Drarrofeta świąteczna

wydanie czwarte

Prace konkursowe, głosowania, etc.

Postprzez Sette » 8 gru 2012, o 22:23

Demente, nie przejmuj się. Usiłowałam właśnie delikatnie zasugerować, żebyśmy już z Ciebie zeszły :) Mam nadzieję, że głowa i wszystko co potrzebne zostanie na miejscu, jak również że Ty w całej rozciągłości zostaniesz z nami. Normalnie jest tu miło...
Sette Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 267
Dołączył(a): 28 wrz 2011, o 22:37
Lokalizacja: Na pulchnej różowej chmurce

Postprzez Aevenien » 8 gru 2012, o 22:33

A ja chciałam zauważyć, że każda feta ma gorsze i lepsze odcinki, a w pierwszej edycji działy się różne cuda. Przynajmniej coś się dzieje, nie? :D
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez demente » 8 gru 2012, o 22:55

Sette, dzięki. To, uratowało moje życie, cóż ja bym bez ciebie zrobiła.
Aev, pamiętam, oj pamiętam... Na prawdę od bardzo dawna jestem z wami, ale dopiero teraz wyszłam z cienia...
"Zdrowi na umyśle mają o wiele więcej wyobraźni niż ci, którzy są naprawdę chorzy. Wygadują głupstwa, wymyślają nieprawdopodobne rzeczy.
Naprawdę chorzy są łatwo rozpoznawalni.
Tkwią głęboko w swoim szaleństwie, osaczeni nim, bezsilni...
Nawet szaleństwo ma swoją logikę." Jean-Christophe Grangé
demente Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 58
Dołączył(a): 12 lis 2012, o 23:56
Lokalizacja: South East

Postprzez Aevenien » 8 gru 2012, o 23:10

No widzisz ;)
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Kaczalka » 8 gru 2012, o 23:15

Stare ciotki? Ja sobie wypraszam :P
Niemniej też mam nadzieję, demente, że z nami zostaniesz, bo mądra z Ciebie dziewczyna.
A miło może być nawet wtedy, kiedy się krytykuje. Ja napisałam to, co wiele osób myślało. Uważam, że wszystko jest lepsze od ciszy.
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Missed » 9 gru 2012, o 23:59

Korzystając z okazji, pięknie dziękuję Ter za betę, wsparcie, doping, zgłoszenie mnie i wszelkie konsultacje i pomysły, i za całokształt jej wysiłku :)
A teraz zapraszam do czytania!


Odcinek trzeci



Gdyby nie to, iż oddychanie jest odruchem bezwarunkowym, Draco po prostu zapomniałby o tej skrajnie przyziemnej czynności i zwalił się na kamienną podłogę, po drodze uderzając głową o ścianę i umierając godnie ze świadomością uniknięcia najbardziej upokarzającego czynu w swoim życiu. Śmiesznym byłoby również, gdyby zginął przez tak nieważną osobę, jakiej imię jawiło się na sztywnej karteczce, której szorstka faktura raniła arystokratyczny malfoyowski naskórek.
Draco jeszcze raz, pełen konsternacji, przyjrzał się kawałkowi pergaminu i z niedowierzaniem poskładał litery układające się w wyraz „Wiewiór”. I choć ewidentnie znajdował się tam napis „Ronald Weasley”, Ślizgon nie chciał zniżać się do tego stopnia, by wypowiadać — nawet w myślach — imię i nazwisko rudzielca. Zdecydowanie bardziej wolał atakować posadzkę swoją głową.
Mężnie zagryzł zęby i odwrócił się na pięcie, mnąc świstek w dłoni. Jego świąteczny nastrój został zaburzony, a to wcale nie miało odbić się dobrze na Ślizgonach, jego psychice, a przede wszystkim cerze. Już zamartwiał się jutrzejszymi cieniami pod oczami i przyrzekał sobie, że zaraz po świętach podrzuci rudzielcowi jakąś bardzo nieprzyjemną niespodziankę, którą dopiero wymyśli. A będzie ona tak niespodziewana i tak nieprzyjemna, że nie będzie sobie na razie zaprzątał nią głowy. Wierzył w siłę swego błyskotliwego umysłu.
Zagonił myśli w jeden kąt swojej głowy, który zazwyczaj wyobrażał sobie jako zakurzoną część starej piwnicy, zaś po drugiej stronie widniało Diamentowe Królestwo, gdzie rodziły się jego absolutnie fenomenalne pomysły (dawniej Draco nazywał je Złotym Pałacem, jednak po pewnym czasie doszedł do wniosku, że to określenie nie współgra z kolorem jego włosów, zaś słowo „Srebrne” nie wyraża bogactwa jego osobowości). Tam też miał powstać chytry plan zemsty za znieważenie, jakie Weasley mu zafundował. Co z tego, że sam Gryfon nie miał na to jakiegokolwiek wpływu — liczyły się efekty. Z taką myślą skręcił trzeci raz w prawo, z całych sił powstrzymując się odwiedzenia Wieży Astronomicznej, by przypadkiem nie spełnić marzeń Pottera o swojej rychłej śmierci, i znalazł się przy schodach prowadzących do lochów. Okazało się bowiem, że zamek pełen jest miejsc, gdzie z całkiem przyzwoitym rezultatem można popełnić widowiskowe samobójstwo. Chwilę później odetchnął z ulgą, oparłszy się o drzwi dormitorium. Uświadomił sobie, iż jego myśli pomknęły w złą stronę — próby morderstwa miały dotyczyć nieokrzesanego Wiewióra, a nie jego samego.
Prawą ręką podrapał się za uchem, stymulując tym samym lewą półkulę mózgu, co zawsze pomagało mu skupić się i zebrać myśli. Teraz nie pamiętał, czy wmawiał sobie, że ta dziwaczna czynność mu pomaga, czy robiła to faktycznie, a z racji tego, że był leniwy, nie zamierzał drapać się na czubku głowy i burzyć fryzury, by pomóc swojej pamięci odtworzyć tak nieistotny szczegół. Najważniejszym było, by znaleźć jakąś całkiem nieprzydatną rzecz, której nie będzie mu żal, a która będzie na tyle zwykła i pospolita, by Weasley nie wszczął alarmu czarnomagicznego. W końcu Rudzielec potrafił wywołać wybuch paniki w całym Hogwarcie przez zwykły niedobór białka w swoim organizmie. Tak, Draco doskonale pamiętał atak fobii, którego Weasley dostał tuż po tym, gdy okazało się, że na śniadanie zabrakło dżemu truskawkowego. Nie żeby Draco nie przepadał za dżemem truskawkowym, ale uważał, że nie zasługuje on aż na takie traktowanie, które mogłoby na przykład zniszczyć idealny ład na jego głowie. Chociaż...
Draco pokręcił głową, zastanawiając się, skąd takie myśli przychodzą mu do głowy. De facto, Weasley był czubkiem i kretynem, ale to nie oznaczało, że nie czeka na swój prezent i nie ślini się jak pies na myśl o nim. Natomiast gdy go nie dostanie — co Ślizgon rozważył bardzo skrupulatnie — rozpowie o tym wszystkim Gryfonom. A powszechnie wiadomo, że gdy już jedno Zagubione Lwiątko o czymś się dowie, to dowie się o tym i większość społeczności czarodziejskiej. Taka już wesoła cecha Gryfiaków.
Podszedł więc do szafy i wyciągnął z niej skrzynię pełną słodyczy, które dostawał od rodziców. Przysyłali mu tony cukru w przeróżnej postaci, których w osiemdziesięciu procentach nie zjadał, lecz po kryjomu przynosił do sowiarni, gdzie wszystkie ptaki obżerały się nimi, a później niebanalnie brudziły swoje mieszkanie. Oczywiście dbał o to, by jego puchacz nie najadł się ich zbytnio, gdyż nie wybaczyłby sobie, gdyby ptak dotarł do Malfoy Manor i, wręczając Lucjuszowi jeden z listów, zrobił niezbyt przyjemną niespodziankę gdzieś w okolicach okna posiadłości.
Otrząsnął się i wygrzebał ze skrzyni nierozpakowane, nadające się do zjedzenia słodycze. Ułożył je w dość porządny stosik na środku pokoju i to dokładał, to odkładał niektóre rodzaje apetycznie wyglądających czekolad, cukierków, dropsów i wielu innych tak, by kupka prezentowała się w jak najlepszy sposób. Nie to, że chciał być miły dla Weasleya — absolutnie nie! — pragnął pokazać, że potrafi odróżnić życie prywatne od głupiej, szkolnej zabawy. Pomijając już to, że przed chwilą miał ochotę zaczarować Fasolki Wszystkich Smaków Bertiego Botta tak, by smakowały szczurzymi odchodami, jednak powstrzymał się w ostatnim momencie. Ostatecznie ilość słodyczy równała się dokładnie dwudziestu i Draco mógł je ładnie opakować w srebrny papier. Nie pokusił się jednak o zieloną kokardę, zastępując ją czerwoną. Choć zrobił to z bólem w sercu, to uznał, że zieleń byłaby zbyt oczywista, a zabawa polegała na zachowaniu anonimowości.
Gdy podarek był już gotowy, przeniósł go obok swojego łóżka i rzucił się na nie całym ciężarem. Westchnął głęboko, wciągając do siebie zapach świeżej pościeli. Przewrócił się na bok i spojrzał w kąt pokoju, gdzie obok łóżka Goyle'a leżała już wcale niemała kupka opróżnionych kalendarzy adwentowych. Zadziwiające, że wcale nie zniechęcało go to, iż opakowania były zrobione z tektury. Widocznie posiadał dość urozmaicone gusta smakowe, a jednym z jego smakołyków był właśnie papier. Draco zastanawiał się tylko nad jednym — czy to właśnie powód niewyjaśnionego zniknięcia wszystkich podręczników Goyle'a już w październiku?
— Ciekawe kto jeszcze mnie wylosował — szepnął sam do siebie, gdy przed oczami pojawiły mu się wizje potencjalnych prezentów.
Gdyby była to Pansy, zapewne przysłałaby mu drogą whisky, a raczej tylko butelkę po drogiej whisky w rzeczywistości wypełnioną jakimś tandetnym eliksirem miłosnym. Dziewczę zakochało się w Draco już parę lat temu. Tak naprawdę nie było się czemu dziwić, przecież Draco to Draco, tak niepojęcie piękny, że gdyby się nie znał, prawdopodobnie uznałby za abstrakcję. Rozkochał w sobie połowę Hogwartu, a drugą połowę próbował zmusić — skutecznie lub nie — do bezgranicznego wielbienia jego osoby. Oczywiście wielu uczniów przestało uznawać go za bóstwo po tym, jak na pierwszym roku rozkazał im wybudować swoją podobiznę w Wielkim Holu. Na początku dziwił się, dlaczego to zrobili, wkrótce jednak zdał sobie sprawę, iż była to zbyt restrykcyjna metoda, delikatnie przekraczająca możliwości wielbiących go uczniów.
Gdyby natomiast jednym ze szczęśliwców, którym ukazało się jego imię, był Potter, zapewne dostałby coś oryginalnego. Potter jak to Potter, Dziecko Szczęścia, Wybraniec... każdy chciałby go wylosować i każdy chciał, aby ten dał mu prezent. Wynosili go na piedestał tylko dlatego, że ciotka trafiła mu widelcem w czoło, kiedy próbowała go nakarmić.
— Draco, tu jesteś! — krzyknął Crabbe, otwierając drzwi do dormitorium z takim rozmachem, jakby chciał kogoś nimi zamordować. — Szukałem cię.
— I znalazłeś, brawo. Czego chcesz? — odparł znudzonym głosem w taki sposób, jakby ktoś zastał go podczas wyczerpującej pracy umysłowej.
— Granger kazała ci przekazać, że czeka na ciebie w bibliotece za piętnaście minut — odpowiedział, pociągając nosem. — Pójść z tobą?
Ślizgon uśmiechnął się.
— Oto właśnie otwierają się przede mną wrota mojej kariery! — krzyknął. — Zobaczysz, będziesz jeszcze o mnie śpiewał kolędy.
Crabbe zamrugał kilka razy, na co Malfoy uniósł prawą brew w geście irytacji. Vincent w ten sposób dawał do zrozumienia, iż chciałby coś powiedzieć, aczkolwiek nie jest pewien, czy zna wystarczającą ilość słów, by wyrazić swe uczucia w trudnej sztuce monologu. Dziwne przyzwyczajenie szczególnie agresywnie działało na Malfoya, powodując tym samym jeszcze większe spięcie u Crabbe'a. Ślizgon nie lubił, gdy Draco się denerwował, gdyż jeszcze bardziej zamykał się w sobie, a Draco nie lubił, gdy przyjaciel stał jak wmurowany w podłogę i demonstrował mu skomplikowaną czynność zwaną „Oddycham i Mrugam Jednocześnie”.
Westchnął z rezygnacją i minął kolegę, potrącając go lekko ręką. Uwielbiał ten moment, gdy jego wyobraźnia podsuwała mu obraz Crabbe'a, który pada niczym kometa na podłogę. Ale teraz najważniejsze było spotkanie z Granger i oficjalne otrzymanie wymarzonej roli.
Rozradowany do granic możliwości, udał się do biblioteki, z trudem powstrzymując się od zastosowania kroku odstawno-dostawnego.

***

W tym samym czasie w wieży Gryffindoru Harry, Ron i Ginny westchnęli ciężko. Potencjalny obserwator jakim była Hermiona, uznałby to za wyraz bezsilności i rezygnacji, w rzeczywistości jednak trójka Gryfonów brała udział w zabawie, która polegała na tym, kto dłużej będzie wydychał powietrze. Okazało się, że pierwsza odpadła Ginny, później Ron, a Harry w ogóle zapomniał jak się oddycha i przez chwilę jego twarz zmieniała kolor na bordo, ale po paru sekundach wszystko wróciło do normy.
— Jesteś w tym zbyt dobry. Nie wierzę, że nie oszukujesz! — powiedziała Hermiona, przyglądając się Harry'emu.
— Jak miałbym oszukiwać w takim sporcie? — Harry zamrugał kilka razy.
— Zaraz sprawdzę, na pewno jest jakieś zaklęcie, które...
— Hermiono! — krzyknęli wszyscy razem, przywołując dziewczynę do porządku.
— Są mikołajki — zaczęła desperacko Ginny — zaraz dostaniemy prezenty, błagam, nie psuj tej radosnej chwili.
— Zbyt przeżywacie te mikołajki — odparła stroficznym tonem, rozkładając ręce.
— Jak możesz! — pisnął Ron. — To najwspanialsza tradycja jaka kiedykolwiek istniała! Ludzie dają sobie prezenty z okazji jakiegoś gościa!
— Święty Mikołaj nie istnieje! — naburmuszyła się. — To tylko bajka opowiadana dzieciom, żeby cieszyły się, gdy rano dostaną jakiś drobny podarek. — Wzruszyła ramionami i odgarnęła włosy. — Poza tym to całkiem miła tradycja. Ludzie stają się dla siebie uprzejmi bez większego powodu.
— Odwołaj to, zanim Ron się rozpłacze. — Skrzywił się brunet, w duchu modląc się, by w uszach Rona znalazł się jeszcze jakiś ślad magicznego błota, które Ślizgoni zaczarowali podczas meczu quidditcha w taki sposób, by nieznośnie lepiło się do obrońcy. Przez cały tydzień chodził do skrzydła szpitalnego, żeby pani Pomfrey pomagała mu w usuwaniu zanieczyszczeń.
— Ona tylko żartuje, Ron — szepnęła Ginny, głaszcząc brata po ramieniu. — Hermiono, wstydziłabyś się. Skoro Mikołaj nie istnieje, to czy nasze jasełka też są nic nie warte?
Hermiona zmarszczyła brwi i spojrzała na otaczającą ją grupkę.
— Nie, nie, jasełka są całkiem inne. To piękne wydarzenie obrazujące, w jaki sposób narodziła się magia!
— A Mikołaj już nie jest magiczny? — burknął Ron. — Powiedz to Dumbledore'owi, zawiesi cię w prawach prefekta!
— Och! — westchnęła i usiadła ciężko na kanapie. — Przepraszam z tym Mikołajem. To tylko osoba, którą wylosowałam, wprawiła mnie w taki nastrój.
— Coś o tym wiem — odparł Harry, przeczesując włosy palcami. — Absolutna porażka.
— I tak na pewno nikt nie ma gorzej ode mnie — chrząknęła Ginny. — Ta karteczka mogłaby być równie dobrze wezwaniem do Azkabanu. Przynajmniej dla mnie.
— Świetnie. Azkaban przypomniał mi o pewnej osobie, która czeka na mnie w bibliotece. — Hermiona skrzywiła się brzydko. — Wyobrażacie sobie, że Draco Malfoy dostał rolę w naszych jasełkach?!
Harry zachłysnął się powietrzem, aż ze zdziwienia wypluł kawałek świecącego przedmiotu wprost na kolana Rona.
— Ha! Wiedziałam, że oszukiwałeś! — krzyknęła Granger.
— Jak to: dostał rolę? Od kogo? — przejęła się Ginny.
— Powiedziałam dyrektorowi, że potrzebujemy aniołków. Nie wiem dlaczego, ale pomyślał o Malfoyu. To tak jakby Snape miał zagrać dobrego duszka.
— Najgłupsza rzecz pod słońcem — podsumował Harry.
— Czyli zwolniłeś już z tej funkcji swoją pracę domową z transmutacji? — podsunął Ron.
— Czepiasz się, Ron — fuknął. — Fretka ma mieć z nami próby?
— Może warto mu dać szansę? — szepnęła brunetka, wstając i otrzepując szatę.
— A czy warto pić truciznę? Albo zamykać się z Ronem w łazience? — zironizowała Ginny.
— Och, no nic. Idę. W końcu ktoś musi zniszczyć jego marzenia — podsumowała Hermiona, zatrzaskując za sobą drzwi.
Zbiegła po schodach w zadziwiającym tempie zaspanego kota i skręciła w stronę biblioteki. Korytarz był chłodny i pusty, co przyprawiło Hermionę o ciarki na plecach, a wiatr dął w okna, sprawiając, że szyby lekko drgały. W pierwszej chwili pomyślała o jakimś starym zamku w Szkocji, jednak odgoniła tę myśl, zdając sobie sprawę, że znajduje się w jednym z nim, a roztrząsanie tej sprawy mogłoby doprowadzić do skrajnej schizofrenii. Biorąc pod uwagę spotkanie z Malfoyem, wolała uspokoić się i porozmawiać z nim na poziomie, bez zbędnych wyzwisk, choć obawiała się, że to będzie niemożliwe. Gdy ujrzała dzisiaj na kartce nazwisko osoby, której miała podarować prezent, wpadła w taką furię, iż Ron ewakuował z dala od niej, myśląc, że to zespół napięcia przedmiesiączkowego.
— Granger.
— Malfoy — odparła.
— Spóźniona.
— Czyżby moja nieobecność cię dotknęła?
— Wybacz, ale posiadam zbyt dużą ilość książek w mojej biblioteczce. Kolejna encyklopedia nie jest mi potrzebna.
— Załatwmy to szybko. Przykro mi, nie dostaniesz tej roli, o której marzysz. Zagrasz jakiegoś biednego aniołka, który był pośrednikiem między pierwszym czarodziejem a Wielką Magią; mała, apatyczna postać, cierpiąca na anoreksję. Idealnie się nadajesz — wyrecytowała zgodnie z napisaną wcześniej przemową.
— Nie zagram guru aniołów?
— Absolutnie! Uważam, że postać aniołka numer trzynaście będzie dla ciebie i tak nader odpowiedzialnym zadaniem. Obawiam się, że nie mogłabym spać przez następne trzydzieści lat, gdybyś otrzymał coś większego.
— Granger, igrasz ze mną.
— Skądże znowu — odparła, przypominając sobie kolejną regułkę. — Poza tym dbam o wizerunek jasełek. Wielki Anioł występuje w bardzo ostrym świetle, a twoja karnacje w ogóle nie nadaje się do tego. Stopiłbyś się z kostiumem i tłem. Zniknąłbyś, a tego byś nie chciał, prawda?
Malfoy przywołał na twarz grymas niezadowolenia i spojrzał na Hermionę gniewnym wzrokiem. Dzisiejszy dzień był dla niego serią fatalnych niespodzianek, a ponadto nie zamierzał wdawać się w pyskówkę z Encyklopedią-Granger, która zapewne znalazłaby odpowiedź na każdy argument. Przypuszczał, że przed tą rozmową przeczytała co najmniej cztery książki o sztukach scenicznych i dodatkowo ze dwie o tym, jak być asertywnym i skutecznie odmawiać ludziom. Nawet jego urok osobisty nie stawał się podstawą do przydzielania mu roli głównego anioła, choć może Granger miała słuszność co do jego karnacji? Może naprawdę źle prezentowałby się w białej szacie?
— I jeszcze jedno. Próby odbywają się rankiem, w Gryfindorze.
— Dostanę hasło?
— Chyba śnisz.
Hermiona uniosła prawą brew w górę, po czym odwróciła się i odeszła, zostawiając Malfoya samego ze swoimi egzystencjalnymi problemami, kłębiącymi się w jego głowie. Całkiem dobity, pocieszał się tylko tym, że właśnie o tej porze powinno na niego czekać sześć paczek, wypełnionych przeróżnego rodzaju upominkami. Uszczęśliwiony tą myślą ruszył w stronę lochów, by w końcu znaleźć się w swoim dormitorium. Omyłkowo jednak skręcił dwa razy w lewo i trzykrotnie przedłużył swoją drogę. Odurzony hormonem szczęścia rzucił się do drzwi pokoju i wpadł zdyszany do środka, rozglądając się rozpaczliwie w poszukiwaniu prezentów.
Sześć ładnych paczuszek stało już obok łóżka i wabiło go do siebie przede wszystkim mieniącym się papierem ozdobnym, bo nic więcej poza tym nie mógł dojrzeć. Dopadł paczki w jednym susie i zaczął się do nich dobierać.
Kilka sekund później leżał przed nim stosik nie-wiadomo-cosi, które nie emanowały żadną magią. Czego się spodziewał? Na pewno nie żadnych diamentów z Republiki Południowej Afryki, ani też nowej miotły. Jednak nie dostał nawet czekoladowej żaby.
Podniósł jeden z ciekawiej wyglądających obiektów, który przypominał jakiś tajemniczy, czarnomagiczny talizman przywołujący złe moce. Obrócił go w palcach — raz w lewo, raz w prawo, to w przód, raz nawet po skosie, a gdy nacisnął malutki guziczek, o mało nie dostał epilepsji — z wnętrza wyskoczył zegarek i wskazał mu aktualną godzinę. Odłożył go na bok i sięgnął po kolejny przedmiot. Tym razem była to szkatułka. Dokładnie ją obejrzał, potrząsnął nią i przystawił do ucha, nasłuchując, czy aby na pewno nic w niej nie tyka, po czym otworzył ją i natychmiast zamknął, przerażony wydobywającą się z niej muzyką. Bliski depresji, zgarnął prezenty do kufra i przyrzekł sobie, że resztę obejrzy jutro, gdy nie będzie wydawało mu się, iż ktoś dyszy mu na kark.
Pozbierał się i opadł na łóżko z myślą, że mugolskie prezenty nie są znów takie najgorsze.

Obudziło go głośne sapanie nad lewym uchem. Przerażony, wyskoczył z łóżka i rozejrzał dokoła. W pokoju nie znajdowało się nic nader niepokojącego poza — oczywiście — kupką kalendarzy adwentowych, która z dnia na dzień rosła. Goyle najwyraźniej znalazł sobie nowe hobby.
— Panie Malfoy...
Głos Snape'a zaskoczył Draco tak bardzo, że dziwnym sposobem kolana ugięły się pod nim i runął jak długi na podłogę. Nauczyciel jednak przekręcił tylko głowę i spojrzał na Ślizgona świdrującymi oczami.
— Chciałbym zaczynać tak każdy dzień mojego życia — sarknął, podnosząc się z podłogi. — Urozmaicenie jakieś.
— Mamy ze sobą coś wspólnego. Ja też mógłbym codziennie rano patrzeć na ciebie, gdy leżysz przede mną półnagi na podłodze.
— To fetysz?
Snape zamrugał.
— Dyrektor prosi cię do siebie. Miałeś być u niego jakieś dziesięć minut temu.
— Świetnie, po prostu świetnie.
W przeciągu dziesięciu minut Draco był świeżutki, czyściutki i pachniał jak aniołek, idąc z rozwianymi włosami przez korytarz i rozsiewając zapach wanilii. Wszedł do gabinetu dyrektora, posyłając mu jeden ze swoich najlepszych uśmiechów, jednak czynność ta była całkiem zbędna, gdyż zaraz na początku zasztyletowało go sześć par oczu. Otóż obok dyrektora stał Potter, Granger, siostra Wiewióra, Cho Chang oraz — z nie wiadomo jakich przyczyn — Filch.
— Czy to próba jasełek? — zapytał, nie przeczuwawszy najmniejszych kłopotów, na co dyrektor odparł twardym, chłodnym głosem:
— Panie Malfoy, obawiam się, że ma pan kłopoty...


A w następnym odcinku...
Ignorance? The best way to be alive in this world. Still.
Missed Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 168
Dołączył(a): 9 lip 2012, o 11:10
Lokalizacja: Beskidy

Postprzez Ter » 10 gru 2012, o 00:48

.
Ostatnio edytowano 31 maja 2015, o 22:05 przez Ter, łącznie edytowano 1 raz
Ter Offline


 
Posty: 645
Dołączył(a): 1 gru 2011, o 20:23

Postprzez byarenlight » 10 gru 2012, o 13:47

Missed, Ty... Ty... mózgu! Jak pięknie obmyśliłaś te jasełka! Bomba, bomba, naprawdę.

Dostajesz + 29348023948 punktów w kategorii pomysł, więc niezależnie od tego, ile ich dostaniesz od Kaczalki, myślę, że będziesz na plusie.

A serio (chociaż moje powyższe słowa również były serio), to się pośmiałam. Przy tym się autentycznie rozchichrałam i jestem pewna, że współlokatorka w drugim pokoju wzięła mnie za nienormalną:
Prawą ręką podrapał się za uchem, stymulując tym samym lewą półkulę mózgu, co zawsze pomagało mu skupić się i zebrać myśli. Teraz nie pamiętał, czy wmawiał sobie, że ta dziwaczna czynność mu pomaga, czy robiła to faktycznie, a z racji tego, że był leniwy, nie zamierzał drapać się na czubku głowy i burzyć fryzury, by pomóc swojej pamięci odtworzyć tak nieistotny szczegół.

To już jest przegięcie :lol2: Ale tak mnie to rozśmieszyło, że Ci wybaczam to przeginanie.
Powiem Ci, że Twoja Hermiona jest... żeńską wersją fanfikowego Draco! Co za teksty, jaka ona wygadana! No, no. Wydaje mi się, że z tego punktu łatwo będzie zrobić z niej gwiazdę tegorocznej fety. Chciałabym również, by Draco i Potter w końcu zaczęli się do siebie zbliżać, ale całe szczęście zostało nam na to jeszcze kilka odcinków. Prawdę mówiąc, niektóre żarty były ździebko enigmatyczne, ale i tak jestem na tak. Całość utrzymana w fajnej (użyłam tego słowa specjalnie dla Ter) konwencji, jest wesoło i parodyjnie. Poza tym bardzo podoba mi się sterta kalendarzy Goyle'a, i te dywagacje o tym, jak Goyle lubi smak... papieru :hahaha: Zgodzę się z Ter, że pierwszy fragment jest lepszy niż późniejsze, jednak nie jest to wielki problem. No i ciekawi mnie, jakie kłopoty czekają Draco, muahaha. Poza tym Draco bardzo dużo skręcał w tym odcinku, co również wywołało na mym licu uśmiech :whistle: Teraz lecę zapoznać się z ankietą.

Dobra robota, Missed :)
- Ty byłaś kiedyś nastolatką. Powiedz, jak mam sobie poradzić z Astor?
- Spróbuj z nią porozmawiać.
- Kiedy ostatnio próbowałem, powiedziała, że mnie nienawidzi i przeniosła się do Orlando.
- To teraz masz drugą szansę. Podziel się z nią czymś... Co robiłeś w jej wieku...
- Zabiłem psa sąsiadów.
- Tego lepiej jej nie mów.
byarenlight Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 1436
Dołączył(a): 9 sie 2011, o 20:07
Lokalizacja: względna

Postprzez AnQa » 10 gru 2012, o 18:56

Odcinek pierwszy :)

Podczas czytania tego fragmentu, świetnie się bawiłam. Raz na mojej twarzy pojawiał się uśmiech, innym razem parskałam śmiechem. Może nie takim głośnym i histerycznym, za jaki jestem regularnie krytykowana przez moją rodzicielkę ("Anka, przestań się śmiać jak źrebak..." :oczy: ), ale absurdalny charakter całości cieszył zdecydowanie. Malfoy i jego niecne zamiary, komiczne. Pomijając kanon, do głowy przykleiła mi się wizja "Czarnej Żmii" ;) Jakoś tak.
Nie jestem pewna, ale zakładam, że wszystko było z góry skalkulowane. Styl... Styl, który wydaje się należeć do innej formy i innej treści, a dodaje smaczku absurdowi całości. Zdaję sobie sprawę, że może on niektórym przeszkadzać, bo granica między 'jeszcze pasuje' a 'już przesada' była cienka. I chyba mało brakowało, szczególnie opis przy stole, by została przekroczona. Ale na szczęście nie została, i przy tym pozostańmy.
Obiecujący początek, zobaczymy co będzie dalej.
'Everyone, no matter how refined, had a stash of porn.' - Mark Vincent
"No One Should Be Alone" by Tinnean
AnQa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 126
Dołączył(a): 10 paź 2012, o 18:48

Postprzez Bang Bang » 12 gru 2012, o 23:21

Na wstępie pragnę zaznaczyć, że moje serce zostało w brutalny sposób złamane :( . Tak się nie robi! Zwłaszcza w okresie przedświątecznym.

Tak, Draco doskonale pamiętał atak fobii, którego Weasley dostał tuż po tym, gdy okazało się, że na śniadanie zabrakło dżemu truskawkowego. Nie żeby Draco nie przepadał za dżemem truskawkowym, ale uważał, że nie zasługuje on aż na takie traktowanie, które mogłoby na przykład zniszczyć idealny ład na jego głowie.


Jak to- nie zasługuje? Draco, co ty pleciesz! :zal: W tym wypadku absolutnie i ostatecznie solidaryzuję się z Ronem.

Początek był totalnie fantastyczny- toki myślowe Dracona są naprawdę rozbrajające, a skoro to dopiero trzeci odcinek, nie trzeba się przejmować, że hamują za bardzo akcję. Goyle i kalendarze! :hahaha: Dla mnie to bardzo poważna kandydatura na OTP w tegorocznej fecie. Cała idea jasełek- wow! Świetnie wybrnięcie z sytuacji, trzeba przyznać, dość beznadziejnej. Kłaniam się w pas. Kolejną jasna stroną tego odcinka jest z pewnością Hermiona. Kurcze, bardzo bym chciała, żeby w tegorocznej fecie wyszła trochę z cienia, bo rok temu została kompletnie przesłonięta przez Pansy i Ginny, a skoro (przynajmniej na razie) ta pierwsza jest zakochana w Draco i to tak desperacko, że biedny Malfoy podejrzewa ją o ewentualne wysłanie zakamuflowanego eliksiru miłosnego (w sumie ciekawe, ile jest w tym prawdy, a ile nadinterpretacji Dracona), to taka możliwość istnieje, prawda? Missed, jestem pełna podziwu dla poprawy Twojego stylu! Zaskoczyłaś mnie, bardzo, bardzo pozytywnie. I duże brawa dla bety, bo tekst jest naprawdę zgrabny :brawo: .

Dobra, chyba nie do końca zrozumiałam ten fragment ze Snapem, zwłaszcza początek, ale przemilczę ten drobiazg :whistle: .
Combeferre sighed. "When was the last time you got a full night's sleep?"
"I'm a med student," said Joly, rubbing his eyes. "Sleep is surrender. Coffee is strength."
"Work is freedom," said Combeferre drily.
"Right." Joly nodded. "Sometimes, I forget you're a med student, too."

North London is red


Bractwo Bejsbola i Widła :pala:
Bang Bang Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2318
Dołączył(a): 3 paź 2011, o 21:19
Lokalizacja: Emirates Stadium

Postprzez Pufek » 13 gru 2012, o 00:13

Zapraszam :)

Odcinek czwarty



Draco ze wszystkich sił starał się przybrać minę niewiniątka, ale złowrogie spojrzenia zebranych w gabinecie uczniów podpowiadały mu, że tym razem nie wyślizgnie się tak łatwo.
- Proszę. Niech pan usiądzie i spróbuje się wytłumaczyć. – Dyrektor ruchem dłoni wskazał miękki fotel przed swoim biurkiem, w którym to Ślizgon natychmiast zapadł się przyjemnie. Wygodne siedzenie sprawiało, że miał ochotę zamruczeć z przyjemności, ale otoczony przez te dziwaczne zbiorowisko złożone z Gryfonów, kadry nauczycielskiej i jednego zagubionego Krukona, nie mógł pozwolić sobie na taki luksus.
- A więc panie Malfoy, domyśla się pan w jakiej sprawie został tu wezwany? – spytał dyrektor, splatając na biurku swoje długie palce.
- Jasełka? – spróbował ponownie Draco, ale odpowiedziało mu przeszywające spojrzenie znad okularów połówek. Nigdy wcześniej nie widział na twarzy Dumbledore'a niczego oprócz dobrodusznego, głupawego uśmiechu, więc wywnioskował, że tym razem ma poważne kłopoty. Postanowił zagrać w otwarte karty.
- Nie wiedziałem, że Filch też bierze udział w losowaniu! – krzyknął na swoje usprawiedliwienie, przybierając gniewny wyraz twarzy i próbując wyprostować się w fotelu, żeby wyglądać bardziej wiarygodnie. Niestety, puchate fiołkowe poduchy wręcz idealnie dopasowywały się do kształtu ciała, dlatego kilka sekund później ponownie osunął się lekko i zapadł w miękkim oparciu. Westchnął w duchu z przyjemności.

Po tych słowach rozpętało się małe piekło. Kiedy tak siedział sobie i wzdychał, pozostała piątka postaci zgromadzonych za jego plecami zaczęła głośno protestować, przekrzykując się wzajemnie i nie dając dojść nikomu do słowa. Wreszcie Dumbledore uciszył ich wszystkich, poczęstował po kolei specjalnym świątecznym rodzajem ciągutek (piernik pachnący jodłą) i odprawił jedno po drugim, obiecując, że Draco spotka zasłużona kara.
Wszystko to zajęło mu mniej niż minutę i Ślizgon nagle przestał się dziwić, dlaczego Czarny Pan tak obawiał się tego lekko zdziecinniałego starca.

Kiedy zostali w pokoju sami, złowrogie spojrzenie dyrektora zniknęło. Westchnął przeciągle, patrząc na wyciągniętego wygodnie w fotelu Draco z mieszanką zmartwienia i zrezygnowania wypisaną na twarzy.
- I co ja mam z panem zrobić, panie Malfoy? – spytał zmęczonym tonem.
- Docenić kreatywność? Pochwalić za perfekcyjnie rzucone zaklęcie? Pogratulować pomysłu? – podsuwał usłużnie Draco. – Delikatnie zanegować tę mniej pochwalną część mojego planu, ale nagrodzić świąteczną postawę? W końcu nieźle się natrudziłem, żeby zdobyć te wszystkie prezenty.
Po przemówieniu Ślizgona zapadła chwila ciszy, podczas której wyraz twarzy dyrektora nie zmienił się nawet o jotę.
- Dropsa? – spytał w końcu, równie zrezygnowany co wcześniej.
- Nie dziękuję – odparł kurtuazyjnie Draco.
- Ciągutka?
- Nie bardzo.
- Fasolkę? Pierniczka? Sorbetu? – próbował dalej dyrektor, a Malfoy konsekwentnie odmawiał, starając się zachować uprzejmy ton i nie myśleć zbyt intensywnie o tym, jak jest mu nieziemsko wygodnie.
– Lukrecjową pałeczkę? – Dumbledore wyciągnął z szuflady opakowanie pokryte zieloną folią. – Profesor Snape dał mi je na mikołajki – dodał jeszcze, podsuwając słodycze Ślizgonowi pod nos.
- Skoro profesor Snape, to może się skuszę. – Skapitulował Draco, sięgając po lukrecję w taki sposób, żeby jak najmniej oderwać się od fotela. W końcu wpakował słodycz do ust, prawie natychmiast krzywiąc się niemożebnie, kiedy ostry smak rozlał mu się po podniebieniu.
- Właściwie, to dostałem je od profesor McGonagall – powiedział cicho dyrektor, wpatrując się intensywnie w pudełko stojące na biurku. Draco prawie się zakrztusił, czując się dogłębnie oszukanym. – Ale wie pan, zawsze chciałem dostać coś od Severusa, więc ta czerń połączona z zielenią… - dodał rozmarzonym tonem, wpatrując się gdzieś w dal.
Malfoy nie mógł się zdecydować, czy niedobrze mu od absolutnie okropnego smaku lukrecji, czy dziwnych insynuacji Dumbledore’a.
- Ehm, a więc tak – odchrząknął dyrektor i zebrał się w sobie, przesuwając wyciągnięte wcześniej słodycze na skraj biurka. Draco ze wszystkich sił spróbował się uśmiechnąć, czując jak lukrecjowa pałeczka coraz bardziej rozpuszcza mu się na języku.
- Myślę, że mam dla pana idealne zadanie, skoro pan tak uwielbia święta. Nie wątpię, że pańska postawa i pomysłowość może być wykorzystana w daleko bardziej pozytywny sposób niżeli podstępne kombinowanie z Czarą Mikołaja. – W tym momencie posłał Draco uważne, przeciągłe spojrzenie. – Wielka Sala, jak co roku, musi zostać udekorowana. Zazwyczaj zajmuję się tym osobiście, ale skoro muszę wyruszyć do Hogsmeade i kupić prezenty pięciu zapomnianym osobom, liczę, że mnie pan wyręczy, panie Malfoy?

Draco przeklął szpetnie w myślach i posłał dyrektorowi wyjątkowo złowrogie spojrzenie. On i dekorowanie Wielkiej Sali! Przecież ona była… no wielka! Zajmie mu to co najmniej kilka godzin, jak nie całe popołudnie! A przecież ma życie towarzyskie! Plany na wieczór! Naukę! Zobowiązania! Alergie na świąteczne dekoracje! Może pokazać zaświadczenie lekarskie!

Pomyślał, że ojciec się o tym dowie.

Chciał to wszystko z siebie wyrzucić, ale lukrecja podejrzanie rozmiękła mu na języku, sklejając zęby i smakując z każdą minutą gorzej. Nie mógł otworzyć ust i zaprotestować, co z chwili na chwilę coraz widoczniej bawiło Dumbledore’a.
- Tak więc, skoro nie ma pan żadnych uwag, życzę miłego dekorowania. Liczę, że wykaże się pan w tej dziedzinie osławioną pomysłowością – powiedział, odprawiając go gestem ręki, tak jak wcześniej Gryfonów. – I niech pan poczęstuję się jeszcze na do widzenia – rzucił, wskazując pudełko wypełnione obrzydliwie czarnymi słodyczami.

Draco nie zastanawiał się zbyt długo. Zrozpaczony, upokorzony i zaklejony na amen, pochylił się i zamiast sięgnąć do wskazanego mu pudełka, porwał z biurka dyrektora całe opakowanie świątecznych pierniczków. Złapał je najszybciej jak potrafił i bez słowa uciekł z gabinetu, zanim dyrektor zdążył zareagować w jakiś inny sposób niż zaskoczonym spojrzeniem.

***

- Hej, wiecie co wymyślił dyrektor, żeby ukarać Malfoya? – spytała radośnie Ginny, wchodząc do pokoju wspólnego Gryffindoru.
- Mam nadzieję, że coś związanego z szorowaniem kibli – westchnął z rozmarzeniem Ron, odrywając się od partii szachów, którą rozgrywał właśnie z Harrym. Ten wykorzystał moment nieuwagi przyjaciela, wyliczając bezgłośnie, którym pionkiem powinien ruszyć się w następnej turze.
- Och, to by było super, ale niestety – skrzywiła się Ginny, siadając na małym stoliku tuż przy kominku i zakładając prowokująco nogę na nogę. Hermiona wywróciła oczami, a Harry dalej mozolnie wyliczał.
- W takim razie co robi Malfoy? – zainteresował się Ron, zawsze gotowy na rozmowę pod tytułem jak-bardzo-nienawidzimy-Ślizgona.
- Dekoruję Wielką Salę! – rzuciła radośnie jego siostra, zaraz odzyskując dobry humor.
- Eee – mruknął zawiedziony chłopak, wracając do gry. – Pokładałem w dyrektorze większe nadzieje. Gdyby to ode mnie zależało, kazałbym ubrać Malfoy’owi stary, obrzydliwy łach i stać w Wielkiej Sali co najmniej godzinę dziennie, aż do Wigilii, rozdając pierwszorocznym Puchonom cukierki – stwierdził i zaszachował Harry’ego. Wszyscy przysłuchujący się rozmowie, spojrzeli na niego zaszokowani. – No co? – spytał, brzydko czerwieniejąc na końcówkach uszu, kiedy napotkał ich zdziwione spojrzenia.
- Tak więc, skoro już Ron podzielił się z nami swoimi dziwacznymi wizjami, które do tej pory bezpiecznie przechowywał w podświadomości – i chyba wszyscy się ze mną zgodzicie, że nadal powinny tam pozostać – to uwierzcie mi, ta kara jest bardziej przemyślana niż mogłoby się wydawać! Malfoy najpierw rzucał się od jednego krańca stołu Slytherinu do drugiego, ględząc każdemu napotkanemu Ślizgonowi jaki to jest biedny i jak dyrektor niesłusznie go ukarał, aż w końcu nie pozostał ani jeden gotowy go wysłuchać. Potem przerzucił się na Krukonów a nawet Puchonów. Ostatecznie wykurzył prawie każdego ucznia i położył się krzyżem nieopodal stołu nauczycielskiego, głośno lamentując. Teraz jednak wziął się do roboty i wierzcie mi lub nie, to będzie najbardziej oryginalnie przystrojona Wielka Sala w historii Hogwartu – powiedziała Ginny i zachichotała złośliwie.
- Na Merlina, Harry! – jęknął Ron, ostatecznie ogrywając przyjaciela, który nawet nie zorientował się, kiedy jego królowa została zdjęta. – Wyobrażasz sobie gust Malfoya?! Musimy to zobaczyć! Hermiono, idziesz?
- Naprawdę Ronaldzie, mam lepsze rzeczy do roboty. I zdaje się, że Harry też, prawda? Jak tam twój esej z eliksirów?
- Daj spokój Hermiono. Esej dostajemy co tydzień, a szalejący w Wielkiej Sali Malfoy trafia się góra raz na kilka miesięcy – zaprotestował Harry, który nawet nie pamiętał o czym miał napisać.
-Więc świetnie! Idźcie i bawcie się dobrze! Ale jak coś, to nie przychodźcie później do mnie!
- Jasne, jasne – rzucił tylko pod nosem Ron i wywrócił oczami tak, żeby tylko Harry był w stanie to dostrzec. Obaj zaśmiali się cicho i ruszyli do wyjścia, kiedy przeszkodziło im pełne pretensji pytanie Ginny:
- A mnie to już nie zapytasz? Może ja też bym chciała z wami…
- Spadaj Ginny – przerwał jej w pół zdania Ron i wyszli, zanim dziewczyna zdążyła poważnie się zdenerwować.

***

Wielka Sala wyglądała tak, jakby wojna nadeszła szybciej niż ktokolwiek mógł się spodziewać i rozegrała dokładnie w samym sercu Hogwartu. W całym pomieszczeniu panował nieopisany chaos, chociaż najgorzej prezentował się stół nauczycielski i, co raczej nie było dla nikogo zaskoczeniem, Gryffindoru. Na blatach walały się skrawki dekoracji, podarte kartony, wstążki, pourywane girlandy, rozbite bombki i całe sterty jakiejś dziwnej, fioletowawej mazi, która gdzieniegdzie spływała na podłogę, żeby tam zastygnąć i przemienić się w szarobure grudy wielkości pięści. Na stole Ravenclawu i Hufflepuffu sytuacja wyglądała tylko minimalnie lepiej – nie było wprawdzie mazi, ale zostały na nich zgromadzone potencjalnie potrzebne materiały, walając się grubymi stertami po całej długości. Za to stół Slytherinu obłożony był już gotowymi dekoracjami i pewnie znalazłoby się niewiele osób gotowych przyznać, że wyglądał lepiej niż reszta. Małe, ruchome figurki smoków, węży, pająków, kotów, jaszczurek, żab i nietoperzy kłębiły się na blacie i ławkach Ślizgonów. Każde zwierzątko było nieskazitelnie czarne, z żółtymi lub czerwonymi oczyma i małymi mikołajowymi czapkami przymocowanymi na paskudnych główkach. Dookoła walały się girlandy, pasujące zdecydowanie bardziej na pogrzeb, niżeli Boże Narodzenie. Prawdopodobnie by nadać im świątecznego wyglądu, zostały skąpo przyozdobione już nie pierwszej świeżości ostrokrzewem. Na niektórych widać było coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak czarno magiczne symbole i dopiero po uważniejszym przyjrzeniu można było zauważyć, że to głównie obrażające inteligencje Gryfonów slogany, zapisane bardzo wymyślnym pismem.
Pośród tego wszystkiego miotał się wściekle Malfoy, celując różdżką ponad stołami i mocując na chybił trafił małe, ponure świeczuszki z zielonymi ognikami. Wyglądał na trochę szalonego, szczególnie, że do jego idealnie wykrojonej szaty poprzyczepiały się różne śmieci – a nawet jeden z wyczarowanych węży z czapką na głowie i żółtymi ślepiami, który otwierał co chwila pysk, ukazując ostre jak igiełki ząbki.

Ślizgon, zwabiony skrzypnięciem otwieranych drzwi, odwrócił się w stronę oniemiałych Rona i Harry’ego. Do nosa przykleiła mu się granatowa tasiemka i poruszyła śmiesznie, kiedy zmarszczył się na ich widok, a potem lekko uniosła, gdy gniewnie warknął. Ron nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
- Malfoy, jesteś pewien, że nie pomyliły ci się czasem święta? – spytał Harry, z przerażeniem wpatrując się w porozrzucane ozdoby.
- Nie wiem, co ci chodzi – odparł Ślizgon, przybierając nagle obojętny wyraz twarzy.
- No wiesz, te nietoperze i węże… Mało świątecznie, nie uważasz?
Draco nawet nie drgnął, dalej zachowując pozorny spokój. Kiedy wreszcie udzielił odpowiedzi, zwrócił się do Harry’ego tonem, jakby ten był co najmniej przygłupim gumochłonem.
- Mają przecież czapeczki.
Ron nie wytrzymał i parsknął ponownie, a Harry zrobił obrażoną minę. Draco wrócił do dekorowania, rozciągając paskudne girlandy nad stołem Puchonów. Jedna miała sprytnie zamaskowany napis: Draco, zbawca świąt.
- Dobra, to jest bardziej przerażające niż sobie wyobrażałem – jęknął Ron, obrzucając Wielką Salę jeszcze ostatnim spojrzeniem. Dalej był nieźle rozbawiony, ale chyba wreszcie dostrzegł pośród morza figurek kłębiących się po stole Ślizgonów wielkie, czarne pająki, które żwawo poruszały wszystkimi łapkami. Do każdej przyczepiony był mały dzwoneczek.
- Idę stąd zanim w szale twórczym Malfoy i nas gdzieś przymocuje. Nie wiem, czy chciałbym tu być, kiedy Dubledore to zobaczy. Harry? Idziesz? – spytał w końcu, kiedy sam prawie przekroczył próg Wielkiej Sali, a jego przyjaciel dalej pozostał nieruchomo w miejscu. Potter stał, przypatrując się ciekawie Malfoyowi. Ten w tym czasie szarpał się z wyjątkowo długą girlandą. Zaplątała się na jednym końcu i choć Ślizgon manewrował dziko różdżką na wszystkie strony, nie chciała puścić. Harry poczuł przypływ bohaterstwa.
- Wiesz co? Skocz po coś do jedzenia do kuchni i spotkamy się za dziesięć minut na korytarzu, dobra?

Ron wzruszył ramionami i wyszedł, a gryfon przygotował się do niesienia pomocy.
- Trzeba do zrobić normalnie, Malfoy – powiedział, kiedy ten ze złości machnął różdżką na oślep, rozrzucając tym samym stertę śmieci umieszczoną pod oknem.
- Normalnie? To jest właśnie normalnie, Potter – warknął. - Za pomocą różdżki, a nie tego czegoś, co dzierżysz w ramionach.
- To jest drabina i nie udawaj, że nie wiesz do czego służy.
- Pff! – odparł tylko Draco i skrzyżował ręce na piersi, kiedy Harry zaklęciem przymocował drabinę do ściany i zaczął się wspinać, aby odczepić zaplątaną girlandę.
- Nie szarp tak, bo porwiesz! – Dobiegło go pełne pretensji zawodzenie z dołu, kiedy Malfoy przemieścił się pod drabinę i kręcił denerwująco dookoła, strofując go co chwila.
- Jak jesteś taki mądry, to wejdź tu i sam to zrób – odwarknął Gryfon, mocując się z tkaniną, która wkręciła się pod jeden z kandelabrów i za żadne skarby nie chciała puścić.
- Jasne!
- Tylko czekaj, ja zejdę… Och, już tu jesteś – westchnął Harry, kiedy na szczeblu obok niego pojawiła się idealnie ułożona fryzura Malfoya, a chwilę później cały Ślizgon wepchnął się w jego prywatną strefę, przepychając łokciami.
- Patrz Potter i ucz się! – rzucił i zaczął szarpać girlandę. Dokładnie w taki sam sposób, w jaki wcześniej próbował Harry.
- Daj spokój, tak już próbowałem i nie idzie!
- Co ty tam wiesz!
- Musisz bardziej w lewo!
- Nie zbliżaj się do mnie! Nie mam co robić, tylko spoufalać się z głupim Gryfonem!
- Ciekawe jak mam się niby nie zbliżać!
- Złaź!
- Sam złaź, to moja drabina!

Wbrew zdrowemu rozsądkowi zaczęli się szarpać i wyzywać, kiedy do Wielkiej Sali wrócił Ron, zaniepokojony przeciągającą się nieobecnością przyjaciela. Spojrzał na nich dokładnie w momencie, kiedy Malfoy z całej siły kopnął Harry’ego w kostkę, a ten pociągnął go za włosy. Zanim Weasley zdążył krzyknąć choćby pół ostrzeżenia, Draco poczuł jak przechyla się w tył i traci oparcie. Złapał się kurczowo szaty Pottera, ale to tylko nieznacznie opóźniło nieuniknione.

***

-… i dlatego przyniosłem ci to na pocieszenie – powiedział Goyle, ściskając w ogromnych pięściach jeden ze swoich adwentowych kalendarzy. Patrzył na niego ze smutkiem. – Zjadłem tylko trzeci i trzynasty grudnia, bo są z rodzynkami. Nie lubisz rodzynek, prawda? – spojrzał na Draco błagalno-przepraszającym wzrokiem. Ten westchnął cierpiętniczo i wyrwał mu kalendarz z rąk,
- Dziękuje ci bardzo Goyle! – powiedział aż nazbyt głośno. Tak, aby przerwać rozmowę Rona i Hermiony, siedzących przy łóżku Harry’ego. – Miło, że o mnie pomyślałeś i przyniosłeś prezent! Na prawdziwych przyjaciół zawsze można liczyć! – dodał jeszcze głośniej, rzucając złośliwe spojrzenie Gryfonom. A potem odwrócił się do Goyle’a i warknął cicho – wolałbym z łaski swojej jakieś prawdziwe jedzenie, albo przynajmniej lusterko.
- Wyglądasz jak zwykle wspaniale, Draco – odpowiedział natychmiast Goyle, wyuczonym od dawna tonem. Wyprostował się przy tym, jakby co najmniej wygłaszał orędzie w towarzystwie Ministra Magii.
- Tak, tak. – Malfoy odprawił go lekceważącym ruchem dłoni, układając się wygodniej na łóżku i na chybił trafił wyjadł szesnasty grudnia. Skrzywił się, czując nugat.

Goyle rzucił jeszcze jedno tęskne spojrzenie za swoim kalendarzem i wyszedł ze Skrzydła Szpitalnego, gdzie po upadku z drabiny wylądowali Draco i Harry. Chwilę później Pani Pomfrey odprawiła także Gryfonów i dokładnie zbadała pacjentów. Ślizgon wydał z siebie odpowiednią ilość jęków i westchnień, tak żeby wyjść na poważnie uszkodzonego, ale nie na mazgaja. Kiedy zostali wreszcie sami, uśmiechnął się z tryumfem i pochłonął jeszcze dwudziesty trzeci grudnia.
- Nic ci nie jest Malfoy – warknął Harry, mierząc go wrogim spojrzeniem. Ślizgon uniósł tylko lekceważąco brew, przeżuwając powoli czekoladkę. – To ja mam złamaną nogę, bo na mnie upadłeś!
- Sam się o to prosiłeś! Zresztą nie marudź, za godzinę nic ci nie będzie! – wybuchnął Draco. Prawie nieruszony kalendarz poszedł w jednej chwili w odstawkę. Kłótnia była ważniejsza.
- Jak się niby mogłem prosić o to, żebyś na mnie spadł, a potem jeszcze leżał i pojękiwał! – rzucił z pretensją Harry.
- Jestem pewien, że wiele osób w tej szkole chciałoby, żebym na nich leżał i pojękiwał. W końcu jestem bardzo przystojny.
- Jesteś kretynem! – zapieklił się Potter i przez następne czterdzieści minut kłócili się w kółko o to samo, a dwadzieścia spędzili w pełnej urazy i napięcia ciszy.

W końcu nieznośną atmosferę przerwał odgłos otwieranych ostrożnie drzwi i głowa Goyle’a pojawiła się w powstałej szparze.
- Draco? – szepnął, nie wiadomo czemu.
- Czego tu znowu? – warknął w odpowiedzi Malfoy.
- Przyszedłem zobaczyć, czy ci smakuje – Goyle obdarzył go czymś na kształt tęsknego spojrzenia.
- Co niby?
- No… kalendarz przecież. Nie jesz go? – zerknął na porzucony prezent, leżący u stóp jednego ze szpitalnych łóżek. – Myślisz, że no wiesz? Ja mógłbym go…
Ślizgon poczuł nową falę złości.
- Jasne! Bierz go! Bierz wszystko! – zaczął lamentować. – Ja tu leżę, być może umieram, a ciebie jak zwykle obchodzi tylko jedzenie!
- Nic ci nie jest Malfoy! Upadłeś na mnie!

Goyle nie słuchał ich już jednak. Awantura toczyła się identycznie jak za pierwszym razem, tylko teraz ton głosu Draco był jeszcze bardziej pompatyczny niż wcześniej. Dla niego liczyło się tylko owe kolorowe cudo, które jego przyjaciel porzucił na pastwę losu. Tekturowe okienka, które kryły słodką tajemnice. Właściwie całość wyglądała zachęcająco i smacznie. Goyle nie mógł zrozumieć, dlaczego wcześniej nie posmakował tych kolorowych wzorków na przodzie, albo chociaż nie spróbował miękkiej faktury opakowania.

***

- To wszystko twoja wina Potter – poskarżył Malfoy, siedząc na niewygodnym krześle obok szpitalnego łóżka.
- Niby czemu? To ja mu kazałem zeżreć wszystko łącznie z folią?
- Jesteś zadziwiająco nieczuły, jak na przyszłego bohatera czarodziejskiego świata – rzucił Ślizgon, patrząc współczująco na zwijającego się z bólu Goyle’a. Adwentowy kalendarz, sprawca zamieszania, leżał porzucony na środku Skrzydła Szpitalnego. Brakowało w nim nie tylko czekoladek, ale także sporej części opakowania. Cały prawy górny róg został odgryziony, na tekturze widać było jeszcze świeże ślady zębów.
Harry poczuł irracjonalne wyrzuty sumienia, jakby rzeczywiście z jakichś powodów kazał Ślizgonowi zjeść karton.
- Pomfrey już godzinę temu mówiła, że eliksir powinien zacząć działać – mruknął jeszcze żałośnie Malfoy, krzyżując ręce na piersi.
- Wiesz, myślę, że zatrucie folią nie jest standardowym przypadkiem i dlatego to musi chwilę potrwać. – Harry nawet się nie zorientował, kiedy zaczął pocieszać swojego odwiecznego wroga.
- Pewnie, wiem – odpowiedział Draco, pociągając nosem i przybierając wszechwiedzącą minę, ale tak naprawdę czując się jakoś lepiej po słowach Pottera.

Harry chciał coś jeszcze dodać, ale w tym momencie do Skrzydła Szpitalnego wszedł szóstoroczny prefekt Krukonów, przerywając te ciche zawieszenie broni. Rozsiał wokół siebie nieodłączną aurę inteligencji, błyskotliwości i czarującego uśmiechu.
- Malfoy? – zwrócił się do Ślizgona, uśmiechając się przy tym dość podle. – Dyrektor cię szuka. Kazał mi przekazać, że widział dekorację i zaprasza cię do swojego gabinetu…

A w następnym odcinku...
Ostatnio edytowano 13 gru 2012, o 20:23 przez Pufek, łącznie edytowano 1 raz
Pufek Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 16
Dołączył(a): 23 lis 2012, o 23:28
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez byarenlight » 13 gru 2012, o 10:30

i kupić prezenty pięciu zapomnianym osobą

osobom ;)

Podobało mnie się, o tak. Gdzieś jeszcze mignął mi błąd w nazwisku "Dumbledore", ale nie mogę teraz znaleźć. Ale przejdźmy już do rzeczy, nie ma co płakać nad omyłkami. Przy fragmencie, w którym Goyle zastanawiał się, czy zjeść opakowanie kalendarza... Kurczę! Jak czytałam, to moja współlokatorka jeszcze spała, więc ze wszystkich sił musiałam powstrzymywać się od śmiechu i myślałam, że pęknę.
A potem zabiło mnie to:
- Niby czemu? To ja mu kazałem zeżreć wszystko łącznie z folią?

I to:
Cały prawy górny róg został odgryziony, na tekturze widać było jeszcze świeże ślady zębów.

I to:
Harry poczuł irracjonalne wyrzuty sumienia, jakby rzeczywiście z jakichś powodów kazał Ślizgonowi zjeść karton.

Cholerka, jakie to śmieszne :hahaha:

Poza tym kłótnie Pottera z Malfoyem są takie fajne! Przekomarzają się jak... rodzeństwo (hmm, zabiłam napięcie seksualne tym stwierdzeniem XD). Ich odzywki mnie powalają.
- Sam złaź, to moja drabina!

Boskie! :lol:

Za to dziwnym trafem wyjątkowo nie lubię tutejszej Ginny :whistle:

Dostajesz + 29348023948 w kategorii Goyle zjada kalendarz.
- Ty byłaś kiedyś nastolatką. Powiedz, jak mam sobie poradzić z Astor?
- Spróbuj z nią porozmawiać.
- Kiedy ostatnio próbowałem, powiedziała, że mnie nienawidzi i przeniosła się do Orlando.
- To teraz masz drugą szansę. Podziel się z nią czymś... Co robiłeś w jej wieku...
- Zabiłem psa sąsiadów.
- Tego lepiej jej nie mów.
byarenlight Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 1436
Dołączył(a): 9 sie 2011, o 20:07
Lokalizacja: względna

Postprzez Elisheva » 13 gru 2012, o 12:19

(siedzę chora, więc chętnie skomentuję)

Jejku, jakie to było świetne! Humor pierwsza klasa, naprawdę, padłam ze śmiechu. Ten moment, kiedy Draco kradnie Dumblowi świąteczne pierniczki... i to słowo "pierniczki" w tamtym momencie (nie mam pojęcia czemu) wydało mi się okropnie zabawne. I takie... słodkie? Ciężko jest zacytować perełki, gdyż dla mnie całość była wyjątkowo smakowita. I ten Harry planujący kolejne ruchy podczas gdy z Ronem.. I spławiona Ginny! O tak:
- Spadaj Ginny – przerwał jej w pół zdania Ron i wszyli, zanim dziewczyna zdążyła poważnie się zdenerwować.

Należało jej się. (btw. odkryłam mały błędzik - wyszli)
Spróbuję zacytować jeszcze kilka takich, które zwaliły mnie z nóg:
- Mają przecież czapeczki.

Idealne. I to, w jaki sposób zostało to powiedziane: tak prosto, a tak dobitnie. Mają czapeczki i koniec kropka :D
- No… kalendarz przecież. Nie jesz go? – zerknął na porzucony prezent, leżący u stóp jednego ze szpitalnych łóżek. – Myślisz, że no wiesz? Ja mógłbym go…

Widzę, że Goyle i kalendarz wkroczyli w nowy etap związku. :P
- Patrz Potter i ucz się! – rzucił i zaczął szarpać girlandę. Dokładnie w taki sam sposób, w jaki wcześniej próbował Harry.
- Daj spokój, tak już próbowałem i nie idzie!

To i cała scena na drabinie.. cudo!
Nie wspomnę już o folii i wielu innych smaczkach.

Jedynie lepiej by było, gdybyś w dialogach użyła pauz lub półpauz zamiast dywiz, wtedy tekst jest ładniejszy i wygląda na dopracowany.
Ogólnie odcinek świetny i czekam na kolejny (lecę głosować)
Obrazek
Elisheva Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 497
Dołączył(a): 10 lut 2012, o 11:34

Postprzez Veldrin » 13 gru 2012, o 17:30

Fajnie, że na forum jest coraz więcej opowiadań związanych ze świętami :) To sprawia, że coraz bardziej czuję magię zbliżających się świąt :) Opowiadanie tworzone przez użytkowników? Bomba! ;) Każdy ma swoją wizję na dalszą część i wychodzą naprawdę fajne rzeczy. Niektóre fragmenty rozśmieszały mnie do łez, a niektóre nie bardzo przypadały mi do gustu, ale tego właśnie można się spodziewać po Drarrofecie :)

— Jak masz na imię?
— John. John Clent.
Crabbe zmarszczył brwi.
— Nie pytałem o nazwisko.
Goyle pokiwał głową.
— Prawda, nie pytał.


Crabbe i Goyle mają przynajmniej tyle mózgu, by wiedzieć o co pytają a o co nie, choć jest to naprawdę przekomiczne :D

Udało im się przytrzymać jeszcze piętnaście osób, ale wszystkie były Puchonami. W końcu obaj jednogłośnie zdecydowali, by odejść sprzed wejścia do domu Hufflepuffu i poszukać ofiar gdzie indziej.


Umarłam xD

— A wiesz, czego ty potrzebujesz?
— Mózgu? — podpowiedział Crabbe.


Wydostawszy się na korytarz, skręcił w lewo, szedł prosto, a potem jeszcze raz skręcił w lewo. Następnie znów skręcił w lewo, szedł prosto i znów skręcił w lewo, dzięki czemu ponownie znalazł się pod drzwiami Wielkiej Sali. Zrobił to na wypadek, gdyby ktoś go śledził.


Malfoy, jest moim królem :hahaha:

Pierwszy rozdział zdecydowanie jest najbardziej humorystyczny :) Bya, przeszłaś sama siebie :)

– Sto punktów dla Slytherinu. Gratulacje dla Draco Malfoya! – Po sali rozeszły się oklaski i jęki - te ostatnie, ponieważ niektórzy dużo tracili na eliksirach.


No to było przegięcie, które wywołało na moich ustach szczery uśmiech. Myślę, że nawet dla Draco Snape nie byłby w stanie dać jego domowi stu punktów :)

Ogólnie pomysł Draco z oszukaniem czary mikołajkowej był świetny. Tylko on mógł być tak pazerny na prezenty.
Opowiadanie bardzo mi się podoba, chyba głównie dlatego, że nie jest takie idealne i zapięte na ostatni guzik. Od każdego z autorów dowiadujemy się czegoś nowego o różnych osobach, a szczególnie o Draco.
No i te motywy z kalendarzami wypełnionymi czekoladkami. Po prostu bomba xD

Draco jeszcze raz, pełen konsternacji, przyjrzał się kawałkowi pergaminu i z niedowierzaniem poskładał litery układające się w wyraz „Wiewiór”. I choć ewidentnie znajdował się tam napis „Ronald Weasley”, Ślizgon nie chciał zniżać się do tego stopnia, by wypowiadać — nawet w myślach — imię i nazwisko rudzielca. Zdecydowanie bardziej wolał atakować posadzkę swoją głową.


Tego się można było spodziewać :) Wszystko jest lepsze, nawet samobójstwo, niż pomyślenie o Ronie inaczej niż o Wiewiórze :)
Uświadomienie Ronowi, że Święty Mikołaj nie istnieje, naprawdę było wredne :) Powinna się pani wstydzić, panno Granger :diablo:

- Właściwie, to dostałem je od profesor McGonagall – powiedział cicho dyrektor, wpatrując się intensywnie w pudełko stojące na biurku. Draco prawie się zakrztusił, czując się dogłębnie oszukanym. – Ale wie pan, zawsze chciałem dostać coś od Severusa, więc ta czerń połączona z zielenią… - dodał rozmarzonym tonem, wpatrując się gdzieś w dal.


Zdecydowanie myślenie o Dumbeldorze i Snapie w innych perspektywach niż dyrektor - nauczyciel, źle wpływa na moją psychikę :D Toż to jest całkowicie niemoralne :)

Draco nie zastanawiał się zbyt długo. Zrozpaczony, upokorzony i zaklejony na amen, pochylił się i zamiast sięgnąć do wskazanego mu pudełka, porwał z biurka dyrektora całe opakowanie świątecznych pierniczków. Złapał je najszybciej jak potrafił i bez słowa uciekł z gabinetu, zanim dyrektor zdążył zareagować w jakiś inny sposób niż zaskoczonym spojrzeniem.


:brawo:

Malfoy dekorujący wielką salę mnie rozbroił. Oczami wyobraźni widziałam panujący tam chaos i zamęt robiony przez Draco. Nie dziwię się, że Potter chciał tam zostać i odesłał Rona :)
No a że to nie wyszło mu na dobre... cóż, przynajmniej Malfoy miał miękkie lądowanie :lol2:
Zatrucie się kalendarzem przez Goyle'a? Sama bym lepiej tego nie wymyśliła.
Dziewczynki, gratuluję, to naprawdę ma fajny potencjał.
Pozdrawiam :)
- Chciałbym z tobą pogadać, Draco.
- To dobrze, bo gdybyś tak od razu chciał się na mnie rzucić i przelecieć pod ścianą, musiałbym stanowczo powiedzieć 'nie'. Nie jestem taki łatwy. - Draco namyślał się chwilę, taksując Harry'ego wzrokiem. - Kłamałem. Jestem łatwy. Możesz mnie przelecieć bez gadania.
Veldrin Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 535
Dołączył(a): 30 lis 2012, o 10:43
Lokalizacja: K-ce

Postprzez Ter » 14 gru 2012, o 01:29

.
Ostatnio edytowano 31 maja 2015, o 22:03 przez Ter, łącznie edytowano 1 raz
Ter Offline


 
Posty: 645
Dołączył(a): 1 gru 2011, o 20:23

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Konkursy

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 1 gość

cron