[M] Zemsta jest rozkoszą bogów

Teksty poświęcone związkowi dzieci Harry'ego i Draco.

Postprzez Aurora » 3 lis 2010, o 20:43

Część tekstów z cyklu w pełni dostępnego na Lunatycznym Forum pod tą samą nazwą. Część, zawierająca w sobie pairing uroczo zwany AS/Sem.
Uwaga, są to teksty typowo humorystyczne, pisane w zemście na JKR za jej grzechy pewnych fragmentów, wydarzeń i morderstw 7 tomu. Stworzone niedługo po angielskiej premierze, więc proszę wybaczyć p.ex. brak drugiego imienia Scorpiusa.
PG—13



Rzecz o zazdrości i numerologii łopatologicznie wyłożona

Siedzieli, jak zwykle, we trójkę w bibliotece. Ludzie przestali zwracać na nich uwagę około trzeciej klasy, gdy jasne się stało, że nic nie da rady ich rozłączyć. Czasem jednak zdarzało się, że pamiętający czasy sprzed drugiej wojny ludzie ze zdziwieniem pytali pani Pince, czy to nie przywidzenie.
Jasnowłosy chłopak obok czarnowłosego posiadającego uderzająco zielone oczy — obaj w barwach Slytherinu przy jednym stoliku z piegowatą Krukonką. Nowa trójca Hogwartu — Albus, Scorpius i Rose.
—... naprawdę, jestem przerażona ilością prac domowych z numerologii! — Dziewczyna wzburzona wymachiwała notatkami. — Chociaż to zrozumiałe, biorąc pod uwagę przyszłoroczne owutemy, ja dam sobie radę, Al też, ale, bez urazy, Scorpius... — Spojrzała w duże, szare oczy przyjaciela.
— Wiem — westchnął, nie odwracając wzroku. — Rosie, ale nie zrezygnuję z quidditcha z powodu demencji Vector, wybacz. Zresztą — Al też nie rezygnuje. Ty chyba bardzo chcesz, żeby Ravenclaw zdobył Puchar, co?
Puścił oko do Albusa, który uśmiechnął się lekko w odpowiedzi. Rosie zmrużyła groźnie niebieskie oczy.
— I tak obronię wszystkie twoje strzały. — Uśmiechnęła się z wyższością. — Ale ty możesz nie zdać!
— Chyba trochę przesadzasz — wtrącił się nieśmiało Albus. Scorpius spojrzał na niego z wdzięcznością.
— Al wie, co mówi, Rosie.
Uszy Rose nagle zaróżowiły się lekko.
— No cóż, po prostu myślałam, że mogłabym cię nieco podciągnąć z numerologii w wolnym czasie. — Popatrzyła z nadzieją na blondyna. Albus momentalnie przestał się uśmiechać.
Scorpius wyglądał na zachwyconego.
— Serio? — Rosie kiwnęła głową. — Jesteś cudowna.
Rumieniec przeniósł się z uszu na policzki Rose.
— Scorpius, chyba musimy już iść do pokoju wspólnego. — Albus podniósł się szybko i spojrzał znacząco na przyjaciela.
— Ach, no tak. — Blondyn pozbierał książki do torby i przyłączył się do Albusa. — Rosie, to umówimy się jutro na te korki. Jesteś naprawdę genialna.

<>

Albus był wściekły. Nie odzywał się do Scorpiusa całą drogę do lochów.
On sam wcale nie jest gorszy od Rosie. Też może pomagać przyjacielowi. Po prostu nie pomyślał o tym.
Niedobrze mu się robiło, kiedy Score wpatrywał się w Rose z takim uwielbieniem, a ona uroczo oblewała się rumieńcem i mrugała ciemnymi rzęsami.
Był zazdrosny, potwornie zazdrosny. Ruszył w kierunku sypialni, nie zaszczycając Scorpiusa spojrzeniem, chociaż wiedział, że blondyn zatrzymał się przy szachach.
Albus wyciągnął książkę do transmutacji. Usiadł na brzegu łóżka.
I tak nie mógł skupić się na tym, co czytał.
Był chorobliwie zazdrosny od jakiegoś czasu. Nawet wiedział, jakiego. Odkąd zobaczył Scorpiusa i Rosie stojących razem, czekających na niego przed barierką. Ona uśmiechała się w ten słodki sposób, a Score wydawał się z tego powodu niemożebnie zadowolony.
Albus czuł się pomijany przez swoich przyjaciół. Zazdrosny. Nie uciekał od tego. Wiedział, że to uczucie jest złe, ale nie uciekał.
— O co chodzi? — Scorpius usiadł na łóżku obok Albusa.
— Nic. Czytam — odburknął w odpowiedzi i popatrzył na rysunek animaga w czasie transformacji.
Scorpius wyjął mu książkę z rąk i spojrzał na niego swoimi oczami przypominającymi dziwnie błyszczącą taflę lustra. Tym razem kryła się w nich uraza.
— Albusie Severusie, czy mógłbyś łaskawie mnie oświecić i powiedzieć, o co ci chodzi? Zachowujesz się jak swoja własna gryfońska, nadpobudliwa siostrzyczka.
Albus Severus. Tak, teraz nie mógł skłamać. Scorpius wiedział, że to słaby punkt zielonookiego.
— Jestem zazdrosny — wypalił, patrząc hardo w hipnotyzujące oczy Score’a.
— Och. — Brwi Scorpius lekko się uniosły. — Nie przypuszczałem... Myślałem, że ty i Rose... No wiesz, ona jest prawie twoją siostrą. Jesteście blisko spokrewnieni. W rodach czystej krwi to normalne, muszę przyznać, choć nie co dzień widuje się pary aż tak blisko spokrewnione. Nie sądziłem... Trochę to chore, muszę przyznać. To tak, jakbym ja miał się zakochać w, no, powiedzmy, potencjalnej córce potencjalnego brata mojej matki.
Albus czuł, że jest cały czerwony. I nagle zrozumiał. Momentalnie zbladł i zamrugał oczami.
Szybko nachylił się w stronę siedzącego obok Scorpiusa i pocałował go w usta.
— To chyba jest bardziej chore. — Odsunął się od blondyna.
Albus czuł, że powinien umrzeć w tej samej chwili. Że Scorpius powinien odskoczyć na drugi koniec pokoju, zacząć wrzeszczeć, przekląć go i pobiec do dyrektorki a potem rzucić się w ramiona Rose, krzycząc, że mieszkał sześć lat w jednej sypialni z dewiantem.
Ale on tylko patrzył dziwnie. Po chwili oblizał usta z pewnym zaskoczeniem i zainteresowaniem.
Po chwili Scorpius dotknął jego policzka koniuszkami palców lewej dłoni i uśmiechnął się marzycielsko.
— W każdym razie nie jesteś Lovegoodem. — Scorpius pocałował go głęboko i mocno, aż Al jęknął.
— Słyszysz trzepot skrzydeł jękojadków? — Blondyn wyszeptał w jego usta, ale Albus nic nie słyszał.
Już nic go nie obchodziło. Oprócz jednego.
Scorpius na pewno nie wybierze korków z Rosie.


Cierpienia Młodego Hugona

Hugo był wniebowzięty.
Ostatni raz poprawiał swój czerwono—złoty krawat, myśląc o najcudowniejszych oczach najśliczniejszej jasnowłosej piątoklasistki, która nareszcie postanowiła się z nim umówić.
Długo na to pracował. Dostał się do drużyny quidditcha — w której grała Ona, sterroryzował Jej najlepszą przyjaciółkę. Ba, pomanipulował samą Nią podczas korków z Transmutacji.
A teraz przygładzał niesforne, rude sprężynki.
John puścił do niego oko, Hugo wypiął pierś i wyszedł na randkę z Colleen Creevey.

<>

— Myślę, że Rosie się zakochała — wypalił Albus.
Scorpius spojrzał na niego zdziwiony. Po chwili jednak uśmiechnął się szeroko.
— Miejmy nadzieję, że to nie wpłynie na jej wyniki owutemów. A tak w ogóle, skąd wiesz— — Jasnowłosy nachylił się nad pergaminem i poprawił podkreślony przez Albusa wyraz.
— No wiesz, eee... — Scorpius kątem oka zauważył, ze policzki Ala poróżowiały. — Przestała nam pożyczać swoje notatki z zaklęć i...
— Albusie Severusie — uroczyście wysyczał Scorpius do ucha przyjaciela, przysuwając się nieco i dając mu lekkiego kuksańca — zachowałeś się jak mały, oślizgły, podstępny Ślizgon, szpiegując naszą Rosie. Nie wstyd ci?
Al parsknął śmiechem.
— Nie umiesz naśladować mojej mamy — powiedział z wyższością i machnął różdżką. Ich rzeczy schowały się do toreb. — Przynajmniej nie tak dobrze, jak twój tata.
— Ma oczy zielone jak pikle z ropuchy — zanucił cicho dziedzic rodu Malfoyów, gdy wychodzili z biblioteki. Albus uśmiechnął się krzywo, ale rumieniec nie miał nawet zamiaru spełzać z jego policzków.
— Ach, żeby został bohater mych snów! — Scorpius otworzył drzwi starej klasy transmutacji i wepchnął do środka zielonookiego. — Służyłbym mu jak diab... Och, z twojej matki żadna poetka, Allyy... Mhmmm...

<>

— Naprawdę, ta obrona podczas meczu z Puchonami była genialna, Hugo, byłeś taki dzielny! To było straszne, kiedy tłuczek uderzył cię w szczękę i spadłeś, naprawdę, tak się o ciebie bałam... Tak się o ciebie bałam, że aż złapałam znicza, jej, wtedy sobie uświadomiłam, że jesteś dla mnie kimś... Kimś więcej niż tylko, och, korepetytorem... — Colleen wyglądała, jakby miała zaraz się rozpłakać. Jej duże, niebieskie oczy były pełne łez.
Hugo uśmiechał się głupio, myśląc, że dziewczyny naprawdę strasznie dużo gadają. I że jego siostra jest chyba wyjątkiem potwierdzającym regułę.
W każdym razie właśnie patrzyła na niego sarnimi oczami i ledwo opanował się od okrzyku genialnego samouświadomienia.
Oto nadeszła wiekopomna chwila pierwszego pocałunku Hugona Briana Wulfrica Gideona Fabiana Severusa Remusa Alastora Zgredka —Świnki— Weasleya!
Nachylił się do jej złożonych w ciup usteczek...
— Och, nie, czekaj, jeszcze nas złapie któryś nauczyciel... Twój wujek Harry, czy ktoś... — Złapała go za szatę i wciągnęła przez drzwi pierwszej lepszej klasy do środka.
Mmm, jej usta smakowały...
Oderwał się od niej z głośnym cmoknięciem. Był pewien, że tuż obok mignęła mu ciemna czupryna i...
Niech to Nagini.
— Aa—albus? — wyjąkał Hugo, z niedowierzaniem wpatrując się w kuzyna szybko zapinającego guziki koszuli.
I wtedy dostrzegł mordercze spojrzenie wyłupiastych, szarych oczu. Platynowa czupryna Scorpiusa Malfoya wskazywała na stan rozochocenia właściciela. Co potwierdzały takoż czerwone policzki i szybko wciągany przez głowę zielony krawat. Którego jeden koniec zaplątał się w guziki Albusa.
Hugo przytulił do siebie wpół omdlałą Colleen i usiadł na starym, pustym kałamarzu.
Pomyślał o słowach mamy — traumatyczne przeżycia z dzieciństwa bolą przez całe życie.
Biorąc pod uwagę średnia długość życia czarodziejów Hugo mógł stwierdzić, że będzie cierpiał męki przez wiele długich lat.


Puzzle

Rosie miała czternaście lat, kiedy odkryła, że nie jest córką Rona Weasleya.
Wiedziała, że wkradanie się do gabinetu mamy nie jest najlepszym pomysłem, ale musiała koniecznie przeczytać tę książkę z bajkami, o której opowiadał podczas Wigilii wujek Harry. Oczywiście, że nie wiedziała, gdzie będzie ta książka. Jakoś nie pomyślała także o tym, że —mała, podręczna biblioteczka— jej mamy faktycznie oznacza trzy ściany pełne najróżniejszych tomów.
Wiedziała, że trzeba szukać pod —b—. Albo —bard— albo —Beedle—.
Tak, to ta stara książka w czarnej, skórzanej oprawie. Rose przysunęła krzesło i wspięła się na palce.
Że też musi być taka niska!...
Książka była ciężka i Rose mało co nie spadła z krzesła, które niebezpiecznie chybotało się pod jej ciężarem.
I wtedy zobaczyła starą, pożółkłą kopertę, która wysunęła się z półki razem z książką. Bez dłuższego namysłu zwinęła kopertę i schowała do kieszeni. Ktoś nadchodził, a ona musiała szybko wymknąć się do swojego pokoju.

<>

Jęknęła zawiedziona widząc, że książka jest napisana pismem runicznym. Za nic z świecie nie uda jej się tego przetłumaczyć z jednym słowniczkiem po roku nauki starożytnych runów!
Rozczarowana schowała książkę pod materac i wyciągnęła z kieszeni kopertę.
Była stara, bez stempla. Zapewne przyniesiona przez sowę.
Nie podpisana.
Rosie wiedziała, że nie powinna otwierać listów swojej mamy. Tym bardziej takich, które mama chowała na najwyższej półce swojej biblioteczki.
Wyciągnęła list z koperty. Była już otwarta, czyli mama na pewno już to czytała. I na pewno nic się Rosie nie stanie, jeśli ona też przeczyta.
Oho, czarny atrament, kanciaste litery. Ale chociaż w zrozumiałym języku, nieprawdaż?
W miarę czytania robiła się coraz bardziej blada.

<>

Siedziała przed dużym lustrem w przedpokoju.
Przecież była podobna do taty!
Może nie na pierwszy rzut oka, ale... Szczupła twarz. Niebieskie oczy. Piegi. Z tego, co opowiadała mama — Rosie była dużo szczuplejsza od niej samej. I wyższa. Jak tata. I grała w quidditcha na tej samej pozycji co tata!... Więc...
Ale jej oczy miały ciemniejszy odcień niż taty. Spokojnie można było powiedzieć, że są ciemnoniebieskie. Nie błękitne.
Miała jaśniejszą cerę niż jej rodzice. A piegi tylko na nosie, nie na całej twarzy.
— Rosie? — Mama zdejmowała płaszcz, kiedy ją zauważyła. Kobieta zatrzymała się z jednym ramieniem tkwiącym w czarnym rękawie i drugim poprawiając włosy.
Nie płacz, nie płacz, nie płacz. Nie możesz wiedzieć. Nie wiesz.
— Mamo — głos na szczęście nie drżał — czy ja jestem podobna do taty—
Hermiona zmarszczyła brwi, ale po chwili podeszła do córki i uśmiechnęła się. Przez chwilę przyglądała się je twarzy.
— No cóż, panno Roseanne. Wyglądasz jak moja matka, ośmielę się stwierdzić — Hermiona w końcu pozbyła się płaszcza i puściła oko do zdumionej Rosie. — Naprawdę, powinnaś się cieszyć, że nie jesteś podobna do swojego ojca.
Rose patrzyła zdumiona na chichoczącą z własnego żartu matkę, która machnęła tylko dłonią i skryła się w swoim gabinecie.

<>

Tak, spokojnie, całkiem spokojnie. Oddychaj, Rose, oddychaj. To twoi przyjaciele. To dwaj Ślizgoni. Nie skojarzą. Oczywiście, że nie, nikt by nie skojarzył!
Wzięła głęboki oddech i weszła do biblioteki. Siedzieli przy ich ulubionym stoliku, czarna i platynowa czupryna, ramię przy ramieniu.
Uśmiechnęła się do siebie. Ciekawe, kiedy się zorientują. Ona, oczywiście, wiedziała, że między tymi dwoma iskrzy i to ostro. Właśnie Score wpatrywał się z nabożnym podziwem szarych oczu w uśmiechniętego ironicznie Albusa.
— Och, Rosie, nareszcie — zielonooki zignorował Score’a i przysunął krzesło dla Rose. — Wyobraź sobie, że Scorpius miał problem z zaklęciem przywołującym, ale...
— Tak, poradziliście sobie, jestem z was dumna. — Zniecierpliwiona wyciągnęła słownik runów i —Baśnie Barda Beedle’a. — Al, tak przy okazji, natknęłam się ostatnio w jednej takiej książce na nazwisko Snape. Czy ty nie nosisz imienia po Snapie?
Oczy Albusa zalśniły, a usta rozchyliły się w uśmiechu.
— Tak, po Severusie Snapie, bohaterze! Najodważniejszym Ślizgonie w historii! Oprócz mnie i Scorpiusa, rzecz jasna. — Scorpius prychnął. — No wiesz, twój tata nie był zbyt odważny...
— Ach, no tak, Severus Snape — Rose uśmiechnęła się krzywo, myśląc o portrecie wiszącym w gabinecie mamy. — Musiał być ciekawą osobą, nie? Podwójny szpieg i w ogóle. Czasem tak sobie myślę — nie chcielibyście cofnąć się w czasie i odkryć, jacy naprawdę ci wszyscy bohaterowie byli?...
— Nie bardzo. — Albus zmarszczył brwi i pochylił się nad książką do transmutacji. — Mój tata niby jest bohaterem, a wcale nie jest jakiś niezwykły. Chyba, że niezwykłe jest posiadanie w domu kapliczki z wypchaną białą sową, ale to raczej dziwne...
Scorpius jeszcze bardziej potargał włosy Albusa i skierował rozmarzone spojrzenie ku Rose.
— Och, tak, też chciałbym móc kiedyś skorzystać ze zmieniacza czasu...
Właśnie, tego brakowało.
Ostatni element układanki.
Nie ma to jak logiczne rozumowanie, prawda, tato?


I żyli długo i szczęśliwie


Harry Potter czekał. Uważał za głupotę przychodzenie na peron w celu odebrania dwójki swoich dzieci, które raptem przed kilkoma godzinami widział na uczcie pożegnalnej. Cóż, Ginny był nieubłagana.
Jego ruda jak wiewiórka żona uśmiechała się i próbowała zagadywać do Hermiony, która wyglądała na nieco zmartwioną. Wyszła na jaw afera łapówkarska, w którą zamieszany był Ron. Wszyscy byli w szoku — Ron i afera łapówkarska! Na dodatek — to on miał wręczyć —podarek— prominentnej urzędniczce ministerstwa, Mafaldzie Hopkirk.
Co gorsza podczas aresztowania próbował unieszkodliwić jednego z Aurorów. Za co przybyły mu kolejne dwa lata do odsiadki.
Hermiona nagle zauważyła spojrzenie Harry’ego i puściła do niego oko.
Może jednak nie było tak źle?
Ale oto zza zakrętu wynurzyła się lokomotywa Hogwart Ekspresu.
Ginny przyskoczyła do Harry’ego i uwiesiła się na jego ramieniu.
— Och, nasz Albusik, wyobrażasz to sobie? Jest już taki duży, och, kończy Hogwart, nie mogę się doczekać, aż go zobaczę! — Zaczęła trajkotać niekontrolowanie, a Harry zmusił się, żeby nie wzdychać cierpiętniczo. Ginny z wiekiem zaczynała przypominać swoją matkę. Ba. Chyba stawała się jeszcze gorsza. — Myślisz, że Jimmy przyjdzie? Nie rozmawiałam z nim ostatnio za dużo, jest tak skupiony na robieniu tytułu Mistrza Transmutacji, och. Wiesz, tak się zastanawiałam, czy Al nie będzie bardziej skłonny od niego do zakładania rodziny! Nadal czuję się młodo, och, tak, ale wiesz, kiedy patrzę na moje koleżanki z biura, które ciągle opowiadają o swoich wnukach, po prostu... Wyobraź sobie gromadkę zielonookich dzieciaczków naszego Albusa! Taki z niego przystojny chłopak, nie to, żeby James był brzydszy, nie, ale nie umiem sobie wyobrazić...
Harry przewrócił oczami, a Hermiona zachichotała. Słyszał pewne pogłoski o swoim młodszym synu i nie były one zbyt optymistycznie rokujące dla wizji Ginny. Hermiona wydawała się rozumieć — Rose na pewno jej opowiadała o swoich przyjaciołach.
— Uff, zdążyłem? — Podbiegł do nich zdyszany James. Przeczesał palcami rozwichrzone czarne włosy i poddał się uściskowi matki.
Uśmiechnął się do ojca przepraszająco znad jej ramienia, a Harry kiwnął głową. Tak, Ginny stanowczo była gorsza od Molly.
I wtedy pociąg się zatrzymał, a z wagonów zaczęły wylewać się tłumy dzieciaków.
Pierwszego zobaczyli Hugona, całującego w policzek jasnowłosą, zaróżowioną dziewczynę. W jej rodzicach Harry ze zdumieniem rozpoznał Zachariasza i Pansy Smithów. Dobrze, że Ron tego nie widział.
Hermiona zdawała się podzielać jego opinię, bo spojrzeli na siebie w tej samej chwili i wybuchnęli śmiechem.
— Och, kimże jest ta cudowna blondyneczka, synu? — Hermiona musiała stanąć na palcach, by móc pocałować na przywitanie Hugona. Odziedziczył wzrost po Weasleyach, tego Harry był pewien.
— Zdaje się, że to słodka Izebel Smith, nie mylę się chyba, chłopcze? — Pretensjonalnie przeciągający głos rozbrzmiał tuż nad prawym uchem Harry’ego. — Och, Potter, nadal podskakujesz na mój widok? Cóż, Weasley, powinieneś się cieszyć, że twój ojciec siedzi w więzieniu, bo inaczej szybko by tam trafił. Albo szybciej do szpitala, Smith w końcu robi w ochronie u Gringotta.
— Och, Draco, nie tak ostro. Wiesz, że mało kto zna się na twoich żartach. — Luna wyłoniła się spod ramienia Malfoya i uśmiechnęła promiennie do Harry’ego. — Och, cudownie was znowu widzieć!
— Luna. — Hermiona uścisnęła blondynkę. To, ze przeżyła jedynie potwierdzało fakt, iż spojrzenie Dracona Malfoya nie było w stanie zabijać. — Też się cieszymy, nigdzie nie można było cię spotkać ostatnimi czasy! Co robiłaś?
— Kończyłam moją książkę na temat chrapaków krętorogich! Odkąd udało mi się dowieść, że istnieją, magobiolodzy ciągle ślą listy z pytaniami o szczegóły.
— Wspaniale — wybąkała Hermiona. Wszyscy zdawali się nie mieć pojęcia, co powiedzieć. Draco obrzucił ich zimnym spojrzeniem i przytulił żonę.
— O, widzę Alseva! — nagle zawołał James i pomachał w stronę brata, który niepewnie rozglądał się w poszukiwaniu rodziny.
Na ich widok twarz Albusa Severusa rozpogodziła się. Harry poczuł przypływ dumy. Jego syn ukończył Hogwart z piątym najlepszym wynikiem i od października miał rozpocząć dalszą naukę w dziedzinie eliksirów. Slughorn regularnie piał, że Albus Severus odziedziczył dar po swojej babce.
I nagle Ginny pisnęła.
Jim złapał ją w ostatniej chwili.
Harry czuł, że obok niego Draco Malfoy także chwieje się niebezpiecznie.
— Mówiłem ci, że to nie jest najlepszy pomysł. — Scorpius Malfoy próbował wyrwać dłoń z uścisku Albusa. Blondyn był cały czerwony, oczy mu błyszczały od łez. — Nie trzymaj mnie tak mocno, to boli.
— Och, przestań, kiedyś musieli się dowiedzieć — sarknął Albus i uśmiechnął się do wszystkich promiennie. — Cześć wam i chwała. Co się stało mamie?
— Och, chyba to był dla niej pewien... szok. Zawsze była podatna na działanie nargli, a jest ich tutaj mnóstwo. To z powodu spalin — Luna wymruczała i uścisnęła obu chłopców.
— Hej, braciszku. — Jim podszedł i potargał włosy Albusa. — Widzę, że jednak coś przede mną ukrywałeś. No i te listy w lecie... On JEST blondynem.
— Ale nie blondynką. — Harry znał ten uśmieszek swojego średniego dziecka. Mimo że nie mieli w sobie genów Snape’a, ten uśmiech przerażająco przypominał Harry’emu jego dawnego nauczyciela eliksirów.
— Rosie powinna zaraz przyjść, żegnała się z współpracownikami z projektu — powiedział z lekkim uśmiechem Scorpius, uściskając rękę Jima.
Harry poczuł ruch obok siebie i Draco Malfoy stanął przed swoim synem. James odskoczył przestraszony, a Hermiona przyciągnęła do siebie Lunę.
W tej chwili Draco Malfoy przypominał niesamowicie swoją ciotkę Bellatrix. Harry z trudem opanował ochotę sięgnięcia po różdżkę i potraktowania go Niewybaczalnym.
— Chciałeś mi kogoś przedstawić. Prosiłeś o wyrozumiałość. — Malfoy Senior dzikim wzrokiem wodził od twarzy Albusa do Scorpiusa. W końcu zatrzymał się, spoglądając w zielone oczy Pottera. — Myślałem, że chodzi o jakąś Puchonkę. Albo Gryfonkę. Ale... ON?!
— On jest Ślizgonem.
I wtedy Harry obdarzył ukochanego swojego syna prawdziwym szacunkiem.
Ginny jęknęła i obudziła się.
Wszystko było dobrze.
Na razie.

<>

Aż do chwili, kiedy Rosie podeszła, obrzuciła Draco Malfoya mrożącym krew w żyłach spojrzeniem, puściła oko do Alseva i Score’a i nagle znalazła się w ramionach Jima.
Harry zaczął kaszleć. Ginny jęknęła. Hermiona wytrzeszczyła oczy, ale po chwili dostała niekontrolowanego napadu śmiechu.
— Och, to faktycznie może wydawać się trochę chore. — Harry usłyszał szept swojego młodszego syna. Scorpius uśmiechnął się szeroko.
Za to jego łysiejący ojciec zachichotał mrocznie.
— Potter, naprawdę... Jeden syn... — Machnął ręką w kierunku męskiej pary. — A drugi z własną kuzynką pierwszego stopnia! Czegoś takiego nie było od czasów...
— Twoich dziadków, tak, Draco. — Uśmiech Luny był wprost proporcjonalny do słodyczy zawartej w jej głosie.
Harry mógł znowu swobodnie oddychać. Draco wytrzeszczył oczy na swoją żonę, otworzył usta i po chwili zamknął. Lekki rumieniec wpełzł na jego blade policzki.
— Och, Malfoy, proszę. — Hermiona wkroczyła do akcji. — Oni nie są rodziną.
Teraz wszyscy na nią patrzyli.
— Jak to? — Wydusiła z siebie Ginny. Patrzyła na Hermionę, marszcząc brwi. Po chwili błysk zrozumienia pojawił się w jej orzechowych oczach. Furia. Och, Harry znał złość swojej żony.
— Ginny, proszę, spokojnie. Hermiona na pewno... — zaczął.
— Ciociu, nie miej pretensji do mamy — bąknęła znad ramienia Jima Rose. Harry przyjrzał się twarzy dziewczyny i dopiero teraz zauważył...
Nie była podobna do Rona.
To wszystko, co do tej pory brał za —spadek— po Weasleyach — niebieskie oczy, blada cera, ostre rysy twarzy, krzywy uśmieszek...
Och.
— Hermiona? — Popatrzył błagalnie na uśmiechającą się mściwie przyjaciółkę.
— Severus Snape. To dlatego!... — Albus Severus zachichotał. — A ty wiedziałeś, ty mały, podły, tleniony Ślizgonie!...
— A ty nie? Jakże mi przykro, sądziłem, że... — Niewinny wyraz twarzy był bardzo, bardzo pomylunowaty.
— I ty, bracie, nic!... — Jim szczerzył się niekontrolowanie, mimo morderczego zielonego spojrzenia. — A ja musiałem żyć w przekonaniu, że moja rodzina ma zamiar mieszać własną krew...
— HERMIONA! — Ginny była czerwona. Harry odsunął się od niej.
— O, nareszcie was znalazłam! — Rudowłosa, najniższa z towarzystwa dziewczyna odepchnęła Draco Malfoya i stanęła nieświadoma pośrodku. Zdecydowanym ruchem poprawiła okrągłe okulary. — Właśnie rozmawiałam z wujkiem Georgem, jest zachwycony pomysłem podwójnego ślubu. Mówił, że dwudziestego sierpnia ma wolny termin i z przyjemnością udzieli wam sakramentu. Coś jeszcze wspominał, że nie może doczekać się min wujka Rona i mamy, ale chyba nie całkiem zrozumiałam dowcip...
Harry parsknął. O tak, wszystko było w najlepszym porządku.


Wesele

Dedykowane Stanisławowi Wyspiańskiemu. A co!


George Weasley z promiennym uśmiechem zamknął grubą księgę, która zapewne była Pismem Świętym i wyszedł w kierunku obu par.
Popatrzył najpierw na dwóch chłopców w czarnym, drogo wyglądających szatach.
— Cóż, gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że kiedykolwiek będę udzielał ślubu dziecku Draco Malfoya... — zaczął, puszczając oko do zebranych. — I to na dodatek wchodzącemu w związek z dzieckiem mojej siostry, zapewne uznałbym, że za długo przebywał w klasie eliksirów. Ale nie jesteście swoimi rodzicami, moi mili. Na szczęście. Patrzę na was i próbuję nie widzieć waszych ojców ani matek. Bo inaczej mógłbym... No, nieważne.
W każdym razie, patrzę na was i nie widzę dwóch Ślizgonów. Nie widzę syna Luny i syna Harry—ego. Nie widzę dwóch chłopców, dwóch mężczyzn.
Widzę dwie połówki duszy, dwie różdżki o rdzeniu pochodzącym od jednego feniksa, które odnalazły się w mroku, by połączyć się złotym promieniem. Już nie jesteście dwoma kawałkami drewna z duszą — jesteście żywym stworzeniem, połączonym na zawsze nierozerwalnymi więzami. Aż do śmierci, co, jak wszyscy tutaj zebrani, żywimy nadzieję, że nie nastąpi zbyt szybko. Do tej pory jednak będziecie musieli ze sobą wytrzymać, a wiedzcie, że przez długie lata oprócz szczęścia i akceptacji znajdą się tacy, którzy was nie zaakceptują, a wy sami czasem będziecie mieli dość jeden drugiego.
Więc pamiętajcie, że nawet gdy się rozdzielicie, nadal łączy was wasz rdzeń. Nawet kiedy uciekniecie przed sobą, łącząca was więź nie zniknie.
Ale, gdy tak na was patrzę, widzę, że nie macie ochoty od siebie uciekać. Co mnie cieszy zresztą.
Chociaż w takim przypadku ostrzegam, byście się razem nie wypalili zbyt szybko, chociaż — feniks też od czasu do czasu musi się spalić, żeby powstać.
Uniósł trzymane w dłoniach różdżki — klonową i jarzębinową, obie z rdzeniem z pióra jednego feniksa — i oddał chłopcom.
Z końców obu różdżek wypłynęły złote więzy i połączył obie dłonie.
George uśmiechnął się szeroko, tak szeroko, ze gdyby miał oboje uszu, można by powiedzieć, że od ucha do ucha i wysyczał do zawstydzonego Malfoya i dumnego Pottera:
— Pocałunek, chłopcy.
Młody Malfoy zaczerwienił się, ale George już im nie przeszkadzał. Przeszedł do drugiej pary.
Ktoś w tłumie jęknął i zemdlał.
Popatrzył na wysokiego chłopaka z ciemnymi włosami i prawie równej mu wzrostem dziewczyny o burzy włosów.
— A oto nasza druga para — oznajmił głośno. Kątem oka zauważył swoją siostrę czerwoną z wściekłości, ale zarazem osłabłą w ramionach chichoczącego raźno męża. — Kiedy na was patrzę, żałuję, że nieodżałowanej pamięci profesor Snape nie dożył tej chwili. Jego urocza, inteligentna córka zostająca żoną Jamesa Syriusza Remusa Briana Pottera! Czegoś takiego nikt chyba się nie spodziewał, naprawdę. Sądzę, że szanowny profesor Snape mógłby tego nie przeżyć, więc może dobrze, że nie żyje...
Para niepewnie się uśmiechnęła, ale zza ich pleców dobiegły głośne śmiechy.
— Wasze różdżki nie są, tak jak różdżki Scorpiusa i Albusa Severusa, połączone poprzez rdzeń. Co nie znaczy, że wasz związek będzie mniej trwały. Będziecie musieli się trochę dotrzeć, ale dąb i grab często rosną w jednym lesie, nieprawdaż— Mogę was ostrzec tylko przed tym, że smok może spalić jednorożca, a jednorożec zakłuć smoka. Nie jesteście jak feniks, który odradza się z popiołów. Musicie być ostrożni i dbać o wasz związek. Być rozważni i romantyczni, ogniem, ale i powietrzem. Gryfon i Krukonka, to nie będzie prawdopodobnie najłatwiejsze dla was. Ale wszyscy wierzymy w powodzenie waszego związku. Patrzę na was, i nie muszę wierzyć, nie muszę posuwać się do Legilimencji. Widzę to w waszych uśmiechach. W tej chwili wyglądacie jak rodzeństwo, za które kiedyś się uważaliście, ale nigdy nim nie byliście. Wasze różdżki też to czują. Patrzcie.
Jasnoniebieski promień wypłynął z różdżki Jamesa, a czerwony z Rose. Niepewnie złączyły się, obejmując niebiesko—czerwonymi splotami chłopca i dziewczynę, mężczyznę i kobietę.
Im George nie musiał przypominać o pocałunku.
Niektórzy zaczęli klaskać.
George wyszedł przed pary i uniósł ręce do góry. Wypchana sowa znajdowała się dokładnie między jego kciukami.
— Dokonało się! — zawołał i klasnął. — Czas na Wesele!

<>

Jeden wielki stół, obok którego zebrali się czarodzieje i mugole. Malfoyowie obok Dursleyów, Vernon spoglądający złowrogo na długie włosy Lucjusza, Narcyza marszcząca nos na widok łososiowej sukienki Petunii.
Dudley zabawiający chichoczącą Cho, rzucająca mu powłóczyste spojrzenia.
Młody Hugo, spłoniony i próbujący nie patrzeć na familię Weasleyów skupioną w jednym końcu stołu, szepczącą do siebie cicho i patrzącą krzywo na jego sczerniałe po zdjęciu Glamour włosy.
Hermiona, wyciągająca Percy’ego na parkiet.
Dziadek Granger wpatrujący się z nabożną czcią w zespół —Mistress of Perversion—, dziewczynę o czerwonych włosach w lateksie i z pejczykiem, wyjącą coś do mikrofonu.
Setki butelek zmieszczone na magicznie powiększonych stołach. Migoczące kolory, znane likiery, bagnistozielone Glizdogońskie i wiele, wiele innych.
Krótko mówiąc — Wesele.
A nad wszystkim czuwająca na ołtarzyku pełnym świec wypchana sowa.

<>

Draco Malfoy siedział jak na szpilkach obok Harry’ego Pottera, wychylającego kieliszek po kieliszku błyszcząco niebieskiej substancji. Przypominała kolorem oczy Albusa Dumbledore’a.
Obok Luna flegmatycznie przebierała w talerzu, odsuwając na bok warzywa. Nie jadła warzyw, samo mięso i przetwory. Stwierdziła, że warzywa czują i ona nie jest w stanie ich jeść, ponieważ widzi, jak one drżą i wyobraża sobie, że zabija jedną po drugiej śliwki samosterujące.
Popatrzył na parkiet i swojego syna gniecionego w nieprzyzwoitym uścisku przez młodego Pottera i opanował chęć zemdlenia.
— Może zatańczymy? — wyszeptał do Luny, kiedy wychyliła kieliszek skrzaciego wina. Popatrzyła na niego z niedowierzaniem, je oczy jeszcze większe niż zazwyczaj.
— Draco, przykro mi, ale wiesz, że nie mogę tańczyć z tobą. — Uśmiechnęła się lekko i pogłaskała go po głowie. — Ale to świetny pomysł, faktycznie trochę za dużo nargli czai się w powietrzu.
Wstała od stołu w swojej intensywnie żółtej sukni, ale po chwili zatrzymała się i podeszła do Pottera.
— Hej, Harry, zajmij się moim Draco, chyba nie czuje się zbyt pewnie. — Poklepała lekko zamroczonego Pottera po ramieniu i wyszła na parkiet.
Draco przez chwilę z uwielbieniem wpatrywał się w Lunę. Była taka spontaniczna i beztroska, jej syn właśnie został mężem syna Harry’ego Pottera, a ona jak gdyby nigdy nic odganiała nargle.
Nagle jego wizję zasłoniła kryształowa butelka z wygrawerowaną podobizną przystojnego chłopaka o kręconych włosach i chlupoczącą wewnątrz niebieską substancją.
— Dobre — zapewnił Potter wyjątkowo trzeźwo i nalał mu pełny kieliszek. — Mocne. Jak podróżowałem trafiłem do takiej jednej Knajpy, patrz, tam siedzą takie kobiety, no i ten zespół, zrobiły nam zaopatrzenie.
Wręczył mu kieliszek i uniósł swój.
— Gellertówka się nazywa, widzisz tego chłopaczka na butelce— To chłopak Dumbledore’a. TEN Grindelwald. — Nie, Draco stwierdził, Potter nie może być trzeźwy, jeśli gada takie rzeczy. — Zdrówko naszych dzieciaków.
Draco uprzejmie przechylił kieliszek i zakrztusił się. Naprawdę mocne.
Może to i dobrze. Też się upije, wcale się nie dziwi Potterowi, jedno jego dziecko mężem syna Draco, drugie mężem córki Granger... I Snape’a, ha.
Roześmiał się pod nosem, a twarz Pottera rozjaśnił uśmiech.
— Mówiłem, że dobre— — Zielone oczy błyszczały za okrągłymi okularami. — Słyszałem, że chciałeś tańczyć z Luną, wstawaj, zatańczę z tobą.
Uśmiech spełzł z twarzy Draco.
— Że co? — Naprawdę się starał, żeby zabrzmiało to uprzejmie. W odpowiedzi Potter znowu mu polał i kazał wypić.
Co też zrobił bez większego zastanowienia.
— Myślałem, że możemy zatańczyć, wiesz, Ginny się na mnie wścieka prawie tak, jak na Hermionę. Mówi, że to moja wina, że wiesz — Draco zauważył, że krążyli po parkiecie w uścisku pomiędzy innymi parami. — Że AlSev się zakochał w Scorpiusie. Mówiła, że powinniśmy byli podejrzewać, że może mieć odmienną orientację, bo wiesz, włosy zapuścił. Ale przecież Bill też ma długie włosy i nie ugania się za mną, nie? Ale ona swoje, że mieliśmy przykład Dumbledore’a, zawsze te jego długie włosy, a się puszczał z Grindelwaldem. Jak dla mnie nie ma to sensu, Snape też miał długie włosy i twój ojciec, i żaden nie wdawał się w męskie związki. Zresztą, twój Scorpius ma krótkie włosy, więc ja tu nie widzę żadnej logiki. Ginny tak ma, jak jej się coś ubzdura to koniec. — Zielone oczy wpatrywały się w Draco w ciszy.
Nie licząc głośnej muzyki i wrzasków czerwonowłosej na scenie. Właśnie strzelała pejczem w tłum, a druga wyskoczyła prosto na Percy’ego. Draco zdążył zauważyć, że miała ciemne włosy i okulary w czarnych oprawkach.
— Hej, ty nie łysiejesz! — syknął mu do ucha Potter. — Ja wiedziałem, że nie możesz łysieć, to niemożliwe. Wiesz, pamiętasz, wtedy na peronie, gdy AlSev i Score szli do szkoły pierwszy raz. Wiedziałem, że nie możesz łysieć. Chociaż to ładnie podkreślało twój trójkątny podbródek.
Draco czuł, że się czerwieni. Ze złości, oczywiście.
— Ja nie łysieję! — odsyczał, przysuwając się bliżej, żeby Potter dobrze słyszał. — To był jeden z eksperymentów Luny, całkiem mi włosy wypadły, wtedy były w fazie odrastania i...
— No wiem, przecież mówię, że nie wierzyłem, ze łysiejesz przecież. — Zielone oczy były szczere i prostolinijne, i pełne niezachwianej wiary w Draco i jego włosy, i Draco czuł, że jest wdzięczny, że...
— Tata?! — Ciemnowłosa postać wytrzeszczyła oczy. — I, eee, Draco?
— Albusie Severusie, naprawdę, chodź tańczyć, przeszkadzasz im, nie widzisz? — Na ramieniu młodego Pottera uwiesił się Scorpius, jego oczy błyszczały, rumieniec nie schodził z policzków, kiedy stanął na palcach i szepnął coś mu do ucha. — Chodź, mężu, no już.
AlSev też nagle się zaczerwienił i uśmiechnął chytro.
— Dobrze, już dobrze, mężu — puścił oko do Draco i ojca.
Po chwili chłopcy zniknęli w tłumie tańczących.
— Co to było? — rzucił Draco, nagle zdając sobie sprawę z tego, że ramiona Harry’ego Pottera, Wybrańca, Dobroczyńcy ciasno oplatają jego ramiona. — Wracajmy do stołu, niedobrze mi się robi od tej muzyki.
— Jak chcesz. — Potter poprowadził go do stołu, gdzie było pusto. Draco był pewien, że Luna mignęła mu gdzieś w tłumie obok trzeszczącej zbroi, tańczącej w parze z Hermioną.
I znowu siedzieli przy stole, obok siebie, ramie Pottera ocierające się o jego ramię, gdy sięgał po prawie pustą butelkę i napełniał kieliszki.
Jeden podał Draco, drugi sam trzymał w lekko drżącej dłoni.
— Tak sobie myślałem, że jeśli nasi synowie... wiesz, są razem, to może my... — Spuścił wzrok, a Draco próbował zrozumieć, o czym mówi.
— Do rzeczy, Potter.
— No właśnie! — Potter uderzył wolną dłonią w stół. — Moglibyśmy przejść na „ty” nareszcie — Denerwuje mnie to „Potter”.
Draco spojrzał w tłum i akurat trafił na swojego syna wiszącego na Albusie Severusie.
— Myślę, że to nie jest najgorszy z twoich pomysłów, Pot... H...
— Chwila! — Potter zatkał mu sta dłonią i dziwnie zahaczył o siebie ich ramiona. — Bruderschaft. Harry.
— Draco. — Patrzył na Pottera, jak ten wypijał niebieski alkohol i poszedł jego śladem.
A potem usta Harry’ego były miękkie i gorzkie, i wcale nie różniły się bardzo od ust Luny, zawsze myślał, że usta mężczyzny są bardziej szorstkie, suche, po prostu inne, a były takie same.
Wiedział, że pocałunek był dobry, i nic więcej się nie liczyło.

<>

Hugo krążył smętnie wśród roześmianych par.
Kiedy matka zdjęła z niego Glamour, jego życie straciło sens. Weasleyowie odwrócili się od niego, tylko wujek Percy pozostawał równie neutralny. Prawdę mówiąc, Hugonowi nie podobało się, jak wujek Percy patrzył na mamę, odkąd korespondencyjnie rozwiodła się z Ronem, który próbował uciec z więzienia, gdy usłyszał „cudowne” nowiny. W efekcie dostał kolejne 10 lat do odsiadki.
Ale mama nie wyglądała na zainteresowaną wujkiem. Coraz częściej znikała, podobno raz ze sobą zniknęła Rosie i Jima, żeby przedstawić ich Ojcu.
Hugo czuł się fatalnie, bo naprawdę podobało mu się bycie brunetem. Mimo że musiał myć włosy dwa razy dziennie specjalnym szamponem.
Teraz miał wrażenie, że jest obcy w towarzystwie. Był sam, nie mógł wziąć Izebel. Lily nawet nie chciała na niego spojrzeć, odkąd stał się brunetem i wesoło hasała z innymi rudzielcami.
Nagle zatrzymał się. Przecież nie pił. Nie mógł mieć halucynacji, prawda—
Wujek Harry ostro całował się z ojcem Scorpiusa. Z Draco Malfoyem.
Obok siedziała spokojnie żona Draco, co chwila zerkała na dwóch obściskujących się mężczyzn z lekkim uśmieszkiem i podrzucała warzywa ze swojego talerza sąsiadom.
Naprzeciwko stała ciocia Ginny, czerwona, z włosami rozwianymi, wyglądającymi jak płomień.
— Harry — wydusiła z siebie w końcu, a Hugo zadrżał. Kilka osób odwróciło się ku nim. — HARRY!
— Miałeś rację, mężu! — Hugo usłyszał obok siebie znajomy szept i zduszony chichot. Albus Severus właśnie całował swojego małżonka w policzek.
Hugo powstrzymał odruch wymiotny i dostrzegł, że obok niego na krześle bujała się mama.
— Zawsze to przewidywałam — mruknęła do syna, wpatrując się w odrywającego się od wujka Harry’ego Draco Malfoya. — Harry i Ginny byli parą prawie tak okropną, jak ja i Ron, nie ma co. Chociaż dzieci im ładne wyszły. Severus już od jakiegoś czasu powtarzał, że powinnam tylko czekać na coś takiego. Sądzę, że uspokoi go, że Harry i Draco, twój ojciec obawiał się, chociaż nigdy tego nie powiedział, jakżeby inaczej, że Harry może coś do mnie.
Powstrzymywanie naturalnych odruchów nigdy nie wychodzi na zdrowie, stwierdził trzeźwo Hugo, kierując się do łazienki.

<>

Kiedy Ginny wrzeszczała, a większość Weasleyów wynosiła się z wesela, tylko jedna para spokojnie tańczyła na parkiecie. „Mistress of Perversion” wyjątkowo grały zwolnioną wersję swojego przeboju, żeby wsłuchiwać się w przemowę Luny o „wolnej miłości i ona nie ma nic przeciwko, bo i tak wie, że Draco ją kocha”.
Naprawdę myślałem, że to już koniec.
Nadszedł ten stary człowiek
i—i—i wilkołak wył, avada błyszczała w ciemności jak gwiazdyyy
spadała na seeerca i umyyysły i padałyyy—yyy
jak deszcz, jak nasze zagubione perwersyjne sny...

— Śniło mi się, że mi na imię Wernyhohohora. — Dung Fletcher ziewnął, opierając się o zimną ścianę. Siedząca obok czarna zbroja zachichotała.
Jim i Rosie tańczyli, Potter i Snape—ówna, oboje wysocy i bladzi.
I zaśpiewał wśród mgieł wtedy miii,
Ten wilkołak o oczach avadyyy
Dziwną pieśń, dziwny krzyk, aż zmroziło stopy meee.
Złoty róg mi rzucił i linę,
Koza ukradła mi róg
I wytrąciła krzesło spodeee nóg.

Jim przytulił mocniej Rosie, otulił ją całym sobą.
Wypchana sowa zahuczała mrocznie:
Miałeś, chamie, złoty róg.
Ostał ci się ino sznur.


KONIEC (a Autorka też tam była, Gellertówkę z Percym piła!)
Aurora Offline


 
Posty: 1
Dołączył(a): 12 gru 2010, o 15:40

Postprzez daimon » 3 lis 2010, o 20:43

Podoba mi się, już samo założenie zemsty na Jo. Bo sobie na nią miejscami naprawdę zasłużyła. Kiedy zaczynałam czytać od razu przypomniało mi się drabble silvan Rehabilitacja też na ten temat traktujące. Ale wiadomo, że to assowo- drarrowa zemsta jest najlepsza. A gdy już mamy dwa w jednym, to naprawdę jest to rozkosz bogów.

Czyta się przyjemnie, bawi, daje poczucie mściwej satysfakcji w kontekście Epilogu, a miejscami jest urocze. Podoba mi się mnogość wątków, dzięki której perełek jest naprawdę dużo. To jak Scorpius nuci piosenkę zmieniając adresata, cała sytuacja na peronie, rola George na weselu... aż spotkanie przy kieliszku Gellertówki (boska nazwa!). Cudne zwieńczenie akcji.
I bardzo fajne jest to, że te wszystkie miniminiaturki, mogące istnieć samodzielnie, składają się w całość.

Zgrabnie Ci to wyszło, Auroro i cieszę, się, że mogłam to tu przeczytać. Poza tym chyba, jak już będzie to możliwe, doczytam sobie to, czego tutaj nie ma, bo czuję się zachęcona.

To kiedy można się spodziewać jakiegoś drarry Twojego autorstwa? ;)

pozdrawiam, dai


Ps. Znalazłam dwa drobne błędy:

Al. parsknął śmiechem.

Tak, wiem, że to kwestia autokorekty worda. Mnie też czasem doprowadza to do szału...

? Ron i afera łapówkarska! Na dodatek ? to on miał wręczyć ?podarek? prominentnej urzędniczce ministerstwa, Mafaldzie Hopkirk.
Na dodatek podczas aresztowania próbował unieszkodliwić jednego z Aurorów. Za co przybyły mu kolejne dwa lata do odsiadki.

Jedno na dodatek czymś bym zastąpiła. Nie wiem: "na domiar złego", "jakby tego było mało", "co gorsza"... Coś w tym stylu
[Emmet,Micky&Ben watching Brian&Justin dancing]
Em:Am I seeing,what I think I'm seeing?
Ben:Yes you are seeing it.It's the most historic reunification since Germany.
Em:What happened to the fiddler?
Micky:He fell off the roof!
daimon Offline

Avatar użytkownika
Sunshine
 
Posty: 1162
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 17:35
Lokalizacja: Miasto Smoka

Postprzez Aevenien » 3 lis 2010, o 20:44

[autor docelowy - Anaphora]

C-U-D-O!!!
Samo wsadzenie do jednego opowiadania par A.S/S i HP/DM jest świetnym pomysłem. A z taką oprawą?
Świetne, naprawdę świetne opowiadanie.
Ron w więzieniu - gdzieś to już było, ale nie z tego powodu.
Hugo i Rose dziećmi Severusa - na to bym nie wpadła, muszę przyznać, że pomysł mi się spodobał.
I reakcja Weasleyów bardzo realistyczna. Bardzo.

Przepraszam, że komentarz mało konstrukcyjny, to wina godziny a nie mogłam się powstrzymać przed przeczytaniem i skomentowaniem.
Anaphora
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 3 lis 2010, o 20:46

[autor docelowy - Imbir]

Och... Kwik...

Nie mogę. Już teraz wiem, ze kocham i ubóstwiam ASP/SM (czy tam Scotter xD)

Pierwszy tekst już gdzieś czytałam, ale pozostałe?
Po prostu cudo!
rozbroiło mnie to, że z Rona zrobiłaś kryminalistę. Dla mnie to kompletnie niekanoniczna, ale co tam! przy takich tekstach jest mi to obojętne.
Świetny styl, potrafisz zainteresować czytelnika - to dobrze.
Błąd został już wytknięty, zresztą, nie był jakiś poważny. NIe dopatrzyłam się jakichś braków interpunkcyjnych, czy innych przewinień.

Przepraszam za mało składny komentarz i pozdrawiam,
Imbir
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 3 lis 2010, o 20:46

[autor docelowy - Paige]

Ależ to dlugie.. :) Bardzo mi się podobało, jest dużo ciekawych momentów no i to połączenie AS/S i H/D (co prawda tego drugiego dosyć niedużo, ale ważne, że w ogóle jest ;)).. Miód, cud i orzeszki. ;D Świetny styl, nie znalazłam żadnych błędów. Ron jako krymininalista i Rose jako dziecko Snape'a i Hermiony (dobrze zrozumiałam? o.O) jest dość dziwnym i niekanonicznym pomysłem, ale wyszło to temu opowiadaniu na dobre. ;)

Orginalny epilog dla mnie to po prostu masakra... Jego słitaśność mnie przeraża.. xD Dobrze, że powstają tez tego typu opowiadania. ^^

Wena życzę, Paige. :D
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 3 lis 2010, o 20:47

[autor docelowy - szumaia]

To ja muszę teraz ślicznie Paige podziękować za zwrócenie mi uwagi swoim postem, na ten tekst. Wcześniej go nie widziałam... A teraz widzę, ze wiele straciłam.
Mnóstwo perełek. Początkowo chciałam je zacytować, ale cytatów byłoby więcej niż mojej opinii więc dałam sobie spokój. Więc może skrótem:

Wywód Harry'ego na temat długości włosów mężczyzny a jego seksualności.
Dumbledore który się puszcza.
George jako mistrz ceremonii ślubów i jego komentarze.
Luna.
Harry który 'ostro całuje się' z Draco. Mmmm...
Piękne.
Dużo by wymieniać.

Tekst już od pierwszego akapitu wywołał uśmiech na mojej twarzy a skończyłam go czytać wyszczerzona do monitora, niemal ze łzami wzruszenia w oczach. Ten tekst oficjalnie staje się od dzisiaj epilogiem po Epilogu Rowling. Opisałaś wszystko to, co ja miałam ochotę 'zrobić' z bohaterami po słynnym All was well. Stworzyłaś nową trójcę Hogwartu. Połączyłaś Hermionę ze Snape'm. Wkurzyłaś Ginny (i to jak rewelacyjnym momentem! )i połączyłaś Draco z Harry'm, Scorpiusa z Albusem... Mój wymarzony antyepilog w pigułce.

Brawo.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 3 lis 2010, o 20:47

[autor docelowy - Fallissa]

O wszyscy bogowie jacy istnieją i inne dziwne rzeczy, które nami władają. TO JEST GENIALNE. Jak nigdy wcześniej nie przepadałam za paringiem dzieci Draco i Harrego, tak teraz je uwielbiam. Tłumaczenie genialne, nie jakieś sztuczne zdania, a pięknie opowiedziana historia. Czytając to czułam się jakbym była u jakiejś przedszkolanki, która opowiada mi bajkę na dobranoc. Jeżeli były jakieś błędy to opowiedziałaś to tak, że nie było ich widać, co jest dużym osiągnięciem. Co do zemsty na JKR w 100% na nią zasłużyła, i chyba to była jedna z najtrafniejszych zemst. Och tak, lud chce więcej takich tekstów i tłumaczeń.

Wiecznie niezaspokojona
Faluś


PS. Życzę Weny:*
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Ew. » 3 lis 2010, o 20:48

To jest genialne! Wspaniałe, fantastyczne, cudowne! - Uprzedzam, mogłabym tak w nieskończoność, jednak przystopuję, żeby nie było <wyszczerz>
Najbardziej ze wszystkiego podobała mi się scena "I żyli długo i szczęśliwie". Po prostu cud, miód i malinki, zresztą jak cały tekst. Kurczę, nie mogę nawet wypowiedzieć się sensownie; emocje, które zaczęły wybuchać po przeczytaniu Twojego tworu, zaczęły mną władać, a to niedobrze. Mogę zacząć gadać jakieś głupstwa, o ile już tego nie robię... xD
W każdym razie podziwiam Lunę, jest naprawdę kochana, bo nie dość, że wyzbyła się uprzedzeń, to jeszcze w zupełności poparła "małe zapomnienie" Pottera i Malfoya. Dalej: Szczerze powiedziawszy wątek z Jamesem i Rose nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia - wiele razy czytałam o podobnych sytuacjach - jednak miał w sobie to coś, dzięki czemu, czytając, człowiek się uśmiecha. A końcówka całkowicie mnie już dobiła. Szczególnie ta piosenka/wierszyk. etc. Powtarzam: wyszło pierwszorzędnie!
A teraz przepraszam, moja wyobraźnia zaczyna mi płatać figle, co oznacza, że pora kończyć. Czekam na następny post w Twoim wykonaniu!
Odmeldowuję się i pozdrawiam!
Ostatnio edytowano 3 lis 2010, o 21:23 przez Ew., łącznie edytowano 1 raz
"I`m worse at what I do best
And for this gift I feel blessed.
Our little group has always been
And always been until the end."
Smells Like Teen Sprit, Nirvana
Ew. Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 263
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 10:22
Lokalizacja: Mazury

Postprzez Miss Black » 3 lis 2010, o 20:48

Merlinie wszechmocny! Właśnie się zorientowałam, że nie skomentowałam tego cudeńka. Zawsze stanowczo odmawiałam czytania powyższego paringu, twierdząc, iż to chore by dzieci były w tej samej parze co rodzice, a wiadomo przecież, że jedyny słuszny paring to Harry i Draco. Dlatego mierzi mnie, gdy którykolwiek jest z kimś innym, a już na pewno z Ginny, której nie trawię całym swym jestestwem. Zazdrosna, mało spostrzegawcza jędza, ot co! Dlatego niesamowicie pasuje mi Twoje o niej wyobrażenie. Jest doskonale namolna i trudno jej odmówić wizerunku gderliwej kwoki. Za to jestem zachwycona pomysłem zeswatania Malfoya z Luną. Idea cokolwiek nierealna, nawet cudnie absurdalna, ale mnie pasuje. Zawsze była jedną z moich ulubionych bohaterek, a jej słowa: "przecież Draco i tak ją kocha"(parafraza) tylko mnie w tym przekonaniu umacniają.
Miałam trochę problemów z przypomnieniem sobie które dziecko jest czyje, ale otworzyłam drzewo genealogiczne Weasley'ów i dzielnie korzystałam ze ściągawki. Właśnie! Weasley'owie. Ty zły, niedobry człowieku! To było iście ślizgońskie zagranie. Nie podejrzewałam Hermiony o tak szatańskie postępki. Doprawdy, dziwię się, że Ron nie przekręcił się na wieść, że jego domniemane potomstwo jest w rzeczywistości przedłużeniem rodu Snape'a. Ciekawi mnie tylko fakt, czemu Mistrz Eliksirów pozostał w ukryciu zamiast się ujawnić, ale nie będę zbytnio dociekać, bo i tak raduje mnie zmyślność całego przekrętu. Domyślam się także, że nie specjalnie przepadasz za rodziną Weasley'ów. Pokazałaś ich w tak niekorzystnym świetle, że aż niewiarygodnym. Pomijam Ginny oraz wyrolowanie i łapówkarstwo Rona, ale odwrócenie się od dzieciaków, które do tej pory uważali za rodzinę było chwytem poniżej pasa. Nawet na tle Malfoy'ów wypadli jako nietolerancyjne, zaściankowe młotki. Przepraszam za mało literacki język.
Ach, i perełka wieńcząca całość. Hugo zmierzający do łazienki na widok obściskujących się wujów. Cudo, cudo, cudo! Przeraziła mnie tylko wizja łysiejącego Draco i zastanawiałam się co doprawdy strzeliło Ci do głowy, aby insynuować podobne bzdury. Zaraz jednak moja nieoceniona siostra sprowadziła mnie na ziemię, mówiąc, iż kochany epilog jest źródłem tych horrendalnych pomówień. Dlatego rozumiem w pełni twoją żądzę zemsty i odegrania się na Autorce, a sądzę, że już samo to łysienie zasługuje na cierpienie długie a głębokie. Że nie wspomnę o wszystkich ukochanych postaciach, które pozbawiła życia, od Syriusza poczynając.
Mogłabym jeszcze wspomnieć o rozmowie w bibliotece, wspaniałej scenie zazdrości Albusa, konfrontacji na peronie i wielu wielu innych, ale naprawdę sądzę, że nikomu nie będzie chciało się czytać eseju na dwadzieścia stron.
Mam tylko nadzieję, że napiszesz coś jeszcze. Oby Twoją jedyną motywacją nie okazała się zemsta, bo w przeciwnym wypadku jesteśmy skazani na jeszcze jedną porażkę Pani R.
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Aevenien » 3 lis 2010, o 20:49

[autor docelowy - Aly]

Łysiejący Malfoy... Od razu wiedziałam, ze to nie możliwe. XD Pani R. powinna się wstydzić za coś takiego.

Tekst jest naprawdę przeuroczy.
Żony...
Moja całkowicie uzasadniona nienawiść do `wspaniałej` Ginny powoduje, że od samego początku powtarzałam, że powinien ją zdradzić. No i się doczekałam.
Co innego Luna bo została przedstawiona w swojej pomyluności po prostu rewelacyjnie. Aczkolwiek para Draco Luna jest nierealna, ale przez to jeszcze bardziej urocza. Ciesze się, że w tym opowiadaniu nie ma Astorii, której podobnie jak wiewióry nienawidzę.
Dzieciaki...
To chyba pierwsze opowiadanie jakie czytałam o parze AS/S w, której James nie reaguje złością na wspaniałe wieści. Dzięki ci za to Merlinie. Albus i Scorpius są cudowni. Uwielbiam ich :) ta zazdrość Albusa... cudo.
Rose. Pozwólcie, ze zacytuje Georga:
"Kiedy na was patrzę, żałuję, że nieodżałowanej pamięci profesor Snape nie dożył tej chwili. Jego urocza, inteligentna córka zostająca żoną Jamesa (...)Pottera! Czegoś takiego nikt chyba się nie spodziewał, naprawdę. Sądzę, że szanowny profesor Snape mógłby tego nie przeżyć, więc może dobrze, że nie żyje... " tak poza tym to świetny tekst.
Draco i Harry.
Zostawiam to bez komentarza bo po prostu brakło mi słów.

Wspaniałe perełki opowiadania:
- puszczający się Dumbledore ^^
- Ron w więzieniu Cudo!
- Hermiona i jej związek ze Snapem. ( czyli to oznacza, ze udało się go jakoś uratować po 7 części pani R.)
- cała sytuacja na peronie...
całym opowiadaniem jestem zwyczajnie zachwycona.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez sara_te » 21 cze 2011, o 20:19

Aly, Snape'a nie udało się uratować. Wspominano ze 2 razy o zmieniaczu czasu przecież ;) Swoją drogą - ciekawy pomysł. Przenosić się w czasie, żeby się spotykać z ojcem swoich dzieci, które zostały poczęte z nim po jego realnej śmierci w jego przeszłości. Naprawdę ciekawe :D

Całe opowiadanie jest genialne! Tak się uśmiałam, kiedy je czytałam. Tyle wątków niekanonicznych, że aż się w głowie nie mieści :brawo:

Życzę więcej Wena, bo to opowiadanie idealnie poprawia humor!

Pozdrawiam,
S.
sara_te Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 10
Dołączył(a): 20 cze 2011, o 13:46
Lokalizacja: WrocLove


Powrót do Albus Severus/Scorpius

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość