[M] Cierpienia młodego Pottera

Teksty poświęcone związkowi dzieci Harry'ego i Draco.

Postprzez Aevenien » 3 lis 2010, o 18:17

[autor docelowy — Sith Lady]

Khm, może zacznę od ostrzeżenia, że to mój pierwszy w życiu slash i wybaczcie, jeśli wyszedł trochę nieporadnie (albo zbyt słodko i naiwnie). Ot, naszło mnie na taką komedyjkę i nie umiałam się powstrzymać.
Akcja rozgrywa się realiach tworzonych przez mój inny fick, ale wystarczy je skrótowo scharakteryzować: Albus i Scorpius są w Slytherinie, Rose w Ravenclawie, Draco i Harry się przyjaźnią, a Ginny jest nawiedzona...To tyle na temat. Rating: PG—13. Miłego! :)


Albus przemierzał korytarze Hogwartu powolnym krokiem, najwyraźniej głęboko się nad czymś zastanawiając. Z rękami wciśniętymi w kieszenie spodni, melancholijnym spojrzeniem kontemplował układ płytek posadzkowych. Sprawiał wrażenie człowieka, który odkrył we wzorze podłogi odpowiedzi na wszelakie tajemnice życia i ostatecznie stwierdził, że nie są tak porywające, jak zawsze przypuszczał.
Tak zatopiony w myślach, nie zauważył ani nie usłyszał Rose, która wołała go, siedząc na ławce jednego z wielu małych, rzadko uczęszczanych dziedzińców wewnętrznych. Ocknął się dopiero, gdy zagrodziła mu drogę, opierając rękę na biodrze i spoglądając na niego niezadowolonym wzrokiem.
— O! hej, Rose — uśmiechnął się do niej słabo i już miał ruszać dalej, gdy kuzynka chwyciła go za rękaw.
— Coś taki zamyślony? Zakochałeś się może? — spytała.
— No, właśnie… Przypuszczam, że nie — odparł enigmatycznie, na co Rose odpowiedziała jedynie uniesieniem brwi.
— Chodź, opowiesz mi wszystko — zażądała, prowadząc go w stronę kamiennej ławy. Nie stawiał specjalnych oporów, wiedząc, że Rose i tak wyciągnie z niego wszystko, co będzie chciała, a tak przynajmniej stanie się to w miarę bezboleśnie.
Życie uczuciowe Albusa Severusa Pottera wybuchło dość dziwacznie, bo niemalże w dzień jego szesnastych urodzin. Jakby nagle postanowił, że pora na poważnie zacząć szukać sobie dziewczyny i stworzyć swój pierwszy, dłuższy związek. Owego fenomenu nie rozumiał nikt i właściwie nie dało się go w żaden logiczny sposób wytłumaczyć. Rose jednak przypuszczała, iż miało to coś wspólnego z serią dziwnych listów od matki Ala, w których wciąż powtarzała, że czas najwyższy, by się zakochał, opisując równocześnie wszelakie pozytywy owego stanu, a także zamieszczając wskazówki przydatne przy szukaniu odpowiedniej partnerki. Do tego wszystkiego dołączył jeszcze James, który swoją nową dziewczyną chwalił się każdemu, kto choćby na niego spojrzał, a jego rozmowy z Alem sprowadzały się do zachwytów nad tym, jakie to wspaniałe uczucie. Rose miała więc wrażenie, iż Albus rzucił się w wir randek chociażby po to, by się od niego wreszcie odczepili.
Z drugiej strony, musiała przyznać, potraktował sprawę dość poważnie. Swoje dawne zauroczenia wieku wczesnonastoletniego najwyraźniej puścił w niepamięć, co najwyżej mentalnie odhaczając fakt pierwszego w życiu pocałunku, mimo że wyznał kuzynce, iż właściwie nie zrobił na nim wrażenia. Ze znajdowaniem kandydatek nie miał problemu, gdyż cieszył się naprawdę sporym powodzeniem. Wyrósł na przystojnego chłopaka, o sportowej sylwetce i ujmującym uśmiechu, dzięki któremu trudno mu było czegokolwiek odmówić. Jednak, chociaż dziewczyny niemal ustawiały się w kolejce, by się z nim umówić, Albus wciąż nie wydawał się zadowolony.
— To jak tam twoja randka z Charlize? — zagaiła Rose, gdy już usadowiła go na ławce, tak, aby razie czego nie mógł uciec.
— Właśnie tak jakoś… dziwnie — wzruszył ramionami, wbijając wzrok w czubki trampków. — Fajnie nam się gadało, ale myślę, że raczej zostaniemy przyjaciółmi.
— Coś poszło nie tak? — spytała, pozornie obojętnie, choć tak naprawdę już się spodziewała, jak może brzmieć odpowiedź.
— Od początku było nie tak! — Machnął ręką, poirytowany. — Zacząłem normalnie, od skomplementowania jej wyglądu, a ona…
— Czekaj, co dokładnie powiedziałeś? —- przerwała mu Rose, unosząc palec.
— No, że ładnie wygląda. I że ma świetne buty — odparł z prostotą. — Bo były świetne! — dodał, widząc, jak Rose próbuje ukryć uśmieszek. — Potem poszliśmy do Miodowego Królestwa, ale rozmawialiśmy ze sobą… ja wiem, chyba bardziej jak rodzeństwo niż potencjalna para.
— Przykro mi, Al — powiedziała, klepiąc go pocieszająco w kolano.
— No. Szkoda — westchnął ciężko. — Miała ładne włosy. Blond, chyba nawet naturalny — zmarszczył brwi, jakby się nad czymś zastanawiał. — Choć mogłyby być odrobinę jaśniejsze, takie bardziej//
— Platynowe? — zaproponowała niewinnie Rose.
— Właśnie! O to mi chodziło.
— Co ty nie powiesz? — mruknęła, ale Albus najwyraźniej nie dosłyszał.
— Wiesz co, pójdę już — oznajmił, wzdychając ciężko. Może zajmę się czymś konstruktywnym…
— To znaczy, że kończysz z maniakalnym randkowaniem? — spytała słodko.
— No, nie wiem. Chyba spodobałem się Lisie Parker — odparł niepewnie, kładąc dłoń na karku. — A ona ma takie ładne oczy.
— Czekaj, nie mów. Czyżby szare? Wręcz stalowe?
— Tak, skąd wiedziałaś? — ożywił się. — Znasz ją?
— Nie, zgadywałam — odparła Rose zmęczonym tonem.
— To ja lecę. Do zobaczenia — kiwnął głową, po czym z powrotem wsadził ręce do kieszeni i na nowo pogrążony w myślach, opuścił dziedziniec.
Gdy tylko jego kroki ucichły, zza jednej z kolumienek obiegających wąski krużganek, wyszedł Scorpius i usiadł obok Rose, wzdychając ciężko.
Scorpius Malfoy. Największa towarzyska zagadka Hogwartu. Jako, że Malfoyowie zawsze potrafili doskonale dobierać geny, powiedzieć o Scorpiusie, że był przystojny, to jak stwierdzić, że południa na Saharze są dosyć ciepłe. Gdyby żył w piętnastowiecznej Florencji, Leonardo da Vinci i Michał Anioł stoczyliby o niego pojedynek na pędzel i dłuto. Ale Score, wbrew jawnemu uwielbieniu żeńskiej - a także części męskiej społeczności Hogwartu, nie interesował się nikim. A przynajmniej tak mogłoby się wydawać.
— Błagam, powiedz, że nie czekam na takiego idiotę? — jęknął i położył głowę na ramieniu Rose, która poklepała go współczująco po plecach.
— Och, nie martw się. Wydaje mi się, że wbrew pozorom, wszystko znajduje się na dobrej drodze — stwierdziła pewnie.
— Żartujesz?! — Scorpius spojrzał na nią takim wzrokiem, jakby właśnie wyrosła jej druga głowa. — Przecież on jest? — zamachał rękami. — Sama widzisz!
— Spokojnie, Score, spokojnie — odparła Rose, kładąc mu rękę na ramieniu. — Po prostu trzeba podjąć bardziej… stanowcze kroki.
— Czyli? — Scorpius popatrzył na nią zszokowany.
— Nie mam pojęcia, co ci przyszło na myśl, ale z pewnością nie o to mi chodziło — spojrzała na niego znacząco. — Musisz dać mi trochę czasu. Zobaczysz, wszystko się ułoży.
— Taa? — westchnął, niespecjalnie przekonany. — Dlaczego nie mogłem zakochać się w kimś innym? Na przykład w tobie?
— We mnie? I myślisz, że miałbyś jakieś szanse? — parsknęła. — Za wysokie progi, mój drogi — odparła, uśmiechając się zawadiacko. — Chociaż… czekaj. To jest pewna myśl.
— Rose… Oczywiście, jesteś piękna oraz inteligentna, i kocham cię jak siostrę, której sam nigdy nie miałem, ale…
— Na Merlina, wy naprawdę jesteście siebie warci — westchnęła, wywracając oczami. — Nie, młotku. Po prostu spróbujmy najpierw klasycznie. Od wzbudzenia zazdrości.
— Myślisz, że się na to złapie? — spytał powątpiewająco Scorpius. — Przecież wie, że się przyjaźnimy.
— Och, ale teraz będziemy się przyjaźnić bardziej — odparła z naciskiem. — Jutro wpadnę do was, do Pokoju Wspólnego. W jego obecności zaprosisz mnie do siebie. Potem zaczniemy się razem pokazywać, starając się jak najbardziej wchodzić mu w drogę. Zobaczysz, musi się udać.
— Jak znam Ala, to jeszcze się zdziwisz — stwierdził Scorpius z przekąsem. — No, ale dobrze. Spróbujmy.

* * *

O dziewczynach ze Slytherinu mówi się różne rzeczy. Zazwyczaj, że są próżne, wyniosłe, ambitne, zaś złośliwi dodają także, że taniej je wyżywić niż ubrać, a mężczyzn traktują jak osobiste marionetki, nie zakochując się w nich, lecz w stanach ich kont. Jednak tak naprawdę, kwintesencją charakteru Ślizgonek jest umiejętność szybkiej oceny sytuacji oraz wykorzystywania każdej nadarzającej się okazji. Jako pierwsze rozpoznały przypadek Albusa Severusa Pottera i jako jedyne natychmiast przestały próbować się z nim umawiać, zamiast tego traktując go jak wspólnego brata, a przede wszystkim, konsultanta do spraw wyglądu.
Ponieważ właśnie zbliżał się weekend, Rose i Scorpius nie byli jedynymi osobami siedzącymi w Pokoju Wspólnym i czekającymi, aż Al wróci do dormitorium, więc póki co nie mieli szans na udawanie jakiejkolwiek bliższej zażyłości. Rose mogłaby po prostu przyjść później, lecz stwierdziła, że za żadne skarby nie chce przegapić zbliżającego się - przedstawienia.
Kilka dziewcząt rozsiadło się wygodnie na fotelach i kanapach w Pokoju Wspólnym, z pozorną nonszalancją wymieniając uwagi. Gdy Albus wszedł do środka, z początku udały, że go nie zauważyły, by zaraz przywitać się z nim serdecznie, oczywiście stosownie zaskoczone.
— Hej, Al. Słuchaj, mam do ciebie pytanko. — Jako pierwsza, z pozorną obojętnością, odezwała się wysoka brunetka, której imienia Rose nawet nie potrafiła skojarzyć. — Zastanawiałam się, czy nie ściąć włosów. Jak sądzisz, ładnie by mi było?
— Bo ja wiem? — wzruszył ramionami i przekrzywił głowę. — Co najwyżej parę centymetrów. Możesz za to wycieniować, będą ładnie układać się wokół twarzy. Powinnaś za to spróbować jakiejś fryzury z grzywką.
— Och, o tym nie pomyślałam. Dzięki — uśmiechnęła się i wybiegła z Pokoju Wspólnego, zapewne, by szybko znaleźć jakieś lustro.
— Al, który kolor lepiej do mnie pasuje? — ognistowłosa Amanda podeszła do niego z dwoma buteleczkami lakieru do paznokci i okropnie nieszczęśliwą miną. — Bo nie mogę się zdecydować — dodała, rozpaczliwie wydymając wargi.
Albus spoglądał na to na jedną, to na drugą fiolkę nieco nieobecnym wzrokiem.
— Jadeitowa zieleń — zadecydował w końcu. — Pasuje do twoich oczu — dodał z uśmiechem. — I do tego cienia do powiek.
—Hm, masz rację. Jesteś kochany. — Amanda cmoknęła go w policzek i rozsiadła się w jednym z foteli. W powietrzu od razu rozszedł się zapach lakieru do paznokci. Rose westchnęła dyskretnie.
— Al, słuchaj? — tym razem odezwała się Coreen, która siedziała obok Krukonki, trzymając na kolanach dwie sukienki, przyniesione oczywiście zupełnie przypadkiem. — W sobotę mam randkę z Michaelem. W której mi będzie lepiej? — spytała wprost, przykładając je na zmianę.
— W amarantowej — rzucił Albus po chwili zastanowienia, a Coreen spojrzała spanikowanym wzrokiem na Rose.
— Po lewej — szepnęła tamta usłużnie.
— Och! Dzięki, Al! — dziewczyna uśmiechnęła się promiennie.
— Nie ma sprawy — odparł, wzruszając ramionami. — Cały czas jednak nie rozumiem, dlaczego zwracacie się z tym do mnie? — zaczął, lecz nagle jego wzrok spoczął na siedzącej przy kominku blondynce. — Lynn, koniecznie wyrzuć ten błyszczyk, upiorny odcień — stwierdził, a dziewczyna zaczerwieniła się, odruchowo przykładając dłoń do ust.
— Oj, Albus, przecież to oczywiste — stwierdziła Amanda, podziwiając paznokcie. — Po prostu w całym Hogwarcie nie ma lepszego znawcy kobiet — wyjaśniła, szczerząc zęby i wywołując tym zbiorowy chichot.
— No cóż… Pewnie macie rację — odparł nieskromnie, a Rose ledwie powstrzymała się, by nie parsknąć śmiechem.
— Oczywiście. I dlatego cię uwielbiamy. — Amanda uśmiechnęła się radośnie i zajęła się paznokciami prawej dłoni.
Dopiero wtedy Albus dostrzegł Rose, choć zanim zdążył do niej podejść, został zmuszony do udzielenia jeszcze trzech porad.
— Cześć — rzucił, siadając na oparciu fotela. — Chciałaś czegoś ode mnie?
— Szarmancki jak zwykle — skwitowała Rose, mrużąc lekko oczy. — Nie przyszłam do ciebie, ale do Scorpiusa.
— Och… — Albus nagle się zmieszał. — Tylko?
— Tak. Tylko — odparła z naciskiem. — Mamy parę… prywatnych spraw do omówienia — dodała, uśmiechając się kącikiem ust.
— Prywatnych? — zdziwił się Albus, spoglądając ponad jej ramieniem na Scorpiusa, który pokiwał głową.
— Owszem — powiedziała z wyższością i także zwróciła się do Malfoya. — Score, może pójdziemy do ciebie? — zaproponowała, już całkowicie ignorując Ala.
— Jasne — odparł. Z kurtuazją podał jej ramię, która ona przyjęła uśmiechając się wdzięcznie, po czym oboje oddalili się w stronę dormitoriów.
Albus spoglądał na nich z półotwartymi ustami, niepewny jak powinien nazwać uczucie, które właśnie w nim zaczęło kiełkować. I dlaczego była to właśnie zazdrość.

* * *

Albus zapomniał o planowanej randce z Lisą Parker. Właściwie, w ogóle zapomniał o swoich niedawnych rozterkach dotyczących dziewcząt, z którymi się spotykał, czy też dopiero miał zacząć się spotykać. Jego myśli, podobnie zresztą jak większości Hogwarckiej społeczności, całkowicie zdominowało pytanie, czy Scorpius rzeczywiście chodził z Rose, czy po prostu Al źle coś interpretował. Owszem, zauważył, że przyjaciel spędza coraz więcej czasu z jego kuzynką. Widział, jak często ze sobą rozmawiają i co chwila natykał się na nich, gdy wybierają się gdzieś sam na sam albo spacerują pod rękę na błoniach. Albus wprawdzie nie widział jeszcze, żeby się całowali, czy chociaż czulej obejmowali, ale na samą myśl o czymś takim, robił się dziwnie nerwowy.
Kiedyś zapytał Scorpiusa, dlaczego daje kosza wszystkim dziewczynom, a potem także chłopakom, którzy chcieli się z nim umówić. Malfoy spojrzał na niego zagadkowym wzrokiem i stwierdził, że po prostu jest już kimś zainteresowany. Nie chciał jednak zdradzić, o kogo mu chodzi. Zamiast tego jedynie uśmiechnął się enigmatycznie, zapewniając, że Al dowie się w swoim czasie.
W końcu Albus postanowił, iż ów - jego czas - właśnie nadszedł.
Pokój Wspólny okazał się niemal pusty. Większość Ślizgonów, szczególnie ze starszych roczników, w soboty wieczór znikała gdzieś w poszukiwaniu bardziej romantycznych, albo po prostu ciemniejszych zakątków Zamku.
Scorpius jednak, co Al spostrzegł z trudną do wytłumaczenia ulgą, nie dołączył do ich grona i zamiast tego siedział w fotelu, zajęty czytaniem książki. Na widok przyjaciela od razu ją odłożył.
— Ty wciąż tutaj? O tej porze? — spytał, unosząc brew. — Czyżby przerwa między randkami?
Albus zignorował jego pytania, próbując się psychicznie przygotować na zadanie własnego. Chciał je sobie jakoś ładnie ułożyć, lecz im dłużej się zastanawiał, tym głupiej brzmiało.
— Od kiedy masz te „prywatne sprawy” z Rose? — w końcu wypalił prosto z mostu.
— Och… Od… jakiegoś czasu — odparł Scorpius, nieco zmieszany.
— Mogłeś mi powiedzieć — Al, z bliżej nieznanego sobie powodu, nie potrafi zapanować nad poirytowaniem.
Scorpius przez chwilę spoglądał na niego, jakby się nad czymś zastanawiał, po czym pokręcił głową, parskając głośno.
— Może jeszcze zapytać o pozwolenie? — spytał, splatając ręce na piersi.
— Nie, po prostu myślałem, że… — zaczął Al, lecz nagle się zawahał.
— Że? — Scorpius patrzył na niego wyczekująco.
— Nie, nic — wymamrotał Albus, czując, jak się czerwieni.
Nie mówiąc nic więcej i starając się nie patrzeć na Malfoya, odwrócił się na pięcie, po czym zwyczajnie wyszedł z Pokoju Wspólnego.
Przemierzając bez celu korytarze Hogwartu, Al analizował tę rozmowę, sekunda po sekundzie. Każda kolejna myśl, która pojawiła się w tamtym momencie, wydawała mu się bardziej absurdalna od poprzedniej. To logiczne, że nie był zazdrosny o kuzynkę. Traktował Rose jak drugą siostrę i nawet sugestia myślenia o niej w inny sposób wywoływała u niego obrzydzenie. Wiedział też, że ona i Scorpius przyjaźnią się od dawna i taki związek, to właściwie najlepsze, co mogło się w tym wypadku przytrafić. Problem w tym, że gdy tylko o tym pomyślał, coś w nim głośno zaprotestowało, odmawiając prawa do Scorpiusa komukolwiek, łącznie z Rose.
Czuł, że znowu się czerwieni. Na Merlina! Omal nie powiedział czegoś w stylu: „Po prostu myślałem, że nigdy się z nikim nie zwiążesz. Czułbym się komfortowo.”
Jęknął rozpaczliwie. Teraz czuł się wyjątkowo niekomfortowo. Postanowił więc jak najszybciej pójść na tą nieszczęsną randkę z Lisą i udawać, że nic się nie stało.

* * *

— Umówił się z Parker — oznajmił Scorpius, zanim jeszcze Rose zdążyła otworzyć usta.
Siedział nad jeziorem, wpatrując się zrezygnowanym wzrokiem, jak słońce połyskuje w zmarszczkach tworzących się na jego tafli. Rose usiadła obok i delikatnie położyła mu rękę na ramieniu.
— Wiesz, wczoraj myślałem, że może… — zawahał się, ale zaraz zrezygnowany pokręcił głową, nadal na nią nie patrząc. — Ale to chyba nie ma sensu, Rose — powiedział cicho.
Wyglądał tak nieszczęśliwie, że Rose miała ochotę znaleźć Albusa i stłuc go tak, jak to zrobiła, gdy mieli po sześć lat. Zamiast tego, postanowiła jednak dać mu ostatnią szansę.
— Daj spokój, Score — uśmiechnęła się pocieszająco. — Co z twoją zasadą niepoddawania się?
— To nie o to chodzi — westchnął. — Może po prostu tak będzie lepiej. Dla niego? Znajdzie sobie w końcu jakąś dziewczynę i… i tyle — wzruszył ramionami, wbijając wzrok w ziemię.
— Sam wiesz, że nie — parsknęła. — Póki co, może być tylko coraz bardziej nieszczęśliwy. Nadszedł więc czas na terapię szokową — postanowiła.
— Co masz na myśli? — Scorpius spojrzał na nią niepewnym wzrokiem.
— Zapewne znowu coś zupełnie innego niż ty — odparła z przekąsem. — Zwołam konsylium — oznajmiła z dumą.
— Konsylium?
— Musisz mi pomóc tylko w jednej rzeczy?


* * *


Randka z Lisą kompletnie się nie udała. Tym razem nawet go to nie dziwiło. Nagle jakoś nie miał śmiałości spojrzeć jej w oczy, a rozmowa się nie kleiła, bo wciąż błądził myślami przy tematach, do których teoretycznie miał nie wracać, ale niestety okazały się silniejsze od jego postanowień.
Za to, co go naprawdę zdziwiło, to widok wszystkich dziewczyn, z którymi się do tej pory spotykał, zebranych w Pokoju Wspólnym Slytherinu. Na samym środku, w fotelu, niczym królowa - albo raczej matka chrzestna jakiejś mafii, siedziała Rose Weasley, otoczona znajomymi Ślizgonkami. Wszystkie wyraźnie na kogoś czekały, a Al nie był aż tak głupi, żeby pytać, na kogo.
— Em… witajcie? — powiedział niepewnie, na wszelki wypadek pozostając jak najbliżej wyjścia.
— Witaj, Albusie — zaczęła Rose oficjalnym tonem. — Właściwie, to miałam ochotę cię sprać, lecz stwierdziłam, że na dłuższą metę to nic nie da. — Albus cofnął się nieco pod ścianę. — Zaprosiłam więc tutaj te wszystkie dziewczęta, abyś coś sobie uświadomił.
— Zaraz, zaraz! — Al przyjął wojowniczą postawę i spiorunował wzrokiem całe zgromadzenie. — Zanim ktokolwiek nazwie mnie draniem, pragnę zauważyć, że każdą z was traktowałem jak damę i z każdą rozstałem się w przyjaźni — powiedział wyzywającym tonem.
— Och, Al, oczywiście, że w przyjaźni — roześmiała perliście się Charlize, Krukonka o jasnych blond włosach, spiętych w kok. — Żadna z nas nawet nie potrafiłaby się na ciebie gniewać, jesteś tak słodko nieświadomy?
— Nieświadomy czego?
— Z tego, co wiem, z żadną z nas nie spotkałeś się więcej niż dwa, trzy razy — podjęła Olivia, szczupła Gryfonka o kasztanowych włosach oraz dużych, szarych oczach. — Z każdą z nas rozmawiało ci się świetnie, ale… — zawahała się i zwróciła się do reszty dziewcząt, jakby szukając podpowiedzi.
— …nie mogłyśmy się pozbyć wrażenia, że żadna z nas cię nie pociąga — dokończyła za nią nieśmiało Catherine, wysoka, elegancka Krukonka o krótkich, jasnych włosach. — Pamiętasz, kiedy mnie pocałowałeś? Naprawdę nie mam ci tego za złe, ale… nie sprawiałeś wrażenia specjalnie zachwyconego.
Albus już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, ale zaraz zrezygnował, zwyczajnie nie wiedząc, jak to wytłumaczyć. To prawda. Nie poczuł niczego szczególnego, gdy całował Cath. Albo Olivię. Czy Jessicę. Jednak zawsze sądził, iż to jakiś problem dotyczący tak często wspominanej w listach Ginny, „tej jedynej”. Wydawało mu się, że cokolwiek poczuje dopiero, kiedy trafi na „tą jedyną”, więc do tej pory pozostawał obojętny, bo po prostu na nią nie trafił? W tym momencie, śledząc własny tok rozumowania, Al zaczął podejrzewać, że matka wyprała mu mózg metodą korespondencyjną.
— Za to bardzo ładnie komplementowałeś nasze ubrania — odezwała się nieśmiało Charlize. — I kolczyki.
— Zaraz, zaraz — Albus czuł się coraz bardziej zagubiony, choć gdzieś w głębi duszy rodziło się w nim pewne dziwne przypuszczenie. — Co wy właściwie chcecie powiedzieć?
— Wiesz, Al, gdyby w tej smutnej szkole ktoś kiedyś ogłosił konkurs na najlepiej ubrany Dom, Slytherin wygrałby w przedbiegach, tylko dzięki tobie — powiedziała Coreen. — No daj spokój, nawet ja nie widziałam, jaki to kolor amarantowy — dodała, gdy spostrzegła, że Albus nie ma pojęcia, do czego zmierzała.
— Ale… co w tym złego, że wiem jak wygląda kolor amarantowy? — obruszył się. — Jak byłem mały, uczyłem się malować. Miałem nazwy na pudełku z farbami — wytłumaczył się niechętnie.
— Na tym samym pudełku było napisane, żeby przy pierwszym spotkaniu z dziewczyną najpierw zwracać uwagę, czy jej buty pasują do torebki? — Rose spojrzała na niego sceptycznie.
— Mam wysokie wyczucie estetyki! — oburzył się, szczególnie że właśnie zrozumiał, co próbują mu zainsynuować. — Nie jestem gejem!
— Słonko, nie spotkałam jeszcze nikogo, kto byłby bardziej gejem niż ty — stwierdziła spokojnie Amanda, próbując się uśmiechnąć pocieszająco.
— Ale nigdy nie podobał mi się żaden facet!
— Do tego jeszcze wrócimy — mruknęła Rose. — Dobrze. Niech ci będzie — Albus spojrzał na nią podejrzliwie. — Zresztą, póki co, nie to jest najważniejsze. Powiedz mi tylko, czy, tak naprawdę, podobała ci się którakolwiek z nich? — spytała, wskazując dłonią dziewczyny.
— Oczywiście! — zapewnił hardo, wciąż pod wpływem niedawnego wzburzenia. Jednak spojrzał na nie i zawahał się. Poczuł, że to nie czas na półprawdy, a one prawdopodobnie i tak już wiedzą wszystko. Albo nawet jeszcze więcej, znając możliwości indoktrynacyjne Rose. — To znaczy… Podobały mi się w was… różne rzeczy, tak pojedynczo… najczęściej — przyznał z ociąganiem.
Przez chwilę spodziewał się zbiorowego oburzenia, lecz one tylko spoglądały na siebie porozumiewawczo. Zaś Rose podeszła do niego i wcisnęła mu w rękę kawałek pergaminu oraz pióro
— A teraz notuj — zaleciła, głosem nieznoszącym sprzeciwu. — Co podobało ci się u każdej z nich. Osobno.
— No… dobra — kiwnął niechętnie głową, po czym westchnął ciężko. — Więc… Charlize, piękne blond włosy, powinnaś je częściej rozpuszczać — dodał odruchowo. — Olivia, jej śliczne szare oczy. Sandra, piękna cera, o takim jasnym odcieniu. Jessica, wrodzona elegancja. Catherine, jasne włosy i arystokratyczne maniery, nawet myślałem, że coś z tego będzie — mruknął.
— Dobrze, wystarczy — przerwała mu Rose, chodząc w tę i z powrotem po Pokoju Wspólnym. — U pozostałych dziewcząt kierowałeś się takimi samymi kryteriami? — spytała rzeczowo.
— No… To nie tak — jęknął. — To się działo jakoś tak podświadomie, nie zdawałem sobie sprawy… — tłumaczył się rozpaczliwie.
— Ależ nic nie szkodzi — Rose machnęła ręką — Teraz tylko złóż sobie te cechy w całość i zastanów się, czy ktoś konkretny nie przychodzi ci na myśl.
Albus wpatrywał się w kartkę tępym wzrokiem. Blond włosy, szare oczy, jasna cera, arystokratyczne maniery, wrodzona elegancja - Nie, z pewnością nie znał żadnej takiej?
— I pamiętaj, to nie musi być dziewczyna — zwróciła uwagę Rose, jakby czytała w jego myślach. Chciał spojrzeć na nią gniewnie, lecz niestety zapomniał, że ona zawsze była w tym lepsza.
Skupił się z powrotem na liście. Bez sensu, ale niech jej będzie? Blond włosy, hm, właściwie tak naprawdę, najbardziej podobały mu się platynowe, o takim wręcz srebrzystym odcieniu. Szare oczy? nie, zdecydowanie wolał raczej stalowe, o przenikliwym spojrzeniu. Jasna cera… ale nie blada. Cera jak alabaster, właśnie. Wyczytał gdzieś takie porównanie i bardzo mu się spodobało. Arystokratyczne maniery, wrodzona elegancja tak, w jakiś sposób go to pociągało, dodawało życiu smaku. Cóż, gdyby dopisać do tego wszystkiego jeszcze inteligencję, poczucie humoru, odrobinę złośliwości, a także pewność siebie, nie pozbawioną jednak swego rodzaju delikatności, powstałby Albusowy ideał. Ale przecież nie znał nikogo… takiego?
Al zamrugał panicznie wpatrując się w skrawek pergaminu, jakby miał nadzieję, że dzięki temu zniknie, a wraz z nim wszystko to, co właśnie sobie uświadomił.
— Merlinie — wyszeptał, czując jak kolana się pod nim uginają.
Accio fotel. — Rose zdążyła w ostatniej chwili, dzięki czemu Al, zamiast runąć na podłogę, zapadł się w miękkie, zielone poduszki, rozpaczliwym wzrokiem wciąż patrząc w kartkę.
— Ale ze mnie kretyn… — wyszeptał w końcu, chowając głowę w dłoniach. Dziewczyny powoli wychodziły z Pokoju Wspólnego, na pożegnanie pocieszająco klepiąc go w ramiona. — Rose, co ja teraz zrobię?! Przecież to mój przyjaciel! — jęknął rozpaczliwie. — Po co to zrobiłaś! Lepiej, gdy żyłem w mojej… słodkiej nieświadomości — parsknął. — Przecież jeśli on się dowie, to mnie znienawidzi! Albo nawet gorzej, zacznie mi współczuć!
Ale Rose tylko uśmiechnęła się promiennie i zmierzwiła kuzynowi czuprynę.
— Widzisz, Al. Twój największy problem to ten, że rzeczywiście, straszny z ciebie kretyn?

* * *

Al zapukał do drzwi Scorpiusa, w głębi duszy mając nadzieję, że go nie zastanie. Rose wprawdzie zapewniała, że nie musi się martwić, jednak… no cóż, musiał. Powinna była zostawić mu chociaż trochę czasu na ochłonięcie i oswojenie się z sytuacją. Szczególnie, że teraz, gdy usłyszał zza drzwi ciche „proszę”, serce podskoczyło mu do gardła.
Scorpius leżał wyciągnięty na łóżku i czytał, opierając podbródek na dłoni. Odkąd odkrył w sobie tę chorobliwą miłość do książek, chyba nie była dnia, żeby Albus go z jakąś nie zastał. Nie narzekał jednak, lubił towarzyszyć Scorpiusowi, kiedy tamten czytał i jakoś się wtedy nie nudził, nawet jeśli sam niczego nie wziął. Mógł za to po prostu…
Och.
Al zacisnął zęby. Cóż, teraz znacznie lepiej rozumiał, dlaczego tak często przyłapywał się na bezczelnym gapieniu się na pogrążonego w lekturze Score’a. Całe szczęście, że Malfoy był zawsze zbyt skupiony na książce, by to zauważyć.
Tymczasem, Scorpius właśnie skończył stronę i powoli usiadł na łóżku, spoglądając na Albusa podejrzliwie.
— Al, coś się stało? — spytał marszcząc brwi. — Wyglądasz jakoś dziwnie.
Albus wbił jadowicie zielone spojrzenie w Scorpiusa i odetchnął głęboko. Score poruszył się niespokojnie na łóżku, cofając się nieco głębiej.
— Albusie? — odezwał się niepewnie.
Al przygryzł lekko wargę. Poświęcił pół godziny na dokładne ułożenie sobie tego, co chciał powiedzieć Scorpiusowi, ale teraz, gdy już stanął przed nim i mógł wreszcie spojrzeć mu w oczy, wszystko gdzieś wyparowało. Bał się, że zanim sobie cokolwiek przypomni, to Score pomyśli, że Albus oszalał, a zaraz potem znokautuje go i ucieknie. Właściwie, już wyglądał, jakby miał zamiar to zrobić.
Dobrze. Raz kozie śmierć, pomyślał w końcu. Jeśli Rose ma racje, nie skończy się źle, jeśli nie ma? Cóż, wtedy może będzie miał szczęście i nie przeżyje.
Próbując nie zwracać uwagi na to, że jego serce najwyraźniej usiłuje wyskoczyć z piersi, Al dwoma zdecydowanymi krokami podszedł do łóżka zszokowanego Scorpiusa i, zanim tamten zdążył jakkolwiek zareagować, zdecydowanym ruchem wziął jego twarz w swoje dłonie, po czym, niemal desperacko, wpił się w jego wargi.
Scorpius był początkowo zbyt zaskoczony, by zrobić cokolwiek. Zaraz jednak westchnął delikatnie i, wplatając dłonie we włosy Ala, rozchylił usta, oddając pocałunek.
Ostatnim, o czym Albus zdążył pomyśleć, zanim w ogóle stracił do tego zdolność, to, że jego matka chyba miała rację. Wprawdzie „ta jedyna” okazała się „tym jedynym”, jednak Al w tej jednej chwili uświadomił sobie, iż tak naprawdę przez cały czas nie pragnął niczego ani nikogo innego. Żadnych innych ust niż te, tak słodkie i miękkie, ani dłoni, delikatnie, choć stanowczo przyciągających go bliżej. I nigdy, nikogo? Ale zawsze… tylko…
Gdy Scorpius nagle przerwał pocałunek, Al miał wrażenie, jakby wraz z oddechem uderzyła w niego rzeczywistość, a czas na nowo ruszył z miejsca. Co wcale mu się nie podobało. Popatrzył pytająco na Scorpiusa, przy okazji spostrzegając, że nawet nie zorientował się, kiedy przewrócił go na łóżko.
— Um, wybacz — wymamrotał, czerwieniąc się i próbując podnieść się niezgrabnie.
Scorpius jednak natychmiast chwycił go za ramię i spojrzał mu prosto w oczy. Al nie przypuszczał, że to w ogóle możliwie, ale od jego wzroku zrobiło mu się jeszcze goręcej.
— Od tej pory, żadnych więcej? — wyszeptał Score.
— Żadnych — zapewnił Al. Wprawdzie teraz zgodziłby się dosłownie na wszystko, byle tylko Scorpius pozwolił mu kontynuować, ale zaraz uśmiechnął się lekko. W końcu, nie musiał już nikogo szukać. Właściwie, to nigdy nie musiał. Ale był kretynem.
Scorpius odpowiedział uśmiechem i przyciągnął go z powrotem do siebie.
Szczęśliwym kretynem.

* * *

Albus odetchnął głęboko, napawając się słonecznym zapachem kolejnego złotego popołudnia na błoniach Hogwartu. Scorpius leżał oparty wygodnie o jego uda, znów zaczytany w jakimś starym, opasłym tomiszczu, które tak pachniało kurzem, że Al kategorycznie zabronił otwierania go w zamkniętych pomieszczeniach. W ramach akcji wietrzenia książki, obaj korzystali więc z cieplejszych dni, a Albus, jak zawsze zresztą, korzystał z okazji, obserwując jak wiosenne słońce krzesze srebrno—złote iskry we włosach Scorpiusa albo jak Score marszczy brwi trafiając na jakiś wyjątkowo interesujący fragment tekstu, albo też…
— Widzę, że niektóre rzeczy jednak się nie zmieniły. — Scorpius nagle zatrzasnął książkę i spojrzał na Ala rozbawionym wzrokiem.
— Co masz na myśli? — Al zmarszczył brwi.
— Że znowu niczego przy tobie nie przeczytam — westchnął, odkładając tomiszcze na trawę. — Myślisz, że łatwo się skoncentrować na czymkolwiek, kiedy tak się wpatrujesz?
— To ty… wiedziałeś? — Albus zaczerwienił się. — Nigdy nie zwróciłeś mi uwagi. Zawsze sprawiałeś wrażenie całkowicie zatopionego w lekturze.
— No cóż, starałem się — odparł Scorpius z powagą. — Ale nie rozumiałem ani słowa, z tego, co czytałem. Musiałem ćwiczyć siłę woli.
— Siłę woli? — parsknął Al, wciąż nic nie pojmując.
— No, tak. Niełatwo tak cały czas się powstrzymywać?
— Powstrzymywać? Przed czym?
— Miałem nadzieję, że zapytasz — Scorpius uśmiechnął się przewrotnie, po czym podniósł się, popchnął Albusa na trawę i natychmiast pocałował. Zaś Al cieszył się, że w tym momencie jego niedomyślność nareszcie się na coś przydała.
Jego zadowolenie jednak momentalnie prysło, gdy zza pobliskich krzaków rozległo się przeciągłe, wielogłosowe „Oooooch!”, a Scorpius odsunął się od niego, wybuchając śmiechem. Albus zmełł w ustach przekleństwo i podniósł się, mierząc zarośla wściekłym wzrokiem. Dopiero po chwili wyłoniło się zza nich parę dziewcząt z różnych Domów, po czym, próbując uśmiechać się niewinnie, cofnęły się powoli, odwróciły na piętach i uciekły, popędzane gniewnym spojrzeniem młodego Pottera.
Tak, kiedy „najbardziej zjawiskowa para Hogwatu”, przestała być źródłem czarnej rozpaczy i myśli samobójczych ze strony uczniów na zabój zakochanych w obu jej połówkach, zyskała wiele rozszalałych fanek. A także kilku fanów. Nie dotyczyło to, niestety, profesor McGonagall, która, nakrywszy obu chłopaków całujących się na korytarzu, trafiła do Skrzydła Szpitalnego, a następnie na oddział pozawałowy w Św. Mungu. Profesor Longbottom zaś, zawsze patrzył na nich jakimś takim przerażonym wzrokiem, przechodzącym potem w zdumienie, a na koniec skonfundowanie, z którym to zwykł odwracać się i odchodzić, mamrocząc coś do siebie.
— Kiedyś się naprawdę wścieknę — wycedził Al, wciąż patrząc w ślad za uciekającymi dziewczynami.
— Nie martw się, przejdzie im — stwierdził Scorpius, siadając i opierając się o jego ramię. — Właśnie, a propos. Mam ci to przekazać — wyjął z książki złożony pergamin.
— Co to takiego? — spytał Al, spoglądając podejrzliwie na przełamaną pieczęć Malfoyów.
— Och, to tylko list od mojego ojca. Bardzo prosił, żebym ci go dał — wyjaśnił Scorpius. — Opisał w szczegółach, co ci zrobi, kiedy cię następnym razem zobaczy. Tylko nie czytaj tego przy jedzeniu — ostrzegł.
— To takie… miłe z jego strony — Albus spojrzał na pergamin, jakby on także mógł go zaatakować.
— Nie przejmuj się, jemu też przejdzie. Moja matka i twój ojciec jakoś go przekonają — Score machnął ręką. — Oczywiście, kiedy znudzi im się drażnienie go tym — dodał po chwili, wzdychając ciężko. — Zresztą, myślę, że już się powoli łamie, bo na drugiej stronie wymienił też wszystko, co ci zrobi, jeśli mnie kiedykolwiek zranisz. I, muszę przyznać, tu postarał się nawet bardziej.
— No to mnie pocieszyłeś — mruknął Al.
— Mogę cię pocieszyć jeszcze inaczej — zaproponował niewinnie Score.
— Tu jest napisane, że będę umierał powolną, bardzo bolesną śmiercią — odparł Al, pobieżnie przeglądając list. Zaraz jednak uśmiechnął się lekko, spoglądając na Scorpiusa. — Więc będziesz musiał się bardzo postarać.
— Hm? — Score uniósł brew. — Skoro tak... Chyba powiem ojcu, żeby częściej ci groził.
— Wariat.
— Kretyn.
— Tworzymy idealną parę.
— Od początku wiedziałem, że tak będzie.
— Czyżby?
— Oj, zamkniesz się już, czy mam ci pomóc?
— A jak myślisz??
I żyli długo i szczęśliwie. I było im srebrno i zielono.
…choć Alowi nigdy nie udało się przeforsować zmiany odcieni.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Miss Black » 3 lis 2010, o 18:18

O Merlinie! Czemu nikt tego jeszcze nie skomentował? Toż to jest genialne! Nie myślałaś o napisaniu czegoś dłuższego z tą właśnie parą w roli głównej? Właśnie. Możesz mi przesłać linka do tego swojego długodystansowca? Bardzo chętnie przeczytam. W każdym razie scena z Hermioną... zaraz, Rose siedzącą w fotelu w Pokoju Wspólnym Slitherinu, a wokół niej blond/szarookie/arystokratyczne/ślizgońsko-złośliwe piękności, jest boska. Hmm, jakieś to zdanie mało poprawne. Przepraszam, później poprawię. Podobało mi się również jak Potter powoli uświadamiał sobie prawdę nieuniknioną. Że nie wspomnę o amarantowym, który nieco mnie zdezorientował po słowach Hermio... Rose, ale już po chwili śmiałam się jak szalona. Biedny Neville... To tak jakby wszystkie zasady rządzące światem nagle wzięły w łeb. Dziwne, że nie skończył jak Minerwa. Nie pasował mi jedynie list Draco (właśnie Draco! :)). Przecież skoro kumpluje się z Harry'm, a nawet przyjaźni, to nie powinien mieć im tego za złe. Chyba, że kieruje nim troska o ciągłość rodu. To jestem w stanie zrozumieć. Niemniej nie przeszkodziło mi to absolutnie cieszyć się całą sceną. Szkoda tylko, że nie wplotłaś w to James'a. Ech. Poza tym mankamentem jestem fanką i naprawdę czekam na coś jeszcze.

Pozdrawiam z życzeniami Wena.
Miss Black
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Ka » 3 lis 2010, o 18:18

Takie proste, a takie ładne. Mimo że motywy, jak choćby umawianie się z innymi szarookimi blondynami/blondynkami, były już wykorzystywane. Tekst jest po prostu strasznie miły, zgrabnie napisany, leciutki i, mimo wszystko, świeży. Bohaterowie dają się lubić i mamy nawet grono, hmmm, jak nazwać wielbicielki tego pairingu? Taki Albusowo-Scorpiusowy odpowiednik drarrystek?

A najbardziej podoba mi się zakończenie: "i było im srebrno i zielono". Nie mogę sobie wybaczyć, że nigdy na to nie wpadłam... Teraz wydaje się oczywiste. Poza tym, że jest urocze, bajkowe, ślizgońskie. Mrrrau.

Dziękuję. To była dla mnie duża przyjemność. Tak jak Miss Black, też chętnie przeczytałabym jeszcze coś Twojego. (Nawet, jeżeli to nie będzie slash. Chociaż z dziką radością rzuciłabym się na jakieś ASP/SM albo HP/DM.) Życzę mnóstwo czasu i wena, i pozdrawiam,

Ka
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez Aevenien » 3 lis 2010, o 18:19

[autor docelowy - Sith Lady]

Miss_Black napisał(a):Nie pasował mi jedynie list Draco (właśnie Draco! ). Przecież skoro kumpluje się z Harry'm, a nawet przyjaźni, to nie powinien mieć im tego za złe. Chyba, że kieruje nim troska o ciągłość rodu.

Tak, to jedno, a po drugie, jakoś pomyślałam, że Draco może coś takiego napisać dla zasady. Nie byłby Draco, gdyby trochę nie pohisteryzował ;)
Wybaczcie mi Hermionowatą Rose. Póki co piszę o jej pierwszym roku i jak widać, koncepcja na późniejsze lata, jest jeszcze do dopracowania.
Dziękuję, cieszę się, że się Wam spodobało :)
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Jah » 3 lis 2010, o 18:20

Bardzo miły tekścik :) Tytuł trochę mnie zaniepokoił, bo skojarzył mi się tak jakoś z nieszczęsnym Werterem... Na szczęście prócz podobnego tytułu i początkowo motywu nieszczęśliwej miłości, z lekturą tą nie miało to wiele wspólnego.

A teraz komentarz właściwy.

Bardzo miły tekścik, czytało się lekko, płynnie i ogólnie przyjemnie. Mimo że wątek z platynowowłosymi, szarookimi, z manierami arystokratycznymi i obdarzonymi wrodzoną elegancją dziewczynami wydaje się być oklepany, ale mi jak najbardziej się podobał!
Na początku zaskoczyło mnie to, że Scorpius mógł nie zauważyć tego, że Al go obserwuje! No bo jak to? Malfoy zauważa wszystko! Przynajmniej w moim mniemaniu. Jednak potem wszystko się wyjaśniło... Biedactwo! Scorp nie umiał się skupić!

A końcówka...
Sith Lady napisał(a):- Hm? ? Score uniósł brew. ? Skoro tak? Chyba powiem ojcu, żeby częściej ci groził.
- Wariat.
- Kretyn.
- Tworzymy idealną parę.
- Od początku wiedziałem, że tak będzie.
- Czyżby?
- Oj, zamkniesz się już, czy mam ci pomóc?
- A jak myślisz??
I żyli długo i szczęśliwie. I było im srebrno i zielono.
?choć Alowi nigdy nie udało się przeforsować zmiany odcieni.
A końcówka... No nie wiem. Miód i orzeszki tutaj zdecydowanie za mało, by opisać to :)

Czego mogę życzyć? Weny i więcej takich przyjemnych miniaturek!
Pozdrawiam. Ściskam.
Jah
Jah Offline


 
Posty: 19
Dołączył(a): 1 lis 2010, o 00:06

Postprzez Voldemortist » 3 lis 2010, o 20:32

Ja tego jeszcze nie skomentowałam? Czytam właśnie po raz, hmm... może tak piąty, a nadal nie ma tu mojego komentarza. Merlinie, hańba mi na wieki!
Ta miniaturka jest przesłodka. Nieświadomy niczego Alsev i biedny, zrozpaczony Scorp. Ofermy. Gdyby nie Rose chyba nigdy by się nie zeszli. A to przecież taka piękna para! Jak widać w ostatniej scenie nawet na żywo mają swoje fangerlsy i swoich fanbojsów. Naprawdę nie rozumiem, czemu Potter tak się na nich wścieka. Przecież to nie ich wina! To tak, jakby mówić, że my, użytkowniczki tego forum, jesteśmy zUe i niedobre. Hmpf!
Kocham moment, w którym Alsev wchodzi na początku do Pokoju Wspólnego. Osobiście bardzo bym chciała mieć przy sobie takiego darmowego stylistę. Który wiedziałby, jakim kolorem jest amarantowy. (Ja nie wiedziałam. I muszę przyznać, że bardzo ucieszył mnie taki jego opis: "jasna czerwień wpadająca w róż z odcieniem fioletowym". XD)
Co do listu Draco, ja właśnie dokładnie to sobie pomyślałam, Sith Lady. Przecież chłopak musi trochę sobie od czasu do czasu komuś pogrozić. Przecież inaczej jego życie byłoby zmarnowane! Poza tym, uwielbiam, jak w opowiadaniach ktoś A komuś B grozi, że jeżeli ten ktoś B skrzywdzi kogoś C, z kim właśnie jest, to ktoś A postara się, by umarł długą i bolesną śmiercią. To jest zawsze takie romantyczne, ach!
Dziękuję Autorce za ten wspaniały ff i idę na poszukiwania kolejnych. Ya ne!
"Krawiec, jeden z pierwszych krawców, Polak, wysilił się i prawdziwie zadziwiającym sposobem jestem zgrabny - ale te trzewiki, te mnie zabijają, a bez nich ani się pokazać."
~Juliusz Słowacki
Voldemortist Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 440
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:56
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Ew. » 17 lis 2010, o 22:44

Przyznam, że owe opowiadanie przeczytałam już jakiś czas temu, ale dopiero dzisiaj zebrałam się w sobie, żeby co nieco o nim powiedzieć (czyt. napisać xD) Dlatego, nie przedłużając już, zaczynam:
Miniaturka już od samego pierwszego zdania mnie zauroczyła. No, dobra. Może nie od pierwszego zdania, ale od akapitu ;) W każdym razie jest ona naprawdę przeurocza i, że tak napiszę, dość pocieszna. Poza tym niesie za sobą trochę humoru, dzięki czemu uważana jest raczej za taką bardziej "lekką" miniaturkę, którą czyta się sobie ot tak, na poprawę samopoczucia. I tak się stało, dlatego dziękuję za tak dobrze umilony czas.
No, ale nie wybiegajmy spoza tematu. Najbardziej w całym tekście spodobała mi się ta niewiedza, albo raczej niedomyślność, Albusa. Nie wiem dlaczego, ale tutaj bardzo przypominał mi swojego, mało rozgarniętego, ojca, co wcale nie było złe! Wręcz przeciwnie! Hm, dalej... Przyznam, że nie za bardzo przepadam za postacią Rose, jednak, czytając twór, trochę zaczęłam się do niej przekonywać. Oczywiście nadal denerwuje mnie swoją aż nazbyt dużą wiedzą na każdy temat i tą inną częścią swojego charakteru, lecz w sumie dzięki niej młody Potter uświadomił sobie, co czuje do Scorpiusa. Ma za to plus, o!
A Scorpius to w ogóle cud, miód i malinki. Zresztą to pewnie wie każdy, więc co ja będę się rozpisywać <wyszczerz>
Cóż, to chyba na tyle. Ach, i jeżeli moja wypowiedź jest trochę niespójna, to przepraszam, ale to wina czegoś takiego jak chemia, tym bardziej rozszerzona chemia... ;)
Pozdrawiam serdecznie!

P.S. Jak mogłam zapomnieć o perełkach, ach! *uderza się głową o blat biurka*
Niewątpliwie najlepszy cytat w całym tekście!
- Ale? co w tym złego, że wiem jak wygląda kolor amarantowy? ? obruszył się. ? Jak byłem mały, uczyłem się malować. Miałem nazwy na pudełku z farbami ? wytłumaczył się niechętnie.
- Na tym samym pudełku było napisane, żeby przy pierwszym spotkaniu z dziewczyną najpierw zwracać uwagę, czy jej buty pasują do torebki? ? Rose spojrzała na niego sceptycznie.
- Mam wysokie wyczucie estetyki! ? oburzył się, szczególnie że właśnie zrozumiał, co próbują mu zainsynuować. ? Nie jestem gejem


I ten był jeszcze dość dobry do schrupania:
- Oj, zamkniesz się już, czy mam ci pomóc?
- A jak myślisz??
I żyli długo i szczęśliwie. I było im srebrno i zielono.
?choć Alowi nigdy nie udało się przeforsować zmiany odcieni.
"I`m worse at what I do best
And for this gift I feel blessed.
Our little group has always been
And always been until the end."
Smells Like Teen Sprit, Nirvana
Ew. Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 263
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 10:22
Lokalizacja: Mazury

Postprzez MargotX » 1 lut 2011, o 18:47

Umarłam. :lol2: Albus Severus Potter !!! w roli arbitra elegancji :hahaha: nie, no to po prostu mistrzostwo świata, nie do podrobienia :D
Tekst jest uroczy, szalenie podoba mi się podsumowanie pożądanych przez Albusa cech idealnej/go partnerki/a ;) Do cech zewnętrznych dochodzą oczywiście arystokratyczne maniery i wrodzona elegancja, hmmm, jakby to gdzieś już przebrzmiało :D Gust syna Harry'ego mocno pokrywa się z fascynacją jego ojca, w wersji drarry oczywiście :P I ta wersja mało domyślnej sierotki - słodkie.
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez sara_te » 21 cze 2011, o 18:24

Nie mogę uwierzyć, że nigdy wcześniej nie trafiłam na tę miniaturkę! Tak strasznie byłam zaczytana w romansach poprzedniego pokolenia Potterów i Malfoy'ów, że nie wpadło mi nawet do głowy, żeby szukać czegoś innego. I dzisiaj przez przypadek trafiłam na to. Szkoda, że tak mało do tej pory powstało tego typu tekstów, gdyż naprawdę zawsze mnie interesowały dalsze losy "maluchów" (że tak ich nazwę) ;)

Fabuła słodka i urocza i tak mi szkoda było i jednego i drugiego, że nie wiedziałam czy płakać nad nieszczęściem Score'a czy nieświadomością Ala. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i "było im srebrno i zielono" :D (Swoją drogą podobał mi się taki Al! Naprawdę!)

Jedyna rzecz, która przeszkadzała mi podczas czytania były "?" w ogromnej ilości tam, gdzie ich być nie powinno. Gdyby to ktoś poprawił miniaturka zdecydowanie zyskałaby na wartości. Muszę też przyznać, że gdybym nie miała świadomości, że to nie potrwa długo, nie wiem czy byłabym w stanie to czytać.

Życzę więcej Wena i więcej wolnego czasu, by ten Wen się mógł rozwijać ;)

Pozdrawiam,
S.
sara_te Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 10
Dołączył(a): 20 cze 2011, o 13:46
Lokalizacja: WrocLove


Powrót do Albus Severus/Scorpius

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość