Drarrofeta świąteczna

wydanie czwarte

Prace konkursowe, głosowania, etc.

Postprzez Bang Bang » 18 gru 2012, o 01:29

Ogromne podziękowania kieruję w stronę mojej wspaniałej bety, która nie tylko sprawiła, że ten tekst ma (chociaż pozornie) ręce i nogi, ale również wytrzymała moje ataki paniki, zniechęcenia i przede wszystkim ciągłe marudzenie. Euterpe, kiedyś Cię za to ozłocę, a raczej, ze względu na Twoją przynależność domową, osrebrzę. Warto marzyć z rozmachem, ale czasem jednak powinnam ten rozmach kontrolować. Nie martwcie się, odrobiłam swoją lekcję, więcej fanfiction nie popełnię ;). A teraz cichutko rezerwuję bilet na Grenlandię, a Was zapraszam na kolejny rozdział Drarrofety.

Odcinek piąty


Draco westchnął. Po czym, dla lepszego efektu, westchnął raz jeszcze, potarł czoło i wydął wargę. Życie go nienawidziło — potwierdzenie tego faktu uderzyło go z całą stanowczością, a żeby być bardziej dokładnym — to nie życie go nienawidziło, bo ono samo w sobie nie było tworem spersonifikowanym, więc nie miało prawa posiadać aż tak wyspecjalizowanych odczuć. Z drugiej jednak strony, jeśli wziąć pod uwagę pewien przykry incydent z trzeciego roku, nie tylko ludzie potrafią nienawidzić, nienawiść hipogryfów może być jeszcze bardziej bolesna i zagrażająca życiu. Z kolei, spoglądając na stronę trzecią, taki Czarny Pan w swojej nienawiści jest jeszcze gorszy... Tak właściwie to do jakiej kategorii go zaliczyć? Jeszcze ludzi czy już czegoś innego? W każdym bądź razie wniosek był prosty — to nie życie nienawidziło Dracona, lecz przeznaczenie, gwiazdy czy jakaś siła wyższa nim sterująca. Jeśli był nią aktualnie Merlin lub, co gorsza, Godryk Gryffindor, to przyszłość Malfoya nie rysowała się w zbyt kolorowych barwach. Przeklęci Gryfoni! To na pewno ich sprawka.
— O Salazarze... — jęknął Draco, po czym przypomniał sobie, że takim postępowaniem raczej nie zyska w oczach gryfońskiej siły wyższej. Co jak co, ojciec nie byłby z niego dumny, podlizywanie się zdobywanie przychylności innych, aby osiągnąć własne cele, Malfoyowie opanowali do perfekcji. — O Go... O goniący własne, kwieciste gacie Merlinie! — To już pewne, jego dni są policzone! Trudno, do pewnego poziomu po prostu się nie zniży. To nie przystoi. Ślizgońscy i dumni! — Nie ma już chwały i uwielbienia dla artyzmu, tylko potępienie, potępienie — westchnął dramatycznie, łapiąc się za serce. Krukon prychnął, ściana obok drzwi zafalowała nieprzychylnie, a Potter popatrzył na niego ze współczuciem. Do czego to doszło? Świat się kończy, świat się kończy! Najchętniej przeżyłby teraz jakieś urocze spotkanie z najbliższą ścianą, ale ta, dla odmiany, zaczęła przyglądać mu się z dezaprobatą i jawną niechęcią, więc, zrezygnowany, opuścił skrzydło szpitalne, po ślizgońsku unosząc podbródek i tylko lekko zderzając się ramieniem z futryną.

***

Spacer po szkolnym korytarzu wcale nie poprawił jego wisielczego humoru. Wielkie, przybrane piernikowymi ozdobami i małymi świeczkami jodły zajęły wszelkie wnęki oraz zasłoniły większość tajnych przejść, ograniczając tym samym manewry skręcania. Naturalny rytm chodu Dracona został zaburzony, co wzbudziło w nim spory niepokój. Stracił idealny sposób na utwierdzanie się w przekonaniu, czy ktoś go nie śledzi, bo przecież nie mógł się co chwilę oglądać przez ramię! To byłoby zbyt podejrzane, poza tym z pewnością spłoszyłoby potencjalnych prześladowców, a tych na pewno było wielu. Ktoś tak popularny i uwielbiany jak Draco Malfoy miał sporą grupkę psychofanów — mroczna strona bycia sławnym. Z rozmyślań wyrwała go zaczarowana śnieżka, która minęła jego ucho o milimetry. Grupka pierwszorocznych Gryfonów, którą Draco od razu spiorunował wzrokiem, praktycznie zaczęła dusić się ze śmiechu, wskazując na coś palcem — Crabbe i Goyle będą mieli sporo do zrobienia, a powiedzenie, że zemsta najlepiej smakuje na zimno, właśnie nabrało nowego znaczenia. Draco już rozważał powyrywanie, w celach czysto dydaktycznych, rąk tym małym draniom, gdy zorientował się, że to nie on wzbudził ich nagły wybuch wesołości. Powoli, z całkowitym lekceważeniem, obrócił się i ujrzał czerwoną niczym kraciaste gacie McGonagall, Pansy Parkinson. Swoistym cudem był fakt, że śnieg nie zdążył się jeszcze rozpuścić na jej rozgrzanych policzkach. Pięć punktów dla Gryffindoru! Malfoy znacząco spojrzał w sklepienie, siła wyższa mruknęła z aprobatą, czyli jednak nie pomylił się z tym przeklę... przeklęcie dzielnym i odważnym Godrykiem. Nieomylność bywa prawdziwym przekleństwem. Och! Jak ciężko być intelektualistą! Z gardła Pansy zaczął wydobywać się dziwny charkot, a jej ciało zaczęło dziwnie dygotać. Draco oczekiwał pojawienia się pazurów albo chociaż jakiś niewielkich kłów, niestety przypomniał sobie, że nie było pełni. Fakt, że wśród rodziny Parkinsonów nie ma żadnego wilkołaka, został pominięty w genialnym systemie jego umysłu — jakaś selekcja danych musi istnieć, przecież nie był chodzącą Granger! To jej skołtunione „coś” na głowie godziło w Malfoyowe poczucie piękna i estetyki. Nie był to przyjemny artystyczny nieład jak w przypadku Pottera, lecz jakiś absolutny, ostateczny, wielki i potężny chaos, w którym na pewno narodzi się wkrótce nowy Czarny Pan albo, co gorsza, Albus Dumbledore! Na wspomnienie imienia dyrektora, w umyśle Dracona pojawił się mały renifer z czerwoną lampką zamiast nosa. Och! Och! Och! Jego batalia o piękne, oryginalne, odzwierciedlające przytłaczającą go złożoność świata dekoracje! Jak mógł zapomnieć! Popędził na złamanie karku w stronę gabinetu dyrektora, po drodze mijając trójkę Puchonów przymarzniętych do najeżonej soplami balustrady oraz rozśpiewane zbroje, które w tym roku nabyły również zdolność tańczenia do jakiejś tandetnej, mugolskiej piosenki. „Trzymam dystans, ale ty ciągle łapiesz mój wzrok” — jaki to ma w ogóle związek ze świętami? I nie, jedna ze zbroi wcale nie złapała właśnie drugiej dość sugestywnie za metalowe pośladki — Draco całkowicie wyparł ten obraz z pamięci. Tutaj są małe, niewinne dzieci! Ha! Od zawsze podejrzewał, że Dumbledore to stary zboczeniec. Jego ojciec się o tym dowie!
— Lukrecjowa pałeczka! — wykrzyknął, w ostatniej chwili unikając bycia świadkiem wydarzenia, które mogło go straumatyzować na resztę życia. — Panie dyrektorze, stanowczo protestuję! Poświęciłem cenne chwile mojego ulotnego życia, aby przygotować najwspanialsze dekoracje, jakie widziała ta szkoła i nie mogę być za to potępiany czy, niech Merlin uchroni, karany! Nie można prześladować kogoś za jego oryginalność! To jawna dyskryminacja!
— Witam, Draco, czemu zawdzięczam twoją niespodziewaną wizytę? — przerwał mu uprzejmie Dumbledore, spoglądając ciepło znad swoich okularów połówek.
— Przy dość ograniczonych środkach stworzyłem niezwykle dopracowaną aranżację! Wie pan, jakiej precyzji wymagało doczepienie tych małych, nietoperzych skrzydełek?! Jakich skomplikowanych czarów! I zamiast pochwały, nagana! Jak tak można?! Jak tak można?! Toż to nieludzkie! — Draco poczuł, że lata trenowania wydawania rozkazów skrzatom wreszcie okazały się przydatne.
— Draco...
— Czuję się tak dogłębnie zraniony! Niedoceniany, zawsze niedoceniany.
— Draco...
— Miałem marzenie! Marzenie o tym, że kreatywność wreszcie zostanie uznana na równi z tradycją! Marzenie o tym, że biedni, przytłaczani złożonością świata Ślizgoni będą traktowani tak samo — „Lepiej! Lepiej!” – krzyczała jego ślizgońska duma, ale siła wyższa warknęła na nią ostrzegawczo i biedaczka schowała się w jakimś ciemnym kącie — jak nieodpowiedzialni, narwani Gryfoni!
— Panie Malfoy...
— Poza tym Potter mi pomagał! Jeśli dekoracja ma jakieś niedociągnięcia to wszystko jego wina!
— PANIE MALFOY! — Draco wzdrygnął się. Już po nim! Powszechnie było wiadomo, że Dumbledore krzyczy jedynie doprowadzony do ostateczności. Czeka go bardzo bolesna śmierć. Może jednak trzeba było zostać przy mającej przedwczesny napad wilkołactwa Pansy.
— Potter, pamięta pan, panie profesorze? Szopa na głowie, okropne okrągłe okulary, które przysłaniają oczy o kolorze, który, przyznam szczerze, jest niczego sobie, blizna na czole... — zaczął raz jeszcze, cicho i bardzo powoli. — ...pański pupilek, pomógł mi? To przecież idealny przykład integracji międzydomowej, na której tak panu zależało.
— Panie Malfoy, gratuluję bardzo emocjonalnej, chwytającej za serce przemowy, ale kompletnie nie rozumiem jej powodu — wyjaśnił z uśmiechem Dumbledore.
— Jak to pan nie rozumie?! — wykrzyknął oburzony Draco, po chwili jednak zreflektował się – lepiej nie drażnić niezrównoważonego staruszka, którego obawia się sam Czarny Pan. — Wezwał mnie pan, panie dyrektorze, do swojego gabinetu, ponieważ widział pan moje dekoracje i nie zdobyły one pańskiego uznania.
— To prawda, panie Malfoy, widziałem dekoracje w Wielkiej Sali — Draco zwiesił smętnie głowę, jego gardło powoli zaczynało boleć, z pewnością zaważy to na płomienności jego kolejnej mowy obronnej — i uważam, że są absolutnie fantastyczne! — Dyrektor klasnął w dłonie, niczym pięcioletnie dziecko, które otrzymało nową zabawkę. — Cóż za pomysłowość! Innowacyjne podejście do tematu!
— Ale... ale w takim razie dlaczego pan mnie wzywał?
— I to jest w tym wszystkim najzabawniejsze – wcale pana nie wzywałem, a powinienem! Zdecydowanie powinienem! Cukrowe pióro? Ślimaka–gumiaka? Lodową mysz? Proszę się poczęstować, osiągnięcie takiego efektu zasługuje na całe pudełko słodyczy z Miodowego Królestwa!
Draco nadal nie mógł uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę, a nie jest jedynie imaginacją pijanego skrzata domowego — nie to, żeby miał jakiekolwiek doświadczenie w upijaniu tych niewinnych stworzeń. Dumbledore go docenił, pochwalił jego pomysłowość! Podlizywanie się Zdobywanie przychylności gryfońskiej siły wyższej faktycznie się opłaciło. Życie jest piękne! Wile śpiewają, Pansy morduje pierwszoroczniaków, a zbroje... Aargh! Wymazać z pamięci! Wymazać z pamięci w trybie natychmiastowym!
— ...lizaka o smaku krwi? — Dalej dopytywał dyrektor.
— Bardzo chętnie — odparł rozkojarzony Malfoy. Zagarnął wszystkie słodycze, które pojawiły się przed nim na biurku, gdyż był w stanie zbyt głębokiego szoku, żeby walczyć z przeraźliwą dobrodusznością Dumbledore'a i zaczął zmierzać w kierunku wyjścia. — I dziękuję — wyrwało mu się, nim zdążył zasłonić usta ręką. Miał ogromną nadzieję, że dyrektor tego nie słyszał, niestety po jego uśmiechu poznał, że wyczerpał już swój przydział szczęścia na jeden dzień.
— Nie ma za co, Draco, naprawdę nie ma za co. Ach! Może choć raz Severus nie będzie siedział taki nieszczęśliwy na świątecznym śniadaniu. Tak bym chciał... — Malfoy pospiesznie opuścił gabinet dyrektora. Był już tak straumatyzowany, że wystarczyło mu do końca życia. Wracał do lochów w tak znakomitym humorze, że w pewnym momencie zaczął nucić tę okropną piosenkę, śpiewaną przez zbroje. Wspaniałomyślnie nie nasłał nawet Irytka na ciągle tkwiących przy balustradzie Puchonów. Salazarowi niech będą dzięki! Kontinuum czasoprzestrzenne nie zostało zaburzone, a Draco wrócił do swojej postawy „Och! Jaki biedny ze mnie Ślizgon, którego nikt nie rozumie, a świat nienawidzi” w momencie, gdy poślizgnął się na jednej z plastikowych bombek, rozrzucanych po całym zamku przez poltergeista. Zdecydowanie zbyt bliska, jak na gust Malfoya, znajomość z marmurową posadzką przywróciła harmonię wszechświata.
— Od zawsze wiedziałem, że linie proste są po prostu złe! Gdyby miały włosy, to z pewnością byłyby rude! O tak, to muszą być jakieś krewne Weasleyów! — marudził, rozmasowując obolały tyłek. — Musisz być taka konserwatywnie płaska? Weź przykład ze swojej znajomej, ściany ze skrzydła szpitalnego, i zacznij falować czy coś. Naprawdę, gdyby ściany i podłogi falowały, moje życie stałoby się o wiele ła... — Draco zdecydowanie powinien przewidzieć, że dozna olśnienia w podobnych okolicznościach. Ściany nie falują! A Krukoni nie uśmiechają się podle! Chyba że są tą okropną Chang z ciągotkami do nekrofilii. Poza tym dyrektor go nie wzywał, co by oznaczało... — O Salazarze! O Merlinie! O Roweno! O Helgo! I niech ci będzie, siło wyższa, o Godryku! — Draco popędził w stronę skrzydła szpitalnego, po drodze uważnie rozglądając się, czy przypadkiem nie potknie się o kolejną niespodziankę Irytka lub, co gorsza, truchła martwych Gryfonów. Krew naprawdę ciężko schodzi z ubrań.

***

— NA GACIE MERLINA! CO TU SIĘ DZIEJE?! — krzyknął Draco, z hukiem otwierając drzwi do skrzydła szpitalnego. Niestety dramatyzm jego wielkiego wejścia został zniszczony, ponieważ huku jakimś cudem nie było. Za to ściana jęknęła. Dość osobliwe. Malfoy stwierdził jednak, że ma teraz ważniejsze sprawy na głowie niż dziwaczne zachowania powierzchni płaskich, nawet jeśli stają się one okazjonalnie falujące. Dlatego właśnie postanowił naprawić błąd wszechświata osobiście. Wyszedł ze skrzydła szpitalnego i ponowił swoje wielkie wejście:
— CO TU SIĘ DZIEJE?! — Tym razem usłyszał oczekiwany huk, który, co prawda, bardziej przypominał odgłos uderzania ludzkiego ciała o ścianę niż drzwi, ale liczył się sam efekt, szczegóły były w tym momencie nieistotne. Zwłaszcza że jego ojciec, który po zwolnieniu warunkowym powinien siedzieć w ich walijskiej posiadłości i uczyć się o zbawiennej mocy Zen, dusił właśnie Przyszłego Zbawcę Czarodziejskiego Świata. Nie byłby to widok zaskakujący czy nawet odrobinę interesujący, gdyby nie fakt, że włosy Malfoya Seniora, zamiast arystokratycznego platynowego blondu, miały odcień jaskrawej zieleni. Natomiast w kącie sali siedział Goyle, lekko się kiwając i błędnym wzrokiem wpatrując w walczącą dwójkę.
— Zabrali go, zabrali go... Mój skarb, moją miłość, światło mego życia — szeptał jak opętany. Cóż... Może leki podane mu przez panią Pomfrey były trochę za mocne? Draco potrząsnął głową, miał teraz bardziej niecierpiące zwłoki sprawy do załatwienia, które wymagały iście ślizgońskiego opanowania i zdolności do pertraktacji.
— OJCZE! Proszę, przerwij na chwilę pozbawianie życia Złotego Chłopca! Nie to żebym specjalnie przejmował się jego losem, ale dzięki jego dość wątpliwej, przyznaję, pomocy, moje piękne i szalenie ważne dla równowagi świata życie zostało ocalone, a Malfoyowie zawsze płacą swe długi, poza tym DLACZEGO TWOJE WŁOSY SĄ ZIELONE?! — Nawet ślizgońskie opanowanie natrafia czasem na sprawy, których wyższość musi uznać i usunąć się w cień.
— Draco, to nie jest do końca tak, jak myślisz — zaczął uspokajająco Lucjusz. — On się dusi!
— Właśnie widzę — młody Malfoy prychnął poirytowany, zdecydowanie nie lubił, gdy ktoś negował jego zdolności do dostrzegania rzeczy oczywistych. Wyciągnął różdżkę, może grożenie własnemu ojcu, zwłaszcza w okresie przedświątecznym, nie było zbyt mądrym posunięciem, jednak Draco zignorował logiczne podpowiedzi swojego genialnego umysłu. Ech, po co się tak stara? Potter pewnie nawet mu nie podziękuje. Lucjusz, widząc determinację syna, powoli odsunął się od Chłopca, Który Przeżył. Paradoksalnie, Gryfon zrobił się jeszcze bardziej czerwony, oczy zaczęły mu łzawić i... Tak, zdecydowanie...
— On się dusi! — wykrzyknął zszokowany Draco.
— To właśnie przed chwilą powiedziałem — mruknął Malfoy Senior, pocierając z irytacją skronie.
— Ale dlaczego on się dusi? Przecież już go nie dusisz!
— Od początku go nie dusiłem!
— Dusiłeś!
— Nie dusiłem!
Ich wymianę zdań przerwał nagły charkot, którego nie powstydziłaby się sama Pansy. Potter z głośnym kaszlnięciem wypluł na posadzkę coś, co bardzo przypominało kawałek tektury. Malfoyom nie było dane jednak się zbyt długie przyglądanie się obiektowi, gdyż zaraz rzucił się na niego Goyle.
— Mój skarb! — wykrzyknął. — Kochanie, co oni ci zrobili? — Pogłaskał pieszczotliwie kawałek papieru.
Lucjusz i Draco skrzywili się z obrzydzeniem. Potter nadal gwałtownie łapał oddech. Ściana już nie falowała. Draco wiedział, że wiele spraw wymaga wyjaśnienia, jednak jedna naprawdę nie mogła zaczekać.
— Ojcze, ale dlaczego twoje włosy są zielone?

***

Draco obudził się i stwierdził, że głośne sapanie nad uchem zdecydowanie nie będzie się zaliczało do jego ulubionych form pobudki. Spojrzał w prawo, gdzie Goyle w spokoju chrupał marchewkę — po krótkim, lecz intensywnym i, co tu dużo kryć, raczej dość toksycznym związku z kalendarzami adwentowymi, stwierdził, że słodycze czyhają na jego życie i postanowił przelać swą miłość na warzywa; Draco podejrzewał, że wpływ na to miała filozoficzna pogadanka, którą jego przyjaciel miał z Potterem, zanim oczywiście do akcji nie wkroczył jego ojciec — i przeglądał jakąś gazetę na temat diet, którą przyniosła Pansy. Dla zachowania równowagi czasoprzestrzeni, Draco spojrzał również w lewo, gdzie powinien leżeć Crabbe, właśnie — powinien, niestety nie leżał, zamiast niego w zasięgu wzroku Malfoya pojawiła się wkurzona, ciskająca piorunami z oczu, twarz Granger.
— Aaargh! — Draco kolejny raz w przeciągu kilku dni zaliczył bliskie spotkanie z posadzką obok swojego łóżka. — Granger! Co ty robisz w ślizgońskim dormitorium? Moje życie jest wystarczająco ciężkie bez widoku twojej uroczej osoby o poranku — westchnął cierpiętniczo.
— Malfoy, z łaski swojej, oszczędź mi tego bezsensownego gadania i rusz swój leniwy, arystokratyczny tyłek! Próba jasełek zaczyna się za pięć minut! — wrzasnęła mu do ucha Gryfonka.
— Toż to naprawdę wielkoduszne z twojej strony, Granger, że przyszłaś eskortować mnie osobiście.
— Święta coraz bliżej, a ty nie byłeś na żadnej próbie, Malfoy.
— Bo ktoś nie podał mi hasła do waszej przeklętej wieży!
— Ach, nie zachowuj się jak dziecko — warknęła. Ha! Już od trzeciej klasy wiedział, że drzemią w niej ukryte pokłady czystej agresji! — Poza tym twoja rola miała jedno zdanie, więc nie było potrzeby znoszenia twojej irytującej obecności od samego początku.
— Nie podoba mi się używanie przez ciebie czasu przeszłego. — To wszystko zaczynało być coraz bardziej podejrzane.
— Oficjalnie straciłeś rolę aniołka numer trzynaście...
— CO?! Nie możesz tego zrobić! Dumbledore mnie uwielbia! Moja dekoracje podbiły serce tego zwichrowanego starca!

BUM!

— Czy ty mnie właśnie uderzyłaś Historią Hogwartu, Granger?!
— Nie obrażaj Dumbledore'a, ty mała, tleniona fretko! — Gryfonka rzuciła się na niego z dzikim okrzykiem wojennym. Czysta agresja! Po chwili jednak się opanowała. — Niestety, nie da się ukryć, jakimś cudem udało ci się zaskarbić jego sympatię — westchnęła ciężko. — Dlatego to właśnie ty otrzymujesz rolę anielskiego guru. Gratuluję, niech żyje sprawiedliwość na tym świecie.
— Oszczędzić mi swojego marnego sarkazmu, poza tym czy ta rola nie była już obsadzona? — To wszystko było zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe.
— Tak, Ginny ją grała, ale zaginęła trzy dni temu. — Draco spodziewał się każdej reakcji ze strony Granger, ale z pewnością nie zwykłego wzruszenia ramionami.
— Weasley, zaginęła?! I tak jakby... jej nie szukacie?
— Zlekceważyła jasełka! A na domiar złego, zabrała Harry'emu pelerynę niewidkę! — Mina Gryfonki wyrażała kompletne potępienie dla postępowania najmłodszej latorośli rodu rudzielców.
— Nigdy nawet nie zbliżę się do zrozumienia waszej pokręconej, gryfońskiej logiki. — Draco westchnął ciężko, kierując się w stronę szafy. — Chwileczkę, Potter ma pelerynę niewidkę?!

BUM!

— A to za co?!
— Nie zadawaj głupich pytań, tylko się rusz.
— Wybacz, Granger, może twoje plebejskie standardy ci na to pozwalają, ale ja nie zamierzam paradować po korytarzach w piżamie!
Niecałe pół minuty później Draco stwierdził, że nawet jego arystokratyczny kanon zachowań może zostać lekko nagięty w sytuacji zagrożenia życia. Wleczony przez Gryfonkę, dziękował Salazarowi, że chociaż mógł założyć szlafrok. Kątem oka zauważył jakiś podejrzany ruch, ale stwierdził, że podwójne uderzenie Historią Hogwartu musiało uszkodzić mu narząd wzroku — przecież to niemożliwe, że jego ojciec, który na szczęście odzyskał swój naturalny kolor włosów, chował się za zbyt niską jodłą, w rękach trzymając podejrzanie wiercący się, zielony worek. Draco potrząsnął głową.
— Ślizgońscy i dumni — mruknął słabo.

A w następnym odcinku...
Ostatnio edytowano 18 gru 2012, o 18:51 przez Bang Bang, łącznie edytowano 1 raz
Combeferre sighed. "When was the last time you got a full night's sleep?"
"I'm a med student," said Joly, rubbing his eyes. "Sleep is surrender. Coffee is strength."
"Work is freedom," said Combeferre drily.
"Right." Joly nodded. "Sometimes, I forget you're a med student, too."

North London is red


Bractwo Bejsbola i Widła :pala:
Bang Bang Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2318
Dołączył(a): 3 paź 2011, o 21:19
Lokalizacja: Emirates Stadium

Postprzez Ter » 18 gru 2012, o 01:40

.
Ostatnio edytowano 31 maja 2015, o 22:01 przez Ter, łącznie edytowano 4 razy
Ter Offline


 
Posty: 645
Dołączył(a): 1 gru 2011, o 20:23

Postprzez Veldrin » 18 gru 2012, o 15:43

Draco w tym opowiadaniu to chyba najbardziej zakochany i zapatrzony w siebie dupek, jakiego w życiu widziałam. Jest pewniejszy siebie chyba bardziej niż Voldemort :D

Stracił idealny sposób na utwierdzanie się w przekonaniu, czy ktoś go nie śledzi, bo przecież nie mógł się co chwilę oglądać przez ramię! To byłoby zbyt podejrzane, poza tym z pewnością spłoszyłoby potencjalnych prześladowców, a tych na pewno było wielu. Ktoś tak popularny i uwielbiany jak Draco Malfoy miał sporą grupkę psychofanów — mroczna strona bycia sławnym.


Tak, zdecydowanie jest gorszy niż Voldemort i Lockhart razem wzięci :D

Uwielbiam jego rozmyślania i sposób w jaki traktuje inne osoby. Jego porównania, na przykład Pansy do wilkołaka, są bezcenne. Oczywiście on wie, że nie ma tym za grosz logiki, no ale to Malfoy :D Jego lament w gabinecie dyrektora to naprawdę było coś. Użalanie się nad sobą i zwalanie winy na Pottera ma we krwi. Pomysł, z tańczącymi i śpiewającymi zbrojami jest świetny. Boże i ta piosenka... nie dziwie się, że uważa iż Albus to stary zboczuch :)

— Nie ma za co, Draco, naprawdę nie ma za co. Ach! Może choć raz Severus nie będzie siedział taki nieszczęśliwy na świątecznym śniadaniu. Tak bym chciał... — Malfoy pospiesznie opuścił gabinet dyrektora. Był już tak straumatyzowany, że wystarczyło mu do końca życia.


To naprawdę jest ponad moje siły. Jeżeli jeszcze gdzieś przeczytam, o insynuacji zauroczenia Severusem, to chyba zejdę na zawał.

— Od zawsze wiedziałem, że linie proste są po prostu złe! Gdyby miały włosy, to z pewnością byłyby rude! O tak, to muszą być jakieś krewne Weasleyów! — marudził, rozmasowując obolały tyłek. — Musisz być taka konserwatywnie płaska? Weź przykład ze swojej znajomej, ściany ze skrzydła szpitalnego, i zacznij falować czy coś.


To jest tak nielogiczne, że aż logiczne :D Uwielbiam gdy Malfoy prowadzi monolog. Zwłaszcza z rzeczami martwymi :hahaha:

Wejście Draco do skrzydła szpitalnego jest mistrzowskie. Pomińmy to, że za pierwszym razem nie wyszło tak jak chciał i powtórzył cały zabieg, co w mojej wyobraźni wyglądało naprawdę komicznie.
Lucjusz z zielonymi włosami. No nieeee, świat się kończy :) Rozmowa o duszeniu, czy też nie duszeniu Pottera była taka elokwentna, jak na arystokratów przystało.

— On się dusi! — wykrzyknął zszokowany Draco.
— To właśnie przed chwilą powiedziałem — mruknął Malfoy Senior, pocierając z irytacją skronie.
— Ale dlaczego on się dusi? Przecież już go nie dusisz!
— Od początku go nie dusiłem!
— Dusiłeś!
— Nie dusiłem!


Chyba mi się mózg przepala ;)
To oczywiste że kolor włosów ojca jest ważniejszy od wszystkiego innego. No bo to przecież codzienność, że Harry'emu coś zagraża, ale zielone włosy u Malfoya? Toż to skandal.
Wściekła Hermiona jest urocza. Nie dziwię się, że nawet Draco się jej boi.

Ten rozdział był świetny :)
Pozdrawiam
- Chciałbym z tobą pogadać, Draco.
- To dobrze, bo gdybyś tak od razu chciał się na mnie rzucić i przelecieć pod ścianą, musiałbym stanowczo powiedzieć 'nie'. Nie jestem taki łatwy. - Draco namyślał się chwilę, taksując Harry'ego wzrokiem. - Kłamałem. Jestem łatwy. Możesz mnie przelecieć bez gadania.
Veldrin Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 535
Dołączył(a): 30 lis 2012, o 10:43
Lokalizacja: K-ce

Postprzez byarenlight » 18 gru 2012, o 21:40

Czytam właśnie jedną z najbardziej popierdzielonych książek w życiu ("My" Jewgienija Zamiatina, nie polecam :P) i feta bardzo przyjemnie mnie od tego odciągnęła. Wreszcie mogę czytać coś, co nie zawiera w sobie ani grama irytująco matematycznych porównań i metafor.
No, było coś o płaskich powierzchniach, ale wybaczam.

BB, nie transportuj się na Grenlandię, zostań, gdzie jesteś. Hańby sobie nie przyniosłaś, co to, to nie. Czytało się szybko, styl masz bardzo przyjemny i dziwi mnie, żeś jeszcze nie opublikowała żadnego drarry... (czy też, ech, "eamura" :P)
Fragment, który absolutnie mnie zauroczył, to ten, w którym Lucjusz i Draco dyskutują nad nie-duszeniem:
— On się dusi! — wykrzyknął zszokowany Draco.
— To właśnie przed chwilą powiedziałem — mruknął Malfoy Senior, pocierając z irytacją skronie.
— Ale dlaczego on się dusi? Przecież już go nie dusisz!
— Od początku go nie dusiłem!
— Dusiłeś!
— Nie dusiłem!

Ale i dziwi mnie niezmiernie, że Lucjusz Pottera NIE dusił, tylko chciał go uratować. Mój Boże, może to nie Lucjusz? No bo zielone włosy? Wyczuwam intrygę!

Masz miliard punktów za Last Christmas <3 Trudno o piosenkę bardziej kojarzącą się ze świętami. Komentarz Ter był długi i nie przeczytałam go całego (huehuehue xD), ale wyłowiłam, że pochwaliła Cię za świąteczny klimat i ja również Cię za to chwalę. Poza tym tyrada Draco w gabinecie dyrektora... No i kolejna wzmianka o Snapie, muahaha ]:-> Raduje się moje serce na tak szalone aluzje.
Granger świetna! Nie podejrzewałam jej o taką agresję, ale prawdę mówiąc, Malfoyowi należy się kilka ciosów w łepetynę. I dlaczego, pytam się, dostał rolę anielskiego guru? Takiemu to się zawsze uda, choćby nie wiem co!
Z początku strasznie nie ogarniałam z tą ścianą, i myślę - chory ten Malfoy czy co? Nachlał się czegoś? Ankieta coś niecoś otworzyła mi oczy :P
I Ginny, która zaginęła? BB, lubisz mieszać, widzę... I dobrze, dobrze, bo o czymś ta feta musi być.
- Ty byłaś kiedyś nastolatką. Powiedz, jak mam sobie poradzić z Astor?
- Spróbuj z nią porozmawiać.
- Kiedy ostatnio próbowałem, powiedziała, że mnie nienawidzi i przeniosła się do Orlando.
- To teraz masz drugą szansę. Podziel się z nią czymś... Co robiłeś w jej wieku...
- Zabiłem psa sąsiadów.
- Tego lepiej jej nie mów.
byarenlight Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 1436
Dołączył(a): 9 sie 2011, o 20:07
Lokalizacja: względna

Postprzez diesirae » 19 gru 2012, o 00:23

Ale dlaczego on się dusi? Przecież już go nie dusisz!


Ten fragment wygrywa wszystko :)
Świetny odcinek, najbardziej podoba mi się właśnie ten i pierwszy autorstwa Bya
Jednak z niecierpliwością czekam na jakieś rozwinięcie interesującego nas wątku, tym samy apeluję do następnego autora: poproszę :oops:
"I'm, er, Harry Potter. And my intellect hasn't really progressed from the age of twelve. I really like, um, Quidditch, and also, evil is bad. Hermione's really more into the brainy stuff. Thank you for your time."
Obrazek

"- It's complicated
- I love complicated"

diesirae Offline

Avatar użytkownika
Mistrzyni Zlotów
 
Posty: 996
Dołączył(a): 12 paź 2012, o 19:11
Lokalizacja: Poznań

Postprzez AnQa » 19 gru 2012, o 17:16

Wracam do części nr 2 :)

Jak napisała Kaczalka, schludnie i ładnie stylistycznie, ale właściwie o niczym. Niemniej jednak, doświadczona beta byłaby w tym momencie mile widziana, ale kojarzę, że wówczas nikt nie kwapił się do pomocy. Ja, z moją przedziwną składnią, miałabym ochotę zmienić wiele rzeczy. Wiele. Bo lepiej by wyglądało, bo miałoby więcej sensu. Wyłapałam też kilka literówek lub innych drobnych błędów.

O! Raz się uśmiechnęłam, ale to trochę mało w porównaniu z pierwszym fragmentem.

Demente, pisz dalej. Praktyka czyni mistrza :)
'Everyone, no matter how refined, had a stash of porn.' - Mark Vincent
"No One Should Be Alone" by Tinnean
AnQa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 126
Dołączył(a): 10 paź 2012, o 18:48

Postprzez Ka » 21 gru 2012, o 23:19

Przepraszam — ten odcinek nie wygląda ani trochę tak, jakbym sobie tego życzyła. Jeżeli ktoś ma ochotę zapoznać się z długą i barwną listą wymówek, zapraszam na pm. ;) Niebetowane.


Odcinek szósty


Lucjusz ostrożnie wychylił się zza jodełki i spojrzał wgłąb korytarza akurat w porę, żeby zobaczyć, jak Granger znika za rogiem, pociągając Draco za sobą zdecydowanym szarpnięciem za pasek jego szlafroka. Lucjusz postanowił, że w czasie przerwy świątecznej koniecznie musi porozmawiać z Draco o tym, co wypada, a czego nie wypada robić młodym dziedzicom Malfoyów. Paradowanie po korytarzu w szlafroku i kapciach, doprawdy! Chwilowo jednak Lucjusz nie czuł się zbyt pewnie w kwestii pouczania kogokolwiek na temat wyglądu. Chociaż pani Pomfrey udało się odczarować jego włosy, nadal nie mógł się powstrzymać od zerkania na swoje kosmyki, żeby upewnić się, że potworny zielony zniknął i jego włosy są tak blond, jak zwykle.

Wbrew plotkom, Lucjusz nie miał wcale niezdrowej obsesji na punkcie swojego wyglądu. Po prostu zdawał sobie sprawę z władzy, jaką mógł on zapewnić. Pieniądze i pochodzenie były w stanie załatwić wiele rzeczy, ale odpowiednia prezencja i władcze spojrzenie często sprawiały, że po sakiewkę nawet nie trzeba było sięgać.

Zielone włosy zdecydowanie nie zaliczały się do kategorii "odpowiednia prezencja" i Lucjusz nie był uszczęśliwiony, kiedy poprzedniego dnia, zmierzając do komnat Severusa potknął się o złośliwe zaklęcie koloryzujące podłożone zaraz przy wejściu do lochów. Czym prędzej, żeby uniknąć dostrzeżenia przez jakiegoś Ślizgona, przemknął się do znajomej wnęki w murze i wymruczał hasło. Drzwi uchyliły się bezszelestnie — Severus nie cierpiał skrzypienia, tak samo, jak nie cierpiał wszystkich dźwięków, które mogły nieopatrznie zdradzić jego położenie. Sam był wyczulony na najcichsze odgłosy i oczywiście kiedy Lucjusz wślizgnął się do środka, Severus już tam był, oparty o framugę drzwi do prywatnych komnat. Przyglądał się Lucjuszowi z uniesioną brwią.
— Miałeś ochotę uczcić przynależność domową?
— Nie, miałem ochotę poudawać Grincha. Wiem, jak bardzo nienawidzisz Świąt, więc w tym roku postanowiłem je ukraść.
— Jestem wzruszony. Herbaty?
— Poproszę. Ale czy mógłbyś najpierw...
— Niestety. Nie działają na to żadne eliksiry, a Poppy jak oka w głowie strzeże przeciwzaklęcia. Będziesz musiał przejść się do skrzydła szpitalnego.
Oczywiście, że Severus wiedział dokładnie, co trafiło Lucjusza, i oczywiście, że bardzo go to bawiło — kącik ust nawet mu nie drgnął, ale Lucjusz był pewien, że ten drań w głębi ducha umiera ze śmiechu. Całkiem jakby paradowanie po zamku w zielonych włosach nie stanowiło rażącego zagrożenia dla tajemnicy, w której starali się utrzymać swoje spotkania.

I tak oto Lucjusz wylądował w skrzydle szpitalnym, akurat na czas, żeby powstrzymać Harry'ego Pottera przed uduszeniem się kawałkiem kalendarza. Złoty Chłopiec został uratowany, włosy zostały odczarowane, w całym zamieszaniu nikt nie zadawał Lucjuszowi pytań na temat jego obecności w Hogwarcie, i wszystko skończyłoby się dobrze... gdyby nie to że, jak wiadomo, idea jest najbardziej żywotnym pasożytem. Teraz, kiedy już o tym wspomniał, Lucjusz nie mógł powstrzymać myśli, że Severus naprawdę nie lubił Bożego Narodzenia i każdego roku wyglądał tym bardziej ponuro, im mniej dni dzieliło ich od Świąt. Ponuractwo stanowiło niewątpliwie część jego uroku, ale czy nie byłoby miło, gdyby chociaż raz oszczędzić mu męczarni przeżywania świąt w Hogwarcie? Nikt nie musiałby wiedzieć, kto za tym stoi. Lucjusz był pewien, że potrafi być bardzo dyskretny. Gdyby tylko wymyślić jakiś sprytny plan...

Sprytny plan, jak się okazało, zaprowadził go prosto za niską jodełkę. Lucjusz patrzył w ślad za swoim pierworodnym, trzymając w ręku worek z wiercącym się skrzatem, i zastanawiał się, w którym momencie takie sytuacje stały się elementem jego życia. Do czego też może doprowadzić jedno niewinne zaklęcie koloryzujące...

***

Gdyby Draco był tego dnia na śniadaniu, na pewno zorientowałby się, że coś jest nie tak. Usiadłby przy stole, obrzucił wszystkich władczym spojrzeniem i sięgnął po słoik z dżemem... a raczej sięgnął by w miejsce, gdzie słoik z dżemem zwykł stać, i jego ręka napotkałaby powietrze. Draco rozejrzałby się sfrustrowany, a kiedy po paru minutach okazałoby się, że na całym stole Slytherinu nie ma ani słoiczka dżemu, Draco wiedziałby — wiedziałby — że dzieje się coś poważnego.

Ale Draco nie poszedł na śniadanie — zamiast tego był w wieży Gryffindoru na próbie jasełek, całkowicie nieświadomy braków w śniadaniowym menu. W wielkiej sali kilkoro uczniów było zmuszonych zjeść tosty z marmoladą, ale żadne z nich nie przywiązało do tego faktu należytej wagi, zbyt rozproszeni biegającymi dookoła pająkami w świątecznych czapeczkach.

***

W czasie obiadu nie pojawił się Squirt* i tarta melasowa, ale nikt poza Harrym Potterem nie zwrócił na to szczególnej uwagi.

***

Po południu Dumbledore nieoczekiwanie wezwał do siebie wszystkich prefektów. Draco pomyślał, że w ciągu wszystkich lat spędzonych w Hogwarcie nie był w gabinecie dyrektora tak często, jak w ciągu ostatniego tygodnia.
— Moi drodzy — powiedział Dumbledore i Draco wydało się, że wygląda na starszego i bardziej zafrasowanego, niż kiedy rozmawiał z nim zaledwie poprzedniego dnia. — Nie chcę wzbudzać paniki, więc to, co wam powiem, musi być zachowane w tajemnicy. Uznałem jednak, że powinniście wiedzieć. W ciągu ostatniej doby z Hogwartu zniknęło przynajmniej dwadzieścia skrzatów domowych. Wraz z nauczycielami staramy się ustalić, co się z nimi stało, ale chwilowo jesteśmy bezradni. Zależy mi jednak, żeby przygotowania do świąt przebiegły bez zakłóceń — panika tylko utrudniłaby poszukiwania. Zwłaszcza nie chcę niepokoić młodszych uczniów i ich rodziców. Dlatego liczę na was, że pomożecie z wykonaniem obowiązków skrzatów, które zniknęły. Każde z was dostanie kartkę świąteczną, na której będą pojawiać się kolejne zadania. Jestem pewien, że poradzicie sobie doskonale... kto wie, może nawet odkryjecie, że to świetna zabawa!

***

— To chyba jakaś kpina! Mamy pracować jak skrzaty domowe?
— Dobrze ci to zrobi, Malfoy. Uważam, że wszyscy powinni poczuć na własnej skórze, jak ciężki jest żywot skrzata!
— Kiedy tylko mój ojciec się o tym dowie...
— Po tym, jak traktował biednego Zgredka, twój ojciec może... O, cześć Harry!
— Hermiona! I co, dowiedziałaś się czegoś?
— Skrzaty znikają z Hogwartu i mamy...
— Granger! Czy mi się wydawało, czy to miała być tajemnica? Ze wszystkich ludzi akurat panna mądralińska łamie słowo dane dyrektorowi?
— Dyrektor ufa Harry'emu, na pewno nie miał na myśli...
W tym momencie z korytarza prowadzącego do wielkiej sali wybiegł zdyszany Goyle.
— Draco! Nie ma kawy!
Draco gwałtownie zatrzymał się w miejscu. Goyle jakby zmalał pod jego spojrzeniem.
— Nie ma. Przy żadnym stole. Pudding też zniknął. I sos czekoladowy...
— A na obiedzie nie było tarty! — dorzucił Harry z oburzeniem. Goyle popatrzył na niego, jakby nagle odnalazł bratnią duszę.
— A rano dżemu — podpowiedział z żałosną miną. — Dżem zawsze był...
Hermiona zmarszczyła czoło w zamyśleniu.
— Myślę, że to nie jest przypadkowe. Dżem, tarta, kawa, pudding... myślę, że ktoś bardzo dobrze wiedział, czym zajmują się konkretne skrzaty i czym poskutkuje ich zniknięcie.
— To porwanie! W zamku jest porywacz, który sabotuje święta!
Z tymi słowy Harry wyszarpnął różdżkę, a Draco odruchowo zrobił to samo, zanim zorientował się, że tym razem Harry wcale nie zwraca się przeciwko niemu, tylko przeciwko rzekomemu porywaczowi. W efekcie wyglądało to, jakby Draco zaoferował się wyruszyć z Harrym do boju. Sekundę później Hermiona i Goyle też wyciągnęli swoje różdżki, i cała czwórka stanęła ramię w ramię na szkolnym korytarzu.
— Pokażemy temu gadowi, czym kończy się zadzieranie ze skrzatami domowymi!

A w następnym odcinku...


* Dla wszystkich nieświadomych, Squirt to napój, który pojawia się w "A Very Potter Musical" jako ulubiony napój Harry'ego (którego nikt inny nie może znieść).
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez Veldrin » 22 gru 2012, o 08:04

To chyba najkrótszy rozdział, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Całkiem zabawny, lekko napisany i ciekawy. Wszystkie informacje z ankiety opisałaś zwięźle, schludnie i nie przeciągałaś niepotrzebnie co jest nawet plusem :)
Gdybym chciała wypisać każde zdanie jakie mi się podobało musiałabym skopiować połowę tekstu, więc daruje to sobie, ale Lucjusz ze swoim rozumowaniem jest świetny :hahaha:

— To porwanie! W zamku jest porywacz, który sabotuje święta!
Z tymi słowy Harry wyszarpnął różdżkę, a Draco odruchowo zrobił to samo, zanim zorientował się, że tym razem Harry wcale nie zwraca się przeciwko niemu, tylko przeciwko rzekomemu porywaczowi. W efekcie wyglądało to, jakby Draco zaoferował się wyruszyć z Harrym do boju. Sekundę później Hermiona i Goyle też wyciągnęli swoje różdżki, i cała czwórka stanęła ramię w ramię na szkolnym korytarzu.
— Pokażemy temu gadowi, czym kończy się zadzieranie ze skrzatami domowymi!


To musiałam skopiować, bo czytałam ten fragment chyba z pięć razy i ciągle nie mam go dosyć :D
Draco jest boski! :devil:

Pozdrawiam ;)
- Chciałbym z tobą pogadać, Draco.
- To dobrze, bo gdybyś tak od razu chciał się na mnie rzucić i przelecieć pod ścianą, musiałbym stanowczo powiedzieć 'nie'. Nie jestem taki łatwy. - Draco namyślał się chwilę, taksując Harry'ego wzrokiem. - Kłamałem. Jestem łatwy. Możesz mnie przelecieć bez gadania.
Veldrin Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 535
Dołączył(a): 30 lis 2012, o 10:43
Lokalizacja: K-ce

Postprzez byarenlight » 22 gru 2012, o 13:49

Boże, Kaaaa, cudownie piszesz. Masz tak lekki i niewymuszony styl, że czytać Cię to sama przyjemność <3 Ale błędziki Ci się gdzieś wkradły.
okazałoby się, że na całym stole Slytherinu nie ma ani słoiczka dżemu

zjadłaś "jednego"

Lubię Twojego Lucjusza, który chce zabawić się w Grincha, by sprawić przyjemność Severusowi. To takie, takie... rozkoszne. Ogólnie lubię Lucjusza, ale w drarry często robi się z niego potwora, który nie szanuje swojego dziecka, żony i tak dalej. Tutaj jest spoczko! Fajne aluzje do AVPM i wszystkich drarry pełnych kawy. Część jest krótka, ale bronisz się stylem i tym, że nie było tzw. "pierdzielenia o niczym".
- Ty byłaś kiedyś nastolatką. Powiedz, jak mam sobie poradzić z Astor?
- Spróbuj z nią porozmawiać.
- Kiedy ostatnio próbowałem, powiedziała, że mnie nienawidzi i przeniosła się do Orlando.
- To teraz masz drugą szansę. Podziel się z nią czymś... Co robiłeś w jej wieku...
- Zabiłem psa sąsiadów.
- Tego lepiej jej nie mów.
byarenlight Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 1436
Dołączył(a): 9 sie 2011, o 20:07
Lokalizacja: względna

Postprzez Aevenien » 25 gru 2012, o 22:36

Taak, nie zabijajcie mnie proszę, ale rodzinka przyszła o świcie i siedziała do nocy, co nieco popsuło mi moje pisarskie plany. Wybaczycie mi 12-godzinne opóźnienie, prawda?
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Bang Bang » 26 gru 2012, o 01:07

Ka, po zeszłorocznej drarrofecie kompletnie zakochałam się w Twoim stylu i z ogromną niecierpliwością czekałam na ten odcinek. Może i był krótki, ale jego klimat, lekkość i zgrabność sprawiły, że na ten drobny mankament jakoś nie zwróciłam uwagi. Cieszę się, że cudownie wybrnęłaś z tego małego bagna, które stworzyłam i... O borze zielony i wielki! Lucjusz! Właśnie się w nim zakochałam. Pewnie miłość do niego przejdzie mi, gdy tylko znowu natknę się na Związanych, ale na razie niech trwa i ma się dobrze. Humorystyczne, cieplutkie i zostawiające duże pole do popisu kolejnym autorką. Brawo! :D

— A na obiedzie nie było tarty! — dorzucił Harry z oburzeniem. Goyle popatrzył na niego, jakby nagle odnalazł bratnią duszę.
— A rano dżemu — podpowiedział z żałosną miną. — Dżem zawsze był...


Goyle :serce: . Jednak jego kocham bardziej niż Lucka ;).

I ja tam, Droga Macko, nie mam pretensji, bo przynajmniej zdążyłam skomentować ostatni odcinek fety- dużo Weny!
Combeferre sighed. "When was the last time you got a full night's sleep?"
"I'm a med student," said Joly, rubbing his eyes. "Sleep is surrender. Coffee is strength."
"Work is freedom," said Combeferre drily.
"Right." Joly nodded. "Sometimes, I forget you're a med student, too."

North London is red


Bractwo Bejsbola i Widła :pala:
Bang Bang Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2318
Dołączył(a): 3 paź 2011, o 21:19
Lokalizacja: Emirates Stadium

Postprzez Aevenien » 26 gru 2012, o 12:29

Wybaczcie to spóźnienie i jakość odcinka, w tym roku nie tylko zapomniałam, że pisanie mi nie wychodzi, ale dodatkowo umknął mi fakt, że w święta ciężko wyrwać się od stołu i rodzinki, żeby w spokoju popisać. No cóż, wyszło jak wyszło. Ka dziękuję za rzucenie okiem i wsparcie moralne :*
I nie, nie wiem czemu jest tu większe Lucjusz/Severus niż drarry XD



Odcinek siódmy



Jednak mimo tego zgrania w imię wyższego dobra, nawet jeśli nie było to zgranie do końca świadome, nie było im dane zrealizować swojej groźby. Po pierwsze, nie było żadnego gada, któremu mogliby cokolwiek pokazać. A przynajmniej nie było go nigdzie w zasięgu wzroku. Po drugie, sami do końca nie wiedzieli, czym miałoby się kończyć owe zadzieranie ze skrzatami, a nawet jeśli mieli o tym jakieś mgliste pojęcie, każdy z nich miał inne mgliste pojęcie, co w momencie realizacji tego odwetu nastręczyłoby zapewne dosyć sporych problemów logistyczno—technicznych. A po trzecie, po kilkunastu sekundach ta wywołana pierwotnym odruchami i ślepym instynktem gotowość do walki nieco osłabła. Działo się tak między innymi dlatego, że wpatrywanie się z mordem w oczach w pusty korytarz nie było zbyt ciekawe. Goyle znudził się już po dziesięciu sekundach i jego myśli powędrowały w stronę spoczywających bezpiecznie pod łóżkiem marchewek . Draco i Harry po dwudziestu sekundach zorientowali się, że stoją nieco zbyt blisko siebie, więc odsunęli się gwałtownie, przez co Harry wpadł na Hermionę, a Draco na Goyle’a. Goyle natomiast, zbyt zamyślony, żeby zachować równowagę, poleciał na ścianę. Ściana jęknęła i zafalowała . Zdezorientowany Goyle odruchowo wyrżnął w nią łokciem. Co okazało się dobrym posunięciem, bo ściana przestała falować i wydawać z siebie niepokojące odgłosy. Nikt oprócz Goyle tego jednak nie zauważył i tajemnica już niefalującej ściany dalej pozostała nierozwikłana .
Hermiona pozbierała się pierwsza, obdarzając Harry’ego niezadowolonym spojrzeniem. Harry w odpowiedzi wskazał głową Malfoya, jasno dając do zrozumienia, że to wszystko wina Ślizgona. Draco, niezrażony tym pełnym gryfońskiego wyrzutu spojrzeniem, z godnością wygładził szaty, patrząc ze zniecierpliwieniem na Goyle’a, który lekko lękliwie oglądał się co chwilę na ścianę za swoimi plecami.
— No dobrze — zaczęła Hermiona. — Potrzebujemy jakiegoś planu. Musimy znaleźć porywacza.
— Naprawdę? — prychnął Draco z irytacją. — Sam nigdy bym na to nie wpadł. —Mając jednak w pamięci dość bolesne spotkania z Historią Hogwartu, powstrzymał się od dalszych komentarzy. Co prawda Granger nie trzymała opasłego tomiska nigdzie na wierzchu, ale wolał nie ryzykować.
Hermiona zignorowała go, zwracając się do Harry’ego.
— Co o tym myślisz?
Draco znowu miał ochotę skomentować bezsensowność tego pytania, bo nawet zakładając, że w łepetynie Pottera działo się coś zbliżonego do procesu myślowego, zupełnie nie interesowało go, co to mogło być.
Harry natomiast poprawił okulary i najwyraźniej doznał jakiegoś olśnienia, którym zdecydował się z nimi podzielić.
— Wydaje mi się, że ten tajemniczy ktoś mógł też porwać Ginny.
W tym momencie Draco miał ochotę walnąć głową w ścianę. Nadzieja czarodziejskiego świata, cóż, przynajmniej tej głupszej części czarodziejskiego świata, zamiast skupiać się na ważniejszych kwestiach, takich jak brak dżemu truskawkowego, kawy czy innych niezbędnych do przeżycia produktów żywnościowych, myślała tylko o rudej paskudzie . Draco zbierało się od tego na wymioty.
— A Ginny zabrała moją pelerynę niewidkę. Która jest mi bardzo potrzebna.
Draco lekko oniemiał. Oto Gryfon, ulubieniec Dumbledore’a o rzekomo złotym sercu, przedkładał swoją pelerynę niewidkę nad siostrę najlepszego przyjaciela. Cóż, w sumie było to doskonale zrozumiałe, ale wyłącznie ze ślizgońskiego punktu widzenia. A więc w ustach Pottera brzmiało to dosyć niespodziewanie i co gorsza, niepokojąco.
Granger chwała Merlinowi nie łamała żadnych utartych schematów.
— O Boże! A ja posądziłam ją o miganie się od jasełek!
Jakby w tym momencie kogokolwiek obchodziły jeszcze te nudne jasełka, pomyślał Draco.
Potter położył jej uspokajająco dłoń na ramieniu.
— Spokojnie, na pewno się znajdzie. Chyba że porywaczowi zależało tylko na pelerynie.
Hermiony jakoś to nie uspokoiło, ale Potter tego nie zauważył. Draco nawet go rozumiał. Jakby sam miał pelerynę niewidkę, to oczywiście nigdy by jej nie zgubił. Ale jeśli ktoś by mu ją ukradł, podstępnie wykorzystując pozycję młodszej siostry najlepszego przyjaciela, Draco też by się tym zmartwił. I o ile samo zaginięcie dwulicowego złodzieja mogło w tej sytuacji cieszyć, to fakt, iż peleryna zaginęła razem z nim już nie.
Granger najwidoczniej ochłonęła nieco i przestała zamartwiać się swoimi niecnymi posądzeniami. A może po prostu zorientowała się, że w obliczu zniknięcia większości skrzatów zniknięcie jednej Gryfonki, do tego rudej, nie było czymś wartym uwagi. Przede wszystkim ważne było jednak to, że Granger ruszyła w końcu głową.
— Powinniśmy pójść do kuchni i zobaczyć, co tam się dzieje.
Draco spojrzał na nią z niechętnym uznaniem. Raz, nie zaproponowała pobiegnięcia do Dumbledore’a, co już samo w sobie było miłą niespodzianką. Dwa, skoro proponowała pójście do kuchni, musiała wiedzieć, gdzie owa kuchnia się znajduje i co ważniejsze, jak się do niej dostać. Trzy, kiedy będą już w kuchni, być może znajdzie się tam dżem truskawkowy, a Draco nie miałby nic przeciwko małemu tostowi z dżemem. W końcu należało mu się coś za współpracowanie z Gryfonami, prawda?
Harry tylko kiwnął głową, przeżywając pewnie żałobę po swojej pelerynie niewidce, a Goyle wyglądał na bardzo zadowolonego, że ruszą się z tego korytarza. Draco nie rozumiał tylko, czemu z takim uporem wpatruje się w ścianę, ale wolał nie pytać.
Ruszyli więc razem do kuchni.


***

Lucjusz tymczasem klął na czym świat stoi. Że też zachciało mu się niszczyć święta! I to po co! Żeby zrobić przyjemność Severusowi, doprawdy. Chociaż mogło mu się to jeszcze opłacić, zakładając, że uda mu się zrealizować swój plan. A biorąc pod uwagę to, że plan ten był raczej prowizoryczny i nieprzemyślany, nie stwarzało to najlepszych nadziei na przyszłość. Lucjusz jednak nie zamierzał się poddawać. Nawet jeśli rzucające się w worku skrzaty co chwila obijały mu się o łydki. Ze zrezygnowanym westchnieniem ruszył w stronę schowka na szóstym piętrze, żeby wrzucić tam złapane przez ostatnią godzinę skrzaty. Proces ten nie był zbyt łatwy, bo kiedy tylko otworzył drzwiczki, rzuciły się na niego wcześniej już zniewolone stworzenia. Najwidoczniej kilkugodzinne nic nierobienie mocno im zaszkodziło, bo wydawały się być w amoku i każdy z nich mamrotał coś pod nosem. Jeden rzucił się nawet na jego nogę i wczepiwszy się w sznurówki czarnych butów, łkał rozpaczliwie, błagając, żeby Lucjusz go wypuścił, bo on musi, koniecznie musi zanieść do Wielkiej Sali dżem truskawkowy. Lucjusz strząsnął go z trudem i z jeszcze większym trudem wydostał się ze schowka, cudem zamykając za sobą drzwi. Być może trzymanie skrzatów w tym miejscu nie było najlepszą opcją. Ale przetransportowanie ich w inne miejsce nie wchodziło na tym etapie w rachubę\. Poza tym poświęcił dobre trzydzieści minut na obkładanie schowka najróżniejszymi zaklęciami, aby skrzaty nie zdołały się wydostać. I były to naprawdę dobre czary, bo opętane świąteczną gorączką skrzaty najwidoczniej były gotowe na wszystko. Byleby tylko mogły zabrać się do swoich obowiązków. Lucjusz z grymasem na twarzy pomasował lewą łydkę.


***
Ron był niepocieszony. Na obiedzie nie było jego ulubionych kiełbasek. Hermiona poszła na jakieś super ważne spotkanie perfektów. Harry rozpaczliwie poszukiwał swojej peleryny. Nawet Ginny gdzieś zniknęła i choć Ron wcale za nią nie tęsknił, posiadanie młodszej siostry w chwilach ogólnożyciowej frustracji było pozytywnym aspektem, bo mógł, bez większych wyrzutów sumienia, wyładować się na niej. Poza tym przedłużające się zaginięcie najmłodszej latorośli rodu Wealseyów, znając jego matkę, zostanie zwalone na niego. I tak zostanie jedynym Wealseyem, który zdołał zgubić własną siostrę w Hogwarcie. I nie będzie miało znaczenia to, że Ginny sama się zgubiła ani to, że nikt tego nie zauważył.

***

Zamek tymczasem pogrążał się w coraz większym chaosie. Znikały świąteczne dekoracje, gasły świece, w łazienkach brakowało ręczników, a posiłki w Wielkiej Sali stawały się coraz skromniejsze. W dormitoriach i pokojach wspólnych rozprzestrzeniał się bałagan. Uczniowie stawali się niespokojni, a nauczyciele pojawiali się na zajęciach z podkrążonymi oczami.

***

Lucjusz, po złapaniu ostatniego skrzata, a było małych gnojków równo trzysta czterdzieści siedem, czuł znajome i jakże mile widziane uczucie satysfakcji. Nie ma szans, żeby w takim chaosie ktokolwiek myślał o organizowaniu świąt. Co prawda jakiś czas temu w Wielkiej Sali pojawiły się jakieś szkaradne ohydztwa, które chyba miały być dekoracjami, ale nawet Severus z całą swoją nienawiścią do Świąt nie uznałby, że zawierały one w sobie choćby najmniejszy świąteczny pierwiastek, więc nie miało to znaczenia. Święta w Hogwarcie zostały oficjalnie odwołane.
Lucjusz przemknął się do komnat Severusa, rozglądając się czujnie na boki, żeby uniknąć kolejnego zamachu na swoje włosy.
Kiedy jednak znalazł się w przytulnym, choć nieco mrocznym salonie Mistrza Eliksirów, czekała go niespodzianka. Severus bynajmniej nie wyglądał na zadowolonego.
— Chyba sobie żartujesz — warknął na powitanie.
Lucjusz zachowując obojętny wyraz twarzy, uniósł pytająco lewą brew.
— Ukradłeś święta.
Do lewej brwi dołączyła prawa.
— Nie mam pojęcia, o czym mówisz — powiedział Lucjusz niewinnym tonem.
Severus przewrócił oczami.
— Nawet nie udawaj. W innych okolicznościach z chęcią okazałbym moje uznanie, a może nawet wdzięczność, ale niestety, Albus jest przekonany, że to sprawka Czarnego Pana. Co jak sam się domyślasz całkowicie zmienia postać rzeczy.
Lucjusz skrzywił się. Czyli cała jego praca na marne, a to tylko dlatego, że stary Dumbledore był paranoikiem i po piętnastu latach nadal w każdej odbiegającej od normy sytuacji wypatrywał wielkiego powrotu Czarnego Pana. No cóż, trzeba mu przyznać, że ostatnie pięć razy miał rację, ale mimo wszystko, staruszek mógłby trochę bardziej panować na swoją obsesją. Poza tym, doprawdy, Czarny Pan powracający z zaświatów w święta bożego narodzenia? To byłaby jakaś farsa.
— W tym wypadku uważasz pewnie, że konieczne jest przywrócenie stanu pierwotnego. Najlepiej z jakimś wiarygodnym, absolutnie nie czranomagicznym wytłumaczeniem.
Severus kiwnął głową.
— Myślę, że nie mamy innego wyjścia. Chociaż uwierz mi, wielce boleję nad takim obrotem sytuacji.
Lucjusz westchnął.
— Ile mamy czasu?
— Cóż, myślę, że kolejny dzień bez świątecznego amoku nikomu nie zaszkodzi. — Na twarzy Severusa pojawił się znajomy uśmieszek i Lucjusz wiedział już, że nie napracował się tak zupełnie na marne.

***

W tym samym czasie dwójka Gryfnów i dwójka Ślizgonów z determinacją zmierzała do kuchni, żeby rozwikłać tajemnicę zaginięcia skrzatów. W przypływie tej adrenaliny zapomnieli nawet o międzydomowych różnicach, tym, że Goyle tak naprawdę nie do końca wiedział co się dzieje, Draco przecież miał o wiele ważniejsze sprawy na głowie, niż włóczenie się po zamku z Gryfonami, Harry chciał w sumie tylko odzyskać swoją pelerynę, ale nie mógł się powstrzymać od ratowania świąt, a Hermiona martwiła się przede wszystkim o skrzaty domowe. Biedne stworzonka, które ktoś tak okrutnie pozbawił możliwości przygotowania tegorocznych świąt. No i istniała jeszcze jakaś możliwość, że razem ze skrzatami znajdą Ginny.


A w następnym odcinku…
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Veldrin » 26 gru 2012, o 13:11

Cóż, w sumie było to doskonale zrozumiałe, ale wyłącznie ze ślizgońskiego punktu widzenia. A więc w ustach Pottera brzmiało to
Granger chwała Merlinowi nie łamała żadnych utartych schematów.


Póki widzę, to kopiuje :) Chyba Ci się zdanie urwało w połowie, bo jakbym nie próbowała tego czytać, coś mi nie pasowało :)

Biedny Lucek no. Tak się napracował i co? No i psinco. Miejmy nadzieję, że jednak Severus jakoś mu podziękuje za jego trud włożony w kradzież świąt :D
Początek był naprawdę świetny. Doprawdy, ja się chyba za często uśmiecham przebywając na tym forum :hahaha:

Działo się tak między innymi dlatego, że wpatrywanie się z mordem w oczach w pusty korytarz nie było zbyt ciekawe. Goyle znudził się już po dziesięciu sekundach i jego myśli powędrowały w stronę spoczywających bezpiecznie pod łóżkiem marchewek . Draco i Harry po dwudziestu sekundach zorientowali się, że stoją nieco zbyt blisko siebie, więc odsunęli się gwałtownie, przez co Harry wpadł na Hermionę, a Draco na Goyle’a.


Bomba :P

Rozdział mi się podobał, choć w sumie nie podrywał z krzesła :)
Pozdrawiam :)
- Chciałbym z tobą pogadać, Draco.
- To dobrze, bo gdybyś tak od razu chciał się na mnie rzucić i przelecieć pod ścianą, musiałbym stanowczo powiedzieć 'nie'. Nie jestem taki łatwy. - Draco namyślał się chwilę, taksując Harry'ego wzrokiem. - Kłamałem. Jestem łatwy. Możesz mnie przelecieć bez gadania.
Veldrin Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 535
Dołączył(a): 30 lis 2012, o 10:43
Lokalizacja: K-ce

Postprzez Nerejda » 29 gru 2012, o 19:26

Chciałabym tak wiele powiedzieć, że miało być inaczej, ale samo się pisało i pewnie by się dalej pisało, gdybym tego nie powstrzymała... ale będzie standardowo — za i przez Macki.
Zapraszam do kolejnej części, w której Harry dostaje dokładnie to, czego pragnie (i jeszcze więcej), a Draco dostaje dokładnie to, na co zasłużył. Niebetowane.
Dziękuję Kasi, Ka i NewBroomstick za pomocną dłoń w wyłapaniu przeoczonych szczególików, jeśli jeszcze coś jest, bardzo proszę PM-kę.


Odcinek ósmy


W zamku działy się rzeczy niesłychane — i to niesłychane nawet jak na magiczne standardy. Oj, biedni uczniowie, dopiero teraz przekonywali się, że uniwersum opierało się na maluczkich tego świata. Bez skrzatów zamek chwiał się w posadach, porzucony i niedokochany. Biedne zbroje pobrzękiwały nieszczęśliwie, bo nie miał kto ich naoliwić, portrety coraz głośniej narzekały na kręcący w nosie kurz, Filch przezornie wcisnął się w wąską skrytkę między komodą a kotarą, udając, że wcale go tam nie ma, i po raz setny żałując, że przyjął posadę w tej szalonej instytucji, gdzie nawet porządnie potorturować uczniów mu nie pozwalano, a profesorowie… tych to dopiero dotknął felerny los — biegali po korytarzach, próbując ogarnąć tysiąc milionów kłopotów, o jakich dotychczas im się nawet nie śniło. Podczas gdy kadra pedagogiczna goniła w piętkę, uczniowie z marnym (choć czasem również dość malowniczym) skutkiem próbowali wypełnić polecenia, jakie znajdowali na kartkach świątecznych, a Dumbledore, będąc bardzo ważną i BARDZO zajętą personą, dziwnym trafem nie miał dla nikogo czasu. Wieść gminna niosła, że zabarykadował się w swoim gabinecie, chroniąc pozostałe słodycze przed złodziejami. Odkąd zabrakło skrzatów, nie tylko zostały przerwane jego dostawy lukrecjowych pałeczek, pierniczków i tych przepysznych ciągutek, ale co gorsza — skończyły się również desery… a tego już niektórzy przeżyć nie umieli. Ot, taki Vincent na przykład krążył niczym niuchacz za złotem, nasłuchując każdego szeleszczącego odgłosu, nawąchując smakowitych zapachów i włażąc w każdą dziurę, jeśli tylko podejrzał, że ukryto tam choć gram cukru. Dyrektor, nie dyrektor, ale nawet on nie mógł się czuć bezpiecznie. Żaden sekretny składzik słodyczy długo nie pozostanie sekretnym, gdy do poszukiwań wyruszy zdeterminowany — i nieziemsko głodny — Ślizgon.
Vincent Crabbe nie był zbyt bystrym chłopcem, to musiała przyznać nawet jego matka, ale miał instynkt, który podpowiadał mu, że właśnie za tym gargulcem ukryto najcenniejszą rzecz w zamku. Pierniczki z cynamonem, mniam, już czuł ich smak na języku. Musiał ich skosztować, po prostu musiał.
Ślizgon złapał kamienny posąg za grdykę, próbując odciągnąć go od ściany, gotowy na wszystko, byle dostać się do środka. Próbował różnych pozycji, z przodu, z tyłu, na jeźdźca, na głowie, ale nic się nie działo. Zmachał się tylko, zziajał nieziemsko, chimera ani drgnęła, a pierniczki jakiś wredny zaskroniec wciąż miał tylko dla siebie. Czemu to nie działo? Czyżby świat go nie kochał? Nim pogrążył się w totalnej rozpaczy, nagle słońce go olśniło. Już wiedział, co ma zrobić. Draco zawsze powtarzał, że w łapę każdy weźmie. Tylko co by tu dać gargulcowi?
Vincent pogrzebał w kieszeniach i wyciągnął trzy knuty, różdżkę Goyle’a, papierki od cukierków, puchoński szalik i waniliowy krem Draco. Ścisnął pięść i podetknął chimerze pod nos. Ta ani drgnęła.
To wcale nie zniechęciło Crabbe’a. Nie zamierzał rezygnować, smakowite pierniczki czekały, kuszące i aromatyczne. Brutalna siła nigdy go nie zawiodła, może poprzednio zbyt słabo się starał? Złapał posąg za skrzydło i pociągnął najmocniej, jak umiał. Nadal nic. Złapał za ucho. Połaskotał pod pachą. Drapał, ściskał, pocierał, skrobał — wszystko na nic. Troszeczkę podłamany dotychczasowymi niepowodzeniami nie był jednak gotowy się poddać. A może tak spróbować sposobem mamusi?
Zamknął oczy, pochylił się, zamierzając pocałować chimerę, która momentalnie odskoczyła z takim rozmachem, że prawie zwaliła go z nóg. Zerknęła na niego jeszcze przez ramię i uciekła na koniec korytarza, skąd rzucała mu nerwowe spojrzenia.
Crabbe potrząsnął głową, z rozlewającym się w piersiach przyjemnym uczuciem. Mamusia jak zawsze miała rację! Pocałunek księcia naprawdę obudził księżniczkę… znaczy chimerę. Podrapał się za uchem, postanawiając olać semantykę — grunt, że zadziało. Droga do czarodziejskiej krainy słodkości stanęła przed nim otworem.
Ślizgoni 1 : chimera 0
— Doskonała wyczucie chwili, Crabbe. Pod gabinetem dyrektora, z poczuciem winy wypisanym na twarzy, doprawdy. Właściwy chłopiec na właściwym miejscu — odezwał się ktoś za jego plecami.
Nozdrza Crabbe’a zaatakował apetyczny zapach. Ślizgon zaniuchał głośno i powoli się odwrócił z nieco maniackim wyrazem twarzy.

* * *

Encyklopedia Granger i święty Potter pędzili przodem, jakby gnał ich wielki troll czy coś podobnego. Głośno stękający i jeszcze głośniej człapiący Goyle zmuszał się do równie szybkiego prawie—biegu, co rusz rzucając lękliwie spojrzenia na mijane ściany. Draco nie zamieszał kłopotać się dziwacznym zachowaniem kumpla. Któż wiedział, co czaiło się pod krótką szczeciną Goyle? Może jakiś marchewkowy potwór czyhający na niewinne tektury? Na samą myśl o pechowym kalendarzu Draco aż zrobiło się cieplej.
Otrząsnąwszy się szybko, z gracją i elegancją podążał za pozostałą trójką, starannie dbając, by nie pozostać zbyt daleko w tyle. Sęk w tym, żeby zachować odpowiednią odległość — odkryć wejście do kuchni, nie zostając przy tym posądzonym o konszachty z niewiarygodnie irytującymi Gryfonami. Draco był mistrzem przebiegłości, filarem godności, bogiem adoracji i nie zamierzał nadwątlać swojej reputacji dla jakichś tam skrzatów domowych.
Granger i Potter zatrzymali się przed niczym szczególnie się niewyróżniającym obrazem przedstawiającym wielką misę wypełnioną owocami. Gryfonka wyciągnęła dłoń i zaczęła obmacywać gruszkę. Salazarze, ależ ci Gryfoni są perwersyjni, nawet gruszki nie mogą być przed nimi bezpieczne, zdążył pomyśleć Draco, obrzucając zakurzone płótno tak zdegustowanym spojrzeniem, że misa aż skurczyła… i zachichotała?
Zanim mózg Malfoya przetrawił to, co przed chwilą się wydarzyło, czyjaś silna dłoń chwyciła go za nadgarstek i wciągnęła do wielkiego, wysoko sklepionego pomieszczenia. Nagle złośliwy mosiężny garnek podstawił mu ucho i Draco wyłożył się jak długi, ścinając przy okazji swojego porywacza z nóg.
Porywacz—Potter wylądował na Granger, która pisnęła przeraźliwie. Przerażony Goyle, który zdążył się już dorwać do stojącego na najbliższym stole talerza z jedzeniem, wydarł się jeszcze głośniej i z impetem wskoczył na blat. Drewno ugięło się niebezpiecznie, gdy chłopak rozglądał się nerwowo po podłodze.
— Potter, ty guzdrało, niezdaro jedna piekielna. Nie dość, że nosisz się z tym kołtunem na głowie, jakby to było nie wiadomo co, to jeszcze musisz maltretować moje biedne kości? Chciałeś mnie zabić?! Mój ojciec na pewno się o tym dowie! — fukał ze złością Draco, z uciechą wiercąc się na Potterze. W gruncie rzeczy było mu całkiem wygodnie — wylądował na samym szczycie piramidy (z Granger na samym dole, co stanowiło dodatkowy bonus) i z sadystyczną przyjemnością wbijał co się dało w Gryfona.
— Złaź ze mnie, Malfoy — próbował wywarczeć groźnie Harry, ale włażące mu w usta jasne włosy sprawiły tylko, że był w stanie wydać z siebie jakiś zduszony odgłos.
Hermiona nie oszczędzała swoich płuc, wrzeszcząc w niebogłosy i przeklinając ich obu do siódmego pokolenia wstecz.
Draco już miał z przyjemnością ją poinformować, że klątwy na umarlaków może sobie rzucać do woli, gdy nagle drewno nie wytrzymało ciężaru Goyle’a i stół, na którym się ukrywał, pękł w pół. Huknęło, aż zadźwięczało im w uszach.
— W porządku, Goyle? — upewnił się Draco, rzucając koledze zaniepokojone spojrzenie. Takie zwały tłuszczu powinna uchronić Goyle’a przed groźniejszymi obrażeniami, ale znając szczęście chłopaka, mogło być różnie. Draco nie miał ochoty na kolejne wizyty w skrzydle szpitalnym. W tym miesiącu wyczerpał już limit wizyt w potencjalnie niebezpiecznych miejscach — zamierzał omijać szerokim łukiem gabinet dyrektora i królestwo pani Pomfrey. Jeszcze czekała go wizyta w wieży Gryffindoru, to wystarczy.
Goyle wydał z siebie chrząknięcie, które miało oznaczać, że właśnie dorwał się do sałatki, a pod stołem mu całkiem wygodnie.
— I po śledztwie — zaśmiał się nieco przemądrzale Draco, złażąc z ludzkiej piramidy. Przy okazji, rzecz jasna, nie odmówił sobie paru dobrych kopnięć w goleń Pottera. — Zaraz zlecą się profesorowie, więc ja znikam.
— Nie ma mowy, Malfoy! — wrzasnęła Granger, z twarzą w gryfońskich barwach, podrywając się na równe nogi i stukając go w pierś. — Ty nas w to wplątałeś, ty wyplączesz. Jesteś prefektem tak jak ja i będziesz zachowywał się jak przystało na prefekta albo…
— Albo co? Naskarżysz dyrektorowi? Nie bądź śmieszna, tym razem to ja jestem jego U—L—U—B—I—E—Ń—C—E—M, nie ty — zaznaczył z dumą, otrzepując szatę z kurzu. Podłoga była strasznie brudna, co też te skrzaty robiły, że panował tu taki burdel? Dopiero po raz ósmy strzepując śmieci z lewego rękawa, przypomniał sobie, że zaginęły. No tak, niuanse… kto by się nimi przejmował? Na pewno nie on.
— Zgodziłeś się uratować skrzaty, fałszywa fretko!
— Tylko bez takich!
— Ciii! — Potter, który podczas ich kłótni nie odezwał się słowem, uciszył już szykującą się do dalszych awantur Granger i wyciągnął różdżkę, nasłuchując dobiegających spod wygaszonego paleniska odgłosów. — Ktoś tam jest.
Draco zmarszczył brwi, nieco zdezorientowany. Czy ten Potter wszędzie musi wypatrywać wrogów? Nie mógł, jak przystało na porządnego Gryfona, rzucić się w ramiona niebezpieczeństwa i w końcu umrzeć bohaterską śmiercią? Na samą myśl o martwym Potterze nagle coś ścisnęło go w piersi. Zgaga zapewne.
Potter śmiało niczym lew zakradł się do kominka, pod którym leżała brudna, zwinięta w rulon serweta. Ostrożnie szturchnął zawiniątko różdżką. Nic. Zrobił to jeszcze raz. Nadal nic. Rzucił im rozpaczliwe spojrzenie, jakby nie wiedział, co z nim dalej zrobić.
— Salazarze, i to ma być Wybawca — mruknął pod nosem Draco, błagając najmądrzejszego Ślizgona o zmiłowanie. Co też ten Potter wyprawiał? Bawił się w „kłuj i przyglądaj się, czy dycha”? Czekanie nie leżało w naturze Draco, podniósł różdżkę i wołając: „Accio serweta”, rozprawił się z problemem. Momentalnie zwinięta w rulon serwetka z herbem Hogwartu przyleciała do niego, a Draco ze wstrętem odesłał ją w bok. Nie zamierzał dotykać tej brudnej szmaty, mógłby się jeszcze czymś zarazić.
— Mrużka? — wykrzyknęli jednocześnie Potter i Granger, zbliżając się do brudnego zielonego tobołka leżącego na ziemi. Draco przestał się już dawno temu dziwić, w jakim towarzystwie obraca się Złote Trio Gryffindoru, ale o rozmawianie z uświnionymi szmatami nigdy by ich nie podejrzewał… ze świniami może i tak, ale z częściami garderoby? Doprawdy, ci Gryfoni to naprawdę ekscentryczne stworzenia.
— Co się stało? — zapytała Hermiona, delikatnie próbując pomóc wstać skrzatce, która gwałtownie odpychała ją jak najdalej od siebie.
Dobry instynkt, ocenił w duchu Draco, zbliżając się trochę bliżej, kto by tam chciał czuć na sobie łapy Granger. Prócz Wiewióra oczywiście, ale to Gryfon z dziada pradziada, nic dziwnego, że dewiacje miał we krwi. Macanie gruszek, macanie skrzatów, macanie Granger, ciekawe co dalej… trolle? Chwila, przecież była taka plotka na pierwszym roku o trollu…a potem o bazyliszku… i dementorach…
Draco zamrugał, odpychając od siebie obrzydliwe wizje. Fuj! Że też ci Gryfoni nie znają umiaru. Zamierzali obskoczyć wszystkie magiczne stworzenia czy jak?
— Kto porwał skrzaty? — Potter oczywiście musiał wiedzieć, z kim walczyć. Typowe.
Hik… Mrużka jest sama… hik… zły pan zabrał pozostałych… hik… nie chciał Mrużki… hik… powiedział, że przynosi wstyd skrzatom… że się leni… i pijaczy… hik… więc Mrużka chciała się zabić… hik… ale zabrał też skarpety Zgredka… hik… i Mrużka nie miała jak… Mrużka jest złym skrzatem... — zawodziła coraz głośniej, kołysząc się w przód i tył.
Potter i Granger wymienili spojrzenia.
— Jak wyglądał?
— Kto to był?
Draco miał BARDZO złe przeczucie, odruchowo cofnął się o krok. I jeszcze jeden. A potem jeszcze trzy. Niespodziewanie przyszło mu do głowy, że ucieczka wcale nie była taką złą alternatywą. Zamierzał chyłkiem wymknąć się do wyjścia — gdzieś też one, na Salazara, było? — gdy Mrużka zamrugała niewinnie i spojrzała wprost na niego. Granger momentalnie poczerwieniała.
— Wiedziałam! Ty przebrzydły, tleniony gadzie. — Nagle jak z czarodziejskiego kapelusza z jej skórzanej torby wyskoczyła „Historia Magii”.
Draco nie dbając o pozory, zaczął uciekać, wywrzaskując, że to nie on ukradł szkolne skrzaty, bo po co mu one, skoro miał swoje własne. Granger nie dała się przekonać.
— MÓW, gdzie one są, albo ukręcę ten twój zawszony łeb!

BUM!
Draco obiegł stół Krukonów dookoła…
BUM!
Hermiona wskoczyła mu na plecy, ale udało mu się ją strząsnąć…
BUM!
Draco wpadł w stos rondli i garnków…
BUM!

Stojący przy kominku Potter nie zamierzał się angażować. Hermiona musiała się wyżyć, spuścić trochę stresu, a na kim lepiej jak na Malfoyu? Arogancki gnojek na pewno nie miał nic wspólnego z porwaniem skrzatów, tego Harry był pewien, ale bliskie spotkanie z „Historią Hogwartu” na pewno mu nie zaszkodzi. Od ciężaru wiedzy jeszcze nikt nie umarł, prawda?
Nagle Malfoy skręcił wprost na niego, zamierzając schować się za plecami prawdziwego bohatera. Hermiona deptała mu po piętach, więc przyspieszył gwałtownie, ale Harry, będąc zdrowym na ciele i umyśle, nie zamierzał stać się ofiarą temperamentu swojej zestresowanej przyjaciółki i raptownie zrobił unik.
Malfoy, który nie miał szansy wyhamować, machając dramatycznie ramionami, chwytał się wszystkiego, co się dało. W końcu szczęście się do niego uśmiechnęło. Pociągnął mocniej, próbując się zatrzymać, ale to nic nie dało — fragment jakiegoś miękkiego materiału został mu w dłoniach. Przed oczami minęło mu jeszcze tylko coś rudego — skąd się tu wziął Wiewiór? — i wpadł prosto w kominek.

* * *

Wszystko rozegrało się w ułamku sekund. Nagle Malfoy był, a chwilę później go nie było. Harry nie zamierzał czekać, bohatersko wskoczył za nim, gotowy na ratunek... pelerynie niewidce, która mignęła mu w dłoniach Ślizgona.

ŁUBUDU!

— Auć! — jęknął pod nim Malfoy. — Urządziliście sobie konkurs, kto mocniej mnie walnie czy jak?
— Oczywiście, Malfoy, wszystko musi obracać się dookoła ciebie. Doskonałe dedukcja — wytknął złośliwie Harry. — Wprost nie mogłem się doczekać, żeby na ciebie wskoczyć.
Leżący pod nim Malfoy przestał się wiercić i dopiero wtedy Gryfon uświadomił sobie, co dokładnie powiedział. Zarumienił się, jak nigdy dotąd ciesząc się z panującego w korytarzu półmroku.
— Oh, doprawdy? Nie, żebym się dziwił… sam bym na siebie wskoczył, gdybym mógł. Idealny, porządny, z dobrze usytuowanej rodziny. Pomijając już mój wygląd — który rzecz jasna jest wcieleniem doskonałości — mam nienaganne maniery i odpowiednią…
— Na Merlina, czyżbyś próbował się ze mną umówić, Malfoy? — wciął się Harry, szczerząc się złośliwie, zapominając, że ze względu na panujące w nieznanym pomieszczeniu ciemności Malfoy nic nie zauważy. Przekręcił się, podpierając na łokciach, żeby wstać.
— Cooo? Nie ma mowy! — Malfoy wrzasnął tak głośno, że pewnie słyszeli go na błoniach… co w sumie nie było takie złe, gdyż Harry nie miał zielonego pojęcia, gdzie wylądowali. Zapewne za kominkiem znajdowało się jakieś tajemne przejście, ale bez mapy Huncwotów niewiele mógł powiedzieć. Ze względu na panujące w pomieszczeniu chłód i ciemności zakładał, że trafili do któregoś korytarza w pobliżu lochów.
Zlazł z Malfoya, który stękał głośno, jakby działa mu się nie wiadomo jaka krzywda. Harry wyszarpnął z jego dłoni pelerynkę, przytulił do piersi, odsunął, sprawdził, czy na pewno nic jej nie jest, po czym utulił ją jeszcze raz, tak bardzo uszczęśliwiony, że ją odzyskał. Z tego rozpierającego szczęścia nawet zaczął słuchać marudzenia Ślizgona.
— …Nie umówiłbym się z tobą, nawet gdybyś był ostatnim czarodziejem na zie… — raptownie Malfoy urwał w pół słowa, a Harry po raz pierwszy pożałował, że wskoczył za nim w kominek. Miał złe przeczucie. — A zgodziłbyś się?
Czemu Voldemort nigdy nie pojawiał się, kiedy Harry naprawdę go potrzebował? Parszywe potterowskie szczęście, zabić to go chciał, ale ratować przed szalonym Malfoyem, który chciał się z nim umówić, to już nie. Typowe.

* * *

Draco Malfoy był człowiekiem spokojnym, zaświadczyć o tym mogli wszyscy Ślizgoni — przecież nie skrzywdził tego pierwszorocznego gnypa, który ważył się dotknąć jego włosów, co nie? — ale jedna, jedyna rzecz wyprowadzała go z równowagi. Ojciec i jego głupie knowania.
O tak, Draco doskonale zdawał sobie sprawę z wizyt Lucjusza w gabinecie profesora Snape’a… i miał to gdzieś, póki nie ingerowało to w jego życie. Co go obchodziło, co ojciec robił nocami w prywatnych kwaterach głowy domu Slytherinu? Draco NIGDY w życiu nie chciał tego wiedzieć, tym bardziej zobaczyć, a nawet o tym myśleć. Nigdy i pod żadnym pozorem. Ale tym razem Lucjusz Malfoy, jego drogi ojciec, przegiął totalnie. Pozbawianie swojego jedynego potomka dostaw dżemu truskawkowego było po prostu złe, gorsze nawet niż to, co wyczyniał Czarny Pan ze swoim wężem (cokolwiek by z nimi wyczyniał. Draco był rzecz jasna jeszcze zbyt młody, żeby wiedzieć, co takiego wyprawiał gadzi szaleniec. Może dowie się za jakieś dziesięć lat… albo nigdy?). Nie wspominając już o tej szalonej Granger, która zaatakowała go książką. Mogła nabić mu guza albo, co gorsza, zepsuć włosy.
W każdym razie Ślizgon nie zamierzał tolerować takiego zachowania. Nazywał się Draco Malfoy i był dżemoholikiem, a jego ojciec dobrze o tym wiedział… i go to nie obchodziło. W takim razie Draco mu pokaże — na złość ojcu umówi się z Harrym Potterem.
Bo cokolwiek by powiedzieć o Draco Malfoyu, a starczyłoby tego na gruby wolumin, już on wiedział, jak zadbać o swoje interesy. Gdyby jawnie wystąpił przeciwko Lucjuszowi, nawet mama nie mogłaby mu pomóc… ale czy może być coś gorszego dla prawej ręki Czarnego Pana niż jego syn spotykający się z zaprzysięgłym wrogiem?
Na szczęście dla Draco Narcyza Black przeczytała w swoim życiu wystarczająco dużo romansów, żeby uwierzyć w tragiczną miłość dwójki młodych chłopców, stojących po przeciwnych stronach barykady i rozdzielonych przez wojnę. Jej miękkie, romantyczne serce nie pozwoli, by mąż stanął na drodze prawdziwej miłości i wydziedziczył jedynego syna.
Draco pazerny nie był (za bardzo), ale potrzebował galeonów. Jak inaczej pozwoliłby sobie na nowe, skórzane spodnie i ten twarzowy, waniliowy żel do włosów? Dla dżemu (i żelu) zniesie nawet udawany związek ze zmorą swojego życia, Harrym Potterem. Teraz tylko musiał zapewnić współpracę swojej ofiary, ale nie kłopotał się tym zbytnio — był Ślizgonem, wygrywanie miał we krwi.

***

Harry Potter, Wybawca wrednych Ślizgonów i skradzionych pelerynek niewidek, zamrugał, otworzył usta, ale że nie wiedział, co powiedzieć, więc je szybko zamknął.
— Nie — wydusił w końcu zdecydowanym głosem.
— Co „nie”?
— Nie zgodziłbym się.
Draco pomyślał chwilę.
— Przecież nie masz nic innego do roboty.
— Mam! — zaprzeczył odruchowo Harry, a na widok podniesionych brwi Malfoya, szybko dodał: — Masę rzeczy, na przykład… eee… uuu… esej.
— Weasleyówna by się od ciebie odczepiła.
— Nie.
— Przekląłbym Weasleyównę, żeby się od ciebie odczepiła.
— Nadal nie.
— Pozbyłbym się jej zwłok.
— Nie, nie, i nie!
— Wkurzyłbyś Snape’a.
— Tym bardziej NIE.
Draco westchnął ciężko.
— Jak na Gryfona całkiem nieźle negocjujesz. Zgoda, powiem ci sekret.
— Jaki?
— To sekret — przypomniał Malfoy.
Harry namyślał się przez chwilę, ale ponieważ był wścibski z natury, nie mógł przepuścić takiej okazji. Draco z trudem skrył uśmiech.
— Ale nie będziemy się całować ani nic?
— No co ty! — Malfoy wyglądał na równie przerażonego co Harry. — Będziesz moim chłopakiem, a ja twoim. Będziemy razem robić dobre wrażenie, wzbudzać zazdrość maluczkich, odstraszymy twoją rudą prześladowczynię, a przy okazji wkurzymy mojego ojca. Nie musimy nawet ze sobą rozmawiać.
— Super. — Nagle coś przyszło Harry’emu do głowy. — Nie będzie próbował mnie zabić? Bo uciekanie przed Voldemortem jest wystarczająco męczące.
Draco nie wyglądał na poruszonego.
— Mama jest straszniejsza niż cała trójka razem wzięta, nie masz się czego obawiać. Co najwyżej któryś z nich w końcu cię zabije. Nic wielkiego.
— Nic wielkiego — powtórzył sucho Potter, zwijając pelerynę w kłębek i wciskając do kieszeni. — Rzeczywiście.
— Pamiętaj tylko, żeby traktować mnie z szacunkiem, a wszystko będzie dobrze. Mama by się zdenerwowała, gdybyś był dla mnie niedobry.
W odpowiedzi Harry przewrócił oczami.
— Domyślam się.
— Haroldzie Potterze, zgadzasz się być moim chłopakiem na dobre i złe? — upewnił się Draco, wyciągając do niego dłoń. — To związek zapisany w gwiazdach.
— Nie ma gwiazdy „Harry” — zauważył trzeźwo Potter, mimo wszystko łapiąc go za rękę. — A na imię mam „Harry”, nie „Harold”.
— Ciii, psujesz nastrój.
— Ale nie będę musiał cię lubić?
— A myślisz, że ja cię lubię? — syknął przez zęby Draco, troszeczkę już znudzony obiekcjami Pottera. Czy ten chłopak nie wiedział, kiedy się zamknąć i nie psuć takich pięknych planów? — Powiedz tak.
— Tak.
— Wreszcie! Dzięki ci, Salazarze, za tą drobną łaskawość, jeszcze chwila i ukręciłbym mu łeb.
Harry skrzyżował ręce na piersiach.
— Co to za sekret?
Draco uśmiechnął się makiawelicznie i pochylił nad Potterem. Byli tak blisko, że widział rozszerzone źrenice Gryfona.
— Wiem, po co ci peleryna niewidka, więc lepiej bądź dobrym chłopcem i nie zepsuj niczego — szepnął ostrzegawczo.
Coś mignęło w oczach Gryfona. Ślizgońska zieleń, uświadomił sobie nieoczekiwanie Draco, odsuwając się gwałtownie.
— Jutro, śniadanie, ty i ja razem przy stole Ślizgonów — oznajmił, szykując się do odejścia. — I nie pozwól, żeby ta ruda zołza znów ukradła ci pelerynę, jeszcze się nam przyda.
— Przy stole Gryfonów! — krzyknął za nim Potter jak na prawdziwego Gryfona przystało.
Draco zaś, jak na pierwszorzędnego Ślizgona przystało, zarządził taktyczny odwrót i bez słowa zniknął za rogiem. Miał niepokojące wrażenie, że właśnie wdepnął w największe łajno w swoim życiu.

* * *

Tego poranka kałamarnica obudziła się w frywolnym nastroju. Powoli, leniwie przeciągając mackami, wydostała się z błotnej brei, w której — dzięki łaskawości tego szalonego staruszka w dziwacznobarwnych szatach — codziennie zażywała całonocnych zabiegów upiększających. Jej delikatna, łatwo ścierająca się skóra wymagała odpowiedniego odżywiania, by móc zachować ten uroczy perłowy połysk, na który zamierzała złapać swojego przyszłego partnera. Kałamarnica głupia nie była, czas uciekał, a ona nie młodniała. Jak każda porządna samica musiała zadbać o zakonserwowanie swoich atutów. Może to właśnie był TEN dzień? Któż wie, może za kolejnym wodorostem krył się jej książę?
Kałamarnica upewniła się jeszcze, czy każda przyssawka lśni czystością, zanim popłynęła w górę, ku zlodowaciałej tafli jeziora. Po drodze zdążyła jeszcze mrugnąć zalotnie do przepływającego postawnego trytona, figlarnie poklepując go po łuskach. Wynurzyła się na powierzchnię, mrukliwym, aprobującym odgłosem konstatując, że wczorajszy mróz i prószący przez całą noc śnieg zasnuły jezioro urzekającym białym puchem. Unoszące się wysoko na bladoniebieskim niebie słońce przyjemnie muskało macki, gdy wychyliła łeb znad przerębli i wnikliwym spojrzeniem badała błonia wokół zamarzniętego stawu. Teren czysty, mogła działać.
Jej przyssawki z wprawą wczepiły się w lód, gdy podciągnęła się, żeby wynurzyć się na powierzchnię. Z każdą sekundą jej czujność słabła, już nie wypatrywała szpiegujących ją uczniów, prawie drżąc z niecierpliwości. Już za chwilę odda się swojej zakazanej rozkoszy. Uniosła ramiona wyżej i… pofrunęła.
Wiatr świszczał wokół niej, gdy kończyny stawiały dzielny opór powietrzu, ale kałamarnica nie dała sobie w macki dmuchać — sunęła po lodzie z gracją wprawnej baletnicy. Bajeczne piruety, nagłe wypady, pistolety i wszelakie figury, jakie przyszły jej tylko do głowy.
Ostatnia spirala wewnętrzna i nagle kałamarnica zatrzymała się.
Podrapała się po swędzącej macce, z ciekawością obserwując kłębiące się nad Hogwartem kłęby dymu. Głupia nie była, nie zamierzała zbytnio wnikać w sprawy zamku. Wtykanie macek w nie swoje sprawy nigdy nie kończyło się dobrze. Już ona dobrze pamiętała, co się tam wyrabiało w poprzednich latach. Pętające się po błoniach identyczne osobniki, które wyprawiały macki wiedzą co, klejące się do iglaków nagusieńkie jak matka natura stworzyła człowieczki czy pijane w trzy sztoki skrzaty. O nie, kałamarnica głupia nie była, nie mieszała się w sprawy zamku… chociaż… skoro czarodzieje byli zajęci swoimi dziwacznymi zwyczajami… szkoda byłoby zmarnować taką okazję… tylko chwilkę, obiecała sobie, nikt mnie nie zobaczy w tym rabanie.
Odwróciła się na macce i nucąc „We wish you a Merry Christmas”, oddała się swojej małej zakazanej przyjemności.

A tymczasem podczas śniadania…

Ron zamrugał głupio, spojrzał jeszcze raz na wejście do Wielkiej Sali, rozejrzał się po oszołomionych twarzach kolegów i podjąwszy najmądrzejszą decyzję w swoim życiu, ukrył się pod stołem. Naprawdę nie chciał wiedzieć. Nie widzieć, nie słyszeć, nie widzieć — oto jego najnowsze motto.


A w następnym odcinku...
Ostatnio edytowano 30 gru 2012, o 19:27 przez Nerejda, łącznie edytowano 1 raz
Powoli się uaktywniam fanfikowo :)
Nerejda Offline


 
Posty: 54
Dołączył(a): 2 gru 2010, o 22:37

Postprzez Ka » 29 gru 2012, o 22:04

Awww, to chyba mój ulubiony odcinek w całej tegorocznej fecie. Ładnie napisany, lekki, nieprzegadany, a miejscami zupełnie rozbrajający.

Bez skrzatów zamek chwiał się w posadach, porzucony i niedokochany. Biedne zbroje pobrzękiwały nieszczęśliwie, bo nie miał kto ich naoliwić, portrety coraz głośniej narzekały na kręcący w nosie kurz, Filch przezornie wcisnął w wąską skrytkę między komodą a kotarą, udając, że wcale go tam nie ma...

To jest prześliczne! Biedny, niedokochany zamek! Biedne zbroje! *smyra zbroje*

Wizja Crabbe/chimera jest zła, toteż uruchamiam system wyparcia i nic więcej o tym nie piszę.

Nagle złośliwy mosiężny garnek podstawił mu ucho i Draco wyłożył się jak długi, ścinając przy okazji swojego porywacza z nóg.

Cuuuudne. Podstawił mu ucho! :D

Naprawdę nie chcę wiedzieć, co skarpety Zgredka mają do samobójstwa Mrużki.

Rozmowa między Harrym i Draco, i motywacja Draco, i jego argumenty, są borskie! Nie mogę doczekać się następnego odcinka, zwłaszcz jeżeli w ankiecie wygra coś fajnego. Reakcja Lucjusza! Reakcja Rona! No i wreszcie zmierzamy w stronę slashu, prawda?

Ach, i FRYWOLNA KAŁAMARNICA! Jest cudowna i urooocza. Nie wiem, czy ma cokolwiek wspólnego z akcją fety, ale jest ciekawym przerywnikiem.

Wtykanie macek w nie swoje sprawy nigdy nie kończyło się dobrze.

Aev, słyszysz? ;>

Pozdrawiam! I przy okazji życzę miłej końcówki roku i mnóstwo szczęścia w następnym. :)
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Konkursy

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości