do Wielkiej Sali na obiad.
— Chyba kpisz — odpowiedziała dziewczyna, unosząc podbródek. — Owszem, przyznaję, ma piekielnie fantastyczne włosy, a jego piegi doprowadzają do szału, ale... intelektem to on nie grzeszy — prychnęła.

W Wielkiej Sali panowała cisza. Oczy wszystkich siedzących uczniów wlepione były w stojącego przed stołem nauczycielskim Severusa Snape'a, który celował różdżką w kozę. Koza machała sobie ogonem i mlaskała od czasu do czasu jęzorem, co sprawiało, że wciąż lekko wystający z jej paszczy sznureczek z papierkiem „Earl Grey – teraz w wersji Earl Black” dyndał nieco, choć już nie tak wesoło. McGonagall patrzyła wszędzie, byleby nie na tabelę punktów, Lupin przestał już udawać, że zna jakieś zaklęcie na kozy, tylko nie może go sobie przypomnieć, a wielosokowanego Dumbledore'a nawet nie było w sali.

— Merlinie przenajświętszy — wymamrotała Pansy. — Nie mówcie mi, że Snape właśnie obserwuje kozę z jego herbatą w szczękach.
— Chciałbym, ale to niemożliwe. Przecież sama to widzisz — powiedział Draco.
— Wolałabym jednak tego nie doświadczyć — odpowiedziała i ruszyła na palcach w stronę najbliższego stołu. — Chodźcie, weźmy sobie coś do jedzenia i ukryjmy się gdzieś.
— Niby gdzie? — zapytał Blaise, obserwując Pansy napełniającą sobie kieszenie szaty czekoladą.
— Gdziekolwiek, byleby dalej od Snape'a.

Tymczasem Snape uniósł lewą brew, opuścił ją, uniósł prawą, też ją opuścił, zmrużył oczy, pochylił się lekko i rzucił celną Drętwotę w stronę kozy. Ta zesztywniała, zastygła i zwaliła się na ziemię z wyrazem szoku wymalowanym na paszczy. Zielony papierek wciąż lekko dyndał.

— Zaczęło się — jęknęła Pansy. — Nie zdążymy nawiać. Merlinie i Morgano, wszyscy zginiemy.
— Nikt nie zginie — powiedział Blaise. — A jeśli już, to najwyżej Potter. My możemy być spokojni.
— Potter? — zapytał Draco. — A czemu on?
— Właśnie, czemu ja? — zapytał Harry, pojawiając się tuż bok nich.
— A co ty tutaj robisz? — zapytała Pansy.
— Nie odpowiada się pytaniem na pytanie — powiedział szybko Potter. — Czemu miałbym zginąć?
— Będę odpowiadała, jak będę chciała, a ty możesz mi... — zaczęła Pansy, a Blaise szybko jej przerwał.
— Bo zawsze obrywasz, nawet jeśli to akurat, w drodze wyjątku, nie jest twoja wina — wyjaśnił. A teraz powiedz, co ty tutaj robisz.
— Przyszedłem na obiad. Ale to chyba ja powinienem was zapytać, co tu robicie. To stół Gryfonów.
Draco, Blaise i Pansy rozejrzeli się dookoła.
— Faktycznie — rzekła Parkinson. — W takim razie ja stąd idę. Jeszcze Weasley przyjdzie — mruknęła.
— Też spadam — powiedział Blaise i ruszył za nią.
— A ty co tak sterczysz? Nie idziesz z nimi? — zapytał Harry Dracona.
— Nie — powiedział Malfoy z nikłym uśmieszkiem. — Chciałbym zobaczyć, jak Snape odejmuje rekordową liczbę punktów Gyffindorowi. — I usiadł, pokazując głową Harry'emu, by uczynił to samo.

Ale Snape chyba zapomniał, jak zwykle mścił się na uczniach, kiedy coś zagrażało jego herbacie. Zamiast odjąć punkty Gryffindorowi stanął nad kozą, pochylił się i obnażył zęby. Odłożył różdżkę na bok, wyciągnął ręce i począł rozwierać zaciśnięte szczęki zwierzęcia. Po chwili trzymał w dłoniach podartą i przeżutą nieco torebkę herbaty „Earl Grey – teraz w wersji Earl Black” i rozglądał się po sali z miną zwycięzcy. Wstał, otrzepał szatę, podniósł różdżkę i powiedział jedwabistym głosem:
— Minus dwieście punktów dla Gryffinodru.

Draco parsknął.
— Bardzo śmieszne — mruknął pod nosem Harry. — Tak jakby to jakiś Gryfon namówił tę głupią kozę do pożarcia herbaty Snape'a.
— Och, Potter, Potter — szepnął Draco. — Jeszcze się nie nauczyłeś, że jeżeli Snape nie wie, czyja to wina, to na pewno jakiegoś Gryfona?
Harry spojrzał na niego spod przymrużonych powiek.
— I jeszcze on zawsze ma taki miękki głos, jak odejmuje nam punkty! — powiedział z wyrzutem. — Aksamitny albo jedwabisty... Nigdy nie mówi tego zimno czy ironicznie, tylko zawsze z takim pieprzonym zachwytem.
Draco zakrztusił się nieco kawą, którą właśnie pił.
— Nie mów, że nie wiesz dlaczego.
— Nie. A dlaczego? — zainteresował się Potter.
Aksamitny... — zaczął Draco. — Jedwabisty... Gryfoni naprawdę jeszcze się nie zorientowali?
Harry pokręcił głową.
— Snape dorabia na boku. Sprzedaje tkaniny na Nokturnie. — Pokiwał poważnie głową.
— Co?! — wrzasnął Harry. — Jaja sobie robisz?
— I minus dziesięć punktów za zakłócanie ciszy — powiedział aksamitnie miękko Snape, odwracając się w ich stronę.

~*~


— Usiądź — powiedział cicho Gellert.
Albus rozejrzał się dookoła, dostrzegając jedynie gołe ściany i wąską pryczę, na której siedział Grindelwald.
— Och — zreflektował się mężczyzna. — Jestem tu już tyle lat, a wciąż nie przyzwyczaiłem się do tego, że nie mam czego komu proponować. Wybacz. — Przesunął się nieco, stwarzając miejsce dla Dumbledore'a. Albus usiadł ostrożnie.
— A więc przybyłeś — powiedział po chwili Gellert. — To miło, że o mnie nie zapomniałeś. — Jego dłoń, spoczywająca na materacu, zatrzęsła się nieco.
— Prosiłeś w liście o spotkanie — powiedział cicho Albus. — Zatem jestem.
— Oooch — szepnął Grindelwald, próbując zapanować nad drżeniem głosu. — A więc to mój list, mój list... Nie ty sam... — mamrotał do siebie.
— Gellercie — powiedział Dumbledore. — Gellercie.
Zapadła cisza. Po jakimś czasie, kiedy za drzwiami przeszedł strażnik, podzwaniając kluczami i oddalając się w stronę innych celi, Grindelwald w końcu spojrzał na Albusa.
— Wciąż masz piękne oczy — szepnął cicho, a jego ręka drgnęła, jakby chciał ją poderwać i przyłożyć do policzka mężczyzny, ale jednak się zawahał.
Albus zmrużył powieki i odwrócił się nieco.
— Przysłałeś mi list... — powiedział słabo.
Gellert uśmiechnął się smutno.
— Tak. — Odsunął się w stronę ściany, pozostawiając więcej wolnej przestrzeni wokół Dumbledore'a. — Mam informacje, które mogłyby ci pomóc.
Albus spojrzał na niego.
— Czego dotyczą? — spytał formalnym tonem, jakby oddalając od siebie wszelkie emocje i uczucia.
Grindelwald znów się uśmiechnął.
— Wiem, jak można pokonać Czarnego Pana.

~*~


— Potter! Potter, stój! — krzyczał Draco, biegnąc za Harrym po korytarzu. — No zatrzymajże się, cholerny Gryfonie! To były tylko żarty!
— Ładne mi żarty! — krzyknął Harry, nie odwracając się i wciąż pędząc. — Przez ciebie straciłem kolejne punkty, a w dodatku zrobiłem z siebie głupka! Co mnie podkusiło, żeby ci uwierzyć, że Snape sprzedaje jakieś szmaty na straganie?!
— Przestań się obrażać! — Draco w końcu dopadł Pottera i złapał go za ramię.
— Puść mnie! — krzyknął Harry, próbując się wyrwać. — Nie dość mam kłopotów z tym oszustem, to jeszcze ty musisz utrudniać mi życie.
— Z oszustem? — zdziwił się Draco. — Z jakim oszustem?
— Ee... Nieważne — powiedział szybko Harry i chciał się wywinąć i uciec, ale Draco złapał go mocniej za ramiona i potrząsnął nim .
— Gadaj, co wiesz. Chodzi o Dumbledore'a, tak? — zaryzykował.
— Sęk w tym, że to nie Dumbledore — powiedział wyzywająco Harry.
— Tyle to i ja wiem. Pytanie tylko, co wiesz ty.
— Więcej, niż ci się zdaje. — Potter uniósł podbródek. — To nie jest żaden Dumbledore — powiedział znacząco.
Żaden? — powtórzył Draco, otwierając szerzej oczy. — A więc ty się też zorientowałeś.
Też?! To znaczy, że i ty wiesz, że ta koza to tylko dla picu, żeby wszyscy myśleli, że...
— ...że to Aberforth. Tak.
— Merlinie — szepnął Potter. — Jesteś jedyną osobą, jaką znam, która też się skapnęła.
— A Granger nie? — sarknął Draco.
— Nie. Ona ma jakieś... eee... kłopoty w swoim związku z Ronem i... Jakoś tak nie bardzo się interesuje wszystkim dookoła... Chyba nawet nie zorientowała się, że to nie jest prawdziwy Albus Dumbledore.
— Pff — prychnął Draco, ale nie skomentował. — Czyli mówisz, że...

Nagle zza zakrętu wyłoniła się Hermiona, tłumacząca zawzięcie Ronowi, że jutrzejszy test z transmutacji jest ważny i może zaważyć na ich przyszłości. Draco zerknął szybko na dwoje Gryfonów, złapał Pottera za kołnierz szaty, zbliżył swoją twarz do jego ucha i szepnął cicho:
— Pojutrze jest wyjście do Hogsmeade. Spotkaj się ze mną w Miodowym Królestwie o piętnastej, to pogadamy, dobra? — wyszeptał, owiewając szyję Pottera oddechem.
Harry zaczerwienił się nieco, odchrząknął i powiedział:
— Jas... jasne. Tak, dobra, przyjdę. — Przełknął ślinę.
Malfoy puścił go, zerknął na Granger i Weasleya i widząc, że jeszcze ich nie dostrzegli, puścił oczko Harry'emu i oddalił się wesołym krokiem.
Harry stał osłupiały.

~*~


Wczesne promienie słońca znów wpadały przez okno do Wieży Gryffindoru, oblewając swym skromnym (bo zimowym) ciepłem twarze śpiących chłopców. Neville przewrócił się tym razem z prawego na lewy bok, mamrocząc coś swojej babci kolekcjonującej fasolki wszystkich smaków Bertiego Botta, Seamus znów chrapał donośnie, Dean tym razem machał w powietrzu nogą i powtarzał przez sen zaklęcia na test z transmutacji, chociaż odbył się on wczoraj, a dziś była sobota i nie mieli żadnego sprawdzianu. Ron znowu leżał pod kołdrą i tylko jego rude włosy wystawały spod okrycia, a Harry przewracał się z boku na bok i rozmyślał o tym, że dziś spotyka się z Malfoyem w Miodowym Królestwie.

— Przecież to tylko spotkanie, które ma na celu omówienie sprawy oszusta. To nie jest żadna cholerna randka! — mamrotał do siebie, ale tym razem pamiętał, by robić to cicho, żeby Ron go nie usłyszał. Rudzielec spał jednak dalej. — Malfoy by mnie wyśmiał, gdyby wiedział, co mi chodzi po głowie. — Klepnął się cicho w czoło i zakopał się głębiej w pościeli.

Był jednak w błędzie, ponieważ kilkaset metrów dalej, w swoim łóżku w lochach, Draco Malfoy także przewracał się z boku na bok i rozmyślał o nadchodzącym spotkaniu. Wpadające przez małe okno zielonkawe promienie słońca, które jakimś cudem przebiły się przez mętne wody jeziora i dotarły do lochów, oświetlały lekko kupkę ubrań leżącą przy posłaniu Crabbe'a. Goyle chrapał głośno, a Blaise spał na wznak z rękami złożonymi na piersi, nieruchomy niczym egipska mumia i tak samo jak ona cichy.

— Przecież on chce się tylko dowiedzieć, co wiem o tym oszuście Dumbledorze... — mruczał do siebie Draco. — To nie jest żadna cholerna randka! — prychnął. — Potter wyśmiałby mnie, gdyby wiedział, o czym teraz myślę. — Pacnął się w czoło i nakrył się kołdrą.

~*~


— Proszę wstać, Snape idzie! — krzyknął jakiś pierwszoroczniak, którego rodzice byli mugolskimi adwokatami, wpadając do Wielkiej Sali na śniadanie. Faktycznie, po chwili za nim wszedł do pomieszczenia Severus Snape w swoich czarnych powiewających szatach, zbliżył się szybkim krokiem do stołu nauczycielskiego i przemówił jedwabistym głosem, który przypomniał Harry'emu wczorajszą kłótnię z Draconem (Imbecylu, to nie randka, on sobie z ciebie jaja robi, jak tylko ma okazję, uspokój się!, powtarzał sobie w myślach):
— Odwołuję odwołanie świąt. Święta jak najbardziej się odbędą. — Podkreślił ostatnie słowa.

Wielka Sala zamarła. Być może zaczęliby wiwatować na cześć decyzji, że Boże Narodzenie jednak w tym roku się odbędzie, gdyby nie ogłosił tego Snape. Gryfoni bali się choćby pisnąć, by nie utracić kolejnych punktów, a reszta była zbyt zszokowana tym, że to nikt inny, a właśnie Severus Snape odwołał odwołanie świąt, by otwarcie się cieszyć.

— Ależ, Severusie! — krzyknął wielosokowany Dumbledore. — Ja odwołałem święta, nie możesz sobie tak po prostu odwołać decyzji dyrektora!
— A ty, Albusie, nie możesz tak po prostu odwołać świąt! — krzyknął. — Spójrz na te biedne dzieci, które co roku czekają na Boże narodzenie! Wieszają skarpetki nad kominkiem! Ubierają choinki w pokojach wspólnych! — wyrecytował. — Nie możesz im tego odebrać!
— Mogę, bo jestem dyrektorem Hogwartu i to ja będę decydował, czy w Hogwarcie uczniowie powieszą skarpetki nad kominkami i czy ubiorą choinki!
— Boże Narodzenie świętuje się na całym świecie już od prawie dwóch tysięcy lat! Nie masz prawa tego zakazać!
— Mam! — krzyknął wielosokowany Dumbledore. — Mam prawo! Jestem dyrektorem! — powtórzył.
— A ja i tak postawię na swoim — powiedział zimno Snape i wyszedł z sali.

— Proszę siadać, Snape poszedł — pisnął pierwszoroczniak.

~*~


— Hagridzie, Hagridzie!
— Tak, panie psorze?
— Dlaczego jeszcze nie ma choinek w Wielkiej Sali i pokojach wspólnych? Proszę się tym natychmiast zająć!
— Ale psor Dumbledore...
— Natychmiast.
— Tak jest, panie psorze.

— Skrzaty! Gdzie jesteście?
— Profesor Snape, sir! W kuchni, sir! Czym możemy służyć?
— Natychmiast macie zacząć piec te wszystkie indyki i te ciasta, które robicie co roku na święta.
— Ale profesor Dumbledore...
— Natychmiast.
— Tak jest, profesorze Snape, sir!

— Prefekci naczelni, poprosiłem was na to spotkanie, żeby przekazać wam ważne informacje. Profesor Hagrid jeszcze dziś dostarczy wam choinki do pokoi wspólnych, więc proszę się zgłosić do pana Filcha po ozdoby i zacząć stroić drzewka. Skarpety są do odebrania w kuchni, proszę wyznaczyć po trzy osoby z każdego domu, by je wzięły i rozdały uczniom. W tym tygodniu zostanie także zorganizowane kilka dodatkowych wyjść do Hogsmeade po zajęciach, byście mogli kupić prezenty swoim przyjaciołom. Czy to jasne?
— Ale profesor Dumbledore...
— Natychmiast.
— Tak jest, panie profesorze.

— No — mruknął Snape do siebie, kiedy wszystko już pozałatwiał. — A teraz ta najlepsza część. Już ja im urządzę takie święta, że popamiętają! — Zachichotał demonicznie, zacierając ręce, i ruszył w stronę kominka.

~*~


Hogsmeade aż tonęło w ozdobach świątecznych. Z każdej ulicznej lampy zwieszały się pęki jemioły, witryny sklepowe zachęcały, by wstąpić do pomieszczenia i kupić kulkę z miniaturowym Hogwartem w środku, na który pada śnieg, miniaturowe gwiazdki, które latają przy suficie, jeśli śpiewa się kolędy, złote świeczki zapachowe, figurki bałwanków i wiele, wiele innych przedmiotów świątecznych. Kolędnicy chodzili po ulicach i śpiewali najnowszy przebój Fatalnych Jędz — „Podaruj mi gwiazdkę w te święta”. Padający śnieg tylko potęgował tę wspaniałą atmosferę, której — mimo starań Snape'a, by przywrócić święta — jeszcze w Hogwarcie nie dało się wyczuć.

Harry szedł w stronę Miodowego Królestwa z rękami w kieszeniach i mamrotał pod nosem:
— To nie randka, to nie randka, to nie jest żadna głupia randka...
Kilkoro uczniów odwróciło się za nim, widząc, że mruczy sam do siebie, jednak na szczęście nie zrozumieli jego słów.

Kiedy Harry wszedł do sklepu, od razu zdjął kurtkę, bo w Miodowym Królestwie było bardzo gorąco. Rozejrzał się dookoła i zdusił w sobie rosnące poczucie rozczarowania, kiedy nie dostrzegł Malfoya. Głupi!, skarcił się w duchu. Zaraz przecież przyjdzie. Podszedł do półki z ciasteczkami w kształcie gwiazdeczek i cukierkami w świątecznych smakach i zaczął zastanawiać się, które opakowanie kupić Ronowi w prezencie: cynamonowych czy waniliowych. W końcu zadecydował, że weźmie oba (Ron na pewno będzie zadowolony), i kiedy już sięgał ręką na półkę, by chwycić cukierki, coś szybko sięgnęło od tyłu, zdjęło mu okulary i poczuł na twarzy ręce odziane w czarne rękawice ze smoczej skóry, które zakryły mu oczy.
— Zgadnij kto to — mruknął cicho Draco, chuchając mu do ucha zimnym powietrzem i opierając brodę o jego ramię.
Harry zadrżał lekko, starając sobie wmówić, że to przez zimne powietrze, jakim został owiany.
— Malfoy — powiedział cicho.
— Skąd wiedziałeś? — zapytał Draco z wyrzutem, odsłaniając mu oczy i odkręcając jego głowę w swoją stronę, tak że ich twarze były teraz bardzo blisko siebie, co w zasadzie było całkiem rozsądne, bo Harry nie miał okularów, a był krótkowidzem, więc z bliskich odległości lepiej widział. A przynajmniej tak sobie to tłumaczył.
— Nikt nie ma tylu par rękawic ze smoczej skóry, że może sobie je nosić nawet w zimę, nie martwiąc się tym, że zniszczy je i nie będzie miał na zajęcia w szkole.
— Och, a więc poznałeś mnie po rękawicach. Jakież to... — zawahał się, a Harry, z niewiadomych przyczyn, sądził, że powie „romantyczne”, co oczywiście było absurdalne, bo niby co jest takiego romantycznego w rękawiczkach? — ślizgońskie — dokończył Draco. — Nie wiedziałem, że Gryfoni też zwracają uwagę na takie rzeczy. — Puścił go i obrócił przodem do siebie, wkładając mu na nos okulary, na co Harry zaczerwienił się lekko.
— Jak byłem mały, mój kuzyn dostał na święta od jakiegoś wujka kilka kryminałów Agathy Christie i serię o Sherlocku Holmesie Doyle'a, ale łaskawie mi je oddał, bo nie lubi czytać. To z nich się dowiedziałem, że najważniejsze są szczegóły.
— Nie wiedziałem, że lubisz dobre książki, Potter. W Hogwarcie nigdy cię nie widziałem z żadnym tomiszczem — powiedział Draco, autentycznie zdumiony.
— W naszej bibliotece nie ma mugolskich kryminałów. — Harry wzruszył ramionami. — Zastanawia mnie jednak, skąd ty znasz takich autorów jak Christie czy Doyle.
— Mugole nie są tak całkiem bezużyteczni — odpowiedział z cieniem uśmiechu. — Czasami zdarzy im się wynaleźć albo napisać, jak w tym przypadku, coś dobrego. Ale — wzdrygnął się — nie wszyscy tacy są. Ten twój kuzyn musi odznaczać się bezbrzeżnym brakiem gustu, skoro nie chciał czytać o Sherlocku.
— Taaa, Dudley jest naprawdę straszny — potwierdził Harry. — Nikomu nie życzę takiego kuzyna.
— Nawet największemu wrogowi? — zapytał Draco, lekko mrużąc oczy. — Nawet mnie?
— My... — zaczął Harry. — Ee... My nie jesteśmy największymi wrogami... chyba? — jąkał się.
— W takim razie kim dla siebie jesteśmy? — spytał Malfoy.
— E... Wydaje mi się, że kolegami. Teraz. Bo wcześniej nie. Wcześniej się dużo kłóciliśmy, ale teraz mamy wspólny cel: rozwiązać zagadkę oszusta, więc tak jakby jesteśmy w jednym zespole detektywistycznym... Eee, no wiesz, ja jestem jak Watson, a ty jak Sherlock. Albo odwrotnie — plątał się.
— Och — mruknął miękko Ślizgon i spojrzał na niego poważnie, ale nim zdążył coś jeszcze dodać, zza półki dobiegło ich donośny, oburzony krzyk:
— Jak to nie ma już pałeczek marcepanowych?! Ja ich żądam!
Harry zbladł.
— Nie, to niemożliwe... Chyba mam jakieś halucynacje albo omamy...
— Co jest? — spytał zaniepokojony Draco. — Znasz tego gościa?
— Wolałabym nie, ale niestety znam — potwierdził. Zza półki dobiegło ich kolejne wołanie:
— Nie chcę waniliowych! Ja chcę marcepanowe!
— No to kto to jest? — Draco wychylił się za regał i zerknął na wydzierającego się chłopaka. — Nigdy wcześniej go nie widziałem. Cóż, to może i nawet dobrze, bo nie wiem, czy moje młode i wrażliwe wówczas oczy by to wytrzymały — powiedział z obrzydzeniem.
— Nie dziwota, że go nie widziałeś — rzekł Harry, patrząc w tym samym kierunku co Draco. — To mój kuzyn. Ale za cholerę nie wiem, jakim cudem znalazł się w magicznej wiosce.
— To jest twój kuzyn?! O Merlinie! To ten, który nie chciał czytać Christie i Doyle'a?
— Tak, to ten.
— Ten, z którym mieszkasz pod jednym dachem w wakacje?
— Tak.
— Merlinie — powiedział Draco z przerażeniem. — Ne chciałbym być na twoim miejscu.
Harry westchnął i spojrzał na Malfoya.
— I co robimy? — zapytał.
— Nie wiem. — Draco także skierował swój wzrok na niego. — Ale chyba trzeba się dowiedzieć, co taki mugol bez gustu robi w Hogsmeade, no nie?
— Taaa — mruknął Harry.
— Chodź. — Draco złapał go za rękę i pociągnął za sobą. — Idziemy się tego dowiedzieć.
Harry nie zaprotestował, bo był zajęty odczuwaniem ciepła dłoni Dracona, więc zanim się zorientował, stał przed Dudleyem i patrzył na niego. Malfoy wciąż trzymał jego dłoń w swojej.
— Harry! — krzyknął jego kuzyn. — Powiedz tej kobiecie, że ja chcę pałeczki marcepanowe, a nie waniliowe!
— Ee... — zająknął się Harry. — Marcepanowe się skończyły. Musisz kupić waniliowe.
— Ale ja nie chcę!
— Są jeszcze lukrecjowe, kochanieńki — wtrąciła sprzedawczyni ze sztucznym uśmiechem na pomalowanych nierówno czerwoną szminką ustach.
— Lukrecjowe?! — wrzasnął Dudley. — I dopiero TERAZ mi to pani mówi? Poproszę trzydzieści! Harry zapłaci. — Kiwnął głową w stronę Pottera. — Ja nie mam tych waszych śmiesznych pieniędzy. Profesor Snape w tym całym zamieszaniu zapomniał mi ich dać.
— SNAPE? — zawołali jednocześnie Draco i Harry.
— Jak to Snape? — dodał Potter.
— Normalnie. Przyjechał do nas do domu, oczywiście tacie się to nie spodobało, bo wyskoczył z kominka, ale wyjaśnił nam krótko i zwięźle, że w Hogwarcie jest Tydzień Rodzinnych Świąt, a ty nie masz ich z kim spędzać — obrzucił Harry'ego pogardliwym spojrzeniem — więc muszę tu przyjechać. No i jestem. W zamian za to będę mógł jeść, co tylko zechcę. — Oblizał się. — Tata miał opory, bo to jedzenie magiczne, ale kiedy Snape wyjął kawałek pieczonego indyka i nim go poczęstował, pozwolił mi jechać. Cóż, w gruncie rzeczy kazał mi nawet spakować trochę żarcia do jakiegoś worka i przywieźć do domu. Musiało mu zasmakować. — Podrapał się po brodzie w geście zastanowienia. — Ten wasz Snape to całkiem miły gościu, wiesz? — dodał na koniec i odwrócił się, by odebrać od sprzedawczyni trzy torebki lukrecjowych pałeczek.
— Hermionie się to nie spodoba — powiedział tylko Harry, patrząc na zakupy Dudleya.

~*~




___
EDIT: Dzięki wielkie, Kuro, za wytknięcie błędów! Już poprawiłam. Poprawki od Aev robiłam o nieludzkiej godzinie 5:00 (sic! Ale to wszystko moja wina), więc moje zamykające się oczy tego nie wyłapały. Przepraszam!
A tak w ogóle to bardzo się cieszę, że się Wam podobało, bo się bałam, że będziecie siedziały przed ekranami z minami w stylu "E? Żałosne". Dzięki! :lol2:
Ostatnio edytowano 15 gru 2014, o 21:39 przez SzmaragDrac, łącznie edytowano 3 razy
Zaglądam tu rzadko, częściej można mnie złapać na Forum Mirriel pod tym samym nickiem.
Moje ao3.
SzmaragDrac Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 723
Dołączył(a): 26 mar 2014, o 16:10

Postprzez Elisheva » 15 gru 2014, o 14:42

Będzie krótko, acz zwięźle:

Bardzo mi się podobało, Drac!
Ładnie i bardzo zgrabnie piszesz, wszystko było na swoim miejscu, odcinek dłuższy - można było się dłużej delektować twoim stylem, który nie pozostawia właściwie nic do życzenia. Humor w twojej narracji udany! Parę razy zaśmiałam się w głos :)
Świetnie wybrnęłaś z wygranej opcji, pojemnik z herbatą Snape'a to strzał w dziesiątkę. (Hm, tylko to SS mnie przez chwilę zastanawiało... Potem wpadłam na to, że to przecież skrót od "Severus Snape" i nie ma to żadnego powiązania z niemiecką formacją nazistowską XD)
Smaczki:
To, jak powtarzałaś „Earl Grey – teraz w wersji Earl Black” za każdym razem, jak ze szczęk przeżuwającej kozy dyndał wesoło zielony papierek od herbaty :D
Ponowne wykorzystanie motywu:
Wczesne promienie słońca wpadały przez okno do Wieży Gryffindoru, oblewając swym skromnym (bo zimowym) ciepłem twarze śpiących chłopców...

i cały fragment łóżkowych przemyśleń najpierw Harry'ego, a następnie Draco.
A także pomysł Dudleya przybywającego do Hogwartu z inicjatywy Snape'a :D Piękne. Ciekawa jestem, jak kolejna osoba rozwinie wątek, dlatego też czekam z niecierpliwością!
Było jeszcze wiele innych. Podsumowując - świetny odcinek.
Niedopatrzenia:
Imbecylu, nie to randka, on sobie z ciebie jaja robi

to nie randka?
[/i] Jedwabisty...[/i]

formatowanie
Były chyba jeszcze ze dwa maleńkie niedopatrzonka, ale nie znajdę ich teraz.

Pozdrawiam! ;)
Obrazek
Elisheva Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 497
Dołączył(a): 10 lut 2012, o 11:34

Postprzez diesirae » 15 gru 2014, o 15:24

— Proszę wstać, Snape idzie! — krzyknął jakiś pierwszoroczniak, którego rodzice byli mugolskimi adwokatami


— Odwołuję odwołanie świąt.

:lol2:

Udało się! Jest zabawne! Dudley :serce: Snape :serce: JOHNLOCK :SERCE:
Jedyne co mi nie pod pasowało to fragment Grindeldore'owy, bo wiązałam z nim wielkie nadzieje i odbiegał bardzo od reszty.
Ale reszta, jest super!
"I'm, er, Harry Potter. And my intellect hasn't really progressed from the age of twelve. I really like, um, Quidditch, and also, evil is bad. Hermione's really more into the brainy stuff. Thank you for your time."
Obrazek

"- It's complicated
- I love complicated"

diesirae Offline

Avatar użytkownika
Mistrzyni Zlotów
 
Posty: 996
Dołączył(a): 12 paź 2012, o 19:11
Lokalizacja: Poznań

Postprzez MargotX » 15 gru 2014, o 18:48

Mnie się też podobało :) Smaczki przytoczyła już diesirae, więc dublować nie będę, dodam tylko, że jak na osobę, która twierdziła, że nie umie pisać na wesoło, wyszło Ci to naprawdę zgrabnie, przyjemnie w odbiorze i interesująco.

Na szczęście dla mnie, udało mi się tylko cichutko pośmiać w kilku momentach. Piszę "na szczęście", bo znów czytałam w miejscu niezbyt odpowiednim do tego rodzaju lektury, tym razem bezczelnie w pracy, bo nie mogłam się doczekać, żeby połknąć kolejny odcinek. Pomysł z kozą pożerającą herbatę Snape'a - bezbłędny, podobnie jak fakt odejmowania za wszystko jak leci punktów Gryffindorowi. Wredne to, ale całkowicie Snape'owe. Spodziewałam się może kogoś bardziej niesamowitego niż Dudley jako ta tajemnicza postać, ale już Dudley sprowadzony do Hogwartu przez Severusa, to niezły szok.

Drac, masz ładny, prosty, lekki styl, czyta się naprawdę z przyjemnością.
Podsumowując-kolejny super odcinek fety i bardzo ciekawa jestem, jak kolejna osoba rozwinie poszczególne wątki, bo nie lada wyzwanie przed nią.
Dziękuję i pozdrawiam :)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez narumon » 16 gru 2014, o 22:13

Poczułam silną presję napisania komentarza, więc się skupiam i próbuję.
Zdobyłaś mnie tym Sevem i odejmowaniem punktów nieważne komu, byle Gryfonom! ;D I Lupinem, który udaje, że zna zaklęcie na kozy, cudo!
W ogóle niepotrzebnie się martwiłaś, że nie umiesz pisać komedii, bo wyszło bardzo zabawnie. Cała akcja z kozą przypominała mi w ogóle "jak poznałem waszą matkę", jak Ted się z jedną bił, więc wyobraźnia mi szalała na pełnych obrotach ;D Do tego jeszcze raz w życiu Harry mądrzejszy od Hermiony - warte zapamiętania, bo to się pewnie więcej nie powtórzy ;D
I w ogóle ładnie to napisałaś, malowniczo tak. Widać, że bardzo skupiłaś się na opisach świąt, klimacie Hogwartu, opisie ozdób i innych drobiazgów, i za to wielki plus :)
Drac, wybacz, że tak nieskładnie, ale dałam z siebie wszystko u.u
narumon Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 185
Dołączył(a): 25 gru 2012, o 16:43

Postprzez Ka » 18 gru 2014, o 23:48

Z podziękowaniem dla Miss Black za dzikie dyskusje i, jak zawsze, dla Aevenien, za betę i za wsparcie nawet wtedy, kiedy się nie zgadzamy. :serce: Jeżeli coś brzmi dziwnie, to zapewne dlatego, że byłam zbyt uparta, żeby to zmienić. 8-)


ODCINEK IV


Świat oficjalnie przekroczył wszelkie granice realizmu i obecnie hasał radośnie na polach niedorzeczności. Harry miał nieodparte wrażenie, że znowu śni i, prawdę mówiąc, wcale nie był pewien, czy tak nie jest - w ostatnich dniach stało się tyle dziwnych rzeczy, że Harry nie dałby sobie głowy uciąć, czy którakolwiek z nich wydarzyła się naprawdę. Z nadzieją uszczypnął się w ramię, ale nic się nie zmieniło: Dudley Dursley nadal stał na środku Miodowego Królestwa, żując lukrecjową pałeczkę.
— Ja... po prostu... to... A niech to diabli. — Harry zadecydował, że czas na myślenie przyjdzie później, a póki co, trzeba minimalizować szkody. Z niejakim żalem wyswobodził dłoń z uścisku Draco i sięgnął po sakiewkę, po czym zwrócił się do sprzedawczyni. — Proszę dać mu wszystko, co zechce. Reszta dla pani.
Sprzedawczyni zawahała się przez chwilę (Harry nie mógł jej się dziwić; pewnie też nie skakałby z radości, mając w perspektywie dłuższy pobyt w obecności Dudleya), ale sakiewka w jej dłoni była przyjemnie ciężka, więc po chwili pokiwała głową.
— Dziękuję — powiedział Harry, odwrócił się i wyszedł ze sklepu, pociągając za sobą Draco.
— No! Przynajmniej to mamy z głowy. Dudley zostanie tam, aż padnie z przejedzenia. A przy odrobinie szczęścia może pochoruje się i postanowi wrócić do domu.
Draco patrzył na niego w lekkim osłupieniu.
— To... zaskakująco ślizgońskie. I niezbyt miłe.
Harry parsknął; od pół godziny poziom jego cierpliwości drastycznie spadał i Harry był coraz dalszy od przejmowania się czymkolwiek.
— Kupiłem mu słodycze. To chyba najmilsza rzecz, jaką kiedykolwiek dla siebie zrobiliśmy. Chodź.
— Czekaj, gdzie idziemy?
— Do zamku. Muszę dowiedzieć się, co Snape sobie wyobraża.

***


Harry na pewno nie wyobrażał sobie, że zastanie Severusa Snape'a w sali wejściowej, kłócącego się z gromadą duchów. Wyglądało na to, że Prawie-Bezgłowy Nick był w trakcie żarliwego monologu, a inne duchy przytakiwały mu i falowały z oburzeniem.
Oczywiście, że mieliśmy zamiar śpiewać kolędy, to odwieczna tradycja w Hogwarcie! Hogwarckie duchy znają swoje obowiązki i nikt nie musi nam o tym...
— Wspaniale! — warknął Snape. — A więc śpiewajcie!
— Chcę jednakowoż zaznaczyć — nadąsał się Nick, — że jeżeli będziemy śpiewać, to jest to wyłącznie nasza decyzja, która nie ma nic wspólnego...
Harry nie miał czasu tego słuchać.
— Snape!
Snape odwrócił się i wbił oczy w Harry'ego (jego szata zawirowała. Duchy falowały z urazą. Nick kontynuował swoją tyradę bez zająknienia).
— Potter. Dziesięć punktów od Gryffindoru za lekceważące zwracanie się do nauczyciela.
Profesorze — wysyczał Harry — czy istnieje jakiś logiczny powód, dla którego ściągnął pan tu mojego kuzyna? Który jest mugolem? I którego sama obecność tutaj łamie Międzynarodowy Kodeks Tajności?
— I następnych dziesięć punktów za pouczanie nauczyciela.
Harry już otwierał usta, kiedy Snape dodał:
— Odejmę kolejnych dziesięć za każde następne słowo. A teraz zejdź mi z oczu, mam święta do zorganizowania.
Przez chwilę Harry patrzył na niego z niedowierzaniem. W końcu potrząsnął głową, odwrócił się na pięcie i wyszedł. Chętnie trzasnąłby drzwiami, ale bramy zamku kiepsko się do tego celu nadawały. Ograniczył się więc do kopnięcia w ścianę na zewnątrz, po czym, nie zważając na zimno (i nagły ból dużego palca u nogi), usiadł na jednym ze stopni prowadzących do drzwi wejściowych, oparł łokcie na kolanach i ukrył głowę w dłoniach.

Drgnął z zaskoczeniem, kiedy poczuł, że ktoś siada obok niego; to Draco przycisnął się do niego ramię w ramię. Przez moment Harry zapomniał o jego obecności, ale teraz ucieszył się, że nie jest sam. Może powinien być bardziej zdziwiony, że obecność Draco przynosiła mu otuchę, ale po wszystkich snach, jakich ostatnio doświadczył, był do tego prawie przyzwyczajony.
— Jeszcze tego brakuje, żeby mnie pocałował — westchnął.
— Słucham?
Harry poderwał głowę i spojrzał na Draco z przerażeniem.
— Powiedziałem to na głos?! To... nic! Miałem, uch, miałem głupi sen. O... o kimś innym! Na pewno nie o tobie!
Merlinie, co on wygadywał?
Draco patrzył na niego z rozbawieniem.
— Śniło ci się, że mnie całowałeś?
Gdzie jest Voldemort, kiedy go potrzebuję?
— No cóż — powiedział Draco — Miło wiedzieć, że zajście w schowku wywarło na tobie jakieś wrażenie.
Chwileczkę, CO?!
— CO?
Draco uniósł brew.
— Schowek na miotły? Myślałem, że mamy milczącą umowę, żeby o tym nie wspominać, ale...
— Przecież to był sen!
Teraz już obie brwi Draco zniknęły pod jego grzywką.
— Zapewniam cię, że to naprawdę, naprawdę nie był.
Świat stracił wszelki sens już z godzinę temu, więc teraz, kiedy Draco chwycił oniemiałego Harry'ego za szalik i przyciągnął go do pocałunku, absurd zatoczył chyba pełne koło, i wszystko jakby wskoczyło z powrotem na swoje miejsce. Albo może to usta Draco znalazły swoje miejsce na ustach Harry'ego, więc cała reszta nagle przestała mieć znaczenie.

***


Hermiona założyła płaszcz i jeszcze raz rzuciła okiem do lustra. Wyglądała właściwie jak zwykle, żadnego makijażu, żadnej Ulizanny, po prostu Hermiona Granger patrząca na nią uważnie ze szklanej tafli. Nie bądź niemąrda, pomyślała i posłała sama sobie dzielny uśmiech, po czym chwyciła torbę i wyszła z dormitorium. Była już na dole klatki schodowej, kiedy usłyszała "O nie!" dobiegające z pokoju wspólnego. Szybko otworzyła drzwi i zobaczyła Rona, który w dwóch palcach, jak najdalej od siebie, trzymał czerwoną kopertę, dymiącą się w rogach. Musiał usłyszeć, że weszła, bo obrócił się i otworzył usta, ale zanim zdążył wykrztusić chociaż słowo, wyjec otworzył się z szelestem papieru. Ron schował głowę w ramionach, a Hermiona odruchowo skrzywiła się i podniosła ręce, żeby zasłonić uszy, ale ku ich zaskoczeniu, koperta nie eksplodowała wrzaskiem. Spokojnym, męskim głosem, koperta powiedziała:
— Hej, Hermiono.
Hermiona oniemiała. Kątem oka widziała Rona, który wpatrywał się w nią ze zdumieniem, ale ona sama nie mogła oderwać wzroku od koperty, która kontynuowała znajomym głosem:
— Mam nadzieję, że nie przestraszyłem cię tym wyjcem. Byłoby łatwiej, gdyby w Hogwarcie działały telefony komórkowe...
Hermiona prychnęła i poczuła, że na twarzy rośnie jej coraz większy uśmiech, podczas gdy wyjec kontynuował:
— Wiem, że spotykamy się za mniej niż godzinę, i że już się przecież widzieliśmy, ale — głos zaśmiał się krótko, miękko — po tych wszystkich listach chyba mam tremę. Zacząłem brzdąkać na gitarze dla zabicia czasu i... jest taka piosenka, która przypomina mi o tobie.
Hermiona natknęła się na wzmianki o wyjcach w kilku książkach, ale żadna z nich nie wspominała, że można zaczarować je tak, żeby mówiły, zamiast wrzeszczeć. I na pewno nie wiedziała, że mogą śpiewać, ale teraz wyjec zaczął właśnie śpiewać, niskim i dźwięcznym głosem, jakby jego właściciel był tuż obok; tylko jedną zwrotkę jakiejś piosenki, której melodię Hermiona mgliście skądś kojarzyła, zanim koperta wybuchła płomieniem i spaliła się na popiół. Wyciągnęła rękę, ale zaraz cofnęła się, wiedząc, że nie może nic zrobić. Postarała się przełknąć nagłe, intensywne pragnienie, żeby wyjce nie były jednorazowe, żeby mogła go zachować.
Hermiona podniosła wzrok znad kupki popiołu na dywanie i spojrzała na Rona, który chyba nie oderwał od niej wzroku przez cały ten czas. Ron wykonał bezradny, pytający gest ręką, jakby w tym jednym ruchu (niczym w łyżeczce do herbaty) mógł zmieścić wszystkie pomieszane emocje, z zaskoczeniem na czele. Dopiero teraz Hermiona zorientowała się, że nie może przestać się uśmiechać. Odgarnęła włosy z twarzy i bezskutecznie spróbowała przybrać poważniejszą minę.
— Och, Ron — westchnęła. — Tak strasznie cię przepraszam. Wiem, że byłam ostatnio dla ciebie okropna. Po prostu... — Machnęła ręką w stronę resztek spalonego listu. — Pisaliśmy do siebie z Brianem, i to wszystko było nowe i zupełnie inne niż dotychczas, i... chyba po prostu bardzo starałam się być tą Hermioną, co zawsze, taką, jak wszyscy mnie widzą. I zupełnie mi to nie wyszło. Przepraszam, nie zrobiłeś nic, żeby zasłużyć na takie traktowanie.
Ron nadal wyglądał na oszołomionego.
— Więc te wszystkie kłótnie ostatnio...?
Hermiona pokiwała głową.
— Nie wiem, co sobie myślałam, chyba po prostu chciałam się do czegoś przyczepić, i akurat pojawił się temat Pansy. Ron, tak mi głupio. Tak naprawdę wcale mi to nie przeszkadza. Jeżeli chcesz się z nią umawiać, to... To nawet dam Ci Nutellę!
— Dasz mi co? — zapytał Ron, jakby podejrzewał, że nutella to przynajmniej jakieś dzikie zwierzę.
— Nutellę! Mugolski krem czekoladowo-orzechowy. Nawet ja wiem, że jest najlepszy na świecie, a mam rodziców dentystów. Pansy lubi czekoladę, prawda?
— No... tak.
Hermiona pokiwała głową.
— Zaufaj mi. Przez Nutellę do serca.
— Okeeeej. To... Właściwie kim jest ten gość od wyjca?
Hermiona poczuła, że jej uśmiech powraca z pełną mocą.
— Brian Cooper. Ravenclaw, był trzy lata nad nami, pewnie nie pamiętasz?
Ron potrząsnął głową.
— Ja też go wtedy nie znałam. Teraz robi research dla college'u Merlina w Oksfordzie. W październiku napisałam do niego w związku z dodatkowym projektem na transmutację i jakoś tak wyszło... Słuchaj, już prawie szesnasta. Przepraszam, że to ukrywałam, mogę powiedzieć ci o wszystkim później, ale teraz muszę już iść. W porządku?
Ron nadal patrzył na nią trochę, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w życiu, ale uśmiechnął się i powiedział:
— Jasne. Baw się dobrze.
Podszedł i przytulił ją krótko, po czym delikatnie popchnął ją w stronę Grubej Damy. Przechodząc przez dziurę, Hermiona usłyszała, jak Ron mruczy do siebie:
— Nutella, hmmm?

***


— Tyłek mi marznie — poskarżył się Draco w szyję Harry'ego. Harry parsknął.
— Co, różdżka ci nie działa? — powiedział, głównie po to, żeby się przekomarzać, chociaż sam był już nieźle zmarznięty; hogwarcka zima dawała w kość i nie pozwalała się rozgrzać nawet gorącym pocałunkom.
— Z moją różdżką jest wszystko w porządku. Idiota. — Draco trzymał dłonie pod kurtką Harry'ego i teraz wykorzystał tę pozycję, żeby dźgnąć Harry'ego palcem w żebra. — Ale — oznajmił — nadal jest wcześnie, jeszcze możemy pójść do Hogsmead. Zresztą przy tym, co obecnie dzieje się w szkole, nikt pewnie by nie zauważył, gdyby połowa studentów w ogóle nie wróciła.
Harry skrzywił się, myśląc o Dudleyu pozostawionym w Miodowym Królestwie.
— Szczerze mówiąc, nieszczególnie chcę siedzieć w Hogs. Albo w zamku — dodał. — Wygląda na to, że w promieniu kilku mil panuje szaleństwo.
— No wiesz — powiedział Draco — zawsze możemy się gdzieś fiuknąć. Nikt nie zauważy.
Harry bezmyślnie przesunął dłoń w górę i w dół pleców Draco. Nie mógł uwierzyć, że rozważał nielegalne wyjście ze szkoły z Draco Malfoyem. Albo że tenże Draco Malfoy właśnie prawie siedział mu na kolanach, przyciskając czubek zimnego nosa do jego obojczyka. Ale nie mógł też uwierzyć, że po Hogwarcie biegała koza, w gabinecie dyrektora przesiadywał niewiadomokto udający Aberfortha, udającego Albusa Dumbledore'a, sam Albus Dumbledore był zaginiony w akcji, a Severus Snape, ze wszystkich ludzi na świecie, dokładał wszelkich starań, żeby zorganizować święta. A skoro i tak nic nie miało żadnego sensu, Harry mógł równie dobrze zrobić, na co miał ochotę.
— Hej — mruknął. — Byłeś kiedyś w mugolskim Londynie?

***


Pansy weszła do dormitorium i poczuła, jak krew uderza jej do głowy. Chaos to jedno. Koza biegająca po Hogwarcie i zżerająca herbatę to drugie. Ale jej, Pansy, prywatny zapas czekolady rozsypany, rozgnieciony, na wpół pożarty i kompletnie zbeszczeszczony na podłodze dormitorium? To zupełnie co innego. Pansy rozejrzała się z furią w oczach i od razu zauważyła trop. A dokładniej: idealnie odbite, czekoladowe ślady raciczek na dywanie. Jak ta cholerna koza tu weszła? Pansy zamaszystym ruchem wyciągnęła różdżkę.
— Zaavaduję cholerę. Zaavaduję na śmierć.

***


Koza musiała chyba wyczuć zbliżający się kres bytu, bo ślady prowadziły najkrótszą drogą do sali wejściowej. Pansy stanęła jak wryta, widząc osobę, która spokojnie opierała się o skrzydło drzwi. Profesor Dumbledore - Aberforth - kimkolwiek był tajemniczy osobnik noszący obecnie twarz, brodę, szaty i okulary-połówki Albusa Dumbledore'a, właśnie pomachał do Pansy, uśmiechając się z iskierkami w oczach.
— Poszła sobie — oznajmił, jakby dobrze wiedział, w jakim celu Pansy wpadła do sali wejściowej z wyciągniętą przed siebie różdżką. — Od początku mówiłem jej, że powinna zostać w domu, bo Hogwart to nie miejsce dla niej. Ale widocznie sama musiała się przekonać. Zawsze taka była, od maleńkości... Uparta jak nie wiem co. Od razu widać, że to rodzina.
To powiedziawszy, skłonił się Pansy, wyminął ją i ruszył w głąb zamku. Pansy odprowadziła go ogłupiałym wzrokiem, zupełnie już nie rozumiejąc, kto jest kim, a kto kogo udaje.

***


Draco musiał przyznać, że mugolski Londyn wyglądał na swój sposób czarownie. Każda ulica i wszystkie witryny ozdobione były kolorowymi światełkami, mijający ich ludzie byli ubrani w grube płaszcze i omotani miękko wyglądającymi szalikami, a do tego znowu zaczął padać śnieg; wielkie płatki wirowały w powietrzu, jakby jakiś cierpliwy artysta delikatnie je lewitował.
Nagle oczy Harry'ego zaświeciły się jak lampki na choince.
— Hej, zobacz! Kino!
— Co takiego?
— Kino! To miejsce, gdzie wyświetlają filmy. To znaczy... To takie jakby... To tak, jakby ktoś złożył dużo ruchomych, magicznych zdjęć razem, jedno po drugim, żeby stworzyć historię. Tylko że zdjęcia mówią.
Draco uniósł brwi; to brzmiało co najmniej dziwacznie.
— I czemu to służy?
— Rozrywce! Ludzie oglądają filmy dla przyjemności. To... to tak, jakbyś mógł wziąć książkę, którą lubisz, i zamiast czytać, możesz zobaczyć wszystko, co się dzieje.
— To się nazywa wyobraźnia, Potter.
Harry potrząsnął głową.
— Nieeee. Chodź, sam zobaczysz.
I Draco dał się pociągnąć do jakiegoś budynku. Wyglądało na to, że weszli do czegoś w rodzaju maleńkiej recepcji. Wnętrze było oklejone dziwnymi, nieruchomymi plakatami (czy Harry nie mówił czegoś o ruchomych zdjęciach?), a pod ścianą, za ladą, siedziała młoda dziewczyna, czytając jakąś książkę i żując gumę. Na ich widok założyła miejsce w książce i odłożyła ją na bok.
— Witam! Jak się macie?
— Dobrze, dziękuję — powiedział Harry. — Czy, eee, czy jest jakiś film, który zaczyna się teraz?
Dziewczyna przechyliła się razem ze swoim krzesłem, żeby popatrzeć na tablicę za sobą.
— Z nowości, "Romeo i Julia" zaczęło się chwilę temu, jeżeli się pospieszycie, pewnie nie przegapicie nawet napisów początkowych. Ale wyświetlamy też powtórki starszych filmów, za piętnaście minut leci "Pulp Fiction".
— O czym to jest?
Dziewczyna z hukiem przywróciła krzesło do pionu.
— Nie widzieliście "Pulp Fiction"? To trzeba natychmiast naprawić! Dwa bilety, tak? Proszę bardzo, sześć funtów, sala dwa, przez te drzwi i po prawej. Sale są tylko dwie, więc raczej się nie zgubicie.
Draco absolutnie nic z tego wszystkiego nie rozumiał, więc tylko patrzył, jak Harry płaci za bilety (wcześniej zaliczyli szybką wycieczkę do Gringotta, uznawszy, że bez sensu byłoby wybierać się do mugolskiego Londynu bez mugolskich pieniędzy), a później dał się poprowadzić przez korytarz i do niewielkiej sali. Wyglądała jak bardzo mały teatr, na może ze sto osób, ale w miejscu, gdzie zwykle byłaby scena, była wielka, biała płachta. Wyglądało to dziwacznie, ale kilkunastu ludzi, którzy byli rozsiani po siedzeniach, wyglądało na całkowicie zrelaksowanych. Draco wziął głęboki oddech.
— Zdenerwowany? — Harry popatrzył na niego z ukosa. Draco fuknął.
— Oczywiście, że nie.
— Wiesz — powiedział Harry. — Ja też nigdy nie byłem.
— Co?
— No — Harry wzruszył ramionami — Dursleyowie mnie nie zabierali, a później jakoś nie było okazji. Więc... Oboje jesteśmy tu nowi.

***


Albus spojrzał na Gellerta z niedowierzaniem.
— Voldemort od dwóch lat szykuje wojnę, bo chce wyciągnąć jednego człowieka z Azkabanu.
Gellert wzruszył jednym ramieniem.
— Musi zachować jakieś pozory. Nie poprowadziłbyś wojny, żeby mnie stąd wyciągnąć?
Albus odwrócił głowę; obaj dobrze wiedzieli, że nie.
— Skąd mam wiedzieć, że nie kłamiesz? Zawsze było ci bliżej do poglądów Voldemorta, niż moich.
Gellert potrząsnął głową.
— Po tylu latach, nadal nie wiesz? Mogłem przecież zabić cię wtedy pod Nurmengardem. Gdybym nie zawahał się przez sekundę, być może wszyscy wiedzieliby teraz o magii, a mój zakon rządziłby światem.
— Więc dlaczego?
— Są rzeczy, w które wierzę, Albusie. I jesteś też ty.

***



W następnym odcinku...
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez Miss Black » 19 gru 2014, o 01:45

Ka, Ty wiesz, że ja kocham twoją pisaninę, prawda? Nie wiem dokładnie, o co chodzi, ale Twoje odcinki mają zawsze jeden wspólny spokojny rytm. Człowiek się relaksuje w taki leniwy sposób i pozwala, żeby Twój świat go wciągnął. Nie ma znaczenia, że czytałam to już pewnie ze dwa razy - wciąż nie mogłam się doczekać, co też za chwilę się wydarzy. I o dziwo moją ulubioną częścią jest ta z Hermioną. Nie, nie tylko z powodu Nutelli, chociaż to jest krok tak genialny, że zasługujący na Nobla. Poważnie. Cudo. Sama wizja Pasny kosztującej tego anielskiego specyfiku poprawia mi humor momentalnie, ale to, co mnie tu najbardziej urzekło to ta twoja dobroć i łagodność Hermiony - to, że przeprosiła; to, że życzy Ronowi jak najlepiej. Stworzyłaś tu iście świąteczną atmosferę przebaczenia i dobrych uczynków. Można było poczuć ciepło bijące z kominka w Pokoju Wspólnym, zobaczyć skołatanego Rona i naprawdę usłyszeć szczerość w słowach Hermiony. Ja strasznie lubię, gdy nie zapomina się, że oprócz tych wszystkich kłótni oni byli naprawdę dobrymi przyjaciółmi. No i college Merlina w Oxfordzie! Kaaaaa, cudo. Widzę Hermionę, która pędzi do tego swojego Krukona i gdzieś na schodach Christ Church wpada na Merlina, który radośnie udaje studenta, czekając na Arthura. Prezent świąteczny sam w sobie. Also, czy nie byłoby zabawnie, gdyby w Hogwarcie było ukryte przejście do Oxfordu? Właśnie w schodach głównych, na których Harry kiedyś wzgardził przyjaźnią Draco. Tych, które dziwnym trafem wyglądają identycznie z pewnymi innymi sławnymi stopniami? Mój headcanon.
Ale wróćmy do rzeczy! Ka, Twoje opisy to magia czasem: „(…)a do tego znowu zaczął padać śnieg; wielkie płatki wirowały w powietrzu, jakby jakiś cierpliwy artysta delikatnie je lewitował.” Kocham. Wizja jest piękna. Czuć zimę, której niestety za oknem brakuje. Bardzo mi się to podobało, ale wielbię też nawiązania, które wplatasz mimochodem: „Zawsze taka była, od maleńkości... Uparta jak nie wiem co” – to jest tak szalony mix Shreka, że turlałam się z radości. I teraz głęboko wierzę, że Koza ma jakiś wspólnych przodków z Osłem. Poważnie. Czekam tylko aż zacznie śpiewać. Och! No i Pansy! Merlinie, w zeszłym roku Draco zjadł jedynie jej marcepan i ledwie uszedł z życiem. Koza dobrze wiedziała, co robi, zwiewając, gdzie pieprz rośnie. Podejrzewam, że Pansy ją wypcha u tapicera, jak kiedyś znów przetną ścieżki. I lubię, że w sumie nie mamy bladego pojęcia, kto u licha ukrywa się pod postacią Albusa. Oczywiście wierzę, że to jego brat, ba, ale podoba mi się, jak z tego wybrnęłaś. No i Prawie Bezgłowy Nick. W Hogwarcie są duchy! Zdążyłam już o nich zapomnieć, a Ty przywróciłaś je do życia w iście mistrzowski sposób. Kurdę, tu się da poczuć Nika. Ja go lubię. Nie pamiętałam, jak bardzo ja go lubię: „Chcę jednakowoż zaznaczyć — nadąsał się Nick, — że jeżeli będziemy śpiewać, to jest to wyłącznie nasza decyzja, która nie ma nic wspólnego...” Sama kwintesencja Bezgłowego. Cudo.
No i dochodzimy do wątku głównego. Ja się cieszę, że wreszcie mamy fetę, gdy chłopcy nie krążą wokół siebie przez wszystkie odcinki, tylko po to, żeby na sam koniec cmoknąć się w policzek. Zawsze nam jakoś to tak wychodziło, więc mała odmiata jest bardzo przyjemna. A teraz moje ulubione fragmenty:
„Z niejakim żalem wyswobodził dłoń z uścisku Draco i sięgnął po sakiewkę (…)”.
Małe, a cieszy.
„(…) i wyszedł ze sklepu, pociągając za sobą Draco.”
Nie możemy utrzymać rąk przy sobie, co, Potter?
„Drgnął z zaskoczeniem, kiedy poczuł, że ktoś siada obok niego; to Draco przycisnął się do niego ramię w ramię.”.
No, jak cuuuuuute jest ta cała scena. Może ciut za intymnie jak na początki, ale jak piszesz dalej, fuck it, po Hogwarcie biega koza, a Snape ratuje święta. Równie dobrze możemy mieć odrobinę drarry w wydaniu established relationship, mimo że wszystko zaczęło się ledwie dzień temu.
„Śniło ci się, że mnie całowałeś?
Gdzie jest Voldemort, kiedy go potrzebuję.
Ok. Tekst roku. Leżę tu i kwiczę i już raczej się nie podniosę.
„Tyłek mi marznie — poskarżył się Draco w szyję Harry'ego. Harry parsknął.
— Co, różdżka ci nie działa?”.
Znów leżę. Nie mogę. Dlaczego? Co ja złego w życiu zrobiłam, żeby mój mózg tak przetwarzał rzeczy? Winię fandom. Żeby było jasne.
„(…) przyciskając czubek zimnego nosa do jego obojczyka”
I znów jest cute. Nie rozumiem, jak mogę się śmiać jak dzika, a potem zaraz wzdychać wielkie AWWWWWW. Poważnie. Nieuczciwe.
No i Pulp Fiction. Kurdę, zobaczyć minę Draco, jak będzie to oglądał. Każdą pojedynczą scenę. Also, super zagranie z tą dziewczyną z kasy. Olewka, guma do żucia, książka i recepcja. Tarantino po całości. Jeszcze tylko brakowało soundtracku.
I wreszcie sama końcówka:
„Są rzeczy, w które wierzę, Albusie. I jesteś też ty.”
Wielbię Cię za to, że jednak to wstawiłaś. Pomyślałam o Albusie i Gellercie, gdy to pierwszy raz padło w In the Flesh i jaram się jak Dudley lukrecją, że to tutaj mamy. Cud, miód i orzeszki. Dzięki za kawał dobrej roboty.
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez MargotX » 19 gru 2014, o 18:58

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że bardzo sprytnie przemknęłaś, droga Autorko, nad wątkiem, którego nie miałaś ochoty jakoś specjalnie rozwijać. Chodzi mi o temat Dudleya, rzecz jasna. Elegancko podsumowałaś próbę zdobycia przez Harry'ego informacji odjęciem kolejnych punktów Gryffindorowi i kategorycznym ucięciem tematu przez Snape'a - super ślizgoński zabieg. :D

Owa scena z udziałem Hermiony i Rona jakaś taka nietypowa. Wcześniej jej zachowanie wyglądało bardziej na zazdrość czy zaborczość, a teraz okazuje się, że nasza Panna Wiem Wszystko tak naprawdę nie bardzo wie, czego chce i o co jej właściwie chodzi. Do tego ten Brian... Za to pomysł z Nutellą genialny, powalił mnie dosłownie na łopatki.

No i zdecydowanie na plus zaliczam oczywiście kolejny już pocałunek naszej pary, wiadomo, to zawsze jest super miły przerywnik. Kapitalna też jest scenka z Pansy i jej hasło:
— Zaavaduję cholerę. Zaavaduję na śmierć.
Majstersztyk!
A, jeszcze Harry, jaki słodziak, który zabiera Draco do mugolskiego kina - świetne to. Do tego na Pulp Fiction-padłam.
Na temat Gellerta na razie trudno cokolwiek powiedzieć, zobaczymy, co wymyślą kolejne osoby. Szkoda, że jakoś tak krótko, bo można by czytać, czytać i czytać...

Dziękuję i pozdrawiam.
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Izzie » 22 gru 2014, o 01:32

Nie znoszę, jak przeczytam jakiś tekst i go nie skomentuję, dlatego robię to może z opóźnieniem, ale zanim Aev umieści dziś kolejną część, skomentuję trzy Fetkowe rozdziały, które się jeszcze paru słów ode mnie nie doczekały. ;) Mam nadzieję, że potem uda mi się już w komentarzach zachować regularność...
W każdym razie:

Odcinek 2
MB, pomysł z Aberforthem i kozą był naprawdę strzałem w dziesiątkę i na pewno kiedy za jakiś czas będziemy tę Fetę wspominać, najbardziej w pamięci odżywać będzie właśnie ten kwikogenny wątek. :)
Chociaż mnie osobiście najbardziej podobał się monolog wewnętrzny Draco, gdzie wspominał swoją rozmowę z Voldemortem.
Rozprosz czymś Pottera i tę jego bandę, Meloy. Zawsze wchodzą mi w drogę.
Malfoy, ty beznosa kreaturo, Malfoy.

To bezbrzeżnie skradło moje serce, iiik!
Jestem megaprzeogromną fanką AVPM, więc trafiłaś tym idealnie, jeśli chodzi o mnie, ten odcinek po prostu nie mógł mi się nie spodobać. :)
I na dodatek ten pawi obiad, dla mnie to majstersztyk i prawdziwa perła tej części, śmiałam się w głos aż do końca rozdziału.
Poza tym bardzo podobali mi się Pansy i Blaise, niezawodni w swej ślizgońskości, rozpisałaś ich w bardzo trafny sposób, oddając ich charaktery i dodając do tego szczyptę humoru.
Poza tym - Grindelwald! Swego czasu grindeldore był jednym z moich ulubionych pairingów, dlatego wplecenie tego bohatera do tegorocznej Fety miałam ochotę skwitować owacjami na stojąco, ale że i tak nikt by tego nie zobaczył, to się powstrzymałam.
I muszę też oczywiście dodać, że styl był bez zarzutu, była to idealna kontynuacja lekkiej części napisanej przez daimon, z humorem, polotem, pełna zdań, które chciałoby się wycytować i pisać pod nimi peany, szkoda tylko, że była krótka, bo chciałoby się przeczytać dużo, dużo więcej.
Lekko zawiedziona byłam tylko końcówką, a dokładniej tym, jak szybko Harry i Draco zaczęli się miziać, ale w sumie w kolejnych częściach padła na to swego rodzaju kurtyna milczenia, co też Ka w swej części zgrabnie wytknęła, więc jest to zarzut bardzo niskiego kalibru. ;)

Odcinek 3
Opisy! Uwielbiam barwne, zabawne opisy, im dłuższe tym lepsze, więc już samą wzmianką o sypialniananych konfiguracjach Gryfonów (dwuznaczność niezamierzona), a potem fragmentem o Wielkiej Sali mnie kupiłaś, Drac. Kocham takie przywiązanie do detali.
Bardzo spodobał mi się pomysł z wprowadzeniem małego zamętu, jeśli chodzi o wielosokowanego Dumbledore'a - tu już chwaliłam MB za wybór Aberfortha, a tymczasem poprowadziłaś intrygę dalej, dając pole do popisu kolejnym autorkom, też bardzo dobry zabieg, bo ta tajemnica zostanie z nami na dłużej.
Zbliżenie się do pudła na odległość krótszą niż trzy i pół metra groziło odebraniem Gryffindorowi dwudziestu punktów (Snape nie kłopotał się sprawdzaniem, do którego domu należał uczeń, którego przyłapał) — każdy w szkole o tym wiedział.

Uwielbiam Cię za to zdanie, bo też jest to cecha u Snape'a, której nie znoszę, ale która w takich zabarwionych humorem fikach idealnie się sprawdza, mówię oczywiście o gnębieniu Gryfonów za sam fakt, że bezczelnie śmią oddychać tym samym powietrzem, co mistrz eliksirów i zanieczyszczają je swoją głupotą i brawurą, więc na każdym kroku muszą być za to gnębieni. :)
Fragment z kozą i herbatą opisałaś obłędnie, jeśli dobrze pamiętam obawiałaś się, czy nadajesz się do opisywania humorystycznych scen - odpowiedź jest prosta: nadajesz się bez dwóch zdań i wyszło Ci to rewelacyjnie.
Potwierdziła to też rozmowa Minerwy z Severusem w pokoju nauczycielskim oraz gryfońsko-ślizgońska scenka w klasie, te dialogi i opisy były świetnymi poprawiaczami humoru.
Kolejna perełka to Snape sprzedający jedwabiste i aksamitne szmatki na straganie, w życiu bym na coś takiego nie wpadła, ale fakt faktem, że autorzy uwielbiają jego głosowi nadawać takiej... faktury? :D
— Odwołuję odwołanie świąt. Święta jak najbardziej się odbędą. — Podkreślił ostatnie słowa.

Love ya! Ta linijka, ta scena, łącznie z pierwszoroczniakiem mającym zadatki na protokolanta jest świetna, cudowna, obłędna! :D
Widać masz w głowie kopalnię świetnych pomysłów, bo wprowadzenie Dudleya nie powiem, bardzo mnie zaskoczyło, bo akurat takiego "ciekawego indywiduum" się nie spodziewałam. ;) Aczkolwiek sprowadzenie go do samego Hogwartu byłoby chyba problematyczne, bo z tego co pamiętam mugole zamku w ogóle nie widzieli.
W każdym razie, bardzo-bardzo mi się napisana przez Ciebie część, Drac, podobała i mam nadzieję, że dasz mi kiedyś okazję na przeczytanie jakiejś całkowicie Twojej dłuższej komedii, bo naprawdę się w tym gatunku odnalazłaś.

Odcinek 4
Na sam początek - świetnie poradziłaś sobie z wątkiem Dudleya, bo jak pisałam wyżej, przetransportowanie go do Hogwartu byłoby dość trudnym zadaniem, a tak niech sobie siedzi i obżera się w Hogsmeade, na zdrowie.
I jeszcze raz powtórzę swoje wcześniejsze słowa (tak to jest, jak się komentuje kilka rozdziałów naraz), tym razem w odniesieniu do schowkowego tête-à-tête - strasznie mi się spodobał ten fragment rozmowy Draco z Harrym i krótka wzmianka o zmowie milczenia, bo faktycznie to wyszło troszkę zabawnie, gdzie w odcinku drugim się na siebie rzucili, a w odcinku trzecim bez słowa przeszli do "normalności", teraz przynajmniej akcja pod tym względem w naturalny sposób zwolniła, co dla mnie jest plusem, bo się pewnie w tej Fetce jeszcze zdążą nacałować. ;)
Poza tym, Ka, uwielbiam Cię za odsunięcie Hermiony z obrazka, bo od drugiego odcinka wizja Pansy i Rona razem chodzi za mną i domaga się uwagi (muszę poszukać jakichś drarry z tym motywem, bo za hety to się jednak nie chwycę) i tylko czekałam, aż ktoś Hermionę od Rona odklei, żeby to się mogło ziścić.
Pomysł z kinem też był świetny i niecierpliwie czekam na jego huczne zakończenie, skoro tak zadecydowano w ankiecie.


Dziękuję całej Waszej trójce za dostarczenie mi poprzez swoje odcinki mnóstwa śmiechu i takiego rozkosznego, puchońskiego nieco ciepła, jakie czuję teraz w środku. Śniegi nie ma, samej magii świąt też jeszcze jakoś nie czuję, ale przynajmniej wiem, że mogę tu wejść i znaleźć ją w Fetce. <3
Jesteście wielkie!
Perfect combinations are rare in an imperfect world.
ObrazekObrazekObrazek
Sometimes there are things you wouldn't think would be a good combination that turn out to be the perfect combination.

Obrazek
Izzie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 275
Dołączył(a): 1 lis 2014, o 03:18

Postprzez SzmaragDrac » 22 gru 2014, o 20:25

Ka! Wybacz, że z opóźnieniem, ale komentuję! :D

Odcinek, jak zawsze (chociaż może nie powinnam tak mówić, bo wyjdzie na to, że własny chwalę!), świetny! Ominęłaś, paskudo jedna :P, tę część mojej fety, gdzie wyjaśniałam, że pocałunek w szopie był snem Harry'ego, i stwierdziłaś, że to jednak prawda. No i w sumie chwała Ci za to, bo feta właśnie na tym polega, że każdy dodaje coś od siebie i dowolnie zmienia kreowany świat. Dzięki temu te teksty są takie wspaniałe ;)

Bardzo podobał mi się wątek ze Snapem rozmawiającym z Prawie Bezgłowym Nickiem. To było genialne!
— Chcę jednakowoż zaznaczyć — nadąsał się Nick, — że jeżeli będziemy śpiewać, to jest to wyłącznie nasza decyzja, która nie ma nic wspólnego...
Kocham słówko "jednakowoż" :lol2:

Wyprawa do kina! W życiu bym się nie spodziewała :lol: Nie oglądałam, niestety, "Pulp Fiction" i tylko co nieco się orientuję, jacy aktorzy grają (po twarzy, bo nazwisk też nie znam), więc nie wychwyciłam jakichś aluzji (o ile takowe były). Ale wątek naprawdę bezbłędny, a szczególnie to:
— Zdenerwowany? — Harry popatrzył na niego z ukosa. Draco fuknął.
— Oczywiście, że nie.
— Wiesz — powiedział Harry. — Ja też nigdy nie byłem.
— Co?
— No — Harry wzruszył ramionami — Dursleyowie mnie nie zabierali, a później jakoś nie było okazji. Więc... Oboje jesteśmy tu nowi.
Aaach...

Życzę powodzenia Aev (chociaż już pewnie wszystko napisała, bo tak późno komentuję - wstyd!) i pozdrawiam!
Drac
Zaglądam tu rzadko, częściej można mnie złapać na Forum Mirriel pod tym samym nickiem.
Moje ao3.
SzmaragDrac Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 723
Dołączył(a): 26 mar 2014, o 16:10

Postprzez Aevenien » 22 gru 2014, o 21:25

Z potrójną dedykacją, a co! Dla Dai, za to, że jest i że dzielnie wspierała mnie w momentach kompletnej blokady, dla Ka, za betę, rady, znoszenie mojego marudzenia i za nieocenioną pomoc, i dla Wonsza, za wsparcie mentalne i ciasteczka, dziękuję dziewczyny! :serce:

Wszystkich czytających z góry przeproszę za moją mocno odbiegającą od poprzednich trzech odcinków koncepcję. Ale mieliśmy już kozę i Dudley'a, więc myślę, że jakoś przeżyjecie ;)



ODCINEK V



Być może Harry powinien był uwzględnić swoje wcześniejsze doświadczenia z mugolskimi miejscami zanim zdecydowali się pójść do kina. To prawda, że Dursleyowie nigdzie go nie zabierali, ale może to i lepiej, biorąc pod uwagę, że na swojej jedynej wycieczce do zoo zdołał wypuścić na wolność wielkiego węża boa. W czarodziejskim świecie nie musiał się martwić, że będzie gdzieś niemile widziany, wręcz przeciwnie. W czarodziejskim świecie w życiu nie wyrzuciliby go z kina za obściskiwanie się ze swoim chłopa… za obściskiwanie się z kimkolwiek w ostatnim rzędzie. No i z pewnością ich sytuacji nie polepszył fakt, że Draco zaczął wygrażać bileterowi swoją różdżką, co biedny mugol zupełnie opacznie zrozumiał.

— Pierwszy raz w życiu mnie skądś wyrzucili! — Draco nie mógł widocznie dojść do siebie.

— Jakoś trudno mi w to uwierzyć — parsknął Harry.

— Malfoyów się nie wyprasza. Mój ojciec się o tym dowie!

Harry rzucił mu wymowne spojrzenie.

— No rzeczywiście, może lepiej nie — stwierdził Draco z lekkim przerażeniem. Zapewne też wyobraził sobie Lucjusza dociekającego, czemu tak właściwie zostali wyrzuceni z kina. Harry otrząsnął się z tej wyjątkowo nieprzyjemniej wizji. — To wszystko twoja wina — oznajmił w końcu Draco, widocznie akceptując fakt, że został skądś wyrzucony, jeśli stało się tak przez Harry’ego.

— Niby dlaczego! — Harry był pewien, że to Draco pierwszy wsadził mu rękę pod koszulkę, co zapoczątkowało serię różnych innych, chyba mało odpowiednich na kino rzeczy. Poza tym to nie wina Harry’ego, że nie słyszał jak trzy razy zwracano im uwagę, ręce i język Draco były wyjątkowo rozpraszające.

— Jakbym poszedł do kina sam, na pewno by mnie nie wyrzucili — oznajmił Draco z triumfem.

Harry nie mógł się kłócić z tak ślizgońską logiką i tylko przewrócił oczami.

— W sumie czemu sterczymy tak pod tym kinem? Jest zimno — stwierdził Draco, chuchając w dłonie.

— To ty się zatrzymałeś, żeby poprzeżywać, że nas wyrzucono — wytknął mu Harry, ale jednocześnie wyciągnął z kieszeni swoje rękawiczki i zaoferował je Draco.

Draco spojrzał na nie z mieszaniną zdziwienia, ale i zadowolenia. Jednak po chwili wydął lekko usta. — Gryfońskie rękawiczki, świat się chyba kończy — stwierdził, wkładając je jednak bez większego wahania.

— Mogę jeszcze przydusić cię gryfońskim szalikiem, żebyś przestał marudzić — pogroził mu Harry ze śmiechem, po czym zatrzymał się nagle dosyć gwałtownie. — Co powiedziałeś?

— Że świat się kończy, bo mam na sobie gryfońskie rękawiczki? — zdziwił się Draco. — Chyba nie uważasz, że to normalne? Jestem pewien, że Salazar przewraca się w grobie razem z połową moich malfoyskich przodków.

— No właśnie!

Draco patrzył na niego dziwnie, ale powoli na jego twarzy zaczęło malować się zrozumienie.

— Czy też masz wrażenie, że ostatnie dni w Hogwarcie były bardziej nienormalne niż zwykle? — spytał Harry powoli, wpatrując się w dłonie Draco w jego własnych rękawiczkach z lekkim niedowierzaniem.

— Rzeczywiście — stwierdził Draco, kiwając głową.

— Poszliśmy do mugolskiego kina — powiedział Harry ze zdumieniem.

— I wyrzucili nas za całowanie w ostatnim rzędzie.

— Po Hogwarcie biega koza.

— Snape kazał nam przystroić lochy na święta — wyliczał dalej Draco ze zgrozą.

— Widziałem Dudleya w Miodowym Królestwie! I nie zorientowałem się, że coś jest nie tak! Nawet kupiłem mu słodycze! Chyba już pod działaniem Imperiusa byłem bardziej przytomny.

— Czy ja rzuciłem się na ciebie w schowku na miotły? — spytał zdegustowany Draco.

— Eee, tak — mruknął Harry, rumieniąc się na samo wspomnienie.

— Na Salazara, w schowku, to uwłaczające.

Harry poczuł nagłą złość. Owszem, coś było mocno nie w porządku, pewnie rzucono na nich jakiś czar i teraz, kiedy spędzili trochę czasu poza Hogwartem, wróciła im przytomność umysłu, ale żeby Draco… Malfoy?... żeby od razu mówił takie rzeczy? Czy to znaczy, że wszystko, co czuł przez ostatnie dni było tylko efektem jakiegoś zaklęcia?

— Naprawdę, Malfoy? Uwłaczające? O ile pamiętam sam mnie tam zaciągnąłeś!

— Dokładnie, do schowka! Przecież jest tyle innych, bardziej odpowiednich miejsc.

— Co?

Draco pokręcił głową ze zniecierpliwieniem.

Harry — zaczął z naciskiem. — Nikt nie rzucił na nas Imperiusa, zresztą sam mówiłeś, że jesteś na niego odporny. To musiało być jakieś zaklęcie albo eliksir, który spowodował, że robiliśmy rzeczy, których normalnie byśmy nie zrobili.

— Ale to nie znaczy, że niektórych z tych rzeczy nie chcielibyśmy zrobić? — spytał Harry nieśmiało, mając nadzieję, że to Draco miał na myśli.

— Tak myślę. Przynajmniej... — Draco zawahał się na chwilę — przynajmniej ja niczego nie żałuję. Poza doborem mało wyszukanej lokalizacji oczywiście. — Uśmiechnął się lekko.

Harry poczuł nieopisaną ulgę. Zaczął się uśmiechać, kiedy przypomniał sobie, że ktoś najwyraźniej zaczarował cały Hogwart i wyglądało na to, że tylko oni się zorientowali.

— Musimy… — zaczął.

— Uratować Hogwart — dokończył Draco z miną mówiącą, że sam nie do końca wierzy, że to właśnie powiedział. — Czy Gryfoństwo jest zaraźliwe? — spytał z lekkim przerażeniem.

Tym razem Harry uśmiechnął się szeroko. — To wszystko przez te rękawiczki — powiedział konspiracyjnym tonem.

Draco przewrócił oczami.

— Na szczęście nie czuję się na tyle gryfońsko, żeby zaproponować jakiś plan, ślizgońskie plany wymagają dłuższego planowania, ale pewnie ty już zdążyłeś wpaść na coś szalonego.

— Może i szalonego — zgodził się Harry — ale chyba nie mamy innego wyjścia. Musimy użyć zmieniacza czasu.

— Co?

— Cofniemy się w czasie do dnia, kiedy Dumbledore odwołał święta i dowiemy się, o co w tym wszystkim chodzi — oznajmił Harry radośnie.

— Tak, zrozumiałem, że zmieniacz czasu służy do cofania się w czasie, ale jak ty to sobie niby wyobrażasz? Nie ma czegoś takiego jak zmieniacz czasu!

Harry popatrzył na niego ze zdziwieniem. — Jak to nie? Hermiona używała jednego na trzecim roku, żeby chodzić na wszystkie zajęcia, jakie były w planie.

Draco potrząsnął głową. — Może jeszcze powiesz mi, że na pierwszym roku uratowałeś kamień filozoficzny przed Czarnym Panem, a na drugim zabiłeś bazyliszka?

— No tak?

— Mieczem Gryffndora, który wyciągnąłeś z Tiary przydziału?!

— Tak, a co?*

Draco wytrzeszczył oczy.

— Przecież Dumbledore o tym mówił! Nie myślałeś chyba, że wyssał to sobie z palca?

— Harry, Ślizgoni wygrali Puchar Domów, po czym nagle pojawia się Dumbledore i uracza nas jakąś historyjką o bazyliszkach, mieczach wyciąganych z tiary i kamieniach filozoficznych, po czym daje Gryfonom tysiąc punktów i nagle wygrywacie Puchar. Ty byś w to uwierzył?

— No tak — powtórzył Harry. — Wiesz, po tym jak miałem jedenaście lat i dowiedziałem się, że jestem czarodziejem, nic mnie już nie zdziwi.

— Jak to jak miałeś jedenaście lat? — Draco wyglądał na przerażonego tym, że Harry mógł nie wiedzieć wcześniej o magii.

— Nie ma teraz czasu na rozczulanie się nad moim smutnym dzieciństwem, musimy zdobyć zmieniacz czasu.

— No pewnie, zmieniacz czasu — mamrotał do siebie Draco, kiedy Harry ciągnął go do najbliższej budki telefonicznej.

— Uprzedzam cię, jeśli powiesz mi, że zmieniacze czasu leżą sobie na ulicach mugolskiego Londynu w jakichś dziwnych czerwonych budkach to w to nie uwierzę. Jestem teraz zbyt zajęty akceptowaniem historii z bazyliszkiem.

— To wejście do Ministerstwa Magii, głupku.

— No jasne, jak mogłem się nie domyślić, cały czas szlajam się po mugolskim świecie, szukając tajemnych wejść do Ministerstwa — prychnął Draco, ale w jego oczach błysnęło zainteresowanie.

Wcisnęli się z trudem do budki i Harry wytężył pamięć, żeby przypomnieć sobie numer, który wykręcał przy nim Artur Weasley kilka lat temu.

— Przyznam, że schowek był tandetny i było tam brudno, ale przynajmniej było tam więcej miejsca!

Harry uśmiechnął się pod nosem i wcisnął ostatnią cyfrę.


*Kto zgadnie do czego to odnośnik wygrywa uznanie macek! :D

A w następnym odcinku...
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Avet » 22 gru 2014, o 21:37

Aev! Nie żeby coś, ale ten odcinek jest i najkrótszy i najmilej mi się go czytało.
Draco potrząsnął głową. — Może jeszcze powiesz mi, że na pierwszym roku uratowałeś kamień filozoficzny przed Czarnym Panem, a na drugim zabiłeś bazyliszka?

Logika Draco, kino, zmieniacz czasu, wszystko mi się tu podobało! :serce:
To w żadnym stopniu nie jest konstruktywny komentarz, wybaczcie.
Teraz idę głosować!
.Traicit et fati litora magnus amor.
Avet Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 383
Dołączył(a): 24 cze 2012, o 13:23
Lokalizacja: Krk

Postprzez wężousta » 22 gru 2014, o 21:57

Aev, znasz moją opinię na temat tego odcinka, ale oczywiście chętnie podzielę się nią z ogółem ;)

Zgodzę się z Avet, że bardzo dobrze się Twój tekst czyta. Masz humor, który lubię, umiesz ładnie pisać, dajesz odstępy między dialogami (przyzwyczaiłam się do tych angielskich) - jest cudownie! Uważam, że pomysł ze zmieniaczem czasu jest świetny (oczywiście nie ujmuję nic autorom poprzednich odcinków, ale Hogwart zwariował, trzeba coś z tym zrobić :P) i jestem ciekawa jak lilyan go rozwinie.

Moje absolutne hajlajty:

No i z pewnością ich sytuacji nie polepszył fakt, że Draco zaczął wygrażać bileterowi swoją różdżką, co biedny mugol zupełnie opacznie zrozumiał.

Miałam napad dzikiego śmiechu, bo ten bileter musiał się naprawdę przestraszyć :D

— Jakbym poszedł do kina sam, na pewno by mnie nie wyrzucili — oznajmił Draco z triumfem.

— No jasne, jak mogłem się nie domyślić, cały czas szlajam się po mugolskim świecie, szukając tajemnych wejść do Ministerstwa — prychnął Draco, ale w jego oczach błysnęło zainteresowanie.

Kocham takiego Draco, kocham jak narzeka, jak czuje się lepszy od innych - jest przeuroczy :serce:


Na koniec, dziękuję bardzo za dedykację, kiedy pomyślę, że moje ciastka przyczyniły się do powstania pokładów weny rozpiera mnie duma :D
"A potem ich usta się spotkały i to było jak powrót do domu."

Obrazek Obrazek Obrazek
wężousta Offline

Avatar użytkownika
Cukiernik
 
Posty: 448
Dołączył(a): 24 lut 2014, o 12:43
Lokalizacja: Wwa

Postprzez MargotX » 22 gru 2014, o 23:04

Aev, to było słodkie, kwikogenne i czytało się cudownie, tylko zdecydowanie zbyt krótko. Też mam swoje smaczki, a jakże:
— To ty się zatrzymałeś, żeby poprzeżywać, że nas wyrzucono — wytknął mu Harry, ale jednocześnie wyciągnął z kieszeni swoje rękawiczki i zaoferował je Draco.

— Poszliśmy do mugolskiego kina — powiedział Harry ze zdumieniem.

— I wyrzucili nas za całowanie w ostatnim rzędzie.

— Po Hogwarcie biega koza.

— Snape kazał nam przystroić lochy na święta — wyliczał dalej Draco ze zgrozą.

— Widziałem Dudleya w Miodowym Królestwie! I nie zorientowałem się, że coś jest nie tak! Nawet kupiłem mu słodycze! Chyba już pod działaniem Imperiusa byłem bardziej przytomny.

— Czy ja rzuciłem się na ciebie w schowku na miotły? — spytał zdegustowany Draco.
:lol2:
— Tak myślę. Przynajmniej... — Draco zawahał się na chwilę — przynajmniej ja niczego nie żałuję. Poza doborem mało wyszukanej lokalizacji oczywiście. — Uśmiechnął się lekko.

Muszę na tym zakończyć, bo zacytuję większość odcinka. Jestem przypadkiem nieuleczalnym, bo za jego główną zaletę uznaję fakt, że nasza dwójka spędziła nieco czasu razem, bez udziału osób trzecich - taki malutki przerywnik przed kolejnym pandemonium, które ma szansę się rozegrać, kiedy Harry i Draco wezmą się za ratowanie Hogwartu i świąt. Mało prawdopodobne, żeby mój głos z ankiety miał szansę realizacji i przedłużył nieco urocze sam na sam naszej ulubionej pary bohaterów ;)
Dzięki śliczne za ten słitaśny kawałeczek fety (uwielbiam Twój humor, ale to już wiesz od dawna) i pozdrawiam.
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Konkursy

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 1 gość